p
Fajka zamiast maczugi
Fajka zamiast maczugi
Michał Olszewski
Niezdrowa, niepraktyczna, ryzykowna, konieczna - fajka, z którą ksiądz
Adam Boniecki nie rozstawał się przez dziesiątki lat, urosła do rangi
symbolu i tematu niezliczonych anegdot, zazwyczaj autoironicznych. Tak
jak w "Instrukcji obsługi fajki dla początkujących", gdzie najważniejszy
punkt brzmi: "Fajka to skuteczny sposób nadania nawet najgłupszej twarzy
inteligentnego wyrazu".
Sprawa jest jednak poważna, zbiór Lepiej palić fajkę niż czarownice,
wydany jako gest sprzeciwu po nałożeniu na Adama Bonieckiego pierwszego
zakazu wypowiedzi w mediach, na półkę z anegdotami nie nadaje się w najmniejszym stopniu. Czytany po latach wybór felietonów, drukowanych w latach 2008-2011 w "Tygodniku Powszechnym", nabiera bowiem nowych
znaczeń i wygląda jak cenny historyczny zapis.
Teksty zamieszczone w zbiorze można czytać według kilku kluczy.
Pojawiają się w nich istotne dla zrozumienia postaci Adama Bonieckiego
wspomnienia i wątki biograficzne, jak na przykład wstrząsający zapis
ostatniego spotkania z ojcem, który kilka dni później został
rozstrzelany przez Niemców podczas masowej egzekucji. Część tekstów ma
charakter wyraźnie medytacyjny, część wygląda jak notatnik z przygotowań
w wejście w wiek podeszły. Lepiej palić fajkę niż czarownice to jednak
również bardzo wartościowy zapis atmosfery politycznej i końcówki lat
dwutysięcznych, kiedy, w książce widać to wyraźnie, nadchodzą kryzys
polskiego katolicyzmu i wielka zmiana społeczna. Okręt kościelny powoli,
choć w sposób nieunikniony bierze kurs na nieufność wobec świata; w wypowiedziach hierarchów, ale i szeregowych księży normą staje się
retoryka oblężonej twierdzy. Boniecki odnotowuje, jak umacnia się sojusz
Kościoła i prawicy. Widzi również, jak zmienia się społeczeństwo:
katastrofa smoleńska daje symboliczne paliwo dla Prawa i Sprawiedliwości, w 2011 r. przez Warszawę przechodzi pierwszy tak wielki
Marsz Niepodległości, część miasta zostaje zdemolowana. Bardzo wyraźnie
wybrzmiewają spory, jakie "Tygodnik" toczył wówczas z Radiem Maryja,
coraz większą częścią Episkopatu i polskiego katolicyzmu, odmawiającymi
gazecie prawa do istnienia wewnątrz Kościoła.
Niniejszy zbiór felietonów jest tym ciekawszy, że po latach widać w nim
jak na dłoni życiową i dziennikarską strategię Adama Bonieckiego, który
szuka mostów, próbuje patrzeć w przyszłość z optymizmem i nie boi się
rozmowy, ponosząc tego konsekwencje - zakaz wypowiedzi w mediach wydany
został przecież dlatego, że Boniecki nie skazał Nergala na ogień
piekielny i nie obawiał się podać mu ręki. Co najważniejsze: nie
znajdziemy w tekstach redaktora seniora "Tygodnika Powszechnego" ani
cienia pogardy wobec inaczej myślących. W polskim świecie, zdominowanym
przez urazę, nienawiść i pogardę właśnie, jest to gest niezwykły. Z dzisiejszej perspektywy można oceniać tę postawę jako naiwną - tuż po
katastrofie smoleńskiej Boniecki pisze z płonną, jak się rychło okazuje,
nadzieją: "Wbrew sceptycyzmowi mędrców, znawców ludzkich dziejów, którzy
nie wierzą, by ten wstrząs cokolwiek na trwałe zmienił w stylu naszych
walk politycznych, wierzę, że ślad pozostanie, że już się nie da
powrócić do bezpardonowej zaciekłości sprzed 10 kwietnia". Zanim uznamy
jednak, że intuicja księdza Bonieckiego zwiodła, pamiętajmy, że mowa o człowieku, który wierzy w Dobro.
Od publikacji najstarszych felietonów minęło piętnaście lat, Polska, bo
to ona jest chyba główną bohaterką wydanych w zbiorze tekstów, zmieniła
się przez ten czas nie do poznania.
Nie zmieniło się natomiast przekonanie Adam Bonieckiego, że lepiej
trzymać w dłoni fajkę niż nóż, maczugę, cep.
Za murem
Za murem
Smutny triumf Radia Maryja: coraz więcej ludzi reaguje alergicznie na
przymiotnik "katolicki".
O Radiu Maryja w "Tygodniku" piszemy niechętnie. Robimy to z rzadka -
znacznie rzadziej, niż jesteśmy wymieniani przez tę rozgłośnię i inne
media związane z o. Tadeuszem Rydzykiem. Są to bowiem media, z którymi
dialog czy nawet merytoryczna polemika nie wydają się możliwe.
Piszemy o nich z rzadka, bo zadaniem katolickich mediów jest łączenie
ludzi, nie antagonizowanie, a każdy nasz tekst jest przez środowisko
Radia Maryja odczytywany jako atak i staje się punktem wyjścia do
podgrzewania złych emocji. Dla ideologów tego środowiska świat i ludzie
dzielą się na swoich i na wrogów. Imputując "Tygodnikowi" najgorsze
zamiary, Sebastian Karczewski rozpoczyna swój tekst w "Naszym
Dzienniku": "Nie ulega wątpliwości, że dla środowisk nieprzychylnych
Kościołowi, a za takie bez wątpienia należy uznać środowiska "Gazety
Wyborczej" i "Tygodnika Powszechnego""... No właśnie: "nie ulega
wątpliwości", "bez wątpienia"...
Z Radiem nie ma dyskusji. By zostać dopuszczonym do głosu, musiałbym
publicznie wyrzec się błędów... nie, nie doktrynalnych, ale
personalnych. Musiałbym wyrzec się przyjaźni z arcybiskupem Józefem
Życińskim, Adamem Michnikiem czy Jarosławem Gowinem, musiałbym ujawnić
masońskie i żydowskie źródła inspiracji "Tygodnika", uznać niewinność
arcybiskupa Wielgusa, a ojca dyrektora uznać za męża opatrznościowego,
obdarzonego charyzmatem nieomylności w sprawach wiary, moralności i...
polityki.
Media ojca Rydzyka uważamy za szkodliwe, bo uzurpując sobie prawo do
reprezentowania katolicyzmu ("katolicki głos w twoim domu"), ukazują
Kościół jako świat zamknięty, nieufny wobec "innych", dążący do
narzucania im własnej wizji świata. Radio Maryja, nie wiedzieć z jakiego
tytułu, utożsamia siebie z narodem i - co dla mnie boleśniejsze - ze
społecznością prawdziwych katolików.
Długo uznawałem absurdalność tej uzurpacji za tak groteskową, że aż
nieskuteczną. Dziś uważam inaczej. Coraz częściej - i to jest smutny
triumf Radia Maryja - ludzie (i ci stojący z dala, i ci blisko Kościoła)
na przymiotnik "katolicki" reagują alergicznie: "katolicki to znaczy
radiomaryjny, wolę się trzymać z daleka".
Jaki obraz katolicyzmu (powszechności) Kościoła ukazuje katolicka
rozgłośnia, która "Przegląd polskiej prasy" ogranicza do "Naszego
Dziennika"? Ileż w tym jednym drobnym zabiegu pogardy dla innych! Z góry
się wyklucza, że gdziekolwiek, ktokolwiek może mieć coś ważnego do
powiedzenia. Zwabieni wspólną modlitwą, porwani propozycją włączenia się
w pomaganie innym, zachwyceni możliwością wyjścia z samotności i wejścia
do wielkiej wspólnoty, "Rodziny", dobrzy ludzie dają się wciągnąć w świat zamknięty, otoczony murem strachu przed obcymi, innymi, przed
Żydami, Niemcami, Unią Europejską, liberałami, niewłaściwymi biskupami i księżmi, polskojęzycznymi, lecz w istocie wrażymi mediami oraz innymi,
ukrytymi wrogami.
Owszem, ojciec dyrektor nawołuje do apostołowania w tym upadłym świecie,
do działania na rzecz nawrócenia błądzących, czyli do nawrócenia na...
nasz sposób myślenia. Taka wizja Kościoła w świecie, w którym na rzecz
wspólnego dobra muszą solidarnie współpracować ludzie różnych
światopoglądów i wizji politycznych, jest anachroniczna i szkodliwa.
Każdy może mieć własne poglądy, nic by mi nie przeszkadzała partia,
która za cel miałaby budowanie średniowiecznej Christianitatis, państwa
opartego na zasadach wiary, lecz, na litość boską - na własny rachunek,
a nie w imieniu katolickiego Kościoła!
Tej sytuacji nie uzdrowią decyzje administracyjne i personalne - zakazy,
nakazy czy kary kościelne. Radio Maryja jest fenomenem społecznym.
Gwałtowne posunięcia mogłyby sytuację pogorszyć, pogłębiając do
rozmiarów dramatycznych istniejące podziały. Więc co? Pozostają
przestrzenie, które były "do wzięcia" i zostały "zagospodarowane" przez
Radio Maryja. Potrzebne jest budowanie katolickiej wspólnoty, opartej na
przesłaniu Ewangelii. Nie jest to sprawa jednej doraźnej "akcji" -
wymaga czasu i mądrości.
Zwalczać Radia Maryja nie będziemy. Zadaniem katolickich mediów jest
łączyć, nie dzielić. Kontrpropozycją dla Kościoła Radiomaryjnego jest -
musi być - Kościół powszechny (w Polsce).
Tekst towarzyszył raportowi o Radiu Maryja, którego elementem była
rozmowa z o. Ryszardem Bożkiem, prowincjałem warszawskiej prowincji
redemptorystów.
Numer papieski
Nasz arcybiskup i przyjaciel, człowiek od lat tak nam bliski, zostaje
wybrany na papieża. To było jak otwarcie drzwi ciemnicy, w której przez
lata siedzieliśmy.
Ten wieczór sprzed 30 lat będę pamiętał do końca życia. Około
osiemnastej wróciłem do mego mieszkania na peryferiach Krakowa i natychmiast włączyłem radio nastawione na Watykan. Czekaliśmy na wybór
następcy Jana Pawła I. Usłyszałem niewyraźny gwar tłumu i wysoki głos w nagle zaległej ciszy: "Annuntio vobis gaudium magnum, habemus papam -
Eminentissimum ac Reverendissimum Dominum, Dominum... Carolum (wymówił
"Carlum", a z wymówieniem nazwiska miał wyraźny kłopot) Sanctae Romanae
Ecclesiae Cardinalem Wojtyla, qui sibi nomen imposuit Ioannem Paulum
Secundum!".
Fajka, którą trzymałem w zębach, wypadła na podłogę i wypaliła dziurę w mokiecie. Tak jak stałem, wybiegłem z domu. Z daleka słychać było
dostojne dźwięki "Zygmunta". Moim małym fiatem pomknąłem do mieszkania,
w którym miała być nagrywana telefoniczna korespondencja Jerzego
Turowicza z Rzymu. Była tam już cała redakcja w komplecie.
Byliśmy w stanie upojenia. Wiedzieliśmy, że coś się kończy i coś nowego
się zaczyna. Myśląc tak, nie myśleliśmy o Kościele, ale o Polsce i o naszym socjalistycznym bloku. W moim odczuciu było to wyjście z nieistnienia do istnienia; otwarcie drzwi ciemnicy, w której
siedzieliśmy. Traktowani przez świat w najlepszym razie z życzliwym
współczuciem, często z politowaniem, odcięci od innych szczelnymi
granicami, systemem paszportowym i cenzurą, pilnowani przez aparat
bezpieczeństwa, teraz - tak to czułem - stanęliśmy w uchylonych
drzwiach, przez które wpada światło.
A do tego dochodziło cudowne uczucie dumy, że to nasz arcybiskup i nasz
przyjaciel, ktoś nam od lat tak bliski... Słuchaliśmy łamiącego się ze
wzruszenia głosu Jerzego Turowicza. Potem należało działać. Mieliśmy
dzień i noc na przygotowanie numeru papieskiego. Krzysztof Kozłowski,
zastępca redaktora naczelnego, rozdzielił zadania. O świcie pojechałem
do Wadowic.
Numer papieski wyszedł całkiem nieźle.
Czy ten wybór był całkowitą niespodzianką? Nie był. Kiedy starałem się
dociec, na podstawie czego redakcje oczekujące na wybór papieża zaczęły
przygotowywać życiorys kardynała Wojtyły, wyjaśniono mi, że uwagę
watykanistów zwrócił fakt, iż krakowski arcybiskup kilkakrotnie był
wybierany do sekretariatu Synodu Biskupów. Ojcowie Synodu są w większości wybierani przez Konferencje Episkopatów, a więc siłą rzeczy
są, jak mówi się po włosku, "crema della crema" i jeśli to oni
dokonują wyboru tych, którzy są odpowiedzialni za owoce zgromadzenia,
coś to jednak znaczy. Dodajmy, że podróże po świecie pozwoliły mu poznać
ludzi Kościoła i dać się im poznać, nie wspominając o znajomościach
nawiązanych z okazji wizyt dostojników kościelnych, zapraszanych z różnych okazji przez arcybiskupa do Krakowa.
Czy myśmy się spodziewali? Owszem, ksiądz Stanisław Dziwisz przed
wyjazdem dawał do zrozumienia, że taka ewentualność wchodzi w grę.
Ksiądz Mieczysław Maliński, profesor Stefan Swieżawski od dawna
przepowiadali ten wybór. Tak, ale te przewidywania do ich realizacji
miały się jak możliwość wygranej w toto-lotka do faktycznej wygranej.
A co powiedzieć o tych, którzy kardynała Wojtyły nie znali? Bo przecież
powszechnie znanym polskim kardynałem był Wyszyński. W Niemczech po
wyborze mieli trudności ze znalezieniem zdjęć kardynała Wojtyły z wizyty, którą w dniach 20-25 września 1978 r. odbywał z prymasem. Na
wszystkich zdjęciach jest prymas.
Dość długo nowy papież zaskakiwał Watykan. U jednych budził podziw,
innych drażnił, niektórych niepokoił. Nikt jednak wtedy nie
przypuszczał, że ten pontyfikat odmieni sposób obecności i życie
Kościoła w świecie.
Teraz my, świadkowie, staramy się uchronić go od zapomnienia, choć i tak
za kilkadziesiąt lat nasze wspomnienia zbledną. Co zostanie? Dwie
księgi: Katechizm Kościoła Katolickiego i Kodeks Prawa Kanonicznego, bo
stale będą oddziaływały na życie Kościoła. Zostanie pamięć o zamachu,
ale też - ufam - coś mniej uchwytnego: że pewne rzeczy nie będą już w Kościele możliwe (na przykład antysemityzm lub usprawiedliwianie
ciemnych kart historii Kościoła). To, co było novum (na przykład
papieskie podróże), będzie czymś oczywistym. Kto będzie pamiętał, że
zawdzięczamy to Janowi Pawłowi II? I może tylko nadany mu przez historię
przymiotnik "Wielki" kogoś zaintryguje i zaprowadzi do archiwów
wspomnień, które zgromadziliśmy dla naszych wnuków i prawnuków.
Tekst powstał w 30. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża. W numerze
towarzyszyły mu między innymi artykuły Sandro Magistra, ojca Pawła
Kozackiego, Janusza Poniewierskiego, biskupa Tadeusza Pieronka i Artura
Sporniaka.
Vademecum śmiertelnika
Trzeba doświadczyć śmierci, żeby naprawdę usłyszeć przesłanie Ewangelii,
czyli Dobrej Nowiny, że "życie się nie kończy, ale zmienia".
Wciąż noszę w sobie śmierć tych, których kochałem: rodziców, innych
bliskich ludzi. Byli cząstką mego życia. Po ich odejściu świat jest inny
i ja jestem inny. W miarę upływu lat przybywa ich, a świat jest inny
coraz bardziej. Z ich śmiercią i ja trochę umarłem. Czas ran nie leczy,
choć trzeba żyć jak przedtem, normalnie, nie na cmentarzach, ale między
żywymi. Śmierć tych, których kochamy, nas przemienia. Naukę Jezusa o zmartwychwstaniu są zdolni przyjąć dopiero ci, którzy przeszli przez
doświadczenie śmierci tych, których kochali, własnej śmierci: un peu
mourir.
Nad kim płaczesz? Nad tymi, co umarli, czy nad sobą? Nad sobą. Opłakując
ich śmierć, opłakujesz własne osamotnienie, własną dolę tego, który
został. Własną śmierć. Bo ich odejście to trochę (un peu) twoja własna
śmierć.
Nieodwracalność. Niczego już się nie da naprawić, niczego odwołać, nie
da się powiedzieć tego, z powiedzeniem czego się zwlekało. Za późno na
skąpioną - nie wiedzieć czemu - czułość. Teraz niewykonane,
niepowiedziane, nienaprawione trzeba nieść w sobie. "Śpieszmy się kochać
ludzi...". Kochać? Śpieszmy się, żeby zdążyć powiedzieć o miłości.
Nie ma sensu tamtych niespełnień spychać na dno niepamięci. Prędzej czy
później wypłyną. Są gorzką prawdą o nas, a prawda o nas to pokora. Tak,
nie było nas tam, gdzie powinniśmy być. I nic tego nie zmieni.
Pierwsze słowa, które przez łzy wypowiedział młody Karol Wojtyła, kiedy
wrócił (z obiadem) do domu i zastał ojca bez życia, brzmiały: nie było
mnie przy śmierci brata, nie było mnie przy śmierci ojca.
"Wypadki nie zdarzają się innym" - głosiły w latach 70. napisy przy
francuskich autostradach. Poczucie, że "umierają inni", towarzyszy
młodości. Nawet choroba, nawet otarcie się o śmierć nie wymusi (może co
najwyżej na chwilę) refleksji: "mogłem to być ja". Pierwszym sygnałem,
który do świadomości dociera, to odchodzenie "kolegów z naszej klasy".
Potem już wystarcza prosty rachunek - chrzest dziecka i myśl: "na jego
ślubie już mnie nie będzie". Planowane daty, na przykład zbudowania
autostrady czy czegoś tam, i myśl: "ja już tą autostradą jeździł nie
będę". Można o tym nie myśleć, można na przykład się zanurzyć w wir
zajęć, być intensywnie potrzebnym, można się "sprawdzać" tak czy siak i mruczeć do siebie: "nie jest jeszcze tak źle". Można też - radzę -
zacząć selekcjonować: co ważne - zatrzymywać, co pozorne, co tylko
doraźne - odpuszczać.
Zdarzyło mi się kiedyś w nocy wysłuchać we włoskiej telewizji długiej
rozmowy z księdzem, zakonnikiem, poetą, człowiekiem mediów, w ostatnich
latach życia pustelnikiem Davidem Marią Turoldo. Nic wtedy o nim nie
wiedziałem. Z rozmowy wynikało, choć wygląd na to nie wskazywał, że jest
poważnie chory. Upłynęło od tej rozmowy już kilkanaście lat (zmarł w 1992 r.), a ja doskonale pamiętam, jak mówił, że ze swoją śmiercią
trzeba się zaprzyjaźnić. Erem, noc i pogodny spokój, z jakim to mówił -
a było oczywiste, że mówi o sobie - zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Trzeba się zaprzyjaźniać ze swoją śmiercią. O tym był wiersz, który
wtedy przeczytał, a którego nigdy nie udało mi się znaleźć. Znalazłem
inny jego trójwiersz: "Głęboka noc:/Boże spraw, że noc się skończy,/że
już nie będzie Nocy".
Śmierć wielkich ludzi. Wiedzieliśmy, że są. Często fizycznie dalecy,
byli ważnymi elementami świata. Ważni, choć tak dalecy, że niemal
nierzeczywiści: Mahatma Gandhi, Jan XXIII, Matka Teresa (widziałem ją z daleka raz czy dwa razy), brat Roger (z którym kilkakrotnie siadałem do
wspólnego posiłku, rozmawiałem i modliliśmy się razem), Zbigniew Herbert
(jedno spotkanie i dwie rozmowy telefoniczne) - przez śmierć stali się
jakby bliżsi. Wiedząc, że już ich nie będzie wśród żywych, staramy się
szybko zbierać wszystko, co można o nich wiedzieć. Często o różnych
wspaniałych ludziach dowiadujemy się dopiero, kiedy umierają. Zbieramy
wszystko, choć nie wiemy, co z tego za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt
lat zostanie. Może być i tak, że ich bardzo intensywna obecność za życia
po śmierci rozpłynie się w nieuwadze i niepamięci potomnych. Ale nie dla
nas. Odejście tych, którzy zawsze (w granicach mego świadomego życia)
byli, odejście rodziców, kardynała Wyszyńskiego, księdza Bozowskiego,
Jerzego Giedroycia, Jerzego Turowicza, Jana Nowaka Jeziorańskiego -
przemieniło kształt mojego świata. Na zawsze.
Tekst z numeru na Wszystkich Świętych. Towarzyszył mu raport "Śmierć w czasach medycyny" oraz ankieta "Po tamtej stronie", w której między
innymi Jacek Dukaj, biskup Antoni Długosz, Antoni Piechniczek, Stefan
Wilkanowicz i Rafał Ziemkiewicz mówili, jak wyobrażają sobie życie
wieczne.