p

Magia Bloody Lake - Katarzyna Zielińska

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (33,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 4Layonel Aims

1 września...

Pierwszy dzień nowego roku szkolnego...

Przeżyłem w swoim życiu kilka takich dni, lecz na ten czekałem z niecierpliwością. Miałem nadzieje, że spotkam w liceum nieznajomą, rudą dziewczynę, którą widziałem wczoraj nad jeziorem. Myślałem o niej całą noc, a była ona długa... sen nie był mi dany. Bycie wampirem niosło ze sobą więcej szkody niż pożytku. Moim głównym pożywieniem była krew. Najlepsza jest ludzka, ale często czułem się po niej jak na haju. Jest ona niestety niezbędna, bym mógł żyć, ale znalazłem pewien sposób, aby zachować trzeźwy umysł. Zacząłem mieszać krew ludzką z krwią zwierząt. Miała ona nieco gorzki smak, który zawsze zabijałem słodkim lizakiem. Tego dnia nie mogłem usiedzieć na miejscu. Gdy tylko wybiła 7:20, chwyciłem torbę, założyłem czarną, skórzaną kurtkę i wybiegłem z pokoju. Lotem błyskawicy przebiegłem ciemne korytarze dworu. Każdy z nich ozdobiony był licznymi obrazami i wiśniowym dywanem. W głównych korytarzach wisiały podobizny wszystkich ważniejszych wampirów zaczynając od założyciela klanu Slavius'a Rehenzart'a. Był on niezwykle przerażającym mężczyzną. Wyglądał dosłownie jak trup. Jego blada cera, czerwone oczy i kruczoczarne, włosy, sprawiały, że byłby idealny do roli upiora w horrorze. Nie miałem okazji go poznać, ale słyszałem, że był jednym z najokrutniejszych wampirów. Pochodził jeszcze z czasów średniowiecza i już wtedy nie był przyjemniaczkiem. Kolejne obrazy przedstawiały wielkich Cethih, Helgarda, Moritius'a i obecnego Urlih'a. Nie przyglądałem się zbytnio ich obrazom, gdyż za bardzo się spieszyłem. Biegłem przez cały dwór do garażu. Po drodze widziałem może z czterech albo pięciu moich współlokatorów. Przeważnie byli to "uczniowie" z Rebecc'ą na czele. Dziewczyna chodziła do tego samego liceum co ja, ba nawet do tej samej klasy. Oprócz nas jeszcze tylko trójka wampirów opuszczała dwór udając uczniów. Mieszkańcy Bloody Lake myśleli, że Urlish sprowadził do miasta całą swoją rodzinę. My mieliśmy udawać kuzynostwo, tak by nikt nie zorientował się, że w dworze mieszkają wampiry... zawsze zastanawiało mnie, jakim cudem to się jeszcze nie wydało... Wiem, że w mieście mieszkają też Łowcy Shotto i dlatego musieliśmy zachować ostrożność. Niestety moje różowe włosy w tym nie pomagały, ale miałem to gdzieś. Przebiegając prosto przez korytarz, łączący się z głównym wejściem, zauważyłem, że ściana już została naprawiona. Znowu zawisły na niej okropne obrazy i ciemne zasłony. Gdy przedostałem się do wschodniego skrzydła, zszedłem schodami do garażu. Stało tam kilka drogich aut, zaczynając od srebrnego bentleya po Aston'a Martin'a rodem z filmów szpiegowskich. Podszedłem do szafek, tuż za samochodami. W jednej z nich zamknięte były kluczyki do aut. Bez zastanowienia wziąłem klucze do czarnego Lamborghini. Na przednie siedzenie rzuciłem torbę i usiadłem za kierownicą. Spojrzałem we wsteczne lusterko, włożyłem czarne, przeciwsłoneczne okulary i poprawiłem fryzurę. Uwielbiałem dźwięk odpalanego silnika, aż kusiło mnie, aby wyjechać z Bloody Lake jak najdalej od klanu. Od szesnastu lat nienawidziłem tego miejsca. Automatycznie otworzyłem drzwi garażu i wyjechałem na dziedziniec. Nie chciałem czekać na pozostałych towarzyszy niedoli, a szczególnie chciałem uniknąć Rebecc'i. Dziewczyna okropnie działała mi na nerwy. Dodałem gazu i opuściłem dwór Mestofel Mansion nie oglądając się za siebie. Gnałem przez leśną drogą, jedyną prowadzącą do miasta. Mój dom znajdował się bowiem na obrzeżach, otoczony ciemnym borem. Jechałem w ciszy słysząc jedynie ryk silnika. Do miasta prowadził wielki, metalowy most. Bloody Lake było niewielkim miasteczkiem. Większość z domów zostało zbudowane wiele, wiele lat temu. Wyglądały jak żywcem wyjęte ze starego, amerykańskiego filmu, ponieważ zostały wybudowane w stylu kolonialnym lub wiktoriańskim. Na chodnikach stały wysokie, żeliwne lampy, które wieczorem świeciły jasnym światłem. Przy ratuszu znajdował się mały park otoczony kamienicami. Niedaleko, w ceglastym budynku znajdował się komisariat policji, oraz baza straży pożarnej. Całe Bloody Lake ozdobione były licznymi drzewkami i pachnącymi kwiatami w murowanych donicach.

O wczesnych godzinach miasto było oblegane przez jadących do pracy mieszkańców. Gdy podjechałem pod Bloody Lake High School, wybiła 7:45. Na parkingu stało już mnóstwo samochodów, ale moje miejsce parkingowe jak zawsze było puste. Nikt jeszcze nie odważył się go zająć, choć było to najlepsze. Podjechałem pod wysoki dąb niedaleko głównego wejścia. Widziałem stąd każdy zakątek placu. Wziąłem torbę i wysiadłem z samochodu.

- Jak zawsze się spóźnia - powiedziałem cicho do siebie, spoglądając na telefon. Zmuszony do czekania, oparłem się o maskę samochodu. Lewą nogą lekko podparłem się o zderzak i wyjąłem z torby żółto-czerwonego lizaka. Zacząłem obserwować tłum uczniów gromadzących się przed szkołą. Oczywiście, jak to w prawie każdej szkole, tak i u nas uczniowie dzielili się na grupy. Na przykład osiłków, kujonów, muzyków, klaunów i dresiarzy. No i jest też wredna elita elit czyli cheerleaderki i drużyna futbolu. Byli też tacy, którzy niczym się nie wyróżniali... to ci których imienia nigdy nie pamiętasz. Obserwowałem ich świat przez stulecia. Nie raz kończyłem to liceum... co dziwniejsze jeszcze nikt się nie zorientował... W każdej dekadzie działo się to samo... ale ten rok, był pokręcony. Z rozmyślań wyrwał mnie krzyk i czyjaś ręka lądująca na moim ramieniu.

- BUUU!

- Scott! Głupi jesteś?! - krzyknąłem widząc, kto za mną stoi. Był to chłopak niewiele niższy ode mnie o kruczoczarnych włosach i brązowych oczach. W lewym uchu świecił się srebrny kolczyk. Wyróżniała go też niewielka blizna na prawym policzku. Ponoć kiedyś zaatakował go pies i pazurem przeciął mu twarz. Scott zawsze chodził w czarno złotej bluzie szkolnej drużyny - Rycerzy z Bloody Lake High School. Czasem jego nadpobudliwość i humor doprowadzało mnie do szału, ale nie potrafiłem się na niego długo wkurzać. Mój ludzki przyjaciel był jedyną osobą z poza klanu, która wiedziała o mojej tajemnicy. Co mnie najbardziej zdziwiło, nie przeszkadzało mu to. Później się dowiedziałem dlaczego.

- Co jest Lay? Przecież to tylko żarty, zawału nie dostaniesz - powiedział chłopak klepiąc mnie po ramieniu.

- Za to mogę cię ugryźć - odpowiedziałem pokazując dla żartów kły.

- Wyluzuj gacku, to co idziemy? Bo profesor Walsh nie da nam żyć za kolejne spóźnienie.

- Poczekaj jeszcze chwile

- Czekasz na kogoś?

- Tak, wczoraj jak chodziłem po lesie, wyczułem kogoś wyjątkowego.

- Chyba nie masz na myśli chłopaka bo będę zazdrosny - powiedział Scott śmiejąc się głośno.

- A co myślałeś, że cię zdradzam - powiedziałem do przyjaciela. Oczywiście oboje wiedzieliśmy, że były to tylko żarty. - nie, była to super dziewczyna, ale nigdy jej nie widziałem w Bloody Lake. Chyba jest tu nowa.

- I niech zgadnę, zabujałeś się?

- Przestań, ja.. zakochany?

- A co gacki się nie zakochują?

- Ciszej! Nie każdy musi wiedzieć, już i tak coś podejrzewają. - próbowałem uciszyć przyjaciela, bo nie chciałem wpaść w kłopoty. Mam niestety talent do tego.

- To co idziemy, czy będziesz tak wypatrywał tej nieznajomej ślicznotki?

- Już nie muszę - odpowiedziałem widząc żółtego pikapa, który właśnie wjechał na parking. Wysiadła z niego rudowłosa nieznajoma, ubrana w tą samą miętową kurtkę oraz jasne przetarte spodnie. Rozmawiała z kierowcą samochodu, a po chwili założyła jeansowy plecak i ruszyła nieśmiało do szkoły. Tuż obok niej szła szkolna ulubienica Zoe, która była kapitanem drużyny cheerleaderek. Po chwili zauważyłem, że tajemnicza dziewczyna przygląda mi się z zaciekawieniem.

- Ooo mamy świeże mięsko... jakaś nowa laska.

- Weź przestań

- Spokojnie, to tylko żarty. Czekaj... to TA dziewczyna? - zapytał Scott

- Tak, to ona. Spotkałem ją wczoraj w lesie. Mam tylko nadzieję, że mnie nie widziała.

- Ciebie? Biegasz szybciej niż błyskawica, musiałaby mieć sokole oko.

- Tyle, że ja nie biegłem... siedziałem w lesie i po prostu na nią patrzyłem.

- Stary to już podpada pod stalking.

- Czy ty zawsze musisz żartować? - zapytałem lekko zirytowany.

- Przecież wiesz, jestem takim happy wirusem. Zawsze żartuję i poprawiam Ci humor.

- Dobra, może skończ te wygłupy i chodź na lekcje.

- Tak jest tato - odpowiedział Scott salutując, wziął swój plecak i po chwili ruszyliśmy do szkoły. Czułem się jak zahipnotyzowany, nie mogłem oderwać wzroku od nieznajomej. Szliśmy za nią, przez całą szkołę. Chciałem koniecznie wiedzieć do jakiej klasy pójdzie, ale po chwili straciłem ją z wzroku. W tym czasie Scott próbował mnie zagadywać, ale kiepsko mu to wychodziło. Na korytarzach szkoły stały niebieskie, szafki, a przy nich tłum uczniów. Wszędzie rozwieszone były plakaty szkolnej drużyny Rycerzy z Bloody Lake. Zapomniałem, że w piątek jest pierwszy mecz sezonu. Rycerze będą rywalizowali ze swoim odwiecznym wrogiem - Orłami z Castle Rock. Zapowiadał się ciekawy mecz, ale jakoś nie mogłem się tym cieszyć. Zawsze kibicowałem Scottowi, który był napastnikiem w naszej drużynie, ale wtedy myślałem o czymś innym, a raczej i KIMŚ innym... o tajemniczej dziewczynie.

- Haloo ziemia do Layonela!! - krzyknął Scott i tym samym gwałtownie wyrwał mnie z zamyślenia.

- Nie musisz krzyczeć, aż za dobrze cię słyszę.

- Serio? A wyglądałeś jak zombi - zażartował Scott, A widząc kolegów z drużyny, znów zaczął krzyczeć - DO BOJU RYCERZE! DO BOJU!

- Ty się chyba nigdy nie uspokoisz

- Spokój to nuda. Beze mnie umarłbyś z nudów... a sory... ty nie możesz umrzeć - o dziwo Scott ostatnie słowa powiedział szeptem, by nikt nie usłyszał. Nie często mu się to zdarza. Weszliśmy do sali pełnej uczniów z naszej klasy, którzy przywitali nas wiwatami. Uwielbiałem ich towarzystwo, sprawiali, że chociaż na chwilę zapominałem, że jestem wampirem.

- Proszę o spokój!!! - krzyknęła profesor Walsh wchodząc po dzwonku do sali. Była to niewysoka kobieta, która ubierała się jak staruszka. Zawsze z włosami spiętymi w ciasny kok oraz okularami w cienkiej oprawce.

- Dzieeeeń dooobryy! - krzyknęliśmy widząc nauczycielkę.

- Proszę zająć miejsca, mam dla was wiadomość - powiedziała kobieta podchodząc do biurka. Położyła dziennik i jak zawsze skrzyżowała ręce za plecami. Profesor Walsh była najbardziej ponurą i zgorzkniałą kobietą jaką znałem. Może dlatego, że dwadzieścia lat temu, narzeczony porzucił ją tuż przed ołtarzem? A może dlatego, że jej ojciec został aresztowany za morderstwo... kto wie, ale kobieta nie miała łatwo w życiu.

- Ooo widzę, że mamy nową koleżankę - powiedział jeden z chłopaków z drużyny widząc profesor Walsh.

- Tak panie Anderson, mamy nową koleżankę, więc może usiądziesz i pozwolisz się jej przedstawić - powiedziała nauczycielka wskazując ręką na dziewczynę, stojącą tuż obok niej. Akurat stałem do tyłem do tablicy, ale gdy się odwróciłem oniemiałem.

- Proszę przedstaw się - powiedziała kobieta do nowej uczennicy.

- Fay Warren - tuż obok nauczycielki stała ONA.... Ruda dziewczyna z lasu...