p
Rozdział 1
19 grudnia 2016 r.
Spowity gęstą, szarawą mgłą cmentarz, pustoszeje zaraz po zmroku. Mroczna aura okala teren znajdujący się w obrębie starych, ceglastych murów porośniętych śpiącymi pnączami. Żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie odważyłby się przesiadywać nocą nad grobami, gdy nad ziemią unosi się niepokojący obłok. Ludzie szepczą o zniewolonych duszach, ich mogiły otaczają surowe mury, nie pozwalając na wypełźnięcie spod ryz posępnej postaci w czarnej szacie. I chociaż, to tylko bzdurne opowieści mające na celu odstraszyć grabieżców i ciekawskich smarkaczy, włos jeży się na samą myśl o zamknięciu nocą na terenie cmentarza. Pora roku sprzyja licznym zgonom, a tęgi mróz zbiera coroczne żniwo wśród ulicznych włóczęgów. Podpici i wygłodniali bezdomni, szukający schronienia w uporczywe mrozy, wybijają szyby w zamkniętych na zimę działkowych domkach, nieraz dewastując od środka, a wiosną porzucając i pozostawiając wewnątrz ruinę. Inni zaś budują kartonowe namioty w lasach, odtrącając pomoc niesioną przez lokalne przytuliska. Zamarznięte na kość ciała, odnajdują przypadkowi przechodnie lub czekają do wiosny na odwilż, aż stopnieją śniegi, a wyprowadzany pies w popołudniowy dzień zwęszy trop.
Doskonale pamiętał zapach śmierci. Intensywny, uderzający prosto do mózgu kanałem węchowym i tak nienaturalnie smaczny, jak pleśniowy ser wzbudzający w nim odrazę, lecz rozkoszny na podniebieniu. Nie był jej sprawcą, ale pamiętał, jak pochłaniała go, pozostawiając w pamięci trwały ślad. Zakorzenił się w jego umyśle, zaczepiając głęboko w pofałdowaną powierzchnię mózgu. Kilka sekund przed zgonem, człowiek nie jest świadomy nieodwracalności procesu. Pchnięcie, uderzenie, krew i śmierć. Widok zwłok sprawia, że obserwator wyczuwa, jakby coś się kończyło. Czuje to. Nawet język podpowiada, że w powietrzu unoszą się cząsteczki śmierci. Gorzkiej, okrutnej śmierci. Wewnątrz targają nim dziwne emocje, jakich nie potrafi opisać, puki nie uświadomi sobie tego, co właśnie miało miejsce. Chwilę przed śmiercią żył bowiem życiem tej drugiej osoby, by nagle poczuć pustkę zatykającą gardło.
Tym razem było inaczej. Był sprawcą. Nie zamierzał tego uczynić. To przyszło nieoczekiwanie, odbierając władzę w jego kończynach. Niepohamowana siła pociągnęła za sznurki, prowadząc do bestialskiego czynu. W uszach dudniły słowa kobiety, poprzedzone gromkim śmiechem i zakończone siarczystą kpiną. Dźgały go mocno prosto w serce, powodując pęknięcie jedynej wewnętrznej bariery, dzielącej go od wyjawienia złego oblicza.
Chwycił swoją ofiarę za kark, zacisnął zziębnięte palce, oplatając wąską szyję i pchnął mocno, nie zdając sobie sprawy z posiadanej siły w rękach. Głowa kobiety wpadła na ścianę z czerwonej cegły. Potylica pulsowała. Za pierwszym razem w jej spojrzeniu pojawiło się zdumienie. W jego umyśle dalej huczały słowa pogardy, jakie słyszał w dzieciństwie:
- Masz ochotę na sex? - zapytała go, zaciągając się mentolowym papierosem, po czym parsknęła głośno, charcząc zadławiona dymem. Wypluła lepki śluz z ust na śnieg. - Masz. - Podała paczkę papierosów, trzymając w dwóch palcach. - Żal mi cię, jesteś żałosny, nawet siostra by cię nie chciała - zaśmiała się głośno z kpiną, wypuszczając dym z wykrzywionych dziwacznie ust.
Wybuchnął złością. Pchając ją drugi raz, nie był świadomy kolejnych zdarzeń, jakie miały zaraz nastąpić. Uruchomił nieodwracalną w skutkach reakcję łańcuchową. Nie było odwrotu.
W ten sam sposób zginęła jego młodsza siostra. Mroźnym popołudniem, wracał z Pauliną ze szkoły do domu. Ścieżką wzdłuż Nacyny przez gęsty, nieoświetlony las. Nieuczęszczany zbytnio w zimowe popołudnia skrót, doskonałe miejsce dla pijaczków i bezdomnych. Na dworze zrobiło się szaro, niebo zaciągnęło sinymi chmurami jakby miały zaraz wypluć nagromadzony śnieg. W połowie drogi zaczepiła ich grupka starszych chłopaków, chuliganów, którzy już raz wylądowali w poprawczaku na pół roku. Pomimo kuratora nad głową, nadal dokuczali dzieciakom z sąsiedztwa i szkolnym nieudacznikom takim jak on i jego siostra. Biednym i słabszym by mogli poczuć wyższość nad innymi i tym samym zyskać reputację wśród starszych dzieciaków.
- Hej! Ty! - wrzasnął wysoki, szczupły szesnastolatek z blizną na prawej brwi. Już dawno powinien być w ostatniej klasie gimnazjum. Wybryki i brak zapału do nauki skutkował kiblowaniem przez trzy lata w jednej klasie. - Mówię do ciebie grubasie! - Rzucił peta na ziemię i znoszonym traperem wcisnął w ubity śnieg, gasząc niedopałek.
Przerażony stanął sztywno jak kołek, ciało zadygotało ze strachu. Przełknął ślinę i czekał, milcząc. Młodsza o trzy lata Paulina schowała się za jego plecami, mocno wbijając paznokcie w puchową kurtkę brata.
- Chodź do mnie młoda! - wrzasnął niższy chłopak. Podchodząc bliżej, stanął tuż przy twarzy jej brata.
- Nie! - odparła stanowczo, wychylając się lekko zza ramienia. W oczach kłębiły się łzy. Rozchylone usta drżały.
- Chodź! - warknął jeszcze raz, mrużąc wściekle podpite oczy.
Lekko stękając, schowała twarz w kurtce za plecami, usiłując stłumić płacz materiałem. Nagle poczuła mocne szarpnięcie za rękaw, usiłowała zaczepić się o kurtkę brata. Odciągnął ją siłą, a trzeci z oprychów przyglądający się całemu zdarzeniu, odepchnął obiema rękami jej brata.
- Zostawcie mnie, powiem mamie! - krzyczała, usiłując wyrwać się z uścisku. Nie miała tyle siły co oni.
- Tak? I co powiesz? - wysapał jej do ucha chłopak.
Odstręczający zapach alkoholu i nieświeżych ust odrzucił jej twarz na bok.
- Zostaw ją! - beknął brat.
- Patrzcie, patrzcie, tchórz się odezwał. - Zaśmiał się najniższy, wypijając resztę piwa z zielonej butelki. - Co się gapisz? Chcesz trochę? - Rzucił mu pod nogi butelkę. - To pij gruba świnio!
- Nie szarp się młoda - upomniał chłopak.
- Czego chcecie?! - W żyłach brata gotowała się krew, ale ciało ogarnął obezwładniający strach. Nie chciał być mięczakiem, lecz lęk stał się silniejszy.
- Zabawić się trochę - odparł najwyższy. - Zadam ci trzy pytania, jak odpowiesz dobrze, to was wypuszczę. - Wciska do ust garść chrupek i rzuca pustym opakowaniem na śnieg.
- A jeśli źle? - Czuł, jak oczy zaczęły mu się pocić, nie chciał płakać, nie przy siostrze.
- Zobaczysz. - Parsknął śmiechem. - Pierwsze pytanie: Jakie mam przezwisko?
- To proste. - Rozluźnił się brat dziewczyny. - Rzeźnik.
- Zgadza się. To było banalne. Drugie pytanie - przerwał, podchodząc bliżej twarzy. - Kto zrobi moje wypracowanie z polskiego?
Brat oblizał spierzchnięte lękiem usta.
- Nie wiem - odparł niepewnie.
- Zła odpowiedź.
Drągal wymierzył pięścią cios w środek brzucha. Chłopak skulił się z bólu, z oczu płynęły łzy, blada twarz oblała się purpurą.
- Trzecie pytanie.
- Nie szarp się, mówiłem! - warczał niski chłopak do dziewczyny, trzymając jej ręce nieruchomo skrzyżowane za plecami.
- Zostawcie go! - krzyczała, była młodsza, ale bardziej wojownicza i odważna od swojego brata.
- Patrzcie, jaka narwana - podchodzi bliżej drągal, nachylając się do jej twarzy. - Bo co?
Spuściła głowę, zaciskając mocno powieki.
- Trzecie pytanie - ciągnął dalej. - Kto jest chłopakiem Moniki? - Wrócił spojrzeniem na swoją ofiarę.
- Ty - odpowiada błyskawicznie.
- Racja, ale i tak dostaniesz manto za pogaduchy z moją dziewczyną. - Kolejny raz wymierzył chłopakowi cios w brzuch. - Jesteś żałosny, ciebie to nawet siostra by nie chciała! - Zaśmiał się głośno, uderzając jeszcze raz. - To gratis.
Chłopak padł na ziemię, zwijając się z bólu, podkurczył nogi do piersi. Zrobiło mu się niedobrze. Po chwili kłujący skurcz odpuścił, uniósł głowę, spoglądając na swojego oprawcę, poczuł przypływ siły, poprzedzony złością. Zacisnął pięści. Coś w jego wnętrzu pchało go do przodu. Wyskoczył na niego. Upadli razem bijąc się po twarzy, w tle dudniły śmiechy kumpli i wrzaski przerażonej siostry.
Szarpała się i wiła, usiłując wydostać się z rąk oprawcy. Niski chłopak usiłował ją utrzymać, ale wyśliznęła się z uścisku. Chwycił ją za kurtkę i przyciągnął mocno. Materiał puścił na szwie, rękaw się rozpruł. Upadła. Głowa niefortunnie uderzyła o ostrą, wystającą ze śniegu krawędź kamienia. Z potylicy sączyła się gęsta krew, wylewając na zewnątrz. Biel zamieniała się stopniowo w brunatną czerwień, plama rozrastała się wokół głowy, a źrenice siostry rozszerzyły się, po czym zesztywniały.
- Cholera! - wrzasnął jeden z trójki chłopaków. - Uciekamy! Szybko! Uciekamy!
- W nogi! - zerwał się ze śniegu niski chłopak, doganiając kumpli.
Po raz ostatni widział swoją siostrę w czarnym worku. Lekarz ogłosił zgon, a jego dłoń przesuwała się wolno po czarnym płótnie, zamykając plastikowy zamek. Nie płakał, siedział w radiowozie, trzęsąc się z zimna i przerażenia. Nie uronił kropli łzy, kanaliki wyschły.
Tym razem też nie płakał, mimo tego, iż sam spowodował śmierć kobiety. Przeciwnie, poczuł ogromną ulgę, jakby wymierzył karę i zdjął ze swoich pleców ogromny ciężar, przytłaczający go całe życie, od tamtego feralnego popołudnia. Ten pierwszy raz był dla niego czymś nowym. Pierwszy raz posmakował władzy nad ludzkim życiem. Wewnątrz siebie poczuł, czym jest dzierżyć w dłoniach tak potężną moc. Nie chciał tego, miał świadomość, czym jest zło, odróżniał je od dobra. Chociaż sam zaznał zła, nigdy nie zamierzał go czynić drugiej osobie. Przynajmniej tak mu się wydawało do chwili, gdy po jego dłoniach spłynęła czarna śmierć niewinnej kobiety.
Stał w szoku nad jej ciałem i zastanawiał się, dlaczego czuje ulgę, a nie strach. Przecież znał definicję zła i tego, co wiąże się z uczynkiem, jakiego właśnie się dopuścił. Przez myśli przeleciał mu scenariusz swojego beztroskiego życia i wizja końca. W celi, za lodowatymi kratami grubości 2 centymetrów ze stalowych prętów. Na obiad dostanie szarą breję, a na spacerniaku nie uniknie męskiego gwałtu. Stało się, sam naznaczył swoją twarz. Musi z tym żyć. Przetrwać.
Patrząc na wątłe od alkoholu ciało kobiety, nie miał silnego poczucia winy. Może zasłużyła sobie tym? Może właśnie wyręczył ją i okazał łaskę? Pewnie i tak wyszłaby z odwyku, a po kilku dniach wpadła w kolejny ciąg, doprowadzając się do upadku. Zapiłaby, nosem wciągnęła kolejną działkę, a z wyrzutów sumienia znowu pocięła uda od wewnątrz. Zastanawiał się, czy to brak kompetencji lekarzy czyni z niej to, kim się stała, a może otoczenie, w jakim się znajduje, czy jej życie z góry zostało naznaczone? Może ktoś czuwa nad nami, abyśmy szli tą jedyną, utartą dla nas ścieżką? Jej ścieżką była śmierć z rąk nieznajomego lub samobójstwo przez własne nieudolne postępowanie.
Gdy dotarło do niego, co zrobił, sprawdził dla pewności puls, w głowie układając plan jak ukryć ciało. Zdawał sobie sprawę, że śledczy doszukają się przyczyny zgonu. Zmuszony był ukryć zwłoki, nim wzejdzie słońce, westchnął głęboko jeszcze raz, podniósł papierosa, który upuściła, zaciągnął się mocno, aż płuca poczuły znajomy smak. Zgasił peta i schował do kieszeni kurtki. Chwycił za przeguby i ciągnął po śniegu w stronę wykopanej dziury na trumnę. Cmentarz komunalny był ogromny, ponad 11 hektarów powierzchni, każdego dnia odprawiano kilka pogrzebów i przygotowywano miejsca na kolejne. Śnieg ułatwiał przenoszenie zwłok. Nie martwił się o ślady, wiedział, że zaraz przyjdzie kolejna śnieżyca i przykryje to, co mogłoby zdradzić trop.
- Śpij spokojnie - szepnął, wpychając ciało do dziury. Roztarł dłonie i z kupki grud piachu przygotowanej na kolejny pogrzeb ubierał, zasypując ciało. Patrzył, jak skrawek po skrawku ziemia przykrywa jego uczynek.
Rozdział 3
poniedziałek, 2 styczniagodz. 17.40
- Miri, Miri obudź się - szepcze łagodnie Amanda, potrząsając za ramię. - Przyszedł ślusarz.
Otwieram leniwie oczy.
- Co? - patrzę na nią zdezorientowana.
- Ślusarz, pamiętasz?
- Już myślałam, że to sen. - Ziewam lekko. - Która godzina?
- Siedemnasta czterdzieści. Przysnęłaś, nie budziłam cię, nie było po co.
- Kto jeszcze został?
- Ty, ja i trzy sprzątaczki na pierwszym piętrze.
- I ślusarz - dodaję.
- Tak, idę zobaczyć co z moim biurem.
- Poczekam tutaj. - Odprawiam ją wzrokiem do zakrętu.
Rozcieram niewyraźne oczy, wstaję z kanapy i podchodzę do maszyny z kawą stojącą blisko szatni. Wygrzebuję z kieszeni marynarki 2zł. Wpycham w otwór monetę i wybieram na panelu czarną kawę. Dodaję cukru, naciskając kilkakrotnie guzik, aż pasek zapełnia się szarymi kwadracikami, oznajmiając pełną dawkę. Maszyna wypluwa papierowy kubek na podajnik i napełnia go gorącą, czarną kawą. Sięgam do pojemnika obok maszyny po plastikowe mieszadełko i wkładając do kubka, wprawiam w kolisty ruch. Przykładam ostrożnie kubek do ust, dmucham kilka razy i upijam łyk, drugą dłonią rozmasowując kark.
Kocham, gdy kofeina rozprowadza się w moich żyłach. Oczy otwierają się szerzej, mam wrażenie, że krew płynie szybciej, jakby czerwone krwinki brały udział w maratonie. Wracam z powrotem na kanapę, sięgam do torebki po telefon i wybieram numer domowy pana Zygmunta. Wiem, że to na nic, ale będzie mnie to dręczyło, jeśli nie spróbuję.
Do ucha dociera pierwszy, drugi, trzeci sygnał. Po czwartym chcę się rozłączyć, ale w słuchawce rozbrzmiewa męski głos:
- Halo?
- Co? - charczę zszokowana.
- Słucham? Kto mówi?
Łykam ślinę i pytam:
- Jest pan Zygmunt?
- Kim pani jest?
- Co? Kim jestem? Gdzie pan Zygmunt? - naskakuję. - Proszę go dać do telefonu.
- Myślę, że to raczej niemożliwe.
Krew buzuje, odkładam kubek na stół, by nie ścisnąć go w palcach.
- Kim pan jest? Zadzwonię na policję!
- Spokojnie, jestem znajomym.
- Znajomym? Mam w to uwierzyć?
- Nie musi pani. Właśnie sprawdzam, co z panem Zygmuntem i panią Anną.
- I co?
- To raczej nie pani sprawa.
- Nie moja? Bezczelny jest pan, szukam ich od rana!
- Nie tylko pani. - Mężczyzna odkłada słuchawkę.
- Halo? Halo?! Cholera!
Rozdrażniona wybieram numer ponownie i czekam, aż intruz odbierze telefon. Niestety nie odbiera, rozłączam się i cisnę ze złością telefonem na kanapę.
Rozdział 4
1 stycznianad ranem
Drugi raz również był przypadkowy. Za wiele pytań, wścibskość i podejrzliwość rozdrażniła go. Teraz gdy znał to uczucie, odruch był usprawiedliwiony. Gdyby wiedział, że to się tak skończy, nie wdawałby się w dyskusję. Nie musiałby pieczołowicie zacierać śladów i zabijać jej męża. Dowiedziała się o grze, przyłapała ich na gorącym uczynku i rozwścieczona, wrzeszczała jak opętana.
Zbyt wiele razy widział twarze ludzi o wielu twarzach. Ich inne oblicza wyjawiały się w specyficznych sytuacjach. Jedni snuli się po korytarzach, włócząc leniwie stopami po gumowej podłodze i piszcząc podeszwami butów. Inni nerwowo obgryzali paznokcie i świdrującym wzrokiem obrzucali każdego napotkanego. Dom wariatów, do którego należał był jego domem od dawna. Uwielbiał go, ubóstwiał, czuł się jego ważnym elementem całej składni. Ona była jego częścią jak wielu innych. Czuli się odmieńcami, ale po wyzwoleniu wstydzili się własnego postępowania. Teraz patrzył na jej twarz i zadawał sobie pytanie:
Gdzie tkwi logika stwórcy?
Jej policzki nadymały się ze złości, skóra poczerwieniała a oczy pociemniały. Wymachiwała dłońmi na wszystkie strony, prawiąc kazanie. Nie rozumiał jej bełkotania, słowa wypływały tak szybko, że nachodziły na siebie, tworząc chaos. Była wściekła i pobudzona, para z ust unosiła się. Pomyślał, że w żyłach płynie lawa i ciężko będzie przebić się mu przez jej słowotok. Nigdy nie widział takiej furii u kobiety, jego matka mało zajmowała się własnymi dziećmi, wolała przesiadywać na kanapie, oglądając telezakupy.
Jeden cios położył ją na ziemię. Wystarczyło, wyjąć igłę, wbić a palcem wcisnąć plastikowy tłoczek do końca i po sprawie. Zamilkła. To było proste, ale mąż zauważył wszystko. Był świadkiem, dlatego podzielił jej los. W głowie przeszła mu myśl: może znowu ukazał łaskę? Przecież to małżeństwo ślubowało przed Bogiem, wymawiając magiczne słowa "Puki śmierć nas nie rozłączy". Zabijając ją, czuł pewne zobowiązanie wobec jej męża.
Nie planował kolejnej zbrodni, stało się. I znowu poczuł lekkość, tą samą, co uprzednio. Lekkość ta była wolnością. Wyborem, jaki mógł dokonać każdy. Oblizał usta, zamknął oczy i wdychał zapach świeżej śmierci. Woń działała jak afrodyzjak, wprowadzając w błogie upojenie i rozluźniając ciało. Wyszukał kolejną dziurę na trumnę, musiał się spieszyć, nim ktoś zauważy. Jedynie, czego było mu żal, to partnera do pokera. Teraz zostało ich dwóch. Wepchnął ciała do dziury i podparł się rękoma o kolana, sapiąc ze zmęczenia.
- Ziemia, jeszcze ziemia. - Pokiwał głową i zabrał się do zasypywania zwłok.
Rozdział 5
poniedziałek, 2 styczniagodz. 18.20
Blask natrętnych policyjnych świateł kręcących się wokół cmentarnego terenu przyprawia o lodowaty dreszcz. Niebieska poświata oblewa wystające marmurowe płyty, przykryte śniegiem, a natarczywe migotanie wywołuje w przemęczonym umyśle wrażenie falujących grobów i poruszających się w oddali wąskich, zniekształconych cieni. Palce kostnieją na dwudziestostopniowym mrozie, od wypisywania pliku papierów. Nawet długopis odmawia posłuszeństwa w taki ziąb. W powietrzu unosi się ciężki, zatykający nozdrza smród z kominów pobliskich kamienic i domków jednorodzinnych, okalając umarłą dolinę szarym dymem.
Grupa policjantów zabezpiecza pieczołowicie teren zbrodni, starając się, aby nie zatrzeć śladów swymi buciorami i uratować każdy najmniejszy skrawek dowodu przed nadchodzącą śnieżycą.
Komisarz Malewicz klnie siarczyście na cały głos, potrząsając energicznie długopisem.
- Cholera! By to pies! - Usiłuje rozpisać go o kawałek wydartego papieru z policyjnego notesu, warczy pod nosem i wsiada do wozu, zatrzaskując drzwi.
Jak każdy z obecnych wolałby grzać swój tyłek pod pierzyną u boku żony. Dawno nie widział takiego przedstawienia. Dwa ciała porzucone na cmentarzu, na dłoniach denatki rany cięte, na potylicy ślad uderzenia tępym narzędziem. Mężczyzna z kolei miał przetrąconą szczękę i ślad uderzenia tępym narzędziem, również na potylicy. Taki cios mógłby zabić tych dwoje, jednak cichy głos podpowiada mu inną wersję, mniej oczywistą, kryjącą w sobie coś mrocznego.
W poświąteczny czas ludzie często chodzą na cmentarz zapalać znicze na grobach swoich przodków. Śnieg wokół miejsca zbrodni ma liczne ślady butów przysypanych kolejną warstwą, tak samo, jak cała okolica. Musi poczekać na raport patologa. Widział wiele, ale pierwszy raz jego oczy ujrzały coś takiego. Jeden z policjantów zaśmiał się szyderczo, mówiąc: "Trzeba będzie tę parkę nożyczkami wycinać." Mróz zdążył zrobić z nieboszczyków dwie kostki lodu.
Może faktycznie miał rację? - myśli, wypisując kilka papierków. Jeszcze nie był świadkiem wyciągania zwłok razem z ziemią. Cały cyrk dopiero przed nim, góra już suszy mu głowę, by zabezpieczyć dobrze teren i zamknąć cmentarz. Przedstawienie się zacznie, gdy przyjedzie stado imbecyli z aparatami w dłoniach, szukających sensacji dla zdobycia fanów na YouTubie. Już raz przez to przechodzili, nawet trafili do telewizji ogólnokrajowej wyśmiani bezczelnie za niedopatrzenie w sprawie zabójstwa kobiety przez konkubenta. Cały wydział był na świeczniku, jedno potknięcie i zaczęłyby się czystki. Nie może dopuścić do kolejnej obłudnej akcji mediów.
Komisarz przekręca kluczyk w stacyjce wozu, uruchamiając silnik. Zziębniętymi palcami włącza ogrzewanie. Odpina srebrną klamrę służbowej teczki i wyjmuje zapasowy długopis. Rozciera dłonie, zabierając się do dalszego notowania. Musi się uwijać, lada moment nadejdzie kolejna śnieżyca. W głębokiej kieszeni kurtki rozbrzmiewa dźwięk prywatnego telefonu. Sięga ręką. Jego twarz kamienieje na ułamek sekundy, widząc znajome nazwisko na wyświetlaczu. Wciska niechętnie zieloną słuchawkę, klnąc pod nosem:
- Cholera! Myślałem, że już dawno cię wilki zjadły! - warczy.
- Cieszyłbyś się co? - odzywa się męski, znajomy głos w telefonie.
- Zdziwi cię odpowiedź, że mam to w dupie?
- Nie - odpowiada beznamiętnie.
- Czego chcesz? - pyta niechętnie Malewicz. - Mam kupę roboty.
- Słyszałem, że masz ciekawy przypadek.
- To źle słyszałeś.
- Wydaje mi się, że moje źródła nie kłamią. Nigdy nie kłamały.
- Co cię to obchodzi? - Poprawia się nerwowo Malewicz na siedzeniu. - Podsłuchujesz nas?
- Może - odpowiada chłodno. - Masz personalia denatów?
- Stary dzwonisz po czterech latach i pytasz, czy mam dane dwóch zdechlaków? Pogięło cię? A może masz coś do ukrycia?
- Masz czy nie? - naciska.
- Z takim podejściem sobie nie pomagasz. Co cię to obchodzi?
- Prawdopodobnie sterczę w ich domu.
Szczęka komisarza opada z wrażenia, chwilę trwa nim słowa, jakie wypowiedział znajomy, przestają huczeć w głowie.
- W domu moich denatów? - mówi wolno.
- Mam ci to przeliterować?
- Skąd wiesz, że to ich dom?
- Ty mi powiedz. - Nie odpuszcza.
Komisarz wzdycha głęboko, przeciera palcami przekrwione oczy. Zbyt mało snu a za wiele pracy. Wzdycha zmarnowany, po chwili zastanowienia odpowiada:
- Anna i Zygmunt Zborowscy.
- Choler... Zgadza się.
- Co tam robisz? Masz mi coś do powiedzenia? Może nie będę musiał się wysilać zbytnio w taką pogodę nad myśleniem. Wiesz, ucieszyłoby mnie to.
- Nie wątpię, chociaż to było świńskie z twojej strony. Niestety zmartwię cię.
- Wal śmiało, i tak dzisiaj nie zasnę.
- To pracownicy teatru w centrum. Ich szef posłał mnie do ich domu, aby zobaczyć, co się stało. Od rana nikt ich nie widział. Pan Zygmunt był stróżem, czy coś w tym stylu i zabrał ze sobą klucze z kilku biur.
- Pięknie! Wiesz, że przez ciebie będę miał więcej papierków do wypisania?
- To nie mój problem.
- Gnojek z ciebie.
Kilka sekund ciszy dźga Malewicza w samo serce. Przypomniał sobie pewne zaszłości sprzed czterech lat, niczym obuchem w twarz wróciły wspomnienia. Dla nikogo nie są dobre. Zbyt wiele ich poróżniło, aby mogli nadal utrzymywać kontakt.
- Gratuluję awansu - odzywa się głos.
- Dzięki - spuszcza z tonu Malewicz. - Halo? - W głośniku rozbrzmiewa przerywany dźwięk oznajmiający zakończoną rozmowę. - Dawid? Cholera! Uparty człowiek!
Rozdział 11
środa, 4 styczniagodz. 14.00
Niewiele się dowiedział. Stróż niczego nie zauważył tamtej nocy, personel był zajęty a pensjonariusze zamknięci w swoich salach. Punkt zero nie jest dobrą oznaką. Na podjeździe, przed wejściem do budynku administracyjnego, zauważa radiowóz policyjny i znajomą twarz za kierownicą. Uśmiechnięty podchodzi bliżej.
- Malewicz! - drze się w stronę samochodu. Policjant nie zwraca uwagi. - Bartosz!
- Czego?! - wrzeszczy, notując coś pieczołowicie w służbowym notatniku.
- Stary gbur! - dodaje detektyw, by zwrócić uwagę dawnego przyjaciela.
- Koleś masz niewyparzoną mordę! - oburzony podnosi wzrok. Zamiera, nie wierząc własnym oczom, wytęża wzrok i wyciąga szyję przez okno radiowozu. - Mucha? To ty? Cholera! Nie poznałbym cię na drodze.
- Za to ja przeciwnie. - Podchodzi do radiowozu. - Nic się nie zmieniłeś. Tan sam warkot w głosie, kawa w samochodzie. No, pomijając kupę siwych włosów i tonę zmarszczek na twarzy.
- Spadaj! - Łapie za klamkę drzwi, popycha i wywleka swoje zastygłe kości na zewnątrz. - Co tu robisz?
- Mam do ciebie sprawę. - Przestępuje z nogi na nogę, rozgrzewając się.
- Już się boję.
- Nie uściskasz swojego największego przekleństwa? - rzuca oskarżycielsko Dawid.
- Ostatnio jak cię widziałem, to nie byłeś skory do uścisków.
- Dałeś mi w mordę. Myślałeś, że cię będę za to całował po dupie?
- Może trochę - śmieje się komisarz pod nosem.
Malewicz klepie swoimi dużymi łapskami po plecach Dawida.
- Dobra, dobra, bo pomyślą, że z nas geje. Co to za szczur w radiowozie? - pyta Dawid, zerkając ukradkiem na młodego chudzielca w mundurze.
- Świeża krew.
- Jeździsz z młodymi? Myślałem, że awansowałeś a tu taka degradacja.
- To samo mówili o tobie, gdy byłeś na jego miejscu - szczerzy zęby.
- Nowy gobelin?
- Tak mi się wydaje. Olaf Pakura, ale wolę staroświecką ksywę "młody".
- Oby nie zbierał kurzu.
- Nie jest tak bystry, jak ty kiedyś, ale ma niezłego nosa. Wolę mieć takich przy sobie niż oddać ich w ręce monotonii by stłamsiła talent.
Dawid wychyla się za Malewicza, zerkając ponownie na zanurzonego w pisaniu młodego policjanta. Przygląda się jego wąskiej twarzy i skupieniu. Czysty, skupiony umysł to złoto. A młody umysł to materiał, z którego można stworzyć perfekcyjne dzieło do walki z przestępczością.
- Ile ma lat? - prostuje się.
- Olaf? Dwadzieścia dwa.
- No to piwa może się z nami napić.
- Dobra nie chrzań, czego chcesz? - Malewicz opiera się o drzwi radiowozu.
- Zborowscy. - Wciska dłonie do kieszeni kurtki, mróz ścina krew w żyłach. Klął, jadąc do szpitala bez rękawiczek. Palce na kierownicy mogą odpaść w dłuższej podróży.
- Wiedziałem, że się nie odwalisz od tej sprawy. Co ci do tego? - Rzuca notes na siedzenie.
- To znajomi mojego niedoszłego teścia. Prosił mnie o to.
- No pięknie, będę miał cię na głowie przez całą sprawę?
- Zależy od ciebie. - Uśmiecha się kpiąco Mucha. - Dokopałem się do kilku ciekawych informacji. Zamordowana kobieta, pani Anna, była pacjentką szpitala. Jej dłonie pocięto.
- Chwila! - Unosi rękę. - Skąd masz takie informacje? - burzy się Malewicz.
- Jeśli ci powiem, to musiałbym cię zabić.
- Dowcipniś.
- Mam swoje stare źródła. Kojarzysz pocięte dłonie?
- Tak.
- Te same ślady, ktoś zafundował kobiecie sprzed dwóch tygodni, którą znaleziono na cmentarzu. Kojarzysz sprawę?
- Uważasz mnie za głupka? Tak, pamiętam!
- I co?
- Co, co? Prokurator nad tym ślęczał z Alanem, ja musiałem odetchnąć. Ale kto się wypaplał o dłoniach?
Mucha śmieje się niczym zwycięzca. To jego przewaga nad policją. Zdaje sobie sprawę powrotu do gry. On bardzo dobrze potrafi rozdawać karty. Manipulację ma w małym palcu. Niestety nawet swojemu wieloletniemu przyjacielowi nie może zdradzić kanału informacji. To zburzyłoby zaufanie do policji, hurtem posypałyby się głowy. Wtyka musi być chroniona za wszelką cenę.
- To moje źródło i doskonale wiesz, że nie mogę ci go zdradzić.
- I co ja mam z tobą zrobić?
- Nic nie sugeruję.
Komisarz wzdycha ciężko, pociera dłonie, chucha w nie kilkakrotnie by rozgrzać. W głowie ma mnóstwo pytań, roją się od czasu ostatniego spotkania. Wyrzuty sumienia gryzły go kilka lat, aż do dzisiaj, gdy zjawił się pełen energii. Piętno odciśnięte na Dawidzie zniknęło z jego twarzy. Jest zdrowy, wyleczony. Emanuje wewnętrznym spokojem.
- Dobra. Tylko nie spraszaj mi tutaj prasy, bo im utnę jaja i wyślę ci na kolację.
- Co złego to nie ja. - Unosi niewinnie dłonie. - Chcę pomóc.
- Lepiej, żebyś się w to nie mieszał - zaczyna z troską. - Natrudziłem się, aby zatrzeć wszystko co napsułeś zanim odszedłeś - warczy w stronę Muchy.
- Nie musiałeś.
- Ciszej! Młody usłyszy.
- Niech się uczy, że takie sprawy mogą zniszczyć człowieka. Zerknij na tę sprawę z grudnia. Nie naciskam, po prostu... Zerknij.
- Dobra, ale odwal się od tego. To nie miejsce dla ciebie.
- Jak sobie życzysz. - Unosi dłonie. - Miło było się spotkać - dodaje i odchodzi w stronę parkingu.
Rozdział 12
środa, 4 styczniagodz. 19.15
W dzieciństwie wychowano go na katolika. Co niedziele chodził posłusznie do kościoła na nabożeństwo. Matka za każdym razem wybierała inną świątynię, a po kilku tygodniach jej rytuał zaczynał się od nowa. Lubiła urozmaicenie. On jednak zakochał się bez pamięci w jednej spośród kilkunastu Domów Bożych, do jakich uczęszczali na nabożeństwa. Zamiast słuchać uważnie kazań, ukradkiem podziwiał wysokie sufity budowli i kolorowy, hipnotyzujący ołtarz. Najbardziej fascynowały go bijące swym złotym blaskiem wysokie figury, rozstawione w różnych kontach Bazyliki św. Antoniego i zwisające żyrandole z mnóstwem imitacji świec. Niebieskie sklepienie przypominało niebo wieczorową porą, sprawiało, że osoba gorliwie wierząca, czuła jakby była bliżej stwórcy. Gdy lekkie światła na bokach rzucało poświatę leniwych, rozgrzewających się wolno reflektorów, człowiek czekał, aż zabrzmią potężne dzwony. Już dawno nie widział tego wnętrza, odnowione i odmalowane zapierało dech w piersi. Nienawidził jedynie chłodu, jaki towarzyszył nabożeństwom. Przeciąg wdzierał się do środka pomiędzy tylnymi a bocznymi drzwiami przy ołtarzu, otulając mrozem nabożników. Od kilku tygodni powrócił do dawnego rytuału. Nie z powodu nagłego poczucia chęci odnowienia swojej wiary, ale z jej powodu.
Pamięta, gdy pierwszy raz minęła go na korytarzu. Jej nieobecny wzrok natychmiast przykuł jego uwagę, paznokciami drapała skórę lewego ramienia, przedzierając się aż do krwi. Wyglądała na chorą, blada cera i sine, podkrążone oczy. Miał ochotę się nią zaopiekować. Jej włosy nęciły go, pobudzając w spodniach męski organ. Za każdym razem czół ciasnotę, chociaż miał świadomość własnego wstydu. To właśnie wstyd zniechęcał go do pierwszego kroku. Kochał słabość kobiet, tylko to dawało mu szansę wyższości nad nimi. Miał poczucie bycia kimś i wiedział, że w takich chwilach ma przewagę. Minęło kilka tygodni, nim odważył się do niej podejść, tuż po nabożeństwie.
Czekał, aż ostatni ludzie opuszczą kościół, a światła zgasną. Zabrał z samochodu różę i ruszył pewny siebie. Pusty kościół był doskonałym momentem, aby nie zwracać na siebie uwagi obcych ludzi. W powietrzu wyczuwał zapach jej tanich perfum z supermarketu. Podążył za zapachem.
Nigdy nie był na wieży, nie widział też widoku, jaki rozpościera się z góry. Stąpał cicho, nie chcąc jej przerazić. Nie mógł jej dać tego, czego ona chciała, ale jedna chwila zapomnienia ukoiłaby jego ukrytą żądzę.
- Sandro - szepnął cicho, będąc tuż za jej plecami. Ciepło jej ciała biło na jego twarz.
Przerażona obróciła się i potykając na schodach, zachwiała się na ich skraju.
- Matko przenajświętsza! - złapała się za serce. - Co pan tutaj robi? Tutaj nie wolno wchodzić bez pozwolenia! - zganiła gościa, obracając w dłoni dziesiątkę różańca.
- Nie poznajesz mnie Sandro?
- Proszę stąd wyjść! Natychmiast. - Obróciła się od przybysza po czym wspinała wyżej.
- Sandro! Zaczekaj.
Jego złość wylała się na twarz, zacisnął szczękę tak mocno, aż zęby zaskrzypiały pod naciskiem. Żyła na szyi napięła się i pociemniała, krew się gotowała. Nie zdenerwował się za odtrącenie. Po prostu nie cierpiał, gdy ktoś go ignorował. Wielbił ją od dawna. Chciał jej pomóc, chciał uratować, a ona go odtrąciła, warcząc na niego jak na bezpańskiego psa. Zmusiła do uczynku, którego się obawiał, nie chciał czynić więcej zła. Ale zło wpełzło w jego umysł ponownie, zapuszczając głęboko swoje korzenie. Zrobił to raz i drugi. Trzeci wydawał się łatwiejszym i bardziej łakomym kąskiem. Bolesnym, bo miał nadzieję na mały wyskok. Smaczniejszym, bo zemsta zawsze jest rozkoszna. Jednym szarpnięciem za spleciony długi warkocz, upadła plecami na schody wydając jękliwy krzyk, towarzyszący okropnemu bólowi łamanych żeber. Podparła się dłońmi o schodek i podniosła wzrok na mężczyznę. Przerażona widokiem jego twarzy wydarła się, płacząc. Wysoka smukła postać była jej znajoma, szukała w pamięci twarzy przybysza, ale strach wyparł wszelkie wspomnienia.
Podszedł bliżej, patrząc na nią ze współczuciem. Widział w jej oczach ból. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie była zdrowa. Różaniec leżał na niższym ze stopni, niewiele jej pomógł. Palce pożółkłe, a oczy przekrwione. Ćpała, piła, diabeł nadal miał ją w garści. Nachylił się nad nią i sięgnął dłońmi do jej twarzy. Jęczała. Błagała o litość. Zaszklone oczy nie robiły na nim wrażenia. Jego krew była już skażona, szpik przesiąknięty czernią a wzrok obojętny na płacz i ludzkie stękania. W jednym momencie zdał sobie sprawę, długo szukał drogi swojego życia, upragnionej ścieżki, w jakiej mógłby się spełnić. Nareszcie doświadczył objawienia. Nie pozostawiła mu wyboru. Spojrzał na nią po raz ostatni, będąc już kimś innym. Tak mu się zdawało. Spojrzał kpiąco, podciągnął ją z ziemi. Splótł na szyi palce i zaciskał stopniowo. Puls stawał się coraz bardziej natarczywy, wyczuwał go na swoich opuszkach, aż z każdą sekundą słabł. Wzrok zamarł, źrenice zesztywniały. Rozchylone usta nawet nie drgnęły. Zamilkła. Położył ją delikatnie i pogłaskał po ciepłym jeszcze policzku. Jej skóra była aksamitna z małymi wgłębieniami po krostach. Zamilkła na zawsze.
- Śpij. Teraz jesteś wolna. Śpij - uśmiechnął się. - Mam dla ciebie coś ładnego. Nie odchodź. Zaraz wrócę, obiecuję.
Znowu poczuł ulgę i wolność. Delektował się nią długo, aż poczuł wewnętrzny spokój.