ROZDZIAŁ 2
WIELKIE KULE OGNIA
Fin rozbijał kotlet wieprzowy ze zdwojoną siłą, starając się oderwać myśli od stresujących spraw.
Na przykład od tego, że po jego powrocie do pracy i wykluczeniu Anniki z dworu do czasu zakończenia wojny ich spotkania stały się znacznie utrudnione.
Albo od tego, że magiczna miotła spłonęła po wypędzeniu jego ojca za próg kuchni.
Oraz od tego, że matka musi się ukrywać przed byłym mężem.
I jeszcze od tego, że pomocnicy kuchenni znowu zapomnieli, że sól jest niezbędna do wypiekania chleba, a w cieście nie należy zostawiać skorupek jaj.
- One dodają dodatkowej chrupkości! - narzekał Andrews, grzebiąc w masie w poszukiwaniu drobnych fragmentów skorupek.
- Zawsze możemy zacząć od nowa - dodał z nadzieją Lewis, przeglądając zawartość własnej misy z ciastem.
- Wyrzucacie więcej składników, niż udaje wam się spożytkować. Wyjmiecie każdy kawałek skorupki ze swoich misek albo będziecie myć okno od zewnątrz - odpowiedział Fin, nie podnosząc wzroku. - Taylor już pieli ogród. Nawet Hannah wyrywa marchewki. Z was wszystkich tylko Peter poczynił jakiekolwiek postępy.
Pomocnik, który został pochwalony, zaczerwienił się z wdzięczności, nie przerywając pracy po drugiej stronie stołu.
Andrews westchnął.
- Jesteś zbyt surowy! Heather znów jest przez ciebie chora!
- Delikatne zdrowie Heather nie jest twoją sprawą - odburknął Fin, podnosząc głowę. Zarówno rycerze, jak i Peter wpatrywali się w drzwi. Kucharz poczuł ucisk w dołku, domyślając się, kto przybył.
- Dzień dobry. - Aidan Helmer wszedł do kuchni, splatając dłonie za plecami. Skinął głową rycerzom siedzącym ze skrzyżowanymi nogami na podłodze i Peterowi, który stał najbliżej, a następnie podszedł do Fina.
Postawa Aidana i jego wzrok jednoznacznie komunikowały, że uważa się za kogoś lepszego od nich wszystkich, łącznie z bardziej od niego utytułowanymi rycerzami. Przeniósł spojrzenie czarnych oczu na kucharza.
- Miałem nadzieję porozmawiać z waszym przełożonym na osobności.
Finowi zrobiło się niedobrze.
- Jesteśmy zajęci przygotowywaniem obiadu. Nie mamy czasu na pogaduszki, panie Helmer. Miłego dnia. - Fin wrócił do tłuczenia mięsa, nie zwracając uwagi na niewygodną ciszę.
- Poczekam - oznajmił Aidan ze spokojem, rozglądając się po kuchni. Po dokładnym zlustrowaniu otoczenia ponownie skierował uwagę na syna, który zesztywniał.
- Stoisz mi pan na drodze, Helmer.
Fin odwrócił się, usłyszawszy basowe pomruki osoby stojącej za plecami intruza. Nie zauważył, że ktoś jeszcze wszedł do kuchni...
Taylor spojrzał groźnie na Aidana. Zwalisty rycerz, spocony i brudny, stał w odległości kilku centymetrów od twarzy czarownika ognia. Jakimś cudem wydawał się jeszcze większy niż zwykle...
- Masz dość miejsca, aby mnie ominąć. - Głos Aidana ociekał pogardą. Czarownik nawet nie drgnął. - Jesteś ogrodnikiem? Powinieneś znać swoje miejsce. Ty...
- TY! - Przeszywający krzyk przeciął powietrze i tym razem Aidan cofnął się zaskoczony. Cóż to za nieziemskie stworzenie tak dziko wykrzykiwało?
Taylor przesunął się na bok ze złośliwym uśmiechem, odsłaniając zaczerwienioną Hannah, która trzymała u boku dwa pęczki marchewek i trzęsła się ze złości od stóp do głów.
- Wynocha - syknęła. Od jej drobnej postury biła aura grozy. Nawet Aidan zawahał się w obawie przed kobietą, która mogła być przecież wiedźmą.
- Młoda panno, nie wypada mówić w taki sposób do lepszych od siebie...
- JEŻELI KTOŚ TAKI JAK TY OKAZAŁBY SIĘ LEPSZY OD CZEGOKOLWIEK POZA PTASIM GÓWNEM, TO JA...
Aidan odwrócił się plecami do Hannah, w stronę Fina, który obserwował scenę z lekkim rozbawieniem.
- Masz czelność pozwalać służbie tak do mnie mówić? - Potrząsnął głową. - Myślałem, że jesteś mądrzejszy. A jednak jeszcze nie wydoroślałeś.
- A ja myślałem, że zdmuchnięcie cię z wyspy było wystarczająco jasnym sygnałem, żebyś trzymał się ode mnie z daleka. - Oczy Fina zalśniły niebieskim światłem, a zestaw noży do obierania warzyw nagle przestał pracować, zwracając wszystkie ostrza ku czarownikowi ognia.
Aidan zmrużył oczy, a jego arogancka twarz przybrała twardy wyraz.
- Nienawidzisz mnie. Rozumiem. Ale widzę, że przynajmniej stałeś się dzięki mnie silniejszy. Nie jesteś tchórzliwą ofiarą losu, na jaką się zapowiadałeś.
Pęczek marchewek uderzył z impetem w stół, tuż obok dłoni Aidana.
Cofnął się, po raz drugi tego dnia zaskoczony zachowaniem Hannah. Dziewczyna wlepiła w niego szeroko otwarte niebieskie oczy, w których efektownie błyszczało szaleństwo.
- Spierdalaj stąd w podskokach albo wetknę te marchewki po kolei w każdą z twoich dziur, a potem dorobię kilka nowych otworów, żeby nie zmarnować żadnego z darów ziemi.
Temperatura w pokoju wzrosła o kilka stopni, kiedy Aidan powoli obrócił się w stronę służącej. Fin wyczuł, jak czarownika wypełnia magia, gdy on i Hannah patrzyli na siebie w gniewnym milczeniu.
- Każę cię wychłostać za twoje bezczelne zachowanie. - Helmer górował nad drobną blondynką, ale nie udało mu się jej zastraszyć. Mimo że kropelki potu zaczęły spływać po policzku dziewczyny, uniosła dumnie podbródek.
- Nie jesteś pierwszym Troivackianinem, który próbuje nas tu ukarać. Sam natomiast właśnie obraziłeś pierworodnego syna barona i nie pokłoniłeś się trzem rycerzom. - Fin lekko skinął głową w stronę Lewisa i Andrewsa, którzy pomachali z szerokimi uśmiechami czarownikowi ognia, podczas gdy Taylor stanął w rozkroku, krzyżując ramiona i marszcząc brwi.
Helmer nie ukłonił się, jak nakazywały dobre obyczaje. Jego gniew był wyczuwalny, gdy ruszył do wyjścia. Tuż przed zamknięciem za sobą drzwi krzyknął przez ramię:
- Wkrótce porozmawiamy w cztery oczy, Finlayu. Czy ci się to podoba, czy nie. Obiecuję, że w nieodległej przyszłości pożałujesz dzisiejszego zachowania, i jeszcze będziesz zabiegał o moje względy.
- Panie Harris, proszę wstać - odezwał się Norman ponad głowami członków rady, uciszając wszystkie szepty.
Rycerz o kasztanowych włosach siedzący obok kapitana Antonia spojrzał niepewnie na przełożonego. Pobladł, gdy poczuł na sobie ponad dziesięć par oczu.
Antonio skinął zachęcająco. Harris odpowiedział tym samym, choć znacznie bardziej nerwowo. Czuł pulsowanie w gardle, gdy wstawał, by złożyć ukłon Normanowi, a gdy się wyprostował, widział zaciekawione spojrzenia mężczyzn zebranych wokół stołu, co sprawiło, że pot spłynął mu strużką wzdłuż pleców.
- Panie Harris, zebraliśmy się tu dzisiaj, aby omówić wymagania prawne związane z dziedziczeniem tytułu księcia rodu Iones. Jako że zmarły oficjalnie uznał pana za syna, zrezygnujemy z wszelkich dyskusji na temat pokrewieństwa. Czy ktoś chciałby zgłosić sprzeciw wobec roszczeń pana Harrisa do tytułu po jego ojcu? - Howard zwrócił się do rady oficjalnym tonem, w którym pobrzmiewało znudzenie. Nikt nie podniósł ręki ani nie wyraził sprzeciwu.
- Zgodnie z wolą ojca, aby odziedziczyć jego ziemie, fortunę, tytuły i obowiązki, był pan zobowiązany do pięcioletniej służby wojskowej - podjął król, spoglądając na wojskowego, który potwierdził skinieniem. - Kapitanie Antonio, czy sir Harris służył w naszych szeregach przynajmniej pięć lat?
Kapitan Antonio znów skinął głową.
- Tak, Wasza Wysokość. Służył w naszych siłach zbrojnych przez ostatnie sześć lat.
Norman podziękował i obrócił się do sekretarza Howarda, który zanotował potwierdzenie, zanim uwaga króla powróciła do zaciskającego nerwowo dłonie Harrisa.
- Panie Harris, kolejnym warunkiem zawartym w testamencie był co najmniej rok służby na rzecz rodziny książęcej pod kątem nauki pisania oraz zapoznania się z tajnikami funkcjonowania domu książęcego.
Na te słowa kilku mężczyzn zaczęło szeptać między sobą.
- Nie ma mowy, żeby książę Iones na to pozwolił...
- Czy księżna wie?
- Dzięki Bogu, że majątek pójdzie w ręce Daxaryjczyka, a nie przyszłego męża lady Marigold...
- Mam tutaj podpisany i opieczętowany list referencyjny od Jego Wysokości, księcia Rubeusa Cowana, potwierdzający, że służyłem w jego domu przez rok i trzy miesiące. - Harris chwycił zwinięty pergamin i okrążył stół niepewnym krokiem, by przekazać dokument królewskiemu sekretarzowi.
Howard rozwinął pismo i przebiegł wzrokiem treść, po czym przekazał referencje królowi, który skinął głową z uznaniem.
- Panowie, niniejszy dokument rzeczywiście potwierdza, że sir Harris kształcił się pod okiem księcia Cowana, który wystawił mu pochlebną opinię. Zostaje włączony do oficjalnej dokumentacji, jako że jego autentyczność potwierdza pieczęć księcia Cowana umieszczona zarówno na wosku, jak pod treścią dokumentu. Ci z was, którzy chcieliby zobaczyć ten dowód osobiście, mogą to zrobić u pana Howarda po spotkaniu.
Wszyscy mężczyźni skinęli głowami na znak zgody.
- Czy w tym momencie mamy jakiekolwiek zastrzeżenia co do kontynuacji formalności prowadzących do tego, by sir Oscar Harris stał się lordem Oscarem Harrisem? W dalszej części spotkania każdy z obecnych odda głos. Wynik głosowania przesądzi o tym, czy sir Harris oficjalnie odziedziczy księstwo Iones - oświadczył głośno pan Howard, cały czas notując.
Chociaż zebrani mężczyźni różnili się między sobą przekonaniami oraz poglądami politycznymi, to w kwestii tego, czy wolą, aby księstwo odziedziczył doświadczony rycerz, czy irytujący gość z Zinfery oraz równie nieznośna lady Marigold Iones...
Wszyscy byli zaskakująco zgodni.
- Doskonale. Sir Harris, w obliczu trwających negocjacji z Zinferą prosimy o tymczasowe wstrzymanie się z ogłaszaniem nobilitacji. Oficjalna ceremonia odbędzie się za dwa dni. Rada do tego czasu omówi ewentualne punkty sporne, które mogłyby zakłócić procedurę, ale biorąc pod uwagę precyzję zapisów w testamencie oraz dostarczoną niezbędną dokumentację i dowody, które otrzymaliśmy, ryzyko zaistnienia jakichkolwiek przeciwności jest niewielkie. - Norman skinął głową, spoglądając ciepło na Harrisa.
Rycerz odetchnął z ulgą, składając pokłon przed królem. Udało mu się nawet lekko uśmiechnąć.
- Dziękuję, Wasza Wysokość, a także wam, wasze lordowskie mości - zwrócił się do całej rady, a jego nerwowość wywołała uśmiechy na twarzach co życzliwszych jej członków, podczas gdy bardziej konserwatywni szlachcice popatrzyli z niechęcią.
- Czy chciałby pan coś powiedzieć przed powrotem do pracy? - zapytał król, jednocześnie odnotowując w myślach członków rady, którzy mogli mieć zastrzeżenia do młodego rycerza z powodu jego nieślubnego pochodzenia.
- Tak, Wasza Wysokość. - Twarz Harrisa nagle rozjaśniła się w znacznie bardziej swobodnym uśmiechu, co z kolei sprawiło, że kapitan Antonio zmarszczył brwi z niepokojem. - Dziękuję wszystkim za poświęcony mi czas oraz za wsparcie. Choć wiem, że okoliczności mojego urodzenia budzą pewne kontrowersje... Postaram się wykorzystać swoje życiowe doświadczenia i wychowanie, obejmując dowództwo nad rycerzami Iones w nadchodzącej wojnie.
Argument o przydatności Harrisa w nadchodzącej wojnie był najlepszym, na jaki mógł się powołać. Kapitan Antonio uśmiechał się z dumą... do momentu, gdy rycerz, pozostając wiernym swojej naturze, znowu otworzył usta.
- Przyjmijcie też moje przeprosiny za zatrucie pokarmowe. Jeśli to kogoś pocieszy, to obiecuję, że kiedy zostanę księciem, nigdy więcej nie będę gotować!
Sir Harris szybko się ukłonił, nie zwracając uwagi na przerażone miny zebranych.
Wyprostował się i ruszył energicznie do drzwi, po czym dolał jeszcze trochę oliwy do ognia, rzucając na odchodne:
- Ach, i nie martwcie się, królewski kucharz wpoił mi raz na zawsze, że należy dokładnie zmywać nawóz z warzyw po ich zerwaniu!
Pomachał im radośnie i opuścił salę.
Kapitan Antonio wsparł czoło na dłoni, podczas gdy wielu szlachciców zaczęło powątpiewać w kwalifikacje młodego człowieka...
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI