PROLOG
Ernest kochał pracę psychoterapeuty.
Dzień po dniu pacjenci zapraszali go w najbardziej intymne sfery swego
życia. On zaś codziennie pocieszał ich, opiekował się nimi, niósł im
ulgę w rozpaczy. W zamian za to podziwiali go i cenili. A także mu
płacili, chociaż często przychodziło mu do głowy, że gdyby nie
potrzebował pieniędzy, mógłby prowadzić psychoterapię za darmo.
Człowiek, który kocha swoją pracę, jest szczęściarzem. Tak, tak -?Ernest
doceniał, że mu się udało. Czuł się bardziej niż szczęśliwy -?miał
wrażenie, że spotkało go niezwykłe błogosławieństwo. Znalazł swoje
powołanie i mógł powiedzieć: jestem na swoim miejscu, w zawodzie, do
którego predysponują mnie talent, zainteresowania i pasja.
Ernest nie był człowiekiem wierzącym. Jednak kiedy co rano otwierał
notes, i widział w nim nazwiska ośmiu lub dziewięciu drogich mu osób, z którymi miał spędzić dzień, ogarniało go uczucie, które potrafił opisać
jedynie w kategoriach religijności. Głęboko pragnął dziękować -?komuś,
czemuś -?za doprowadzenie go do jego powołania.
Bywały poranki, kiedy wpatrywał się w mgłę za dachowym oknem swojego
wiktoriańskiego domu przy Sacramento Street i wyobrażał sobie, że o świcie unoszą się tam jego psychoterapeutyczni przodkowie.
-?Dziękuję, dziękuję -?zawodził śpiewnie. Był wdzięczny im wszystkim:
uzdrowicielom, opiekunom ludzi w rozpaczy. Przede wszystkim
protoplastom, których niebiańskie zarysy ledwo było widać, takim jak
Jezus, Budda czy Sokrates. Poniżej, nieco wyraźniej rysowali się jego
wielcy prekursorzy: Nietzsche, Kierkegaard, Freud, Jung. Jeszcze bliżej
znajdowali się dziadkowie terapii: Adler, Horney, Sullivan, Fromm -?i kochana, uśmiechnięta twarz Sandora Ferencziego.
Na jego rozpaczliwe wołanie odpowiedzieli kilka lat temu. Po
rezydenturze śladem innych ambitnych młodych neuropsychiatrów poświęcił
się badaniom naukowym w dziedzinie neurochemii -?by podążać ku
świetlanej przyszłości, na złotą arenę oszałamiającej osobistej kariery.
Przodkowie wiedzieli, że się zagubił. Jego miejscem nie było
laboratorium naukowe. Ani też praktyka psychofarmakologiczna, w której
wypisuje się leki.
Wysłali posłańca -?dziwacznego, ale skutecznego -?z misją, aby go
naprowadził na ścieżkę jego przeznaczenia. Ernest do dziś nie wie, jak
doszło do tego, że postanowił zostać terapeutą. Jednak pamięta, kiedy to
się stało. Z zadziwiającą jasnością przypomina sobie dzień, w którym do
tego doszło. Zapamiętał też posłańca. Był nim Seymour Trotter, człowiek,
z którym spotkał się tylko raz, a mimo to na zawsze zmienił on jego
życie.
Sześć lat temu dziekan jego wydziału na jeden semestr mianował Ernesta
członkiem Komisji Etyki Medycznej Szpitala Stanford. Jako pierwsze
zadanie kazano mu zdyscyplinować doktora Trottera. Seymour Trotter był
siedemdziesięciojednoletnim patriarchą ich środowiska, byłym
przewodniczącym Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Oskarżono
go o nadużycia seksualne wobec trzydziestodwuletniej pacjentki.
W tym czasie Ernest pracował jako adiunkt. Zaledwie cztery lata
wcześniej skończył rezydenturę. Cały swój czas poświęcał badaniom
neurochemicznym, więc w dziedzinie psychoterapii był całkowitym laikiem
-?do tego stopnia, że nie zdawał sobie sprawy, dlaczego wyznaczono mu to
zadanie: najzwyczajniej nikt inny nie chciał mieć z tą sprawą nic
wspólnego. Każdy nieco starszy psychiatra w północnej Kalifornii darzył
doktora Trottera pełnym lęku głębokim szacunkiem.
Na miejsce spotkania Ernest wybrał surowo urządzone biuro w dziale
administracji. Kiedy czekał na doktora Trottera, starał się sprawiać
oficjalne wrażenie. Co chwila patrzył na zegar, a przed nim leżała
teczka z dokumentami dotyczącymi powództwa. Chcąc zachować bezstronność,
postanowił przeprowadzić rozmowę bez zapoznania się z materiałami, aby
uniknąć uprzedzeń wobec oskarżonego. Papiery może przeczytać później, a jeśli będzie trzeba, wezwie doktora ponownie.
Wkrótce usłyszał z korytarza roznoszące się echem stukanie. Czyżby
doktor Trotter był niewidomy? Nikt go na to nie przygotował. Pukanie, a potem szuranie nogami zbliżały się coraz bardziej. Ernest wstał i wyszedł na korytarz.
Nie, doktor Trotter nie był niewidomy, tylko kulawy. Chwiejnym krokiem
szedł wzdłuż korytarza oparty na dwóch laskach. Posuwał się przed siebie
mocno zgięty w pasie, a laski trzymał szeroko rozstawione -?prawie na
wyciągnięcie ręki. Jego mocne, wydatne kości policzkowe i broda
zachowały wyrazistość, ale wszystkie miękkie tkanki ciała uległy
naporowi zmarszczek i starczych plam. Szyja ginęła mu pod obwisłymi
fałdami skóry, a z uszu sterczały kępki siwego, włochatego puchu. Jednak
wiek nie pokonał tego człowieka. Przetrwało w nim coś młodego, wręcz
chłopięcego. Co to było? Może siwe, ale gęste włosy obcięte na jeża albo
ubranie: dżinsowa kurtka, a pod nią biały sweter z golfem.
Przedstawili się sobie w drzwiach. Doktor Trotter zrobił kilka
niepewnych kroków w głąb pokoju, a potem nagle uniósł laski, zakręcił
się energicznie, zrobił piruet i jakby czystym przypadkiem opadł na
siedzenie.
-?Strzał w dziesiątkę. I co, zaskoczyłem pana?
Ernest nie dał się zbić z tropu.
-?Jest pan świadomy celu tego spotkania i rozumie pan, dlaczego je
nagrywam?
-?Słyszałem, że administracja szpitala rozważa przyznanie mi nagrody
pracownika miesiąca.
Ernest spojrzał na niego badawczo przez swoje duże jak gogle okulary,
ale nic nie powiedział.
-?Przepraszam, wiem, że musi pan zrobić swoje, ale kiedy będzie pan po
siedemdziesiątce, przynajmniej się pan uśmiechnie, słysząc taki fajny
dowcip. No tak, w zeszłym tygodniu skończyłem siedemdziesiąt jeden. A pan, ile ma pan lat, doktorze...? Zapomniałem, jak się pan nazywa. Co
minutę -?dodał, pukając się w skroń -?z kory mózgowej z bzykiem wyfruwa
mi tuzin neuronów: są jak zdychające muchy. A ja, o ironio,
opublikowałem cztery artykuły o chorobie Alzheimera: naturalnie
zapomniałem, w jakich pismach, ale w dobrych. Wiedział pan o tym?
Ernest pokręcił głową.
-?Więc pan o nich nie wiedział, a ja zapomniałem. Co sprawia, że
jesteśmy mniej więcej sobie równi. Zna pan dwie zalety alzheimera? Nasi
starzy znajomi zmieniają się w nowych, a poza tym człowiek może sam
sobie chować jajka wielkanocne.
Mimo irytacji Ernest nie mógł się powstrzymać od uśmiechu.
-?Pana imię, nazwisko, wiek i szkoła terapeutyczna?
-?Nazywam się Ernest Lash, a reszta jest w tej chwili bez znaczenia,
doktorze Trotter. Mamy dzisiaj mnóstwo pracy.
-?Mój syn ma czterdzieści lat. Pan nie może być od niego starszy. Wiem,
że zaliczył pan rezydenturę w Stanfordzie. W zeszłym roku słyszałem, jak
pan przemawiał podczas analizy chorób pacjentów na szkoleniach
medycznych grand rounds. Było dobrze. Bardzo jasna prezentacja. Teraz
całkiem przeszli na farmakoterapię, prawda? A czego uczą was z psychoterapii? I czy w ogóle o niej mówią?
Ernest zdjął zegarek i położył go na biurku.
-?Kiedyś chętnie prześlę panu program szkoleń dla rezydentów w Stanfordzie, ale na razie przejdźmy do tego, po co tu jesteśmy, doktorze
Trotter. Może najlepiej będzie, jeżeli opowie mi pan o pani Fellini na
swój sposób.
-?Okej, okej. Chce pan, żebym zachował powagę. I przedstawił panu swoją
opowieść. Niech pan się wygodnie rozsiądzie, boychik, i posłucha.
Zaczniemy od początku. To było ze cztery lata temu. Co najmniej... Gdzieś
podziałem całą historię choroby tej pacjentki... A jaką datę podają w dokumentacji zarzutów? Co? Pan nie przeczytał papierów? Z lenistwa? Czy
też chciał pan uniknąć pozanaukowych uprzedzeń?
-?Doktorze Trotter, proszę opowiadać.
-?Pierwszą zasadą rozmowy z pacjentem jest wypracować ciepłą atmosferę i zdobyć jego zaufanie. Skoro udało się panu to osiągnąć, i to z dużym
kunsztem, czuję się znacznie swobodniejszy i łatwiej mi będzie mówić o sprawach bolesnych i wstydliwych. O, przemówiłem tym do pana. Musi pan
na mnie uważać. Mam za sobą czterdzieści lat czytania z ludzkich twarzy.
Jestem w tym znakomity. Ale jeśli przestanie mi pan przerywać, to
zacznę. Jest pan gotowy?
Kilka lat temu, powiedzmy, że cztery, przyszła do mnie kobieta, Belle, a raczej się przywlokła, przyszlajała -?tak jest lepiej. Czy "przyszlajała
się" jest prawidłową formą tego czasownika i można go tak użyć? Lat
około trzydziestu pięciu, z bogatej szwajcarsko-włoskiej rodziny. Z depresją. Mimo upału miała na sobie bluzkę z długim rękawem. Jasne, że
się cięła -?miała blizny na nadgarstkach. Jeśli latem zobaczy pan kogoś
w długich rękawach, i jest to trudny pacjent, zawsze niech pan pomyśli o cięciu nadgarstków i dawaniu sobie w żyłę, doktorze Lash. Ładna, z piękną cerą, uwodzicielskie oczy, elegancko ubrana. Z prawdziwą klasą,
ale na krawędzi przepaści.
Długa historia autodestrukcji. Zaliczyła, co tylko panu może przyjść do
głowy, próbowała wszystkiego, niczemu nie przepuściła. Kiedy ją
poznałem, wróciła do alkoholu i czasem ćpała heroinę. Ale jakoś niezbyt
jej to pasowało: niektórzy tak mają. Jednak starała się przyzwyczaić do
dragów. Do tego jeszcze zaburzenia odżywiania. Głównie anoreksja, ale od
czasu do czasu bulimiczne przeczyszczanie. Już wspomniałem, że się
cięła. Miała mnóstwo blizn: na całych rękach, od góry do dołu,
zaczynając od nadgarstków. Lubiła ból i krew, tylko wtedy czuła, że
żyje. Pacjenci cały czas to powtarzają. Ze sześć pobytów w szpitalu. Po
jednym lub dwóch dniach wypisywała się na własne żądanie. Pracownicy się
wtedy cieszyli. Była mistrzynią, prawdziwie genialnym, cudownym
dzieckiem w grze polegającej na robieniu wokół siebie zamieszania.
Pamięta pan książkę Erika Berne'a W co grają ludzie?
Nie? Pewnie jest pan za młody. Chryste, ale staro się poczułem. Jest
dobra. Berne nie był głupi. Niech pan ją przeczyta. Nie powinna ulec
zapomnieniu.
Mężatka, bezdzietna. Stwierdziła, że świat jest zbyt okropny, aby
skazywać na niego dzieci. Miły mąż, ale związek beznadziejny. On bardzo
pragnął potomstwa i strasznie się o to kłócili. Był bankierem. Zajmował
się inwestycjami, jak jej ojciec, i stale podróżował. Kilka lat po
ślubie całkiem stłumił swoje libido. Może przekierował je na robienie
pieniędzy. Dobrze zarabiał, ale nigdy nie trafił na prawdziwą żyłę
złota, w odróżnieniu od jej ojca. Haru, haru, haru. Spał z komputerem.
Kto tam wie, może go posuwał? Na pewno nie robił tego z Belle. Według
niej od lat jej unikał, może ze złości, że nie chce mieć dzieci? Trudno
powiedzieć, dlaczego trwali w tym małżeństwie. Wychował się w rodzinie
wyznającej chrześcijaństwo naukowe, więc uparcie odmawiał terapii
małżeńskiej i psychoterapii pod każdą inną postacią. Ale przyznała, że
nigdy za bardzo na niego nie naciskała. I co jeszcze? Niech mi pan
podpowie, doktorze Lash.
Jej poprzednia terapia? Brawo. Ważne pytanie. Zawsze je zadaję podczas
pierwszych trzydziestu minut z pacjentem. Bezustanna terapia albo próby
terapii, od kiedy była nastolatką. Zaliczyła wszystkich terapeutów w Genewie, a przez jakiś czas dojeżdżała na analizę do Zurychu.
Przyjechała na studia do Stanów, do Pomony, i przez jakiś czas chodziła
od terapeuty do terapeuty. Czasami zmieniała ich po jednej sesji. U trzech lub czterech przetrwała kilka miesięcy, ale nigdy nikt naprawdę
jej nie przypasował. Belle bardzo ludzi lekceważyła. I nadal to robi.
Nikt nie jest dość dobry, a przynajmniej odpowiedni dla niej. Z każdym
terapeutą było coś nie tak: zbyt formalny, za pompatyczny, za łatwo
ocenia, patrzy na nią z góry, za bardzo zależy mu na kasie, zbyt zimny,
za mocno wkręca się w diagnozę, za bardzo trzyma się reguł. Leki
psychotropowe? Testy psychologiczne? Protokoły behawioralne? Zapomnijmy
o tym. Jeśli ktoś wspomniał o tego typu rzeczach, natychmiast dostawał
kosza. I co jeszcze?
Jak wybrała mnie? Świetne pytanie, doktorze Lash: ustawia nam pracę i przyśpiesza tempo. Jeszcze zrobimy z pana psychoterapeutę. Tak poczułem,
kiedy usłyszałem pana na szkoleniach. Bystry, przenikliwy umysł. Widać
to było po sposobie, w jaki przedstawiał pan dane. Ale tak naprawdę
podobała mi się pana prezentacja konkretnych przypadków: zwłaszcza to,
że brał pan sobie do serca sytuację pacjentów. Zauważyłem, że wykazuje
się pan prawidłowym instynktem. Carl Rogers wciąż powtarzał: Szkoda
czasu na szkolenie terapeutów, lepiej go wykorzystać na to, aby ich
odpowiednio wybierać. Zawsze uważałem, że tkwi w tym głęboki sens.
No więc na czym skończyłem? Jak do mnie trafiła. Jej ginekolog, którego
uwielbiała, był kiedyś moim pacjentem. Powiedział jej, że jestem
normalnym facetem, nie wciskam kitu i potrafię zakasać rękawy. Poszła do
biblioteki i sprawdziła, co napisałem. Spodobał jej się artykuł sprzed
piętnastu lat o koncepcji Junga, że dla każdego pacjenta powinno się
wynaleźć nowy język terapeutyczny. Zna pan tę pracę? W "Journal of
Orthopsychiatry". Wyślę panu nadbitkę. Ja poszedłem jeszcze dalej niż
Jung. Zaproponowałem, aby dla każdego pacjenta wymyślić nową terapię.
Powinniśmy poważnie potraktować to, że każdy pacjent jest jedyny w swoim
rodzaju, i dla każdego opracować wyjątkowe, specjalne podejście
psychoterapeutyczne.
Kawy? Tak, poproszę. Czarnej. Dziękuję. Tak do mnie trafiła. A następne
pytanie, jakie powinien pan zadać, doktorze Lash? Dlaczego przyszła
akurat wtedy? No właśnie. Kiedy człowiek ma nowego pacjenta, to pytanie
zawsze prowadzi do czegoś ciekawego. Odpowiedź? Niebezpieczne zachowania
seksualne. Nawet ona zdawała sobie z tego sprawę. Zawsze trochę
zapuszczała się w tę stronę, ale wtedy zabrnęła bardzo daleko. Proszę
sobie wyobrazić, że na autostradzie podjeżdżała równolegle do furgonetki
albo ciężarówki: tak, żeby kierowca ją widział, podciągała spódnicę i się masturbowała. I to jadąc osiemdziesiąt mil1 na godzinę.
Wariactwo. Przy następnej możliwości zjeżdżała z autostrady, a jeżeli
kierowca pojechał za nią, zatrzymywała się, wdrapywała się do jego
kabiny i robiła mu loda. Zabójstwo. Tego typu zachowań miała mnóstwo.
Kiedy się nudziła, przestawała nad sobą panować. Wchodziła do jakiegoś
zakazanego baru w San Jose: czasem takiego dla Latynosów, czasem dla
czarnych, i kogoś podrywała. Podniecały ją niebezpieczne sytuacje, w których otaczali ją nieznajomi, potencjalnie brutalni mężczyźni.
Zagrażali jej nie tylko oni, ale i prostytutki, którym zabierała pracę.
Mówiły, że ją zabiją, więc musiała przenosić się z miejsca na miejsce.
AIDS, opryszczka, bezpieczny seks, prezerwatywy? Jakby nigdy o nich nie
słyszała.
Więc tak mniej więcej wyglądała sprawa z Belle, kiedy zaczęliśmy.
Wyobraża pan to sobie? Ma pan jakieś pytania czy mówić dalej? Okej.
Jakimś trafem podczas naszej pierwszej sesji terapeutycznej zdałem u niej egzamin. Przyszła na następną, a potem na trzecią i zaczęliśmy
leczenie: dwa, czasami trzy razy w tygodniu. Na zebranie historii jej
poprzednich terapii poświęciłem całą godzinę. W przypadku trudnych
pacjentów taka strategia zawsze się opłaca, doktorze Lash. Warto się
dowiedzieć, jak inni ich leczyli, żeby uniknąć popełnienia tych samych
błędów. I niech pan zapomni o bredniach, według których pacjent może nie
być gotowy na terapię! To terapia bywa niegotowa na pacjenta! Ale trzeba
mieć dużo odwagi i kreatywności, aby dla każdego pacjenta stworzyć nową
terapię.
Belle Fellini nie dało się leczyć tradycyjnymi technikami. Gdybym
podszedł do niej według reguł naszej profesji -?zebrał jej historię,
odzwierciedlał, wykazał empatię, zabrał się do interpretacji -?puf -?i już jej nie ma. Niech mi pan zaufa. Sayonara. Auf Wiedersehen. Tak
zrobiła z każdym terapeutą, u którego kiedykolwiek była. A wielu z nich
cieszyło się dobrą reputacją. Zna pan stare porzekadło: operacja się
udała, ale pacjent nie żyje.
Jaką technikę zastosowałem? Chyba nie zrozumiał pan sedna sprawy. Moja
technika polegała na tym, żeby zarzucić wszelkie techniki! I wcale się
tu nie wymądrzam, doktorze Lash. Taka jest pierwsza zasada dobrej
terapii. Pan też powinien ją stosować, jeśli kiedykolwiek zostanie pan
terapeutą. Starałem się podchodzić do niej mniej mechanicznie, za to
bardziej po ludzku. Nie robię systematycznego planu terapii -?po
czterdziestu latach praktyki pan też nie będzie musiał. Po prostu ufam
swojej intuicji. Ale dla pana jako dla początkującego taka rada jest nie
fair. Z perspektywy czasu sądzę, że najbardziej rzucającym się w oczy
aspektem patologii Belle była jej impulsywność. Ma na coś ochotę -?i bingo -?musi coś z tym zrobić. Pamiętam, że chciałem, żeby nauczyła się
łatwiej znosić frustrację. Od tego zacząłem. Taki miałem pierwszy, może
główny cel terapii. No, a co zrobiliśmy najpierw? Po tylu latach trudno
to sobie przypomnieć bez notatek.
Powiedziałem już panu, że je zgubiłem. Po pana twarzy widzę, że pan w to
wątpi. Notatek nie ma. Zniknęły, kiedy dwa lata temu przenosiłem się do
innego biura. Nie ma pan wyjścia -?musi mi pan uwierzyć.
Pamiętam głównie, że na początku szło nam lepiej, niż sobie wyobrażałem.
Nie wiem dlaczego, ale Belle natychmiast mnie polubiła. Na pewno nie
dlatego, że byłem przystojniakiem. Właśnie przeszedłem operację zaćmy,
więc miałem zmasakrowane oko. Mojego seksapilu nie poprawiała też
ataksja. Jeśli to pana interesuje, to choruję na dziedziczną ataksję
rdzeniowo-móżdżkową. Choroba zdecydowanie postępuje: za rok lub dwa
czeka mnie chodzik, a za trzy lub cztery wózek inwalidzki. C'est la
vie.
Myślę, że Belle mnie polubiła, bo traktowałem ją jak człowieka. Zrobiłem
dokładnie to, co pan robi teraz: i muszę powiedzieć, że bardzo to
doceniam. Nie przeczytałem żadnych jej papierów. Wszedłem w sprawę na
ślepo, chciałem mieć całkowitą świeżość. Belle nigdy nie była dla mnie
diagnozą: ani osobowością borderline, ani zaburzeniem odżywiania czy
zaburzeniem kompulsyjnym albo antyspołecznym. Tak podchodzę do
wszystkich moich pacjentów. I mam nadzieję, że dla pana też nie będę
nigdy diagnozą.
Co takiego? Czy nie uważam, że diagnoza odgrywa pewną rolę? No tak,
wiem, że młodzi absolwenci psychiatrii, wychowani w duchu narzuconym
przez przemysł farmaceutyczny, żyją z diagnozy. Pisma psychiatryczne są
zaśmiecone bezsensowymi dyskusjami na temat niuansów diagnozy. Kiedyś
wszystko to pójdzie do kosza. Wiem, że w niektórych psychozach
rozpoznanie jest ważne, ale w codziennej psychoterapii nie odgrywa roli,
a właściwie tylko przeszkadza. Czy zastanawiał się pan kiedyś nad tym,
że łatwiej jest postawić diagnozę na samym początku, tuż po tym, kiedy
pacjent do nas przyjdzie, a im lepiej się go poznaje, tym o nią
trudniej? Niech pan zada nieoficjalne pytanie jakiemukolwiek
doświadczonemu terapeucie. Każdy powie panu to samo! Innymi słowy:
pewność jest odwrotnie proporcjonalna do wiedzy. Nieźle, jak na naukowe
podejście, co?
Chcę panu jasno powiedzieć, doktorze Lash: nie dość, że nie
zdiagnozowałem Belle, to w ogóle o tym nie pomyślałem. I nadal nie
zaprzątam sobie tym głowy. Mimo tego, co się stało, co mi zrobiła, wciąż
tak jest. Myślę, że to wiedziała. Byliśmy po prostu dwojgiem ludzi,
którzy się ze sobą dogadywali. Lubiłem Belle. Zawsze tak było. Bardzo ją
lubiłem! A ona o tym wiedziała. I może właśnie to było najważniejsze.
No więc Belle nie była z tych pacjentów, którzy potrafią mówić:
nieważne, jakie kryteria by zastosować. Impulsywna, zorientowana na
działanie, bez ciekawości siebie, zero introspekcji, niezdolna do
swobodnych skojarzeń. Nigdy nie udawało jej się sprostać tradycyjnym
zadaniom terapeutycznym. Autoanaliza czy wgląd w siebie były poza nią -
co bardzo ją dołowało. Właśnie dlatego terapia zawsze okazywała się dla
niej niewypałem. Więc wiedziałem, że dla Belle muszę wynaleźć inną
metodę.
Przykłady? Dam panu jeden z początków terapii, może z trzeciego lub
czwartego miesiąca. Skupiałem się na jej autodestrukcyjnych zachowaniach
seksualnych i zapytałem ją, czego naprawdę chce od mężczyzn, w tym od
pierwszego faceta w jej życiu -?czyli ojca. Ale wszystko, co robiłem,
prowadziło donikąd. Ostro sprzeciwiała się rozmowom o przeszłości:
mówiła, że już i tak za dużo tego przećwiczyła u innych psychiatrów.
Poza tym uważała, że grzebanie się w popiołach przeszłości jest
zwyczajną wymówką, wykrętem od wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny.
Przeczytała moją książkę o psychoterapii i dokładnie coś takiego z niej
zacytowała. Nie znoszę tego. Kiedy pacjenci stawiają opór, a przy tym
podpierają się cytatami z twoich książek, to jakby ci dali kopa w jaja.
Podczas jednej z sesji poprosiłem ją, aby powspominała jakieś marzenia
albo fantazje seksualne z dzieciństwa. I w końcu, żeby mi dogodzić,
opowiedziała powtarzający się sen na jawie z czasu, kiedy miała osiem
albo dziewięć lat. Na dworze szaleje burza. Wchodzi do pokoju zmarznięta
i całkiem przemoczona, a tam czeka na nią starszy mężczyzna. Przytula
ją, zdejmuje z niej mokre ubrania, wyciera ją dużym ciepłym ręcznikiem i daje jej gorącą czekoladę. No więc zaproponowałem odgrywanie ról:
poprosiłem ją, żeby wyszła z gabinetu i ponownie weszła, udając, że jest
mokra i zmarznięta. Kiedy to zrobiła, oczywiście pominąłem rozbieranie,
ale wziąłem z łazienki duży ręcznik i energicznie ją wytarłem -?jak
zawsze w sposób aseksualny. "Wytarłem" Belle plecy i włosy, a potem
owinąłem ją w ręcznik, posadziłem i zrobiłem jej czekoladę z proszku.
Proszę mnie nie pytać, dlaczego postanowiłem to wtedy zrobić. Kiedy
człowiek pracuje tak długo jak ja, uczy się ufać swojej intuicji. Ta
interwencja wszystko zmieniła. Belle na chwilę zaniemówiła, oczy
wezbrały jej łzami, a potem rozbeczała się jak niemowlę. Cały opór
kompletnie jej minął.
Co to znaczy, że minął? Po prostu mi zaufała. Uwierzyła, że jesteśmy po
tej samej stronie. Fachowym terminem na to, doktorze Lash, jest
"przymierze terapeutyczne". Po tym incydencie zmieniła się w prawdziwą
pacjentkę. Zaczęła żyć od sesji do sesji. Co rusz, niczym wulkan,
wyrzucała z siebie ważne informacje. Terapia stała się ośrodkiem jej
egzystencji. Wciąż powtarzała, jaki jestem dla niej ważny. I to wszystko
zaledwie po trzech miesiącach terapii.
Czy byłem zbyt ważny? Nie, doktorze Lash, na początku leczenia terapeuta
nie może być zbyt ważny. Nawet Freud posługiwał się strategią
zastąpienia psychonerwicy nerwicą przeniesieniową. Jest to bardzo
skuteczny sposób opanowania objawów destrukcji.
Wygląda pan na zdziwionego. A to działa w ten sposób: pacjent obsesyjnie
myśli o terapeucie -?w kółko roztrząsa szczegóły każdej sesji, między
spotkaniami wyobraża sobie, że prowadzi z nim długie rozmowy. W końcu
objawy choroby ustępują pod wpływem tego, co dzieje się podczas terapii.
Innymi słowy, objawy przestają być napędzane wewnętrznymi czynnikami
neurotycznymi, a zamiast tego krążą wokół potrzeb relacji
terapeutycznej.
Nie, już dziękuję za kawę, Erneście. Mogę mówić panu na ty? To dobrze.
Więc idźmy dalej. Korzystałem z takiego obrotu spraw. Robiłem, co
mogłem, aby stać się dla niej jeszcze ważniejszy. Odpowiadałem na każde
jej pytanie na temat mojego życia. Wspierałem to, co było w niej
pozytywne. Powtarzałem jej, że jest inteligentną, ładną kobietą.
Bulwersowało mnie, że sama sobie robi krzywdę, i wyraźnie jej to
mówiłem. Nie było w tym nic trudnego: musiałem tylko mówić prawdę.
Przed chwilą zapytałeś, jaką techniką się posługiwałem. Może najlepszą
odpowiedzią jest po prostu: mówiłem prawdę. Stopniowo odgrywałem coraz
większą rolę w jej marzeniach. Na długo popadała w zadumę nad nami.
Śniła na jawie, że jesteśmy we dwoje: zwyczajnie razem, obejmujemy się,
bawię się z nią jak z dzieckiem i ją karmię. Kiedyś przyniosła do
gabinetu pojemnik z galaretką i łyżeczkę. Poprosiła, żebym ją nakarmił,
więc się zgodziłem. Była zachwycona.
Brzmi niewinnie, prawda? Ale nawet na samym początku wiedziałem, że
sytuacja zieje grozą. Wtedy też zdawałem sobie z tego sprawę, bo
powiedziała, że karmienie bardzo ją podnieciło. Podobnie kiedy
opowiadała, że co tydzień jeździ na długie, dwu-, trzydniowe wyprawy
kajakowe, żeby być w samotności, unosić się na wodzie i dać się
pochłonąć rozkosznym marzeniom o mnie. Miałem świadomość, że postępuję
ryzykownie, ale było to ryzyko przemyślane. Moim celem było zbudować
pozytywne przeniesienie, żeby móc je wykorzystać do zwalczenia
autodestrukcji Belle.
Po kilku miesiącach stałem się dla niej tak ważny, że mogłem zacząć
pracować nad jej patologią. Najpierw skupiłem się na kwestiach życia lub
śmierci: HIV, bary, odgrywanie anioła miłosierdzia, który ciągnie
kierowcom druta na autostradzie. Zrobiła sobie test na HIV. Dzięki Bogu
wynik był negatywny. Pamiętam, jak na niego czekałem. Możesz mi wierzyć:
pociłem się ze strachu tak samo jak ona.
Pracowałeś kiedyś z pacjentami, którzy czekają na wynik testu na HIV?
Nie? Wiesz, Erneście, to czas ogromnych możliwości. Można go wykorzystać
na konkretną robotę. W ciągu kilku dni pacjent musi się skonfrontować z możliwością własnej śmierci: czasem po raz pierwszy w życiu. Ma okazję
dokładnie przyjrzeć się swoim priorytetom i je poprzestawiać, oprzeć
swoje życie na sprawach, które naprawdę mają znaczenie. Czasami nazywam
to egzystencjalną terapią szokową. Ale z Belle było inaczej. Wcale jej
to nie ruszyło. Za bardzo szła w zaparte. Podobnie jak bardzo wielu
pacjentów pogrążonych w autodestrukcji, Belle czuła, że jedynym
zagrożeniem dla niej jest ona sama.
Przeszkoliłem ją w kwestiach HIV-u i opryszczki, której jakimś cudem też
nie złapała, i nauczyłem, jak bezpiecznie uprawiać seks. Poradziłem jej,
gdzie z mniejszym narażeniem siebie może podrywać facetów, jeśli już
absolutnie musi: w klubach tenisowych, na zebraniach rodziców w szkołach, podczas odczytów w księgarniach. Wystarczyło jej pięć, sześć
minut, żeby umówić się z jakimś całkiem obcym przystojniakiem, czasem ze
trzy metry od niczego niepodejrzewającej żony. Muszę przyznać, że jej
zazdrościłem. Większość kobiet nie docenia szczęścia, jakie mają w tej
dziedzinie życia. Czy wyobrażasz sobie, że coś takiego uszłoby
mężczyźnie, zwłaszcza gdy jest tak zrujnowanym wrakiem jak ja?
Jeśli wziąć pod uwagę, co ci do tej pory opowiedziałem o Belle, to jedno
było zadziwiające: jej dogłębna uczciwość. Podczas kilku pierwszych
sesji, kiedy podejmowaliśmy decyzję, czy chcemy ze sobą pracować,
przedstawiłem jej mój fundamentalny warunek prowadzenia terapii. Była to
bezwzględna szczerość. Musiała się zobowiązać, że opowie mi o wszystkim,
co wydarzy się w jej życiu i ma znaczenie: o ćpaniu, impulsywnych
wybrykach seksualnych, cięciu i przeczyszczaniu się, a także o swoich
marzeniach -?o wszystkim. Powiedziałem jej, że w przeciwnym razie
zmarnujemy tylko czas. Ale jeżeli będzie ze mną do końca szczera,
absolutnie może liczyć na to, że wyciągnę ją z kłopotów. Obiecała mi to
i aby przypieczętować umowę, uroczyście podaliśmy sobie ręce.
O ile wiem, dotrzymała obietnicy. Między innymi dzięki temu mogłem mieć
na nią wpływ. Jeżeli w ciągu tygodnia w jakikolwiek sposób powinęła jej
się noga -?na przykład podrapała nadgarstki albo poszła do baru -
analizowałem to do upadłego. Upierałem się, żeby długo i głęboko
zgłębiać wszystko, co się działo tuż przedtem.
Proszę cię, Belle -?mówiłem -?muszę wiedzieć o wszystkim, co poprzedziło
to potknięcie, o wszystkim, co mogłoby nam pomóc je zrozumieć. Co się
działo tego dnia, jakie miałaś myśli, uczucia, fantazje. Belle
doprowadzało to do szału. Chciała mówić o czymś innym, wściekała się, że
zużywamy czas jej terapii. Jednak taka rozmowa pomagała jej opanować
swoją impulsywność.
Wgląd w siebie? Nie odgrywał specjalnej roli w terapii Belle. No tak, z czasem zaczęła sobie zdawać sprawę z tego, że przed impulsywnymi
zachowaniami zwykle ogarniało ją uczucie dogłębnej martwoty i pustki, a podejmowanie ryzyka, cięcie się, seks, obżarstwo i pijatyka stanowiły
próby wypełnienia tego albo powrotu do życia.
Nie docierało jednak do niej, że to wszystko prowadziło donikąd.
Wszystko, co robiła, obracało się przeciwko niej, bo po takich wybrykach
strasznie się wstydziła, a potem jeszcze bardziej rozpaczliwie i z jeszcze większą autodestrukcją ponownie próbowała przywrócić się do
życia. Nie wiadomo dlaczego Belle nie potrafiła pojąć, że wszystko, co
robi, ma swoje konsekwencje.
Tak więc introspekcja niewiele nam dawała. Musiał być jakiś inny sposób.
Aby pomóc jej opanować impulsywność, próbowałem wszystkich możliwych
sztuczek, o których piszą w książkach, i jeszcze parę do tego
dorzuciłem. Skompilowaliśmy listę jej destrukcyjnych zachowań. Zgodziła
się, że nic z tych rzeczy nie zrobi, zanim do mnie nie zatelefonuje,
żeby dać mi szansę ją zniechęcić. Ale rzadko dzwoniła: nie chciała mi
przeszkadzać. W głębi ducha była przekonana, że moje zaangażowanie w jej
sprawę jest powierzchowne, że wkrótce nią się znudzę i ją zostawię. Nie
byłem w stanie jej przekonać, że tak nie jest. Poprosiła, żebym dał jej
coś od siebie, co mogłaby przy sobie nosić. Pomogłoby jej to nad sobą
panować. Wybierz coś z gabinetu, powiedziałem. Wyciągnęła mi chusteczkę
do nosa z kieszeni marynarki. Dałem jej tę chusteczkę, ale najpierw
zapisałem na niej ważne zależności psychodynamiczne:
Czuję się martwa, więc sprawiam sobie ból, aby poczuć, że żyję.
Czuję, że opanowuje mnie martwota, więc muszę zaryzykować coś
niebezpiecznego, aby poczuć, że żyję.
Czuję się pusta, więc się staram wypełnić narkotykami, jedzeniem,
spermą.
Ale to pomaga tylko na chwilę. Po tym wszystkim odczuwam wstyd i ogarnia
mnie jeszcze większa martwota i pustka.
Dałem Belle instrukcje, jak przy pomocy tej chusteczki medytować nad
wypisanymi na niej przekazami za każdym razem, kiedy chce coś zrobić pod
wpływem impulsu.
Patrzysz na mnie z powątpiewaniem, Erneście. Nie pochwalasz tego? A dlaczego? Uważasz takie podejście za tanie efekciarstwo? Nieprawda.
Zgadzam się, że tak to wygląda, ale rozpaczliwe sytuacje wymagają
rozpaczliwych środków. Doszedłem do tego, że pacjentom, którzy zachowują
się, jakby nigdy na dobre nie uwierzyli w stałość obiektu, bardzo
przydaje się coś konkretnego, co im o tym przypomni. Jeden z moich
nauczycieli, Lewis Hill, który był geniuszem w leczeniu poważnie chorych
schizofreników, przed wyjazdem na wakacje oddychał do maleńkiej
buteleczki i dawał ją pacjentowi, żeby nosił ją na szyi.
I to też uważasz za efekciarskie, Erneście? A ja to słowo zastąpię
bardziej odpowiednim. Takie podejście jest kreatywne. Pamiętasz, co
przedtem mówiłem o tworzeniu terapii dla każdego pacjenta? Właśnie o to
tu chodzi. Poza tym nie zadałeś najważniejszego pytania.
Czy to zadziałało? No właśnie, właśnie. To właściwe pytanie. I jedyne.
Zapomnij o regułach. Tak, zadziałało w przypadku pacjentów doktora
Hilla, a także Belle, która nosiła przy sobie moją chusteczkę i stopniowo coraz łatwiej opanowywała swoją impulsywność. Coraz rzadziej
miewała "wpadki" i wkrótce podczas terapii mogliśmy zacząć się skupiać
na innych sprawach.
Co? Że to tylko leczenie przeniesieniem? Coś do ciebie naprawdę dociera,
Erneście. No i dobrze. Świetnie jest wszystko kwestionować. Masz
wyczucie tego, co ważne. Naprawdę, źle wybrałeś sobie miejsce w życiu.
Nie jesteś przeznaczony na neurochemika. No cóż, od czasu, kiedy Freud
deprecjonował "leczenie przeniesieniem", minęło sto lat. W tym, co
mówił, jest trochę prawdy, ale generalnie się mylił.
Zaufaj mi, jeśli uda się przełamać cykl autodestrukcyjnych zachowań -
nieważne jakim sposobem -?osiągnęło się coś ważnego. Pierwszy krok musi
polegać na tym, żeby przerwać błędne koło nienawiści do siebie i autodestrukcji, a potem jeszcze większej odrazy do siebie z powodu
wstydu za swoje zachowanie. Chociaż Belle nigdy tego nie wyraziła,
wyobraź sobie, jak bardzo musiała się wstydzić swoich zdegenerowanych
postępków i jak sobą przez to gardziła. Zadaniem terapeuty jest odwrócić
ten proces. Karen Horney powiedziała kiedyś... znasz prace Horney,
Erneście?
Szkoda, ale chyba taki jest los najważniejszych teoretyków naszej
dziedziny: ich przekaz zachowuje się mniej więcej przez jedno pokolenie.
Horney była moją ulubienicą. W trakcie szkoleń przeczytałem wszystkie
jej prace. Jej najlepsza książka, Nerwica a rozwój człowieka, ma ponad
pięćdziesiąt lat, a należy do najważniejszych książek o terapii, jakie
istnieją. I nie ma w niej ani słowa żargonu. Przyślę ci mój egzemplarz.
Gdzieś, być może w tej książce, mówi prosto, ale dosadnie: "Jeśli chcesz
być z siebie dumny, rób coś, z czego można czerpać dumę".
Pogubiłem się w mojej opowieści. Możesz mi pomóc do niej wrócić,
Erneście? Moja relacja z Belle? Oczywiście, w końcu po to tu jesteśmy,
prawda? W tej dziedzinie można rozwinąć mnóstwo ciekawych wątków. Ale
wiem, że tym, który najbardziej interesuje twoją komisję, jest kontakt
fizyczny. Belle prawie od początku na nim zależało. Ja z zasady na
każdej sesji dotykam wszystkich moich pacjentów -?mężczyzn i kobiety -
zwykle przed wyjściem podaję im rękę albo klepię ich po ramieniu. Belle
nie bardzo to pasowało. Odmawiała podania mi ręki i drwiła ze mnie,
rzucając uwagę w stylu: "Czy Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne na
pewno zatwierdziło taki uścisk dłoni?" albo "Postaraj się być nieco
bardziej oficjalny".
Czasami na koniec sesji potrafiła mnie objąć: zawsze po przyjacielsku,
bez podtekstów seksualnych. Na następnej sesji szydziła z mojego
zachowania, z tego, jakim jestem formalistą i jak się usztywniłem, kiedy
mnie przytulała. "Usztywnienie" odnosi się do mojego ciała, a nie
członka, Erneście. Widziałem, jak na mnie spojrzałeś. Byłbyś kiepskim
pokerzystą. Do momentów jeszcze nie doszliśmy. Dam ci znać, kiedy do
nich dotrzemy.
Narzekała, że mam uprzedzenia spowodowane wiekiem. Mówiła, że gdyby była
stara i pomarszczona, nie miałbym oporów, żeby jej dotykać. Kontakt
fizyczny był dla Belle niezwykle ważny. Upierała się, żebyśmy się
dotykali, i nigdy tego nie odpuściła. Bezustannie na to nalegała. Ale
potrafiłem to zrozumieć. Dorastała pozbawiona dotyku. Jej matka zmarła,
kiedy była niemowlęciem, więc wychowywały ją oziębłe szwajcarskie
guwernantki. W dodatku wciąż się zmieniały: jedna za drugą. A jej
ojciec! Wyobraź sobie dzieciństwo z ojcem, który ma bakteriofobię. Nigdy
jej nie dotykał i zawsze chodził w rękawiczkach: w domu i na zewnątrz.
Kazał służącym myć i prasować wszystkie swoje banknoty.
Stopniowo, mniej więcej po roku, na tyle się rozluźniłem albo tak dałem
się urobić przez jej niesłabnącą presję, że zaczynałem i kończyłem sesje
ojcowskim przytuleniem. Ojcowskim? No, jak ojciec. Ale ona zawsze
prosiła o więcej. Zawsze usiłowała pocałować mnie w policzek, kiedy się
do mnie przytulała. Bez ustanku nalegałem, aby przestrzegała granic, a ona wciąż z uporem na nie napierała. Nie jestem w stanie ci powiedzieć,
ile wygłosiłem jej na ten temat miniwykładów, ile dałem jej książek i artykułów do przeczytania.
Ale ona przypominała dziecko w ciele kobiety: i to w jakim ciele!
Całkiem na marginesie: niezła z niej seksbomba! Miała nieprzeparty głód
dotyku. Czy mogę trochę bliżej przysunąć swoje krzesło? A gdybym tak
przez kilka sekund potrzymał ją za rękę? Może usiedlibyśmy obok siebie
na sofie? Czy nie mógłbym objąć jej ramieniem i przez chwilę
posiedzielibyśmy sobie w ciszy albo zamiast gadać poszlibyśmy na spacer?
Miała też ogromną siłę przekonywania. "Seymour" -?mawiała -?"tyle
piszesz o tworzeniu terapii dla każdego pacjenta, ale w swoim artykule
zapomniałeś dodać: o ile ta metoda znajduje się w oficjalnym podręczniku
-?albo -?pod warunkiem że nie narusza burżuazyjnego komfortu terapeuty w średnim wieku. Beształa mnie za to, że chowam się za opisem granic
terapii, które opracowało Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne".
Wiedziała, że to ja odpowiadałem za ich sformułowanie, kiedy byłem
prezesem tego towarzystwa, więc oskarżała mnie, że dałem się uwięzić we
własnych regułach. Krytykowała mnie za to, że nie czytam swoich
artykułów. "Podkreślasz, jakie ważne jest uszanowanie wyjątkowości
każdego pacjenta, a potem udajesz, że ten sam zestaw reguł można
dopasować do wszystkich ludzi i do każdej sytuacji. Wrzucasz nas do
jednego worka, jakby wszyscy pacjenci byli tacy sami i trzeba ich leczyć
na jedno kopyto". I jak refren powtarzała ciągle: "Co jest ważniejsze?
Przestrzeganie przepisów? Okopanie się w strefie komfortu na swoim
fotelu czy robienie tego, co jest najlepsze dla pacjenta?".
Kiedy indziej pomstowała na mnie, że stosuję "terapię defensywną".
"Strasznie się boisz, że ktoś cię pozwie. I wy wszyscy, to znaczy
wszyscy humanistyczni terapeuci, trzęsiecie portkami przed prawnikami, a jednocześnie namawiacie swoich chorych psychicznie pacjentów, żeby dali
sobie wolność. Naprawdę myślisz, że bym cię pozwała? Nie znasz mnie
jeszcze, Seymour? Ratujesz mi życie. Przecież cię kocham!"
I wiesz co, Erneście? Miała rację. Wygrywała ze mną. Naprawdę trząsłem
portkami. Broniłem swoich reguł nawet w sytuacjach, kiedy wiedziałem, że
przeszkadzają w terapii. Swoją bojaźliwość i strach o moją drobną
karierę stawiałem ponad jej dobro. Tak naprawdę, jeśliby spojrzeć na
sprawę obiektywnie, trudno byłoby dopatrzyć się czegoś złego w tym, żeby
jej pozwolić przy mnie usiąść i trzymać mnie za rękę. I faktycznie: za
każdym razem, kiedy tak zrobiłem -?bez wyjątku -?terapia ruszała z kopyta. Belle robiła się mniej asekurancka, bardziej mi ufała, miałem
lepszy dostęp do jej życia wewnętrznego.
Co takiego? Czy w terapii w ogóle jest miejsce na ostre granice?
Oczywiście, że tak. Ale posłuchaj, Erneście. Chodzi o to, że na Belle
wszelkie granice działały jak czerwona płachta na byka. Zaczęła
przychodzić w krótkich spódniczkach i przezroczystych bluzkach bez
biustonosza. Kiedy to komentowałem, wyśmiewała się z mojego
wiktoriańskiego podejścia do ciała. Chciałem poznać najtajniejsze
zakamarki jej umysłu, ale jej skóra była be. Kilka razy poskarżyła się
na guzek w piersi i poprosiła, żebym go zbadał. Oczywiście nie zrobiłem
tego. Godzinami obsesyjnie rozwodziła się na temat seksu ze mną i błagała mnie, żebym choć raz spróbował. Wysuwała argument, że taki raz
zlikwidowałby jej obsesję. Doświadczyłaby, że nie ma w tym nic
szczególnego ani magicznego, i zyskałaby wolność, aby myśleć o innych
rzeczach w życiu.
Jak się czułem, gdy tak walczyła o kontakt seksualny ze mną? Dobre
pytanie, ale czy moje emocje mają wpływ na dochodzenie?
Nie jesteś pewny? Ważne jest, co zrobiłem -?za to będę sądzony -?a nie
to, co czułem albo myślałem. Podczas linczu wszyscy mają to głęboko! Ale
powiem ci, jeżeli na kilka minut wyłączysz magnetofon. Moje słowa możesz
uznać za szkolenie. Chyba czytałeś Listy do młodego poety Rilkego? To
posłuchaj mojego listu do młodego terapeuty.
Dzięki. Długopis też, Erneście. Odłóż go i przez chwilę tylko posłuchaj.
Chcesz wiedzieć, jak to na mnie działało? Piękna kobieta ma obsesję na
moim punkcie, codziennie się masturbuje, myśląc o mnie, błaga, żebym ją
przeleciał, wciąż roztacza przede mną fantazje, że rozsmarowuje sobie
moją spermę na twarzy albo wrzuca moje nasienie do masy na ciasteczka z kawałkami czekolady -?jak twoim zdaniem mogłem na coś takiego reagować?
Popatrz na mnie! Masz przed sobą brzydala o dwóch laskach, coraz gorzej
chodzę, twarz dawno mi zginęła pod zmarszczkami, a sflaczałe ciało na
dobre się rozpada.
Przyznaję się. Jestem tylko człowiekiem. Powoli mnie to brało. W te dni,
kiedy miała przyjść na sesję, staranniej niż zwykle wybierałem, w co się
ubrać. Jaką włożyć koszulę? Nie znosiła ubrań w szerokie paski: mówiła,
że wyglądam w nich na zbyt zadowolonego z siebie. A płyn po goleniu?
Royall lyme podobał jej się bardziej niż mennen. Za każdym razem wahałem
się między jednym a drugim, ale przeważnie spryskiwałem się royall
lymem. Któregoś dnia w klubie tenisowym poznała jednego z moich kolegów.
Głupka, prawdziwego narcyza, który zawsze ze mną konkurował. Kiedy tylko
usłyszała, że ma ze mną coś wspólnego, pociągnęła go za język na mój
temat. Opowieść ją podnieciła, więc od razu poszła z nim do domu.
Wyobraź sobie tylko, że temu idiocie udaje się przespać z taką piękną
kobietą i nawet nie wie, że zawdzięcza to mnie. A ja nie mogę mu nic
powiedzieć. Ale się wkurzyłem!
Ale silne uczucia do pacjentki to jedno. A zrobienie coś pod ich wpływem
to już całkiem coś innego. Walczyłem z tym. Bez przerwy prowadziłem
autoanalizę. Stale konsultowałem swój problem u kilku kolegów i starałem
się mówić o nim podczas sesji. Wielokrotnie powtarzałem jej, że na seks
z nią nie namówi mnie nawet diabeł. Już nigdy potem nie miałbym do
siebie szacunku. Mówiłem jej, że dobry terapeuta jest jej bardziej
potrzebny niż starzejący się, kaleki kochanek. Ale przyznawałem, że jest
dla mnie atrakcyjna. Mówiłem jej, że nie chcę, żeby tak blisko przy mnie
siedziała, bo kontakt fizyczny mnie podnieca i sprawia, że jestem mniej
skuteczny jako terapeuta. Podchodziłem do niej apodyktycznie. Upierałem
się, że lepiej niż ona potrafię dostrzec jej sytuację w dłuższej
perspektywie, a na temat jej terapii mam wiedzę, która dla niej jest
jeszcze niedostępna.
Tak, tak, możesz już włączyć magnetofon. Chyba już odpowiedziałem na
twoje pytania o moje odczucia. I tak w tym wszystkim trwaliśmy mniej
więcej przez rok. Czasem zwalczaliśmy nawroty objawów. Wpadki zdarzały
jej się często, ale na ogół szło nam nieźle. Wiedziałem, że tak jej nie
wyleczę. Tylko hamowałem rozwój choroby, dawałem jej przestrzeń do
opanowania swoich skłonności, zapewniałem jej bezpieczeństwo od sesji do
sesji. Jednak słyszałem tykanie zegara: robiła się coraz bardziej
niespokojna i ogarniało ją zmęczenie.
W końcu któregoś dnia przyszła kompletnie wyczerpana. Na ulicy pojawił
się jakiś nowy, czysty narkotyk. Przyznała, że była o włos od zaliczenia
heroiny. "Nie mogę żyć z poczuciem kompletnej frustracji -?powiedziała.
-?Daję z siebie wszystko, żeby terapia zadziałała, ale zaczyna mi
brakować pary. Dobrze siebie znam, wiem, jak działam. Utrzymujesz mnie
przy życiu i chcę z tobą współpracować. Wydaje mi się, że dam radę. Ale
potrzebuję jakiejś zachęty! Tak, tak, Seymour, wiem, co za chwilę
powiesz. Znam twoje odzywki na pamięć. Powiesz, że już mam zachętę, bo
jest nią lepsze życie, szacunek do siebie, to, że siebie nie zabiję. Ale
takie gadki mi nie wystarczają. Obietnice są zbyt abstrakcyjne, za mało
uchwytne. Muszę mieć coś konkretnego, coś czego mogę dotknąć!"
Zacząłem ją uspokajać, ale mi przerwała. Jej rozpacz dochodziła zenitu,
więc z tego wszystkiego wysunęła szaloną propozycję. "Seymour, popracuj
na mój sposób. Błagam cię o to. Jeżeli przez rok zachowam
wstrzemięźliwość -?i to tak naprawdę, do końca -?no wiesz: żadnych
narkotyków, żadnego przeczyszczania, barów ani cięcia -?dasz mi nagrodę!
Dzięki temu będę miała motywację. Obiecaj, że na tydzień zabierzesz mnie
na Hawaje. Pojedziemy jak mężczyzna i kobieta, a nie psychiatra i pacjentka. Nie uśmiechaj się, Seymour. Mówię serio, śmiertelnie serio.
Potrzebuję tego. Seymour, niech ten jeden raz moje potrzeby będą
ważniejsze niż zasady. Popracuj ze mną w ten sposób".
Wziąć ją na tydzień na Hawaje! Uśmiechasz się, Erneście -?tak jak ja
wtedy. Bzdura! Zrobiłem to samo, co i ty byś zrobił. Roześmiałem się z jej propozycji. Usiłowałem ją zlekceważyć, tak jak przedtem wszystkie
inne korupcyjne propozycje, jakie wysuwała. Ale tej nie dało się tak
łatwo zbyć. W tym pomyśle było coś bardziej pociągającego, złowróżbnego.
Belle nie odpuszczała. Nie byłem w stanie jej od niego odwieść. Kiedy
jej powiedziałem, że coś takiego nie wchodzi w rachubę, zaczęła
negocjować. Okres dobrego zachowania wydłużyła do półtora roku, Hawaje
zamieniła na San Francisco, a z tygodnia zrobiła pięć, a potem cztery
dni.
Stwierdziłem, że wbrew sobie między sesjami rozważam propozycję Belle.
Nie mogłem się powstrzymać. Bawiłem się nią w myślach. Półtora roku
dobrego zachowania: osiemnaście miesięcy!? Niemożliwe. Absurdalne. W życiu tego nie dokona. Po co w ogóle marnujemy czas, żeby o tym mówić?
Ale przypuśćmy -?zróbmy tylko taki eksperyment myślowy -?przypuśćmy, że
naprawdę na osiemnaście miesięcy potrafi zmienić swoje zachowanie?
Wypróbuj ten pomysł, Erneście, zastanów się nad nim. Rozważ taką
możliwość. Czyż nie zgodziłbyś się, że gdyby ta impulsywna, pozbawiona
hamulców kobieta przez osiemnaście miesięcy nauczyła zachowywać się
bardziej egosyntonicznie: zrezygnowałaby z dragów, cięcia się i wszelkich przejawów autodestrukcji, to przestałaby być tą samą osobą?
Co takiego? Pacjenci borderline lubią sztuczki? Tak powiedziałeś? -
Erneście, nigdy nie zostaniesz prawdziwym terapeutą, jeżeli będziesz tak
myślał. Właśnie o to mi chodziło, kiedy przedtem mówiłem, jak
niebezpieczne są diagnozy. Pacjenci borderline bywają różni. Etykietki
krzywdzą ludzi. Nie można leczyć etykietki, trzeba myśleć o człowieku za
nią. Więc jeszcze raz zadam ci pytanie, Erneście. Czy zgodzisz się, że
ta osoba, nie etykietka, ale Belle: kobieta z krwi i kości, radykalnie
zmieniłaby się wewnętrznie, gdyby na osiemnaście miesięcy fundamentalnie
zreformowała swoje zachowanie?
Nie chcesz się deklarować? Trudno mi cię winić, wziąwszy pod uwagę
funkcję, jaką dzisiaj pełnisz. I magnetofon. Więc sam sobie odpowiedz w myślach. Zresztą nie, odpowiem za ciebie. Nie wierzę, że jest na świecie
choć jeden terapeuta, który by się nie zgodził, że Belle byłaby
kompletnie inną osobą, gdyby przestały nią rządzić jej zaburzone,
impulsywne zachowania. Stworzyłaby sobie inne wartości, inne priorytety,
inne poglądy. Obudziłaby się, otworzyłaby oczy, zobaczyła, jak naprawdę
wygląda świat. Może zauważyłaby swoje własne piękno i wartość. I mnie
też widziałaby inaczej. Tak jak ty: jako zmurszałego, kulawego
staruszka. Kiedy przejrzy na oczy, na dobre zniknie jej przeniesienie
erotyczne, cała ta nekrofilia, a przy okazji oczywiście także
jakiekolwiek zainteresowanie Hawajami.
Co takiego, Erneście? Czy ja cierpiałbym z powodu zaniknięcia
przeniesienia erotycznego? Czy zasmuciłoby mnie ono? Oczywiście! Jak
najbardziej! Jestem zachwycony, kiedy ktoś mnie podziwia! Któż by tego
nie lubił? Ty nie?
Ech, Erneście! Naprawdę? Nie uwielbiasz oklasków po swoich prezentacjach
na szkoleniach medycznych? Nie jesteś zachwycony, kiedy wokół ciebie
gromadzą się ludzie, a zwłaszcza kobiety?
Znakomicie! Doceniam twoją szczerość. Nie ma się czego wstydzić. Kto by
na to nie leciał? Tak zostaliśmy stworzeni. Więc do rzeczy. Brakowałoby
mi jej uwielbienia. Czułbym się opuszczony, ale to wliczone jest w nasze
ryzyko zawodowe. Taką mam pracę: wprowadzić ją w prawdziwe życie, a potem pomóc jej ode mnie odejść. A nawet, niech Bóg broni, mnie
zapomnieć.
I tak w miarę upływu czasu zakład oferowany przez Belle zaczął mnie
coraz bardziej intrygować. Proponowała osiemnaście miesięcy
wstrzemięźliwości od wybryków. I pamiętaj, że od tego zaczynała. Jestem
dobrym negocjatorem, więc byłem pewny, że uda mi się wytargować więcej,
podwyższyć stawkę, przedłużyć ten okres. Tak, żeby naprawdę zacementować
w niej zmiany. Przyszły mi do głowy jeszcze inne warunki, przy których
mógłbym się uprzeć: może udałoby mi się wysłać ją na terapię grupową i sprawić, żeby porządnie się przyłożyła, aby namówić męża na terapię dla
małżeństw.
O propozycji Belle myślałem dzień i noc. Nie mogłem przestać jej
rozwałkowywać. Uwielbiam hazard, a w tym przypadku wszystko wskazywało
na to, że mam fantastyczne szanse na wygraną. Gdyby Belle przegrała
zakład i się potknęła, nic byśmy nie stracili. Wrócilibyśmy tylko do
punktu wyjścia. Ale nawet gdyby udało mi się doprowadzić u niej do kilku
miesięcy abstynencji: mogłem na tym budować. Natomiast jeśli to Belle by
wygrała, tak bardzo by się zmieniła, że nie chciałaby nagrody. Miałem
wrażenie, że nie ma się nad czym zastanawiać. Ryzyko straty było zerowe,
za to rysowała się przede mną spora szansa na uratowanie tej kobiety.
Zawsze lubiłem akcję, uwielbiam wyścigi i wszelkiego typu zakłady: o wynik meczów w baseball, w koszykówkę. Po szkole średniej zaciągnąłem
się do marynarki. Studia skończyłem dzięki wygranym w pokera na statku.
Podczas praktyki w nowojorskim szpitalu Mount Sinai wiele wolnych nocy
spędziłem na grze w pokera z lekarzami dyżurującymi na oddziale
położniczym przy Park Avenue. W pokoju lekarskim przy porodówce non stop
grali. Kiedy tylko potrzebowali gracza, kazali telefonistce wezwać
pagerem "doktora Blackwooda". Za każdym razem, kiedy usłyszałem hasło
"doktor Blackwood wzywany jest na porodówkę", pędziłem do nich na łeb na
szyję. Pracowali tam wyśmienici lekarze, bez wyjątku, ale pokerzystami
byli do bani. Wiesz, Erneście, w tamtych czasach stażyści prawie nic nie
zarabiali. Pod koniec roku wszyscy z mojej grupy stażowej mieli długi. A ja? Na rezydencję w Ann Arbor jechałem nowym kabrioletem De Soto,
kupionym za wygrane od położników z Park Avenue.
Ale wróćmy do Belle. Całymi tygodniami rozważałem jej propozycję
zakładu, aż pewnego dnia zaryzykowałem. Powiedziałem Belle, że rozumiem,
dlaczego musi mieć motywację, i rozpocząłem poważne negocjacje. Uparłem
się przy dwóch latach. Zgodziła się na wszystkie moje warunki, bo była
taka wdzięczna, że potraktowałem ją poważnie. Szybko opracowaliśmy
wiążącą, jasną umowę. Ona miała przez dwa lata zachować całkowitą
wstrzemięźliwość: żadnych narkotyków (łącznie z alkoholem), żadnego
cięcia, przeczyszczania się, podrywania partnerów seksualnych w barach
czy na autostradach, żadnych innych niebezpiecznych zachowań
seksualnych. Kurtuazyjne flirty były dozwolone. Nie mogła robić nic
sprzecznego z prawem. Wydawało mi się, że to powinno objąć wszystko. No
i jeszcze miała zacząć terapię grupową. Z mojej strony gwarantowałem jej
weekend w San Francisco: hotel i wszystkie inne konkrety mogła ustalić,
jak chciała. Dałem jej carte blanche. Miałem być do jej usług.
Belle podeszła do tego bardzo poważnie. Po negocjacjach zaproponowała
formalną przysięgę. Przyniosła na sesję Biblię i każde z nas przyrzekło,
że dotrzyma swojej części umowy. Potem uroczyście podaliśmy sobie ręce.
Leczenie przebiegało tak jak zwykle. Spotykaliśmy się z Belle mniej
więcej dwa razy w tygodniu. Lepsze byłyby trzy razy, ale jej mąż zaczął
narzekać na koszty leczenia. Belle zachowywała wstrzemięźliwość, więc
nie musieliśmy poświęcać czasu na analizę jej "wybryków", w związku z czym praca szła nam szybciej i mogliśmy wejść w nią głębiej. Sny,
fantazjowanie: wszystko stało się łatwiej dostępne. Po raz pierwszy
zauważyłem u niej zwiastuny ciekawości samej siebie. Zapisała się na
ponadprogramowe uniwersyteckie kursy poświęcone psychologii
niekonwencjonalnej, zaczęła pisać autobiografię z okresu swojego
dzieciństwa. Stopniowo coraz więcej sobie z niego przypominała: pełne
smutku poszukiwanie zastępczej matki wśród szeregu zimnych szwajcarskich
guwernantek, z których większość odchodziła po kilku miesiącach, bo nie
wytrzymywały fanatycznej obsesji jej ojca czystością i porządkiem. Jego
bakteriofobia opanowała wszystkie aspekty jej życia. Wyobraź sobie, że
do czternastego roku życia nie pozwolił jej chodzić do szkoły, bo bał
się, że przyniesie zarazki, więc uczyła się w domu. W związku z tym
miała niewielu bliskich przyjaciół. Nawet posiłki z kimś znajomym były
dla niej rzadkością. Nie wolno jej było jeść u nikogo i nie zapraszała
rówieśników do siebie, bo wstydziła się narażać koleżanki i kolegów na
dziwactwa, których ojciec kazał przestrzegać przy jedzeniu. Wszyscy
musieli nosić rękawiczki, myć ręce między daniami, w dodatku ojciec
sprawdzał, czy służący mają czyste ręce. Nie mogła od nikogo pożyczać
książek, a jej jedyna ukochana guwernantka natychmiast wyleciała z pracy
po tym, jak pozwoliła jej się na jeden dzień zamienić się z koleżanką
sukienkami. Jej dzieciństwo i doświadczenie, na czym polega bycie córką,
nagle skończyły się, kiedy miała czternaście lat i wysłano ją do szkoły
z internatem w Grenoble. Od tamtej pory z ojcem kontaktowała się tylko
zdawkowo. Krótko potem ponownie się ożenił. Jego nowa żona była piękną
kobietą, ale eksprostytutką, jak wynika z tego, co mówiła jej ciotka,
stara panna. Według ciotki ta żona była tylko jedną z wielu nierządnic,
z którymi ojciec się spotykał przez czternaście lat po śmierci żony.
Belle zastanawiała się (a była to jej pierwsza interpretacja, jaka
wypłynęła na terapii), czy nie z tego powodu czuł się brudny, więc
ciągle się mył i nie dopuszczał do tego, żeby jego skóra dotknęła skóry
córki.
W tym czasie Belle wspominała o naszym zakładzie tylko w kontekście
swojej wdzięczności dla mnie. Nazywała go "najwspanialszą afirmacją",
jakiej kiedykolwiek doświadczyła. Wiedziała, że umowa jest prezentem dla
niej. Całkiem odmiennym od tych, które dostawała od innych psychiatrów,
czyli słów, interpretacji, obietnic i "troski terapeutycznej". Była
obietnicą czegoś prawdziwego i namacalnego. Skóra przy skórze.
Konkretnym dowodem, że w pełni się zaangażowałem, żeby jej pomóc.
Dowodem mojej miłości. Nigdy przedtem nikt jej tak nie kochał,
powtarzała. Nie postawił jej ponad własne interesy, ponad przepisy. Na
pewno nie zrobił tego jej ojciec, który ani razu nie podał jej ręki, na
której nie miałby rękawiczki, i aż do swojej śmierci, do której doszło
dziesięć lat przed naszą terapią, na urodziny co roku przesyłał jej ten
sam prezent: plik studolarowych banknotów (jeden na każdy rok jej życia)
-?każdy banknot świeżo umyty i wyprasowany.
Zakład był dla niej ważny z jeszcze jednego powodu. Cieszyła się, że
jestem gotowy nagiąć dla niej przepisy. Mówiła, że najbardziej kocha we
mnie to, że lubię ryzyko i mam otwarty dostęp do swojego cienia. "Też
masz w sobie coś nieposłusznego" -?mawiała. -?"Dlatego potrafisz mnie
tak dobrze zrozumieć. W pewnym sensie, pod względem budowy mózgu,
jesteśmy bliźniakami".
I wiesz, Erneście, pewnie dlatego tak szybko do siebie przylgnęliśmy,
dlatego natychmiast wiedziała, że jestem psychiatrą dla niej. Pewnie
zauważyła coś psotnego w mojej twarzy, jakiś zuchwały błysk oka. Belle
miała rację. Byliśmy do siebie podobni. Dobrze mnie rozgryzła. Niezła z niej spryciara.
Uwierz mi, że dokładnie zrozumiałem, o co jej chodziło, co do joty! Ja
też wyczuwam pokrewne mi dusze. Charakterystyczne cechy widzę także w innych ludziach. Erneście, czy możesz na chwilę wyłączyć magnetofon?
Dobrze. Dziękuję. Chciałem powiedzieć, że widzę je w tobie. Siedzimy po
różnych stronach tego podwyższenia, czy też stołu sędziowskiego, ale coś
nas łączy. Mówiłem ci, że świetnie czytam z twarzy. W takich sprawach
rzadko się mylę.
Nie? Eee, tam. Dobrze wiesz, o co mi chodzi! Czy właśnie nie dlatego
słuchasz mojej opowieści z takim zainteresowaniem? Bardziej niż z zainteresowaniem! Czy mogę posunąć się do tego, żeby nazwać to
fascynacją? Masz oczy jak spodki. Tak, Erneście: to coś mamy obaj: ty i ja. Mógłbyś znaleźć się w mojej sytuacji. Mój faustowski pakt mógłby być
i twoim.
Kręcisz głową. Oczywiście! Ale ja nie mówię do twojej głowy. Mierzę
prosto do twojego serca. Może nadejść czas, kiedy otworzysz się na to,
co mówię. I zrozumiesz jeszcze więcej. Może zobaczysz siebie nie tylko
we mnie, ale i w Belle. W naszej trójce. Aż tak bardzo się od siebie nie
różnimy! Okej, starczy tego. Wracajmy do roboty.
Zaczekaj, zanim włączysz magnetofon, powiem ci jeszcze jedno, Erneście.
Myślisz, że przejmuję się komisją etyczną? Mam ją gdzieś. Co mogą mi
zrobić? Zakazać mi wstępu do szpitala? Mam siedemdziesiąt lat, moja
kariera się skończyła, dobrze o tym wiem. Więc po co ci to wszystko
mówię? W nadziei, że z całej tej sprawy wyniknie też coś dobrego, że
pozwolisz, aby jakaś odrobinka mnie zaczęła krążyć w twoich żyłach, dasz
mi się uczyć. Pamiętaj, Erneście, kiedy mówię, że jesteś otwarty na swój
cień, chodzi mi o pozytywne aspekty stanu, dzięki któremu może
zdobędziesz się na odwagę i wielkość ducha, aby być świetnym terapeutą.
No więc włącz już magnetofon, Erneście. I proszę cię, nie musisz mi
odpowiadać. Kiedy człowiek ma siedemdziesiąt lat, już nie potrzebuje
odpowiedzi.
To na czym skończyliśmy? No więc w pierwszym roku Belle zrobiła
zdecydowane postępy. Absolutnie żadnej wpadki. Zachowywała
wstrzemięźliwość. Mniej ode mnie wymagała. Od czasu do czasu prosiła,
żebym jej pozwolił koło siebie usiąść. Obejmowałem ją ramieniem i siedzieliśmy tak przez kilka minut. Efekt był zawsze pozytywny: bez
najmniejszej skuchy. Po czymś takim rozluźniała się i lepiej szła jej
terapia. Na koniec sesji nadal obejmowałem ją po ojcowsku, a ona
powściągliwie całowała mnie w policzek jak córka. Jej mąż odmówił
terapii małżeńskiej, ale zgodził się spotkać na kilka sesji z kimś
praktykującym chrześcijaństwo naukowe. Belle powiedziała mi, że lepiej
się ze sobą dogadują i oboje wydają się bardziej zadowoleni ze swojego
związku.
Kiedy minęło szesnaście miesięcy, wszystko nadal szło dobrze. Żadnej
heroiny i w ogóle żadnych dragów, żadnego cięcia się, bulimii,
przeczyszczania ani żadnego typu zachowania autodestrukcyjnego.
Zaangażowała się w kilka grup alternatywnych: spotykała się z kimś od
channelingu, uczestniczyła w terapii poprzednich wcieleń, znalazła
specjalistę od żywienia się glonami -?ot takie typowo kalifornijskie,
nieszkodliwe dziwactwa. Wznowili z mężem życie seksualne i kilka razy
przespała się z moim kolegą: tym dupkiem, frajerem, którego poznała w klubie tenisowym. Ale przynajmniej był to bezpieczny seks, bez
porównania z eskapadami do barów i podrywami na autostradzie.
Przeszła najbardziej spektakularną przemianę dzięki terapii, jaką
kiedykolwiek widziałem. Belle powiedziała, że jeszcze nigdy w życiu nie
była tak szczęśliwa. Rzucę ci wyzwanie, Erneście! Włącz te wyniki do
jakichkolwiek badań. Belle byłaby gwiazdą wśród pacjentów! Porównaj
takie zmiany z wynikami badań po jakichkolwiek lekach. Nieważne, czy to
będzie rysperydon, fluoksetyna, paroksetyna, wenlafaksyna, bupriopion -
moja kuracja z łatwością by wygrała. To moja najlepsza terapia w życiu,
ale nie mogłem jej opublikować. Co tam opublikować. Nie mogłem nawet
nikomu o niej opowiedzieć. Aż do dzisiaj. Jesteś moim pierwszym
prawdziwym słuchaczem.
Gdzieś po osiemnastu miesiącach sesje zaczęły ulegać zmianom. Na
początku subtelnym. Przenikało do nich coraz więcej odniesień do naszego
weekendu w San Francisco. Wkrótce Belle zaczęła o tym mówić na każdej
sesji. Codziennie o godzinę dłużej leżała w łóżku, żeby pomarzyć o tym,
jaki będzie ten weekend, jak będzie spała w moich ramionach i zadzwoni,
żeby podano nam do łóżka śniadanie. A potem przejedziemy się samochodem,
zjemy lunch w Sausalito i utniemy sobie po nim popołudniową drzemkę.
Wyobrażała sobie, że jesteśmy małżeństwem i co wieczór na mnie czeka.
Upierała się, że do końca życia byłaby szczęśliwa, gdyby wiedziała, że
wrócę do niej do domu. Nie potrzebuje dużo czasu ze mną, zgodzi się być
moją drugą żoną, mieć mnie przy sobie godzinę albo dwie na tydzień. Z czymś takim potrafiłaby żyć długo i szczęśliwie.
Możesz sobie wyobrazić, że czułem się coraz bardziej nieswojo. Z czasem
było coraz gorzej. Zacząłem się szamotać. Robiłem, co mogłem, żeby
sprowadzić ją na ziemię. Prawie na każdej sesji mówiłem jej o moim
wieku. Za trzy, cztery lata będę na wózku inwalidzkim. Za dziesięć -
skończę osiemdziesiątkę. Zapytałem, jak długo według niej mogę jeszcze
pożyć. Mężczyźni u mnie w rodzinie umierają młodo. W moim wieku mój
ojciec od dziesięciu lat leżał w trumnie. Ona przeżyje mnie o co
najmniej dwadzieścia pięć lat. Zacząłem nawet przesadnie przy niej
narzekać na swoje zaburzenia neurologiczne. Kiedyś specjalnie upadłem:
do tego doprowadziła mnie ta rozpaczliwa sytuacja. Powtarzałem, że
staruszkowie mają mało energii. Zasypiają o ósmej trzydzieści,
podkreślałem. Od pięciu lat nie jestem w stanie doczekać do wiadomości o dziesiątej. Coraz gorzej widzę, mam zapalenie kaletki barkowej,
niestrawność, problemy z prostatą, gazy, zatwardzenie. Przyszło mi nawet
do głowy, żeby dla efektu kupić sobie aparat słuchowy.
Ale te wszystkie ściemy były do niczego. Chybione o sto osiemdziesiąt
stopni! Tylko łechtały jej apetyt. Opanowała ją perwersyjna fascynacja
myślą, że mogę być schorowany i niedołężny. Fantazjowała o tym, że mam
wylew, odchodzi ode mnie żona, a ona wprowadza się, żeby się mną
opiekować. Jeden z jej ulubionych snów na jawie dotyczył tego, jak mnie
pielęgnuje: robi mi herbatę, myje mnie, zmienia mi pościel i piżamę,
pudruje talkiem, a potem sama się rozbiera i tuli się do mnie pod
chłodną kołderką.
Po dwudziestym miesiącu Belle jeszcze wyraźniej się poprawiło. Z własnej
inicjatywy zaangażowała się w ruch Anonimowych Narkomanów. Trzy razy w tygodniu chodziła na zebrania. Została wolontariuszką w getcie, gdzie
uczyła nastolatki w szkołach, jak zapobiegać ciąży i chronić się przed
AIDS. Oprócz tego przyjęto ją na studia MBA na lokalnym uniwersytecie.
Co takiego, Erneście? Skąd wiedziałem, że mówi prawdę? Wiesz co, nigdy
nie wątpiłem w jej opowieści. Jasne, że ma różne wady, ale przynajmniej
prawie kompulsywnie mówiła mi prawdę. Na początku terapii zawarliśmy
umowę, że będziemy ze sobą całkowicie szczerzy, ale chyba już ci o tym
mówiłem. Podczas kilku pierwszych tygodni przemilczała parę szczególnie
żenujących wybryków, ale potem doprowadzało ją to do szału. Była
przekonana, że potrafię czytać w jej myślach i wyrzucę ją z terapii. Ani
razu nie była w stanie doczekać do następnej sesji, żeby móc się
przyznać, i musiała do mnie zadzwonić -?raz wręcz po północy -?aby
skorygować swoją relację.
Ale słusznie zadałeś to pytanie. Zbyt wiele zależało od tego, czy mówi
prawdę, więc nie mogłem po prostu wierzyć jej na słowo. Zrobiłem to
samo, co ty byś zrobił na moim miejscu. We wszystkich możliwych źródłach
sprawdzałem, co mówi. W tym okresie parę razy spotkałem się z jej mężem.
Nie zgodził się na terapię, ale kilka razy przyszedł, żeby pomóc
przyśpieszyć terapię Belle. Potwierdził wszystko, co mówiła. Co więcej,
pozwolił mi na kontakt z jego konsultantką praktykującą chrześcijaństwo
naukowe. Co najśmieszniejsze, okazało się, że robi ona doktorat z psychologii klinicznej i czyta moje prace. Konsultantka także
potwierdziła, że Belle bardzo stara się uzdrowić swoje małżeństwo, nie
tnie się, nie bierze narkotyków i pracuje jako wolontariuszka wśród
biednych. Nie, Belle nic nie ściemniała.
Co zrobiłbyś w takiej sytuacji, Erneście? Co takiego? W ogóle byś się w niej nie znalazł? Tak, tak, pewnie. Łatwo ci tak mówić. Zawiodłem się na
tobie. Jednak powiedz, Erneście, gdybyś w niej się nie znalazł, to co
byś robił? Tkwiłbyś w laboratorium? Czy w bibliotece? Tam byłbyś
bezpieczny. Siedziałbyś sobie wygodnie i grzeczniutko. Ale co by się
stało z twoim pacjentem? Dawno by go nie było! Tak zrobiło dwudziestu
poprzednich terapeutów Belle -?oni też wybrali bezpieczne rozwiązania.
Ale ja jestem inny. Ratuję stracone dusze. Za nic nie opuszczę pacjenta.
Nadstawiam karku i dupy, robię wszystko, żeby go uratować. Całe życie
tak robiłem. Wiesz, jaką mam reputację? Popytaj ludzi. Spytaj swojego
przewodniczącego. Podesłał mi dziesiątki pacjentów. Dla chorych, którzy
potrzebują terapii, jestem ostatnią deską ratunku. Koledzy przysyłają mi
takich, z którymi nie dali sobie rady. Kiwasz głową. Słyszałeś, że tak o mnie mówią? To dobrze! Cieszę się, że nie jestem tylko jakimś
zdemenciałym frajerem.
No więc postaw się w mojej sytuacji! Co u diabła mogłem zrobić? Zacząłem
się denerwować. Dosłownie wychodziłem ze skóry. Jak szalony wymyślałem
coraz to nowe wybiegi, jakby do tego zależało moje życie. Znajdowałem
interpretacje z wymówkami we wszystkim, co tylko się rusza. Traciłem
cierpliwość do jej złudzeń.
Weźmy na przykład jej odjechane marzenie o tym, że jesteśmy małżeństwem,
a ona cały tydzień nic nie robi, zawiesza swoje wszystkie zajęcia i tylko czeka, żeby pobyć ze mną przez godzinę lub dwie. "Co to za życie i co za cholerny związek?" -?pytałem ją. To nie związek, tylko szamanizm.
"Pomyśl o tym z mojego punku widzenia" -?powtarzałem. "Co ja bym miał z takiego układu?" Tłumaczyłem Belle, że wyleczenie jej dzięki godzinie
mojej obecności jest nierealne. Czy to związek? Nie! Musimy zacząć
liczyć się z faktami. Wykorzystuje mnie jako jakiś symbol, ikonę. A jej
obsesja na punkcie tego, że będzie mnie ssała i połykała moją spermę?
Jest tak samo kompletnie oderwana od życia. Czuje się pusta i chce,
żebym wypełnił ją esencją siebie. Czy nie widzi, co robi, czy nie
rozumie, jaki błąd popełnia, kiedy symbol traktuje, jakby to była
konkretna rzeczywistość? Na jak długo jej zdaniem mój naparstek spermy
może wystarczyć, żeby wypełnić jej pustkę? Po kilku sekundach kwas solny
w jej żołądku rozpuści go na strzępy łańcuchów DNA.
Belle z powagą kiwała głową, kiedy snułem te rozpaczliwe wywody -?a potem wracała do swojej robótki. Jej opiekunka z Anonimowych Narkomanów
nauczyła ją robić na drutach, więc przez ostatnie kilka tygodni bez
przerwy dziergała dla mnie sweter we wzór w warkocze, który miałem nosić
podczas naszego weekendu. W żaden sposób nie udawało mi się odwieść jej
od tego, co zaplanowała. Tak, zgodziła się, że być może opiera swoje
życie na mrzonkach. Może poszukuje archetypu mądrego starca. Ale co w tym złego? Oprócz studiów na kursie do MBA była wolną słuchaczką na
antropologii i czytała Złotą gałąź. Przypomniała mi, że większość
ludzi kieruje się w życiu wiarą w tak irracjonalne pojęcia jak totemy,
reinkarnacja, niebo, piekło, a nawet w uzdrawiającą moc przeniesienia w terapii i w boskość Freuda. "Cokolwiek działa, po prostu działa" -
stwierdziła. "A mnie pomaga myśl o naszym wspólnym weekendzie. Jeszcze
nigdy w życiu nie było mi tak dobrze. Czuję się, jakbym była twoją żoną.
Jakbym na ciebie czekała, wiedząc, że wkrótce przyjdziesz do mnie do
domu. Dzięki temu mam energię i jestem szczęśliwa". Potem wracała do
swojej robótki, do tego przeklętego swetra! Miałem ochotę wyszarpnąć jej
go z rąk.
Po dwudziestu dwóch tygodniach na dobre wpadłem w panikę. Całkiem
straciłem zimną krew. Zacząłem się do niej wdzięczyć, bajerować ją i błagać. "Mówisz, że mnie kochasz, ale miłość to relacja, troska o drugą
osobę, o jej rozwój i dobrobyt. A czy ty kiedykolwiek o mnie się
troszczysz? Zastanawiasz się, jak ja się czuję? Bierzesz pod uwagę moje
poczucie winy, lęk, który może we mnie wzbudzić świadomość, że
postąpiłem nieetycznie, i jaki to może mieć wpływ na mój szacunek do
siebie? A na moją reputację? Na podejmowane przeze mnie ryzyko i ogromne
zagrożenie dla mojej pracy i małżeństwa?" "Ile razy" -?odpowiadała Belle
-?"przypominałeś mi, że spotykamy się ni mniej, ni więcej tylko jako
dwoje ludzi. Prosiłeś, żebym ci zaufała, i to zrobiłam. Po raz pierwszy
w życiu. Teraz proszę cię, żebyś ty zaufał mnie. Nasz weekend zachowamy
w tajemnicy, którą wezmę ze sobą do grobu. Choćby nie wiem, co się
działo. Na zawsze! A jeśli chodzi o twój szacunek do siebie, twoje
poczucie winy i etykę zawodową, czy jest coś ważniejszego niż to, że
jako lekarz mnie uzdrawiasz? Czy twoja reputacja i etyka mogą być od
tego ważniejsze?" Masz na to dobrą odpowiedź, Erneście? Ja nie miałem.
Zaczęła wysuwać delikatne, ale złowieszcze aluzje do tego, co by się
stało, gdybym nie dotrzymał umowy. Przez dwa lata żyła z myślą o weekendzie ze mną. Czy kiedykolwiek potrafiłaby mi znowu zaufać? Albo
jakiemukolwiek innemu terapeucie? I w ogóle komukolwiek? Dawała mi do
zrozumienia, że dopiero wtedy miałbym powód do poczucia winy. Zresztą
nie musiała dużo mówić. Wiedziałem, czym byłaby dla niej moja zdrada. Od
dwóch lat powstrzymywała się od autodestrukcji, ale nie miałem
wątpliwości, że nie zapomniała, na czym ona polega. Powiedzmy bez
ogródek: byłem przekonany, że gdybym się wycofał, Belle by się zabiła.
Nadal usiłowałem się wydostać z własnej pułapki, ale stopniowo słabłem.
-?Mam siedemdziesiąt lat, a ty trzydzieści cztery -?mówiłem. -?W tym,
żebyśmy ze sobą spali, jest coś nienaturalnego.
-?Chaplin, Kissinger, Picasso, Humbert Humbert i Lolita -?odparła Belle.
Nawet nie zadała sobie trudu, żeby podnieść wzrok znad robótki.
-?Rozbudowałaś ten weekend do groteskowych rozmiarów -?odpowiedziałem
jej na to. -?Przesadnie rozdęłaś jego znaczenie, kompletnie go
odrealniłaś. Nie ma opcji: kiedy do niego dojdzie, na pewno przeżyjesz
zawód.
-?Jeśli tak, to nic lepszego nie może się wydarzyć -?odpowiedziała. -?No
wiesz: prysłaby moja obsesja na twoim punkcie, moje "przeniesienie
erotyczne", jak to lubisz nazywać. Nasza terapia nie może na tym
stracić.
Nadal się wykręcałem:
-?W dodatku w moim wieku zawodzi potencja.
-?Seymour -?beształa mnie. -?Dziwię ci się. Wciąż jeszcze nie dotarło do
ciebie, że wcale mi nie chodzi o potencję czy stosunek? Chcę, żebyś ze
mną był, żebyś mnie przytulił: jako człowieka i kobietę, a nie jako
pacjentkę. A poza tym, Seymourze -?w tym momencie podniosła sweter na
wysokość twarzy i rzuciła na mnie zza niego kokieteryjne spojrzenie -
mam zamiar urządzić ci seksualną ucztę życia!
-?Aż nadeszła godzina zero. Minęły dwadzieścia cztery miesiące, więc nie
miałem wyboru: musiałem wypłacić diabłu, co mu byłem winny. Zdawałem
sobie sprawę, jak straszne byłyby konsekwencje, gdybym się wycofał.
Zastanawiałem się też, co będzie, jeśli dotrzymam słowa. Kto wie? Może
Belle ma rację i faktycznie otrząśnie się ze swojej obsesji. A może,
kiedy zniknie przeniesienie erotyczne, uwolni się energia, która pozwoli
jej zbudować lepsze relacje z mężem. I zachować wiarę w terapię. Ja za
kilka lat przejdę na emeryturę, a ona pójdzie do innych terapeutów.
Zresztą kto wie, może weekend w San Francisco z Belle będzie najwyższym
aktem terapeutycznej miłości: rodzajem agape.
-?Słucham, Erneście? Chodzi ci o moje przeciwprzeniesienie? Było takie
samo, jakiego ty byś doświadczył na moim miejscu: oszalało. Starałem się
nie mieszać go do mojej decyzji. Nie działałem z powodu
przeciwprzeniesienia, ale w przekonaniu, że nie mam wyboru. Nadal tak
uważam, nawet w świetle tego, co stało się potem. Ale przyznam się, że
byłem także bardziej niż trochę zachwycony. Bo i jak miałem zareagować?
Ja: staruszek u kresu życia, któremu co dzień dawały do wiwatu neurony
korowe móżdżku, facet ze słabnącym wzrokiem, gość od dawna odstawiony od
seksu, bo moja żona, która łatwo ze wszystkiego rezygnuje, lata temu
poddała się w tych sprawach. A mój pociąg do Belle? Nie zaprzeczę, że ją
uwielbiałem. Więc kiedy powiedziała, że urządzi mi seksualną ucztę
życia, poczułem, że moje wysłużone gruczoły płciowe zaczynają na nowo
się budzić. Ale muszę z całą mocą ci powiedzieć -?i to tak, żeby się
nagrało -?nie dlatego to zrobiłem! Może nie jest to ważne dla ciebie czy
dla komitetu etycznego, ale dla mnie to kwestia życia lub śmierci. Jako
terapeuta nigdy nie złamałem zobowiązania wobec Belle ani wobec żadnego
innego pacjenta. Nigdy nie przedłożyłem swoich potrzeb ponad ich
potrzeby.
Resztę tej historii chyba znasz. Masz ją opisaną w papierach. W sobotę
spotkaliśmy się z Belle na śniadaniu w Mama's na North Beach w San
Francisco i byliśmy razem do niedzielnego zmroku. Postanowiliśmy
powiedzieć naszym małżonkom, że zorganizowałem dla pacjentów weekendowy
maraton psychoterapii grupowej. Mniej więcej dwa razy do roku prowadzę
takie grupy dla dziesięciu lub dwunastu pacjentów. Zresztą Belle
uczestniczyła w czymś takim w pierwszym roku terapii.
Prowadziłeś kiedyś maratony grupowe, Erneście? Nie? W takim razie wiesz,
co ci powiem? Są niezwykle skuteczne. Niesamowicie przyśpieszają
terapię. Powinieneś o tym wiedzieć. Kiedy spotkamy się następnym razem w innych okolicznościach -?a jestem pewny, że to nastąpi, opowiem ci o nich. Prowadzę je od trzydziestu pięciu lat.
Ale wróćmy do weekendu. Nie byłoby fair, gdybym przerwał moją opowieść w kulminacyjnym momencie. No więc, cóż mogę ci powiedzieć? A co chcę?
Pragnąłem zachować godność i zachowywać się jak terapeuta, ale długo nie
wytrzymałem. Już Belle o to zadbała. Przywołała mnie do porządku, kiedy
tylko znaleźliśmy się w hotelu Fairmont. Wkrótce byliśmy mężczyzną i kobietą. Spełniło się absolutnie wszystko, co zapowiadała.
Nie będę cię okłamywał, Erneście. Każda minuta naszego weekendu była dla
mnie cudowna, a większość tego czasu spędziliśmy w łóżku. Martwiłem się,
że po latach nieużywania przerdzewiały mi wszystkie rurki. Jednak Belle
okazała się mistrzowskim hydraulikiem. Zazgrzytały, zaklekotały i wkrótce znów działały bez zarzutu.
Przez trzy lata karciłem Belle za to, żyje w świecie iluzji, i narzucałem jej swoją rzeczywistość. Teraz na jeden weekend wszedłem do
jej świata. Dowiedziałem się, że życie w królestwie magii nie jest takie
złe. Była moją fontanną młodości. Z godziny na godzinę młodniałem i robiłem się coraz silniejszy. Zacząłem lepiej chodzić, wciągnąłem brzuch
i zrobiłem się jakby wyższy. Mówię ci, Erneście, miałem ochotę wyć z radości. Belle to zauważyła. "Potrzebowałeś tego, Seymour. I tylko tego
zawsze od ciebie chciałam: przytulić cię, być przytuloną, obdarzyć cię
miłością. Rozumiesz, że po raz pierwszy w życiu ofiarowałam komuś
miłość? I czy to takie straszne?
Dużo płakała. A mnie, poza innymi przewodami w ciele, odblokowały się
też kanaliki łzowe, więc i ja płakałem. Tego weekendu dała mi tak wiele...
Całe moje życie zawodowe polegało na pomaganiu innym, a teraz po raz
pierwszy naprawdę to do mnie wróciło. Jakby odwdzięczyła się za
wszystkich pacjentów, których kiedykolwiek leczyłem.
Ale potem wróciło prawdziwe życie. Weekend się skończył. Znów
spotykaliśmy się z Belle na dwie sesje tygodniowo. Nie przewidywałem, że
przegram zakład, więc nie miałem planów na terapię po tym weekendzie.
Chciałem wrócić do normalnych spotkań, ale stwierdziłem, że są z tym
kłopoty. I to duże. Dla ludzi, którzy wejdą w zażyłą relację, powrót do
formalnego układu jest prawie niemożliwy. Chociaż bardzo się starałem,
do naszych spotkań wkradł się nieobecny przedtem ton miłosnych gierek i wyparł poważną pracę terapeutyczną. Czasem Belle koniecznie chciała
usiąść mi na kolanach. Ciągle mnie przytulała, ściskała i gładziła.
Usiłowałem się opierać, zachować powagę zgodną z etyką zawodową, ale
powiedzmy prawdę: to nie była już terapia.
Przerwałem to i z powagą przedstawiłem dwie możliwości: albo spróbujemy
wrócić do poważnej pracy, czyli do tradycyjnej relacji bez fizyczności,
albo przestaniemy udawać, że prowadzimy terapię i postaramy się o utrzymanie kontaktów czysto towarzyskich, co nie znaczy seksualnych, bo
nie chciałem pogłębiać problemu. Mówiłem ci już wcześniej, że brałem
udział w pisaniu regulaminu, w którym potępia się terapeutów i pacjentów
angażujących się w stosunki seksualne po terapii. Poza tym jasno jej
powiedziałem, że skoro przerwaliśmy terapię, nie będę od niej brał
pieniędzy.
Dla Belle żadne z tych rozwiązań nie było do przyjęcia. Powrót do
formalnych relacji na terapii zakrawał na farsę. Czyż relacja
terapeutyczna nie jest jedynym miejscem, gdzie nie gramy? Jeśli zaś
chodzi o niepłacenie, było ono wykluczone. Jej mąż przeniósł swoje biuro
do domu i spędzał tam większość czasu. Jak mu wytłumaczy, gdzie
systematycznie chodzi na godzinę dwa razy w tygodniu, jeżeli nie będzie
regularnie wypisywać czeków za terapię?
Belle beształa mnie za moją wąską definicję terapii: "Nasze spotkania:
intymność, dotyk, a czasami uprawianie miłości, prawdziwej miłości na
kozetce, to jest terapia. I to dobra terapia. Nie rozumiesz tego,
Seymourze?" -?pytała. "Czy dobra terapia nie polega na tym, że jest
skuteczna? Nie pamiętasz, jak głosiłeś, że "jedyne ważne pytanie o terapię brzmi: czy jest skuteczna?". A czy moja terapia nie jest
skuteczna? Przecież świetnie sobie radzę. Zachowałam wstrzemięźliwość.
Nie mam objawów. Kończę studia. Zaczynam nowe życie. Zmieniłeś mnie,
Seymourze, a jedyne, czego potrzebuję, żeby przy tym pozostać, to nadal
dwie godziny w tygodniu być blisko ciebie".
Belle była niezłą spryciarą. I to coraz cwańszą. Nie przychodziły mi do
głowy żadne argumenty, że taki układ nie jest dobrą terapią.
Ale wiedziałem, że tak dalej być nie może. Nasz układ za bardzo mi
dogadzał. Stopniowo, o wiele za wolno docierało do mnie, że wpakowałem
się w niezłe szambo. Każdy, kto by się przyjrzał naszej dwójce,
stwierdziłby, że nadużywam przeniesienia, żeby wykorzystać pacjentkę dla
własnej przyjemności. Albo że jestem drogim geriatrycznym żigolakiem.
Nie wiedziałem, co robić. Oczywiście nie mogłem się z nikim
skonsultować. Wiedziałem, co by mi doradzono, a nie byłem gotowy, aby
stawić czoła tej sytuacji. Skierowanie jej do innego terapeuty było
wykluczone. Po prostu nigdzie indziej by nie poszła. Jednak szczerze
mówiąc, niezbyt mocno się przyłożyłem do rozpatrywania, jakie mam
możliwości. To mnie martwi. Czy dobrze ją potraktowałem? Myślenie o tym,
co powiedziałaby o mnie innemu terapeucie, kosztowało mnie kilka
bezsennych nocy. Wiesz, jak nasi koledzy po fachu lubią plotkować między
sobą na temat głupot wyczynianych przez ich poprzedników? Z rozkoszą
posłuchaliby pikantnych historyjek o Seymourze Trotterze. A ja nie
mogłem jej prosić, żeby mnie chroniła, bo tego typu tajemnica
zaszkodziłaby dalszej terapii.
Tak więc odbierałem sygnały ostrzegawcze, że nadchodzi burza, ale w żaden sposób nie byłem gotowy na straszliwy sztorm, który w końcu się
rozszalał. Pewnego wieczoru po powrocie do domu stwierdziłem, że
wszędzie jest ciemno, nie ma żony, a do drzwi wejściowych przyklejone są
cztery zdjęcia. Na jednym meldowaliśmy się w recepcji hotelu Fairmont,
na drugim z walizkami w rękach razem wchodziliśmy do naszego pokoju,
trzecim było powiększenie hotelowej karty rejestracyjnej -?Belle
zapłaciła gotówką za doktora Seymoura z żoną. Na czwartym widnieliśmy
przytuleni do siebie i podziwialiśmy widok na moście Golden Gate.
W środku, na stole kuchennym, znalazłem dwa listy. Jeden był od męża
Belle do mojej żony. Pisał w nim, że może ją zainteresować, jaką terapię
jej mąż stosuje wobec jego żony. Dodał, że podobny list wysłał do
zarządu stanowej komisji etycznej. Kończył zjadliwą uwagą, że jeśli
jeszcze kiedykolwiek spotkam się z Belle, pozew sądowy będzie
najmniejszym zmartwieniem, z jakim będzie musiała się zmierzyć rodzina
Trotterów. Drugi list był od mojej żony. Krótko i dosadnie radziła mi,
abym sobie darował wyjaśnienia. Mogę się z nią kontaktować przez jej
prawnika. Dawała mi dwadzieścia cztery godziny na spakowanie się i wyprowadzenie się z domu.
No i taka jest, Erneście, sytuacja na dzisiaj. Cóż więcej mogę ci
powiedzieć?
Skąd miał zdjęcia? Pewnie wynajął prywatnego detektywa, żeby nas
śledził. Co za ironia, że jej mąż postanowił odejść od Belle dopiero,
kiedy jej się poprawiło! Ale kto wie? Może od dawna czekał na okazję,
żeby od niej uciec? Może Belle go wypaliła.
Nigdy potem nie spotkałem się z Belle. Znam tylko plotki od starego
kumpla, który pracuje w szpitalu Pacific Redwood, a nie są to dobre
wieści. Mąż się z nią rozwiódł i na dobre opuścił kraj, razem z rodzinnym majątkiem. Podejrzewał Belle od kilku miesięcy, to znaczy od
kiedy w jej torebce znalazł prezerwatywy. Oczywiście, w tym też tkwi
ironia, bo zgodziła się z nich korzystać podczas swoich seksualnych
wyskoków dopiero, kiedy dzięki terapii zahamowały się jej tendencje do
autodestrukcji.
Z tego, co słyszałem ostatnio, stan Belle jest tragiczny: znalazła się z powrotem w punkcie zero. Wróciła patologia. Dwa razy ją hospitalizowano:
raz po cięciu, a drugi po poważnym przedawkowaniu. Ona się zabije. Wiem
to. Podobno próbowała terapii u trzech specjalistów, ale wszystkich po
kolei rzuciła. Odmawia leczenia i znowu bierze twarde narkotyki.
Rozumiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? Wiem, że mógłbym jej
pomóc, nawet teraz. Jestem tego pewny, ale nakazem sądowym, pod groźbą
surowej kary zabroniono mi z nią rozmawiać. Kilka razy nagrała mi się na
automatyczną sekretarkę, ale adwokat ostrzegł mnie, że jestem poważnie
zagrożony, i radził mi jej nie odpowiadać, jeżeli nie chcę wylądować w więzieniu. Sam skontaktował się z Belle i poinformował ją, że sąd
zabronił mi się z nią porozumiewać. W końcu przestała dzwonić.
Co teraz zrobię? Znaczy z Belle? Trudna sprawa. Umieram ze zmartwienia,
że nie mogę do niej oddzwonić, ale nie lubię więzień. A tak
nieoficjalnie (wyłącz magnetofon, Erneście), nie jestem pewny czy
pozwolę, żeby się pogrążyła. Nie wiem, czy dałbym radę z tym żyć.
I to wszystko, Erneście. Koniec opowieści. Finis. Jeszcze ci powiem,
że nie tak chciałem zakończyć karierę. Belle jest główną postacią tej
tragedii, ale katastrofa spotkała także mnie. Prawnicy namawiają ją,
żeby żądała odszkodowania, i to jak najwyższego. Oszaleją z chciwości.
Postępowanie w sprawie naruszenia etyki lekarskiej zaczyna się za kilka
miesięcy.
Czy mam depresję? Oczywiście! Kto by nie miał? Nazywam to depresją
odpowiednią do okoliczności: jestem starym, nieszczęśliwym człowiekiem.
Zniechęconym, samotnym, pełnym wątpliwości. Kończę życie okryty hańbą.
Nie, Erneście, to nie jest depresja, którą da się wyleczyć lekami. Nie
taka. Nie mam żadnych objawów biologicznych: żadnych zaburzeń
psychomotorycznych, bezsenności, utraty wagi, nic z tych rzeczy. Dzięki
za troskę.
Nie mam myśli samobójczych, chociaż przyznaję, że ciągnie mnie w stronę
mroku. Ale należę do tych, którym udaje się przetrwać. Wpełzam do nory i liżę rany.
Jak najbardziej, jestem teraz sam. Z żoną całe lata mieszkaliśmy ze sobą
tylko z przyzwyczajenia. Zawsze żyłem dla pracy: małżeństwo znajdowało
się dla mnie na peryferiach życia. Żona zawsze mi mówiła, że wszelką
potrzebę bliskości zaspokajam z pacjentami. Miała rację. Ale to nie
dlatego odeszła. Ataksja szybko u mnie postępuje i chyba nie za bardzo
miała ochotę stać się moją całodobową pielęgniarką. Przeczuwam, że
chętnie skorzystała z pretekstu, aby wymigać się od tego zadania. Trudno
mi ją winić.
Nie, nie potrzebuję terapii. Już ci mówiłem, że nie mam klinicznej
depresji. Doceniam, że mnie o to zapytałeś, Erneście, ale byłbym
nieznośnym pacjentem. Jak na razie, liżę własne rany i nieźle mi to
idzie.
Dobrze, możesz dzwonić, żeby się dowiedzieć, jak się czuję. Jestem
wzruszony twoją propozycją. Ale wyluzuj, Erneście, niezły ze mnie
twardziel. Nic mi nie będzie.
Po tych słowach Seymour Trotter zabrał swoje laski i wykuśtykał z pokoju. Ernest siedział nieruchomo i słuchał, jak stukanie stopniowo
milknie.
* * *
Kiedy Ernest zadzwonił do niego po kilku tygodniach, doktor Trotter
ponownie odmówił mu przyjęcia jakiejkolwiek pomocy. W ciągu kilku minut
przekierował rozmowę na przyszłość Ernesta: choćby był nie wiem jak
dobry jako psychofarmakolog, mijał się z powołaniem: był urodzonym
terapeutą i miał obowiązek wobec siebie, żeby wypełnić swoje
przeznaczenie. Zaproponował, żeby przedyskutowali to przy lunchu, ale
Ernest mu odmówił.
-?Co za bezmyślność z mojej strony -?odparł bez cienia ironii. -?Wybacz
mi. Namawiam cię na zmianę specjalności, a jednocześnie narażam cię na
kompromitację, która mogłaby cię spotkać, gdybyś publicznie pokazał się
ze mną.
-?Nie, Seymourze. -?Ernest po raz pierwszy nazwał go po imieniu. -
Absolutnie nie dlatego odmawiam. Prawda jest taka, i mówię to ze
wstydem, że zobowiązałem się wystąpić jako biegły sądowy na twoim
procesie cywilnym o postępowanie niezgodne z etyką zawodową.
-?Twój wstyd jest nieuzasadniony, Erneście. Masz obowiązek zeznawać. Na
twoim miejscu zrobiłbym tak samo, dokładnie tak samo. Nasz zawód
narażony jest na zniesławienie. Mamy obowiązek go chronić i zachować
standardy. Nawet gdybyś w nic innego mi nie wierzył, zaufaj mi, że
kocham tę pracę. Poświęciłem jej całe życie. Dlatego tak szczegółowo
opowiedziałem ci swoją historię: chciałem, żebyś wiedział, że go nie
zdradziłem. Działałem w dobrej wierze. Wiem, że to brzmi absurdalnie,
ale do tej pory uważam, że postąpiłem słusznie. Czasami przeznaczenie
wrzuca nas w sytuacje, w których słuszny wybór wymaga naruszenia zasad.
Nigdy nie zdradziłem ani swojej profesji, ani żadnego pacjenta.
Cokolwiek przyniesie przyszłość, zaufaj mi, Erneście. Wierzę w to, co
zrobiłem: nie ma mowy, żebym zdradził pacjenta.
Ernest faktycznie zeznawał w sądzie na procesie cywilnym. Adwokat
Seymoura powołał się na jego zaawansowany wiek, osłabioną możliwość
oceny sytuacji i chorobę. Spróbował nowej, rozpaczliwej linii obrony:
utrzymywał, że to Seymour stał się ofiarą sytuacji, a nie Belle. Ale nie
mieli szans na wygraną, więc Belle przyznano dwa miliony dolarów
odszkodowania, czyli maksimum, na które pozwalała polisa ubezpieczająca
Seymoura od skutków popełnienia błędów lekarskich. Jej prawnicy żądaliby
więcej, ale nie miało to sensu, ponieważ po rozwodzie i wniesieniu opłat
sądowych Seymour miał puste kieszenie.
Tak skończyła się publiczna historia Seymoura Trottera. Wkrótce po
rozprawie cichutko wyjechał z miasta i słuch po nim zaginął. Ale rok po
rozprawie Ernest dostał od niego list -?bez adresu zwrotnego.
* * *
Ernestowi zostało zaledwie kilka minut do przyjścia pierwszego pacjenta.
Jednak nie mógł się powstrzymać od ponownego zerknięcia na ostatni ślad,
jaki zostawił po sobie Seymour Trotter.
Drogi Erneście,
Byłeś jedyną osobą, która w demonicznych dniach, kiedy padłem ofiarą
polowania na czarownice, wyraziła zaniepokojenie moim dobrobytem.
Dziękuję. Bardzo mnie to wsparło na duchu. Jest mi dobrze. Zgubiłem się,
ale nie chcę, żeby mnie znaleziono. Wiele ci zawdzięczam, więc należy ci
się przynajmniej ten list i zdjęcie z Belle. W tle widać jej dom. Tak
się składa, że trafiła jej się niezła sumka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki