p

Ludzie, ludzie. Jacy jesteśmy? - Ewa Woydyłło

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (31,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kłó­tli­wi

Kłó­tli­wość jest uli­cą dwu­kie­run­ko­wą. Le­piej po­wie­dzieć: jest ścież­ką, i to wą­ską, bie­gną­cą wzdłuż gór­skiej gra­ni. Gdy się na niej spo­tka­ją dwie oso­by, ła­two mogą się po­trą­cić i spaść w prze­paść. Kłót­nie wy­ni­ka­ją czę­sto z ta­kich wła­śnie po­trą­ceń, mniej lub bar­dziej za­mie­rzo­nych. Po­trą­co­ny na ogół re­agu­je zło­ścią, pod któ­rą ukry­wa strach. Rzad­ko ktoś zda­je so­bie z nie­go spra­wę, gdyż złość pierw­sza rzu­ca się w oczy i czu­je się ją naj­sil­niej. Zwy­kle po­wo­du­je za­cho­wa­nia agre­syw­ne: słow­ne, mi­micz­ne, pod­nie­sio­ny głos, ale rów­nież rę­ko­czy­ny, trza­ska­nie drzwia­mi lub ci­ska­nie przed­mio­ta­mi.

Nikt nie kłó­ci się solo, za­wsze z kimś. Z ob­ser­wa­cji ży­cia wie­my, że kłó­cą się ko­bie­ty i męż­czyź­ni, dzie­ci i sta­rusz­ko­wie, bied­ni i bo­ga­ci, wy­kształ­ce­ni i nie­pi­śmien­ni. Oczy­wi­ście, nie wszy­scy jed­na­ko­wo czę­sto i za­żar­cie. Prze­pro­wa­dzo­ne ba­da­nia wska­zu­ją, że naj­bar­dziej kłó­tli­we są dwa typy: lu­dzie o ce­chach oso­bo­wo­ści an­ty­spo­łecz­nej, o ni­skim po­zio­mie em­pa­tii i sym­pa­tii do in­nych oraz oso­by dys­fo­rycz­ne, czy­li draż­li­we, neu­ro­tycz­ne i skłon­ne do ne­ga­ty­wi­zmu. Na ta­kie ob­ser­wa­cje na­tra­fi­łam w do­nie­sie­niach Za­cha­re­go Wal­sha, pro­fe­so­ra psy­cho­lo­gii i ba­da­cza z Uni­wer­sy­te­tu Ko­lum­bii Bry­tyj­skiej w Ka­na­dzie.

Oso­by an­ty­spo­łecz­ne, za­rów­no w re­la­cjach ro­dzin­nych, jak i poza nimi, ce­chu­je duża skłon­ność do agre­sji i prze­mo­cy. Więk­szość za­cho­wu­je się agre­syw­nie na­wy­ko­wo, moż­na na­wet po­wie­dzieć, na­ło­go­wo. Za po­mo­cą agre­sji re­gu­lu­ją swo­je emo­cje w sy­tu­acjach fru­stru­ją­cych, kie­dy nie są na­tych­miast za­spo­ko­jo­ne ich po­trze­by, ocze­ki­wa­nia lub za­chcian­ki.

Już u nie­któ­rych dzie­ci moż­na roz­po­znać duży opór przed pod­po­rząd­ko­wa­niem się, nie­cier­pli­wość, chęć do­mi­na­cji i wy­raź­ne pró­by wy­wie­ra­nia na­ci­sku na oto­cze­nie za po­mo­cą uży­wa­nia siły do "po­sta­wie­nia na swo­im". Je­śli w do­ro­słym ży­ciu oso­by ta­kie wej­dą w zwią­zek z kimś ugo­do­wym i ustę­pli­wym, to wca­le nie zna­czy, że zre­zy­gnu­ją z agre­sji. Wręcz prze­ciw­nie, może się ona na­si­lić tym bar­dziej, im sła­biej part­ner bę­dzie się bro­nić.

Tak się za­cho­wu­ją oso­by, któ­re wcho­dząc do ka­wiar­ni, gdzie gra ra­dio, od pro­gu roz­ka­zu­ją­cym to­nem wo­ła­ją: "Pro­szę to wy­łą­czyć!". Gdy mu­zy­ka zo­sta­nie tyl­ko przy­ci­szo­na, z hu­kiem od­su­wa­ją krze­sło i osten­ta­cyj­nie wy­cho­dzą, rzu­ca­jąc jesz­cze na od­chod­nym ja­kiś epi­tet.

Typy an­ty­spo­łecz­ne wda­ją się w kłót­nię przy każ­dej oka­zji, kie­dy tyl­ko mia­ły­by do­sto­so­wać się do czy­ichś wy­ma­gań. Je­śli na przy­kład ko­bie­ta po urlo­pie ma­cie­rzyń­skim chce do­koń­czyć stu­dia, a jej mąż jest ta­kim ty­pem, za­pro­te­stu­je, uży­wa­jąc na­stę­pu­ją­cych ar­gu­men­tów: "Źle ci w domu? A kto się bę­dzie w tym cza­sie zaj­mo­wał TWO­IM dziec­kiem? Za sta­ra je­steś, już się ni­cze­go nie na­uczysz! Nie wy­star­czy ci, że ja mam wyż­sze stu­dia? A może chcesz mnie prze­ści­gnąć i po­tem jesz­cze zro­bisz dok­to­rat? Mó­wisz o stu­diach, a pew­nie chcesz so­bie ja­kie­goś stu­den­ta przy­gru­chać? Po co ci dy­plom, i tak pra­cy nie znaj­dziesz". I tym po­dob­ne. Czy moż­na so­bie wy­obra­zić, że ta­kie po­dej­ście nie do­pro­wa­dzi tych mał­żon­ków do kłót­ni? To oczy­wi­ste, że spo­nie­wie­ra­na żona nie zo­sta­nie dłuż­na i też się­gnie po mniej lub bar­dziej uwła­cza­ją­ce ar­gu­men­ty.

Agre­sja jest za­raź­li­wa. Sta­ro­te­sta­men­to­we "oko za oko" do­cho­dzi do gło­su w psy­chi­ce więk­szo­ści lu­dzi, gdy zo­sta­ną ostro za­ata­ko­wa­ni. To od­ruch. Bez świa­do­me­go wy­sił­ku woli nie da się po­wstrzy­mać eska­la­cji cio­sów. Awan­tu­ra go­to­wa. Gdy się do­bio­rą ta­kie go­rą­ce tem­pe­ra­men­ty, może na­wet dojść do bój­ki. Do­daj­my, że po­do­bień­stwa się przy­cią­ga­ją, czę­sto więc kłó­tli­wi do­bie­ra­ją się z rów­nie kłó­tli­wy­mi, a wte­dy na me­ta­fo­rycz­nej wą­skiej ścież­ce sztur­chań­com i ko­pa­niu po kost­kach nie ma koń­ca.

Nie ina­czej dzie­je się z oso­ba­mi dys­fo­rycz­ny­mi. Mie­wa­ją one skłon­no­ści de­pre­syj­ne i pew­ne ce­chy oso­bo­wo­ści typu bor­der­li­ne, ła­two się ob­ra­ża­ją i po­pa­da­ją w skraj­ne emo­cje. Wo­bec tej sa­mej oso­by mogą prze­ży­wać wa­ha­nia po­mię­dzy uwiel­bie­niem i nie­na­wi­ścią. Wspól­ne ży­cie oce­nia­ją w chwi­lach po­zy­tyw­nych jako speł­nio­ny ide­ał, a w chwi­lach roz­draż­nie­nia jako kom­plet­ne fia­sko. Co cie­ka­we, "pa­mię­ta­ją" szcze­gó­ły do­bre lub nie­do­bre se­lek­tyw­nie, w za­leż­no­ści od ak­tu­al­ne­go na­stro­ju. Wsz­czy­na­ne przez nie kłót­nie czę­sto przy­bie­ra­ją cha­rak­ter roz­li­cze­nio­wy. Wte­dy przy oka­zji byle sprzecz­ki pa­da­ją ze stro­ny dys­fo­ry­ka (lub dys­fo­rycz­ki) zda­nia w ro­dza­ju: "Ni­g­dy mnie nie ko­cha­łaś" lub "Ni­g­dy cię nie ko­cha­łem", co na jed­no wy­cho­dzi, czy­li że mi­ło­ści u nas nie było i nie ma. Dno. Wła­ści­wie nie ma na­wet o co się kłó­cić. Ta dru­ga oso­ba może naj­wy­żej spa­ko­wać ma­nat­ki i odejść. Prze­waż­nie jed­nak tego nie robi, bo na ogół pa­mię­ta, że ty­dzień, mie­siąc albo rok wcze­śniej już coś ta­kie­go sły­sza­ła, a po­tem na­gle przy­cho­dzi­ło ocie­ple­nie, ró­żo­wa chmur­ka, mio­do­we dni i na po­rząd­ku dzien­nym było: "Mój cu­dzie", "Mój anie­le", "Ależ wspa­nia­łe jest na­sze wspól­ne ży­cie". Dla­te­go part­ne­rzy mogą tyl­ko cza­sem się za­sta­na­wiać: "Czy ja mam na to ja­kiś wpływ, że on (lub ona) raz jest w nie­bie, a raz w pie­kle?".

Co wię­cej, ten dia­bel­ski młyn może za­cząć ob­ra­cać się wła­ści­wie bez po­wo­du. Weź­my taką sy­tu­ację, bo­ha­te­ra­mi są On i Ona.

- Ku­pi­łam bi­le­ty do te­atru - on­li­ne.

- Co? Do te­atru?

- Nie ro­zu­miem, nie chcesz iść do te­atru?

- A co, uwa­żasz, że trze­ba mnie ukul­tu­ral­nić?

- Daj spo­kój, po pro­stu chcia­ła­bym z tobą pójść do te­atru.

- Jesz­cze "on­li­ne" pod­kre­ślasz spe­cjal­nie, bo mnie się je­den raz nie uda­ło ku­pić bi­le­tów na mecz.

- Co ty wy­ga­du­jesz? W ogó­le tego nie pa­mię­tam.

- No tak, Pani Wspa­nia­ło­myśl­na! Na każ­dym kro­ku chcesz mi udo­wod­nić, że je­steś lep­sza ode mnie. Tak jak cała two­ja ro­dzi­na.

- Po­wiesz mi, co cię ugry­zło?

- Jak sama nie wiesz, to trud­no. W ogó­le cię nie ob­cho­dzę. W tym domu nie ma dla mnie miej­sca. My­ślisz tyl­ko o so­bie. Mam już tego dość!

Roz­mo­wa w tym miej­scu się nie za­koń­czy­ła. I nie wia­do­mo, czy w koń­cu po­szli do te­atru, czy nie. Pew­ne jest na­to­miast, że nie­kłó­tli­wa Ona nic nie wskó­ra, je­że­li kłó­tli­wy On na­dal bę­dzie po­dejrz­li­wy, ob­ra­żal­ski, za­kom­plek­sio­ny, upa­tru­ją­cy na każ­dym kro­ku za­ku­sów prze­ciw­ko swo­jej oso­bie. Kłót­nie więc trwa­ją, od­na­wia­ją się, to­cząc się wła­ści­wie za­wsze o to samo: o to, by kłó­tli­we­mu neu­ro­ty­ko­wi do­star­czyć po­żyw­ki na jego po­trze­by zwią­za­ne z upew­nia­niem się, że jest waż­niej­szy, niż się wszyst­kim wy­da­je. Waż­niej­szy, ale tak­że... bied­niej­szy, za­słu­gu­ją­cy na szcze­gól­ne wzglę­dy i uwa­gę. Bez­na­dziej­na spra­wa. Bo tak na­praw­dę to ni­cze­go mu nie bra­ku­je, tyl­ko uświa­do­mie­nia so­bie, że ży­cie ma do­kład­nie ta­kie, ja­kie so­bie urzą­dził. Jak zresz­tą każ­dy z nas.

A czy bez kłót­ni da się żyć?

Py­ta­nie war­te za­sta­no­wie­nia. Bez żad­nej kłót­ni to chy­ba nie. Uni­ka­nie kłót­ni za wszel­ką cenę - je­że­li to w ogó­le re­al­ne - by­ło­by praw­do­po­dob­nie bar­dziej nie­zdro­we niż wda­wa­nie się w nie. Naj­gor­sze w kłót­niach są star­cia "na noże" i wzno­sze­nie co­raz grub­szych mu­rów po­mię­dzy part­ne­ra­mi. Pierw­sze po­zo­sta­wia­ją nie­go­ją­ce się rany, a przez dru­gie z cza­sem już nie spo­sób się usły­szeć i po­ro­zu­mieć. Ro­sną­ca ob­cość i gro­ma­dzo­ne ura­zy czy­nią z part­ne­rów wro­gów. Za­daj­my więc ra­czej inne py­ta­nie: "Jak się kłó­cić, aby po­zo­stać w zgo­dzie". W jed­nej ze swo­ich pre­zen­ta­cji na ten te­mat ze­bra­łam kil­ka re­guł.

1. Ani Ja, ani Ty - niech wy­gry­wa My.

Wy­obraź­my so­bie parę trzy­ma­ją­cą dwa koń­ce liny, każ­de trzy­ma swój. Kłót­nia jest sy­tu­acją, w któ­rej jed­na oso­ba na­gle po­cią­ga za swój ko­niec, dru­ga to wy­czu­wa, więc aby nie dać so­bie wy­rwać liny, szar­pie w swo­ją stro­nę. Je­dy­nym spo­so­bem na nie­prze­rwa­nie po­łą­cze­nia mię­dzy part­ne­ra­mi jest po­lu­zo­wa­nie liny, naj­le­piej po obu stro­nach. Para po­win­na za­prze­stać szar­pa­nia, zro­bić krok lub dwa ku so­bie za­miast od sie­bie. Przy­sło­wie mówi: "Mą­dry głu­pie­mu ustę­pu­je". Je­że­li ustą­pią obo­je, oka­żą się jed­na­ko­wo mą­drzy.

2. Nie rób "z igły wi­dły".

Przy­czy­ną naj­częst­szych kłót­ni są dro­bia­zgi. Nie­opusz­czo­na kla­pa na se­de­sie, nie­za­krę­co­na tub­ka z pa­stą do zę­bów, skar­pet­ki na pod­ło­dze, prze­ga­pio­na rocz­ni­ca ślu­bu i róż­ne inne nie­dbal­stwa prze­sła­nia­ją ko­cha­ją­cym się lu­dziom ich naj­bar­dziej war­to­ścio­we za­le­ty i za­słu­gi. Trze­ba je więc spi­sać, no­sić przy so­bie, na­uczyć się na pa­mięć i przy­wo­ły­wać przy każ­dym de­ner­wu­ją­cym dro­bia­zgu. Niech nam się prze­sta­ną my­lić rze­czy waż­ne z nie­waż­ny­mi. Tyl­ko w ten spo­sób na­uczy­my się pa­trzeć na drob­ne grzesz­ki z szer­szej per­spek­ty­wy. Z du­że­go dy­stan­su wszyst­ko wy­da­je się mniej­sze.

3. Nie uogól­niaj.

Nie uży­waj słów "za­wsze" i "ni­g­dy" jak we fra­zach: "Bo ty za­wsze..." lub "Bo ty ni­g­dy...". W spo­rach i kłót­niach o co­kol­wiek od­noś się do kon­kret­ne­go przed­mio­tu ak­tu­al­ne­go spo­ru, a więc tego, któ­ry cię roz­draż­nił tu i te­raz.

4. Kry­ty­kuj czy­ny, nie oso­bę.

Za­sa­da ta wy­ma­ga opa­no­wa­nia sztu­ki mó­wie­nia o tym, co nam się nie po­do­ba lub prze­szka­dza, a nie o tym, jaki jest ten, kto to robi. Le­piej po­wie­dzieć: "Nie lu­bię cze­kać", za­miast: "Je­steś nie­punk­tu­al­ny". Kry­ty­ka oso­by wzbu­dza za­wsze od­ru­cho­wą chęć od­we­tu. Dla­te­go nie ata­kuj oso­by, tyl­ko zwra­caj uwa­gę na fak­ty i czy­ny. Te nie wzbu­dzą sprze­ci­wu, wszak są fak­ta­mi! A poza tym ła­twiej zmie­niać za­cho­wa­nia, niż na­pra­wiać sie­bie.

5. Nie pod­noś gło­su.

Krzy­ki i po­gróż­ki nie umac­nia­ją ar­gu­men­tów, tyl­ko je osła­bia­ją. Kto krzy­czy, ten nie ma ra­cji. Poza tym gdy jed­na oso­ba pod­no­si głos, dru­ga nie­chyb­nie zro­bi to samo. W ten spo­sób nie­po­ro­zu­mie­nia za­mie­nia­ją się w kłót­nie, a te w py­sków­ki. Stąd już tyl­ko krok do otwar­tej woj­ny. Do­brze, je­że­li tyl­ko na sło­wa...

Z ob­ser­wa­cji i ba­dań na­uko­wych nie wy­ni­ka wca­le, by pary o "wy­so­kim stop­niu kłó­tli­wo­ści" były szcze­gól­nie nie­szczę­śli­we lub za­gro­żo­ne roz­sta­nia­mi czy roz­wo­da­mi. Wspo­mnę o ba­da­niach psy­cho­lo­gów z Uni­wer­sy­te­tu Sta­no­we­go w Ohio, prze­pro­wa­dzo­nych w la­tach 1980-2000. Ob­ję­to nimi dwa ty­sią­ce par. Uczest­ni­ków po­dzie­lo­no na trzy gru­py we­dług czę­sto­tli­wo­ści kłót­ni. Oka­za­ło się, że przez dwa­dzie­ścia lat czę­sto­tli­wość kłót­ni w tych róż­nych gru­pach po­zo­sta­ła taka sama. Spraw­dzo­no też, jak kłót­nie wpły­wa­ją na su­biek­tyw­ne po­czu­cie sa­tys­fak­cji i szczę­ścia w związ­ku. I tu in­te­re­su­ją­ca ob­ser­wa­cja: im więk­sze po­czu­cie hu­mo­ru u kłó­cą­cych się part­ne­rów - i to za­rów­no u bar­dzo kłó­tli­wych, jak i nie bar­dzo - tym więk­sze za­do­wo­le­nie i po­czu­cie szczę­ścia, a więc jed­no­cze­śnie tym mniej­sze praw­do­po­do­bień­stwo roz­pa­du związ­ku.

Do­bra wia­do­mość: kłóć­my się więc, ile chce­my, byle z hu­mo­rem.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki

Lu­dzie, lu­dzie...

Z mi­lio­na przy­czyn, ja­kie wy­wo­łu­ją na­sze sil­ne emo­cje, więk­szość po­wo­du­ją inni lu­dzie, zwłasz­cza naj­bliż­si. Gdy w oso­bi­stych re­la­cjach prze­ży­wa­my emo­cje ró­żo­we, błę­kit­ne, cie­płe i ra­do­sne, a już szcze­gól­nie, gdy są one pro­mien­ne i pło­mien­ne, to do­ty­ka­my szczę­ścia. Gdy jed­nak dzie­je się od­wrot­nie - na­sze oto­cze­nie, lub ktoś kon­kret­ny w nim, draż­ni nas albo mar­twi, iry­tu­je, zło­ści czy wy­wo­łu­je po­czu­cie za­gro­że­nia - to klops: ży­cie mamy nie­szczę­śli­we.

A mó­wiąc jed­no­znacz­nie sa­mo­po­czu­cie za­le­ży od tego, co nasi bli­scy do nas i o nas mó­wią, jak nas trak­tu­ją, co im się w nas nie po­do­ba oraz za co i w jaki spo­sób nas ka­rzą, gdy na­sze ce­chy lub za­cho­wa­nia im się nie po­do­ba­ją. Ich kary to rów­nież sku­tek emo­cji, po­nie­waż oni, ci nasi bli­scy, też je prze­ży­wa­ją z po­wo­du tego, co z ko­lei my do nich i o nich mó­wi­my, jak ich trak­tu­je­my, co nam się w nich nie po­do­ba oraz jak ich kar­ci­my za nie­mi­łe (na­szym zda­niem!) ce­chy lub za­cho­wa­nia.

Po­pa­trz­cie pań­stwo, ja­kie sprzę­że­nie zwrot­ne.

Bo fak­tycz­nie tak jest, że każ­dy ob­dzie­la oto­cze­nie swo­imi przy­wa­ra­mi, cho­ciaż nie każ­dy jed­na­ko­wo nie­zno­śnie. Cza­sem jed­nak sto­pień zgry­zo­ty czy znie­cier­pli­wie­nia z po­wo­du czy­ichś wad lub mę­czą­cych na­wy­ków prze­kra­cza na­szą wy­trzy­ma­łość i wte­dy re­la­cja się roz­pa­da. A mo­gła­by się nie roz­paść, gdy­by spró­bo­wać wza­jem­nie się zro­zu­mieć i po­ro­zu­mieć; gdy­by oby­dwie stro­ny po­szu­ka­ły lep­sze­go spo­so­bu współ­ży­cia i współ­dzia­ła­nia, za­czy­na­jąc do­brą zmia­nę od sie­bie.

Z taką in­ten­cją na­pi­sa­łam ten se­rial o "trud­nych" lu­dziach, z któ­ry­mi przy­cho­dzi nam dzie­lić ży­cie. Nie­kie­dy zresz­tą sami nimi by­wa­my i wte­dy aku­rat za­da­je­my cier­pie­nia my im, a nie oni nam. Tak czy ina­czej, za­po­zna­nie się z ga­le­rią ty­pów szar­pią­cych swo­im bliź­nim ner­wy, uwa­żam za po­ży­tecz­ne. Mam na­dzie­ję, że opi­sy roz­ma­itych uprzy­krza­czy nie tyl­ko ob­ja­śnią isto­tę, a tak­że źró­dła iry­tu­ją­cych po­staw i za­cho­wań, ale uła­twią ich sko­ry­go­wa­nie. Tak na­praw­dę, to nie o teo­re­ty­zo­wa­nie mi cho­dzi - tym niech się zaj­mu­ją aka­de­mi­cy - ale o re­al­ną po­pra­wę waż­nych re­la­cji.

Dla­te­go tak wie­le w tej książ­ce jest o wy­zna­cza­niu i prze­strze­ga­niu gra­nic, o wy­ro­zu­mia­ło­ści, cier­pli­wo­ści i po­czu­ciu hu­mo­ru; jest też spo­ro o szko­dli­wo­ści kry­ty­kanc­twa, per­fek­cjo­ni­zmu i za­twar­dzia­ło­ści w ura­zach.

Za­chę­ca­jąc do tej lek­tu­ry, po­wo­łam się na dość oso­bli­wy mem mo­je­go au­tor­stwa, jaki przy­wo­łu­ję na myśl o roz­licz­nych nie­po­ro­zu­mie­niach i uciąż­li­wo­ściach mię­dzy ludź­mi. Sta­ją mi mia­no­wi­cie przed ocza­mi, na­ry­so­wa­ne gru­bą kre­ską, syl­wet­ki dwóch lub wię­cej ro­ze­źlo­nych na sie­bie osób, trzy­ma­ją­cych się za ręce i two­rzą­cych w ten spo­sób za­mknię­ty układ. Z prze­chy­lo­nej ko­new­ki w jed­ną z po­sta­ci wle­wa się czer­wo­na far­ba, sym­bo­li­zu­ją­ca, po­wiedz­my, złość. Zgod­nie z za­sa­dą na­czyń po­łą­czo­nych stop­nio­wo wy­peł­nia ona za­ry­sy po­zo­sta­łych. I cho­ciaż naj­pierw prze­peł­nia tyl­ko jed­ną oso­bę, po pew­nym cza­sie za­bar­wi­ła­by na czer­wo­no cały sys­tem. Ale ja nie cze­kam na to, tyl­ko bio­rę dru­gą ko­new­kę, z nie­bie­ską far­bą - niech to bę­dzie sym­bol życz­li­wo­ści, tak­tu - i wy­peł­niam nią syl­wet­kę oso­by sto­ją­cej obok. Ob­ser­wu­ję, co się dzie­je, i wi­dzę, że gdy im wię­cej uży­wam far­by nie­bie­skiej, to ko­lor ten za­czy­na prze­wa­żać i w koń­cu zbłę­kit­nie­je cały układ. Tak so­bie to wy­obra­żam.

Ktoś po­wie: ech, ty, na­iw­na. Ktoś inny: czer­wo­ne to złe, ża­den błę­kit czer­wie­ni nie prze­bar­wi, tu po­trze­ba po­li­cji. A ktoś trze­ci za­uwa­ży: za­raz, ale prze­cież w tej książ­ce nic nie ma o ła­ma­niu prze­pi­sów, tyl­ko o "trud­nych lu­dziach...". Więc po co za­raz po­li­cja?

Oczy­wi­ście po­dzię­ku­ję trze­cie­mu kto­sio­wi, bo tra­fił w sed­no: wady, przy­wa­ry, do­kucz­li­we na­wy­ki, od­mien­no­ści cha­rak­te­ro­lo­gicz­ne i oso­bo­wo­ścio­we nie są ka­ral­ne. Nie trze­ba ich zwal­czać, wy­star­czy, że obie stro­ny na­uczą się do­ga­dy­wać, a nie po­stę­po­wać wbrew so­bie. Bli­skie re­la­cje są wszak po to, aby­śmy czu­li się w nich bez­piecz­nie i do­brze za­miast szar­pać so­bie na­wza­jem ner­wy.

Prze­czy­ta­łam ko­muś ten wstęp i usły­sza­łam: "Faj­nie, czy­li ta książ­ka to coś w ro­dza­ju ne­rvo­so­lu".

No i do­brze. Niech tak bę­dzie.

ma­rzec 2022