p
Wprowadzenie
W młodości moje życie uczuciowe było jedną
wielką porażką. Trzymałam się związków ze strachu przed samotnością, a mężczyźni, z którymi się umawiałam, byli emocjonalnie niedostępni i nieczuli na moje potrzeby. Byłam naprawdę nieszczęśliwa. Z powodu ich
jawnego braku zainteresowania czułam się odrzucona i złościło mnie, że
nie zależało im na mnie na tyle, aby zapytać o moje potrzeby.
Chcę podzielić się z wami dwoma doświadczeniami, które wstrząsnęły mną
do głębi i uaktywniły moje głęboko zakorzenione schematy przywiązania.
Choć z pozoru wyglądają zupełnie inaczej, rozjątrzyły te same rany
emocjonalne. W wieku dziewiętnastu lat miałam chłopaka, który był bardzo
zaangażowany w pracę zawodową, ponieważ prowadził własną firmę. Po
pierwszym zauroczeniu, kiedy związek stał się mniej ekscytujący, z powrotem skupił się na pracy. Teraz wiem, że właśnie tego potrzebował.
Nie był złym facetem. Był po prostu kimś, kto poświęcał wiele uwagi
własnej firmie, co bardzo go stresowało. Ale jego powolne wycofywanie
się uaktywniło moje czułe miejsce związane z lękiem przed porzuceniem i zaczęłam odczuwać niepokój. Mocno schudłam, a moje życie straciło sens.
Wszystko to mnie przerażało, a z czasem zawirowania emocjonalne w moim
wnętrzu stały się tak intensywne, że trafiłam do szpitala z powodu
silnego stanu lękowego. Kiedy lekarz zapytał mnie, dlaczego się tam
znalazłam, odpowiedziałam po prostu: "Ponieważ mój chłopak mnie nie
kocha". Mój strach przed samotnością czaił się tuż pod skórą, a przejście od intensywnego bycia razem do dłuższej rozłąki obudziło mój
głęboki wewnętrzny niepokój. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje;
czułam się, jakbym popadła w obłęd. Przeczytałam wszystkie książki na
temat współuzależnienia i choć mi pomogły, to nadal nie wyjaśniały tego,
co działo się w moim ciele.
Wiele lat później poślubiłam mężczyznę, który w ogóle nie był w stanie
funkcjonować w związku. Gdy na początku związku nie odpisywał na moje
wiadomości, nie myślałam o tym zbyt wiele. Ale z czasem stałam się
wyjątkowo nadwrażliwa nawet na minimalne braki w zaangażowaniu. Schemat,
zgodnie z którym on się wycofywał, a ja szukałam z nim kontaktu,
powtarzał się co sześć do ośmiu tygodni. Czułam się uwięziona w pułapce
tego nigdy niekończącego się cyklu, wierzyłam jednak, że małżeństwo w jakiś sposób zmieni tę dynamikę i przyniesie mi poczucie bezpieczeństwa.
Teraz rozumiem, że gdy tylko weszliśmy w etap głębszej intymności (i zaczęłam czuć się bezpiecznie), on odsuwał się ode mnie z powodu
własnego strachu przed bliskością. Przestawał odpisywać na wiadomości, a nasza komunikacja stała się płytka i niejasna. W miarę jak on coraz
bardziej zwiększał dzielący nas dystans, ja, gdy na niego patrzyłam,
czułam się tak, jakby po drugiej stronie nikogo nie było. Całe moje
ciało reagowało na emocjonalne rozłączenie z nim. W mgnieniu oka moje
serce zaczynało bić szybciej i miałam wrażenie, jakby ktoś wyrywał ze
mnie trzewia. Mój wzrok mętniał i czułam wirującą wewnątrz mnie panikę.
Kiedy nie mogłam odzyskać bliskości emocjonalnej, zwijałam się w kłębek
w pozycji embrionalnej i czułam się tak samo zagubiona i opuszczona jak
wtedy, gdy byłam bardzo mała. Niezdolność mojego męża do kontaktu
emocjonalnego, a zwłaszcza jego puste spojrzenie, przywiodło mnie do
pierwotnego doświadczenia porzucenia. Było tak, jakby ktoś przerwał moją
linię życia lub odciął mi tlen.
Moje lata u progu dorosłości były mroczne i zagmatwane. Nie rozumiałam,
co działo się w moim ciele i mojej psychice, więc czułam się oderwana od
rzeczywistości. Zmieniło się to dopiero po tym, jak poznałam swoje
wzorce przywiązania i zdobyłam wiedzę na temat reakcji układu nerwowego
i ran emocjonalnych. Dzięki temu mogłam spojrzeć wstecz i dostrzec, że
uczucie lęku separacyjnego towarzyszyło mi przez całe życie. Wszystko to
pozwoliło nadać sens moim fizycznym doświadczeniom i stworzyło podstawę
dla współczucia i uzdrowienia. Napisałam tę książkę głównie po to, aby
przekazać również tobie głębokie zrozumienie tego, co naprawdę
dzieje się w naszym ciele i dlaczego tak często rozwijamy się,
rezygnując z samych siebie. Mając to wsparcie, wspólnie wyruszymy w uzdrawiającą podróż, która przyniesie ci wewnętrzne poczucie
bezpieczeństwa i umożliwi tworzenie w pełni satysfakcjonujących relacji
z ludźmi.
Zacznijmy od kilku pytań. Jeśli zastanawiasz się, czy twój wzorzec
przywiązania opiera się na lęku (lękowo-ambiwalentny styl przywiązania),
to dzięki uważnemu prześledzeniu poniższej listy uzyskasz pewien wgląd
we własne wnętrze. Są to uczucia i zachowania, których doświadczamy,
jeśli w dzieciństwie trawił nas uzasadniony niepokój o to, czy ktoś nas
opuści. Niektóre z nich dotyczą samego uczucia lęku, a inne sposobów, za
pomocą których próbujemy się przed nim chronić. Proszę, bądź dla siebie
łagodna w trakcie lektury tej listy.
Czy stale rozmyślasz o swoim obecnym partnerze kosztem swoich
zainteresowań?
Czy ciągle rozmawiasz z przyjaciółmi na temat swojego partnera i waszego związku?
Czy rezygnujesz z tego, co chcesz robić, aby zajmować się tym, czego -
według ciebie - chce twój partner?
Czy początkowo patrzysz na swojego partnera przez różowe okulary, a potem doznajesz rozczarowania, gdy nie spełnia on idealnie twoich
potrzeb?
Czy stajesz się niespokojna, jeśli twój partner nie odpowiada na
wiadomość od razu?
Czy zdarza ci się wymyślać teorie na temat powodów, dla których
partner nie odpowiada na wiadomości od razu?
Czy podejmujesz wielokrotne próby skontaktowania się z partnerem, gdy
od razu nie otrzymujesz od niego odpowiedzi?
Czy bardzo szybko się przywiązujesz, a potem martwisz się o to, czy
związek będzie trwały?
Czy czasami grozisz partnerowi odejściem, gdy nie poświęca ci on tyle
uwagi, ile chcesz?
Czy odsuwasz się od swojego partnera, jeśli nie zaspokaja on twoich
potrzeb kontaktu?
Czy zależy ci, aby po konflikcie jak najszybciej przywrócić bliskość
emocjonalną i w związku z tym nalegasz na kontynuowanie rozmowy,
dopóki znowu nie poczujesz, że nawiązaliście porozumienie?
Czy pouczasz i obwiniasz swojego partnera za to, że nie jest dla
ciebie dostępny tak często, jak tego potrzebujesz?
Czy prowadzisz rejestr przewinień swojego partnera?
Czy łatwo wpadasz w złość - albo na siebie, albo na swojego partnera -
jeśli nie jest on dostępny tak często, jak tego potrzebujesz?
Czy myślisz o zdradzie albo faktycznie nawiązujesz romans, aby
wzbudzić zazdrość w swoim partnerze?
Czy śledzisz swojego partnera online, aby znać każdy jego ruch?
Czy włamujesz się do telefonu partnera, aby sprawdzić, z kim się
kontaktuje i czy cię nie okłamuje?
Po pierwsze, pamiętaj, że to nic złego, jeśli rozpoznajesz u siebie
wszystkie lub niektóre z tych zachowań, ponieważ już wkrótce zrozumiesz,
skąd biorą się u ciebie takie skłonności, i znajdziesz w sobie więcej
współczucia wobec własnej osoby. Bezpośrednia konfrontacja z pewnymi
emocjami i zachowaniami może być bolesna lub zawstydzająca. Jednak
praca, którą wspólnie wykonamy, pozwoli ci również zdać sobie sprawę z tego, że cierpisz i czujesz lęk oraz że zasługujesz na wsparcie w leczeniu ran, które są przyczyną charakterystycznych dla ciebie reakcji
na pewne sytuacje w twoim związku.
Zacznijmy od czegoś, co może zabrzmieć nieco dziwnie. Co by było, gdybym
ci powiedziała, że aby poprawić jakość swoich relacji, musisz częściej
skupiać się na sobie? Prawdopodobnie stoi to w sprzeczności ze
wszystkim, czego dotąd nauczyłaś się o tym, co znaczy być kochającą,
troskliwą partnerką. Być może nawet wierzysz w to, że aby otrzymać
miłość, musisz sama ją ciągle dawać, tak jakby na miłość trzeba było
zasłużyć. Często jednak powtarzam innym pewną kluczową wskazówkę: aby
pielęgnować zdrowe relacje, musimy nauczyć się do głębi rozumieć same
siebie i wyleczyć rany, przez które wciąż trwamy w zamkniętym cyklu
cierpienia, tak abyśmy mogły wejść w kolejny związek z większym
poczuciem bezpieczeństwa i wewnętrznej siły. Ów proces transformacji
wewnętrznej nazywam stawaniem się w pełni sobą.
Kiedy będziesz wchodzić w związki, startując z tej umocnionej pozycji,
nie ulegniesz taktyce polegającej na manipulacjach czy zabieganiu o uwagę. Będziesz przyciągać ludzi, którzy dużo bardziej do ciebie pasują.
Zyskasz umiejętności i równowagę, aby poradzić sobie z wszelkimi
trudnościami, jakie się po drodze pojawią, oraz mądrość, dzięki której
będziesz wiedziała, czy już nadszedł lub zbliża się czas rozstania.
Jako praktykująca od ponad dziesięciu lat terapeutka par pomogłam już
tysiącom kobiet i mężczyzn stać się w pełni sobą oraz przyciągać i nawiązywać wspierające relacje miłosne. Wykonuję tę pracę, ponieważ moja
własna podróż do uzdrowienia nauczyła mnie, że zmiana sposobu
postępowania w związkach jest naprawdę możliwa. Kluczem do tego było dla
mnie zrozumienie, że mój styl przywiązania opierał na lęku i że
odtwarzałam ten wzorzec we wszystkich moich związkach romantycznych. Ten
styl relacji jest zakorzeniony w głębokiej niepewności i często
przejawia się w swego rodzaju uzależnieniu od miłości. Jeśli wiemy, że
określony związek nas rani, ale i tak tkwimy w nim niczym w pułapce albo
stale nawiązujemy relacje tego samego rodzaju i trzymamy się ich mimo
dezorientacji i wyczerpania, to prawdopodobnie tworzymy relacje oparte
na lęku.
Bardzo mi pomogła wiedza o tym, że wczesne interakcje, których
doświadczyłam jako niemowlę i małe dziecko, ustanowiły w moim układzie
nerwowym wzorzec energetyczny, który pojawiał się później w moim życiu
miłosnym. Chcąc się z tym skonfrontować, musiałam uświadomić sobie, że
próba wykorzystania romantycznych relacji po to, aby "naprawić" to, co -
w moim odczuciu - było we mnie zepsute, albo aby mnie dopełnić,
doprowadziła mnie jedynie do jeszcze głębszego rozczarowania i cierpienia. Potrzebowałam nieco zwolnić, otoczyć się godnym zaufania
wsparciem i poświęcić czas na uleczenie lęku, który trwale wpoili mi
rodzice, mimo ich jak najlepszych intencji.
Nie chodzi o to, aby zrzucać całą winę na rodziców. Zrobili wszystko
najlepiej, jak umieli, mając do dyspozycji to, co sami otrzymali.
Najprawdopodobniej kochali nas tak, jak potrafili, ale miłość nie
zapewnia wszystkiego, co jest potrzebne do zbudowania solidnego
fundamentu dla bezpiecznego poczucia własnej wartości. Proces ten wymaga
od rodziców, aby nas widzieli i byli w pełni obecni dla nas takich,
jakimi jesteśmy, nawet gdy sprawiamy im kłopoty, jesteśmy zagniewane lub
smutne. Muszą również być kochający i zaciekawieni tym, kim się stajemy,
kiedy dorastamy, wspierając wszystkie aspekty naszego "ja". Ponieważ
rodzice widzą nas takimi, jakimi jesteśmy naprawdę, doskonale
odzwierciedlają nasz stan wewnętrzny i potrafią naprawiać błędy, które
mogli wcześniej popełnić. Wszystko to zapewnia nam poczucie
bezpieczeństwa, abyśmy mogły z pewnością siebie rozwinąć nasze
autentyczne "ja". Doświadczenia relacji z rodzicami dosłownie budują
nasz mózg w sposób, który pomoże nam w przyszłości tworzyć
satysfakcjonujące relacje, gdy będziemy gotowe na przyjaźń, a potem
miłość. Być może najważniejszy jest fakt, że internalizujemy rodziców
jako swoich stałych towarzyszy tworzących rdzeń wewnętrznej wspólnoty,
która będzie się nami opiekować przez całe życie. Powiemy o tym więcej w dalszej części tej książki.
Wielu rodziców po prostu nie otrzymało tego, czego sami potrzebowali
jako dzieci, aby móc zapewnić tego rodzaju poczucie bezpieczeństwa nam.
Kiedy ich internalizujemy, uwewnętrzniamy również ich lęki, złość lub
nieobecność. To, czy poważnie podejdziemy do naprawy tego dziedzictwa,
zależy już od nas. Muszę powiedzieć, że mój własny proces uzdrawiania
był najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek w swoim życiu zrobiłam,
ponieważ oznaczał powrót do zaprzeszłych ran. Właśnie ten powrót
pozwolił jednak na stopniową przemianę moich głęboko zakorzenionych
oczekiwań na temat związków miłosnych. Najważniejszym katalizatorem tej
pracy był koniec mojego pierwszego małżeństwa. Kiedy rzuciłam sobie
wyzwanie, aby pogodzić się z byciem singielką, stawiłam czoła ogromnej
samotności, zagubieniu i lękowi. Nie zdawałam sobie sprawy, że ten
związek odsłaniał moje głębokie podświadome rany po to, abym mogła je
uleczyć. W owym czasie zaczęłam szukać dostępnych emocjonalnie przyjaźni
z życzliwymi i konsekwentnymi ludźmi. To pomogło mi czuć wsparcie, gdy
pracowałam nad uzdrowieniem mojego świata wewnętrznego. Ich troska
dawała mi poczucie bezpieczeństwa, którego potrzebowałam, aby wykonać
całą tę pracę, a także pomogła uspokoić mój układ nerwowy. Wiem, że ich
zinternalizowałam, ponieważ w chwili, gdy piszę te słowa, odczuwam
wspólnotę z nimi oraz płynące z niej życzliwe wsparcie. I powoli, w miarę, jak dochodziłam do zdrowia, przestawałam się zatracać w romantycznej miłości, tak jak miało to miejsce wcześniej. Ten proces
doprowadził mnie do poczucia wewnętrznego spokoju, stabilności,
świadomości moich potrzeb i zaufania do siebie, chociaż nawet nie
wyobrażałam sobie, że jest to w ogóle możliwe. Koniec końców w jego
wyniku zyskałam kochającego partnera, z którym stworzyłam znacznie
bardziej bezpieczny model przywiązania. W inkubatorze nowego związku
zaczęłam integrować cały mój rozwój i nowo odkrytą świadomość, co
pozwoliło nam dotrzeć do dużo głębszych warstw prawdziwie
satysfakcjonującej intymności. W rezultacie czuję się wspierana przez
partnera w sposób, o którym nawet nie wiedziałam, że jest możliwy, i potrafię zaoferować mu w zamian ten sam stopień nieustającego wsparcia i akceptacji. Niezależnie od tego, gdzie się aktualnie znajdujesz na
swojej drodze, proces transformacji, który wspólnie w tej książce
zgłębimy, również tobie pozwoli zrozumieć, czego potrzebujesz, aby
uleczyć stare rany emocjonalne i móc pielęgnować zdrowe, pełne miłości i trwałe relacje. Napisałam tę książkę, ponieważ tego właśnie ci życzę.
W pierwszych trzech rozdziałach skupimy się na pogłębieniu naszego
zrozumienia siebie i naszych schematów zachowań w związkach miłosnych.
Pozwoli nam to rozwinąć mądrość i współczucie dla tych aspektów samych
siebie, które być może chciałybyśmy wyprzeć. Świadomość i akceptacja
siebie staną się podwaliną późniejszej zmiany.
Zaczniemy od przyjrzenia się dwóm stylom przywiązania, rozwijanym w dzieciństwie, które u ludzi już dorosłych kształtują różne wzorce
relacji, szczególnie w ich związkach intymnych. Niektórzy wykształcają
oparty na lęku ambiwalentny styl przywiązania, taki jak ten, który
dostrzegłam u siebie. Znacznie różni się on od emocji, które wszyscy
odczuwamy na początku nowego związku. Ponieważ wówczas wszystko jest
jeszcze nowe i nieznane, właściwa dla danej osoby dynamika nie zawsze
ujawnia się od razu. Każdy człowiek przeżywa wiele różnych emocji i z tego powodu czasami wszyscy zadajemy sobie pytanie, czy naprawdę
bezpiecznie jest pójść na żywioł, poddać się uczuciu i narazić się na
zranienie. Związek często zaczyna się od uczucia błogości i ekscytacji,
lecz później pojawiają się w nim obawy o bliskość, a nasze rany zostają
rozdrapane, przez co czujemy się zagubieni i zdezorientowani.
Przywiązanie oparte na lęku (ambiwalentne) wynika z głębokiego poczucia
wewnętrznej niestabilności; stare rany emocjonalne powodują, że
spodziewamy się ponownego porzucenia. Uczucia te mogą prowadzić do
zachowań, które - jak na ironię - tylko jeszcze bardziej odpychają
partnera: wysyłania kilkunastu wiadomości z rzędu, włamywania się do
jego telefonu, obsesyjnego śledzenia postów w mediach społecznościowych,
nieodstępowania go na krok czy zazdrości. Pod powierzchnią tych zachowań
kryje się uczucie trwogi, desperacka potrzeba utrzymania partnera przy
sobie i zwrócenia na siebie jego uwagi. Efekt? Burzliwe, bolesne i w ostatecznym rozrachunku nietrwałe relacje.
Ta książka została napisana dla osób z lękowo-ambiwalentnym stylem
przywiązania, ale będzie również pomocna w zrozumieniu stylu
znajdującego się na przeciwnym końcu spektrum. Unikający styl
przywiązania również ma swoje korzenie we wczesnym dzieciństwie i wynika
z doświadczeń z rodzicami, którzy albo nie byli obecni, albo nie byli w stanie zaoferować dziecku wystarczającego wsparcia emocjonalnego,
dlatego osoby unikające rozwinęły inny mechanizm radzenia sobie z tą
sytuacją. Widząc, że niebezpiecznie jest polegać na innych w związku,
nauczyły się chronić siebie poprzez stronienie od bliskości. Są to
często ludzie oddani swojej karierze zawodowej i mający skłonność do
wycofywania się w sytuacji, gdy "zagraża" im bliskość. Powodem do
zakończenia związku może być dla nich krytyka ze strony partnera.
Chociaż nie jest to mój styl przywiązania, wielokrotnie miałam do
czynienia z unikającymi partnerami. Skupimy się na tych dwóch typach
osób, ponieważ często przyciągają się one wzajemnie i lgną do siebie
niczym ćma do światła.
W następnym rozdziale będziemy badać obszar najmłodszej części naszego
"ja" - określając ją mianem Małego Ja - która nauczyła się, co musi
zrobić, aby utrzymać kontakt z rodzicami. Nasze współczucie wobec siebie
jako dzieci wzrośnie, gdy dotrze do nas prawdziwy sens faktu, że
zachowania, których najbardziej w sobie nie lubimy, były nam absolutnie
niezbędne, abyśmy mogli pozostać w relacji z najważniejszymi w naszym
życiu osobami. Straty z wczesnego dzieciństwa spowodowały najgłębsze
rany, których możemy nawet nie być świadomi, ale które popychają nas do
ciągłego odtwarzania znajomych schematów zachowań w czasie dorastania i wchodzenia w dorosłość.
Dzięki temu w ostatnim rozdziale części pierwszej zrozumiemy, w jaki
sposób z dziecięcych doświadczeń wyłania się ów lękowo-unikający taniec
w relacji dwojga dorosłych ludzi. Dwie osoby poszukujące miłosnego
związku zostają wciągnięte w znajome mechanizmy obronne ze względu na
swoje najgłębsze rany emocjonalne z dzieciństwa. Prowadzi to do tego, co
Melody Beattie nazywa związkiem współuzależnionym. Oto bardzo krótka
definicja współuzależnienia: jest to próba kontrolowania emocji i zachowań innej osoby, aby nie musieć doświadczać własnych bolesnych
uczuć1. Jeśli zdołam sprawić, że będziesz blisko mnie, nie będę
musiała odczuwać przerażającego uczucia porzucenia, które czai się w moim wnętrzu (osoba z lękowo-ambiwalentnym stylem przywiązania).
Jeśli uda mi się pozostać wystarczająco daleko od ciebie, nie będę
musiała doświadczać bezbronności, która grozi tym, że poczuję w sobie
czarną otchłań pustki (osoba z unikającym stylem przywiązania). Każda
z tych osób w rzeczywistości liczy, że druga z nich zapewni jej ochronę,
ale odbywa się to w sposób, który jeszcze bardziej unieszczęśliwia je
obie. W rezultacie osoby unikające bliskości nabierają jeszcze głębszego
przekonania, że związków należy unikać, a osoby lękowe - które są w większym kontakcie ze swoimi emocjami - cierpią katusze z powodu
porzucenia, kiedy dają z siebie wszystko, próbując zatrzymać przy sobie
partnera. Tę dynamikę będziemy dogłębnie badać.
W ostatniej części tego rozdziału poruszymy kwestię ran, które prowadzą
do jeszcze bardziej destrukcyjnych zachowań: do uzależnienia od miłości
u osoby lękowej oraz do narcystycznego skupienia na sobie u osoby
unikającej. Ponieważ sama doświadczyłam tego rodzaju relacji, znam
towarzyszący jej ból i konieczność wyleczenia ran emocjonalnych, przez
które osoby z przywiązaniem opartym na lęku są po prostu bezbronne.
Następnie dotrzemy do sedna tej książki, czyli pracy nad uzdrawianiem
wewnętrznych ran emocjonalnych i stawaniem się w pełni sobą. Przejdziemy
przez to wszystko razem. Być może najważniejszą lekcją, jaką wyniosłam z pracy nad własnym lękowo-ambiwalentnym stylem przywiązania, jest to, że
kluczem do stawania się sobą w pełni i w zdrowy sposób oraz do zyskania
gotowości na zrównoważony związek jest zmierzenie się ze swoimi
najgłębszymi lękami przed porzuceniem oraz samotnością i z przekonaniem,
że nie zasługujemy na miłość. Im dłużej ignorujemy bezbronne, zranione
aspekty naszego "ja", tym dłużej będziemy zbierać żniwo rozdzierających
serce doświadczeń bycia w związkach, które odtwarzają porzucenie i lęk,
znane nam z dzieciństwa.
Jako istoty ludzkie z trudnością radzimy sobie z bólem, często robiąc
wszystko, co w naszej mocy, aby tylko uniknąć dyskomfortu związanego z cierpieniem, jakie odczuwamy w głębi duszy. Praca wewnętrzna polegająca
na tym, aby stać się w pełni sobą, obejmująca konieczność dokładnego
zlokalizowania bolącego miejsca oraz troskliwe zaopiekowanie się nim,
stanowi wyjątek od tej reguły, dlatego wiele osób idzie przez życie, nie
próbując zająć się swoim cierpieniem. Nawet jeśli instynktownie
wyczuwamy, że w ten sposób mogłybyśmy uwolnić się od niezdrowych
schematów przywiązania, to i tak często się przed tym wzbraniamy,
ponieważ brak nam wsparcia niezbędnego, aby nawiązać kontakt z głębszym
poziomem bólu i lęku. Społeczeństwo często zachęca nas, byśmy
przechodziły przez to wszystko samodzielnie, ale warto znaleźć
odpowiednich ludzi (terapeutę lub jednego czy dwoje przyjaciół), którzy
potrafią słuchać z życzliwością i bez oceniania. Ja również będę miała
zaszczytny przywilej symbolicznego trzymania cię za rękę podczas całej
lektury tej książki. Będę z tobą pracować, aby pomóc ci rozwinąć twój
nowy wewnętrzny system wsparcia. Zgoda, aby inni ludzie się nami
zaopiekowali i nas wysłuchali, daje nam poczucie bezpieczeństwa, które
jest istotnym, a często brakującym składnikiem do stania się w pełni
sobą. Ta zewnętrzna sieć bezpieczeństwa uspokoi twój układ nerwowy,
zbuduje wewnętrzną wspólnotę opiekuńczą i pozwoli ci się w pełni
ucieleśnić oraz zyskać świadomość swoich potrzeb wynikających ze stylu
przywiązania, aby inaczej na nie reagować, kiedy znów się pojawią. Z biegiem czasu poczujesz się dużo bardziej bezpiecznie.
Zaczniemy od refleksyjnej praktyki, która pomoże nam zbudować
interocepcję. Oznacza to wsłuchiwanie się w sygnały wysyłane przez
nasze ciało, aby nawiązać kontakt z naszym światem wewnętrznym. Właśnie
tam zapobiegliwie przechowujemy nasze najgłębsze rany, dopóki nie pojawi
się ktoś, kto wesprze nas w uzdrowieniu. Możemy wtedy nawiązać kontakt
ze swoim młodszym "ja" (Małym Ja), zatrzymać w sobie jego doświadczenia
i spotkać swoich Wewnętrznych Obrońców i Wewnętrzne Opiekunki. Ponieważ
ty i ja wspólnie stworzymy tę przestrzeń, a dodatkowo poszukasz innych
towarzyszy swojej podróży (terapeuty lub godnych zaufania przyjaciół),
będziesz mieć wszystko, czego potrzebujesz, aby przejść tę drogę.
Kiedy już rozwiniesz zdolności wsłuchiwania się we własne wnętrze, w następnym rozdziale twoje Małe Ja rozpocznie swoją uzdrawiającą podróż.
Możesz tam wielokrotnie powracać, aby skorzystać z praktyk, które do
końca życia zapewnią mu wsparcie, jakiego potrzebuje. Chcąc ci
towarzyszyć, nagrywam medytacje, abyśmy mogły wykonywać je razem. Ta
część podróży będzie czasami bolesna, ponieważ dotkniemy lęku i cierpienia, których doświadczałaś w dzieciństwie. Jest to możliwe za
sprawą troski i życzliwości, które wnosi aktywnie słuchająca obecność
podczas budowania wewnętrznych zasobów, które przetrwają z tobą przez
całe życie. Ten ruch w kierunku stawania się w pełni sobą jest możliwy
dzięki temu, że jesteś wystarczająco odważna, aby wykonać tę pracę.
W ostatnim rozdziale części drugiej zbadamy proces wiodący od ofiarności
do pełni "ja". Czego możesz się spodziewać, gdy zakończysz tę podróż?
Przyjrzymy się miejscom, które odwiedziłyśmy, a następnie uczcimy nową
pełnię, która pojawia się, gdy kontynuujemy wspieranie Małego Ja w powrocie do zdrowia i budowanie silnej wspólnoty z Wewnętrzną Opiekunką.
Poznasz pewną praktykę służącą wzmocnieniu pełni siebie oraz wzrostowi
poczucia wdzięczności za nowy, solidny fundament wewnętrzny.
Teraz jesteśmy gotowe na część trzecią. Jak wygląda przejście w kierunku
współzależności z partnerem? W tego rodzaju związku oboje partnerzy mają
wystarczająco dużo wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa, aby nie tylko
polegać na sobie nawzajem, lecz także czuć się swobodnie z rozwijającą
się intymnością. Jednocześnie mogą się ku sobie zwracać, aby zapewnić
sobie wsparcie. Można powiedzieć, że ani się nie porzucają, ani nie
atakują siebie nawzajem. Wplatanie nowego sposobu bycia razem do związku
dwojga ludzi jest dużym wyzwaniem, ale przynosi ogromną satysfakcję.
Oznacza rozwijanie nowych rodzajów wewnętrznych i zewnętrznych granic
(rozdział siódmy), zdobywanie umiejętności w pracy nad trudnymi
aspektami, tak aby praca terapeutyczna pomiędzy dwojgiem ludzi
wzmacniała ich relację, a nie zaburzała związku (rozdział ósmy), oraz
czerpanie z zasobów wszechświata, aby podtrzymać taki rodzaj życia,
które nieustannie się odnawia w swojej zdolności do manifestowania
miłości (rozdział dziewiąty).
Wierzę, że różni ludzie pojawiają się w naszym życiu z jakiegoś powodu i że każda osoba, którą spotykamy na swojej drodze, oferuje nam cenną
lekcję. Musimy tylko być na nią otwarte. Patrząc z tego punktu widzenia,
możemy powiedzieć, że na głębszym poziomie wszystkie relacje mają
duchową naturę. Dlatego ścieżka wiodąca do stania się w pełni sobą jest
również duchową podróżą ku pełni, w której staramy się nawiązać kontakt
nie tylko z naszą wewnętrzną jaźnią, ale także ze źródłem bezwarunkowej
miłości i wsparcia, które jest większe niż wszystko, co możemy wyrazić
słowami.
Podróż do własnego wnętrza kryje w sobie głęboką tajemnicę. Możemy w jej
trakcie poczuć, że jesteśmy wspierani duchowo, że nigdy nie jesteśmy
sami i że wszechświat naprawdę nam sprzyja. Neuronauka relacji mówi nam
również, że jesteśmy stworzeni do bezpiecznych i opiekuńczych więzi,
dzięki którym w naszym ciele wytwarzają się substancje neurochemiczne
dające wrażenie serdeczności i poczucie bezpieczeństwa2.
Ufając tej duchowej bliskości i właściwemu ludzkiemu wsparciu, zaczynamy
działać bardziej spontanicznie i kreatywnie, zwiększając swoje szanse na
spełnienie w miłości. Gdy rozpoczniesz proces uzdrowienia, poczujesz się
dużo bezpieczniej w świecie, w swoich związkach oraz z samą sobą.
Dzielę się tym jako motywacją do podróży, którą właśnie rozpoczynamy,
podróży wiodącej do lepszego zrozumienia i uleczenia swoich ran
emocjonalnych, abyś nie musiała już nigdy szukać pocieszenia i wsparcia
wyłącznie na zewnątrz. Kolejne strony tej książki obejmują
prowadzone medytacje i praktyki mające na celu pomóc ci przejść przez
twoje najgłębsze emocjonalne rany i potrzeby. Chcę, abyś odnalazła tu te
części twojego świata wewnętrznego, które wymagają specjalnej uwagi,
jednocześnie zachęcając cię do zbadania, w jaki sposób dynamika twoich
przeszłych relacji rzuca światło na poranione, wrażliwe obszary. Proszę,
abyś czytała tę książkę bez pośpiechu, we własnym tempie i uszanowała
to, że potrzebujesz czasu, by zagłębić się w swój świat wewnętrzny.
Możemy to zrobić razem.
Rozdział 1. Znaczenie relacji międzyludzkich
Rozdział 1
Znaczenie relacji międzyludzkich
Pierwszą i najważniejszą rzeczą, o której
chcę, abyś pamiętała, jest to, że pragnienie bycia w związku jest
najbardziej naturalną sprawą na świecie. Wszyscy jesteśmy stworzeni do
wiązania się z innymi ludźmi na poziomie intymnym. Rodzimy się fizycznie
połączeni z matką za pomocą pępowiny, która jest dosłownie naszym
jedynym źródłem pożywienia, magiczną nicią samego życia. Jako niemowlęta
i małe dzieci nadal polegamy na naszych rodzicach i reszcie rodziny, aby
móc przetrwać, natomiast okres dorastania oznacza naukę stawania się
bardziej samowystarczalnymi, aż w końcu jesteśmy w stanie zaspokoić
własne potrzeby związane z przetrwaniem. Gdy wkraczamy w dorosłość,
społeczeństwo przekonuje nas, że samodzielność i niezależność są bardzo
ważne, ale jeśli cechuje nas przywiązanie oparte na lęku
(lękowo-ambiwalentny styl przywiązania), to nasz świat wewnętrzny
nakłania nas, aby w relacji blisko przylgnąć do partnera, grożąc, że w przeciwnym razie zostaniemy porzuceni. W rzeczywistości kod złotego
środka, czyli współzależności od innych, istniał, zanim jeszcze
zaczerpnęliśmy swój pierwszy oddech. Jesteśmy istotami społecznymi od
dnia narodzin aż do ostatniej chwili naszego życia; zawsze szukamy ludzi
dających nam poczucie bezpieczeństwa, na których możemy się oprzeć i którzy mogą oprzeć się na nas. Nic nie daje nam takiego poczucia
bezpieczeństwa, jak prawdziwa więź z drugą osobą.
Kiedy już wyruszamy w świat i zaczynamy szukać relacji poza naszą
najbliższą rodziną, skąd mamy wiedzieć, że osoba, której powierzamy
swoje uczucia, sprosta temu zadaniu i nie zdepcze naszego kruchego,
ufnego, otwartego serca? Jako dorosłe w obliczu tej niepewności mamy
skłonność do tłumienia naszego pragnienia więzi z drugim człowiekiem
poprzez stawanie się osobą wyjątkowo niezależną, albo wpadamy z jednego
związku w drugi, chcąc szybko znaleźć remedium na czający się w naszym
wnętrzu ból samotności. Chociaż prawdą jest, że nie potrzebujemy już
więzi zapewniających nam przetrwanie (pokarm, ubranie i ochronę), to
nasze dorosłe relacje spełniają dwie inne, równie ważne funkcje:
zaspokajają naszą potrzebę zobaczenia siebie oczami innej osoby w sposób, który pozwala nam zyskać wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, a także dają satysfakcję z długotrwałej bliskości z drugą osobą.
W naszych najbardziej intymnych związkach - takich, w których czujemy
się naprawdę bezpieczne i wystarczająco odprężone, aby być "naprawdę"
sobą - jesteśmy w stanie uzyskać dostęp do głębszych poziomów istnienia
i odkryć radość z bycia akceptowanymi takimi, jakie naprawdę jesteśmy. W ten sposób nasze bliskie relacje stają się lustrem, w którym możemy
dostrzec całe swoje "ja". Mając poczucie bezpieczeństwa w owej pełni
swojego "ja", jesteśmy w stanie zrozumieć nasze najgłębsze potrzeby i starać się je zaspokajać, gdy z ufnością określamy swoje miejsce w świecie. Nie ma nic bardziej afirmatywnego i uwalniającego niż
wewnętrzna zgoda na bycie po prostu sobą, a w zdrowej relacji
udzielają go sobie obie strony w ramach ciągłej, bezwarunkowej i wzajemnej wymiany akceptacji i uznania. W takim przypadku konflikty
postrzega się jako sposób na budowanie empatii i zrozumienia, coś, co
może jeszcze bardziej zbliżyć nas do siebie. Wszystko to pomaga nam czuć
się komfortowo z bliskością, dzięki czemu z kolei z większą łatwością
dajemy i przyjmujemy miłość.
W zależności od naszego wychowania oraz kultury, w jakiej żyjemy, możemy
mieć trudności z tworzeniem bezpiecznych i zdrowych więzi. Być może jako
dzieci doświadczyłyśmy braku zainteresowania nami, więc nauczyłyśmy się
radzić sobie same. A może poświęcano nam uwagę tylko sporadycznie, więc
z lękiem czepiamy się kurczowo każdej odrobiny atencji i uczucia, które
pojawiają się na naszej drodze, nie wierząc, że zawsze dostaniemy ich
wystarczająco dużo. Jeśli fundamenty naszych związków zostały położone
na grząskim gruncie, musimy najpierw wyleczyć najgłębsze rany
emocjonalne, aby móc stworzyć bezpieczne relacje, których tak mocno
pragniemy.
Czym jest teoria STYLÓW przywiązania?
Teorię przywiązania, znaną również jako naukę o tworzeniu więzi z rodzicami we wczesnym dzieciństwie, zapoczątkował psycholog John Bowlby
w latach pięćdziesiątych3. Twierdził on, że jako
niemowlęta jesteśmy zależni od swoich opiekunów w zakresie naszych
podstawowych potrzeb, a sposób, w jaki ci opiekunowie (rodzice,
dziadkowie i rodzeństwo) zaspokajają nasze potrzeby, tworzy określony
styl przywiązania. Ma to wpływ na sposób, w jaki odnosimy się do
innych przez całe nasze dzieciństwo i dorosłość. Bowlby wraz ze swoją
współpracowniczką Mary Ainsworth wyróżnili trzy różne style
przywiązania: lękowo-ambiwalentny, unikający i bezpieczny. Świadomość
istnienia tych wzorców relacyjnych stanowi podstawę mojej pracy jako
terapeutki par, a także pomogła mi zrozumieć działanie moich własnych
relacji po tym, jak moje pierwsze małżeństwo zakończyło się druzgocącym
rozwodem. Kiedy znalazłam się na samym dnie, uświadomiłam sobie, że
nadszedł czas na zmianę. W chwili, gdy odkryłam, że u podstaw moich
problemów leżał mój własny lękowo-ambiwalentny styl przywiązania, zdałam
sobie sprawę, że muszę zbudować wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa,
którego przez całe życie mi brakowało.
Jak już opisałam we wprowadzeniu, osoby, które wykształciły
lękowo-ambiwalentny styl przywiązania, odczuwają lęk przed porzuceniem,
ponieważ ich rodzice byli niekonsekwentni w tworzeniu więzi. Aby
uchronić się przed ponownym wystąpieniem takiej sytuacji, osoby te mają
tendencję do skupiania całej swojej energii na stworzeniu związku.
Potrzeba utrzymania relacji za wszelką cenę często emocjonalnie dusi ich
partnerów, ponieważ osoby te nie potrafią powstrzymać się od obsesji na
punkcie stopnia ich zaangażowania. Kiedy nowy partner zaczyna się
wycofywać, często ujawnia się u nich przekonanie, że nie zasługują na
miłość. Ich życie staje się niekończącym się pasmem poszukiwania
związku, który udowodni im, że są warte tego, by je pokochać, jednak
silna potrzeba przylgnięcia do partnera, aby pozbyć się uczucia lęku i niepewności staje się przyczyną stawiania żądań prowadzących często do
porzucenia, którego tak bardzo się obawiają.
Tymczasem osoby z unikającym stylem przywiązania mają silną potrzebę
wycofania się ze związku przy pierwszych oznakach bliskości. W tym
przypadku najgłębsze przekonanie jest takie samo: "Nie otrzymam miłości,
której potrzebuję", ale zostało one w inny sposób zaszczepione przez
rodziców, którzy na stałe nie zaspokajali emocjonalnych potrzeb swoich
dzieci. Naturalnym przekonaniem tych osób jest to, że muszą radzić sobie
same, więc uczą się cenić swoją niezależność i samowystarczalność ponad
wszystko inne, ponieważ nie wierzą, że ktokolwiek zaspokoi ich potrzeby
emocjonalne.
Osoby z bezpiecznym stylem przywiązania czują się bardziej komfortowo z bliskością i ufają, że ich potrzeby emocjonalne zostaną zaspokojone.
Kiedy były dziećmi, ich rodzice konsekwentnie oferowali im serdeczność i troskę, komunikując im, jak bardzo zasługują na rodzicielską miłość. To
sprawia, że oczekują i pragną współzależności w swoich dorosłych
związkach. Są w stanie zaoferować partnerowi miłość i wsparcie, nie
tracąc przy tym poczucia własnej wartości, więc mogą łatwo przechodzić
od poczucia bliskości do większej samowystarczalności, nie obawiając
się, że z tego powodu związek się skończy.
Wiele z nas jako dzieci doświadczyło więcej niż jednego stylu
przywiązania. Być może matka była zalękniona i niekonsekwentna, a ojciec
często milczał, chowając się za gazetą. Jeśli mamy w sobie oba te
wzorce, każdy z nich może się ujawnić w zależności od tego, z kim
aktualnie tworzymy związek. Jeśli czujemy, że przyjaciel lub partner do
nas lgnie, unikanie, którego doświadczyłyśmy w relacji z ojcem, może
spowodować, że zaczniemy się wycofywać. Jeśli jesteśmy z kimś, kto ma
skłonność do wycofywania się, możemy zacząć odczuwać lęk, którego
doświadczyłyśmy w relacji z matką. Gdy wspólnie przejdziemy przez cały
proces, uzyskasz nieco większą jasność co do własnych skłonności,
wzorców i potrzeb w różnych sytuacjach. Stopniowo pomoże ci to lepiej
zrozumieć twoje potrzeby w romantycznym związku.
Ludzie, którzy zostali wychowani w poczuciu bezpieczeństwa, często
zastanawiają się, dlaczego mimo to czasem odczuwają niepewność. Ważne
jest, aby zdać sobie sprawę, że wszyscy możemy odczuwać niepokój, gdy
nasz partner ma silną tendencję do wycofywania się z bliskości. To
uczucie jest niczym adaptacyjny system wczesnego ostrzegania, który
uświadamia ci, co dzieje się pomiędzy wami. Mając tę cenną wiedzę w emocjonalnym zanadrzu, będziesz pamiętać, że przywiązanie jest zawsze
doświadczeniem w relacji dwóch osób.
Żaden ze stylów przywiązania nie jest lepszy od drugiego. Nasz sposób
nawiązywania relacji składa się na to, kim jesteśmy. Niezależnie od
tego, czy cechuje nas przywiązanie lękowo-ambiwalentne, unikające czy
bezpieczne, nasz model wiązania się z innymi rozwijał się przez całe
nasze życie, ponieważ w najlepszy możliwy sposób dostosowywałyśmy się do
warunków panujących w naszej rodzinie. Prawdziwa siła tkwi w tym, aby
zamiast próbować się zmienić z dnia na dzień, nauczyć się rozumieć
unikalne potrzeby naszego typu przywiązania oraz pracować z nimi w trakcie procesu terapeutycznego, tak abyśmy mogły skupić się na
relacjach, które pozwolą nam się w pełni rozwijać i być dokładnie
takimi, jakie naprawdę jesteśmy.
W tej książce przyjrzymy się głównie lękowo-ambiwalentnemu stylowi
przywiązania (opartemu na lęku), z którym, jak przypuszczam, najbardziej
się identyfikujesz; tytuł książki musiał jakoś z tobą zarezonować.
Prawdopodobnie raz po raz leczysz złamane serce, zastanawiając się,
dlaczego wciąż przyciągasz do siebie partnerów, którzy wydają się
niezwykle niezależni lub tak narcystyczni, że ledwie są w stanie cię
zrozumieć, nie mówiąc już o zaspokojeniu twoich potrzeb emocjonalnych.
Ze swojej strony postrzegasz relacje inaczej, wierząc, że aby kochać i być kochaną, musisz dać z siebie wszystko, co masz, a nawet więcej. I że
najszlachetniejszą cnotą jest bycie ofiarną w swoich związkach. Choć
może to brzmieć przekonująco, w rzeczywistości jest to prosta droga do
zatracenia się w miłości. Jak bardzo romantyczne by się to nie wydawało,
jest całkowitym przeciwieństwem stabilnej emocjonalnie drogi prowadzącej
do odkrycia i akceptacji samej siebie. A to właśnie jest prawdziwym
celem naszych intymnych relacji w dorosłym życiu.
Teoria romantycznego przywiązania u osób dorosłych została pierwotnie
sformułowana przez psychologów Cindy Hazan i Phillipa R. Shavera w latach osiemdziesiątych4. Ich przełomowe badania
wykazały, że około pięćdziesięciu sześciu procent ludzi ma bezpieczny
styl przywiązania, podczas gdy dwadzieścia pięć procent jest
przywiązanych ambiwalentnie (lękowo), a dziewiętnaście procent -
unikająco. Proporcje te zmieniły się nieco w ciągu następnych
dziesięcioleci; zmalała liczba osób z bezpiecznym stylem przywiązania,
podczas gdy wzrosła liczba reprezentujących pozostałe style,
prawdopodobnie z powodu zwiększającej się ilości stresu w życiu
codziennym. Hazan i Shaver zauważyli również, że najwcześniejsze
doświadczenia związane z przywiązaniem mocno wpływają na nasze
zachowanie w dorosłych relacjach, szczególnie tych najbardziej
intymnych. Im bliższy związek, tym silniej uaktywnia on nasze
wcześniejsze oczekiwania dotyczące przywiązania.
Badania Hazan i Shavera sugerowały również, że poszczególne style
przywiązania mogą być dla siebie nawzajem atrakcyjne. Jak już
wspomniałam we wprowadzeniu, osoby lękowe (styl lękowo-ambiwalentny) i unikające (styl unikający) często się przyciągają. Osoba unikająca może
czuć pociąg do osoby lękowej, ponieważ pragnie ona dokładnie tego, czego
ta pierwsza tak desperacko stara się uniknąć: bliskości. Tymczasem osoba
lękowa jest nadmiernie czujna w swoim dążeniu do stabilności, czyli
tego, czego osoba unikająca raczej nie będzie w stanie jej zapewnić.
Zobaczmy teraz, jak wygląda przebieg takiej relacji, biorąc jako
przykład mój związek z byłym mężem.
Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, wszystko między nami układało się
cudownie. On był bardzo troskliwy i planował dla nas wiele atrakcji. Co
najlepsze, spójnie przejawiał dbałość o relację. Wydawało się nawet, że
wyraża swoje emocje otwarcie i swobodnie, bez wahania mówiąc, że mnie
kocha. Ale im bliższy i bardziej intymny stawał się nasz związek, tym
bardziej ujawniały się nasze indywidualne obawy dotyczące związków.
U każdego z nas przejawiało się to nieco inaczej, adekwatnie do naszego
stylu przywiązania. Kiedy on odczuwał strach, wycofywał się, a mnie
ciągnęło do niego, ponieważ szukałam otuchy i wsparcia. Im bardziej mój
lęk sprawiał, że pragnęłam zwrócić na siebie jego uwagę, tym bardziej
jego unikanie odciągało go ode mnie. Kiedy czułam, że on się wycofuje,
wpadałam w panikę i jeszcze bardziej starałam się zyskać jego uwagę, na
przykład wysyłając wiele wiadomości z rzędu. On - jako osoba unikająca -
czuł się zagrożony, i to zarówno przez moją potrzebę, jak i emocje
przeze mnie wyrażane, dlatego zamykał się emocjonalnie i ucinał wszelki
kontakt. Następnie zrywał ze mną. W miarę upływu czasu czuł mniejszą
presję i przypominał sobie, jak bardzo mnie kocha. Wracał do mnie
zaangażowany w stu pięćdziesięciu procentach. Ale gdy tylko znów
zaczynaliśmy być blisko ze sobą, cały rytuał się powtarzał.
Jestem pewna, że możesz się utożsamić z moją historią. To cykl znany
większości osób z przywiązaniem lękowym (ambiwalentnym). Napędza nas tak
wielki strach, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby za wszelką
cenę utrzymać związek. Prawdopodobnie słyszałaś wypowiedzi w rodzaju:
"Chcę, aby mój mężczyzna się mną zaopiekował" albo "Wszystko będzie
dobrze, gdy tylko się pobierzemy". I choć prawdą jest, że zdrowy związek
może pomóc nam stać się najlepszą wersją nas samych, to sedno tkwi w samej formule tych zdań, która sugeruje, że partner rozwiąże wszystkie
nasze problemy. Jeśli myślimy w ten sposób, wówczas pragnienie
znalezienia go staje się desperackim poszukiwaniem czegoś, co
postrzegamy jako brak w nas samych. Zamiast widzieć w naszej relacji
swoistą okazję do rozwoju, dzięki której możemy lepiej zrozumieć siebie
nawzajem, dzieląc się jednocześnie satysfakcjonującą bliskością, szukamy
partnera, który nas dopełni.
Kiedy to robimy, zaczynamy korzystać ze źródła energii naszego partnera,
zamiast własnego, i docieramy do punktu, w którym nie możemy już
funkcjonować bez jego miłości i uwagi. Zamiast polegać w potrzebie na
własnych zasobach wewnętrznych, zwracamy się do partnera, aby odzyskać
poczucie pełni. I rzeczywiście to może przez jakiś czas działać.
Zaczynamy czuć się bezpieczniej, lecz jednocześnie pojawia się lęk przed
utratą tego poczucia bezpieczeństwa i mówimy sobie: "To jest osoba,
której szukałam". Szybko werbalizujemy nasze odczucia: "Nie przeżyję,
jeśli on mnie zostawi. Muszę się go trzymać". Aby zapobiec tej stracie,
prawdopodobnie całkowicie wyrzekniemy się siebie, przedkładając potrzeby
partnera ponad własne i mając nadzieję, że on też będzie polegać na
nas tak, jak my polegamy na nim.
Weźmy dla przykładu moją klientkę Sam, która wydawała się dość dobrze
funkcjonować jako singielka. Pracowała w dziale PR-u i prowadziła
ożywione życie towarzyskie. Zaczęła spotykać się z Markiem, mężczyzną
jej marzeń. Świetnie wyglądał, miał dobrą pracę, był troskliwy i miły.
Zakochała się szybko i mocno. Mark postępował, jak należy: zabierał ją
do eleganckich restauracji, przez cały dzień wysyłał wiadomości, był
miły dla jej rodziny, a nawet snuł plany na temat ich wspólnej
przyszłości. Wszystko robili razem. Sam przestała chodzić na treningi,
czekając, aż to on postanowi, co mają robić. Zaczęła opuszczać "babskie
wieczory" i weekendowe wizyty u siostry. Widziałam, że głęboko
przywiązywała się do Marka i rezygnowała z wielu wspaniałych aspektów
swojego życia. Zaczęła poświęcać całą swoją energię na zaspokajanie
każdej jego potrzeby. Po kilku miesiącach była w stu procentach pewna,
że to ten jedyny. I wtedy on zaczął się nagle wycofywać. Przestał
odzywać się do niej w ciągu dnia i zaczął spędzać weekendy z kolegami, a gdy go o to pytała, nie potrafił wyjaśnić, co się zmieniło. Ponadto Mark
nie był w stanie powiedzieć jej, dlaczego się wycofuje; jej zaborczość
obudziła w nim doświadczenia z wczesnego dzieciństwa, z czego
prawdopodobnie nawet nie zdawał sobie sprawy.
Widziałam, jak Sam powoli się rozpada. Nie mogła zrozumieć, co się
właściwie dzieje, i żaliła się: "Zmieniłam dla niego całe swoje życie.
Myślałam, że mi się oświadczy. Nie wiem, co mam bez niego począć". Mark
zauważył, że traci panowanie nad sobą, więc jeszcze bardziej się od niej
zdystansował. Z bólem serca patrzyłam, jak Sam zaczyna się staczać po
równi pochyłej. Przestała osiągać najlepsze wyniki w pracy. Jej
przyjaciele i rodzina, którzy początkowo cieszyli się jej szczęściem,
teraz czuli się bardzo zranieni i zaniedbani, ponieważ będąc w związku z Markiem, zaniechała kontaktów z nimi. Jej pewność siebie mocno
ucierpiała. Stawała się coraz bardziej zalękniona i niepewna siebie, a w końcu Mark zerwał z nią na dobre. Sam i ja miałyśmy do wykonania dużą
pracę wewnętrzną.
Patrząc wstecz, można powiedzieć, że w tle tego związku nieustannie
czaił się cień lęku. Dla Sam ta usilna potrzeba pozostawania w kontakcie
była jednym z objawów stylu przywiązania, jakiego doświadczyła jako
niemowlę, małe dziecko i nastolatka, a który cechuje się lękiem i nieprzewidywalnością, nie zaś konsekwentną opieką. Jej układ nerwowy
podążał szlakiem poczucia bezpieczeństwa i dostępności, szukając ich u każdego, kogo aktualnie wybrała jako główną figurę dla zaspokojenia
swoich potrzeb. W tym przypadku był to Mark. Osoby z przywiązaniem
lękowo-ambiwalentnym mają zwykle nadwrażliwy system przywiązania, który
sprawia, że na pierwszym miejscu stawiają swoją dostępność dla partnera
i spychają wszystkie inne potrzeby i priorytety na dalszy plan.
Zdecydowanie ma to sens. Jeśli, dorastając, miałaś do czynienia z niekonsekwencją w swoich podstawowych relacjach, to jako osoba dorosła
spodziewasz się, że w twoich związkach stanie się coś złego. Jesteś
czujna i wrażliwa, adekwatnie do tego, czego nauczyłaś się w dzieciństwie. W rezultacie funkcjonujesz zawsze w stanie najwyższej
gotowości, wyczulona na najsubtelniejsze zmiany w nastroju swojego
partnera, i nieustannie wypatrujesz oznak, że coś jest nie tak, więc
tracisz poczucie bezpieczeństwa, a twoje ciało przechodzi w stan
fizycznego stresu przy pierwszych oznakach porzucenia. Jeśli jesteś
osobą o bezpiecznym stylu przywiązania, to gdy twój partner nie odpisuje
natychmiast, możesz pomyśleć: "Pewnie jest zajęty pracą". Ale jeśli twój
wzorzec przywiązania opiera się na lęku (przywiązanie
lękowo-ambiwalentne), to myśli szybko przybierają formę: "Chyba wcale mu
na mnie nie zależy" albo "Coś jest między nami nie tak". I ponownie jest
to uzasadnione, ponieważ w dzieciństwie nauczyłaś się, że relacje nie są
niezawodne.
Pamiętasz, jak opisałam uczucie, gdy mój były mąż odsuwał się ode mnie?
"Czułam się tak, jakby ktoś wyrywał ze mnie trzewia". Ponieważ nasz
drugi mózg, ten w jelitach5, wychwytuje brak poczucia
bezpieczeństwa, to przejmujące uczucie mówiło mi, że jestem w wielkim
niebezpieczeństwie, ponieważ grozi mi porzucenie. Kiedy tak się czujemy,
myślenie racjonalne czmycha, gdzie pieprz rośnie, i włącza się ochronny
tryb przetrwania (reakcja "walki lub ucieczki") - a wtedy zaczynają się
uruchamiać zachowania, które naszym zdaniem pomogą nam podtrzymać
związek. Może to być na przykład nieustanne wysyłanie wiadomości,
przepraszanie za sprawy, które nie były naszą winą, a nawet stalking,
czyli prześladowanie - wszystko, byle tylko naprawić problem i przywrócić bliskość. Kiedyś, gdy mój były nie odpowiadał na wiadomości,
wsiadłam nawet do samochodu i krążyłam w pobliżu jego domu, próbując go
namierzyć. Z pozoru może się to wydawać całkowicie irracjonalne, ale z perspektywy moich najwcześniejszych doświadczeń i lęków związanych z porzuceniem te zachowania były całkowicie logiczne. Stanowiły zarazem
niezawodny sposób, aby odepchnąć go ode mnie jeszcze bardziej. Ale mój
impulsywny styl przywiązania po prostu robił wszystko, abym poczuła się
bezpiecznie.
Zaprogramowani na więź
W sytuacji idealnej relacje mają nam pomagać czuć się dobrze z samymi
sobą, ale gdy aktywuje się lękowo-ambiwalentny styl przywiązania, w całym naszym ciele narasta uczucie niepokoju. Ekstremalna reakcja
fizyczna, której doświadczałam za każdym razem, gdy mój były się ode
mnie odsuwał, sprawiała, że czułam się, jakbym oszalała, ale obecnie
wiem już, że tak po prostu reagował mój układ nerwowy, gdy doświadczałam
dystansowania się lub braku bliskości ze strony mojego partnera.
Osiągnęłam ten poziom samowspółczucia dzięki zrozumieniu, jak działa
autonomiczny układu nerwowy (AUN). Mechanizm ten wyjaśnia dr Stephen
Porges, naukowiec, który opracował tak zwaną teorię poliwagalną.
Według niego "łączenie się i koregulacja to nasz imperatyw
biologiczny"6, co oznacza, że jesteśmy neurobiologicznie, a także psychologicznie zaprogramowani na kontakty międzyludzkie. Pozwól,
że wyjaśnię, dlaczego tak ważne jest, aby to zrozumieć.
Zadaniem autonomicznego układu nerwowego jest utrzymywanie nas w stanie
bliskości emocjonalnej z drugą osobą, co ma zapewnić nam bezpieczeństwo.
W toku ewolucji - w sytuacji, w której nasze przetrwanie jako ludzi
zależało od tego, czy byliśmy akceptowani jako część plemienia lub grupy
- rozwinęły się trzy obwody neuronalne układu nerwowego: te "wędrujące
nerwy" reagują na sygnały w naszym świecie wewnętrznym i zewnętrznym na
trzy różne sposoby. Aby opisać ten proces, Porges stworzył pojęcie
neurocepcji7; zasadniczo chodzi tu o to, w jaki sposób
nasz układ nerwowy staje się świadomy tego, czy czujemy się bezpiecznie,
czy też nie. Działa to niczym radar, który nieustannie skanuje nasze
otoczenie, gdy jednocześnie nasz układ nerwowy podświadomie pyta: "Czy
jesteś ze mną?", co oznacza: czy jesteś otwarty na mnie takiego, jaki
jestem w tej chwili, bez oceniania? Czy naprawdę mnie widzisz? Czy mogę
liczyć na twoje wsparcie? Jeśli się poróżnimy, to czy zwrócisz się
przeciwko mnie?
Kiedy ów radar wykryje, że jesteśmy bezpieczni, aktywuje się obwód
neuronalny układu nerwowego, który jest odpowiedzialny za serdeczne
przywiązywanie się do innych8. Powstaje wtedy tak zwany się
stan brzuszny nerwu błędnego. Pomaga on nam słuchać siebie nawzajem,
łagodzi dźwięk naszego głosu, rozluźnia mięśnie wokół oczu i sprawia, że
nasza twarz jest ruchoma i ekspresyjna, dzięki czemu możemy lepiej
komunikować własne emocje. Wszystkie te fizyczne zmiany (wraz z komunikacją werbalną) sygnalizują innym ludziom, że można się
bezpiecznie do nas zbliżyć, otworzyć i zaangażować. Nie potrafimy udawać
tego stanu. Występuje on tylko wtedy, gdy czujemy się bezpiecznie w obecności innych, co oznacza, że kiedy wyczuwamy zagrożenie, stan
brzuszny wyłącza się, a wtedy bliskość z innymi nie jest możliwa.
Tego właśnie doświadczałam za każdym razem, gdy mój były mąż wycofywał
się z relacji. Gdy wyczuwałam, że zostałam porzucona, aktywował się u mnie kolejny układ neuronalny układu nerwowego, wprowadzając mnie w stan
znany jako pobudzenie układu współczulnego. Ma on za zadanie chronić
przed każdym zewnętrznym zagrożeniem i jest powszechnie określany jako
reakcja walki lub ucieczki. W tym stanie uszy zaczynają skanować
otoczenie w poszukiwaniu dźwięków świadczących o niebezpieczeństwie,
dlatego przestajemy słyszeć subtelne znaczenia wypowiedzi innych ludzi.
Obszar wokół oczu się napina. Spojrzenie się wyostrza. Głos nabiera
szczególnej intonacji, która sygnalizuje zagrożenie. Ten właśnie stan
doprowadził mnie do ciągłego wysyłania wiadomości, śledzenia partnera i robienia wszystkiego, co w mojej mocy, byle tylko zwrócić na siebie jego
uwagę. Co gorsza, kiedy wejdziemy w stan pobudzenia współczulnego, inni
mogą zacząć reagować podobnie. Ludzki układ nerwowy jest niezwykle
wrażliwy i ma rezonować z ludźmi wokół nas, więc kiedy zaczynałam
sygnalizować niebezpieczeństwo mojemu partnerowi, on również
adaptacyjnie przechodził w stan walki lub ucieczki. I o ile moim
zamiarem było mobilizowanie całej swojej energii do "walki" i prowadzenia działań mających utrzymać go blisko mnie, to jego wyuczoną
reakcją była "ucieczka".
Istnieje również trzeci obwód neuronalny autonomicznego układu
nerwowego, który aktywuje się tylko w sytuacji tak skrajnej bezradności
i przerażenia, że jesteśmy przekonani, iż zagrożone jest nasze
życie9. Wyobraź sobie płaczące w łóżeczku dziecko, do którego
nikt nie przychodzi. Znajduje się ono w stanie pobudzenia współczulnego
i woła o pomoc. Po pewnym czasie milknie. Straciło nadzieję, że pomoc
nadejdzie; uruchamia się u niego gałąź grzbietowa układu nerwowego.
W obliczu potencjalnego ekstremalnego zagrożenia organizm stara się
zminimalizować wydatek energetyczny, wszystko więc w nim zwalnia, w tym
także tempo oddychania i tętno. Twarz blednie i człowiek zaczyna
odłączać się od otaczającego go świata, próbując stać się istotą tak
małą i "niewidzialną", jak to tylko możliwe. To zniknięcie jest rodzajem
hibernacji w wyniku bezradności, pozwalającym zachować zasoby na lepsze
czasy. W moim związku na przykład chwilami czułam taki wstyd z powodu
emocji, które mną targały, że chciałam w ogóle nie mieć żadnych uczuć. W końcu jednak zrozumiałam, że to pragnienie odcięcia się i ukrycia
wynikało z uruchomienia mojej własnej tak zwanej reakcji grzbietowej
nerwu błędnego - rezygnowałam z nakłonienia mojego partnera do kontaktu
podobnie jak dziecko płaczące w łóżeczku, które w końcu opada z sił i się ucisza. Poniższa ilustracja przedstawia wszystkie trzy obwody
autonomicznego układu nerwowego oraz szlaki tej autostrady informacyjnej
w naszym ciele.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zob. Melody Beattie, Koniec współuzależnienia. Jak przestać kontrolować życie innych i zacząć troszczyć się o siebie, przeł. Andrzej Jankowski, Media Rodzina, Poznań 2003, s. 48-53. [wróć]
Zob. Daniel J. Siegel, Psychowzroczność: mindsight. Jak dzięki nowej wiedzy o umyśle i empatii wprowadzać pozytywne zmiany w życiu, przeł. Piotr Budkiewicz, Mamania, Warszawa 2021. [wróć]
Zob. Saul Mcleod, Bowlby's Attachment Theory, "Simply Psychology", 5 lutego 2017, https://www.simplypsychology.org/bowlby.html. [wróć]
Phillip R. Shaver, Cindy Hazan, A Biased Overview of the Study of Love, "Journal of Social and Personal Relationships", t. 5, nr 4 (listopad 1988), https://doi.org/10.1177/0265407588054005; Sara H. Konrath i inni, Changes in Adult Attachment Styles in American College Students Over Time: A Meta-Analysis, "Personality and Social Psychology Review", t.18, nr 4 (kwiecień 2014), s. 333-334, https://doi.org/10.1177/1088868314530516. [wróć]
Zob. Emeran Mayer, Twój drugi mózg: komunikacja umysł-jelita. Jak zależność mózg-jelita wpływa na nasz nastrój, decyzje i stan zdrowia, przeł. Dariusz Rossowski, Feeria Science, Łódź 2022. (Przypisy dolne pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Zob. Stephen W. Porges, Teoria poliwagalna: przewodnik, przeł.Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2020, s. 67. [wróć]
Zob. Stephen W. Porges, Neurofizjologiczne podstawy emocji i przywiązania w teorii poliwagalnej, przeł. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2021, rozdział 1, s. 38-51. [wróć]
Zob. Stephen W. Porges, Teoria poliwagalna: przewodnik..., op. cit. [wróć]
Zob. Deb Dana, Teoria poliwagalna w praktyce. Zestaw 50 ćwiczeń, przeł. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2021. [wróć]