Wstęp1
W tytule jednej ze swoich książek Helmut Schelsky nazywa młodzież
"sceptycznym pokoleniem". Coś podobnego można powiedzieć o dzisiejszych
psychoterapeutach. Staliśmy się ostrożni, wręcz nieufni, zwłaszcza wobec
siebie samych, wobec naszych sukcesów i wiedzy, a ta skromność i rzeczowość mogą być odzwierciedleniem samopoczucia całego pokolenia
psychoterapeutów. Od dawna nie jest już tajemnicą, że bez względu na
stosowaną metodę czy technikę w mniej więcej dwóch trzecich przypadków
odnotowuje się wyleczenie lub przynajmniej znaczącą poprawę stanu
zdrowia.
Chciałbym jednak przestrzec przed wyciąganiem demagogicznych wniosków.
Psychoterapia nie odpowiedziała bowiem jeszcze na piłatowe pytanie:
czymże jest zdrowie, czym jest powrót do zdrowia, czym jest leczenie?
Jedno nie budzi wszakże wątpliwości: skoro najprzeróżniejsze metody
odnotowują w przybliżeniu takie same wskaźniki powodzenia, to dana
technika nie może być czynnikiem, któremu przede wszystkim w tym wypadku
zawdzięczamy sukces. Franz Alexander stwierdził kiedyś: "We wszystkich
formach psychoterapii podstawowym narzędziem jest osobowość terapeuty".
Czy znaczy to jednak, że powinniśmy gardzić techniką? Zgodziłbym się
raczej z Hackerem, który przestrzegał przed upatrywaniem w psychoterapii
swego rodzaju sztuki, ponieważ takie porównanie otwiera drzwi przed
szarlatanerią. Z pewnością psychoterapia jest zarówno sztuką, jak i techniką. Chciałbym nawet pójść dalej i zaryzykować stwierdzenie, że
skrajność w psychoterapii, czy to idąca w kierunku sztuki, czy techniki,
jest jako taka -?jako skrajność -?czystym artefaktem. Skrajności
istnieją tylko w teorii. Praktyka zdarza się w obszarze pomiędzy
skrajnościami psychoterapii ujętej jako sztuka czy jako technika. Między
owymi skrajnościami istnieje całe spektrum możliwości, a w nim każda
metoda i technika ma sobie przypisaną określoną wartość. Skrajności w postaci sztuki najbliżej jest do autentycznego egzystencjalnego
spotkania ("egzystencjalnej komunikacji" w znaczeniu używanym przez
Jaspersa i Binswangera), podczas gdy bliżej skrajności technicznej
należałoby umiejscowić przeniesienie w znaczeniu psychoanalitycznym,
którym "się posługujemy", jak zauważył w jednej ze swoich niedawnych
prac Medard Boss, by nie powiedzieć "manipulujemy" (Dreikurs). Jeszcze
bliżej skrajności technicznej znajduje się trening autogenny Schultza, a najdalej od bieguna sztuki oddaliła się hipnoza przy użyciu nagrań
transowych.
To, jaki zakres częstotliwości niejako wyodrębnimy z całego spektrum, to
znaczy, jaką metodę i technikę uznamy za wskazaną, zależy nie tylko od
pacjenta, lecz również od lekarza. Nie tylko bowiem nie każda metoda
oddziałuje równie dobrze na każdy przypadek2,
lecz również nie każdy lekarz równie dobrze posługuje się każdą
techniką. Moim studentom tłumaczę to w postaci następującego równania:
? = x + y
Znaczy to, że wybrana metoda psychoterapii (?) jest pod tym względem
równaniem z dwoma niewiadomymi, że nie da się go stworzyć bez
uwzględnienia w rachunku zarówno unikalności i wyjątkowości pacjenta,
jak i unikalności i wyjątkowości lekarza.
Czy to oznacza, że wolno nam ulec i hołdować zepsutemu i taniemu
eklektyzmowi? Czy należałoby ukryć sprzeczności pomiędzy poszczególnymi
metodami psychoterapii? O tym nie może być mowy. Nasze rozważania
prowadzą raczej do wniosku, że żadna psychoterapia nie może rościć sobie
pretensji do wyjątkowości. Dopóki nie mamy dostępu do prawdy absolutnej,
musimy zadowolić się tym, że prawdy względne będą się nawzajem
korygować, musimy też zdobyć się na odwagę, żeby nie unikać
stronniczości -?takiej, która jest siebie świadoma.
Wyobraźmy sobie, że flecista w filharmonii nie grałby tylko i wyłącznie
na flecie, lecz zabierał się także za inne instrumenty -?to nie do
pomyślenia, gdyż ma on nie tylko po prostu prawo, lecz wręcz obowiązek,
by w orkiestrze grać tylko i wyłącznie na flecie -?ale właśnie jedynie w orkiestrze: gdy tylko wraca do domu, pilnuje się, aby poza orkiestrą nie
drażnić sąsiadów tym, że stronniczo i wyłącznie gra tylko na flecie. W polifonicznej orkiestrze psychoterapii mamy również prawo do pewnego
rodzaju stronniczości, która jest siebie świadoma -?nie tylko prawo;
taka stronniczość jest również naszym obowiązkiem.
A propos sztuki: kiedyś zdefiniowano ją jako jedność w różnorodności,
przez analogię, jak sądzę, dałoby się zdefiniować człowieka jako
różnorodność w jedności. Mimo jedności i całościowości istoty człowieka
istnieje różnorodność wymiarów, do których on sięga, i we wszystkie te
wymiary psychoterapia musi za nim podążać. Niczego nie wolno pozostawić
na boku -?ani wymiaru somatycznego, ani psychicznego, ani noetycznego.
Psychoterapia musi poruszać się po Jakubowej drabinie, musi się po niej
wspinać i zstępować w głąb. Nie wolno ani zaniedbać własnej problematyki
metaklinicznej, ani utracić pod nogami twardego gruntu klinicznej
empirii. Gdy tylko psychoterapia "zbłądzi" pośród ezoterycznych wyżyn,
musimy ją przywołać, sprowadzić z powrotem.
Człowiek dzieli ze zwierzętami wymiar biologiczny i psychologiczny.
Człowieczeństwo przewyższa w nim wymiar zwierzęcy i to ono go
kształtuje, człowiek nie przestaje jednak być zwierzęciem. Na lotnisku,
a więc na płaskim terenie, samolot, podobnie jak samochód, nie traci
zdolności jezdnych, swoją prawdziwą naturę samolotu pokazuje jednak
dopiero, gdy wzniesie się w powietrze, a więc w przestrzeń
trójwymiarową. Podobnie człowiek jest między innymi zwierzęciem, ale
jest też kimś nieskończenie więcej, więcej o cały wymiar, mianowicie
wymiar wolności. Wolność człowieka nie jest oczywiście wolnością od
uwarunkowań, czy to biologicznych, psychologicznych, czy
socjologicznych. Nie jest to w ogóle wolność od czegoś, tylko wolność
ku czemuś, a mianowicie wolność zajęcia stanowiska wobec wszystkich
uwarunkowań. I tak też człowiek ukazuje swoje prawdziwe człowieczeństwo,
gdy wznosi się w wymiar wolności.
Z tego, co powiedziano wyżej, wynika, że w teorii założenie etologiczne
jest równie uprawnione jak w praktyce założenie farmakologiczne. Nie
chciałbym tu rozstrzygać, czy środki psychotropowe mogą zastąpić
psychoterapię, tylko ją ułatwić, czy ewentualnie utrudnić. Chcę tylko
zauważyć, że gdy niedawno wyrażone zostały obawy, iż terapia
farmakologiczna może podobnie jak elektrowstrząsy doprowadzić do tego,
że psychiatria zostanie zmechanizowana i pacjent przestanie być
traktowany jak osoba, to muszę powiedzieć, że jest nie do pojęcia,
dlaczego tak właśnie miałoby się stać. To nigdy nie zależy od jakiejś
techniki, lecz tylko od tego, kto się nią posługuje, i od ducha, w jakim
jest używana3. Istnieje więc i taki duch, w którym technika psychoterapeutyczna jest w stosunku do pacjenta
stosowana w sposób "depersonalizujący", gdy poza chorobą nie widzi się
osoby, lecz raczej tylko funkcjonujące w psychice mechanizmy: człowiek
ulega reifikacji -?staje się rzeczą -?albo wręcz jest zupełnie
zmanipulowany: staje się środkiem do celu4.
Moim zdaniem w przypadku depresji endogennej terapia za pomocą środków
farmakologicznych jest absolutnie wskazana. Uważam za niewłaściwą
argumentację, że w takich przypadkach nie wolno "wyciszać" poczucia
winy, ponieważ u jego korzeni tkwi rzeczywista wina. W pewnym
egzystencjalnym sensie każdy z nas jest winny. Jednak pacjent cierpiący
na depresję endogenną odczuwa poczucie winy w wymiarze tak bardzo
pozbawianym prawidłowych proporcji, tak przesadnie, że wpędza go to w rozpacz i przyprawia o myśli samobójcze. Gdy odpływ odsłania rafę, nikt
nie zaryzykuje stwierdzenia, że rafa jest przyczyną odpływu.
Analogicznie w fazie endogenno-depresyjnej wina staje się widoczna w zniekształconych rozmiarach, wina, która leży u podstaw wszelkiego
człowieczeństwa, nie znaczy to jednak, że owo egzystencjalne poczucie
winy "leży także u podstaw" depresji endogennej w znaczeniu psychogenezy
czy wręcz noogenezy. Tak czy owak, ciekawe, że ten konkretny przypadek
egzystencjalnej winy, akurat tylko od lutego do kwietnia 1951, a potem
znów dopiero od marca do czerwca 1956 i potem w ogóle przez długi okres
nie powinien być patogenny. Jeszcze jedną rzecz chciałbym dać pod
rozwagę: Czyż jest na miejscu konfrontowanie człowieka z ową
egzystencjalną winą akurat w fazie depresji endogennej? Takie
postępowanie -?woda na młyn samoobwiniania się takiej osoby -?bardzo
łatwo może skutkować próbą samobójczą. Nie sądzę, by w takich
przypadkach wolno nam odmówić choremu ulgi, którą w jego cierpieniu może
przynieść farmakoterapia.
Jest nieco inaczej, gdy mamy do czynienia nie z depresją endogenną, lecz
psychogenną, nie z psychozą depresyjną, lecz depresyjną nerwicą: wówczas
w pewnych okolicznościach farmakoterapię należałoby uznać za błąd w sztuce. W takim przypadku byłaby ona bowiem pseudoterapią, która
ukrywałaby etiologię -?nie inaczej niż morfina podana w przypadku
zapalenia wyrostka robaczkowego. Analogiczna sytuacja może się zdarzyć w przypadku psychoterapii -?również za jej pomocą lekarz może ominąć w leczeniu etiologię. To niebezpieczeństwo jest tym bardziej aktualne, że
żyjemy w czasach, kiedy w psychiatrii, w ogóle w medycynie, można
odnotować zmianę funkcji. Niedawno, na zjeździe Amerykańskiego
Towarzystwa Medycznego, profesor Farnsworth z Uniwersytetu Harvarda
wygłosił wykład, w którym stwierdził: "Medycyna stoi obecnie wobec
zadania rozszerzenia swojej funkcji. W czasie kryzysu, z jakim mamy w tej chwili do czynienia, lekarze z konieczności muszą oddawać się
filozofii. Największą chorobą naszej epoki jest bezcelowość, nuda, brak
znaczenia i ukierunkowania". Właśnie takie pytania są dziś stawiane
lekarzowi. Są one w gruncie rzeczy pytaniami natury filozoficznej, a nie
medycznej i lekarz w zasadzie nie jest na nie przygotowany. Pacjenci
zwracają się do psychiatry, ponieważ wątpią w sens życia lub rozpaczają,
bo zupełnie utracili wiarę w odnalezienie sensu życia. Co do mnie, to
zwykłem takie przypadki uznawać za przykłady frustracji egzystencjalnej.
Same w sobie nie są one żadną patologią. O ile w poszczególnych
przypadkach w ogóle może być mowa o nerwicy, to mamy do czynienia z jej
nowym typem, który nazwałem nerwicą noogenną. Otóż według zgodnych
statystyk (por. str. 250) przypada na nią około 20 procent zachorowań. W USA Uniwersytet Harvarda oraz Bradley Center w Columbus, w stanie
Georgia, postanowiły opracować testy5,
pozwalające odróżnić w diagnostyce nerwicę noogenną od psychogennej (i somatogennej pseudonerwicy). Lekarz, który nie potrafi sporządzić takiej
rozróżniającej diagnozy, naraża się na niebezpieczeństwo rezygnacji z być może najważniejszej broni, jaka istnieje w psychoterapeutycznym
arsenale, a mianowicie tego, że człowiek kieruje się sensem i wartościami6. Trudno mi sobie wyobrazić, że
niewystarczające poświęcenie się zadaniu może zostać w jakichkolwiek
warunkach uznane za jedyną przyczynę popadnięcia w chorobę psychiczną.
Bez trudu dam się jednak przekonać, że pozytywne ukierunkowanie na sens
jest narzędziem uleczenia.
Jak rozumiem, mogę się spodziewać zarzutu, że pacjent będzie w ten
sposób przeciążony. Tyle że w dzisiejszych czasach, w epoce frustracji
egzystencjalnej, należy się obawiać nie przeciążenia, lecz
niedostatecznego obciążenia człowieka. Istnieje przecież nie tylko
patologia stresu, lecz również patologia ulgi. W 1946 roku miałem okazję
opisać psychopatologię ulgi na przykładzie byłych więźniów obozów
koncentracyjnych. Później takie samo stanowisko odnajdujemy w pracach
Waltera Schultego na temat ulgi jako "wegetatywnego kąta natarcia".
Wreszcie moje obserwacje zostały potwierdzone przez Manfreda Pflanza i Thure von Uexküll. Nie chodzi więc już o to, by za wszelką cenę unikać
napięć. Jestem raczej przekonany, że człowiek potrzebuje określonego,
zdrowego, oszczędnie dawkowanego napięcia. Nie chodzi przy tym o homeostazę za wszelką cenę, lecz o noodynamikę, jak nazywam
spolaryzowane pole napięcia, które otwiera się, nieodwołalnie i niepodważalnie, między człowiekiem a jego spełnieniem poprzez oczekujący
na niego sens. W Stanach Zjednoczonych słychać już głosy tych, którzy
chcieliby się dowiedzieć, że w psychoterapii dobiega końca epoka
epikurejska i zostanie ona zastąpiona epoką stoicką. Obecnie w najmniejszym stopniu nie możemy sobie pozwolić na to, by ukierunkowanie
człowieka na sens i wartości zbyć jako "nie więcej niż mechanizmy
obronne i drugorzędne racjonalizacje". O ile dotyczy mnie to osobiście i o ile wolno mi to w ten sposób potraktować, nie chciałbym żyć ani
ryzykować życia dla swoich mechanizmów obronnych czy drugorzędnych
racjonalizacji. Pewnie w odosobnionych, wyjątkowych przypadkach za
troską człowieka o sens jego istnienia będzie stało co innego, ale
najczęściej jest ona prawdziwym ludzkim celem, który powinniśmy
traktować poważnie, zamiast wtłaczać go we wzorce apercepcyjne naszej
profesji jak w prokrustowe łoże. Jakże łatwo obowiązujące w naszej
profesji wzorce mogą nas skłonić, by tak ludzką troskę o sens istnienia
-?tylko człowiek może stawiać pytanie o sens, kwestionować sens swojego
istnienia! -?zbyć analizą lub stłumić uspokojeniem. W obu przypadkach
prowadzilibyśmy jedynie pseudoterapię.
Noodynamika jest istotna nie tylko dla psychoterapii, lecz również dla
psychohigieny. W Stanach Zjednoczonych Kotchen na podstawie badań
testowych udowodnił, że podstawowe pojęcie logoterapii, tj.
zorientowanie na sens, a więc przyporządkowanie człowieka do świata
sensu i wartości, jest proporcjonalne do zdrowia psychicznego badanej
osoby. Z kolei Davis, McCourt i Solomon stwierdzili, że halucynacji
występujących w czasie przebiegu eksperymentalnej deprywacji
sensorycznej w żadnym wypadku nie da się uniknąć poprzez zwykły dopływ
danych zmysłowych, lecz jedynie poprzez przywrócenie odniesienia do
sensu.
To samo wyłączenie odniesienia do sensu powoduje jednak nie tylko
eksperymentalną psychozę, lecz również nerwicę zbiorową. Mam na myśli
poczucie bezsensu, które, jak się wydaje, coraz bardziej opanowuje
współczesnego człowieka i które nazywam próżnią egzystencjalną. Człowiek
cierpi dziś nie tylko z powodu zubożenia instynktu, lecz również ze
względu na utratę tradycji. Instynkt już mu nie podpowiada, co musi
zrobić, a tradycje przestały mówić, co zrobić powinien7. Wkrótce nie będzie wiedział, czego chce, i zacznie po prostu naśladować innych. Ulegnie konformizmowi. W Stanach
Zjednoczonych psychoanalitycy już teraz skarżą się, że mają do czynienia
z nowym typem nerwicy, której najważniejsza właściwość polega na
paraliżującym braku inicjatywy. Moi koledzy utyskują, że w takich
przypadkach konwencjonalne leczenie się nie udaje, zawodzi. A więc
wołanie o sens życia po stronie pacjenta wywołuje oddźwięk po stronie
lekarza, a mianowicie wołanie o nowe podejście psychoterapeutyczne. To
wołanie rozbrzmiewa tym bardziej alarmująco, że w przypadku próżni
egzystencjalnej chodzi o zjawisko zbiorowe. W trakcie moich
niemieckojęzycznych wykładów dla niemieckich, szwajcarskich i austriackich studentów około 40 procent słuchaczy przyznało, że
osobiście doświadczyli głębokiego poczucia bezsensu życia. W przypadku
wykładów anglojęzycznych wygłoszonych dla studentów w Stanach
Zjednoczonych odsetek ten wynosił 80 procent. Naturalnie nie świadczy to
o tym, że próżnia egzystencjalna dopada przede wszystkim Amerykanów ani
że jej istnienie zawdzięczamy tak zwanej amerykanizacji. Znaczy to
przede wszystkim tylko tyle, że widocznie jest to właściwość
społeczeństw o wysokim stopniu industrializacji. Skoro więc Medard Boss
nazwał nudę nerwicą przyszłości, chciałbym w uzupełnieniu zauważyć, że
"ta przyszłość już się zaczęła". Więcej, została już przepowiedziana w zeszłym stuleciu przez Schopenhauera, który uważał, że przeznaczeniem
ludzkości jest najwyraźniej wieczne podążanie od skrajności bólu do
skrajności nudy. My, psychiatrzy, uważamy w każdym razie, że należy
raczej dążyć do skrajności nudy.
Czy jednak psychoterapia jest na to wszystko przygotowana? Uważam, że
musi się ona ze swoją nową rolą oswoić. Ledwo bowiem wyrosła ze stadium,
które -?aby nawiązać do Franza Alexandra -?było opanowane przez
mentalność mechanika. Franz Alexander miał jednak także rację,
wskazując, jak wielkie osiągnięcia zawdzięczamy właśnie mechanistycznemu
i materialistycznemu nastawieniu dawnej medycyny. Chciałbym stwierdzić,
że niczego nie musimy żałować, ale wiele trzeba naprawić. Pierwsza taka
próba naprawy została podjęta przez Freuda. Stworzenie psychoanalizy
stanowiło narodziny nowoczesnej psychoterapii. Jednak Freud musiał
emigrować, a psychoterapia musiała emigrować razem z nim. W rzeczywistości wyemigrował już w dniu, w którym jego wykład w szacownym
wiedeńskim Towarzystwie Lekarskim został skwitowany szyderczym śmiechem.
Dziś wydaje mi się, że nadszedł czas, by zadbać o to, co w tytule
wykładu wygłoszonego przed wielu laty w Towarzystwie Lekarskim w Moguncji nazwałem "repatriowaniem psychoterapii do medycyny". Jak z tego
wynika, nadszedł czas, w którym lekarza rodzinnego czeka mnóstwo zadań
psychoterapeutycznych. Medycyna jest jednak w wieloraki sposób
zmechanizowana, a pacjent jest w niej "zdepersonalizowany". Medycyna
kliniczna w wielu formach straszy rutyną, jeśli nie wręcz zastygnięciem
w biurokracji. Ale jeszcze bardziej chybione byłoby, gdyby psychoterapia
sama zaraziła się tą nadmiernie stechnicyzowaną medycyną, hołdując
napiętnowanemu przez Franza Alexandra technicznemu ideałowi inżyniera
duszy. Myślę jednak, że wolno mi stwierdzić, iż właśnie jesteśmy w trakcie zażegnania tego niebezpieczeństwa. W ten sposób psychoterapia
odnajduje dom w łonie całego lecznictwa. Taki powrót do domu zmieni
oblicze zarówno psychoterapii, jak i medycyny. Psychoterapia musi bowiem
zapłacić za repatriację w obszarze medycyny, a ceną będzie
demitologizacja psychoterapii. A jak wpłynie repatriacja psychoterapii w obszar medycyny na tę ostatnią? Czy doprowadzi to faktycznie do
nieograniczonej "psychologizacji medycyny"? Mam odmienne zdanie. To, co
nastąpi, nie będzie psychologizacją, lecz rehumanizacją medycyny.
Streszczenie
Im bardziej istotna dla psychoterapii stanie się czysto ludzka relacja
między lekarzem a chorym, tym bardziej należy szanować techniki
terapeutyczne. To nie metoda odbiera człowieczeństwo pacjentowi, lecz
duch, w jakim jest stosowana, a próby reifikacji chorego i manipulacja
pacjentem są nieodłącznym elementem psychoterapii co najmniej w takim
samym stopniu, w jakim dotyczy to leczenia farmakologicznego8. Szczególnie w odniesieniu do nerwicy noogennej
należy natomiast stwierdzić, że psychoterapia może rozminąć się z prawdziwą etiologią tak samo jak terapia somatyczna, tym bardziej że
szerząca się próżnia egzystencjalna wymaga nowego podejścia (logo-)
terapeutycznego. Jednak psychoterapia może sprostać wielowymiarowości
swoich zadań tylko wtedy, gdy na powrót włączy się w całościowy obszar
lecznictwa, z którego wyemigrowała razem z Freudem. Jej powrót zmieni
wówczas zarówno jej oblicze, jak i oblicze medycyny, psychoterapia
bowiem z jednej strony przywróci dawne znaczenie medycyny, z drugiej na
powrót ją uczłowieczy.
Przypisy
1. Referat zamykający 5. Międzynarodowy Kongres Psychoterapii (Wiedeń
1961), wygłoszony przez autora, pełniącego wówczas funkcję
wiceprzewodniczącego kongresu. [Przypis]
2. Już Beard, twórca pojęcia neurastenii, stwierdził: kiedy lekarz
traktuje dwa przypadki neurastenii w taki sam sposób, to z pewnością do
jednego z nich podchodzi błędnie. [Przypis]
3. To dwa podejścia: posługuję się pewną aparaturą czy też uznaję, że
temu pacjentowi pomoże określona aparatura lub mechanizm. [Przypis]
4. Por. W. von Baeyer ("Gesundheitsfürsorge -?Gesundheitspolitik" 7,
197, 1958): "Pacjent czuje się w swoim poczuciu człowieczeństwa
zlekceważony nie tylko wtedy, gdy interesujemy się wyłącznie
funkcjonowaniem jego ciała, lecz również wówczas, gdy uświadamia sobie,
że jest przedmiotem badań, porównań i manipulacji psychologicznych".
5. Por. Uwaga 40, s. 256.
6. Zwykle człowiek uświadamia sobie również zorientowanie na sens. Nie
mniej niż 87 procent spośród 1500 młodych ludzi oświadczyło w jednorazowej ankiecie jednego z austriackich przedsiębiorstw, że "chce
mieć ideały". Pouczającą ilustracją takiej postawy może być fakt, że
więźniowie w Ohio, którym wstrzyknięto komórki rakowe, nie otrzymali za
to żadnego wynagrodzenia. Mimo to do badań zgłosiło się trzy, cztery
razy więcej chętnych, niż potrzebowali lekarze. W innych zakładach
karnych również było ich pełno. [Uwaga 1]
7. O ile mi wiadomo, już w 1925 roku takie wytłumaczenie przewidział
Robert Reininger: "Pytanie o sens istnienia zostanie zadane dopiero
wtedy, gdy będzie nam groziła jego utrata albo gdy już utraciliśmy
instynktowną pewność życia albo zadowolenie z jego tradycyjnej
interpretacji i strata taka będzie boleśnie odczuwana". [Uwaga 33]
8. "Gdy byłem jeszcze dzieckiem -?wspomina Joseph B. Fabry -?nasz lekarz
rodzinny każdego tygodnia odwiedzał moją babcię, która mogła wtedy w rozmowie z nim zrzucić z serca wszystkie bóle i troski. Dziś co roku
poddaję się gruntownemu badaniu, w czasie którego w ciągu trzech godzin
przenoszę się od jednej pielęgniarki do drugiej, od jednego urządzenia
do kolejnego, a na koniec muszę wypełnić ankietę składającą się ze stu
pięćdziesięciu pytań, które pomagają komputerowi wystawić diagnozę.
Wiem, że opieka medyczna, z którą mam styczność w mojej klinice, jest
nieporównywalnie lepsza niż ta, którą mógł mojej babci zaoferować lekarz
rodzinny, ale coś utraciliśmy w tym ciągłym rozwoju technik medycznych.
I gdy słyszę pytanie, które Franklowi jest stawiane po jego
amerykańskich wykładach, wyłapuję również stwierdzenie, że tego czegoś
wcale nie mniej brak we współczesnej psychoterapii". (Das Ringen um
Sinn [Logotherapie für den Laien], Paracelsus Verlag, Stuttgart
1973). Opowieść Fabry'ego jeszcze raz udowadnia, że depersonalizacja i dehumanizacja psychoterapii postępuje i jest doświadczana jeszcze
boleśniej: "Istnieje nie tylko zimny obiektywizm naukowej medycyny, lecz
również zimny obiektywizm psychologii oraz medycyny przesiąkniętej
psychologią". (W. von Baeyer, "Gesundheitsfürsorge -?Gesundheitspolitik"
7, 197, 1958). [Uwaga 34]
I. Od psychoterapii do logoterapii
Psychoanaliza i psychologia indywidualna
Któż może mówić o psychoterapii, nie wymieniwszy Freuda i Adlera? Kto,
omawiając psychoterapię, będzie w stanie obyć się bez psychoanalizy i psychologii indywidualnej jako punktów wyjścia i odniesienia? W psychoterapii są to dwa niezrównane, wielkie systemy. Bez dokonań ich
twórców nie można sobie wyobrazić historii psychoterapii. Gdyby nawet
należało wyjść poza normy psychoanalizy czy psychologii indywidualnej,
zawarte w nich nauki mogą być nadal podstawą badań. Bardzo pięknie
wyraził to Stekel, gdy wyjaśniając swoje stanowisko wobec Freuda,
stwierdził, że karzeł stojący na barkach olbrzyma sięga wzrokiem dalej i widzi więcej niż sam olbrzym1.
Skoro mamy przekroczyć granice całej dotychczasowej psychoterapii,
niezbędne jest, byśmy te granice określili. Zanim zajmiemy się pytaniem,
czy ich przekroczenie jest konieczne i w jaki sposób jest możliwe,
musimy stwierdzić, że psychoterapia takie granice faktycznie posiada.
Freud porównuje istotne osiągnięcia psychoanalizy do osuszenia zatoki
Zuiderzee: podobnie jak w miejscu, w którym dawniej nie było nic prócz
wody, teraz rozciągają się żyzne grunty, tak dzięki psychoanalizie
terytorium id powinno zostać zastąpione przez ego, to znaczy to, co
nieświadome, powinno zostać zastąpione świadomością, nieświadome czyny
powinny ustąpić miejsca świadomym, co będzie możliwe dzięki usunięciu
"wyparcia". W psychoanalizie chodzi zatem o to, by odwrócić skutki aktów
wyparcia, będących procesem przesuwania treści psychicznych w domenę
nieświadomości. Widzimy przy tym, że pojęcie wyparcia, w znaczeniu
ograniczenia świadomego ego poprzez nieświadome id, ma w obrębie
psychoanalizy kluczowe znaczenie. W nerwicy psychoanaliza dostrzega
zagrożenie, pozbawienie mocy ego jako świadomości. W takiej sytuacji
celem terapii analitycznej jest odzyskanie wypartych doznań z nieświadomości, przywrócenie ich świadomości i zwiększenie tym sposobem
mocy ego.
Podobną rolę jak wyparcie w psychoanalizie, w psychologii indywidualnej
odgrywa pojęcie arrangement. Poprzez arrangement neurotyk próbuje
uwolnić się od winy. Nie jest to zatem próba działania nieświadomego,
lecz próba uchylenia się od odpowiedzialności. Symptom ma niejako
przejąć odpowiedzialność, zdjąć ją z chorego. W ujęciu psychologii
indywidualnej symptom jest więc (jako arrangement) próbą
usprawiedliwienia się pacjenta przed społeczeństwem albo przed sobą
samym (jako alibi dla choroby). Terapia psychologii indywidualnej
zmierza zatem do tego, by pacjent cierpiący na nerwicę wziął
odpowiedzialność za swój symptom, by włączył go w sferę osobistej
odpowiedzialności, by rozszerzył sferę ego poprzez rozwinięcie
odpowiedzialności.
Widzimy zatem, że nerwica jest dla psychoanalizy ograniczeniem ego jako
świadomości, a dla psychologii indywidualnej jest ograniczeniem ego jako
odpowiedzialności. Obie teorie mogą podlegać krytyce ze względu na
ograniczenie swojej naukowej perspektywy -?jedna z powodu kierowania
całej uwagi na świadomość, druga za kierowanie jej na odpowiedzialność.
Jednak bezstronna refleksja nad podstawami ludzkiego istnienia prowadzi
do wniosku, że właśnie świadomość i odpowiedzialność odgrywają kluczową
rolę w naszej egzystencji. Można wręcz ująć ten fakt w następującym
twierdzeniu antropologicznym: bycie człowiekiem oznacza bycie świadomym
i bycie odpowiedzialnym. Zarówno psychoanaliza, jak i psychologia
indywidualna widzą, każda z osobna, tylko jedną stronę bycia
człowiekiem, tylko jeden moment ludzkiego istnienia -?dopiero oba
aspekty razem składają się na prawdziwy obraz człowieka. Antropologiczne
stanowiska wyjściowe obu szkół są przeciwstawne, okazuje się jednak, że
te przeciwieństwa się uzupełniają. Analiza przeprowadzona na gruncie
filozofii nauki wykazuje, że stanowiska obu nurtów w dziedzinie
psychoterapii nie są wynikiem przypadkowego rozwoju, lecz logicznej
konieczności.
Psychoanaliza i psychologia indywidualna w swojej jednostronności
przyglądają się, każda oddzielnie, jednemu wymiarowi człowieka. Głęboki
związek świadomości i odpowiedzialności dochodzi do głosu choćby w języku. Na przykład angielski i francuski dysponują podobnymi
wyrażeniami (wraz ze wspólnymi rdzeniami) na określenie "świadomości" i "sumienia" -?pojęcia bardzo bliskiego "odpowiedzialności". Tym samym
zgodność słów wskazuje na zgodność znaczenia.
To, że świadomość i odpowiedzialność łączą się w jedność, a mianowicie w pełnię człowieczeństwa, można wyjaśnić ontologicznie. W tym rozumowaniu
punkt wyjścia stanowi zrozumienie, że wszelkie istnienie oznacza w istocie bycie innym. Otóż istnienie2, które
wybieramy z całej pełni egzystencji, możemy wyodrębnić tylko dzięki
temu, że jest ono w danej chwili odróżnialne. Dopiero odniesienie
istnienia do tego, co istnieje odmiennie, konstytuuje obie instancje.
Relacja między istniejącym a w danym przypadku istniejącym odmiennie
niejako uprzedza to pierwsze. Być = być odmiennie, tzn. "być innym"
również w relacji, być innym od czegoś. Właściwie "jest" tylko
relacja3. Możemy zatem stwierdzić, co
następuje: wszelkie bycie jest byciem w odniesieniu.
Bycie innym może natomiast oznaczać zarówno jednoczesne bycie innym obok
siebie, jak i bycie innym w następstwie czasowym. Świadomość zakłada co
najmniej jednoczesność odmiennego bycia podmiotu i przedmiotu, a więc
odmienne bycie w wymiarze przestrzennym. Odpowiedzialność natomiast
wymaga następstwa różnych stanów, oddzielenia istnienia przyszłego od
obecnego, a więc odmiennego bycia w wymiarze czasowym: stawania się
innym. Przy czym to wola jest nośnikiem odpowiedzialności, który zmierza
do przeniesienia jednego stanu w inny. Ontologiczna wspólnota pary pojęć
"bycia świadomym i bycia odpowiedzialnym" ma swoje źródło w owym
pierwszym rozdzieleniu istnienia jako bycia innym na dwa możliwe wymiary
jednoczesności i następstwa. Spośród tych dwóch antropologicznych
podejść, opierających się na opisanej wcześniej sytuacji ontologicznej,
psychoanaliza i psychologia indywidualna wybierają dla siebie tylko po
jednym z pary.
Zdajemy sobie sprawę, że Freudowi zawdzięczamy ni mniej, ni więcej,
tylko otwarcie całego wymiaru psychicznego istnienia4. Jednakże Freud rozumiał ze swojego odkrycia nie
więcej niż Kolumb, który odkrywszy Amerykę, był przekonany, że dotarł do
Indii. Podobnie Freud sądził, że w psychoanalizie najważniejsze są
mechanizmy takie jak wyparcie i przeniesienie, podczas gdy w rzeczywistości chodziło o uzyskanie głębszego samozrozumienia poprzez
spotkanie egzystencjalne.
Powinniśmy zdobyć się jednak na dość wielkoduszności, aby uchronić
Freuda przed jego własnym niezrozumieniem swoich dokonań. Co bowiem
twierdzi ostatecznie psychoanaliza, gdy pominiemy uwarunkowania epoki i poglądy dominujące w XIX stuleciu? Gmach psychoanalizy opiera się na
dwóch istotnych koncepcjach: na wyparciu i przeniesieniu. Co do
wyparcia, to w psychoanalizie przeciwdziałaniem jest stawanie się
świadomym, uświadamianie. Wszyscy znamy dumne, powiedziałbym nawet
prometejskie słowa Freuda: "Tam, gdzie jest id, powinno znaleźć się
ego". Natomiast co się tyczy drugiej zasady, a mianowicie
przeniesienia, to moim zdaniem jest to właściwie wehikuł spotkania
egzystencjalnego. Tak więc wciąż możliwa do przyjęcia kwintesencja
psychoanalizy pozwala na następujące sformułowanie, łączące zasady
uświadamiania i przeniesienia: "Tam, gdzie jest id, powinno znaleźć się
ego", ale ego stanie się ego dopiero obok ty.
Paradoksalnie masowość w społeczeństwie przemysłowym niesie ze sobą
osamotnienie, które wzmacnia potrzebę wyrażania się. Zmiana funkcji,
jaką pełni psychoterapia w Stanach Zjednoczonych, kraju samotnego tłumu,
mocno uwydatniła znaczenie psychoanalizy. Stany są jednak również krainą
tradycji purytańskiej i kalwińskiej. Seksualność została wcześniej
wyparta z poziomu kolektywnego, a potem błędnie panseksualnie rozumiana
psychoanaliza złagodziła to kolektywne wyparcie. W rzeczywistości
psychoanaliza w ogóle nie była panseksualna, lecz tylko
pandeterministyczna.
Psychoanaliza właściwie nigdy nie była panseksualna. Dziś jest taka w jeszcze mniejszym stopniu niż kiedykolwiek. Rzecz jednak w tym, że Freud
rozumiał miłość jako zwykłe zjawisko wtórne, podczas gdy jest ona
podstawowym zjawiskiem ludzkiej egzystencji, a nie akurat zwykłym
zjawiskiem wtórnym, czy to w znaczeniu zahamowanego popędu, czy w znaczeniu sublimacji. Można przeprowadzić fenomenologiczny dowód, że to
miłość jest tym, co zawsze poprzedza sublimację jako warunek, o ile do
czegoś takiego jak sublimacja w ogóle może dojść, a z tego powodu
zdolność do kochania -?warunek sublimacji -?nie może być jako taka
wynikiem procesu sublimacji. Innymi słowy, dopiero na tle
egzystencjalnie prymarnej ludzkiej zdolności do kochania, pierwotnej
dyspozycji do darzenia miłością, sublimacja, to znaczy zintegrowanie
seksualności z całą osobą, staje się zrozumiała. Krótko mówiąc, tylko
ego, którego intencją jest ty, może zintegrować własne id.
Scheler wygłosił kiedyś dość lekceważącą uwagę, że psychologia
indywidualna pasuje właściwie tylko do jednego bardzo konkretnego typu
człowieka, mianowicie do karierowicza. Być może nie ma potrzeby, byśmy
posuwali się w swoim krytycznym podejściu aż tak daleko, niemniej
sądzimy, że psychologia indywidualna nietrafnie doszukująca się dążenia
zawsze i wszędzie do statusu przeoczyła, że pewni ludzie mogą szukać
natchnienia w czymś znacznie bardziej radykalnym niż to, czym jest
pospolita ambicja -?w dążeniu, które nie odnalazłoby w żadnym wypadku
spełnienia w, że tak powiem, doczesnych zaszczytach, lecz które aspiruje
do czegoś znacznie, znacznie większego -?do uwiecznienia siebie w jakiejś określonej formie.
Wygląda na to, że psychologia głębi wyrobiła sobie mocną markę. Ale co z psychologią, która wzniosłaby się wysoko ponad nią -?taką, w której polu
widzenia znajduje się nie tylko wola ukształtowana przez pożądanie, ale
i wola nakierowana na sens?5. Musimy zadać
sobie pytanie, czy nie nadszedł najwyższy czas, by również w dziedzinie
psychoterapii przyjrzeć się ludzkiemu istnieniu nie tylko w jego głębi,
ale też w jego wzlotach -?tak, aby nie tylko świadomie sięgnąć ponad
poziom fizyczny, lecz również ponad psychicznym uwzględnić zasadniczo
obszar duchowy.
Dotychczasowa psychoterapia poświęcała zbyt mało uwagi duchowemu
wymiarowi człowieka. Znana jest na przykład kolejna sprzeczność między
psychoanalizą a psychologią indywidualną: gdy pierwsza podciąga
rzeczywistość psychiczną pod kategorię przyczynowości, z punktu widzenia
psychologii indywidualnej mamy do czynienia z kategorią ostateczności.
Nie da się przy tym zaprzeczyć, że ostateczność jest w pewnym sensie
kategorią wyższą i w tym znaczeniu w porównaniu z psychoanalizą
psychologia indywidualna oznacza wyższy stopień rozwoju i postęp w historii psychoterapii. Naszym jednak zdaniem przed owym postępem
otwierają się dalsze możliwości, o ile można go uzupełnić o kolejny
poziom. Musimy zadać sobie przecież pytanie, czy obie wymienione
kategorie wyczerpują wszystkie możliwe punkty widzenia w tym kontekście
i czy może do "przymusu" (w odniesieniu do przyczynowości) i "woli" (w zgodzie z pewną psychiczną ostatecznością) nie powinna dołączyć nowa
kategoria "powinności".
Na pierwszy rzut oka tego typu rozważania mogą się wydawać oderwane od
prawdziwego życia, tak jednak nie jest. Na pewno nie w przypadku
lekarza, a już absolutnie nie w przypadku aktywnego psychoterapeuty.
Psychoterapeuta znajdzie bowiem sposób, by uruchomić cały możliwy
potencjał chorego. Cały możliwy potencjał nie w zakresie tego, co
ukryte, lecz w zakresie wartości, pamiętając o słowach Goethego, które
można uznać za najważniejsze motto wszelkiej psychoterapii: "Kiedy
bierzemy ludzi takimi, jakimi są, czynimy ich gorszymi. Gdy traktujemy
ich tak, jakby byli tacy, jacy być powinni, pomagamy im stać się tymi,
którymi zdolni są zostać".
Niezależnie od wizji człowieka i interpretacji patologii psychicznych,
jakimi posługują się psychoanaliza i psychologia indywidualna, możemy
stwierdzić, że różnią się one również pod względem stawianych sobie
celów. Jednakże również tutaj nie mamy do czynienia z czystym
przeciwieństwem, lecz raczej z pewnego rodzaju kolejnymi etapami
rozwoju, który -?jak sądzimy -?nie osiągnął jeszcze swego kresu.
Przyjrzyjmy się celom światopoglądowym, na których, świadomie czy
nieświadomie, rzadko się do nich przyznając, opiera się psychoanaliza.
Co psychoanaliza chce ostatecznie osiągnąć w przypadku chorego
cierpiącego na nerwicę? Jej założony cel polega na tym, by doprowadzić
do kompromisu między roszczeniami nieświadomości z jednej strony a potrzebami rzeczywistości z drugiej. Próbuje ona skłonić jednostkę do
dopasowania jej popędów do świata zewnętrznego, do pojednania ich z rzeczywistością, co często -?zgodnie z "zasadą liczenia się z rzeczywistością" -?nieubłaganie prowadzi do tak zwanego zaprzeczenia
popędów. W porównaniu z psychoanalizą psychologia indywidualna wytycza
sobie ambitniejszy cel. Poza zwykłym przystosowaniem się wymaga ona od
chorego odważnego kształtowania rzeczywistości, przymusowi ze strony
id przeciwstawia wolę po stronie ego. Musimy sobie jednak postawić
pytanie, czy taka kolejność celów jest aby pełna? Czy nie dałoby się
podjąć próby, a może nawet należałoby podjąć próbę wyruszenia w nowy
wymiar, czy -?innymi słowy -?nie należałoby do przystosowania i kształtowania rzeczywistości dodać trzeciego pojęcia, poprzez które
uzyskalibyśmy właściwy obraz całościowej rzeczywistości
fizyczno-psychiczno-duchowej, którą jest człowiek, gdyż dopiero taki
obraz pozwoliłby nam, byśmy powierzonemu nam, zawierzającemu się nam
cierpiącemu człowiekowi przywrócili jego własną pełnię. Jak widać, to
ostatnie pojęcie to pojęcie spełnienia. Jest bowiem istotna różnica
między nadawaniem kształtu zewnętrznemu życiu a wewnętrznym spełnieniem
człowieka. Jeśli kształtowanie życia jest wielkością, by tak rzec,
dotyczącą rozciągłości, to spełnienie życia jest wielkością wektorową -
jest ona ukierunkowana, zorientowana na wskazaną, przeznaczoną, zadaną
każdej ludzkiej osobie potencjalność wartości, o której
urzeczywistnienie w życiu chodzi.
Aby wyjaśnić to rozróżnienie na przykładzie, wyobraźmy sobie młodego
człowieka, który wychował się w ubóstwie i który -?zamiast zadowolić się
tym, co ma, i "dostosować się" do nędzy i ograniczeń -?narzuca otoczeniu
swoją wolę i "kształtuje" swoje życie w taki sposób, że na przykład
studiuje i zdobywa popłatny zawód. Przyjmijmy następnie, że podążając za
swoimi zainteresowaniami i zdolnościami, będzie studiował medycynę i zostanie lekarzem. Dostanie kuszącą propozycję objęcia lukratywnego
stanowiska i jednocześnie szansę na atrakcyjną prywatną praktykę. W ten
sposób zostałby panem swojego życia i się dorobił. Załóżmy jednak
również, że człowiek ów miałby talent w dziedzinie, z którą po objęciu
owego stanowiska nie miałby styczności. Wówczas pomimo zewnętrznych
warunków sprzyjających kształtowaniu życia, na wewnętrzne spełnienie nie
byłoby szans. Cóż z tego, że byłby zamożny, pozornie szczęśliwy, że
byłby właścicielem domu urządzonego według własnego uznania, luksusowego
samochodu i stać by go było na kosztowne zachcianki, gdyby po głębokim
zastanowieniu musiał uznać, że jego życie potoczyło się w złym kierunku.
Spotkawszy człowieka, który rezygnując z zewnętrznego bogactwa i wielu
życiowych przyjemności, pozostał wierny swojemu przeznaczeniu, musiałby
słowami Hebbla wyznać: "Ten, kim jestem, ze smutkiem pozdrawia tego,
którym mógłbym zostać". Zarazem równie dobrze możemy sobie wyobrazić, że
nasz młody człowiek, porzucając świetną zewnętrzną karierę i tym samym
rezygnując z dóbr, które ta mogła mu zaoferować, oddaje się dziedzinie,
którą podpowiadają mu jego uzdolnienia, i znajduje sens swojego życia i wewnętrzne spełnienie w tym, co być może umie robić najlepiej. Z tego
punktu widzenia "niepozorny" wiejski lekarz zakorzeniony w swoim
konkretnym środowisku może się jawić jako postać "znamienitsza" niż jego
koledzy luminarze z wielkich miast. Ale podobnie i teoretyk na
wysuniętej placówce nauki może przewyższać wielu praktyków, którzy
utrzymują, że "zanurzeni w samo życie" toczą walkę ze śmiercią. Ponieważ
na froncie nauki, tam, gdzie podejmuje czy prowadzi ona walkę z nieznanym, teoretyk zajmuje co prawda nieduży odcinek, na nim właśnie
może jednak oddać światu niezastąpione i unikalne usługi, a w wyjątkowości tych osobistych dokonań nikt nie będzie go w stanie
wyręczyć. Znalazł swoje miejsce, wypełnił na nim swoje zadanie i w ten
sposób spełnił się.
Możemy powiedzieć, że dzięki czystej dedukcji odkryliśmy w dziedzinie
psychoterapii naukowej lukę, która czeka na wypełnienie. Posługując się
podejściem psychoterapeutycznym, wykazaliśmy, że dotychczasowa
psychoterapia wymaga uzupełnienia pozwalającego jej funkcjonować poza
obszarem kompleksu Edypa lub obniżonego poczucia wartości, a ujmując
rzecz ogólniej, poza wszelką dynamiką afektu. Brakuje właśnie
psychoterapii, która może sięgnąć poza dynamikę afektu, która dojrzy
zmagania neurotyka poza jego psychicznym cierpieniem. Chodzi więc o psychoterapię w kontekście duchowości.
Do narodzin psychoterapii doszło, gdy pod powierzchnią fizycznych
symptomów odkryto ich psychiczne przyczyny, innymi słowy, gdy odkryta
została psychogeneza. Teraz musimy zrobić kolejny krok: musimy sięgnąć
poza psychogenezę, ponad afektywną dynamikę nerwicy, by dojrzeć
człowieka w jego duchowym cierpieniu i temu cierpieniu zaradzić.
Jesteśmy świadomi, że lekarz, otaczający opieką chorego w takiej
sytuacji, staje w obliczu problemów wynikających z potrzeby zajęcia
stanowiska wartościującego. Z chwilą bowiem, gdy lekarz wkracza na grunt
psychoterapii w kontekście duchowym, ujawnia się jego cała postawa
duchowa, podczas gdy do tej pory, w codziennej działalności, mogła być
ukryta, nie wykraczając poza leżące u podstaw całej lekarskiej
działalności milczące uznanie wartości zdrowia jako takiego. Uznanie
wartości zdrowia za ostateczny punkt odniesienia i punkt orientacyjny
lecznictwa jest powszechnie zrozumiałe i nie budzi żadnych wątpliwości.
Lekarz może przecież w każdej chwili powołać się na mandat udzielony mu
przez społeczeństwo, które powołało go do ochrony zdrowia.
Postulowany przez nas typ psychoterapii, rozbudowany poprzez
uwzględnienie w procesie leczenia wątku duchowego, kryje w sobie
trudności i niebezpieczeństwa. Będziemy się nimi jeszcze zajmować,
zwłaszcza niebezpieczeństwem narzucania pacjentowi światopoglądu
lekarza. Razem z pytaniem, czy da się tego w ogóle uniknąć, będziemy
musieli odpowiedzieć na pytanie, czy oczekiwane przez nas dopełnienie
psychoterapii jest zasadniczo możliwe. Bez odpowiedzi na to pytanie
ranga "psychoterapii w kontekście duchowym" nie wykracza poza zwykły
postulat. Dla jej zaistnienia istotne jest, czy poza wskazaniem, że jest
niezbędna, uda nam się również wykazać, że można ją stosować w praktyce
i udowodnić, że należy włączyć duchowość (a nie tylko wymiar psychiczny)
w proces leczenia. Jeśli w ramach naszej krytyki "zwyczajnej"
psychoterapii chcemy uniknąć brzemiennego w skutki przekraczania granic,
musimy wykazać, że istnieje możliwość wydania osądu w obrębie samej
psychoterapii. Zanim jednak zajmiemy się tym tematem, który odkładamy do
ostatniego rozdziału niniejszej książki, a po tym, jak wskazaliśmy na
istnienie wartościowania w całym lecznictwie, zajmijmy się teraz
pytaniem, dlaczego istnieje potrzeba takiego wartościowania. Z tym, że w tym przypadku chodzić będzie nie o teoretyczną potrzebę wartościowania -
ta kwestia została już omówiona -?lecz o potrzebę pragmatyczną.
Praktyka potwierdza to, do czego dążyliśmy na niwie teoretycznej,
opierając się na dedukcji: brak kontekstu duchowego stanowi lukę w psychoterapii. Psychoterapeuta codziennie i co godzina, w całej swojej
powszedniej praktyce, w bardzo konkretnych sytuacjach, staje wobec pytań
światopoglądowych. Wobec tych pytań wszystkie narzędzia, jakie dała mu
do dyspozycji "zwyczajna" psychoterapia, okazują się niewystarczające.
Próżnia egzystencjalna i nerwica noogenna
Zadanie lekarza, by nieść pomoc pacjentowi w obrębie jego światopoglądu
i jego własnego świata wartości, wydaje się w tych czasach tym
donioślejsze, że mniej więcej 20 procent nerwic jest wywołanych lub
powiązanych z poczuciem bezsensu. Właśnie to poczucie nazywam próżnią
egzystencjalną. Zwierzęciu podpowiada instynkt, co musi czynić. Człowiek
nie ma tej cechy, a dziś nie ma już żadnej tradycji, która mogłaby
odgrywać taką rolę. Wkrótce więc nie będzie wiedział, czego właściwie
chce, i tym bardziej będzie gotów spełniać wolę innych. Innymi słowy,
stanie się podatny na wpływ autorytarnych i totalitarnych wodzów i fałszywych liderów.
Dziś pacjenci zwracają się do psychiatry, ponieważ wątpią w sens życia
albo pogrążyli się w rozpaczy, bez nadziei na to, że w ogóle odnajdą
sens w tym życiu. W logoterapii mówimy w tym kontekście o frustracji
egzystencjalnej. Frustracja ta sama w sobie nie jest patologią.
Spotkałem się z konkretnym przypadkiem pacjenta, z zawodu profesora
uniwersytetu, któremu poradzono kontakt z moją kliniką, ponieważ stracił
wiarę w sens istnienia. Podczas rozmowy okazało się jednak, że był to
raczej przypadek depresji endogennej. Wyszło na jaw, że rozmyślania nad
sensem życia nie pochłaniały go wcale, jak można by przypuszczać, w fazie depresyjnej. W tych okresach popadał w taką hipochondrię, że nie
był w stanie o nim myśleć. Nad sensem życia rozmyślał tylko w ulotnych
chwilach zdrowia! Innymi słowy, między duchowym cierpieniem z jednej
strony a chorobą psychiczną z drugiej powstała w tym konkretnym
przypadku relacja wręcz wykluczania się. Freud, pisząc do Marii
Bonaparte, był innego zdania: "W chwili gdy pytamy o sens i wartość
życia, mamy do czynienia z chorobą..."6.
Rolfowi von Eckartsbergowi z Wydziału Stosunków Społecznych Uniwersytetu
Harvarda zawdzięczamy obszerne badanie podłużne, które trwało ponad
dwadzieścia lat. Brało w nim udział stu byłych studentów Harvardu. Przy
okazji przedstawionego mi osobiście sprawozdania von Eckartsberg
stwierdził: "Jedna czwarta uczestników badania spontanicznie wyjawiła
poczucie życiowego "kryzysu" w odpowiedzi na pytanie o sens życia.
Chociaż wśród badanych są ludzie wykonujący popłatne zawody (połowa jest
czynna zawodowo), to skarżą się oni na boleśnie odczuwany brak jakiegoś
szczególnego życiowego zadania, aktywności, dzięki której mogliby wnieść
w życie innych coś wyjątkowego. Poszukują "powołania" i osobistych,
głębokich wartości".
Jeśli może być tu mowa o nerwicy, to mamy do czynienia z jej nowym
typem, który w logoterapii określamy mianem nerwicy noogennej. W Stanach
Zjednoczonych, również na Uniwersytecie Harvarda, a także w Bradley
Center w Columbus, w stanie Georgia, opracowano testy pozwalające
odróżnić w diagnozie nerwicę noogenną od psychogennej. James C.
Crumbaugh i Leonhard T. Maholick następująco podsumowują wyniki swoich
badań: "Wyniki 1151 przypadków zgodnie przemawiają za hipotezą Frankla,
że w praktyce klinicznej mamy do czynienia z nowym typem nerwicy -?którą
nazywa on nerwicą noogenną -?występującym obok klasycznych form: są
dowody, że faktycznie mamy do czynienia z nowym zespołem
chorobowym"7.
Terapią właściwą dla nerwicy noogennej jest logoterapia. Jeśli jednak
mimo wskazania przez tego czy innego lekarza jest ona odrzucana, pojawia
się podejrzenie, że dzieje się tak ze strachu przed konfrontacją z własną próżnią egzystencjalną.
W konfrontacji z problematyką egzystencjalną, która otwiera się przed
nami w przypadkach nerwicy noogennej, psychoterapia jednostronnie
psychodynamiczna i nastawiona analitycznie usiłowałaby przynieść
pocieszenie pacjentowi przejętemu "tragizmem istnienia" (Alfred Delp).
Logoterapia próbuje się z nią zmierzyć i bierze ją na tyle poważnie, że
rezygnuje z błędnej interpretacji, jakoby nie była "niczym więcej niż
mechanizmami obronnymi i upozorowaną reakcją". Czy nie jest
pocieszaniem, a wręcz tanią otuchą, gdy lekarz -?cytuję amerykańskiego
psychoanalityka Arthura Burtona8 -?redukuje u pacjenta lęk przed śmiercią do strachu przed kastracją, zupełnie go
bagatelizując na poziomie egzystencjalnym? Wiele bym dał za to, by
męczył mnie lęk przed kastracją, a nie straszne pytanie, udręka
wątpliwości, czy moje życie kiedyś, w godzinie mojej śmierci, okaże się
sensowne.
Pojawienie się nerwicy noogennej poszerzyło nie tylko horyzonty
psychoterapii, lecz zmieniło także jej klientelę. Przychodnia lekarska
stała się obozem przejściowym dla wszystkich wątpiących w życie i jego
sens. Co do "porzucenia przez ludzi Zachodu duszpasterzy na rzecz
psychiatrów", jak mógłby rzec Viktor E. Gebsattel, psychoterapii w coraz
większym stopniu przypada swego rodzaju rola zarządzająca.
Właściwie nikt nie musiałby dziś uskarżać się na brak sensu życia,
wystarczy bowiem tylko się rozejrzeć, by zauważyć, że cieszymy się
wprawdzie dostatkiem, ale inni żyją w biedzie, co prawda cieszymy się
wolnością, ale co się dzieje z odpowiedzialnością za innych ludzi?
Tysiące lat temu ludzkość zdobyła się na wiarę w jednego boga, na
monoteizm, ale czy jest dziś miejsce na wiedzę o jednej ludzkości, którą
chciałbym nazwać monoantropizmem, wiedzę o jedności ludzi, jedności,
która wykracza poza wszystkie wymiary różnorodności, takie jak kolor
skóry czy kolor partyjnego sztandaru?
Przezwyciężenie psychologizmu
Każdy psychoterapeuta wie, że często w trakcie jego praktyki
psychiatrycznej pojawia się pytanie o sens życia. Niewiele jednak płynie
pożytku z ustalenia, że wątpliwości chorego co do sensu życia lub
światopoglądowa rozpacz rozwijały się w ten czy inny sposób z punktu
widzenia psychologii. Jeśli nawet będziemy w stanie udowodnić, że
powodem jego duchowego cierpienia jest poczucie obniżonej wartości,
będące natury psychicznej, albo jeśli uda nam się przekonać pacjenta, że
jego pesymistyczne podejście do życia da się wywieść z pewnych
kompleksów, to w gruncie rzeczy i tak się z nim rozmijamy. O sednie
problemu wiemy tak samo mało jak lekarz, który całkowicie pomija wątek
psychoterapeutyczny i ogranicza się wyłącznie do fizjoterapii i przepisywania leków. Ileż mądrości jest w klasycznej sentencji: Medica
mente, non medicamentis!
Rzecz w tym, że wszystkie podejścia tego rodzaju można wrzucić do
jednego worka, jako podejścia rozmijające się z prawdziwymi potrzebami
chorego, także te praktykowane pod szyldem sztuki lekarskiej lub
naukowości.
Oczywista jest więc potrzeba, byśmy naprawdę dojrzeli pacjenta i służyli
mu pomocą we wszelkich wątpliwościach, byśmy nauczyli się utrzymywać
bliski kontakt, do rozwiązywania problemów używając adekwatnych
narzędzi, tzn. narzędzi duchowych. To, czego nam trzeba, a czego nade
wszystko ma prawo domagać się człowiek cierpiący na nerwicę, to rzetelne
filozoficzne podejście do wszelkich racji, na które się powoła. Musimy
wziąć pod uwagę uczciwą konfrontację i wystrzegać się sięgania po
wygodne uzasadnienia oparte na wiedzy biologicznej czy socjologicznej. W tym ostatnim przypadku unikalibyśmy rzetelnego, krytycznego podejścia i opuszczalibyśmy płaszczyznę duchową, na której zostało postawione
pytanie. Naszym zadaniem jest jednak pozostanie na niej, wytrwanie i podjęcie walki o postawę duchową, walki toczonej za pomocą narzędzi
duchowych. Już choćby ze względu na filozoficzną uczciwość powinniśmy
podejmować tę walkę tym samym orężem.
Jest oczywiste, że gdy pacjenci nie tylko wątpią w sens życia, ale
pogrążeni są wręcz w rozpaczy i pojawia się zagrożenie samobójstwem,
wskazane będzie postępowanie w trybie pierwszej pomocy. W ramach takiej
pomocy regularnie obserwujemy zjawisko, które można nazwać akademizacją
owej problematyki: gdy tylko pacjenci zauważą, że to, co ich dręczy,
pokrywa się z głównym wątkiem współczesnej filozofii egzystencjalnej,
ich psychiczne cierpienia są natychmiast projektowane na duchowe
cierpienia ludzkości, traktowane teraz przez pacjentów nie jako nerwica,
której należałoby się wstydzić, lecz jako złożona ofiara, z której
powinni być dumni. Są pacjenci, którzy z ulgą stwierdzają, że ich
utrapienia omówiono na stronach tego czy innego dzieła z zakresu
filozofii egzystencjalnej. W ten sposób dystansują się od nich
emocjonalnie, poprzez swoją racjonalną postawę nadając im obiektywne
znamiona.
Lekarz posiadający dobrą teoriopoznawczą kindersztubę odrzuci
przepisywanie środków uspokajających jako właściwą formę pomocy dla
człowieka toczącego walkę duchową. Podejmie on raczej próbę, by przy
użyciu środków psychoterapii zorientowanej duchowo udzielić choremu
wsparcia, umożliwić mu duchowe zakotwiczenie. Nie tylko odnosi się to
również do tak zwanego typowo nerwicowego poglądu na świat, co odnosi
się do niego przede wszystkim. Jeśli bowiem chory ma w swoim
światopoglądowym podejściu rację, wówczas przeciwdziałając takiemu
podejściu w ramach psychoterapii, robilibyśmy mu krzywdę, ponieważ nigdy
nie wolno odrzucać światopoglądu osoby cierpiącej na nerwicę -?po prostu
dlatego, że jest on "neurotyczny". Jeśli zatem światopoglądowe podejście
chorego jest błędne, to wymaga ono interwencji zupełnie innej natury niż
metody psychoterapii. Możemy więc pokusić się o stwierdzenie, że jeśli
chory ma rację, psychoterapia jest zbędna. W końcu nie ma potrzeby, by
korygować prawidłowe zapatrywania. Jeśli jednak pacjent tkwi w błędzie,
psychoterapia jest niemożliwa. To nie w jej mocy jest naprawa błędnego
widzenia świata. Toteż wobec wszystkich problemów duchowych
psychoterapia w dotychczasowej postaci okazuje się niewystarczająca. Nie
tylko zresztą jest niewystarczająca, lecz również problematyka ta nie
wchodzi w zakres jej kompetencji. Jak się więc okazało, wcześniej nie
była w stanie sprostać wyzwaniom wynikającym z całokształtu
rzeczywistości psychicznej, a teraz jest niekompetentna wobec autonomii
rzeczywistości duchowej.
Owa niekompetencja nie wychodzi jednak na światło dzienne dopiero przy
próbie psychoterapii światopoglądu. Widać ją już w przypadku -
zakładanej przez całą psychoterapię tego typu -?tak zwanej
"psychopatologii światopoglądu". W gruncie rzeczy żadna taka
psychopatologia nie istnieje i istnieć nie może, gdyż kreatywność
duchowa jako taka nie poddaje się redukcji psychologicznej chociażby z tego powodu, że są to dziedziny niewspółmierne. Treści wytworu
światopoglądowego nie da się bowiem w całości wywieść z psychicznego
zakorzenienia jego twórcy. Tym bardziej z faktu, że człowiek będący
autorem określonego światopoglądu jest pod względem psychicznym chory,
nie należy wyciągać wniosku, że jego światopogląd jako twór duchowy jest
błędny. W rzeczywistości wiedza, jak na płaszczyźnie psychologicznej
mogło dojść do powstania postawy pesymistycznej, sceptycznej czy
fatalistycznej, niewiele nam da, a choremu wcale nie pomoże. Musimy
obalić jego światopogląd i dopiero wówczas możemy przejść do zajmowania
się "psychogenezą" jego "ideologii" oraz próbować zrozumieć ją w ramach
jego osobistej biografii. Nie ma tu więc w żadnym razie miejsca na
psychopatologię czy psychoterapię światopoglądu. Może najwyżej istnieć
psychopatologia lub psychoterapia tego, który wyrobił sobie określony
ogląd świata -?konkretnego człowieka, którego umysł wykształcił dany
światopogląd. Z góry jednak jest wykluczone, by taka psychopatologia
mogła wydać wyrok na temat poprawności czy niepoprawności światopoglądu
(zob. Allers). Nie ma możliwości, by mogła wydawać osądy na temat tez
określonej filozofii. Jej wypowiedzi z założenia dotyczą wyłącznie osoby
stojącej za daną filozofią. Kategorie, którymi się posługuje -
"zdrowy-chory" -?mają w każdym przypadku zastosowanie jedynie do ludzi,
nigdy do ich dzieła. W takim razie wypowiedź na temat danego człowieka
osadzona w psychopatologii nigdy nie będzie mogła zastąpić
filozoficznego testu światopoglądu pod względem jego poprawności ani od
potrzeby takiego testu nas nie uwolni. Zdrowie psychiczne czy choroba
wyznawcy danego światopoglądu nie mogą również ani potwierdzić, ani
zaprzeczyć poprawności jego podejścia do świata. Jest tak, ponieważ dwa
razy dwa to cztery, nawet jeśli mówi to schizofrenik. Błędy w obliczeniach ujawniamy po ponownym przeliczeniu, a nie poprzez
stosowanie metod psychiatrycznych wobec liczącego. Z faktu istnienia
porażenia mózgowego nie wyciągamy wniosków na temat błędów w rachunkach,
przeciwnie, z udowodnionych błędów rachunkowych wyciągamy wnioski na
temat porażenia mózgowego. Podobnie dla oceny treści duchowych jest
zasadniczo nieistotne, na jakim podłożu psychicznym mogły powstać ani
czy są wytworem patologicznych procesów psychicznych.
Ostatecznie wszystkie te problemy sprowadzają się do kwestii
psychologizmu. Tak nazywamy pozornie naukowe podejście, w którym ze
względu na psychiczną genezę danego aktu wyciąga się wnioski odnośnie do
prawomocności czy nieprawomocności związanych z nim duchowych treści. Te
próby są z góry skazane na klęskę, ponieważ obiektywne dzieła związane
ze sferą ducha wymykają się takim zewnętrznym ingerencjom. Nie wolno
ignorować faktu, że wszystko, co należy do sfery ducha, jest
autonomiczne i rządzi się własnymi prawami. Zaprzeczanie istnienia
boskiej siły z tego powodu, że zawdzięcza ona swoje powstanie lękowi,
jaki w pierwotnych społecznościach budziły siły natury, jest
nieuprawnione. Równie błędne byłoby wyciąganie wniosków o wartości lub
braku artystycznej wartości dzieła stworzonego przez artystę podczas
epizodu psychotycznego w jego biografii. Podobnie gdy jakieś autentyczne
duchowe osiągnięcie albo zjawisko kulturalne przygodnie zostanie użyte
czy wykorzystane ze względów niemających nic wspólnego z jego prawdziwą
naturą, wykluczone jest, by tylko z tego powodu jego wartość była
kwestionowana. Wylewalibyśmy dziecko z kąpielą, gdybyśmy byli skłonni
przeoczyć znaczenie i pierwotną wartość utworu artystycznego albo
przeżycia religijnego tylko z powodu włączenia go w czyjeś stany
neurotyczne. Ci, którzy posługują się takimi osądami, byliby jak
człowiek, który widząc bociana, ze zdumieniem pomyślałby: "Byłem
przekonany, że one nie istnieją". Bociany miałyby nie istnieć tylko
dlatego, że odgrywają dość przypadkową rolę w zmyślonej bajeczce o pochodzeniu dzieci?
Naturalnie nie ulega wątpliwości, że wytwory natury duchowej są
niezależnie od powyższego do pewnego stopnia uwarunkowane
psychologicznie, a także biologicznie i socjologicznie. W tym znaczeniu
są właśnie "uwarunkowane", ale to, co je warunkuje, nie jest ich
"przyczyną". Wälder słusznie wskazuje, że wszelkie tego typu
uwarunkowania idei i zjawisk kulturowych mogą być źródłem błędów,
okazjonalnej stronniczości i nieumiarkowania, ale nie mają na nie
istotnego wpływu i nie da się z nich wywieść zasadniczej treści tych
wytworów. (Każda tego rodzaju próba "objaśnienia" myli obszar ekspresji
osoby z obszarem prezentacji rzeczy). W odniesieniu do kształtowania się
osobistego widzenia świata już Scheler wskazał, że odmienność
charakterologiczna, cała indywidualność danej osoby, wiąże się z poglądem tylko w tym stopniu, w jakim wpływa na wybory, natomiast nie
może kształtować zawartości obrazu. Dlatego też Scheler nazywa te
warunkujące elementy "selektywnymi", a nie "konstytutywnymi". Pozwalają
one tylko zrozumieć, dlaczego dana osoba patrzy na świat w ten konkretny
sposób. W żadnym jednak wypadku nie mogą "wyjaśnić" wizji -?być może
ograniczonej -?która w tym przypadku wyłania się z całego bogactwa
świata. W gruncie rzeczy poszczególność każdej perspektywy, wycinkowy
charakter każdego światopoglądu zakłada obiektywność świata. Dla
przykładu, w dziedzinie obserwacji astronomicznej również dopuszcza się
istnienie źródeł błędów i uwarunkowań. Stąd wzięło się dobrze znane
astronomom "równanie indywidualne". Jednak bez względu na wszelkie
przejawy subiektywności nikt nie wątpi, że Syriusz rzeczywiście
istnieje. Dlatego przynajmniej z powodów heurystycznych musimy przyjąć
pogląd, że psychoterapia jako taka nie jest miarodajna w odniesieniu do
kwestii światopoglądowych, a psychopatologia z jej kategoriami "zdrowia"
i "choroby" nie sprawdzi się w odniesieniu do pytań o prawdziwość i znaczenie świata idei. Gdyby zwyczajna psychoterapia pozwoliła sobie w tym kontekście na wydanie jakiejkolwiek oceny, natychmiast popadłaby w błąd psychologizmu.
Psychologizm został przezwyciężony w obrębie historii filozofii. Teraz
musi zostać również przezwyciężony w psychoterapii poprzez podejście,
które nazywamy logoterapią. Owej logoterapii przypada zadanie, które
wcześniej postawiliśmy przed "psychoterapią w kontekście duchowym".
Logoterapia powinna uzupełniać psychoterapię i wypełnić lukę, której
istnienie ujawnialiśmy wcześniej na gruncie czysto teoretycznym, aby
później zweryfikować ją w odniesieniu do praktyki psychiatrycznej.
Dopiero narzędzia metody logoterapeutycznej pozwalają -?w przypadku
rezygnacji z psychologistycznej skłonności do nieadekwatnej krytyki -?na
włączenie się w rzeczową debatę na temat duchowych cierpień chorego9.
Logoterapia nie może i z natury rzeczy nie powinna zastępować
psychoterapii, a jedynie ją uzupełniać (i tylko w określonych
wypadkach). De facto nie są to zalecenia zupełnie nowe. Podejście tego
typu, mniej czy bardziej świadomie, było już poddawane sprawdzianowi.
Teraz jednak nasze usiłowania odnoszą się do kwestii, czy i w jakim
zakresie logoterapia może być stosowana de iure. W tym celu musimy
przeprowadzić nasze badanie w sposób metodyczny i na początek oddzielić
elementy logoterapeutyczne od psychoterapeutycznych. Nie zapominajmy
przy tym, że oba te elementy w codziennej praktyce psychiatry pozostają
w dynamicznym związku, że w konkretnym działaniu terapeutycznym zlewają
się w jedno. Ostatecznie psychoterapia i logoterapia, czy też wymiar
psychiczny i duchowy człowieka, można oddzielić jedynie w znaczeniu
heurystycznym. W prawdziwym ludzkim życiu są one ze sobą nierozłącznie
splecione.
Nie zmienia to faktu, iż psychikę i duchowość człowieka musimy rozważać
oddzielnie, ponieważ reprezentują one istotnie odmienne obszary10. Błąd psychologizmu polega na arbitralnym,
chaotycznym zmienianiu jednego planu na drugi. Autonomiczność duchowości
zostaje przy tym zignorowana, a takie uchybienie musi z natury rzeczy
prowadzić do metabasis eis allo genos11.
Uniknięcie tego błędu w praktyce psychoterapeutycznej i zarazem
przezwyciężenie psychologizmu to prawdziwy cel postulowanej przez nas
logoterapii.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki