Wstęp
Karma to suka
Czas na zwierzenia. Przez większość swojego życia byłem najgorszym możliwym kandydatem na randkę. Fakt, odnosiłem sukcesy jako coach i mówca motywacyjny, ale wciąż byłem niespełna trzydziestoletnim facetem - choć będącym w tej surrealistycznej sytuacji, że pod swoimi filmami w mediach społecznościowych czytałem czasem: "Byłby idealnym facetem na randkę". Wiele osób zakładało, że ze względu na moją inteligencję emocjonalną związek ze mną byłby cudowny.
Bardzo się myliły.
Mogę powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że nigdy, w najśmielszych marzeniach nie byłem idealnym kandydatem na partnera. I choć zawsze miałem dość samoświadomości, by czuć się nieswojo, czytając takie komentarze, w wieku dwudziestu paru lat (a nawet, ośmielę się stwierdzić, jeszcze w wieku trzydziestu paru) nie miałem pojęcia, jak bardzo rozmijały się z rzeczywistością.
Od momentu rozpoczęcia w wieku dziewiętnastu lat pracy jako profesjonalny doradca randkowy, udzielając rad kobietom, jako partner byłem skazany na porażkę. Taki chyba jest los wszystkich, niezależnie od specjalności, trenerów, terapeutów i doradców, którzy sami nie doznali oświecenia, dopóki nie zaczęli dzielić się szeroko swoją mądrością - czyli w praktyce wszystkich poza Eckhartem Tolle'em. Jego przebudzenie wydaje się dość rzetelne. Reszta kolegów i koleżanek nie dorasta do swojej roli częściej, niż chcielibyśmy to przyznać. A największym chichotem losu bywa to, że w chwili gdy zaczynamy coś głosić z pełnym przekonaniem, wszechświat zmawia się, by podłożyć nam nogę i sprawić, że sami potkniemy się w tej konkretnej dziedzinie.
Co takiego czyniło mnie okropnym kandydatem na partnera?
Spotykałem się z różnymi osobami równocześnie, nie będąc w tej kwestii całkowicie szczerym. Najczęściej nie kłamałem im prosto w oczy, po prostu nie wspominałem o tym, bo takie postępowanie było dla mnie wygodne. Czasami jednak dopuszczałem się kłamstwa, kiedy to tłumaczyłem sobie, że tak powinienem postąpić, by "oszczędzić bólu" osobie, z którą akurat byłem (można powiedzieć, że znajdowałem się w trudnej relacji z prawdą, co od tego czasu naprawiłem). Czasami znikałem z cudzego życia bez słowa. Szedłem z kimś do łóżka, a potem pozwalałem, by kontakt wygasł, nie zastanawiając się nad tym, że zraniłem czyjeś uczucia, a wręcz nie zawsze mając poczucie, że tak się stało. W niektórych przypadkach pozwalałem, by obsypywały mnie zainteresowaniem osoby, które liczyły na coś więcej, choć gdybym miał być ze sobą szczery, musiałbym im powiedzieć, że jeśli o mnie chodzi, to na nic więcej nie mogą liczyć. Robiłem tak dlatego, że poświęcana mi uwaga była miła i bez niej czułem się samotny. W spokojniejszych, powolniejszych chwilach, w okresach, w których naprawdę czułem potrzebę, żeby przyjrzeć się własnym uczuciom, wszystko przepracować i nauczyć się, jak być samemu, podnosiłem słuchawkę i dzwoniłem do kogoś nowego.
To jeden z powodów, dla których przekazywane przeze mnie treści trafiają w sedno. Gdy mówię kobietom, na co mają uważać, to najczęściej mówię o młodszej, bardziej lekkomyślnej wersji samego siebie.
Nie twierdzę przy tym, że nie byłem dżentelmenem. Czy byłem rycerski? Jak najbardziej. Czy byłem dobry dla innych? Najczęściej tak. Chciałem wszystkich dobrze traktować. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mógłbym kogoś zranić. Czy zależało mi na uczuciach innych ludzi? Oczywiście. Ale ostatecznie na własnych uczuciach zależało mi bardziej.
Najniebezpieczniejsze we mnie nie było to, że mogłem zranić osobę, z którą się spotykałem. Te, z którymi spotykałem się niezobowiązująco, zdecydowanie były najmniej narażone na przykrość. Co oczywiście nie znaczy, że nic przykrego ich nie spotkało. Wiele zraniłem przez to, że nie chciałem wchodzić z nimi w związek. Nie, najbardziej narażone były nie serca tych, z którymi ostatecznie się nie wiązałem, ale tych, z którymi tworzyłem relację.
Dlaczego? Bo choć myślałem, że jestem na to gotowy, to wcale nie byłem. Nie byłem gotowy na prawdziwe zaangażowanie, na żaden kompromis ani nie byłem gotowy na budowanie planu na przyszłość. Wciąż patrzyłem na związek jak na poświęcenie. Byłem gotowy na to, by cieszyć się z bycia zakochanym, a jak później miałem się nauczyć, nie było to to samo, co bycie gotowym na związek.
Tylko że wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Gdybyście mnie spytali, odpowiedziałbym z pełnym przekonaniem, że jestem świetnym materiałem na partnera. Czułem głęboko, kochałem mocno i bardzo inwestowałem w związek, do tego okazywałem szacunek, byłem wrażliwy na potrzeby drugiej osoby i potrafiłem rozmawiać. Wszystko to razem wzięte czyniło ze mnie chyba najniebezpieczniejszy przypadek typa, od którego należy się trzymać z daleka: takiego, którego o nic złego się nie podejrzewa. W przypadku ludzi już na pierwszy rzut oka nieodpowiednich wiesz dobrze, w co się pakujesz. Możesz zabrać takiego do domu dla samego dreszczyku ekscytacji i tak dalej, ale zdecydowanie nie będziesz oczekiwać, że zbudujesz z nim przyszłość. Tak jak wielu dwudziestolatków przekonanych o tym, że ich zachowanie jest nieszkodliwe, uważałem, że moim zadaniem jest zakochać się w kimś, a potem zapiąć pasy w oczekiwaniu na emocje. Ale to nie jest związek. To jazda kolejką w parku rozrywki. Gdy przestaje być dla nas przyjemna, wysiadamy. Niezależnie od wymagań, jakie trzeba spełnić, aby wejść na rollercoaster romansu, poważny związek wymaga o wiele, wiele więcej.
Wspomnienie: Mam dwadzieścia cztery lata i już myślę, a przynajmniej bardzo chcę, by świat myślał, że jestem wszechwiedzący.
Stoję przed napisem Beverly Hills, mając w garści umowę na wydanie mojej pierwszej książki Get the Guy, miliony odsłon moich filmów na YouTube i nowiutki program w godzinach dobrej oglądalności w NBC zatytułowany Ready for Love.
Od sześciu lat pomagam ludziom na wszystkich etapach randkowania: trenuję tysiące chętnych poprzez prelekcje, podczas sesji jeden-na-jednego, w mniejszych i większych grupach, przeprowadzając ich przez każdy krok relacji, przez każdy poziom miłosnego zawodu.
Ale to wszystko miało miejsce w Londynie, a teraz byłem w Los Angeles, moim nowym domu na trzy najbliższe miesiące, podczas których mieliśmy kręcić program. Byłem podekscytowany i czułem się bardzo pewny siebie. Chciałem być częścią tego, co mnie otaczało. I tak w Beverly Gardens Park, zupełnie nowy i zupełnie nieświadomy, jak banalnie się zachowuję, zacząłem nagrywać pierwszy film na YouTube, który miałem nagrać w Ameryce: 3 Tips for Getting Over Heartbreak - "3 wskazówki, jak poradzić sobie z zawodem miłosnym".
Podczas gdy przekazywałem widzom swoje bezcenne wskazówki, w pobliżu stał starszy mężczyzna. Nie ingerował w żaden sposób w film, ale trudno mi było nie zauważać jego obecności i nie być świadomym, że ktoś obserwuje mnie na żywo. To dziwne zjawisko - nie ma się problemów z opublikowaniem filmu, który obejrzą setki tysięcy, jeśli nie miliony ludzi, i zarazem jest się zawstydzonym obecnością jednego człowieka obserwującego nagrywanie materiału. On sam wydawał się szczerze ubawiony patrzeniem, jak spontanicznie filmuję w ten słoneczny dzień, i gdy zbieraliśmy się po zakończeniu sesji, ten obcy człowiek podszedł do mnie i zapytał: "Nigdy nie miałeś złamanego serca, prawda?". Nie był przy tym agresywny, ale w jego tonie dało się wyczuć jakąś wyższość. W ten sposób mówią ludzie, którzy żyli już dostatecznie długo, by kilka razy dostać od życia po głowie (a może nawet więcej niż kilka razy), zwracając się do kogoś, kto po prostu nie ma pojęcia o życiu (a może raczej jeszcze nie ma pojęcia).
Poczułem się potraktowany z góry i poirytowany. Kto to w ogóle był? "Nie prosiłem cię o to, żebyś stał tu i oglądał, jak nagrywam", pomyślałem. "A teraz jeszcze będziesz mnie oceniał?" A jednak, choć bardzo nie chciałem tego przyznać, trafił w czuły punkt. To nie było tak, że moje "wskazówki" były bezużyteczne. Jak najbardziej, mogły się przydać. Zaskakujące było to, jak porady, których udzielałem w wieku dwudziestu dwóch, trzech czy czterech lat, niekiedy były trafne (nie wszystkie, ale wiele z nich). Jednak pod powierzchnią coś nie pasowało i ten człowiek stwierdził to na pierwszy rzut oka.
Ktoś, kto pożył trochę dłużej i przetrwał prawdziwy zawód miłosny, wiedziałby, że bezrefleksyjne podsuwanie "wskazówek" to może nie najlepszy sposób zwracania się do kogoś, kto podnosi się po kataklizmie, jakim potrafi być złamane serce.
Nigdy więcej nie spotkałem już mojego pierwszego amerykańskiego krytyka, ale gdybym się na niego natknął, powiedziałbym mu, że od ostatniego razu uzupełniłem tę oczywistą dziurę w moich kwalifikacjach. Moja wersja tego kluczowego doświadczenia życiowego sama w sobie była banalna. Popełniłem dokładnie te błędy, których kazałem unikać innym: przebudowałem swoje życie, by pasowało do jej życia; zignorowałem czerwone flagi; udawałem, że pragnę rzeczy, których nie pragnąłem, tylko po to, by z nią być; uzależniałem poczucie własnej wartości od tego, czy byliśmy razem, poświęcając swoją karierę i tracąc z oczu swoje prawdziwe potrzeby; pozwoliłem sobie cierpieć przez długie miesiące, marnując czas na nerwowe zamartwianie się tym, że jestem zakochany, zamiast cieszyć się tym, że jestem zakochany. Dość powiedzieć, że chyba po raz pierwszy w życiu nie znajdowałem się w miejscu, do którego byłem nawykły - na miejscu kierowcy.
Przez całe życie z zapałem sporządzałem ze wszystkiego notatki. Wszystko, co mnie w jakiś sposób zajmowało, trafiało w końcu do moich notatek, czy to w papierowych dziennikach, czy na telefonie, czy gdziekolwiek, gdzie byłem w stanie zapisać to w danym momencie. Ale moje dzienniki nie są pełne wpisów zaczynających się od "drogi pamiętniczku". Są pełne rzeczy, które powtarzam sobie, by łatwiej pokonać codzienne problemy. Dzięki temu czytanie tych notatek daje całkiem klarowny obraz tego, z jakim bólem zmagałem się podczas ich pisania. Gdy spoglądałem na notatki z okresu tamtego związku, najstraszniejsze było nawet nie to, że bił od nich wyczuwalny lęk, z którym próbowałem walczyć, ale to, że próbowałem "dodawać sobie otuchy" notkami, przekonując sam siebie, że powinienem w tym trwać.
Nawet krótki rzut oka pozwalał wyłowić z nich takie przykłady czułej samomotywacji jak: "Jeśli ktokolwiek potrafi to wytrzymać, to ja", "To szkolenie wojownika. Jeśli dam sobie radę z tym, dam sobie radę ze wszystkim", "Nie pragnij łatwiejszego życia. Pracuj nad staniem się silniejszym, bardziej odpornym. To dla mnie świetna okazja do rozwoju".
Można by pomyśleć na podstawie tej lektury, że to podbudowujący wewnętrzny monolog kogoś, kto jest w trakcie szkolenia dla jednostek specjalnych Navy SEALs. Tylko że ja tak pisałem o swoim związku. Tak bardzo byłem w nim nieszczęśliwy. Dziś aż boli mnie brak współczucia, jaki sobie okazywałem, i to, jak niebezpieczna może być moja determinacja i poziom tolerancji bólu w niewłaściwej sprawie - w tym przypadku przyjmowałem rolę męczennika w związku, w którym nie realizowałem swoich podstawowych potrzeb.
Wcale nie było trudno znaleźć tego typu ustępów w moich notatkach. Było ich całe mnóstwo, a wiele z nich było zbyt krępujących, by mogły znaleźć się w tej książce. Szczególnie smutne było zdanie, które odnalazłem ukryte pomiędzy kilkoma zadaniami do wykonania:
"Tym, co mnie rozpieprza, są moje oczekiwania. Dawniej po prostu byłem wdzięczny za to, co dostawałem, ale potem moja wdzięczność zamieniła się w oczekiwania".
I tak oto widzimy niepokojące usprawiedliwienie dla masochizmu, jaki w tamtym okresie praktykowałem: Moim problemem nie jest to, że nie są zaspokajane moje potrzeby, problemem jest to, że mam potrzeby. Wystarczy, że wrócę do bycia wdzięcznym za samo to, że ta osoba jest obecna w moim życiu, zamiast mieć wobec niej jakieś oczekiwania. Zapomnij o poczuciu bezpieczeństwa, komfortu, bycia kochanym. Masz szczęście, że w ogóle z nią jesteś!
Po tym, jak przetrwałem ból bezpośrednio po rozstaniu, stało się dla mnie całkowicie jasne, że to nie był dla mnie odpowiedni związek. Czytanie notatek z tamtego okresu wciąż sprawia, że serce mi się kraje nad Matthew, który w tym tkwił. Tak czy inaczej, cieszę się, że je pisałem. Służą mi teraz jako przypomnienie tego, jak bardzo można inwestować energię w zupełnie nieodpowiednie działanie.
Za każdym razem, gdy słyszysz ode mnie, żebyś zastanowiła się nad zachowaniem, które sprawia, że jesteś nieszczęśliwa, nie sądź, że mówię do ciebie z góry. Wpadłem w tę samą pułapkę. I nie zwracaj uwagi na ludzi wokół ciebie, którzy przewracają oczami, widząc, jakie podejmujesz decyzje. Możesz mi wierzyć, jest spora szansa, że oni sami mają za sobą niejeden głupi wyskok.
Gdy nasza własna wersja głupoty prowadzi nas na niewłaściwą drogę czy też w przypadkach, w których wszystko robimy, jak należy, a i tak ktoś nas miesza z błotem, warto mieć dom, do którego można wrócić: miejsce miłości, prawdy i regeneracji. Dla mnie, gdy byłem w najgorszym stanie, bezpiecznym portem byli moi rodzice, bracia, nauczyciel boksu i najbliżsi przyjaciele. Miałem szczęście, że byli wtedy obok z ich łącznym doświadczeniem i mądrością. A jednak pomimo tych wszystkich kochających osób w moim życiu, oferujących mi pozytywne spojrzenie na sytuację i możliwe rozwiązania, wciąż okazywało się, że jedną z najlepszych recept na ból jest więcej bólu. Nie więcej mojego własnego bólu, ale bólu innych - doświadczanego poprzez kontakt z osobami, które przechodzą przez to samo.
W swoich najmroczniejszych chwilach zawsze miałem dostęp do wyjątkowego miejsca, w którym byłem w stanie uzyskać taki kontakt. Miejsca, w którym zawsze mogłem poczuć się mniej osamotniony, poczuć się jak najlepsza wersja siebie, gdzie moje problemy znikały. To miejsce znajdowało się na scenie albo na sesji, gdy słuchałem ludzi, poznawałem ich historie, rozmawiałem o problemach, z którymi przyszli, i układałem plany radzenia sobie z najpilniejszymi kwestiami, a potem, gdy już mogli złapać trochę wiatru w żagle i poszerzyć perspektywę, pomagałem im w znalezieniu niezbędnej pewności siebie - którą prawie każdy z nich miał, ale o której musiałem im przypomnieć. Dostęp do społeczności zawsze był jednym z najpiękniejszych aspektów mojej pracy i sprawił, że nauczyłem się czuć swobodnie, obcując z innymi cierpiącymi osobami.
Postawcie mnie na scenie podczas konferencji fizyków nuklearnych, a zacznę się pocić. (A może tak się złożyło, że to fizycy nuklearni o złamanych sercach? Wtedy mógłbym pomóc). Ale postawcie mnie na scenie przed ludźmi, którzy cierpią, a będę na właściwym miejscu.
W trakcie ostatniej serii prelekcji Love Life, zanim kraj się zamknął i przez dwa lata nie było żadnych spotkań na żywo, znajdowałem się właśnie na scenie i odpowiadałem na pytania publiczności, aż zauważyłem mężczyznę z uniesioną ręką siedzącego z tyłu sali. Powiedzmy sobie przy tym jasno: na moich prelekcjach nie widuję wielu mężczyzn. Gdy jakiś się zdarzy, szczególnie jeśli wygląda jak twardy, potężnie zbudowany Teksańczyk, rzuca się w oczy.
- Jak się nazywasz?
- Roy - odpowiedział.
Roy był przystojny na nieco szorstki sposób i na pierwszy rzut oka nie wyglądał na szczególnie onieśmielonego. Ale wstanie z miejsca wśród obcych ludzi i opowiedzenie o tym, co nas boli, martwi lub czego nie rozumiemy, wymaga odwagi, więc zacząłem:
- Jak się masz, Roy?
- Dobrze, Matthew, dzięki, że pytasz. Moja była często o tobie mówiła, więc pomyślałem, że przyjdę i zobaczę cię na własne oczy. - Na te słowa po sali przetoczyła się fala śmiechu i spontaniczne oklaski, a Roy zauważalnie się rozluźnił.
- Cóż, dzięki, że wpadłeś.
- No tak. Podoba mi się wszystko to, co mówisz, ale jestem mężczyzną. - Gdy Roy wypowiedział to słowo, obniżył odrobinę głos, tak żeby było to zauważalne. - Próbuję więc wyciągnąć z tego coś dla siebie, z perspektywy mężczyzny. - Mówił powoli, ale nie dlatego, że się stresował, tylko dlatego, że usiłował zapanować nad emocjami. - Jestem bardzo... chyba dobrym słowem będzie "wycofany". I nie potrafię pozbyć się bólu, który we mnie tkwi, bo... jestem tylko człowiekiem. Ale mam problem - otworzył się. - Moja była pozbierała się szybko. I uwierz mi, człowieku, to boli. Byliśmy ze sobą pięć czy sześć lat, a gdy widzisz, jak szybko ta druga osoba otrząsa się po tak długim związku, czujesz się, jakbyś nie był dość dobry. Chciałbym tylko wiedzieć, jak mogę zmienić swoje podejście do pozostawiania przeszłości za sobą. Bo to właśnie muszę zrobić. Muszę pozostawić przeszłość za sobą albo będę nieszczęśliwy przez resztę życia.
Gdy dotarł do końca pytania, sala nagrodziła jego szczerość oklaskami. Potem nastąpiła długa chwila ciszy, podczas której dochodziło do mnie, jak głęboko trafiło do mnie to, co mówił Roy, nie tylko to o bólu związanym ze złamanym sercem, ale też o osłupieniu na widok tego, jak ktoś, z którego wspomnieniem wciąż nie możesz się rozstać, błyskawicznie idzie do przodu, nie oglądając się za siebie. Ciszę przerwał głos od strony widowni: - Tu jest ze dwadzieścia kobiet, które chętnie dadzą ci swój numer! - Cała sala (łącznie z Royem) parsknęła śmiechem.
- Roy, ewidentnie bardzo ciężko przez to przechodzisz. Kiedy to się stało? Kiedy cię zostawiła i zaczęła nowe życie?
Wyjaśnił, że to świeża sprawa - kilka miesięcy.
- No tak - powiedziałem - to bardzo bolesne. Za ten ból częściowo odpowiada to, że cały czas przekonujesz sam siebie, że to miała być ta właściwa osoba. A teraz ta "właściwa osoba" jest z kimś innym. Cóż, ja w to nie wierzę. Wierzę, że właściwa osoba jest właściwa tylko wtedy, gdy obie strony związku wybierają się wzajemnie. Nieważne, jak bardzo byś kogoś kochał i jak nadzwyczajny byłby to związek; jeśli ta druga osoba nie decyduje się z tobą zostać, nie może być dla ciebie wymarzoną partnerką. Tkwisz w żałobie, bo wydaje ci się, że utraciłeś osobę, która była ci przeznaczona. Mogę cię jednak zapewnić, że wcale tak nie jest. Bo jeśli ta osoba cię nie wybiera, to nie jest to ktoś, z kim powinieneś być. Możesz czuć się rozczarowany, że ta konkretna kobieta nie jest dla ciebie, ale nie powinieneś rozpaczać, jakby była twoją drugą połówką, bo po prostu nie jest. Rozczarowania wymagają chwili, żeby się z nimi uporać, ale o wiele łatwiej uporać się z rozczarowaniem niż z poczuciem, że właśnie straciłeś miłość swojego życia. Wcale jej nie straciłeś. Ona wciąż jest przed tobą. Czeka cię coś lepszego, przysięgam ci, bracie.
Pozwól, że jeszcze raz powiem ci to, co powiedziałem Royowi, na wypadek gdybyś ty też nie potrafiła oderwać się emocjonalnie od kogoś, kto ostatecznie cię nie wybrał:
Nie ma nic złego w byciu zawiedzionym tym, że ktoś nie okazał się tym jedynym. Ale nie rozpaczaj tak, jakby to był ten jedyny. Jeśli cię nie wybrał, nie był nim.
A skoro już jesteśmy przy temacie, to zanim skończysz czytać tę książkę, chciałbym, by twoja pewność siebie była już na poziomie, na którym to, że ktoś "nie wybiera ciebie", było najbardziej ujmującą atrakcyjności cechą na świecie. Problem polega na tym (i teraz to może być właśnie twój problem), że jeśli twoja pewność siebie nie jest na najwyższym poziomie, to gdy ktoś nie wybiera ciebie, zaczynasz poważnie kwestionować swoją wartość.
Mówiłem dalej do Roya:
- Jest też kwestia ego: wybrała kogo innego, dlaczego nie mnie? Co ma w sobie ta druga osoba? Dlaczego nie byłem wystarczająco dobry? Jedna z najlepszych rad, jakie kiedykolwiek otrzymałem, brzmi: zduś swoje ego. Pewna część ciebie musi umrzeć. W tej chwili przechodzisz przez piekło. Jest strasznie. Ktoś wyrwał ci serce z piersi. To jest piekło. Ale ja chcę wersji ciebie, która przez to piekło przejdzie i wróci żywa, a do tego będzie mogła coś nam opowiedzieć o tym doświadczeniu. Czy chcę wersji Roya, która przez to nie przeszła? To nudne. Nie chcę tego Roya. Chcę Roya, który dużo przeszedł, Roya, na którym pozostały blizny. Stajemy się o wiele silniejsi, gdy w naszym życiu źle się dzieje, niż wtedy, gdy dzieje się dobrze. Wszystko, przez co teraz przechodzisz, można porównać do zupy nabierającej smaku w miarę gotowania. Staje się bardziej złożona, głębsza. Będziesz dzięki temu życzliwszy i bardziej wyrozumiały dla innych ludzi. Pozwoli ci to wnieść więcej do swojego następnego związku. I uczyni cię bardzo silną osobą. A gdy już to przejdziesz? Czego jeszcze mógłbyś się bać? "Umarłem i zmartwychwstałem, sukinsynu! Nie wystraszysz mnie!"
Naturalnie zauważysz, że po tym, przez co sam przeszedłem, nie zareagowałem na zawód miłosny Roya przez oznajmienie mu, że mam dla niego trzy wskazówki, dzięki którym przez niego przejdzie. Na szczęścia dla Roya, tego dnia na scenę wyszedł bardziej doświadczony Matthew, którego życie już nauczyło pokory. Tak samo jak mogę z przekonaniem powiedzieć o Royu, moja wartość dla wszystkich zgromadzonych na tej sali i wszystkich w moim życiu zwiększyła się dzięki bólowi, którego doświadczyłem. Stałem się lepszym partnerem dla mojej publiczności, tak jak Roy nabrał potencjału stania się lepszym partnerem dla osoby czekającej na niego na końcu drogi.
Prawdziwy związek wymaga od obu stron odwagi. Wymaga opuszczenia gardy na tyle, by druga osoba mogła zobaczyć nas takimi, jakimi jesteśmy. Wymaga ciekawości i wizji, by przyjąć drugą osobę taką, jaką jest. Naprawdę ją zobaczyć. Zaakceptować zarówno wersję pokazywaną do kamery, jak i tę ukrytą wersję pełną bałaganu za kulisami. By patrzeć na najgorsze cechy z akceptacją i wyrozumiałością, nie z pogardą. I mieć dość wiary i siły, by zaufać, że ta druga osoba tak samo podejdzie do naszych mrocznych stron. A przede wszystkim wymaga dwójki ludzi, którzy mają wizję tego, gdzie zmierzają w tym związku, i wolę, by codziennie pracować nad ucieleśnieniem tej wizji. Wyjątkowe związki się nie zdarzają. One są budowane.
Na dalszych stronach, w podziale na pięć sekcji (zainteresowanie, zaangażowanie, złamane serce, pewność siebie i życie), podzielę się z wami swoimi naukami i historiami. Odmieniły one moje życie i życia milionów ludzi korzystających z mojej pracy, na których zaufanie chcę zasługiwać tym, jak się prezentuję każdego dnia, zarówno publicznie, jak i prywatnie.
Kto tak w ogóle zalicza się do tych milionów? Piętnaście lat temu zacząłem kręcić filmy adresowane do heteroseksualnych kobiet, ale choć do dziś stanowią one większość moich odbiorców, to moja publiczność stała się o wiele bardziej zróżnicowana. Jest o wiele więcej Royów. Ludzie ze społeczności LGBTQ+ też znaleźli użyteczne treści w tym, co robię. Miłość jest uniwersalna i płynie we wszystkich kierunkach. Porady, których udzielam, są osadzone w ludzkiej naturze. Jestem wszystkim wdzięczny za to, że nie oburzają się na ograniczoną liczbę zaimków, których używałem we wstępach do moich filmów, zaimków, przez które mogli się czuć w jakiś sposób wykluczeni z grona odbiorców. W tej książce staram się pozbyć tych barier i używać bardziej inkluzywnego języka. Niezależnie od płci czy preferencji seksualnej ludzi, o których piszę, pamiętaj, że każdemu z nas mogą przytrafić się te same pomyłki. Kimkolwiek jesteś, wierzę, że odnajdziesz się gdzieś na tych stronach i poczujesz dostrzeżony, niezależnie od tego, kogo i jak kochasz czy jak się identyfikujesz. Przede wszystkim mam nadzieję, że znajdziesz tu odrobinę pocieszenia.
Wciąż dopiero uczę się, jak samemu lepiej sobie radzić z koncepcjami, które zawarłem w niniejszej książce, ale już jestem w tym o wiele lepszy, niż byłem kiedyś. W jakimś momencie każdy z nas będzie potrzebował porady w sprawie sercowej. Tematy randkowania i życia miłosnego były dla mnie zawsze cudownym punktem wejścia. To punkt wejścia do świata naszych demonów, naszej niepewności, traumy, nadziei i marzeń oraz innych problemów, jakie mogą nas spotykać w innych dziedzinach życia.
Z mojego doświadczenia wynika, że nie da się rozmawiać o randkowaniu, nie rozmawiając o życiu. I nie można cieszyć się powodzeniem w miłości, jeśli nie umie się cieszyć życiem. Aby mieć wspaniałe życie miłosne, musimy pielęgnować w sobie miłość do życia. Niezależnie od tego, na jakim etapie obecnie jesteś, zapraszam cię do odkrycia na kolejnych stronach narzędzi, których będziemy do tego potrzebowali.
1. Bycie singlem jest trudne
Zaczynałem od dawania porad niewielkiej grupie facetów, przeszło piętnaście lat temu. Kilka kobiet zauważyło, że moje rady się sprawdzają, i poprosiło o sesje dla nich. Gdy kobiet było już więcej niż mężczyzn, przyszły wyrzuty sumienia: Kim jestem, żeby podpowiadać, co powinna zrobić lub czuć kobieta? Co ja wiem o byciu kobietą? Ale takie wyrzuty niemal zawsze przychodziły w komfortowej sytuacji, po sesji, gdy miałem okazję przemyśleć to i owo, albo po tym, jak zacząłem nagrywać swoje prelekcje, gdy mogłem przesłuchać lub na spokojnie obejrzeć nagrania. Nigdy nie czułem ich na gorąco, na scenie, gdy któraś z uczestniczek opowiadała mi o kryzysie w jej życiu, oczekując pomocy, porady czy jakiegoś planu. W takiej sytuacji mogłem tylko zaufać swojemu doświadczeniu, starając się przekazać jej wszystko to, czego się nauczyłem, odpowiadając w przeszłości na podobne pytania.
Od tego czasu spędziłem dosłownie tysiące godzin w takich sytuacjach. Nieważne, kim ktoś jest ani skąd pochodzi czy jak się identyfikuje, właściwą radą jest ta, która pomaga mu uporać się z doraźnym problemem i najlepiej jeszcze podpowiada długoterminową strategię. Niniejsza książka jest pełna rozwiązań, do których regularnie powracam. Preferuję praktyczne porady zamiast niedookreślonego myślenia pozytywnego. Chcę, by ludzie wychodzili ode mnie ze świadomością, że wiedzą, jakie konkretne kroki podjąć - co powinni zacząć robić, a czego zdecydowanie powinni zaprzestać.
Jedną drobną rzeczą, która pozwala mi troszeczkę zrozumieć nieustanną presję wywieraną na wiele kobiet przez rodzinę i sparowanych znajomych (a czasami wręcz z każdej strony), jest presja, którą czuję ja, jako facet profesjonalnie doradzający w kwestiach randek i związków. Za każdym razem, gdy ktoś z publiczności albo jakiś dziennikarz pytał mnie, czy jestem singlem, czułem mieszaninę znudzenia, bo słyszałem to pytanie tysięczny raz, oraz frustracji, bo nie było sensu na nie odpowiadać. Gdybym odpowiedział, że jestem w związku, zareagowaliby "och, to świetnie" i przeszli dalej. Gdybym powiedział, że jestem singlem, zaczęłoby się: "Jak to możliwe? Przecież jesteś gościem od związków".
Wolno mi przyznać, że to mnie razi? Nie za każdym razem, ale tak co dwudziesty raz, gdy odpowiadałem na to pytanie, czułem, że zaczynam w siebie wątpić, w to, że ten aspekt mojego życia może po prostu ułożyć się w naturalny sposób. Znajdowałem się w sytuacji, przed którą przestrzegałem: wywierałem na siebie samego taką presję, by poznać kogoś odpowiedniego, że musiałem bezustannie z sobą walczyć, by nie podejmować złych decyzji, nie wchodzić w związek tylko po to, by oficjalnie w nim być - czyli w celu, który wcale nie był istotny sam w sobie, o czym musiałem sobie ciągle przypominać.
Pozwól, że odpowiem na to pytanie raz, a dobrze. Po pierwsze, nie jestem "gościem od związków". Nie liczy się dla mnie to, czy ktoś jest w związku, ale to, czy jest szczęśliwy w sytuacji, w jakiej akurat się znajduje. Nigdy nie nawoływałem do tego, by ludzie koniecznie szukali dla siebie pary; jedynie starałem się pomóc w znalezieniu im kogoś do pary, jeśli tego pragnęli. A po drugie, nie uważam, żeby to, czy udało mi się znaleźć drugą połówkę, było najlepszą miarą moich kwalifikacji. Tak się złożyło, że kiedy pisałem ten rozdział, zaręczyłem się, co dla mnie prywatnie było bardzo szczęśliwą chwilą, ale samo to, że jest się zaręczonym, nie powinno być powodem do dumy. Samo to, że jesteś w związku, nie jest żadną miarą sukcesu, ani dla mnie, ani dla nikogo innego - wiele osób, którym doradzałem, może z dumą stwierdzić, że ich sukcesem było zakończenie związku. I wszyscy znamy przynajmniej jedną parę, która pozornie, w mediach społecznościowych, wydaje się pod każdym względem idealna, ale za kulisami znajduje się na krawędzi rozpadu.
Pozwól, że to rozpiszę jasno i wyraźnie:
- Jeśli dzięki mojej pracy znajdziesz miłość, będę szczęśliwy.
- Jeśli zerwiesz z kimś, z kim nie powinnaś być, i dzięki mojej pracy staniesz się na powrót singielką, będę tak samo szczęśliwy.
- A jeśli po przeczytaniu tej książki uznasz, że nie jest ci pilno do wchodzenia w związek, bo kochasz życie i po prostu bycie sobą, i nie będziesz próbować zapełnić wyimaginowanej pustki przez znalezienie kogoś, kto sprawia, że czujesz się wystarczająco dobra, to po prostu idealnie.
Nic z powyższego nie sprawia, że bycie singlem staje się łatwe. Nawet jeśli odrzucimy zewnętrzną presję na to, by kogoś poznać, wciąż musimy uporać się z własnymi uczuciami dotyczącymi potrzeby nawiązywania relacji. Podczas piętnastu lat doradzania pracowałem z niezliczonymi kobietami, które miały wrażenie, że ich życie uczuciowe zmierza donikąd. Gdy ktoś zaczyna czuć, że utwierdzone z dawien dawna przekonanie, że każdy znajdzie swoją drugą połówkę, odnosi się do każdego, ale nie do niego, za odrzuceniem i złamanym sercem wkrada się rozczarowanie i poczucie beznadziei. Przestajemy widzieć jakikolwiek sens w randkowaniu, bo albo nigdy nie czujemy "tego czegoś", albo wszyscy, do których to czujemy, ostatecznie nas wystawiają lub chcą czegoś zupełnie innego niż my. Powtarzamy sobie: "Może powinienem pogodzić się z tym, że nigdy nikogo nie znajdę". Następnie wszyscy, z którymi dotąd spędzaliśmy czas, zaczynają znajdować sobie partnerów lub partnerki i znikać z naszego życia, a rozczarowanie zamienia się w przekonanie: to, że wciąż jestem singlem, musi oznaczać, że coś jest ze mną nie tak.
Z każdą nieudaną relacją te myśli stają się coraz bardziej i bardziej uporczywe. Nawet jeśli próbujemy myśleć pozytywnie, tkwi w nas głęboko strach, że może po prostu świat za bardzo się zmienił. Może prawdziwych związków zwyczajnie już nie ma. A może, co gorsza, może nie ma ich dla nas.
Gdy związek, w który zainwestowaliśmy miesiące lub wręcz lata swojego życia, się psuje i znajdujemy się z powrotem w punkcie wyjścia, możemy czuć się przybici. Nie wydaje się, by istniało konto, na którym moglibyśmy gromadzić to, co wyciągnęliśmy ze swoich związków. Za każdym razem, gdy ktoś odchodzi, musimy zaczynać zupełnie od nowa z nową osobą - zegar związku resetuje się do zera. Nie mamy jednak przycisku resetu dla własnego życia czy ciała. W ich przypadku czas biegnie nieubłaganie. Gdyby nasze życie było grą planszową, nie byłoby monopolu, w którym przynajmniej konsekwentnie gromadzimy domy i hotele. Bardziej przypominałoby węże i drabiny. Każdy nowy związek jest jak drabina, na którą trzeba się wspiąć, a każde zerwanie jest jak wąż, po którym nagle zjeżdżamy w tę samą przestrzeń samotności, gdzie przedtem tkwiliśmy. Ale to nie musi być coś złego. Możemy zacząć wszystko od nowa!
Gdy mamy poczucie, że zostajemy z tyłu, podczas gdy nasi znajomi się parują, warto przypomnieć sobie, że każdy w jednej chwili może ponownie stać się singlem. Długotrwałe związki się rozpadają. Czy ktoś, kto rozstaje się po dwudziestu latach małżeństwa lub partnerstwa, jest w gorszej sytuacji niż ktoś przeżywający w tym czasie szóste (lub szesnaste) niepowodzenie uczuciowe? Nie ma łatwej odpowiedzi. Niektórzy ludzie przechodzą rozstanie z poczuciem, że coś jednak osiągnęli, i ciesząc się z odzyskanej niezależności. Inni czują się całkowicie porzuceni, bez żadnego wsparcia, bez przyjaciół i bez pewności, jaką dawało im życie, które właśnie się dla nich zakończyło.
Ale niezależnie od stanu, w jakim się znajdziesz - randkująca(-y), porzucona(-y), rozwiedziona(-y), zbuntowana(-y) - musisz zmierzyć się z emocjami towarzyszącymi byciu singlem lub singielką. W porównaniu z traumą złamanego serca albo apokalipsą rozwodu codzienne wyzwania i stresy związane z byciem samotnym mogą wydawać się frustrująco ulotne. Jak poradzić sobie z problemem, gdy problemem jest brak sedna naszego życia? Co nie zmienia faktu, że pustka w naszym życiu może uwierać, i gdy dodamy do siebie te wszystkie drobne niedogodności, ostatecznie problem staje się dotkliwy. W niektóre dni, gdy mamy dużo zajęć i czujemy się pewni siebie, albo przynajmniej dość zajęci, by nie mieć głowy do zmartwień, stres nie jest zbyt uciążliwy. W inne dni życie może wydawać się nieustannymi zmaganiami z przeciwnikiem, którego widzimy tylko my sami. Czasami ból bycia samotnym uderza w naszych najlepszych momentach, gdy unosimy się w zachwycie, i to właśnie wyjątkowość takich chwil przypomina nam, że nie mamy nikogo, z kim moglibyśmy je podzielić, nikogo, komu moglibyśmy opowiedzieć o tym, co robimy, a co nas ekscytuje, i nikogo u naszego boku, by po prostu przeżywać to w milczeniu.
Niektórzy ludzie uznają taki brak za autentyczną stratę, tak jakby każdy rok spędzony w samotności był kolejnym straconym rokiem relacji z osobą, której dotąd nie poznali. Ta koncepcja konkretnego, przeznaczonego nam partnera jest niebezpiecznie bliska czegoś, z czym postaram się powalczyć w następnym rozdziale. Ale poczucie straty jest po prostu czymś, co towarzyszy nam w życiu. Pisarz Christopher Hitchens stwierdził: "W miarę upływu lat w melancholię wpędza nas to, że nie możemy zdobywać starych przyjaciół". W związkach jest dokładnie tak samo: nie możesz wrócić w czasie i wyjść za mąż za sympatię z liceum, której nigdy nie miałaś. A niektórzy ludzie, szczególnie ci, którzy mogą porównywać się ze swoimi znajomymi pozostającymi w związkach małżeńskich, odczuwają to szczególnie dotkliwie. Jeśli stara przyjaciółka od dziesięciu lat żyje ze swoim partnerem, łatwo porównać swój obecny, niesparowany stan do jej stanu i pomyśleć, że nawet gdyby poznało się kogoś tu i teraz, to wciąż ten związek miałby o dziesięć lat krótszą historię.
Myślę, że nie ma co tracić nadziei. W miarę jak stajemy się coraz starsi i lepiej wiemy, co lubimy i do jakich ludzi nas ciągnie, coraz szybciej potrafimy znaleźć wspólny język z drugą osobą. Nie myślę tu o szybkim odhaczaniu listy czerwonych flag stworzonej dzięki wszystkim dotychczasowym randkowym porażkom, choć oczywiście takich sygnałów też nie należy ignorować. Ale istnieją ludzie, którzy spotykając się w późniejszym okresie życia, czują natychmiastowe pokrewieństwo dusz. Na taki język zwykle reaguję alergicznie, ale tak naprawdę nie chodzi tu o nic mistycznego. Po prostu oboje szliście własnymi drogami i dostaliście od życia kilka bolesnych lekcji, dzięki czemu macie doświadczenia pozwalające trafniej rozpoznawać u drugiej osoby jej wrażliwe punkty.
Niezależnie od tego, czy mieszkamy teraz daleko od swojego domu rodzinnego czy też przecznicę od miejsca, w którym dorastaliśmy, wyruszamy w świat z nadzieją, że staniemy się kimś innym. W pewnym momencie napotykamy kogoś, kto nam o tym przypomina. Choć pochodzi z zupełnie innego miejsca, pragnie tego samego. Ludzi najczęściej określa to, czego pragną, co nimi kieruje, i wszystko to, czego chcą dokonać, a równocześnie kształtuje ich to, z czego rezygnują - wszyscy czemuś musimy powiedzieć "nie", by ostatecznie znaleźć się tam, gdzie mamy nadzieję się znaleźć. Trzeba sporo doświadczenia życiowego, żeby wiedzieć, z czym absolutnie się nie pogodzimy. I za każdym razem, gdy zostawiamy za sobą takie doświadczenie, coraz bardziej oddalamy się od osoby, którą byliśmy kiedyś, i od wyborów, które byśmy podjęli. Nagle pojawia się przed nami ktoś, kto jest w tym samym miejscu, i widzimy w nim to, jak daleko znalazł się od domu. To nie jest magia. A nawet jeśli to jest magia, to gdy mieliśmy po dziewiętnaście lat, była ona dla nas zupełnie niedostępna.
Bycie singlem jest trudne ; ma się wrażenie, że to źródło bólu, który nigdy nie ustaje. Podstawową funkcją tej książki jest przekazanie ludziom zbioru narzędzi, dzięki którym będą mieli o wiele więcej okazji do dokonania zmiany w swoim życiu uczuciowym. Ale jej dodatkową funkcją jest pokazanie, jak żyć bez poczucia, że życie przecieka przez palce, jak cieszyć się pięknem życia, pozostając otwartym na pojawiające się okazje. Choć w tym może kryć się pułapka. Czasami "pozostawanie otwartym na pojawiające się okazje" zamienia się w "czekanie w nadziei" albo "czekanie z poczuciem, że reszta mojego życia nie jest warta przeżycia, póki nie stanie się ta jedna rzecz, która przecież na pewno nie stanie się dziś (o ile w ogóle się stanie)".
W świecie greckich mitów Pandora nie potrafiła oprzeć się pokusie otwarcia puszki, której miała nie otwierać. Gdy to zrobiła (bo jakżeby mogło być inaczej?), ujrzała, że w puszce znajdowały się najprzeróżniejsze niewyobrażalne choroby i nieszczęścia, które zaczęły uciekać, by na zawsze nękać ludzkość. Zaraz zorientowawszy się, jaką popełniła pomyłkę (i zignorujmy na chwilę fakt, że ten mit, podobnie jak historia o Ewie, stanowi tylko wygodną wymówkę, by za całe zło świata obwinić kobietę obdarzoną zdrową ciekawością), szybko zamknęła naczynie, zanim zdołała z niego uciec nadzieja. To osobliwy szczegół. Można by pomyśleć, co takiego złego jest w nadziei. Skąd pomysł, że nadzieja miałaby być równie niszczycielska i zgubna jak choroba?
Przez lata musiałem zmagać się z uporczywym bólem. Diagnoza, jaką usłyszałem, to szum uszny, ale czasami (tak naprawdę bardzo często) do szumu dołączał się każdy rodzaj dolegliwości, jaki można sobie wyobrazić: ból głowy, zawroty, pulsowanie w głowie i uchu. Wyleczenie tej przypadłości stało się na kilka lat moją obsesją. Jeśli wydaje wam się, że nie żyłem nadzieją, to źle wam się wydaje. Próbowałem właściwie każdej terapii, o jakiej usłyszałem, a ponieważ mieszkałem w Kalifornii, to słyszałem o jakiejś co chwilę. Poszedłem do osteopaty, który wykręcał mi szyję i kręgosłup tak bardzo, że w pewnym momencie miałem wrażenie, że odkręcił mi głowę od ciała. Zapisałem się na coś, co nazywało się "terapią kąpieli w dźwiękach", kiedy to siedziałem w pokoju, w którym ktoś grał "koncert dla jednej osoby" na misach, a inny gość grał na dżidżeredu, jak to sam ujął, "prosto do mojego serca". Poszedłem do specjalisty od migreny, który przepisał mi koktajl leków do comiesięcznego wstrzykiwania. Chodziłem od jednego laryngologa do drugiego. Jeden z nich kazał mi usunąć z jadłospisu "kawę, alkohol, cukier, sól i ostre przyprawy", a drugi stwierdził, że nie obejdzie się bez antydepresantów. Czułem, że gdybym zrezygnował z tego wszystkiego, z czego kazano mi zrezygnować, naprawdę potrzebowałbym antydepresantów!
Praktykowałem jogę. Codziennie rano piłem sok z selera. Poszedłem do stomatologa i kupiłem nakładkę na zęby za sześćset dolarów. Poszedłem do specjalisty od akupunktury, który zrobił mi masaż szczęki i ucha wewnętrznego, wkładając palce równocześnie do ust i ucha i manipulując całym tym obszarem od środka. Poszedłem do chińskiego specjalisty od medycyny naturalnej, który przepisał mi skomplikowany zestaw saszetek z ziołami, potwornie cuchnących i o smaku bagiennego błota zalanego gorącą wodą. Stosowałem to przez cały miesiąc, co w zasadzie było wzorcowym przykładem triumfu nadziei nad doświadczeniem.
W samym środku pandemii poleciałem do Monachium na leczenie. Pobierano ode mnie całe wiadra krwi (takie miałem wrażenie), która potem trafiała do wirówki, gdzie usuwano z niej białka działające przeciwzapalnie, a następnie w formie serum obstrzykiwano nimi moją szczękę, kark i ramiona, dwadzieścia cztery razy dziennie przez całe cztery dni. To było tuż przed świętami i nie marzyłem o niczym innym jak tylko o tym, żeby być w tym czasie z rodziną. Zamiast tego byłem jednym z kilku gości w olbrzymim hotelu, gdzie każdy z nas był w jakiś sposób ułomny i wędrował po pustym mauzoleum niemieckiego budynku niczym duch. Poświęciłem absurdalną ilość pieniędzy na to, by czuć się samotnym i nieszczęśliwym, a jedyne, co mi po tym zostało, to to, że już nie zwracam nawet uwagi, jak muszą wbić mi gdzieś igłę.
Można powiedzieć, że nadzieja prześladowała mnie przez całe lata. Za każdym razem, gdy docierały do mnie wieści o jakiejś nowej terapii, zaczynało się oczekiwanie. Tonąłem w uczuciu ulgi, że oto pojawia się coś, co mnie naprawi - że ta nowa terapia przyniesie oczekiwany skutek. Mój system nerwowy uspokajał się, bo wychodziłem z trybu beznadziei. Potrafiłem sobie wyobrazić, wręcz niemal czułem, jak moja przypadłość mnie opuszcza; mogłem tej okazji przypisać nawet konkretną datę, a mianowicie dzień rozpoczęcia nowej terapii. Z wielką ekscytacją graniczącą z radością rozmawiałem o tym cudownym leczeniu z przyjaciółmi. Choć cały czas cierpiałem, sama perspektywa, że to cierpienie się skończy, w jakiś sposób wpływała na mój mózg. Piszę o tym wszystkim, by podkreślić, że rozumiem stan emocjonalny kogoś, kto nie będąc w związku, zaczyna opowiadać przyjaciołom o potencjalnym kandydacie, z którym się umówił, a który zapowiada się dość interesująco. Rozumiem to doskonale. Takie osoby zaczynają przyzwyczajać się do myśli, że wreszcie widać koniec tej przygnębiającej ścieżki, po której samotnie kroczą, wydawałoby się, od zawsze.
Porównuję to z chronicznym bólem dlatego, że naukowcy odkryli, że doświadczenie chronicznego bólu zmienia mózg - gdy ból się utrzymuje, receptory bólu zostają rozstrojone, przez co stają się bardzo czułe i uaktywniają się szybciej niż u ludzi, którzy nie cierpią. To oznacza, że aby się wyleczyć, nie wystarczy pozbyć się bólu, trzeba też naprawić mózg. Jednak nawet gdy sam byłem cierpiący, codziennie mogłem liczyć na króciutką ulgę: każdego dnia, gdy się budziłem, zanim na dobre nie powróciłem ze snu na jawę i nie przypomniałem sobie, kim jestem, doświadczałem krótkiego momentu, w którym ból dla mnie nie istniał.
Każdy, kto dużo podróżuje, doskonale zna ten moment. Budzisz się i pytasz sam siebie: Gdzie ja jestem? W Tucson? W Singapurze? Czy to lotnisko Hyatt, czy domek na plaży? To też uczucie doskonale znane wszystkim, którzy przeżywają rozstanie: gdy się budzisz, masz żałosne dziesięć czy piętnaście sekund, zanim wszystko sobie przypomnisz, łącznie z tym, jak się czujesz, i masz wtedy krótką ulgę, zanim tego dnia, dokładnie tak samo jak poprzedniego, spadną na ciebie realia tego, że masz złamane serce. Gdy to do ciebie dochodzi, mówisz: okej, mogę zacząć dzień. Teraz już pamiętam, jakim jestem wrakiem.
W ciągu dnia ta chwilowa ulga niekiedy się powtarza. Czasem byłem czymś mocno zajęty i ktoś z mojego otoczenia pytał: "Jak tam dziś twoja głowa?". Wtedy musiałem przyznać: "No tak, nie najlepiej. Ale przez jakieś dziesięć minut, zanim zapytałeś, w sumie nie było źle". Wszyscy, którzy powtarzali "uwierz mi, że to w końcu minie", wcale nie pomagali, bo wzbudzana w ten sposób nadzieja odrywała mnie od życia. Czekanie na dzień, w którym nareszcie będzie dobrze, sprawiało, że nie mogłem cieszyć się takim życiem, jakie miałem. Byłem skazany na przeżywanie zawodu za każdym razem, gdy się okazywało, że wcale nie jest lepiej.
Ostatecznie nauczyłem się, jak zmienić swój stosunek do bólu, gdy zauważyłem, że ten każdego dnia był inny. Zaczęło mnie to interesować. Zacząłem analizować, co działo się w dniach, w których jego natężenie wynosiło siedem lub osiem, w porównaniu z dniami, w których było tylko cztery lub pięć. Bo gdy doświadczasz bólu na co dzień, te dwa stopnie różnicy to duża sprawa. Takie opisy stanu faktycznie pomagają też mierzyć się z samotnością: jest to sposób na dostrzeganie doświadczeń różniących się w jakimś stopniu od tych, które zwykle nas spotykają. To było jak z tym momentem po przebudzeniu: im dłużej ta kwestia zajmowała mój umysł, tym dłużej trwało, zanim ból powrócił.