Lilianna - Anna Szafrańska

p
Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
So look me in the eyes
Tell me what you see
Perfect paradise
Tearing at the seams
I wish I could escape it
I don't wanna fake it
I wish I could erase it
Make your heart believe.
Imagine Dragons, Bad Liar
Skończyłam układać garnki w narożnej szafce. Zamknęłam zmywarkę, a z ociekacza przy zlewie zabrałam porcelanowe talerze i po dokładnym wypucowaniu włożyłam je do kredensu w jadalni. Zdarłam z dłoni rękawiczki, które miały zapobiec pozostawianiu odcisków na naczyniach. To nie były jakieś taniochy kupowane na wagę w supermarketach, ale najprawdziwsza przedwojenna porcelana, o którą musiałam należycie dbać. Odgarniając włosy z czoła, zerknęłam na stary zegar wiszący na ścianie w jadalni. Idealnie. Zbliżała się trzecia, więc zaraz musiałam się zbierać do przedszkola, by odebrać Oskara. Ruszyłam do spiżarni, gdzie zostawiłam fartuszek oraz rękawiczki, chwyciłam torebkę i zamknęłam za sobą drzwi. Przeszłam przez całą długość domu, mijając rozległy salon, łazienkę dla gości oraz gabinet, a po drodze ze stojącego obok schodów stolika zgarnęłam kopertę. Uchyliłam ją nieco, doliczając się trzech banknotów stuzłotowych. Uśmiechnęłam się i natychmiast ukryłam pieniądze w wewnętrznej kieszonce torebki, a do koperty wsunęłam karteczkę z prostym "dziękuję!" i odłożyłam ją na stolik.
Wcisnęłam na nogi znoszone kozaki, a na ramiona narzuciłam kurtkę, która była na mnie o dwa rozmiary za duża. Pewnie wyglądałam w niej jak siódme dziecko stróża, jednak nie narzekałam, bo kupiłam ją w okazyjnej cenie. Za nią oraz kurtkę zimową dla Oskarka zapłaciłam mniej niż dwadzieścia złotych, a jeszcze dostałam wełnianą czapeczkę i szalik do kompletu. Sobie odmówiłam tego luksusu. Po co mi czapka, gdy miałam kaptur.
Wyszłam z domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
W międzyczasie podrzuciłam klucze do agencji sprzątającej, która znajdowała się ulicę od przedszkola Oskara. Takie były zasady; codziennie rano meldowałam się w biurze, gdzie dostawałam szczegółową rozpiskę zadań i pobierałam klucze. Pracowałam na czarno, więc logiczne było, że nikt nie ufał mi na tyle, by pozostawić klucze do domów na stałe, mimo że moi pracodawcy byli zachwyceni dokładnością i sprawnością wykonywanych przeze mnie zleceń. Jak dotąd od trzech lat nikt na mnie nie narzekał, a czasami zdarzały się takie miłe gesty jak ten dzisiaj, gdy dostawałam "premię". Akurat w tym domu często mogłam liczyć na dodatkową gotówkę na koniec miesiąca. Za te trzysta złotych mogłam opłacić przedszkole Oskarka.
Po piętnastej stałam już pod salą Smerfów. Za każdym razem, gdy moja ręka dotykała klamki, modliłam się w duchu, by tym razem było inaczej... Błagałam, żeby dzisiaj było inaczej. Gdy tylko uchyliłam drzwi, moje bębenki zadrgały boleśnie od poziomu decybeli.
Od razu zlokalizowałam Oskarka. Siedział na swoim miejscu przy stoliku i z pełną zawziętości starannością układał sfatygowane puzzle, podczas gdy reszta jego grupy beztrosko bawiła się na dywanie. Stanęłam w progu, mając cichą nadzieję, że dobrze udało mi się ukryć smutek, jakim napawał mnie ten widok - mojego synka bawiącego się samotnie z dala od innych dzieci.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi najciszej, jak umiałam, jednak Oskarek natychmiast spojrzał w moją stronę, a jego zielone oczka zamigotały radośnie. Szybko pochował puzzle do zużytego tekturowego pudełka, a siedząca z nim nauczycielka podniosła głowę zaintrygowana i uśmiechnęła się do mnie tak przyjaźnie, że aż na moment zabrakło mi tchu. Z obawą odwróciłam wzrok, skupiając uwagę na synku.
- Dzień dobry, pani Marto - przywitałam się, patrząc, jak Oskar odkłada puzzle na właściwą półkę.
- Dzień dobry! - odparła, wstając z niskiego krzesełka. W tym czasie Oskar dopadł do mnie i owinął chude ramionka wokół moich kolan. Wychowawczyni chciała pogłaskać go po rudawych włoskach, jednak szybko się odchylił, chowając za mną. - Pani Lilianno, zanim pójdziecie, czy mogę liczyć na chwilę rozmowy?
Z trudem udało mi się powstrzymać chęć wzdrygnięcia się.
- Ta-ak, oczywiście. O co chodzi?
Pani Marta kucnęła przy Oskarze, starając się złapać z nim kontakt wzrokowy.
- Oskarku, może pójdziesz jeszcze na chwilę do swoich kolegów?
Brak reakcji.
Odgarnęłam mu przydługą grzywkę i nachyliłam się, by pocałować go w policzek.
- Idź się jeszcze pobaw, dobrze? Mamusia tylko chwilę porozmawia z panią Martą - zachęciłam go z uśmiechem.
Nieśmiało zerknął na mnie, potem na przedszkolankę i ledwo zauważalnie kiwnął główką. Niemal bezszelestnie przeszedł przez salę, stając na skraju dywanu tuż przy kolegach bawiących się drewnianą kolejką. Co jakiś czas zapobiegawczo zerkał przez ramię, oglądając się na mnie.
Razem z panią Martą podniosłyśmy się z kolan i zaprosiła mnie do stolika, przy którym siedziała z Oskarem. Usiadłam, starając się opanować nerwowe drżenie. Już kiedyś odbyłyśmy podobną rozmowę i nie chciałam powtórki.
Bo przecież nikt nie mógł się dowiedzieć.
Nikt.
- Pani Lilianno, konsultowałam się z naszą przedszkolną panią psycholog w sprawie Oskarka - zaczęła, przypatrując mi się z dobrotliwym uśmiechem. - Myślałyśmy, że po drugim semestrze jakoś się otworzy i nawiąże relacje z grupą, tymczasem on nadal jest zamknięty w sobie, nie szuka żadnych interakcji z dziećmi, nie bierze udziału we wspólnych zabawach... Naprawdę nie wiemy już, jak go motywować. Zna bezbłędnie wszystkie piosenki i rymowanki, których uczymy się na zajęciach, ale śpiewa i mówi tylko wtedy, gdy robi to cała grupa. Sam nie potrafi. Od pół roku nie powiedział ani słowa, pokazuje lub sygnalizuje swoje potrzeby, ale... Chodzi mi o to, czy jest pani pewna, że nie potrzeba mu wsparcia logopedy? Albo... specjalistycznej opieki? Może warto przejść się do poradni psychologiczno-pedagogicznej, by zrobić...
- Jestem przekonana, że wszystko jest okej - przerwałam natychmiast, zaciskając palce na pasku torebki. - W domu Oskar normalnie ze mną rozmawia, jest po prostu nieśmiały.
- Każda nieśmiałość ma swoje granice. On nawet nie chce podać ręki podczas tańca w parach. Wzbrania się przed dotykiem, a chyba zdążył się już przyzwyczaić zarówno do nas, nauczycielek, jak i do dzieci. Proszę spojrzeć, kazała mu pani podejść do kolegów i...? Stoi nad nimi i obserwuje. Nawet gdy zostaje zaproszony przez dzieci do zabawy, woli wziąć jedną zabawkę i pójść w kąt. Nie mówiąc już o tym, że wykonuje daną czynność kilkukrotnie. Tak jak układanie puzzli.
Panika wzrastała we mnie z każdą chwilą. Chciałam mieć tę rozmowę już za sobą, poza tym wskazówki zegara nieuchronnie odmierzały czas, jaki miałam na powrót do domu.
- Może... faktycznie ma pani rację - przyznałam pokornie, mając nadzieję, że dzięki temu uniknę dalszej konwersacji.
- Zależy mi na każdym dziecku, jakie mam pod opieką. Ale jeśli Oskarek ma jakieś zaburzenie... Chciałabym mu pomóc. Musimy jednak wiedzieć, z czym się mierzymy.
Przytakiwałam bez większego sensu, wbijając wzrok w kolana.
- Żebyśmy się dobrze zrozumiały, absolutnie nie chcę pani zaszkodzić ani być wścibska, jednak... Gdyby cokolwiek działo się u pani w domu... - Ponownie urwała, po czym nakryła swoją delikatną dłonią moją rękę, która była szorstka jak papier ścierny. Pani Marta wzdrygnęła się w pierwszym odruchu, jednak po chwili z całą stanowczością ją objęła. Zacisnęłam powieki, błagając, by tego nie mówiła. - Proszę, by pani pamiętała, że są różne organizacje, które pani pomogą...
- Nie wiem, o czym pani mówi - ucięłam sztywno, natychmiast wstając z miejsca. - Porozmawiam z narzeczonym w sprawie zajęć z logopedą dla Oskara, a teraz proszę mi wybaczyć, ale musimy już iść do domu. Oskarku!
Synek natychmiast odwrócił głowę w moją stronę i podbiegł, gdy do niego zamachałam. Nie mogłam zostać tu ani chwili dłużej. Musiałam zniknąć, zanim pani Marta wypowie te słowa na głos.
- Do widzenia - rzuciłam przez ramię.
- Do widzenia. Do jutra, Oskarku!
Pomachała do niego, uśmiechając się anielsko, a synek, uczepiony mojej ręki, nieśmiało odmachał tuż przed wyjściem z sali. Zaniosłam Oskara do szatni i najszybciej, jak potrafiłam, zmieniłam mu buty oraz założyłam kurtkę, szalik i czapkę. Do torebki włożyłam jego pracę, którą miał wciśniętą do przegródki, i z nisko opuszczoną głową przedostałam się do wyjścia, mijając po drodze dwie mamy, które zawzięcie plotkowały o tym, jak beznadziejni są ich mężowie, bo nie zabierają ich na romantyczne kolacje albo kiedy się czepiają, że kupiły na wyprzedaży setną parę butów. Starałam się zignorować ich ostentacyjny śmiech i powstrzymać cisnący się na usta komentarz, że inne kobiety mają gorzej.
Ale w końcu nie mogłam mieć do nikogo pretensji. Sama wybrałam takie życie.
Bo miałam jego. Oskarka.
Będąc już daleko od przedszkola, zwolniłam kroku i postawiłam synka na ziemi, poprawiając mu kurtkę i czapkę, która zsunęła się na lewe ucho. Była na niego za duża, ale właśnie taka wystarczy na kilka lat. W najlepszym razie będę mogła kupić mu nową czapkę, gdy pójdzie do szkoły za trzy lata. Przyklękłam na chodniku, całując mojego chłopca w rumiane policzki. Zachichotał, wiercąc się jak piskorz, a jego oczka zamigotały w nikłym blasku latarni.
- I jak było? Dobrze spędziłeś dzień? Co jadłeś na śniadanko?
Wystawił rączkę i w nią postukał, co oznaczało, że zjadł kanapkę. Zacisnęłam usta i na moment przymknęłam oczy. Kiedy ponownie na niego spojrzałam, przygryzał wargi, patrząc na mnie spod rzęs. Natychmiast otoczyłam go ramionami, całując w zimny nosek.
- Oskarku, wszystko gra. Jesteśmy ty i ja, pamiętasz?
- Tak, mamusiu - odparł powoli, a jego cienki głosik był zachrypnięty.
Mój strach i frustracja wyparowały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie potrafiłam się gniewać na mojego synka. To była jedyna istotka, na której mi zależało i którą starałam się bronić. Dotychczas dobrze mi szło ukrywanie się i lawirowanie w półprawdzie. Zanim kładłam się spać, każdego wieczora ćwiczyłam w zaciszu łazienki. Zaciskałam zęby, płakałam i ćwiczyłam - uśmiech, gest, próbę niewzdrygania się za każdym razem, gdy ktoś będzie chciał mnie dotknąć. I kłamałam. A raczej starałam się uwierzyć w wymyślone przeze mnie kłamstwa. Robiłam to wszystko dla jego dobra. Mojego synka. Bo ja już się nie liczyłam.
W podskokach przemierzaliśmy ostatnie stopnie, kierujące nas na trzecie piętro poniemieckiej kamienicy. Trąciło pleśnią, moczem i rozkładem, jednak z każdym dniem przywiązywałam coraz mniejszą wagę do tego, gdzie mieszkałam. Na Jeżycką przenieśliśmy się rok temu, kiedy poprzedni właściciel mieszkania w końcu stracił do nas cierpliwość i wyrzucił, gdy zalegaliśmy z opłatą za czynsz. Nasz obecny dom to jeden pokój z małą kuchnią i jeszcze mniejszą łazienką. Jednak przynajmniej opłaty nie zjadają połowy tego, co zarabiam na sprzątaniu.
Otworzyłam drzwi starym zardzewiałym kluczem i przepuściłam synka. Otrzepałam śnieg z butów przy akompaniamencie cichego chichotu Oskarka. Ściągnęłam z niego kurtkę i w mig się rozebrałam, wieszając nasze okrycia na starym kaloryferze.
- Pójdziesz umyć rączki? - Zagoniłam malca do łazienki, a sama ruszyłam w stronę kuchni. - Ja podgrzeję...
Stanęłam jak wryta na środku korytarza, a podłoga pod moimi stopami zaskrzypiała w proteście. Nerwowo przełknęłam ślinę, odgarniając za ucho włosy, które wydostały się z ciasnego warkocza. Z trudem stłumiłam dreszcz.
Maciek stał w progu kuchni, opierając się ramieniem o framugę, na której łuszczyła się biała farba.
- Skończyliśmy wcześniej - mruknął w odpowiedzi na mój pytający wzrok. Natychmiast spuściłam oczy, przemykając obok niego do kuchni. - A ty nie powinnaś już być w domu?
- Wychowawczyni Oskara chciała ze mną porozmawiać - wyjaśniłam naprędce, stawiając na piecu garnek z zupą i w myślach przeklinając wścibskość nauczycielki, przez którą spóźniłam się do domu.
- Po co?
- Zaproponowała Oskarowi zajęcia z logopedą...
- I pewnie smarka trzeba będzie na nie wozić i płacić gruby szmal. Taki się urodził. I dobrze, że mało gada. Wystarczy mi, że dwa lata temu tak się darł, że głowa napieprzała mi cały dzień. Przez niego spóźniałem się do roboty. Może jeszcze mi powiesz, że trzeba z nim ćwiczyć w domu i to akurat wtedy, gdy...
- Nic z tych rzeczy! - Natychmiast się odwróciłam, a panika ścisnęła mi gardło. - Spokojnie, powiedziałam jej, że przecież chłopcy później dojrzewają, mówią, uczą się chodzić i to na pewno kwestia czasu, kiedy...
- Pieprzenie. Urodziłaś ułoma i tyle.
Zacisnęłam zęby, jakbym tym sposobem mogła powstrzymać napływające do oczu łzy. Zauważyłam czającego się w korytarzu synka. Chował się za framugą, bojaźliwie zaciskając rączki w piąstki.
- Maciek. Przestań, proszę.
Okręcił się, obrzucając Oskarka przenikliwym spojrzeniem, a ten natychmiast uciekł do łazienki. Maciek przejechał językiem po zębach, wbijając we mnie karcący wzrok. Skuliłam się, cofając w głąb kuchni.
- Doczekam się jakiegoś jedzenia? - rzucił z groźbą w głosie i mrucząc pod nosem, udał się do pokoju.
Najszybciej, jak mogłam, ukroiłam dwie ostatnie duże skibki i opaliłam je nad piecem, by delikatnie odświeżyć czerstwy chleb. Posmarowałam je resztką margaryny, a wyrzucając opakowanie do śmieci, w myślach zanotowałam, by jutro z rana zrobić zakupy w małym sklepiku na Wildzie, gdzie mieli przystępnie przecenione produkty, szczególnie gdy zbliżał się koniec terminu przydatności do spożycia. W tym czasie pilnowałam, by zupa nie podgrzała się za mocno, bo Maciek nie lubił jedzenia, które parzyło język. Wszystko przyniosłam mu do pokoju. Siedział przed starym kineskopowym telewizorem i oglądał jakiś teleturniej, podśmiewając się pod nosem. Na oślep odszukał łyżkę leżącą na ławie i zaczął jeść, a ja tymczasem wróciłam do kuchni po chleb. Gdy już spełniłam swój obowiązek, poszłam po Oskarka i zapukałam do łazienki. Otworzył mi natychmiast, patrząc z przestrachem w oczach. Ukucnęłam, ścierając łzy, które pojawiły się na jego rzęsach.
- Zjadłeś obiadek w przedszkolu?
- Tak.
Jego głosik był tak cichutki, że zagłuszył go dźwięk telewizora z pokoju. Chwyciłam rączkę Oskara i ucałowałam, rozmasowując zimne paluszki.
- To dobrze. Może poczytamy jakieś książeczki z biblioteki? Co ty na to?
Od razu pokiwał główką, a ja zaprowadziłam go do kuchni, starając się zepchnąć w odmęty umysłu fakt, że synek krył się za moimi nogami, by nie narazić się swojemu tacie. Usiedliśmy w kącie na materacu. Nie miałam pieniędzy, by kupić mu łóżko, a Maciek stanowczo odmówił, gdy zaproponowałam, by synek spał razem z nami na rozkładanej wersalce. Ja też nie mogłam z nim spać. Moje miejsce było przy Maćku.
Przeczytaliśmy kilka krótkich historyjek z serii o Tupciu Chrupciu, aż w końcu zostały nam trzy ostatnie książeczki. W tym czasie Maciek wyszedł do łazienki, a Oskar wtulił się mocniej w moją pierś. Pogłaskałam go po główce, wmawiając sobie, że moje serce nie łamie się za każdym razem, gdy widzę, jak chłopiec boi się swojego taty. Mieliśmy wybrać ostatnią historyjkę, gdy dobiegł mnie odgłos rozpinania zamka.
- To teraz ty wybierz. Zaraz przyjdę - powiedziałam pośpiesznie do synka i wstałam z materaca.
Na palcach zbliżyłam się do przedpokoju, gdzie zostawiłam torebkę, i błagałam, błagałam... bym tym razem nie miała racji. Ale to, co zobaczyłam, sprawiło, że w panice rzuciłam się na Maćka.
- Maciek, nie! Proszę! To na przedszkole dla Oskarka!
Odepchnął mnie, gdy tylko wyciągnęłam rękę po pieniądze, które znalazł w torebce.
Runęłam na podłogę, nim zdążyłam w porę złapać się futryny. Maciek ścisnął w pięści zielone banknoty i chwycił mnie za sprany T-shirt, podnosząc bez wysiłku z podłogi. Rzucił mną o ścianę. Plecami uderzyłam w kaloryfer. Gdy chciałam się osłonić, zacisnął rękę na moim przedramieniu, wykręcając je boleśnie.
- Oskarek, Oskarek, Oskarek! Kisisz trzy stówy! Skąd je masz? Kurwisz się, tak?!
- Nie! Dostałam premię! Maciek, nigdy bym cię nie zdradziła! Przysięgam!
- I tak ci nie wierzę! Głupia kurwa! Zaharowuję się na pieprzonej budowie za grosze, a ty chcesz wydać wszystko na tego jebanego niedorozwoja!
- To twój syn! To na jego przedszkole!
- Mówisz, że on jest ważniejszy ode mnie?!
- Nie! To nie to...
Nagły przebłysk bólu przerwał moją odpowiedź. Charcząc, upadłam na kolana, trzymając się kurczowo za brzuch. Próbowałam zaczerpnąć tchu, ale z każdym oddechem czułam, jak palą mnie wnętrzności. Maciek pociągnął nosem, wpychając sobie pieniądze do kieszeni, i przeszedł nade mną. Sięgnął po kurtkę.
- Wychodzę. A ty zastanów się, dzięki komu mamy pieniądze. Jak chcesz, możesz wypierdalać z gówniarzem na ulicę!
Trzaśnięcie drzwiami było tak mocne, że spadł krzyżyk wiszący nad futryną.
Niczym znak z nieba.
W tym miejscu nie było Boga ani miłosierdzia.
To było piekło na ziemi.
Oparłam się o framugę i próbowałam wstać, jedną ręką przytrzymując się ściany, drugą obejmując brzuch. Nie mogłam oddychać, a mimo to zagryzałam wargi niemal do krwi, starając się powstrzymać szloch.
- Mamusiu...
Migiem odwróciłam się do synka. Stał przy drzwiach w kuchni i był blady z przerażenia.
- Już dobrze... Oskarku. Mamusia... się... potknęła.
Żadne z nas w to nie wierzyło. Wyszedł z ukrycia i uklęknął na podłodze, tuląc się do moich nóg. Obejmował mnie ciasno, jakby chciał mi dodać otuchy, pokazać, że mam jeszcze jego. Że jeszcze mam dla kogo walczyć.
Zacisnęłam mocno powieki. Chciałam pochylić się, by dotknąć Oskara, ale ból sprawił, że niemal zwymiotowałam z wysiłku. Niemal, bo najpierw musiałabym coś mieć w żołądku.
- Wybrałeś już... książeczkę? Dobrze, jak tylko... Muszę do... łazienki, dobrze?
Pokiwał główką. Wiedział, że kłamię, ale mimo to spełnił moją prośbę. Wstałam z podłogi i na chwiejnych nogach dotarłam do jedynego pomieszczenia w mieszkaniu, w którym domykały się drzwi - za którymi mogłam się ukryć. Zamknęłam je za sobą i uchyliłam mały lufcik, przez który wpadł uliczny rozgardiasz piątkowej nocy. Stanęłam przy lustrze, podciągając bluzkę.
Bez trudu odnalazłam nowe krwiaki formujące się pośród tych, które miały już kilka dni. Jeden wyraźny, w kształcie pięści, uwydatniał się tuż pod mostkiem. Odwróciłam się. Niebawem czerwona pręga zmieni się w fioletowy siniec. Zignorowałam liczne zadrapania, szramy i ślady po papierosach, które miałam na przedramionach i plecach. W myślach powtarzałam sobie, że przecież mogło być gorzej. Mógł zrobić mi coś gorszego albo chcieć wyładować złość za moje nieposłuszeństwo na Oskarku. Już raz próbował, ale w porę zasłoniłam synka, przyjmując na siebie gniew narzeczonego.
Bo to wszystko była moja wina.
Stawiałam opór, a on za każdym razem przypominał mi, gdzie moje miejsce.
Za każdym razem.
W ostatniej chwili zasłoniłam usta dłonią. Nie mogłam płakać. Nie mogłam pozwolić, by Oskar to usłyszał.
Musiałam to znieść. I milczeć.
Rozdział 2
And Heaven knows I'm not helpless, yeah
But what can I do?
I can't see the use in me crying
If I'm not even tryna make the change I wanna see.
John Legend, Preach
W poniedziałek zaprowadziłam Oskarka do przedszkola, umyślnie unikając kontaktu wzrokowego z nauczycielką. Nie chciałam z początkiem nowego miesiąca zaliczyć moralizującej rozmowy z panią Martą bądź inną nauczycielką, która uważała, że problemy mojej rodziny są do poukładania. Nie mieliśmy żadnych problemów, po prostu... to ja swoim gadaniem i zachowaniem wyprowadzałam Maćka z równowagi. To ze mną było coś nie tak. Ale nie chciałam, by ktokolwiek się o tym dowiedział, bo istniała możliwość, że zgłosi to opiece albo innym służbom. Nie mogłam do tego dopuścić. Maciek miał rację, nie poradziłabym sobie bez niego.
W agencji odebrałam kartkę ze zleceniem oraz klucze. Ucieszyłam się, gdy przeczytałam adres zamieszczony u góry strony. To już trzeci miesiąc, odkąd sprzątam tam trzy razy w tygodniu. Schowałam wszystko do torebki i ruszyłam w stronę Sołacza. Oczywiście mogłam wsiąść w tramwaj, jednak głupotą było marnowanie sześciu złotych na bilet w obie strony, a od ulicy Mazowieckiej dzielił mnie raptem kwadrans spacerkiem.
Gdy dotarłam do willi, która została zbudowana przed drugą wojną światową, moje serce zadrgało z podekscytowania. Pokochałam ten dom. Był stary, ale dobrze zachowany i widać było, że właściciel dbał o swój majątek. Willa miała dwa poziomy. Na parterze znajdowały się salon, kuchnia z przestronną jadalnią oraz gabinet i łazienka dla gości, natomiast na piętrze cztery sypialnie i jedna wspólna duża łazienka. Była też piwnica, ale do niej schodziłam najrzadziej. Znajdowały się tam liczne drzwi, jednak mnie miały interesować tylko te na końcu wąskiego korytarza, gdzie umiejscowiona była pralnia. I mimo że dom miał prawie sto lat, jego wnętrze odnowiono i unowocześniono - od alarmu przez panel kontrolny, który sterował wszystkimi roletami, bramą i furtką. Był też ekologiczny kominek elektryczny, a nawet robot, który aktywował się w wyznaczonych porach, by prześlizgnąć się cichaczem po podłodze i zebrać mikroskopijny brud. Nie wiedziałam, jak nazywa się ta technologia. Mój rodzinny dom był raczej tradycyjny, z podstawowymi sprzętami, nie potrafiłam więc nazwać tych wynalazków ani domyślić się ich funkcji. Samo odgadnięcie, w jaki sposób działa prysznic na piętrze, gdy chciałam opłukać kabinę ze środka czyszczącego, zajęło mi kilkanaście minut. Ale z dnia na dzień szło mi coraz lepiej. I coraz częściej łapałam się na tym, że marzyłam, by kiedyś zamieszkać w takim domu.
- O czym ty śnisz, Lilka - fuknęłam na siebie, ważąc w dłoni klucze. - Nikt nie płaci ci za marzenia.
Weszłam do środka i w progu ściągnęłam przemoczone buty. Wyciągnęłam z torebki znoszone szmacianki, które nie zostawiały smug na podłodze, a płaszcz odwiesiłam na najdalszy z haczyków. Z torebki wyciągnęłam listę rzeczy do zrobienia. Nic nadzwyczajnego. Ten sam tryb co zawsze. Odkurzyć pokoje, umyć łazienki, pozmywać, opróżnić, wstawić... Zaczęłam od założenia fartuszka. Najpierw ogarnęłam kuchnię. Powyrzucałam resztki i włączyłam zmywarkę, umyłam ekspres do kawy i płytę indukcyjną oraz przetarłam blat. Zebrałam do wiaderka środki czystości, sprzątnęłam łazienkę na piętrze, a następnie przeszłam do salonu, gdzie zaczęłam ścierać kurze. Uwielbiałam sprzątać ten pokój z jednego powodu. Stało tam pianino, którego lakierowane drewno przyciągało mój wzrok. I to był mój moment. Moja chwila.
Bez zastanowienia usiadłam na stołku i podniosłam pokrywę. Opuszkami palców przesunęłam z czcią po klawiszach, rozkoszując się ich śliską fakturą. Magnetyczne przyciąganie sprawiło, że moje palce same drgnęły. Czułam tę mrowiącą elektryczność i pozwoliłam stopie oprzeć się o pedał. Zaczęłam grać. Pokój wypełniły łagodne dźwięki, które harmonijnie spływały spod czubków moich palców za każdym razem, gdy nacisnęłam odpowiednie klawisze. Poddałam się temu obezwładniającemu uczuciu. Nie wiem, kiedy zamknęłam oczy. Po raz pierwszy od tygodnia czułam ten magiczny spokój. Moje myśli przestały szaleć, a problemy zniknęły. Bo grałam. I tylko to się liczyło. Czułam, jak kołyszę się w takt piosenki, jakby między mną a pianinem nastąpiło trudne do wytłumaczenia zespolenie. To ja byłam melodią. Pieśnią, którą wyrażałam swoje emocje. Swój ból i zwątpienie. Swoją nadzieję na lepsze jutro...
Zbliżając się do końca, uchyliłam powieki i... krzyknęłam przeraźliwie, a moja dłoń przesunęła się po klawiszach, wydobywając drażniącą kakofonię dźwięków.
- Ej, spokojnie! - wykrzyknęła kobieta, unosząc ręce. Zachichotała nerwowo, gdy zerwałam się ze stołka, prawie się o niego przewracając. - To raczej ja powinnam tak wrzasnąć!
Lodowate palce zacisnęłam na brzegu fartuszka i czekałam, aż właścicielka pianina i tego domu wywali mnie na zbity pysk. Ona jednak ruszyła w moją stronę i, nadal śmiejąc się pod nosem, odgarnęła długie blond włosy z twarzy.
- Dziewczyno, ale masz płuca! - Zamrugała, pochylając się, by ściągnąć na siebie mój wzrok, który poddańczo wbiłam w podłogę. - Wszystko gra? Pobladłaś.
- P-przepraszam! Nie wiedziałam, że pani będzie!
- Wyluzuj...
- Ja... naprawdę przepraszam! Obiecuję, to już nigdy więcej się nie powtórzy!
W końcu machnęła ręką, a do mnie dotarło, że chyba nie ma zamiaru mnie zwolnić. Co nie zmieniło faktu, że właśnie zostałam przyłapana na gorącym uczynku. To było pewne, mogłam się pożegnać z premią. Zadrżałam na samą myśl i jeszcze bardziej przerażona wbiłam wzrok we własne stopy.
- Daj spokój, to tylko pianino - rzuciła, bagatelizując problem. - Już dawno nie słyszałam, jak ktoś na nim gra. To był piękny utwór. Jaki jest jego tytuł?
- To... River Flows Is You. Yiruma. To koreański kompozytor.
Nieśmiało odrobinę uniosłam wzrok, a blondynka pokiwała głową. Na jej usta wkradł się delikatny uśmiech, co zupełnie rozproszyło moje czarne myśli.
- To było takie... piękne. Lekkie. Trochę melancholijne. I pełne nadziei.
- Jeszcze raz przepraszam. To, co zrobiłam, było niewybaczalne...
- Daj już spokój. Naprawdę - ucięła, wciskając ręce do kieszeni i głową wskazując kuchnię, a ja ruszyłam za nią w milczeniu. - Moja wina, powinnam uprzedzić agencję, że dzisiaj wyjątkowo będę w domu. Normalnie się to nie zdarza, ale musiałam wziąć kilka dni urlopu, bo już świrowałam od nadmiaru stresu. A do niedawna uważałam, że to moje drugie imię. Ponoć grozi mi kar?shi. Znaczy się śmierć z przepracowania - dodała, potrząsając głową i śmiejąc się z własnych słów. Słysząc, że jej nie zawtórowałam, odwróciła głowę, zerkając na mnie przez ramię. - To był żart.
Próbowałam roześmiać się na zawołanie, ale w tym momencie byłam tak wystraszona, że nie potrafiłam wykrzesać z siebie nic prócz nerwowego chichotu. W milczeniu obserwowałam, jak kobieta wyciąga z szafy dwa kubki i kładzie je na blacie, by nalać do nich kawy z ekspresu, który nastawiłam, zanim poszłam sprzątać.
- Zrobisz sobie przerwę?
- J-jaaa? - wydukałam, popisując się elokwencją.
- A jest tu z nami ktoś jeszcze? Nie krępuj się i siadaj. Przyda nam się chwila oddechu. - Przeszła do jadalni, gdzie postawiła kubki na stole. Cofnęła się jeszcze do lodówki po śmietankę do kawy i zamarła, mrugając szybko, gdy zauważyła, że nadal czaję się w drzwiach. - No co tak stoisz? Ściągnij ten fartuch i chodź! Poza tym muszę ci się odwdzięczyć za ten gulasz!
Zszokowana przysiadłam na skraju krzesła naprzeciw właścicielki, która osłodziła kawę dwiema łyżeczkami cukru i dolała śmietanki aż po brzeg kubka.
- Smakował pani?
- Kobieto, ja nie wiem, co ty sobie myślisz. - Sapnęła z podziwem, kręcąc głową. - Masz taki talent i zamiast otworzyć jakąś knajpkę, to sprzątasz domy. To był prawie najlepszy gulasz, jaki jadłam w życiu! Prawie, bo do tej pory myślałam, że nic nie przyćmi kuchni mojej babci, ale uwierz mi, niewiele ci brakuje.
Mimowolnie moje wargi wygięły się w lekkim uśmiechu.
- Bardzo się cieszę - odpowiedziałam cicho, czując, że powoli zanika uczucie ciążenia w żołądku. - I przepraszam, że tak się porządziłam. Po prostu... zobaczyłam rozmrożone mięso na blacie, a nie chciałam, żeby się zepsuło.
- Jasna sprawa! Absolutnie nie mam ci za złe! Swoją drogą, uratowałaś mi tym życie, bo gdy wróciłam z piątkowego bankietu, to myślałam, że żołądek przykleił mi się do kręgosłupa. Już w taksówce odpaliłam aplikację ze śmieciowym jedzeniem. Szkoda, że nie mogłaś zobaczyć mojej miny, gdy od progu poczułam ten boski zapach! A jak zajrzałam do garnka...!
Zrobiło mi się ciepło na sercu, bo dawno nikt nie chwalił mojej kuchni.
Gotowanie nie należało do moich obowiązków i to był pierwszy raz, gdy przyrządziłam jedzenie zupełnie o to nieproszona. I nie kłamałam, mówiąc, że zrobiłam to, bo było mi żal marnować jedzenie. Sama już nie pamiętam, kiedy ostatnio było nas stać na taki kawał wybornej wołowiny.
I do tego wszystkiego doszło coś jeszcze. Ucieszyłam się, poczułam się potrzebna, a ktoś był wdzięczny za obiad, który ugotowałam. I nazwał go przepysznym... Maciek już dawno tak nie mówił. Bez większego zaangażowania zjadał wszystko z talerza, po czym kładł się spać albo wychodził. Przestał zwracać uwagę na to, co gotuję, bo i tak nie było nas stać na lepszy kawałek mięsa albo przyprawy. Nie mówiąc już o warzywach. Zawsze wybierałam takie z promocji, które okres świeżości miały już dawno za sobą i po prawdzie nadawały się już tylko do wyrzucenia. Dlatego gotowanie dla właścicielki domu, korzystając z dobrodziejstw jej spiżarni i lodówki, było dla mnie fascynującą odmianą. Miała tyle ziół i przypraw, że części nawet nie potrafiłam nazwać. Nie odważyłam się zabrać przygotowanego posiłku do domu, bo nawet jeśli chciałam, by mój synek mógł spróbować takiego jedzenia, to jednak nie należało ono do mnie. I tak ta pani wiele już dla mnie zrobiła. Zbyt wiele.
- Chciałam podziękować - odezwałam się, odważnie podnosząc na nią oczy. - Za premię.
- Drobiazg. Jeszcze nikt tak dobrze nie zadbał o ten dom, więc to raczej ja powinnam ci dziękować. - Potakiwała głową na potwierdzenie własnych słów, a na koniec wzruszyła nonszalancko ramionami. - To tylko pieniądze. Jeśli je mam, to czemu nie miałabym docenić twojej pracy. Mam nadzieję, że ci się przydały.
Speszona uciekłam wzrokiem w bok, a do ust przycisnęłam kubek, parząc sobie język gorącą, gorzką kawą.
- T-tak. Dziękuję.
Bałam się, że właścicielka przejrzy moje kłamstwo, ale przecież nie mogłam jej powiedzieć, że pieniądze odebrał mi Maciek i przeznaczył na to, co zawsze. Na automaty.
Odstawiając kubek na blat, zerknęłam na nią z przestrachem, zauważając, że przeszywa mnie na wskroś swoimi lodowatymi oczami. Siła tego spojrzenia była tak silna, że czułam się tak, jakby ta kobieta włamywała się do mojego mózgu. Jej pełne, czerwone, acz nieumalowane usta rozchyliły się, gdy brała szybki wdech.
Odgarnęłam włosy z twarzy, pospiesznie wkładając je za ucho.
Ona wiedziała. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób, ale przejrzała mnie... Poznałam to spojrzenie. Litość i współczucie. Nie dało się go pomylić z niczym innym. Zbyt często je widziałam, by teraz się nie zorientować. Ale nim zdążyłam wymyślić, w jaki sposób wykręcić się od dalszego przesiadywania przy jednym stole z blondwłosą pięknością, właścicielka domu rozproszyła moją uwagę, pochylając się nisko nad blatem.
- Na imię mi Malwina. Malwina Collins - dodała, wyciągając rękę przed siebie. Gapiłam się na nią jak rażona piorunem. Ona się ze mną witała? Jednak pani Malwina błędnie zinterpretowała moje zdziwienie, bo przewróciła oczami, krzywiąc usta w grymasie. - Tak, wiem, obce nazwisko. Mój tata jest Irlandczykiem.
- Lilka. To jest Lilianna Nowakowska - odparłam natychmiast, nie chcąc zostać uznana za niegrzeczną.
Usłużnie uścisnęłam rękę pani Malwiny koniuszkami palców. Nie mogłam nie dostrzec szoku na jej twarzy, gdy moja szorstka skóra otarła się o jej wypielęgnowaną dłoń. Moje krótko obcięte paznokcie był cienkie jak papier, przez co często się łamały, natomiast pani Malwiny były długie, miały kształt migdałów i pomalowane były krwistoczerwonym lakierem. Kobieta stanowiła moje całkowite przeciwieństwo.
Pani Malwina była wysoką kobietą z nogami aż do nieba i obłędnie idealną figurą, z krągłościami w odpowiednich miejscach. Jej długie blond włosy układały się w miękkie pukle i spływały kaskadą po same łopatki. Gołym okiem było widać, że nie zrobiła dziś makijażu i to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że pani Malwina była naturalnie piękna. Jej opalona cera przyjemnie kontrastowała z lazurowymi oczami otoczonymi długimi czarnymi rzęsami, a karminowe, idealnie wykrojone usta co jakiś czas zmysłowo zwilżała czubkiem języka. Robiła to zupełnie nieświadomie, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że cała emanowała seksapilem i była ucieleśnieniem marzeń każdego mężczyzny. Różnica między nami była wręcz uderzająca.
Równe brwi pani Malwiny uniosły się wysoko, dlatego czym prędzej zamknęłam usta i puściłam jej dłoń. Jeszcze tego brakowało, by uznała mnie za niepoczytalną.
- A ile masz lat? Bo nie dałabym ci więcej niż dwadzieścia.
- Niedługo skończę dwadzieścia dwa - odparłam, przygryzając wnętrze policzka i domyślając się, w jaki sposób zareaguje.
- Bujasz!
- Mówię poważnie. Urodziny obchodzę pierwszego maja.
- Seeerio?! - parsknęła i odrzuciła głowę, śmiejąc się wniebogłosy. Pani Malwina była tak bezpośrednia i swobodna, że czułam się odrobinę przytłoczona jej emocjami. - Przepraszam, ale to naprawdę zabawne! Ja urodziłam się drugiego maja! I niedługo skończę trzydzieści lat. Zmiana kodu, trójka z przodu. - Przewróciła oczami, uśmiechając się krzywo. - Ale zobacz, taki przypadek! To prawie jakbyśmy były siostrami!
Faktycznie, taka zbieżność była wręcz nadzwyczajna, ale żeby tak od razu, prosto z mostu stwierdzić, że jesteśmy jak siostry? To chyba za dużo powiedziane. Co najwyżej mogłabym odgrywać rolę Kopciuszka w tej pantomimie zwanej życiem. Schowałam dłonie pod stół. Znowu zaczęłam się denerwować.
- Za dużo gadam, co? - rzekła kobieta, podpierając brodę dłonią. - Ale widzisz, tak już mam. Jak czuję się dobrze w czyimś towarzystwie, to nie zastanawiam się, co mówię i jak się zachowuję. A nieczęsto to mi się zdarza. Na przykład w pracy otaczają mnie sami imbecyle, przez co poznali mnie wyłącznie od złej strony.
Wyraźnie zmarkotniała i schowała się za kubkiem, starając się ukryć irytację. Byłam ciekawa, czym się zajmowała, skoro reagowała tak nerwowo na samo wspomnienie ludzi, z którymi pracowała.
Wyłamując palce, wychyliłam się do przodu, przez moment gryząc się w język, bo tak naprawdę nie wiedziałam, jak ubrać myśli w słowa. Już dawno nie pozwoliłam sobie na tego typu pogawędkę.
- Mogłabym panią zapytać...
- Malwina - przerwała od razu, cmokając głośno. - Nie pani, błagam. I jak będziesz to ignorować, to się obrażę - dodała, mrugając przyjaźnie, co wyraźnie kontrastowało z jej groźbą.
Uśmiechnęłam się nerwowo, mimowolnie zaciskając powieki, i zabrałam z twarzy kosmyk włosów, który założyłam za ucho.
- A gdzie pracujesz? - spytałam odważniej.
- Jestem naczelną LooKa, magazynu z wyższej półki dla kobiet z wyższej półki. Taka głupia dewiza wydawnictwa - wyjaśniła markotnie, przewracając zadziornie oczami.
- I masz dopiero dwadzieścia dziewięć lat? Musisz być bardzo mądra.
- Skończyłam podwójne studia, od cholery kursów i podyplomówek. Po prostu poznali się na moim talencie do wciskania babom bzdur na temat diety, wyglądu, mody - uściśliła, mrugając porozumiewawczo.
Byłam pod ogromnym wrażeniem.
Pani Malwina... Malwina była nie tylko piękna, ale też wykształcona, mądra i zaradna. Dorobiła się imponującego CV, a mknąc po szczeblach kariery w prestiżowym magazynie, pozostała bezpośrednia i chyba jej nie obchodziło, kto pochodził z jakiego środowiska. Świadczyło o tym chociażby to, że siedziała ze mną przy jednym stole, kiedy tak naprawdę powinnam zejść jej z oczu i odkurzyć pokoje na piętrze. Byłam nikim, a ona poświęcała mi swój czas i jeszcze zaprosiła na kawę... To było dla mnie takie dziwne. Pierwszy raz, odkąd pracuję jako sprzątaczka, właściciel zaprosił mnie do jednego stołu i dziękował za obowiązkowość oraz nagradzał premią.
- A ty? Co robisz w życiu?
Skonsternowana uniosłam głowę i dopiero po chwili dotarł do mnie sens słów. Malwina już nie uśmiechała się tak beztrosko, jak miało to miejsce jeszcze chwilę temu. I znowu patrzyła na mnie w ten sposób, który zmroził mnie do szpiku kości. Oblizując ukradkiem usta, zamrugałam, starając się patrzeć wszędzie, byle nie na nią.
- Mam pracę. U pani, ale też w innych domach.
- A uczuciowo? Masz kogoś?
- Tak. Synka i narzeczonego.
- Synka?! Wow, to się uwinęłaś! - wykrzyknęła, robiąc wielkie oczy. - Ile synek ma lat?
- W listopadzie skończył trzy latka - odparłam i chyba się uśmiechnęłam, ale nie mogłam nad tym zapanować. Za każdym razem, gdy myślałam o Oskarku, czułam ciepło rozchodzące się od serca na całe ciało. Ciesząc się, że Malwina przeniosła zainteresowanie na mojego synka, odważnie uniosłam głowę. - Jest bardzo podobny do mnie. Ma rude włosy i zielone oczy. Jest trochę nieśmiały. I uwielbia czytać książeczki.
- I masz narzeczonego, tak? Może jestem wścibska, ale nie widzę pierścionka.
Uderzenie serca później schowałam ręce pod stołem, zaciskając lodowate palce na prawej dłoni.
Nie myśl o tym. Nie myśl...
- Zgubiłam go.
- Wiesz, że mam świetną dziennikarską intuicję?
- Chy-chyba muszę się zabrać do pracy... - pisnęłam, czując, jak panika zaciska palce na moim gardle.
Zerwałam się błyskawicznie, ale potknęłam się o własne stopy i runęłabym razem z krzesłem na podłogę, gdyby nie refleks Malwiny. Niestety złapała mnie za prawy nadgarstek, a wtedy podwinął się rękaw mojego szarego swetra. Wyrwałam się, naciągając mankiet aż po same nadgarstki, jednak nie mogłam zignorować sapnięcia Malwiny, która dostrzegła ślady na mojej skórze.
Zacisnęłam powieki, starając się opanować oddech. Musiałam uciec, nim zacznie coś podejrzewać...
- Lilka. Powiesz, jak będziesz chciała. Nie będę cię do niczego zmuszać.
Usłyszałam jej spokojny głos, w którym czaiła się nuta wściekłości. Była na mnie zła? Bo jej się wyrwałam? Kątem oka zerknęłam na kobietę, która wycofała się w stronę gabinetu. Co chciała zrobić? Wezwać policję? Zawiadomić opiekę? A jeśli teraz wszystko stracę? Gorączkowe myśli pochłonęły mnie całkowicie i nawet nie zauważyłam, gdy Malwina wróciła, ściskając coś w rękach. I to nie był telefon, ale karteczka i jakiś wąski przedmiot przypominający dezodorant.
Zrobiła powolny krok w moją stronę, a ja cofnęłam się automatycznie. Zacisnęła usta, jednak nie skomentowała głośno mojej płochliwości.
- Wiesz, co zwróciło moją uwagę? Kulisz się i unikasz kontaktu wzrokowego. Usiadłaś na wprost mnie, jak na jakiejś rozmowie kwalifikacyjnej, a przez większość czasu patrzyłaś tępo w stół. Gdy zaczęłaś mówić o synku, to twoje oczy stały się takie... żywe. Radosne. Natomiast kiedy spytałam o pierścionek i narzeczonego...
Zagryzłam wargi niemal do krwi, by nie pisnąć ani słówka. Nie mogłam powstrzymać zdradzieckich łez, które, mimo że tak usilnie się starałam, i tak pojawiły się w kącikach moich oczu.
- Jeśli to chwilowe trudności, to okej, każdy związek je przechodzi. Ale jeśli wmawiasz sobie od kilku miesięcy, że to się zmieni... Daj mi znać. Albo przyjdź. Adres znasz.
I wtedy na swojej dłoni znowu poczułam kojący dotyk i ciężar zimnego kawałka aluminium. Malwina wcisnęła mi coś do ręki. Wizytówkę. I gaz pieprzowy.
Podniosłam na nią oczy, zapominając, że pewnie mienią się od wstrzymywanych łez.
- Dlaczego? - sapnęłam niewyraźnie przez zaciśnięte gardło.
- Sama nie wiem. Nigdy nikogo nie obdarzam zaufaniem od pierwszego spotkania, a z drugiej strony mam niebywałego nosa do ludzi. I to się sprawdza.
Nakryła moją rękę tak, aby palce zacisnęły się na gazie. Mojej broni, której miałam użyć w razie konieczności. W samoobronie. Nie rozumiałam... Dlaczego mi to dawała? Przecież nic takiego się nie działo. To ja byłam winna, to wszystko było moją winą...
Moje bolesne tłumaczenie przerwał rozważny głos Malwiny.
- Użyj tego, jeśli sprawy zajdą za daleko.
Nie mogłam jej tego obiecać, a jednak gdzieś w odmętach umysłu pojawiło się namacalne widmo nadziei. Coś, czego odmawiałam sobie od kilku lat. Bo obiecaliśmy sobie z Maćkiem być razem na dobre i na złe. Kochaliśmy się. Może przez ten czas nasze marzenia i plany straciły na wartości, gdy widmo nędzy zajrzało nam w oczy, ale w końcu nadal byliśmy razem. Nie potrafiłabym od niego odejść, nawet jeśli Maciek od czasu do czasu musiał mi przypomnieć, komu obiecałam być wierna i kogo miałam kochać całym sercem. Obiecałam.
Bałam się być odważna. Nie potrafiłam już walczyć. Nie umiałam.
To dlaczego zaciskałam palce na pojemniku z gazem, jakby miał to być mój oręż? Dlaczego, trzymając go w rękach, czułam się... bezpieczna? Tak nie powinno być...
Nie byłabym zdolna użyć go przeciwko Maćkowi, nawet jeśli jeszcze raz popchnąłby mnie na ścianę albo sprawił ból w ten lub inny sposób.
Nie byłam odważna. Ani zastraszana.
Nie byłam...
Rozdział 3
I am lost in my own conscious
I know that shutting the wall down ain't solving the problem
But I didn't build this house because I thought it would solve'em
I built it because I thought that it would be safer in there
But it's not, I'm not the only thing that's living in here
Fear came to my house years ago I let'em in
Maybe that's the problem.
NF, Mansion
Następne tygodnie przeleciały nie wiadomo kiedy. Każdy dzień wyglądał tak samo. Zrywałam się o świcie, by przygotować Maćkowi śniadanie do pracy, gotowałam obiad z-czego-się-dało i budziłam Oskarka przed ósmą rano. Następnie biegłam do pracy, po drodze odprowadzając synka do przedszkola, i nim się obejrzałam, pokonywałam tę samą trasę raz jeszcze i jak zawsze, gdy zbliżała się godzina szesnasta, ze ściśniętym gardłem biegłam do domu, by zabrać się za podgrzanie obiadu. Przecież musiałam zdążyć przed Maćkiem. Ciężko pracował, więc powinnam czekać na niego w domu, gdy już wróci po wyczerpującym dniu na budowie.
Nadal sprzątałam u Malwiny. Dziwnie się czułam z tym, że mam mówić jej po imieniu. Nigdy wcześniej nie byłam w tak bezpośrednich kontaktach z pracodawcą. Od czasu do czasu, gdy akurat pracowała z domu, proponowała mi kawę albo herbatę. Czasami gotowałam dla niej obiad, jeśli zostawiała mi na blacie karteczkę z wytycznymi, co miałam przyrządzić. Namawiała mnie też, bym zabierała część przygotowanego jedzenia do domu, jednak nie miałam tyle odwagi, by tak postąpić. Wolałam się nawet nie zastanawiać, co powiedziałby Maciek. Pewnie coś o jałmużnie, żebraniu o jedzenie albo... o żaleniu się na niego - roztrząsaniu przed obcymi naszych prywatnych spraw. To byłoby najgorsze. Wolałam nie kusić losu.
Z zaskoczeniem też stwierdziłam, że zadziwiająco szybko zaufałam Malwinie. Może dlatego, że nie naciskała w sprawie Maćka. Od momentu, gdy wcisnęła mi do ręki gaz pieprzowy, temat umarł. Czasami, gdy byłam zajęta sprzątaniem, czułam na sobie jej wzrok. Jej badawcze spojrzenie było trudne do udźwignięcia. Jakby czytała mi w myślach i dokopywała się do tajemnic, które chciałam ukryć głęboko w odmętach wspomnień. Niemniej jednak dobrze się dogadywałyśmy. Dwa razy dała mi książeczki dla Oskarka, a gdy chciałam stanowczo odmówić, powiedziała, że to darmowe materiały reklamowe, które zostały nadesłane do redakcji, i jeśli ich nie wezmę, to trafią na makulaturę. Tym samym nie mogłam ich nie przyjąć. Tęskniłam za czasami, gdy mogłam całymi popołudniami albo i nawet nocami czytać książki, bez wyrzutów sumienia, że marnuję czas. Teraz nie mogłam sobie na to pozwolić, jednak nie zamierzałam odbierać Oskarkowi tej jednej z niewielu przyjemności. Żeby nie denerwować niepotrzebnie Maćka, schowałam książeczki na dnie szafy, gdzie trzymaliśmy walizki i torby.
Bolało mnie, że musiałam zatajać przed nim nawet tak błahe rzeczy, ale czasami nie miałam wyjścia. Wolałam to niż słuchać później karczemnej awantury, której świadkiem byłby Oskar.
Był późny kwietniowy wieczór. Razem z Oskarem przygotowywaliśmy kolację składającą się z chudego serka wiejskiego ze świeżym szczypiorkiem, który udało mi się wyhodować w doniczce w kuchni. W przyszłości chciałam zaoszczędzić pieniądze i kupić sadzonkę pomidora, ale na razie nie mogłam sobie pozwolić na taki luksus. I tak byłam miesiąc w plecy z płatnością za przedszkole synka, co spędzało mi sen z powiek.
Po kolacji wykąpałam go i położyłam spać w nadziei, że uda mu się zasnąć, zanim wróci Maciek. Nie niepokoiło mnie to, że się spóźnia. Często mu się to zdarzało, jednak bardziej bałam się tego, w jakim stanie wróci - co będzie mówił. I robił.
Starając się odepchnąć od siebie złe przeczucie, pomogłam Oskarowi założyć jego ulubioną spłowiałą piżamę w dinozaury, z której niestety zdążył już wyrosnąć. Wspólnie wgramoliliśmy się na jego materac.
- To co, może przeczytamy jakąś książeczkę, którą dostałeś od pani Malwiny?
Podekscytowany zaczął przytakiwać, a jego zielone oczka zamigotały z podniecenia. Opowiedziałam synkowi o Malwinie i to była nasza mała tajemnica, o której żadne z nas nie mogło wspomnieć Maćkowi. Przeszłam do pokoju. Z szafy wyciągnęłam jedną książeczkę. Pozostałe na powrót przykryłam walizkami.
Usłyszałam zgrzyt zamka. Głośno przełykając ślinę, wyszłam na korytarz, ignorując cichy głosik w głowie, który radził, bym czym prędzej wróciła do synka i zamknęła drzwi od kuchni.
W progu zauważyłam Maćka, który lekko się zataczał. Już nabierałam powietrza, żeby go przywitać, gdy za jego plecami wyrosły dwa cienie. Dwaj wysocy, postawni mężczyźni - łysi, szerocy w barkach i z wyraźnie przerośniętymi mięśniami. Ich skórzane kurtki skrzypiały przy każdym ruchu. W oczach mieli coś takiego, że od razu po kręgosłupie spłynął mi lodowaty dreszcz.
- M-maciek... - Zdenerwowana oblizałam usta, zaciskając palce na książeczce, którą niczym tarczę przyciskałam do piersi. - Położyłam już Oskara.
Nie odpowiedział. Gdy tylko wsunęli się do mieszkania, zamknął cicho drzwi. Drgnęłam na dźwięk przeskakującej klamki. Odważyłam się podnieść oczy i wtedy to zauważyłam. Maciek miał wzrok wbity w podłogę, a jego mocno zaciśnięte szczęki drgały za każdym razem, gdy ciężko nabierał powietrza. Ale nie to było najgorsze. Nie jego z trudem wstrzymywana wściekłość - tylko spojrzenia tych mężczyzn, od których cierpła mi skóra.
- To ona? - rzucił pierwszy, wskazując mnie kciukiem. Drugi zmierzył mnie od stóp do głów, drapieżnie mrużąc oczy.
- Nie jest taka zła.
Na te słowa cofnęłam się w stronę kuchni, czując, jak serce szamocze mi się w piersi.
- Dogadamy się? - warknął przez zęby Maciek.
- No nie wiem, nie wiem... - Pierwszy z mężczyzn westchnął teatralnie, robiąc krok w moją stronę. - Wszystko zależy od tego, jak bardzo twoja suczka będzie dla nas miła.
Ze strachu pisnęłam, odskakując w bok. Drugi facet zbliżył się do mnie, wyciągając rękę w stronę moich rozpuszczonych włosów. Chciałam uciec, ale nie miałam jak. Przyblokowali mnie przy ścianie, a jeden z nich przesunął palcem po moim odsłoniętym przedramieniu.
W miejscach, gdzie mnie dotykali, czułam lodowaty dreszcz obrzydzenia.
- Maciek! O co tu chodzi...?
- Zamknij się. - Splunął, nie patrząc na mnie.
Jeden z mięśniaków zaśmiał się zimno, pociągając mnie za włosy tak mocno, aż moja głowa odskoczyła do tyłu. Krzyknęłam, upuszczając książkę, i zacisnęłam palce na jego nadgarstku.
- Twój chłoptaś ma drobne problemy z płatnościami i to się stało.
Zawartość żołądka podeszła mi do gardła, gdy poczułam na skórze jego oddech. Zacisnęłam powieki, próbując się nie rozpłakać, gdy poczułam bezpardonowy, łakomy uścisk na piersiach.
- Połowa.
- Umawialiśmy się na całość!
- Chyba coś ci się pojebało. To my stawiamy warunki.
- Maciek... Proszę, nie! - pisnęłam, gdy pchnęli mnie na ścianę.
- To jak? Nie mamy całej nocy.
- Dobra.
- No i zajebiście! - zarechotał mięśniak, zatykając mi usta. Chciałam się wyrwać, ale wtedy obaj boleśnie wykręcili mi ręce. - Chodź, mała, trochę nas zabawisz!
- W sumie ma niezłe cycki. Może dostaniesz od nas jakąś zniżkę na odsetki.
Chciałam krzyczeć, błagać Maćka, by tego nie robił, ale jeden z mężczyzn zacisnął palce na moim gardle i z pomocą drugiego zaciągnął mnie do pokoju. Pchnęli mnie na tapczan, który przygotowałam na powrót Maćka. Próbowałam szybko wstać, coś krzyczałam, a łzy zalewały mi oczy. Nie dałam rady się podnieść. Moje ciało dygotało, znowu krzyczałam... Wołałam pomocy, przez co zostałam natychmiast obrócona twarzą do materaca. Jeden z nich położył się na mnie i pod wpływem jego ciężaru nie dałam rady już się poruszyć.
Słyszałam tylko, jak rozpinają... ściągają... zdejmują...
- Nie... Maciek! - wrzasnęłam, gdy tylko kneblująca mnie ręka zniknęła na ułamek sekundy. - Nie, proszę! Nie!!! Błagam, zostawcie...
- Głupia suka! A chciałem być miły!
Mężczyzna jednym ruchem przewrócił mnie na plecy i wymierzył siarczysty policzek. Nadal krzyczałam, starając się osłonić twarz, obrócić się, wyrwać... Ale to na nic. W końcu tamten drugi się wkurzył i uderzył mnie z pięści.
- Chcesz dostać kosę?! - Parskając, pociągnął mnie za włosy do pionu, po czym rzucił na podłogę. Jak śmiecia. Jak dziwkę...
Skomląc, czołgałam się po dywanie. Parkiet drżał i falował. Przez łzy i włosy oblepiające twarz ledwo widziałam cokolwiek. Odwrócili mnie na plecy. Jeden z facetów stał nade mną. Miał rozpięte spodnie i był bez koszulki. Widząc, że go obserwuję, wyciągnął go z bokserek i pogładził. Splunął na niego, szczerząc się obleśnie. Odwróciłam się, wymiotując.
Krztusiłam się łzami, a torsje sprawiły, że zaczęłam kulić się na podłodze. Mężczyzna wykorzystał to, złapał mnie za włosy, a wtedy drugi zdarł ze mnie koszulkę i jednym ruchem ściągnął mi spodnie. Coś gorącego i lepkiego otarło się o moją rękę. Kazał mi zacisnąć na nim palce i ruszać ręką.
- Leż, kurwa...!
- Weź jej wpierdol i po sprawie!
Czułam go między nogami. Napluł na moje krocze. Krzyczałam...
Nagle coś huknęło, a ci dwaj zamarli. Nie wiedziałam, co się dzieje.
- Cho no, gnoju!
Cisnęli moją głową o podłogę, a ciężar tamtego mężczyzny zniknął z moich ud. Uniosłam zapuchnięte powieki. Wpatrywałam się w stojącego w drzwiach synka, który miał przyciśnięty do policzka telefon komórkowy. Obok niego leżał Maciek wśród drewnianych odłamków regału. Krzyknęłam do Oskara, żeby uciekał, i to zrobił. Był szybszy i zwinniejszy od tamtych mężczyzn i pierwszy doskoczył do drzwi kuchni, które zatrzasnął im przed nosem i przekręcił klucz. Walili w nie, grożąc, co mu zrobią, gdy w końcu go dopadną.
Torebka...
Torebka!
TOREBKA!
Zacisnęłam obolałe szczęki. Musiałam wstać, ruszyć się! Ślizgając się na własnych wymiocinach, doczołgałam się do torebki leżącej na gierkowskim fotelu. Wyszarpałam gaz i na drżących nogach ruszyłam w stronę kuchni. Chyba coś krzyknęłam, nie wiedziałam dokładnie co, ale wtedy ci dwaj odwrócili się w moją stronę, a ja rozpyliłam gaz prosto w ich twarze. W jednej sekundzie runęli na podłogę, wrzeszcząc, przeklinając, trąc oczy, a ja stałam nad nimi, osłaniając twarz ramieniem i celując na oślep. Starałam się nie wdychać duszącego, drapiącego gazu. Oczy mnie swędziały, a mimo to nie opuściłam ręki. Gdy w końcu opróżniłam zbiornik, cofnęłam się poza zasięg ich ramion. Nadepnęłam na coś. Uskoczyłam przed palcami Maćka, który właśnie odzyskiwał przytomność. Mamrotał coś pod nosem... Że popamiętam. Ja i mój bachor.
W następnej chwili naciągnęłam na gołe ciało kurtkę, chwyciłam torebkę i przeskoczyłam do drzwi kuchni. Zapukałam do Oskarka, który natychmiast mi otworzył. Jego zielone oczka były ogromne. Płakał, a wydzielina z nosa zalewała mu usta i brodę. Porwałam go na ręce, mówiąc, by się we mnie wtulił. By zamknął oczka i nie patrzył. Przeszłam nad mężczyznami, którzy wili się na podłodze w bólu, wykrzykując groźby i przeklinając.
Gdy narzucałam na Oskara kurtkę, poczułam szarpnięcie za kostkę.
- Nie waż się...!
Nie słuchałam go.
Już nie.
Kopnęłam go z całej siły w twarz i uciekłam.
Zbiegłam po schodach, przyciskając płaczące dziecko do piersi. Małe ciałko drżało, a na gołej skórze czułam gorące krople jego łez.
- Wracaj tu, kurwa!!!
Zatrzymałam się na półpiętrze, odruchowo odwracając się w stronę schodów i dochodzącego stamtąd ryku Maćka. Oparłam się plecami o ścianę, czując, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Adrenalina powoli ustępowała z mojego ciała i teraz zaczęło do mnie docierać, co się stało. Co ja zrobiłam... Co oni chcieli mi zrobić... Co Maciek zrobił...
Usłyszałam szczęk zamka i z przestrachem odwróciłam się w stronę drzwi piętro niżej. Pani Maria wychyliła głowę, a jej wodniste oczy zrobiły się ogromne. Szybko zerknęła w górę schodów, machając na mnie żylastą ręką.
- Chodźcie tu prędko!
Zdołałam pokonać ostatnie stopnie, a pani Marysia wpuściła mnie do swojego mieszkania, zatrzaskując za mną drzwi i przekręcając wszystkie zamki.
- Co tam się stało? Te krzyki...
Pokręciłam głową. Nie mogłam powiedzieć ani słowa. Nie mogłam nic z siebie wydusić. Wydawałam jakieś nieartykułowane dźwięki, bo nic innego nie chciało się przecisnąć przez zaciśnięte gardło. W ustach nadal miałam kwaśny posmak wymiocin. Pochyliłam się z dzieckiem w ramionach, próbując złapać oddech. Coś jakby ściskało mnie w piersiach. Nie rozumiałam tego. Niczego nie rozumiałam. Co ja zrobiłam...
Pani Maria położyła mi dłoń na ramieniu, a ja odskoczyłam w bok.
Jej oczy zwilgotniały, a z moich ust wydostał się szloch i chociaż boleśnie zagryzałam wargi, zaczęłam skomleć jak zbity pies.
Wtedy nad naszymi głowami rozległ się huk. Coś spadło. Usłyszałyśmy krzyki i w chwilę później ktoś zbiegał po schodach. Pani Maria na palcach przeszła do okna, skąd miała widok na wejście do kamienicy. Ruszyłam za nią, chociaż każdy krok sprawiał mi ból. Z bijącym sercem czekałam na to, co powie, ale wtedy usłyszałyśmy łomotanie do drzwi. Oskar zakwilił, czepiając się mojej szyi.
- Schowajcie się tutaj - szepnęła pospiesznie pani Marysia, prowadząc mnie w stronę ogromnej dębowej szafy.
Weszłam do środka i usiadłam na podłodze, a pani Maria przesunęła wieszaki, by nas zakryć. Zamknęła drzwiczki na klucz i wyciągnęła go z zamka. Chwilę później usłyszałam Maćka, a Oskar w tym samym czasie wstrzymał oddech, chowając głowę pod moim ramieniem.
- Gdzie jest? - warknął niewyraźnie, bezpardonowo wchodząc do mieszkania.
Słyszałam, jak otwiera drzwi łazienki, kuchni, sprawdza szafy... Mocniej przytuliłam Oskarka.
- Chyba coś się panu pomyliło, panie Rybarski. To nie jest pańskie mieszkanie.
- Gdzie Lilka?!
- Doradzam opanowanie - spokojnie rzekła pani Maria tonem, który był zimny, ale bezkonfliktowy. - Inaczej zadzwonię na policję i zgłoszę wtargnięcie.
- Czy Lilka tu była?
- Nie widziałam jej od wczoraj. A teraz proszę opuścić moje mieszkanie. Teraz.
Jeśli nawet coś jej odpowiedział, to nie dosłyszałam, bo Oskar właśnie zaczął gwałtownie nabierać powietrza. Szeptałam mu do uszka, że jest dzielny, że jeszcze tylko trochę i tata sobie pójdzie...
Zaskrzypiały drzwi szafy.
Pani Maria podała mi rękę, pomagając nam wydostać się z kryjówki. Poprowadziła mnie na tapczan, który przygotowany był już do spania. Gdy siadałam, rozchyliły się poły mojej kurtki. Pośpiesznie złapałam za brzegi, starając się szczelniej owinąć materiałem i ukryć swoją wstydliwą nagość i wszelkie ślady, które pozostawili na mnie tamci faceci. Nie myśl o tym teraz. Nie myśl!
- Dziecko - szepnęła pani Maria, gładząc mnie po włosach i całując w czoło. - Moja kochana.
Chciałam jej powiedzieć, żeby mnie nie dotykała, bo pewnie śmierdziałam wymiocinami. Byłam taka brudna...
Próbowałam wydusić z siebie jakieś słowo, cokolwiek, by jej podziękować, ale potrafiłam jedynie płakać.
- Nie możecie tu zostać. - Dotknęła główki Oskarka, który w pierwszym momencie skulił się ze strachu, widząc mknącą w jego stronę rękę. - On wróci i będzie cię szukać. Macie gdzie pójść?
Czy miałam gdzie się zatrzymać? Nie posiadałam pieniędzy na hotel, a nawet jeśli mogłabym wrócić do rodziców, to przecież podróż pociągiem kosztuje, a w moim portfelu było tylko dziesięć złotych. Dziesięć złotych...
- N-nie wie-em...
- Uspokój się i pomyśl. Nawet jeśli pójdziesz na policję i zgłosisz... tę napaść, zawiozą cię do domu samotnej matki albo gdzieś, gdzie zdołają ci pomóc. Tak nie można żyć, Lilka. Musisz to skończyć. Masz synka. Pomyśl o nim. Znajdę ci coś do ubrania.
Nie umiałam się skupić. Potrafiłam jedynie bezmyślnie śledzić ruchy pani Marii, która szykowała dla mnie jakieś rzeczy. Miałam odejść i zostawić Maćka? Jasne, chwilę temu czułam wściekłość, ból, bo chciał mnie oddać... jak jakąś rzecz. Ale teraz, co miałam zrobić bez niego? Jak sobie poradzę bez pieniędzy? Miał rację, z mojej pracy nie starczy na utrzymanie siebie, Oskara, wynajęcie mieszkania, a nawet pokoju, nie mówiąc już o opłaceniu rachunków... Nie było dla mnie ratunku. Nie mogłam nikogo prosić o pomoc. Nikogo...
O czym ja teraz myślałam?
Moje dłonie zacisnęły się w pięści i wtedy to poczułam. Chłodną aluminiową tubkę. Nadal ściskałam pusty pojemnik po gazie pieprzowym.
Zapatrzyłam się w niego, myśląc, jak inaczej potoczyłby się ten wieczór, gdyby Malwina mi go nie dała. Gdyby mój synek nie był odważniejszy ode mnie. Gdyby nie wiedział, że gdy weźmie telefon do ręki i nawet jeśli nic nie powie do słuchawki, to będzie wyglądało, jakby do kogoś dzwonił. Po pomoc...
- Wymyśliłaś coś?
Pani Marysia podała mi ubrania i uśmiechając się smutno do Oskara, wzięła go na kolana. Zagadując mojego synka, gestem dała mi znak, bym wybrała ze sterty ciuchów coś dla siebie. Nie patrząc na to, co zakładam, wciągnęłam na siebie jakiś sweter i spodnie od dresu.
- Mam przyjaciółkę, ale nie wiem...
- Jeśli to twoja przyjaciółka, to nie odmówi ci pomocy - przerwała, podając mi skręcającego się ze strachu Oskarka. - Zdążyłaś zabrać coś z mieszkania? Jakieś dokumenty?
Wzięłam do ręki znoszoną torebkę. W wewnętrznej kieszonce miałam schowaną książeczkę zdrowia Oskara oraz własne dokumenty. Zawsze miałam je przy sobie i aż do teraz nie wiedziałam dlaczego.
- Tak. Mam.
- To dobrze. Nigdy tu nie wracaj, rozumiesz? Dam ci pieniądze na taksówkę.
- To niedaleko...
- Nie. Jak wyjdziesz z domu, złap pierwszą lepszą taksówkę i jedź do przyjaciółki. Jeśli spotkasz Maćka... Uciekaj. Obiecaj mi to, dobrze?
Obiecałam. Na samą myśl, że jeszcze raz mogłabym spotkać Maćka... Czułam, jak coś się wewnątrz mnie łamało. Nie, to nie jest pora na to, by się rozklejać i myśleć. Musiałam działać. Ochronić dziecko i siebie. Pani Maria miała rację. Ucieczka była jedynym słusznym wyjściem.
Uściskałam ją krótko, dziękując za wszystko, i wzięłam od niej dwadzieścia złotych. Obiecałam, że oddam, ale pani Maria tylko pokręciła głową. Odprowadziła mnie do drzwi, pod którymi przez chwilę nasłuchiwała, a później ostrożnie je uchyliła, wystawiając głowę na klatkę. Gestem dała mi znak, że mogę wyjść. Nim zeszłam ze schodów, pani Marysia pocałowała mnie w czoło, uśmiechając się pocieszająco.
- Biegnij, dziecko. I powodzenia.
- Dziękuję.
- Leć. Uważaj na siebie.
Wybiegłam przed kamienicę i ruszyłam w stronę Rynku Jeżyckiego. Musiałam iść tam, gdzie było dużo ludzi. I dużo taksówek. Nie przeszłam nawet dziesięciu metrów, gdy poczułam zaciskającą się na moim ramieniu dłoń i stanęłam oko w oko z Maćkiem.
- Chyba nie myślałaś, że ode mnie uciekniesz? Co ty, kurwa, odpierdalasz?!
Próbowałam szarpnąć ręką, ale trzymał mnie zbyt mocno. W świetle pomarańczowego blasku latarni jego pobita, sina twarz wyglądała upiornie. Uczepiony mnie Oskar zaczął głośno płakać i się szamotać. Maciek wrzeszczał, próbując go uciszyć, w końcu uniósł groźnie dłoń. Wówczas dotarło do mnie, co powinnam zrobić.
- Pomocy!!! - wydarłam się na cały głos. - Zostaw mnie!!!
- Zamknij się! - uciął, ciskając mną o ścianę.
Zacisnął palce na mojej szyi tak mocno, że charczałam, walcząc o oddech. Przyciskałam do siebie Oskara, który płakał tak głośno jak nigdy wcześniej.
- Pojedziesz ze mną do nich i ich, kurwa, przeprosisz! Jeśli trzeba, będą pieprzyli się z tobą całą noc, rozumiesz?! A ty, kurwa, nie piśniesz ani słowa! Chcesz, żeby mnie zabili? Tego chcesz? Zobaczyć mnie w worze?!
Wolną ręką uderzył mnie w twarz. I wtedy krzyknęłam. Krzyknęłam jak nigdy wcześniej.
- Ej, koleś! Zostaw ją!
To wystarczyło, żeby Maciek mnie puścił. Zdążyłam zauważyć, że w naszą stronę szedł jakiś mężczyzna.
Co ty robisz?
To twoja szansa!
Uciekaj!
Puściłam się biegiem, odpychając od siebie Maćka.
- Odpierdol się, kutasie!
- To nie było grzeczne.
Gdy byłam na końcu ulicy, dotarł do mnie odgłos szamotaniny i głuchych uderzeń. Nie potrafiłam odróżnić, czy to jęki Maćka, czy tamtego chłopaka, który stanął w mojej obronie. Nie mogłam się zatrzymać. Nie teraz.
Złapałam pierwszą lepszą taksówkę i niecałe pięć minut później wysiadłam na ulicy Mazowieckiej. Serce miałam w gardle, gdy prosiłam kierowcę, by poczekał chwilę na zapłatę, i w duchu się modliłam, by Malwina była w domu. Zadzwoniłam domofonem, a gdy przez kilka pierwszych sekund nikt nie odpowiadał, zaczęłam panikować.
Co teraz zrobię? Jak zapłacę taksówkarzowi? Przecież miałam tylko trzydzieści złotych...
- Tak?
- Malwina! J-ja... P-przepraszam za porę...
- Lilka? Już otwieram, wejdź!
Furtka zabrzęczała i ustąpiła, gdy lekko ją pchnęłam. Malwina stała w otwartych drzwiach, na ramionach miała wełniane ponczo. Widząc mnie z dzieckiem na rękach, zacisnęła z całej siły szczęki i głośno wciągnęła powietrze. Zmrużyła oczy, łapiąc mnie za ramiona i wciągając do domu.
- Co on ci zrobił...
- T-taksówkarz... - wybąkałam, gdy chciała zamknąć drzwi. - Mam tylko trzydzieści złotych...
Ściągnęłam torebkę z ramienia. Zaczęłam szamotać się z zamkiem, ale się zaciął. Nie mogłam odpiąć torebki, a zapięcie co chwilę wyślizgiwało się spomiędzy moich zimnych palców. Przestałam dopiero, gdy Malwina położyła dłoń na moich zlodowaciałych rękach i lekko je ścisnęła.
- Zaraz wrócę - powiedziała cicho.
Podeszła do białej komody stojącej przy drzwiach i otworzyła szkatułkę, z której wyciągnęła pięćdziesięciozłotowy banknot. Przysiadłam na ławie stojącej na korytarzu i po raz pierwszy otoczyła mnie cisza. Miarowe tykanie starego zegara wydawało się tak powolne w porównaniu do serca dudniącego w mojej piersi. Oskar zasnął jakiś czas temu w taksówce. Był zmęczony, wyczerpany strachem i płaczem.
Zacisnęłam powieki. Jeszcze nie. Nie teraz. Nie masz prawa płakać...
Poderwałam się nerwowo, gdy Malwina weszła do domu. Widząc, jak tulę do siebie śpiące dziecko, zamknęła ostrożnie drzwi i najciszej, jak mogła, ściągnęła buty. Przekręciła zamek w drzwiach.
Właśnie dotarło do mnie, co zrobiła. Zapłaciła za moją taksówkę i jeszcze wpuściła mnie do domu w nocy... Co ja sobie myślałam, przyjeżdżając do niej! Nie powinnam tu zostawać! Jeszcze ściągnę na nią niebezpieczeństwo. Co ja sobie myślałam...
- Przepraszam. Nie powinnam. - Wstałam, ciężko nabierając powietrza. Czułam, jak duszę się z każdym słowem. - Coś wymyślę, pójdę do domu samotnej matki, nie mogę zwalać ci się na głowę, i to jeszcze z dzieckiem, coś wymyślę...
- Po pierwsze, nigdzie nie idziesz - przerwała twardo. Widząc, że lekko się wzdrygnęłam, wyciągnęła rękę w moją stronę i palcami starła łzy z mojej opuchniętej twarzy. - Po drugie, zostajesz. Po trzecie, pójdziesz spać. A resztą zajmiemy się jutro - dodała, uśmiechając się pokrzepiająco, po czym podeszła do panelu na ścianie obok gabinetu i coś wstukała na ekranie dotykowym. - Uzbroiłam alarm. Wie, gdzie pojechałaś? - Zaprzeczyłam jednym ruchem głowy. Malwina odetchnęła z ulgą i zrobiła krok w moją stronę. - Tu będziecie bezpieczni.
Czułam, że zaraz nadejdzie ten moment. Chwila, w której przestanę nad sobą panować. Poszłam do salonu i najostrożniej, jak umiałam, położyłam na kanapie twardo śpiącego Oskara. Wróciłam do Malwiny, przyciskając pięść do ust. Nie mogłam powstrzymać łez. Nie mogłam powstrzymać tego rozdzierającego serce szlochu. Czując, że drżące nogi dłużej nie utrzymają mojego ciężaru, upadłam boleśnie na kolana. Obok mnie usiadła Malwina, mocno mnie do siebie przytulając.
Przestałam myśleć o tym, jak wyglądam, jak pachnę, jaka odrażająca jestem, bo pierwszy raz od dawna poczułam się bezpieczna. Właśnie tutaj. W domu mojej przyjaciółki.
Nic nie mówiąc, wzmocniła uścisk wokół moich ramion, gładząc mnie po włosach i pozwalając, bym wyrzuciła z siebie cały strach, ból i wstyd.
I poniżenie.
- Naprawdę liczyłem, że masz więcej oleju w głowie - rzucił ojciec ochrypłym głosem, przesuwając rozpostartymi palcami po łysinie na czubku głowy. - Nie mam już do ciebie siły i wyczerpały mi się wszystkie argumenty, którymi bombarduję cię od kilku miesięcy. Chyba za bardzo ci pobłażaliśmy.
Stałam w bezruchu, chociaż z nerwów żołądek podchodził mi do gardła. Od pewnego czasu ostre wymiany zdań między nami należały do codzienności. Bolało mnie, gdy lamentowali, jak bardzo się na mnie zawiedli, jak mocno ich rozczarowałam - i z coraz większym trudem znosiłam karczemne awantury. Wmawiałam sobie, że rodzice w końcu odpuszczą i pozwolą mi spotykać się z Maćkiem. Nigdy niczego tak bardzo nie pragnęłam. Tylko on się dla mnie liczył.
- Tu nie chodzi o żaden bzdurny wyjazd czy dodatkowe lekcje pianina! - wykrzyknęłam sfrustrowana, na co zbulwersowany tata poderwał się z miejsca. - Tu chodzi o mnie i o to, że się zakochałam. I nie proszę was o nic innego, tylko o to, byście w końcu zaakceptowali Maćka!
- Niedoczekanie! Kompletnie cię omotał! Dziewczyno, masz dopiero siedemnaście lat! Przejrzyj na oczy! Co on ma?! Nic! Pracuje na budowie, zarabia grosze, nie ma żadnych planów na przyszłość ani ambicji! Nie mówiąc już o jego rodzicach! Żebrzące pijaczyny. - Ojciec splunął jadowicie, a jego twarz przeciął nienawistny grymas.
- Przestań! To nie wina Maćka, że ma takich rodziców! Co jest z wami?! Sami mnie uczyliście, bym nigdy nikogo nie oceniała przez pryzmat portfela, tylko tego, jakim jest człowiekiem, więc co? Nagle wasze życiowe nauki przestały mieć sens? Jesteście takimi hipokrytami... - dodałam cicho, jednak tata z całą pewnością dosłyszał. Cały spurpurowiał.
- Coś ty powiedziała?! - wybuchnął, opluwając mnie śliną i unosząc wysoko rękę.
Mocno zacisnęłam powieki, gotowa na przyjęcie ciosu, ale nic takiego się nie stało. Czując serce trzepoczące w gardle, zerknęłam przez palce. Mama praktycznie uwiesiła się na ramieniu taty.
- Waldek, opanuj się! Ona tak nie myśli! Uspokójmy się wszyscy, proszę...!
- Chcesz spokoju?! Świetnie! Mogę w ogóle przestać zawracać sobie głowę smarkulą, która uważa się za dorosłą! Ale kiedy przyjdzie z brzuchem, to...
- Wyrzucisz mnie? Uderzysz?! - pisnęłam, zalewając się łzami. Nogi tak mi się trzęsły, że ledwo stałam. To był pierwszy raz, gdy tata podniósł na mnie rękę. I bałam się go. - Nie jesteś lepszy od taty Maćka. W niczym!
- Lilka! Lilianna, wróć tu natychmiast! Słyszysz?! Kazałem ci wracać!
Nie chciałam go słuchać. Nie chciałam go widzieć.
W tym momencie nienawidziłam go najbardziej na całym świecie.
Ocierając policzki rękawem bluzy, przy akompaniamencie wrzasków taty wybiegłam z domu w ciemną noc. Zbiegłam zboczem i odnalazłam ścieżkę prowadzącą wokół jeziora. Znałam ją na pamięć. Wiedziałam, w którym miejscu wystawał korzeń, gdzie teren opadał, a gdzie się wznosił lub był najbardziej podmokły. Mieszkałam tu całe życie i nic nie miało przede mną tajemnic. Mogłabym być niewidoma, a i tak potrafiłabym dotrzeć do mojej kryjówki. Naszej kryjówki. Znajdowała się po drugiej stronie jeziora i była moim azylem - szczególnie w momentach, gdy kłóciłam się z rodzicami.
Z każdym kolejnym tygodniem było coraz gorzej. Rodzice wszelkimi możliwymi sposobami starali się wybić mi chłopaka z głowy - począwszy od bzdurnych szlabanów na wychodzenie z domu, przez odcięcie internetu, zabranie telefonu, a skończywszy na zawieszeniu kieszonkowego. Wszystko na marne. Prawda była taka, że im bardziej się nam sprzeciwiali, tym mocniej kochałam Maćka.
Może i byłam upartą gówniarą, którą zaledwie kilka dni dzieliło od osiągnięcia pełnoletności, ale miałam pewność, że dobrze robiłam. Kochałam Maćka i nic nie mogło stanąć na przeszkodzie naszemu szczęściu. Nawet rodzice.
Zwolniłam, czując kłucie w boku. Nie powinnam biegać ani się denerwować. Maciek będzie na mnie zły, gdy zobaczy mnie taką zasapaną, trzęsącą się i płaczącą.
Obeszłam jezioro i zza krzaków wyłoniła się mała chatka. Kiedyś należała do wędkarzy, jednak od dobrych kilku lat stała opuszczona. Pchnęłam drzwi osadzone w zardzewiałych zawiasach, a w twarz buchnął mi odór stęchlizny, wilgoci i rozkładającego się drewna. Po omacku weszłam do małej izby, zręcznie omijając stojącą na samym środku skrzynkę. Przysiadłam obok i pogrzebałam w pudełku zapałek, by po chwili zapalić knot świecy. Ogień rzucał nikłe światło na pomieszczenie, jednak przynajmniej coś widziałam.
Złożyłam głowę na ramionach, kładąc się na naszym prowizorycznym stole, i na chwilę zamknęłam oczy. Musiałam się uspokoić. Maciek denerwował się za każdym razem, gdy kłóciłam się z tatą. Wiele razy powstrzymywałam go przed pójściem do mojego ojca i postawieniem sprawy jasno. Dobrze wiedziałam, czym taka stanowczość mogłaby się zakończyć. Maciek często tracił nad sobą panowanie, szczególnie gdy stawał w mojej obronie. Tak jak w ostatni weekend, gdy na mieście spotkaliśmy moich znajomych ze szkoły. Nie byli zbyt mili. Ubliżali nam i śmiali się, że "zaniżam własne standardy". Wówczas Maciek zadał kilka szybkich ciosów. Nie lubiłam tej agresywnej strony mojego chłopaka i czasami bałam się jego wściekłego spojrzenia. Jednak stawał w mojej obronie. A przynajmniej tak mi tłumaczył. Nie miałam siły mu się sprzeciwić.
Poza tym... kochał mnie. Właśnie mnie.
Zwykłą Lilkę.
- Lilka?
Natychmiast zerwałam się z miejsca. Jeszcze nie w pełni rozbudzona, potarłam oczy, najpewniej pozbywając się resztek rozmazanego tuszu. Na moich knykciach pozostały czarne smugi.
Odwlekałam moment, w którym spojrzę na Maćka. Byłam przekonana, że w mig się domyśli, co zaszło u mnie w domu. Gdy zawzięcie ssałam dolną wargę, on chwycił mnie pod brodę, ciągnąc w swoją stronę.
Od razu pochłonęły mnie jego przejmujące błękitne oczy. Przypatrywał mi się z nieukrywanym smutkiem.
- Znowu się pokłóciliście?
Zamiast odpowiedzieć, wślizgnęłam się w ramiona chłopaka, przytulając się do jego umięśnionego torsu.
- Po prostu mnie przytul.
W ciszy objął mnie mocno, wciągając na swoje kolana. Błogo westchnęłam. Moje miejsce było u jego boku. Ramiona Maćka były moją bezpieczną przystanią. Nie rozumiałam taty. Powinien się cieszyć, że ktoś mnie kochał i szanował, a on tymczasem chciał nas rozdzielić.
- Nie chcę tam wracać - wyznałam, a mój głos niemal całkowicie został stłumiony przez jego bluzę. - Jest coraz gorzej.
- Może to tylko chwilowe.
Odchyliłam się, by zmierzyć swojego chłopaka ironicznym spojrzeniem.
- Maciek, jesteśmy razem od pół roku i czy od tego czasu cokolwiek się zmieniło? Nic! Myślisz, że teraz będzie łatwiej?
- Może się opanują, gdy powiemy im, że zostaną dziadkami? - podsunął, a kąciki jego ust delikatnie zadrgały, gdy położył rękę na moim jeszcze płaskim brzuchu.
- Znając mojego ojca, to zamknie mnie w domu, a ciebie wykopie za drzwi - wymamrotałam, kładąc swoją dłoń na jego ręce. - Nie rozumiem go. Całe życie wpajali mi, że trzeba poznać człowieka, nim się go oceni, i co? Nagle zmieniają zdanie?
- Nie każdy ojciec chciałby dla swojej córki kogoś takiego jak ja - mruknął posępnie, odwracając wzrok.
- Przestań! Jesteś dla mnie ważny. Kocham cię! Troszczysz się o mnie, o swoich rodziców, pracujesz, jesteś samodzielny... Nigdy nie pozwolę, żeby mój ojciec mówił o tobie w ten sposób!
- Nie rób tego - napomniał mnie, czule odgarniając mi włosy z czoła. - Nie denerwuj się. Zaszkodzisz sobie i dziecku.
Miał rację. Jak zawsze zresztą.
To dopiero drugi miesiąc, a i tak czułam, że ta mała istotka, która we mnie rosła, z każdym dniem sprawiała, że kochałam Maćka coraz bardziej. Albo to tylko hormony, które, jak zauważyłam, coraz częściej dawały o sobie znać. Tak jak teraz.
- Przepraszam. Po prostu... nie mam już siły. Najchętniej włożyłabym na palec pierścionek i zaświeciłabym im prosto w oczy. Może wtedy coś by do nich dotarło.
- Tak, to pewnie byłby zabawny widok. Twój ojciec by eksplodował - zażartował zgryźliwie, ocierając moje policzki z łez.
Chciałam na niego fuknąć, jednak w porę ugryzłam się w język. Maciek tylko tak mówił i celowo próbował obrócić wszystko w żart. Nie powinnam mieć do niego pretensji.
Ponownie się do niego przytuliłam, chcąc w ten sposób zmienić temat i sprawić, byśmy te kilka godzin wykorzystali w najromantyczniejszy ze znanych sposobów. Widmo awantury w domu przerażało mnie do tego stopnia, że ze zgrozą myślałam o powrocie. Mój wybuch na pewno będzie miał jakieś konsekwencje.
Westchnęłam głęboko, czując, jak Maciek bawi się moimi włosami. Sięgały mi do talii, dlatego często musiałam zaplatać je w warkocze, przez co dorobiłam się łatki "Ani z Zielonego Wzgórza". Tak jak ona miałam ognisto rude włosy, soczyście zielone oczy oraz liczne piegi na nosie. Nigdy nie lubiłam swojego zaokrąglonego ciała. Byłam niska i miałam zbyt duże piersi, przez co często byłam obrzucana niewybrednymi komentarzami przez kolegów z klasy. Tylko Maciek uważał mnie za idealną. Piękną, jak to określał. I taka się czułam. Byłam wyjątkowa tylko dla niego.
Jego ręka zamarła, gdy miał ponownie wpleść ją w moje włosy, i to przykuło moją uwagę. Zerknęłam na Maćka spod rzęs, nieświadomie rozchylając usta.
- Chciałbym ci coś zaproponować - zaczął wyraźnie stremowany, przesuwając palcami po swoich przydługich blond włosach. - Bo widzisz, mam plan.
Zaintrygowana przysiadłam między jego nogami, przygryzając wargi, żeby się nie roześmiać. Maćkowi poczerwieniały uszy i tylko to zdradzało, jak bardzo był zawstydzony. A w końcu był ode mnie trzy lata starszy.
- Ostatnio gdy tak mówiłeś, wyciągnąłeś z kieszeni pierścionek zaręczynowy. Czego tym razem mam się spodziewać?
Zdenerwowany oblizał usta, delikatnie ujmując moje dłonie.
- Firma, w której pracuję, otwiera filię w Poznaniu. Mają stawiać kilka osiedli za miastem i kierownik zaproponował mi przeniesienie - wyznał cicho, patrząc mi prosto w oczy. - Mam dostać miejsce na kwaterze, ale zdążyłem zaoszczędzić wystarczającą ilość pieniędzy, żeby móc wynająć własne mieszkanie. To może... Pewnie przez pierwszych kilka miesięcy będzie nam ciężko, no i gdy dziecko się urodzi, ale... bylibyśmy razem. A to najważniejsze.
- Tak - usłyszałam swój pewny głos.
Nie potrzebowałam czasu do namysłu. Kochałam Maćka, nosiłam w sobie jego dziecko, owoc naszej miłości, więc to normalne, że powinniśmy trzymać się razem. W obcym mieście moglibyśmy rozpocząć własne życie. Mielibyśmy przyszłość.
Widocznie Maciek nie spodziewał się takiego obrotu spraw, bo zamrugał zdezorientowany i głośno zaczerpnął powietrza.
- Tak? - powtórzył, jakby chciał się upewnić, że nie blefuję.
Uniosłam się, siadając okrakiem na jego udach. Natychmiast otoczył mnie ramionami, a ja wplotłam palce w jego włosy.
- Tak. Wyjadę z tobą - rozwinęłam myśl, całując jego rozchylone usta. - Nigdy cię nie zostawię.
- Nie zasługuję na ciebie - odparł, patrząc na mnie z bezgraniczną miłością i podziwem.
- Chyba ja na ciebie. Pocałujesz mnie w końcu?
- Wedle życzenia, Liluś.
I pocałował.
Właśnie tym pocałunkiem przypieczętowaliśmy naszą przyszłość.
Mieliśmy być razem na dobre. I na złe.
Szczególnie na złe.