Rozdział 1
JAK TO SIĘ ZACZĘŁO
Dziecko również cierpi
Kiedy matka rodzi:
Podwójny ból - tylko pokora złagodzić go może.
ATTILA JÓZSEF, BARDZO BOLI[1]
DRAMAT NIECHCIANEGO DZIECKA
Ale urodziłeś się
I nie jesteś ani ślepy, ani głupi;
Skoro już tu jesteś,
Nie pozwól im cię ograniczać!
PÉTER SZIÁMI MÜLLE,
GDYBYŚ BYŁ DZIECKIEM OBDARZONYM ZDOLNOŚCIĄ PRZEWIDYWANIA[2]
Pamiętam, jak w dzieciństwie słuchaliśmy piosenek Zsuzsy Koncz. Czarny winyl obracał się na gramofonie, a my śpiewaliśmy razem z nią. Moim ulubionym kawałkiem było Mama, kérlek (Mamo, proszę). Wciąż dostaję gęsiej skórki, kiedy słyszę genialny tekst Jánosa Bródyego. Wielcy artyści - poeci, pisarze czy autorzy tekstów - wiedzą o ludzkiej duszy tyle samo, co psychologowie, jeśli nie więcej, ale patrzą na nią z innej perspektywy. Na przykład te wersy utworu Mama, kérlek oddają fundamentalne życiowe pytanie:
Dobrze wiesz, że cię nie prosiłem,
Nigdy nie prosiłem, żebyś dała mi życie,
I pewnego dnia, zanim umrę,
Muszę wiedzieć, dlaczego żyję.
Dlaczego tu jesteśmy? Po co się urodziliśmy? Czy rodzice nas chcieli? W latach osiemdziesiątych, kiedy ten utwór był modny, nie miałam pojęcia, jak często w mojej pracy psycholożki będę szukała odpowiedzi na te pytania. Na początku terapii zwykle staram się dowiedzieć, co moi klienci wiedzą o wydarzeniach związanych z ich poczęciem. Kim byli ich rodzice? Jaka wyglądała ich relacja? Jak żyli? Czy chcieli dziecka, czy też był to błąd, wpadka? Czy dziecko urodziło się w wyniku nieplanowanej ciąży, co może stanowić dla rodziców swego rodzaju obciążenie? W idealnej sytuacji dziecko pojawia się na świecie jako owoc głębokiego zaangażowania i wspólnego pragnienia dwojga dojrzałych dorosłych, którzy się kochają, są stabilni emocjonalnie i zabezpieczeni finansowo. Niestety, życie rzadko rozpieszcza nas takimi idealnymi scenariuszami.
Dlaczego okoliczności naszego poczęcia są takie ważne? Jak to, co dzieje się na samym początku, oddziałuje na nasze dalsze losy? Nasz rozwój sprowadza się do interakcji między genami a środowiskiem - i pierwszym środowiskiem, z którym się stykamy, jest ciało matki. Przez długi czas uważano, że jedyny rozwój, jaki ma miejsce w łonie matki, to rozwój fizyczny. Dzięki nowoczesnym badaniom nad okresem prenatalnym, a w szczególności dzięki badaniom ultrasonograficznym, w ostatnich dziesięcioleciach stało się jasne, że w łonie matki zachodzą bardzo ważne procesy rozwojowe, o których wcześniej niewiele wiedzieliśmy. Embrion jest czujny, słucha, reaguje, a przede wszystkim uczy się. Chociaż jego układ nerwowy jest niedojrzały, jego doświadczenia są zapisywane. Ciało matki nie tylko zapewnia pożywienie, ale także przekazuje emocjonalny stan jej umysłu: jeśli czuje się dobrze, również zarodek pływa w hormonach szczęścia, a gdy jest ona spięta i zdenerwowana, zarodek także otrzymuje hormony stresu. Te biochemiczne informacje przekształcają się we wdrukowane wspomnienia (ang. memory imprints), które zapisują się w postaci fizycznych uczuć, wrażeń instynktownych i wspomnień na poziomie komórkowym. Dlatego podkreślam, że mówimy nie o świadomych wspomnieniach, które można ująć w słowa, ale raczej o doświadczeniach na poziomie komórkowym.
Badając wpływ ciała matki jako pierwszego środowiska na zarodek, Vivette Glover, profesorka psychologii okołoporodowej w Imperial College London, twierdzi, że stan emocjonalny matki oddziałuje na rozwój układu nerwowego zarodka. Jeśli matka jest zestresowana, zwiększony poziom kortyzolu może powodować zmiany strukturalne i funkcjonalne w mózgu zarodka, wykrywane głównie w obszarze znanym jako hipokamp. Położony w obu półkulach mózgowych, mniej więcej za skroniami, i przypominający nieco konika morskiego (hippocampus po łacinie to konik morski) rejon ten jest odpowiedzialny przede wszystkim za uczenie się i pamięć, a także za regulację emocji i motywację. Badania przeprowadzone przez Glover i innych wykazały, że ze względu na odmienny rozwój ich układów nerwowych dzieci matek cierpiących na depresję i stany lękowe są bardziej narażone na wystąpienie objawów depresji i stanów lękowych u nich samych. Są one również bardziej narażone na zaburzenia uwagi, trudności w nauce i problemy poznawcze. Tak więc stres, którego doświadcza zarodek, może mieć wpływ nawet na całe życie człowieka.
Można by pomyśleć, że nie ma w tym nic nowego - w końcu to, co ostatnio udowodniły badania naukowe, zostało już opisane przez Arystotelesa ponad dwa tysiące lat temu. Ostrzegał on kobiety w ciąży przed zamartwianiem się, twierdząc, że dziecko rozwijające się w ich łonie chłonie bardzo wiele, podobnie jak roślina czerpie z gleby, w której rośnie.
Jednak pewne aspekty bycia matką to wciąż tematy tabu. Często nie ośmielamy się o nich dyskutować ani nawet wspominać, bo dla niektórych osób prawda może być szokująca i odpychająca. Powszechnie przyjmuje się przecież, że każda normalna kobieta z niewymowną radością oczekuje narodzin swojego dziecka. Jeśli ktoś - nawet tylko przelotnie, w pewnych okresach ciąży - czuje albo mówi cokolwiek innego, naraża się na gniewną dezaprobatę, choć i w tym względzie szczerość byłaby ważna!
Nieżyjący już węgierski psycholog Péter Popper[3], którego uważam za jednego z najbardziej nieustraszonych i wnikliwych badaczy ludzkiej duszy, wyjaśnił to w następujący sposób:
"Czy to prawda, że każdy ojciec i każda matka kochają swoje dziecko? Samo pytanie może was zszokować - ale nie zawsze ma to miejsce, nie zawsze rodzice kochają swoje dziecko. Z tego też powodu w gabinetach psychologów ciągle słyszy się o zerwanych lub rozpadających się relacjach, ponieważ ludzie z poczucia obowiązku udają, że kochają swoje dzieci przez cały czas i niezależnie od okoliczności. To społeczny obowiązek! Co za potwór z matki lub ojca, jeśli nie kochają własnego dziecka! Jednak całkiem możliwe jest właściwe opiekowanie się dzieckiem i traktowanie go z dobrocią (co wynika na przykład z przyzwoitości, życzliwości lub poczucia odpowiedzialności), nawet jeśli się go nie kocha, ale akceptuje zaistniałą sytuację - takie karty rozdało ci życie"[4].
Międzynarodowe badania ankietowe potwierdzają słowa Poppera, a ich wyniki wskazują, że 56 procent par reaguje strachem na pozytywny wynik testu ciążowego. Oczywiście, w większości przypadków początkowy szok znika, jednakże większej, niż chcielibyśmy przyznać, liczbie ciąż towarzyszą negatywne emocje. Według jednego z amerykańskich badań ponad jedna trzecia (!) dzieci rodzi się z niechcianych ciąż, mimo że współcześnie tabletki antykoncepcyjne i prezerwatywy są powszechnie dostępne w zachodnich społeczeństwach. Niemniej ogólnie głoszone zasady często nie mają odzwierciedlenia w praktyce. (W swoim raporcie rocznym za 2022 rok Fundusz Ludnościowy ONZ wyraźnie wspomina o lekceważonym kryzysie związanym z niechcianymi ciążami, który dotyka nie tylko jednostki, ale też całe społeczeństwo[5]). A jak musiała wyglądać sytuacja, kiedy zajście w ciążę było kwestią czystego przypadku, czyli zanim nadeszły lata sześćdziesiąte? Myślę, że możemy zaryzykować stwierdzenie, że w każdym pokoleniu na świat przychodziła znaczna liczba dzieci, których rodzice wcale nie chcieli. Przypomina mi się jedna z moich pacjentek. Jej matka często wygarniała jej prosto w oczy: "Gdybyś się nie urodziła, moje życie wyglądałoby inaczej. Nie gniłabym w tym cholernym małżeństwie z twoim ojcem". Nic dziwnego, że mojej klientce nie było łatwo zbudować satysfakcjonującego związku. Po prostu nie wierzyła, że ktokolwiek jej potrzebuje lub że ktokolwiek podejdzie do niej z miłością.
Już w 1929 roku renomowany węgierski psychoanalityk Sándor Ferenczi, uczeń Freuda, zajmował się tym, jak wpływa na dziecko odrzucenie go przez matkę. W studium The Unwelcome Child and his Death-Instinct[6] (Niechciane dziecko i jego instynkt śmierci) Ferenczi twierdzi, że w każdym zarodku istnieje destrukcyjny instynkt, instynkt śmierci, jednak matczyna miłość jest w stanie zmniejszyć i wyciszyć tę szkodliwą siłę. Jeśli matka myśli o nas z miłością, czyni to nasze istnienie wartościowym i nadaje mu cel. Jeśli jednak ciąża nie jest dla niej radością, jeśli odczuwamy odrzucenie "płynące" od matki, które trwa, początek życia staje się trudniejszy. Instynkt śmierci pozbawiony jest wtedy przeciwwagi, a życie jest przepojone poczuciem niepewności i brakiem zaufania. Sytuacja może ulec poprawie w późniejszym okresie, jeśli w środowisku dziecka znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która będzie miała jego pozytywny obraz. Jeśli jednak takiej osoby nie ma, możliwość nawiązania rzeczywiście głębokich i harmonijnych relacji przez dziecko jest utrudniona.
Ferenczi uważał, że niechciane dzieci rozwijają się wolniej, stają się nadwrażliwe i pesymistyczne, a także bardziej narażone na choroby psychosomatyczne. Był przekonany, że są to przejawy instynktu śmierci, swego rodzaju nieświadomej tendencji do autodestrukcji. Bycie niechcianym dzieckiem ma konsekwencje nawet w okresie dorosłości: podatność na samobójstwo rośnie, a skłonności przestępcze są częstsze niż u innych - tak jakby ktoś, kogo istnienie było niepożądane, był bardziej skłonny do samookaleczania, bo spełniał w ten sposób oczekiwania rodziców. Pozwolę sobie powtórzyć: badanie to zostało opublikowane w 1929 roku. A więc od prawie wieku psychologowie zajmują się możliwymi konsekwencjami nieobecności ożywczej siły miłości w pierwszej relacji naszego życia.
W swojej książce Ungewollte Kinder (Niechciane dzieci)[7] Helga Häsing i Ludwig Janus piszą, że jeśli matka chciała ciąży, zarodek rozwija się w "błogim stanie pierwotnym", jeśli ją odrzucała, dziecko buduje w sobie bardzo głębokie, archaiczne poczucie winy. Nieświadomie czuje, że robi coś złego, i dlatego próbuje się unicestwić. W książce Rainbow States of Consciousness (Tęczowe stany świadomości) Andrew Feldmár[8] opowiada o swoich doświadczeniach w pracy z pacjentami, którzy mają za sobą wielokrotne próby samobójcze. Zauważył, że kilku z nich zawsze próbowało zakończyć swoje życie w tym samym miesiącu roku. Analizując linie życia swoich pacjentów, Feldmár zdał sobie sprawę, że każda próba samobójcza miała miejsce w okresie odpowiadającym trzem miesiącom po ich poczęciu, tak zwanym pierwszym trymestrze - okresie, w którym niechciane ciąże są zwykle przerywane. Postanowił porozmawiać z matkami swoich pacjentów i zapytać je, czy próbowały dokonać aborcji. Okazało się, że wszystkie żałują, że nie zakończyły ciąży. Choć są to pojedyncze przypadki, wciąż dają do myślenia. Jak taki makabryczny zbieg okoliczności jest możliwy, skoro ci młodzi ludzie nie mieli żadnych informacji o tych wydarzeniach z przeszłości? Czy mogli oni w jakiś sposób "pamiętać" zagrażające doświadczenia z życia płodowego? Czy emocje i myśli matki docierały do nich niewidzialnym kanałem komunikacji? Czy utożsamiali się z agresją skierowaną ku nim i po osiągnięciu dorosłości próbowali wyrządzić sobie krzywdę? Jest to możliwe - a jak w takim razie wytłumaczyć zbieżność w czasie? Znana psychoterapeutka Anne Ancelin Schützenberger uważała, że może za tym stać "syndrom rocznicy" - zjawisko, zgodnie z którym rocznice nieprzyjemnych lub ważnych wydarzeń mających miejsce w życiu przodków (na przykład wypadek lub śmierć) mogą mieć magnetyczną siłę i prowadzić do powtórzeń. Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci w kilku badaniach ankietowych sprawdzano, co się dzieje, gdy najwcześniejsza więź między matką a dzieckiem jest naruszona. "Badanie praskie"[9] przeprowadzone przez Davida, Matějčka i Dytrycha jest prawdopodobnie jednym z najbardziej znanych. Badacze śledzili losy dwustu dwudziestu osób, które urodziły się, mimo że ich matki (badano kobiety przed trzydziestym piątym rokiem życia) złożyły wnioski o aborcję (musiały dwukrotnie stawać przed odpowiednią komisją w latach 1961-1963). Autorzy chcieli zrozumieć, jak to jednoznaczne i otwarte odrzucenie wpłynęło na przyszłe losy dzieci. Wyniki dobitnie wykazały znaczenie emocji wyrażanych wobec nas już od momentu poczęcia. Chociaż niechciane dzieci nie różniły się pod względem zdolności intelektualnych (IQ) od swoich rówieśników, osiągały słabsze wyniki w kilku przedmiotach w porównaniu z dziećmi z grupy kontrolnej, które były chciane. Niechciane dzieci były wyraźnie opóźnione pod względem umiejętności społecznych, z większą trudnością dopasowywały się do swojej społeczności, a rówieśnicy na ogół niechętnie się z nimi zaprzyjaźniali - tak jakby odrzucenie przez matkę powróciło w ich późniejszych relacjach międzyludzkich. Zarówno ich nauczyciele, jak i matki byli niezadowoleni z ich zachowania i pilności, więc nazywano je "złymi dziećmi". Te wczesne klasyfikacje są głęboko zakorzenione w naszym obrazie samych siebie. Negatywne określenia usłyszane w dzieciństwie mogą towarzyszyć nam nawet do końca życia. Dzieci z niechcianych ciąż częściej miały problemy z regulacją emocji i gorzej radziły sobie ze swoim temperamentem. W dorosłości prawie dwa razy więcej z nich było uzależnionych od alkoholu i prawie trzy razy więcej popełniało przestępstwa w porównaniu z osobami z grupy kontrolnej. Wiele z nich uważało, że na próżno walczyły o akceptację i że niezależnie od tego, jak bardzo starały się osiągnąć jakiś cel, zawsze coś szło nie tak. "Nawet moja matka mnie nie kochała: coś musi być ze mną nie tak" - musiały myśleć. Jeśli dusza człowieka jest przepełniona przekonaniem o bezwartościowości, nic dziwnego, że w dorosłym życiu każdy związek zaczyna on z poczuciem niepewności i lęku bądź nikogo do siebie nie dopuszcza, aby uniknąć dalszego zranienia. Dla takiej osoby miłość staje się mirażem: albo rozpaczliwie do niej dąży, albo wręcz nie zawraca sobie nią głowy. Łatwo więc zrozumieć, że niechciane dzieci z "Badania praskiego" w związkach w dorosłym życiu doświadczyły wielu rozczarowań, niepowodzeń i rozstań. Ich pierwsze kontakty seksualne (które generalnie determinują jakość przyszłych relacji) były zazwyczaj powierzchowne, a ich późniejsze romanse - przelotne lub krótkotrwałe. Oferowały swoje ciała niemal automatycznie w zamian za chwilową życzliwość i iluzję miłości. Nie były w stanie stworzyć głębokich i trwałych więzi. Niektóre z nich czuły się nieszczęśliwe w małżeństwach i istniało większe prawdopodobieństwo, że związki te zakończą się rozwodem.
Początkowy brak miłości przewija się przez nasze życie niczym czerwona nić, którą trudno jest wyciągnąć z materii owego życia. Komuś, kto był niechciany na tym świecie, niełatwo uwierzyć, że ma w nim swoje miejsce, że należy mu się szacunek i akceptacja oraz że może doświadczyć prawdziwej, głębokiej więzi. Rzadko wypływa to na powierzchnię. Zauważamy tylko, że ciągle się wahamy, nasze relacje układają się nie po naszej myśli, tracimy nadzieję, nic nas nie ekscytuje bądź też prowadzimy autodestrukcyjne życie.
Niedawno na ławce niedaleko miejsca, gdzie wtedy mieszkałam, zauważyłam bezdomnego. Był tam rano, gdy szłam do pracy, i wieczorem, gdy wracałam do domu. Siedział spokojnie i słuchał swojego radia. Pewnego ranka, gdy kolejny raz zobaczyłam go w tym samym miejscu, zaczepiłam go. Powiedział mi, że mieszka na ulicy od 1994 roku. Stracił pracę, gdy zamknięto fabrykę, w której był zatrudniony. Zamiast szukać pracy gdzie indziej, po prostu się poddał, ponieważ nie sądził, że warto do czegokolwiek dążyć lub że jego działania kiedykolwiek przyniosą pozytywny rezultat. Krótko mówiąc, mężczyzna ten był niechcianym dzieckiem. "Moi rodzice nigdy mnie nie chcieli: dla nich byłem tylko wrzodem na tyłku" - powiedział, wykonując lekceważący gest.
Kiedy nie możemy zrozumieć czyjegoś "lenistwa" i "braku motywacji", warto spojrzeć na ścieżkę, którą do tej pory ten ktoś przeszedł. Ile osób zrezygnowało z niego wcześniej, zanim sam się poddał?
Ale w jaki sposób bycie "niechcianym" ma wpływ nawet na kilka pokoleń? Mark Wolynn, ekspert w dziedzinie dziedziczenia traum rodzinnych, twierdzi, że może być nam przekazywane nawet to, jakiego rodzaju matczynej opieki doświadczyła nasza babcia. Dziecięce smutki, trudności i cierpienia naszej babci wpłynęły na to, jak później traktowała naszą matkę, a nasza matka z kolei przekazała je nam. Jeśli na przykład nie poradzimy sobie z traumą odrzucenia, przekażemy ją jak gorący kartofel naszym dzieciom, a one naszym wnukom.
Podczas sesji grupowej Ágota, cicha, powściągliwa kobieta po pięćdziesiątce, skarżyła się na apatię i zmęczenie życiem. Pogrążona w smutku żyła z dnia na dzień i niczego już ani nie oczekiwała, ani nie chciała. Mówiła, że nieustanne próby sprostania cudzym oczekiwaniom wyczerpały ją. Jej motywacja wygasła, nie chciała znać przyszłości. "Życie we mnie się wyczerpało", stwierdziła. A ktokolwiek ją widział, nie miał wątpliwości, że to prawda. Jej ciało było pozbawione energii: usta wygięte w dół, ramiona opadające do przodu, oczy świadczące o totalnym wyczerpaniu. Sama nie rozumiała, dlaczego jest w takim stanie - miała przecież męża, który ją kocha, i córkę, która dobrze sobie radzi; miała pracę, ładny dom i ogród. Przynajmniej na papierze było wszystko, czego potrzeba do szczęścia. Jej duszy wcale to jednak nie obchodziło.
W mojej pracy często widziałam, jak emocje wybuchają na pozór bez ostrzeżenia czy powodu. Na próżno szukamy przyczyn tego w naszym życiu i nawet jeśli coś znajdziemy, jakoś nie czujemy, że to cały obraz. W takich momentach dobrze jest sięgnąć głębiej i przeprowadzić poszukiwania przyczyn wśród naszych przodków. Zajęliśmy się więc sprawą Ágoty na poziomie międzypokoleniowym. Kobieta sporządziła drzewo genealogiczne i przeszukała archiwa oraz rejestry kościelne w poszukiwaniu wyblakłych dokumentów. Natrafiła na interesujące informacje w kościelnym rejestrze urodzeń - przy imieniu swojej matki znalazła dopisek: "nieślubna". Jak to możliwe? Nigdy wcześniej o tym nie słyszała. Jej matka już nie żyła, więc nie można jej było o to zapytać, ale Ágota się nie poddała. Zadawała pytania kolejnym członkom rodziny, aż w końcu krewny opowiedział jej całą historię. Dziadkowie Ágoty byli nastolatkami, kiedy się w sobie zakochali. Namiętność oraz prawdopodobnie brak wiedzy o antykoncepcji sprawiły, że jej piętnastoletnia wówczas babcia zaszła w ciążę. Dziewczyna dowiedziała się o tym dopiero, gdy poczuła, jak dziecko się rusza. W wiosce wybuchł wielki skandal. Jej rodzice upokorzyli córkę i zagrozili, że się jej wyrzekną. Musiała wyprowadzić się do stajni i nie dostawała prawie nic do jedzenia. Młoda para złożyła wniosek o zezwolenie na zawarcie małżeństwa - w związku z ich wiekiem było to konieczne, ale dziecko urodziło się przed nadejściem zezwolenia. I tak mama Ágoty została nieślubnym dzieckiem.
Później, kiedy młodzi się pobrali, dziecko stało się "ślubne", lecz rozwiązało to tylko kwestie prawne. Dziewczynka, która przyszła na świat niespodziewanie i przedwcześnie, przez całe życie zmagała się z kierowanymi w jej stronę agresywnymi emocjami. Na każdym kroku była krytykowana. Niezwykle rzadko zdarzały się dni, kiedy nie była karcona lub bita. (Badania pokazują, że niechciane dzieci doświadczają znacznie więcej przemocy w rodzinie. Te wzorce przekazują potem własnym dzieciom - kilka badań dotyczących transgeneracyjnego transferu potwierdziło, że około jednej trzeciej krzywdzonych dzieci staje się krzywdzącymi rodzicami). Tak więc matka Ágoty dorastała w traumatyzującym środowisku i nigdy nie zdołała się otrząsnąć ze swojej przeszłości. Wzorzec krzywdy z dzieciństwa przetrwał: krzywdzona dziewczynka stała się krzywdzącą matką. W rezultacie Ágota także cierpiała w dzieciństwie: czasami matka raniła ją słowami, czasami biła pasem. Kiedy kobieta wspomina tamte lata, nie może sobie przypomnieć wielu radosnych chwil. Mówi, że nie robiła nic innego, tylko starała się sprostać oczekiwaniom i udobruchać swoją wiecznie wściekłą, nieelastyczną emocjonalnie i odrzucającą ją matkę. Bez większego powodzenia. Już jako mała dziewczynka musiała zajmować się całym gospodarstwem domowym: prała, sprzątała, karmiła zwierzęta, a latem robiła dżemy. Codziennie z obawą zastanawiała się, do czego jej matka tym razem się przyczepi. Już wtedy postanowiła, że gdy dorośnie, ucieknie daleko i zrobi wszystko, by nie stać się taką osobą jak jej matka.
Ágocie udało się z grubsza dotrzymać złożonej sobie obietnicy. Przeprowadziła się na drugi koniec kraju, poznała zrównoważonego, inteligentnego mężczyznę, któremu opowiedziała o swoim dzieciństwie. Zrozumiał, że w duszy ukochanej kobiety żyła maltretowana dziewczynka, którą od czasu do czasu trzeba było traktować z ostrożnością i empatią. Kiedy urodziła się ich córka, Ágota zauważyła, że gdy dziecko płacze, rośnie w niej gniew. W takich momentach czuła, jakby duch jej matki zajmował miejsce jej własnego ducha. Obawiała się, że pewnego dnia straci kontrolę nad sobą i skrzywdzi dziecko. Uzgodnili z mężem, że jeśli zobaczy u niej oznaki napięcia, natychmiast zabierze córeczkę, żeby nie mogła jej zranić. To była ich "sztuczka", by nie przekazać transgeneracyjnego wzorca i nie uczynić z własnej córki ofiary. Sposób okazał się skuteczny, a ich dziecko dorastało w raczej harmonijnej atmosferze. Rok przed poznaniem przeze mnie Ágoty jej córka zamieszkała za granicą, gdzie pracowała. Ze względu na odległość matka z córką mogły utrzymywać kontakt jedynie przez Skype'a. I tu wyszło na jaw coś ciekawego: depresja Ágoty zaczęła się mniej więcej wtedy, gdy stało się dla niej jasne, że jej córka będzie teraz przyjeżdżać do domu tylko jako gość. Chociaż matka była pewna, że dziewczyna ma się dobrze, była zdruzgotana jej utratą. "Ona też mnie nie chce!" - podszeptywał jej wewnętrzny głos. "Moja matka mnie nie chciała, a teraz moje dziecko też mnie nie chce!". Dopadł ją straszny ból, który później zastąpiły rozczarowanie i rezygnacja.
Na terapii grupowej wróciliśmy do jej przeżyć z dzieciństwa i zaczęliśmy pracować nad doświadczeniem odrzucenia, które nosi w sobie od tamtego czasu. Wcieliliśmy się w role i odgrywaliśmy wewnętrzny dramat jej relacji z matką. Z pomocą innych uczestników terapii odtwarzała ona straszne sceny, których doświadczyła jako mała dziewczynka. Korekta może nastąpić potem. Akceptacja, wsparcie, ożywcza miłość - tego wszystkiego pragnęła, a my byliśmy tam, aby pomóc jej doświadczyć tego, czego zabrakło w jej dzieciństwie.
Przytulaliśmy ją i obejmowaliśmy, a ona powoli pozwalała sobie na te nieznane uczucia. Później, kiedy myślała o swojej relacji z matką, nagle zobaczyła ją w innym świetle. Zdała sobie sprawę, że do tej pory postrzegała ją tylko jako matkę, która ją urodziła, a nigdy jako bezbronne dziecko, które zostało okrutnie potraktowane przez innych. Rozpoznając i odczuwając znaczenie bólu, którego doświadczyła jej matka jako dziecko, Ágota zaczęła płakać. To był żal tej małej dziewczynki. Przez całe życie szukała nici, która mogłaby połączyć ją z matką, i w końcu ją znalazła: ich wspólnym doświadczeniem był brak miłości, zranienie i odrzucenie. Ból i złość Ágoty powoli zastępowało współczucie dla matki, a następnie przebaczenie. Jej radość z życia w kolejnych tygodniach zaczęła powracać i choć ona sama prawie tego nie zauważała, stawała się bardziej aktywna i ożywiona. Zaczęła inaczej myśleć o odejściu córki. Postrzegała ją już nie jako odchodzącą od niej, ale jako uczącą się niezależności, z czego Ágota wcześniej nie była w stanie się cieszyć.
Inny pamiętny przypadek w mojej praktyce dotyczył kobiety po czterdziestce. Jej uporczywe ataki paniki zdawały się nasilać z upływem lat. Sytuacja tak się pogorszyła, że musiała odwołać swoją podróż służbową, bo sama myśl o wejściu na pokład samolotu wywoływała u niej odruch wymiotny i musiała natychmiast biec do toalety. Poza tym wszystko było w porządku - przynajmniej tak twierdziła. Jej kariera zawodowa była taka, o jakiej większość ludzi nawet nie śni. Mieszkała w willi w Budzie[10] i wyjeżdżała na egzotyczne wakacje. Jej relacje z mężem można było nazwać dobrymi, choć ze względu na pracę nie mieli dla siebie zbyt wiele czasu. Jej córka studiowała za granicą. Kobieta powiedziała, że nie należy do osób sentymentalnych - nie ma czasu na narzekanie i przyzwyczaiła się do zaciskania zębów, jeśli chce coś osiągnąć. Zawsze była zdeterminowana, żeby się wykazać, i od dzieciństwa sukces był dla niej sprawą najwyższej wagi. Jej życie było dokładnie zaplanowane. Zarządzała wszystkim i kontrolowała wszystko, co mogła. Tylko te nieszczęsne ataki paniki krzyżowały jej plany. Początkowo czuła się dziwnie spięta w dużych centrach handlowych. Potem, kiedy tylko mogła, jeździła taksówkami, bo podczas prowadzenia samochodu ogarniał ją niewytłumaczalny strach. Trudno jej było oddychać, miała zawroty głowy, drżała i nadmiernie się pociła. Chcąc uniknąć tych nieprzyjemnych i dręczących ją doświadczeń, wykluczała ze swojego życia coraz więcej działań, nawet jeśli zagrażało to jej pracy.
Pojawiła się u mnie na cztery tygodnie przed planowanym wylotem. Miała być główną mówczynią na międzynarodowej konferencji, w której nie mogła nie wziąć udziału. Pilnie potrzebowała technik radzenia sobie z napięciem. Nie chciała rozmawiać o swojej przeszłości i rodzinie - nie było na to czasu. "Zajmijmy się objawami, to wystarczy" - powiedziała. Ustaliłyśmy hierarchię rzeczy wywołujących u niej strach. Nauczyła się relaksować i w tym spokojnym stanie wyobrażała sobie, że się pakuje i wyrusza na lotnisko. Każda sesja przybliżała nas do momentu startu, który to wzbudzał u niej największy strach. Ostatecznie zrealizowałyśmy nasz cel - podróż była dość udana, klientce udało się utrzymać lęk w ryzach. Już po wszystkim stwierdziła, że osiągnęła to, czego potrzebowała, więc się pożegnałyśmy.
Trzy tygodnie później zjawiła się u mnie ponownie. Była niespokojna, nie mogła skupić się na pracy. I miała kolejny dość poważny atak paniki. Nie potrafiła wskazać przyczyny tak złego samopoczucia. Psychoterapia nie przynosiła znaczących rezultatów i trudno jej było robić postępy. Skupiała się głównie na stanie, w jakim się znajdowała, i nie potrafiła oderwać się od problemów "tu i teraz". Bez względu na to, w jakim kierunku ją prowadziłam, jej objawy zawsze powracały. Dalej toczyłyśmy nasze rozmowy, aż pewnego razu wyrzuciła z siebie wyznanie, że ojciec był bardzo niezadowolony z jej narodzin. Była czwartym dzieckiem, nieplanowanym, a ojciec zwyczajnie nie mógł pogodzić się z tym, że wszystko zacznie się od nowa. Ze swojego dzieciństwa nie pamiętała zbyt wiele - ale bez względu na to, jak bardzo chciała, nie mogła zapomnieć, że za każdym razem, gdy narozrabiała lub miała słabe wyniki w szkole, jej ojciec tylko kręcił głową i mówił: "Jaka szkoda, jaka szkoda" - co oznaczało: szkoda, że się urodziła. Aby nigdy nie usłyszeć tych bolesnych słów, zrobiła wszystko, co w jej mocy, by zmaksymalizować swój potencjał. Pilnie się uczyła i nieustannie wywierała na sobie presję, dążąc do celu. Chciała udowodnić, że jej istnienie nie jest czymś, czego należy żałować. Wcześnie straciła rodziców, więc żadne z nich nie żyło, gdy odniosła sukces w swoim zawodzie. Od wielu lat jej życie koncentrowało się na odnoszeniu sukcesów, a nawracające ataki paniki przypisywała przepracowaniu. Gdy zapytałam ją, kiedy miała pierwszy atak, nie mogła sobie przypomnieć. Dopiero później dotarła do tego, że było to wtedy, gdy sprzedała dom rodziców na wsi, który od lat stał pusty. Zanim przekazała klucze kupującemu, spędziła tam dzień, pakując stare rzeczy. Mówiła, że to było jak podróż w czasie. Stała w kuchni, tak jak robiła to dawno temu, kiedy nagle usłyszała głos swojego ojca. Bolesne wspomnienia nią wstrząsnęły. Rozpłakała się, jakby pękła w niej tama. Nieważne okazały się wszystkie sukcesy i wysiłki: naprawdę nie była chciana na świecie. Po tym jak wypłakała oczy, przepędziła z umysłu bolesne uczucia i udawała, że nic się nie stało. Kilka dni później po raz pierwszy poczuła się naprawdę bardzo źle. Lekarz dyżurny pocieszył ją, mówiąc, że nie umrze, ponieważ miała "tylko" atak paniki, a nie zawał serca. Od tamtego momentu ataki stawały się coraz częstsze i silniejsze, zakłócając to, co uważała za najważniejsze: pracę.
[...]