p

Kwestia Spinozy. Powieść psychoterapeutyczna - Irvin D. Yalom

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Spi­noza intry­guje mnie od dawna i przez wiele lat chcia­łem napi­sać o tym śmia­łym sie­dem­na­sto­wiecz­nym myśli­cielu, tak bar­dzo osa­mot­nio­nym w ota­cza­ją­cej go rze­czy­wi­sto­ści - żyją­cym bez rodziny, poza wspie­ra­jącą go spo­łecz­no­ścią - któ­rego książki naprawdę zmie­niły świat. Prze­wi­dział on, że nastąpi seku­la­ry­za­cja, nasta­nie ustrój odpo­wia­da­jący dzi­siej­szej libe­ral­nej demo­kra­cji, a roz­wój wie­dzy o przy­ro­dzie przy­spie­szy, toru­jąc drogę Oświe­ce­niu. To, że w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat został objęty przez żydów che­re­mem, a przez chrze­ści­jan był do końca życia cen­zu­ro­wany, zawsze mnie fascy­no­wało, może dla­tego że sam prze­ja­wiam skłon­no­ści iko­no­kla­styczne. I to moje dziwne poczu­cie powi­no­wac­twa ze Spi­nozą wzmoc­niła jesz­cze świa­do­mość, że jego sym­pa­ty­kiem był Ein­stein, jeden z moich pierw­szych boha­te­rów. Mówiąc o Bogu, Ein­stein miał na myśli Boga Spi­nozy - Boga toż­sa­mego z naturą, Boga, który zawiera w sobie wszelką istotę, Boga, który "nie gra w kości z wszech­świa­tem" - co miało zna­czyć, że wszystko, bez wyjątku, co się dzieje, dzieje się zgod­nie z logicz­nymi pra­wami natury.

Uwa­żam także, że Spi­noza, podob­nie jak Nie­tz­sche i Scho­pen­hauer, któ­rych życie i filo­zo­fia były kanwą moich poprzed­nich powie­ści, pisał wiele o tym, co ma ści­sły zwią­zek z upra­wianą przeze mnie dzie­dziną psy­chia­trii i psy­cho­te­ra­pii - na przy­kład, że myśli, idee i uczu­cia są wyni­kiem poprzed­nich doświad­czeń, że namięt­no­ści można badać bez­na­mięt­nie, że zro­zu­mie­nie pro­wa­dzi do trans­cen­den­cji - i pra­gną­łem uczcić wkład tego myśli­ciela, przed­sta­wia­jąc jego poglądy w powie­ści.

Ale jak pisać o czło­wieku, który wiódł życie kon­tem­pla­cyjne, nie­mal pozba­wione zna­czą­cych wyda­rzeń? Był czło­wie­kiem nie­zwy­kle zamknię­tym w sobie, nie wspo­mi­nał w swo­ich pismach o życiu pry­wat­nym. Nie dys­po­no­wa­łem mate­ria­łem, sta­no­wią­cym two­rzywo opo­wie­ści - takim, w któ­rym byłyby dra­maty rodzinne, romanse, akty zazdro­ści, cie­kawe aneg­doty, kon­flikty, roz­sta­nia i powroty. Spi­noza pro­wa­dził bogatą kore­spon­den­cję, ale gdy umarł, przy­ja­ciele, wierni pozo­sta­wio­nym przez niego instruk­cjom, usu­nęli z jego listów pra­wie wszyst­kie nawią­za­nia do spraw oso­bi­stych. Nie, w jego życiu próżno by szu­kać dra­matycznych wyda­rzeń; więk­szość bada­czy twier­dzi, że Spi­noza był spo­koj­nym, łagod­nym czło­wie­kiem - nie­któ­rzy z nich porów­nują go do chrze­ści­jań­skich świę­tych, a jesz­cze inni nawet do samego Jezusa.

Posta­no­wi­łem więc napi­sać powieść o jego życiu wewnętrz­nym. W tym mogła mi pomóc wie­dza fachowa. W końcu był prze­cież istotą ludzką i musiał zma­gać się z typo­wymi dla każ­dego czło­wieka pro­ble­mami, takimi, jakie nękały mnie samego i wielu pacjen­tów, z któ­rymi przez lata pra­co­wa­łem. Na pewno mocno prze­żył odrzu­ce­nie przez spo­łecz­ność żydow­ską w Amster­da­mie, gdy miał dwa­dzie­ścia cztery lata - nie­od­wra­calne obję­ciem che­re­mem, naka­zu­jące wszyst­kim żydom, nie wyłą­cza­jąc jego wła­snej rodziny, wyrze­cze­nie się go na zawsze. Żad­nemu żydowi nie wolno było z nim wię­cej roz­ma­wiać, niczego mu sprze­da­wać ani od niego kupo­wać, czy­tać tego, co napi­sał, ani pod­cho­dzić do niego na odle­głość bliż­szą niż pięt­na­ście stóp. A prze­cież nie można żyć bez fan­ta­zji, marzeń, pasji, pra­gnie­nia miło­ści. Bodaj czwarta część jed­nego z naj­więk­szych dzieł Spi­nozy, Etyki, jest poświę­cona wyzwa­la­niu się z wię­zów namięt­no­ści. Jako psy­chia­tra byłem prze­ko­nany, że nie mógł o tym pisać, nie wie­dząc z wła­snego doświad­cze­nia, czym jest walka z namięt­no­ściami.

Jed­nak przez wiele lat tkwi­łem w miej­scu, ponie­waż nie mogłem wymy­ślić fabuły, któ­rej wymaga powieść - wszystko zmie­niła dopiero moja wizyta w Holan­dii. Mia­łem poje­chać tam z wykła­dem i w ramach wyna­gro­dze­nia zaży­czy­łem sobie "dnia ze Spi­nozą". Moje życze­nie zostało speł­nione. Sekre­tarz holen­der­skiej Socie­tas Spi­no­zana (Towa­rzy­stwa Spi­nozy) i wybitny znawca myśli tego filo­zofa zgo­dzili się poświę­cić mi cały dzień i opro­wa­dzić po naj­waż­niej­szych miej­scach zwią­za­nych ze Spi­nozą - poka­zać, gdzie miesz­kał i gdzie został pocho­wany, a także - co sta­no­wiło naj­więk­szą atrak­cję - zwie­dzić ze mną poświę­cone mu muzeum w Rijns­burgu. Tam wła­śnie dozna­łem olśnie­nia.

Wsze­dłem do muzeum Spi­nozy w Rijns­burgu, jakieś czter­dzie­ści pięć minut jazdy od Amster­damu, pełen ocze­ki­wa­nia, licząc, że... że co wła­ści­wie? Że spo­tkam tam ducha tego filo­zofa. Może odkryję jakąś histo­rię. Ale gdy tylko wkro­czy­łem do środka, dozna­łem wiel­kiego zawodu. Wąt­pi­łem, czy ten mały, skromny przy­by­tek przy­bliży mnie do Spi­nozy. Jedy­nym jako tako oso­bi­stym eks­po­na­tem była jego licząca sto pięć­dzie­siąt jeden tomów biblio­teka, do któ­rej natych­miast się skie­ro­wa­łem. Dzięki swoim prze­wod­ni­kom uzy­ska­łem do niej swo­bodny dostęp i wyj­mo­wa­łem jedną sie­dem­na­sto­wieczną książkę po dru­giej: trzy­ma­łem je w rękach, pod­eks­cy­to­wany, że doty­kam przed­mio­tów, któ­rych kie­dyś doty­kał Spi­noza, i czu­łem ich zapach.

Do rze­czy­wi­sto­ści przy­wo­łał mnie jeden z moich prze­wod­ni­ków: "Oczy­wi­ście, dok­to­rze Yalom, gdy umarł, wszyst­kie nale­żące do niego rze­czy: łóżko, ubra­nia, buty, pióra i księ­go­zbiór, wysta­wiono na licy­ta­cję, żeby opła­cić koszty pogrzebu. Książki zostały sprze­dane i roz­pro­szyły się po świe­cie, ale na szczę­ście nota­riusz spo­rzą­dził przed aukcją ich spis i po prze­szło dwu­stu latach pewien żydow­ski filan­trop zgro­ma­dził więk­szość z nich: te same edy­cje z tych samych lat i miejsc wyda­nia. Więc cho­ciaż nazy­wamy ten zbiór biblio­teką Spi­nozy, tak naprawdę jest to jej replika. Jego palce ni­gdy nie doty­kały tych wolu­mi­nów".

Odwró­ci­łem się od ksią­żek i spoj­rza­łem na por­tret Spi­nozy wiszący na ścia­nie, a wtedy poczu­łem, że tonę w tych wiel­kich, smut­nych, okrą­głych oczach o cięż­kich powie­kach - było to nie­mal mistyczne prze­ży­cie, coś dla mnie bar­dzo rzad­kiego. Jed­nak wów­czas mój prze­wod­nik ode­zwał się ponow­nie: "Może pan o tym nie wie, ale to nie jest auten­tyczny wize­ru­nek Spi­nozy. To tylko wytwór wyobraźni mala­rza, oparty na kilku linij­kach pisem­nych opi­sów. Jeżeli za życia Spi­nozy ist­niały jakieś przed­sta­wia­jące go rysunki, żaden z nich nie prze­trwał".

Może więc to opo­wieść o czymś, co pozo­staje nie­uchwytne, pomy­śla­łem.

Gdy w dru­gim pomiesz­cze­niu oglą­da­łem urzą­dze­nie do szli­fo­wa­nia socze­wek - także nie jego wła­sne, jak wyni­kało z tabliczki, ale podobne tego, które miał - usły­sza­łem, że jeden z moich prze­wod­ni­ków wspo­mina o nazi­stach.

Wró­ci­łem do biblio­teki.

- Jak to? Byli tu nazi­ści? W tym muzeum?

- Tak, kilka mie­sięcy po zdo­by­ciu Holan­dii przy­je­chali tutaj swo­imi wiel­kimi limu­zy­nami żoł­nie­rze ERR i wszystko zabrali: książki, popier­sie i por­tret Spi­nozy... wszystko. Wywieźli to, a potem zapie­czę­to­wali muzeum i je wywłasz­czyli.

- ERR? Co to za skrót?

- Ein­satz­stab Reich­sle­iter Rosen­berg. Sztab Ope­ra­cyjny Rosen­berga, jed­nego z przy­wód­ców Rze­szy... to zna­czy, Alfreda Rosen­berga, głów­nego anty­se­mic­kiego ide­ologa nazi­stow­skiego. Był odpo­wie­dzialny za rabo­wa­nie dóbr w imie­niu Trze­ciej Rze­szy i pod jego roz­ka­zami ERR roz­kradł całą Europę... naj­pierw przy­własz­cza­jąc sobie wła­sność żydow­ską, a póź­niej, już pod­czas wojny, gra­biąc wszystko, co tylko miało jakąś war­tość.

- Więc ten księ­go­zbiór likwi­do­wano dwu­krot­nie? - zapy­ta­łem. - Chce pan powie­dzieć, że aby odtwo­rzyć biblio­tekę, wszyst­kie książki trzeba było kupić ponow­nie?

- Nie... jakimś cudem prze­trwały i z wyjąt­kiem kilku egzem­pla­rzy zostały po woj­nie zwró­cone.

- Nie­sa­mo­wite! - To wła­śnie sta­nowi fabułę, pomy­śla­łem. - Ale dla­czego Rosen­berg w ogóle zawra­cał sobie nimi głowę? - zapy­ta­łem. - Na pewno mają jakąś war­tość... jako pocho­dzące z sie­dem­na­stego wieku albo jesz­cze star­sze... dla­czego jed­nak po pro­stu nie wkro­czył ze swo­imi ludźmi do amster­dam­skiego Rijk­smu­seum i nie zabrał jed­nego Rem­brandta, war­tego pięć­dzie­siąt razy wię­cej niż cały ten zbiór?

- Bo nie o to mu cho­dziło. Nie cho­dziło o pie­nią­dze. ERR inte­re­so­wał się Spi­nozą z jakie­goś innego, nie­wia­do­mego powodu. W ofi­cjal­nym rapor­cie ofi­cer, który bez­po­śred­nio nad­zo­ro­wał wywózkę tej biblio­teki, dodał zna­czące zda­nie: "Zawiera ona cenne wcze­sne dzieła, o wiel­kim zna­cze­niu dla zba­da­nia kwe­stii Spi­nozy". Może pan zna­leźć ten raport w inter­ne­cie, jeśli to pana inte­re­suje... figu­ruje w ofi­cjal­nej doku­men­ta­cji pro­ce­sów norym­ber­skich.

Zdu­mia­łem się.

- Nazi­ści badali kwe­stię Spi­nozy? Nie rozu­miem. Co to miało zna­czyć? Jaka znowu kwe­stia Spi­nozy?

Jak duet mimów obaj moi prze­wod­nicy wzru­szyli ramio­nami i bez­rad­nie roz­ło­żyli ręce.

Pyta­łem dalej.

- Czy chce­cie powie­dzieć, że z powodu jakiejś kwe­stii Spi­nozy chro­nili ten księ­go­zbiór, zamiast go spa­lić, tak jak spa­lili więk­szość Europy?

Ski­nęli gło­wami.

- I gdzie trzy­mali tę biblio­tekę pod­czas wojny?

- Nie wia­domo. Księ­go­zbiór znik­nął na pięć lat i został odna­le­ziony w czter­dzie­stym szó­stym roku w nie­miec­kiej kopalni soli.

- W kopalni soli? Nie­sa­mo­wite! - Zdją­łem z półki jedną z ksią­żek - szes­na­sto­wieczne wyda­nie Iliady - i gła­dząc ją, zauwa­ży­łem: - Więc ta stara księga ma wła­sną histo­rię.

Moi prze­wod­nicy opro­wa­dzili mnie po pozo­sta­łych pomiesz­cze­niach. Przy­je­cha­łem w odpo­wied­nim cza­sie: nie­wielu gości miało moż­li­wość zwie­dzić drugą połowę domu, bo przez całe stu­le­cia zamiesz­ki­wała ją rodzina robot­ni­ków. Nie­dawno jed­nak zmarł ostatni jej czło­nek, Socie­tas Spi­no­zana czym prę­dzej kupiła więc nie­ru­cho­mość i przy­stą­piła do jej remontu, aby włą­czyć ją do czę­ści muze­al­nej. Prze­sze­dłem po gru­zie przez skromną kuch­nię i salo­nik, a potem wspią­łem się po wąskich stro­mych scho­dach do małej nie­odzna­cza­ją­cej się niczym sypialni. Szybko obrzu­ci­łem wzro­kiem ten pokoik i już mia­łem ruszyć z powro­tem na dół, gdy zauwa­ży­łem na sufi­cie w rogu nad scho­dami pła­ski występ o wymia­rach dwie stopy na dwie.

- Co to takiego?

Stary dozorca wszedł kilka stopni wyżej i wyja­śnił, że to klapa pro­wa­dząca na malut­kie pod­da­sze, gdzie pod­czas całej wojny ukry­wały się dwie Żydówki, córka ze star­szą matką.

- Dono­si­li­śmy im jedze­nie i opie­ko­wa­li­śmy się nimi.

Sza­le­jąca wokół zawie­ru­cha wojenna! Czte­rech na pię­ciu holen­der­skich Żydów zamor­do­wa­nych przez nazi­stów! A tu, na górze, w daw­nym domu Spi­nozy, były do czasu wyzwo­le­nia prze­cho­wy­wane dwie Żydówki. Na dole małe muzeum filo­zofa naj­pierw zostało ogo­ło­cone z eks­po­na­tów, a następ­nie zamknięte i zli­kwi­do­wane przez ofi­cera z oddzia­łów Rosen­berga, bo znaj­du­jący się tam księ­go­zbiór miał pomóc Niem­com w roz­wią­za­niu "kwe­stii Spi­nozy". Co to mogła być za kwe­stia? Zasta­na­wia­łem się, czy ten nazi­sta, Alfred Rosen­berg, nie szu­kał Spi­nozy z wła­snych, oso­bi­stych powo­dów. Wkra­cza­łem do tego muzeum z myślą o jed­nej tajem­nicy, a opusz­cza­łem je z myślą o dwóch.

Nie­długo póź­niej zabra­łem się do pisa­nia.

Roz­dział 1

Amsterdam - kwiecień 1656

Gdy w wodach Zwa­nen­bur­gwal odbi­jają się ostat­nie pro­mie­nie słońca, dzień pracy w Amster­da­mie dobiega końca. Far­bia­rze zbie­rają tka­niny w kolo­rze fuk­sji i szkar­łatu, suszące się na kamien­nych brze­gach kanału. Han­dla­rze zwi­jają kramy i zamy­kają okien­nice skle­pów. Kilku robot­ni­ków, któ­rzy wra­cają cięż­kim kro­kiem do domu, zatrzy­muje się przy stra­ga­nach ze śle­dziami nad kana­łem na prze­ką­skę z holen­der­skim dżi­nem, a potem rusza w dal­szą drogę. Życie zwal­nia; mia­sto wciąż jest pogrą­żone w żało­bie, jesz­cze nie doszło do sie­bie po zara­zie, która zale­d­wie przed kil­koma mie­sią­cami zabi­jała co dzie­wią­tego jej miesz­kańca.

Kilka metrów od kanału, przy Bre­estraat, pod nume­rem cztery, tro­chę pijany Rem­brandt van Rijn, który wła­śnie zban­kru­to­wał, koń­czy obraz Bło­go­sła­wień­stwo Jakuba: wyko­nuje ostat­nie pocią­gnię­cia pędzla, składa pod­pis w pra­wym dol­nym rogu płótna, rzuca paletę na pod­łogę i odwraca się, aby zejść po wąskich, krę­tych scho­dach. Dom, w któ­rym trzy­sta lat póź­niej zosta­nie urzą­dzone muzeum mala­rza, tego dnia jest świad­kiem jego hańby. Tło­czą się w nim zain­te­re­so­wani kup­nem nale­żą­cych do Rem­brandta rze­czy, które mają być zli­cy­to­wane na aukcji. Szorstko prze­ci­ska­jąc się przez tłum gapiów na scho­dach, wycho­dzi przez fron­towe drzwi, wciąga w płuca sło­nawe powie­trze i ocię­żale idzie do karczmy na rogu ulicy.

W Delft, sie­dem­dzie­siąt kilo­me­trów na połu­dnie, inny malarz stoi dopiero u progu sławy. Dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Johan­nes Ver­meer ostatni raz ogląda swoje nowe dzieło, U strę­czy­cielki. Prze­suwa po nim wzro­kiem od pra­wej do lewej strony. Naj­pierw pro­sty­tutka w jaskra­wo­żół­tym kafta­nie. Dobrze. Dobrze. Ta żółć jaśnieje jak wypo­le­ro­wany blask słońca. Potem ota­cza­jąca ją para męż­czyzn. Dosko­nale - każdy z nich mógłby zstą­pić z obrazu i wdać się w roz­mowę. Ver­meer pochyla się, by pochwy­cić prze­ni­kliwe spoj­rze­nie tego w fir­cy­ko­wa­tym kape­lu­szu. Patrząc na swo­jego małego sobo­wtóra, kiwa głową. Wielce zado­wo­lony, zama­szy­ście maluje pod­pis w pra­wym dol­nym rogu.

By jed­nak wró­cić do Amster­damu - przy Bre­estraat numer pięć­dzie­siąt sie­dem, zale­d­wie dwie prze­cznice od domu Rem­brandta, gdzie ma się odbyć licy­ta­cja, dwu­dzie­sto­trzy­letni kupiec (uro­dzony tylko dwa dni wcze­śniej niż Ver­meer, któ­rego będzie podzi­wiał, ale ni­gdy nie pozna), przy­go­to­wuje się do zamknię­cia swo­jego sklepu kolo­nial­nego. Można by pomy­śleć, że jest zbyt deli­katny i uro­dziwy, aby pro­wa­dzić sklep. Ma regu­larne rysy, nie­ska­zi­telną oliw­kową cerę i duże ciemne oczy, jakby prze­peł­nione smut­kiem.

Roz­gląda się dookoła: dużo pó­łek jest pustych, tak samo jak jego kie­sze­nie. Ostatni ładu­nek z Bahii prze­chwy­cili piraci i nie ma kawy, cukru ani kakao. Przez poko­le­nie rodzina Spi­no­zów pro­wa­dziła wiel­kie intratne przed­się­bior­stwo impor­towo-eks­por­towe, lecz obec­nie bra­cia - Gabriel i Bento - mają tylko ten mały sklep. Wcią­ga­jąc w płuca duszne powie­trze, Bento Spi­noza z rezy­gna­cją roz­po­znaje smród szczu­rzych odcho­dów, mie­sza­jący się z wonią suszo­nych fig, rodzy­nek, kan­dy­zo­wa­nego imbiru, mig­da­łów i cie­cie­rzycy, a także opa­rami wytraw­nego hisz­pań­skiego wina. Wycho­dzi na dwór i zaczyna codzienną walkę z zardze­wiałą kłódką u drzwi sklepu. Wzdryga się, sły­sząc nie­znany głos, mówiący z afek­ta­cją po por­tu­gal­sku.

- Ty jesteś Bento Spi­noza?

Odwraca się i widzi dwóch nie­zna­jo­mych: mło­dych, wyraź­nie zmę­czo­nych męż­czyzn, któ­rzy wyglą­dają na przy­by­wa­ją­cych z daleka. Jeden z nich jest wysoki i ma dużą, masywną głowę, która pochyla się do przodu, jakby była zbyt ciężka, by dało się ją utrzy­mać pro­sto. Jego strój, nie­wąt­pli­wie dobrej jako­ści, jest brudny i pomięty. Drugi, w sfa­ty­go­wa­nym chłop­skim ubra­niu, stoi za swoim towa­rzy­szem. Ma dłu­gie, zmierz­wione włosy, ciemne oczy, wydatną brodę i duży nos. Trzyma się sztywno. Rzuca wzro­kiem na lewo i prawo, jego spoj­rze­nie przy­wo­dzi na myśl spło­szone kijanki.

Spi­noza ostroż­nie kiwa głową.

- Ja nazy­wam się Jacob Men­doza - mówi ten wyż­szy. - Przy­szli­śmy do cie­bie. Chcemy poroz­ma­wiać. To mój kuzyn, Franco Beni­tez, wła­śnie przy­wio­złem go z Por­tu­ga­lii. Bie­dak ma kło­poty. - Kła­dzie rękę na ramie­niu Franca.

- Rozu­miem - odpo­wiada Spi­noza. - I co dalej?

- Poważne kło­poty.

- No rozu­miem. Lecz co to ma wspól­nego ze mną?

- Powie­dziano nam, że możesz mu pomóc. Chyba jako jedyny.

- Pomóc?

- Franco stra­cił wiarę. We wszystko wątpi. W sens obrządku reli­gij­nego. W sens modli­twy. A nawet w obec­ność Boga. Żyje w cią­głym stra­chu. Nie śpi. Mówi, że odbie­rze sobie życie.

- Kto taki przy­słał was do mnie? Jestem tylko kup­cem pro­wa­dzą­cym mały sklep. I to słabo pro­spe­ru­jący, jak widzi­cie. - Spi­noza wska­zuje zaku­rzoną witrynę, przez którą można dostrzec na wpół puste regały. - Gmi­nie prze­wo­dzi rabin Mor­tera. Idź­cie do niego.

- Przy­pły­nę­li­śmy wczo­raj i dziś rano mie­li­śmy się do niego udać. Lecz nasz gospo­darz, daleki kuzyn, odra­dził nam to. "Franco potrze­buje pomocy, nie osądu" - orzekł. Powie­dział, że rabin Mor­tera surowo trak­tuje wąt­pią­cych, uważa, że wszyst­kich żydów w Por­tu­ga­lii, któ­rzy prze­szli na kato­li­cyzm, czeka wieczne potę­pie­nie, nawet jeśli byli zmu­szeni wybrać mię­dzy odstą­pie­niem od swo­jej wiary a śmier­cią. "Po spo­tka­niu z rabi­nem Mor­terą Fran­cowi się nie polep­szy, tylko pogor­szy" - prze­ko­ny­wał. "Idź­cie do Benta Spi­nozy. On się zna na takich spra­wach".

- Co mają zna­czyć te słowa? Jestem tylko kup­cem...

- On twier­dzi, że gdy­byś nie musiał prze­jąć inte­resu po śmierci star­szego brata i ojca, został­byś następ­nym wiel­kim rabi­nem Amster­damu.

- Pora na mnie. Muszę iść.

- Idziesz na nabo­żeń­stwa sza­ba­towe do syna­gogi? Tak? My też. Zabie­ram na nie Franca, musi odzy­skać wiarę. Czy możemy ci towa­rzy­szyć?

- Nie, idę gdzie indziej.

- Jak to gdzie indziej? - pyta Jacob, jed­nak natych­miast odzy­skuje pano­wa­nie nad sobą. - Prze­pra­szam cię. To nie moja sprawa. Czy możemy więc przyjść jutro? Zechcesz pomóc nam pod­czas sza­batu? To dozwo­lone, odkąd stało się micwą. Potrze­bu­jemy cię. Mojemu kuzy­nowi grozi nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Dziwne. - Spi­noza kręci głową. - Ni­gdy nie spo­tka­łem się z taką prośbą. Przy­kro mi, lecz się myli­cie. Nie mogę wam w żaden spo­sób pomóc.

Franco, który patrzył w zie­mię, gdy mówił Jacob, pod­nosi wzrok i odzywa się po raz pierw­szy:

- Pro­szę o nie­wiele, zale­d­wie o chwilę roz­mowy z tobą, panie. Odma­wiasz współ­wy­znawcy? Masz obo­wią­zek wobec przy­by­sza. Ucie­kłem z Por­tu­ga­lii tak samo jak twój ojciec, twoja rodzina, ucho­dząc przed inkwi­zy­cją.

- Lecz co ja mogę...

- Mój ojciec został spa­lony na sto­sie led­wie rok temu. Jaką popeł­nił zbrod­nię? Zna­leźli stro­nice z Tory, zako­pane w ziemi za naszym domem. Brat mego ojca, ojciec Jacoba, został zamor­do­wany wkrótce potem. Mam pyta­nie. Co to za świat, w któ­rym syn czuje woń palo­nego ciała swego ojca? Gdzie jest Bóg, gdy dzieją się takie rze­czy? Dla­czego na nie pozwala? Winisz mnie, że o to pytam? - Franco przez chwilę patrzy Spi­no­zie pro­sto w oczy, a póź­niej podej­muje: - Czło­wiek, który ma na imię "bło­go­sła­wiony"... po por­tu­gal­sku Bento, a po hebraj­sku Baruch... chyba nie odmówi mi krót­kiej roz­mowy?

Spi­noza z powagą kiwa głową.

- Poroz­ma­wiam z tobą, Franco. Jutro w połu­dnie?

- W syna­go­dze? - dopy­tuje tam­ten.

- Nie, tutaj. Przyjdź do mojego sklepu. Będzie otwarty.

- Sklep? Otwarty? - włą­cza się Jacob. - W sza­bat?

- Mój młod­szy brat, Gabriel, repre­zen­tuje w syna­go­dze rodzinę Spi­no­zów.

- Jed­nakże święta Tora - nie ustę­puje Jacob, nie zwra­ca­jąc uwagi na to, że Franco cią­gnie go z rękaw - mówi, że wolą Boga jest, aby­śmy w sza­bat nie pra­co­wali, aby­śmy spę­dzili dzień, świę­tu­jąc, modląc się do niego i czy­niąc micwę.

Spi­noza odwraca się do niego.

- Powiedz mi, Jaco­bie - pyta łagod­nie, jak nauczy­ciel mło­dego ucznia. - Czy wie­rzysz, że Bóg jest wszech­po­tężny?

Ten kiwa głową.

- Że Bóg jest dosko­nały? Skoń­czony sam w sobie?

Jacob ponow­nie potwier­dza.

- A zatem na pewno przy­znasz, że jako taki, z samej tej defi­ni­cji, niczego nie potrze­buje, niczego nie chce, niczego sobie nie życzy. Czyż nie?

Jacob się zasta­na­wia, a potem, nie­pewny, ostroż­nie kiwa głową. Spi­noza zauważa, że na ustach Franca z wolna poja­wia się uśmiech.

- W takim razie - cią­gnie Spi­noza - nie sądzę, by miał jakieś życze­nia co do tego, jak będziemy go czcić... a nawet czy w ogóle będziemy to robić. Pozwól więc, Jaco­bie, że będę wiel­bił Boga na wła­sny spo­sób.

Franco sze­roko otwiera oczy. Zwraca się do Jacoba, jakby chciał powie­dzieć: "Widzisz, widzisz? Wła­śnie kogoś takiego szu­kam".

Roz­dział 2

Rewel, Estonia - 3 maja 1910

Czas: godzina 16.00

Miej­sce: ławka na głów­nym kory­ta­rzu przed gabi­ne­tem dyrek­tora Petri-Real­schule, Epste­ina

Na ławce sie­dzi szes­na­sto­letni Alfred Rosen­berg. Wierci się, nie bar­dzo wie, dla­czego wezwano go do gabi­netu dyrek­tora szkoły. Jest szczu­pły, ma sza­ro­nie­bie­skie oczy i regu­larne ger­mań­skie rysy; na czoło opada mu pod wła­ści­wym kątem kosmyk orze­cho­wych wło­sów. Nie widać jesz­cze sinych krę­gów pod oczami - poja­wią się póź­niej. Wysoko trzyma brodę. Może i jest hardy, ale zdra­dzają go pię­ści, które raz po raz zaci­ska - czuje nie­po­kój.

Wygląda jak wszy­scy, prze­cięt­nie. To już pra­wie męż­czy­zna, stoi u progu życia. Za osiem lat wyje­dzie z Rewla do Mona­chium i zosta­nie gor­li­wym anty­bol­sze­wic­kim i anty­se­mic­kim dzien­ni­ka­rzem. Za dzie­więć - wysłu­cha poru­sza­ją­cego prze­mó­wie­nia na zebra­niu Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­ków, wygło­szo­nego przez jej nowego członka, wete­rana pierw­szej wojny świa­to­wej, nie­ja­kiego Adolfa Hitlera, i wkrótce sam do niej wstąpi1. Za lat dwa­dzie­ścia odłoży pióro i uśmiech­nie się trium­fal­nie, koń­cząc pisa­nie ostat­niej strony swo­jej książki Der Mythus des 20. Jahr­hun­derts, Mit XX wieku. Zosta­nie ona sprze­dana w milio­nach egzem­pla­rzy i stwo­rzy ide­olo­giczne pod­stawy pro­gramu par­tii nazi­stow­skiej, uza­sad­nia­jąc koniecz­ność eli­mi­na­cji euro­pej­skich Żydów. Za trzy­dzie­ści lat jego pod­władni wkro­czą do małego muzeum w holen­der­skim Rijns­burgu i skon­fi­skują znaj­du­jącą się tam biblio­tekę Spi­nozy w licz­bie stu pięć­dzie­się­ciu pozy­cji. A za lat trzy­dzie­ści sześć w jego pod­krą­żo­nych oczach wyraź­nie pojawi się nie­do­wie­rza­nie i zapy­tany przez ame­ry­kań­skiego kata w Norym­ber­dze2, czy chce wypo­wie­dzieć ostat­nie słowa, pokręci głową.

Tym­cza­sem młody Alfred sły­szy zbli­ża­jące się kroki, które niosą się po kory­ta­rzu echem, i gdy widzi Herr Schäfera, swo­jego wycho­wawcę i nauczy­ciela języka nie­miec­kiego, zrywa się na nogi, żeby się z nim przy­wi­tać. Herr Schäfer, mija­jąc go i otwie­ra­jąc drzwi do gabi­netu dyrek­tora, tylko ściąga brwi i powoli kręci głową. Ale przed wej­ściem do środka przy­staje i odwraca się do Alfreda.

- Rosen­berg - mówi cicho wcale nie­su­ro­wym gło­sem - roz­cza­ro­wa­łeś mnie... wszyst­kich nas roz­cza­ro­wa­łeś... tonem swo­jego wie­czor­nego prze­mó­wie­nia. I nie przy­słoni tego fakt, że zosta­łeś wybrany na prze­wod­ni­czą­cego klasy. Mimo to wie­rzę, że wyj­dziesz na ludzi. Za kilka tygo­dni koń­czysz szkołę. Nie rób głupstw.

Wczo­raj­sze prze­mó­wie­nie wybor­cze! A więc to o nie cho­dzi - Alfred ude­rza się otwartą dło­nią w czoło. Jasne - dla­tego wezwano go do dyrek­tora. Cho­ciaż na spo­tka­niu byli obecni pra­wie wszy­scy z czter­dzie­stu uczniów ostat­niej klasy, do któ­rej cho­dził - głów­nie Niemcy bał­tyccy, ale także kilku Rosjan, Estoń­czy­ków, Pola­ków i Żydów - Alfred spe­cjal­nie zwró­cił się w swoim wystą­pie­niu tylko do nie­miec­kiej więk­szo­ści, zagrze­wa­jąc ich do reali­zo­wa­nia misji, jaką jest sze­rze­nie szla­chet­nej kul­tury nie­miec­kiej. "Dbaj­cie o czy­stość naszej rasy" - ape­lo­wał. "Nie osła­biaj­cie jej, zapo­mi­na­jąc o naszych wspa­nia­łych tra­dy­cjach, dając się uwo­dzić mniej wznio­słym ideom, obcu­jąc z pośled­niej­szymi rasami". Może na tym powi­nien był poprze­stać. Ale go ponio­sło. Pew­nie posu­nął się za daleko.

Jego roz­wa­ża­nie prze­rywa otwar­cie masyw­nych drzwi, wyso­kich na trzy metry, i dono­śny głos dyrek­tora:

- Herr Rosen­berg, bitte, herein!

Po wej­ściu do gabi­netu Alfred widzi, że Epstein sie­dzi z nauczy­cie­lem nie­miec­kiego przy końcu dłu­giego cięż­kiego stołu z ciem­nego drewna. Chło­pak zawsze czuje się mały w obec­no­ści tego czło­wieka, wyso­kiego męż­czy­zny, mie­rzą­cego ponad sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów, któ­remu powagi przy­dają jesz­cze dostojna postawa, prze­ni­kliwe oczy i gęsta, sta­ran­nie przy­strzy­żona broda.

Dyrek­tor daje Alfre­dowi znak, żeby usiadł na krze­śle po dru­giej stro­nie stołu. Jest wyraź­nie niż­sze niż dwa wyso­kie krze­sła naprze­ciwko. Dyrek­tor, nie tra­cąc czasu, od razu prze­cho­dzi do rze­czy.

- Więc, Rosen­berg, jestem żydow­skiego pocho­dze­nia, co? Tak samo moja żona, ona też jest Żydówką? A Żydzi to gor­sza rasa i nie powinni uczyć Niem­ców? A już na pewno, jak z tego rozu­miem, błę­dem jest mia­no­wać któ­re­goś z nich dyrek­to­rem szkoły?

Brak odpo­wie­dzi. Alfred zaczer­puje powie­trza, jesz­cze bar­dziej kuli się na krze­śle i zwie­sza głowę.

- Rosen­berg, czy dobrze zro­zu­mia­łem, co chcia­łeś powie­dzieć?

- Pro­szę pana... ojej, panie dyrek­to­rze, wyra­zi­łem się zbyt skró­towo. Nie mia­łem na myśli nikogo kon­kret­nego. To było prze­mó­wie­nie wybor­cze i mówi­łem to, co chcieli usły­szeć. - Kątem oka Alfred widzi, że Herr Schäfer na swoim krze­śle opusz­cza ramiona, zdej­muje oku­lary i prze­ciera oczy.

- Ach, rozu­miem. Nie mia­łeś na myśli nikogo kon­kret­nego... Ale teraz masz przed sobą kon­kret­nie mnie.

- Pro­szę pana, powie­dzia­łem tylko to, co myślą wszy­scy Niemcy. Że musimy dbać o naszą rasę i kul­turę.

- A co ze mną i innymi Żydami?

Alfred w mil­cze­niu znowu pochyla głowę. Ma ochotę spoj­rzeć za okno w poło­wie dłu­go­ści stołu, ale pod­nosi wzrok i patrzy z nie­po­ko­jem na dyrek­tora.

- Tak, oczy­wi­ście, nie umiesz odpo­wie­dzieć. Może roz­wiąże ci się język, gdy powiem, że ja i moja żona mamy nie­miec­kie pocho­dze­nie i że nasi przod­ko­wie osie­dli nad Bał­ty­kiem w czter­na­stym wieku. A co wię­cej, jeste­śmy żar­li­wymi lute­ra­nami.

Alfred powoli kiwa głową.

- A mimo to nazwa­łeś nas oboje Żydami - cią­gnie dyrek­tor.

- Nie, wcale nie. Wspo­mnia­łem tylko, że krążą pogło­ski...

- Pogło­ski, które skwa­pli­wie roz­po­wszech­niasz, żeby zdo­być w wybo­rach głosy kole­gów. Powiedz mi jesz­cze, Rosen­berg, czy te pogło­ski znaj­dują potwier­dze­nie w fak­tach? Czy może są zupeł­nie pozba­wione pod­staw?

- W fak­tach? - Alfred kręci głową. - Hm. Może świad­czy o tym pań­skie nazwi­sko?

- Więc Epstein to nazwi­sko żydow­skie? Wszy­scy Epste­ino­wie są Żydami, tak? Czy może połowa z nich? Albo nie­któ­rzy? Albo może tylko jeden na tysiąc? Czego dowo­dzą twoje bada­nia naukowe?

Brak odpo­wie­dzi. Alfred znowu kręci głową.

- Czyli, mimo że cho­dzi­łeś na lek­cje z nauk ści­słych i filo­zo­fii w naszej szkole, ni­gdy się nie zasta­na­wia­łeś, skąd wiesz to, co wiesz. Czy nie jest to wła­śnie jedna z pod­sta­wo­wych idei Oświe­ce­nia? Czy to myśmy zawie­dli cie­bie? Czy ty nas?

Alfred wydaje się zdez­o­rien­to­wany. Herr Epstein gło­śno prze­biera pal­cami po stole.

- A twoje nazwi­sko, Rosen­berg? - podej­muje. - Czy to rów­nież nie jest nazwi­sko żydow­skie?

- Na pewno nie.

- To wcale nie jest takie pewne. Oto kilka fak­tów zwią­za­nych z nazwi­skami. W okre­sie Oświe­ce­nia w Niem­czech... - Dyrek­tor prze­rywa na chwilę, a póź­niej pyta bur­kli­wie: - Rosen­berg, a ty w ogóle wiesz, co to było Oświe­ce­nie i kiedy nastą­piło?

Zer­ka­jąc na Herr Schäfera, Alfred odpo­wiada gor­li­wie:

- To była epoka... rozumu i wiary w naukę... i nastą­piła w osiem­na­stym wieku?

- Tak, zga­dza się. Dobrze. Nauki Herr Schäfera nie cał­kiem poszły w las. Pod koniec tej epoki pod­jęto w Niem­czech sta­ra­nia, żeby uczy­nić z Żydów oby­wa­teli nie­miec­kich. Mieli oni wybrać sobie nie­miec­kie nazwi­ska i za nie zapła­cić. Jeśli odma­wiali zapłaty, mogli otrzy­mać jakieś śmieszne, na przy­kład Schmutz­fin­ger albo Drec­klec­ker. Więk­szość jed­nak wolała zapła­cić, żeby dostać ład­niej­sze czy wytwor­niej­sze, może od kwiatu... jak choćby Rosen­blum... albo koja­rzące się z przy­rodą, jak Gre­en­baum. Jesz­cze popu­lar­niej­sze były nazwi­ska od szla­chec­kich zam­ków. Zamek Epstein miał pozy­tywne kono­ta­cje i nale­żał do wspa­nia­łego rodu, wywo­dzą­cego się jesz­cze ze świę­tego Cesar­stwa Rzym­skiego. Wybie­rali go na nazwi­sko Żydzi, któ­rzy w osiem­na­stym wieku miesz­kali w jego pobliżu. Inni pła­cili mniej­sze sumy za tra­dy­cyjne nazwi­ska żydow­skie, jak Levy albo Cohen.

Twoje nazwi­sko, Rosen­berg, także jest bar­dzo stare. Ale od stu lat wie­dzie nowe życie. Stało się pospo­lite wśród Żydów w Vater­lan­dzie i zapew­niam cię, że jeśli... albo gdy... tam poje­dziesz, spo­tkasz się z krzy­wymi spoj­rze­niami i uśmiesz­kami. Dotrą też do cie­bie pogło­ski, że wśród two­ich przod­ków byli Żydzi. Powiedz mi, Rosen­berg, jeżeli tak się sta­nie, jak będziesz te zarzuty odpie­rał?

- Pójdę za pań­skim przy­kła­dem, pro­szę pana, i opo­wiem o swoim pocho­dze­niu.

- Ja prze­śle­dzi­łem swoją gene­alo­gię kilka wie­ków wstecz. A ty?

Alfred zaprze­cza ruchem głowy.

- A wiesz, jak to się robi?

Kolejne zaprze­cze­nie.

- Wobec tego w ramach jed­nego z zadań przed­ma­tu­ral­nych dowiesz się, jak prze­pro­wa­dzić takie bada­nie, i odtwo­rzysz swoje pocho­dze­nie.

- Jed­nego z zadań, pro­szę pana?

- Tak, bo będziesz musiał wyko­nać dwa zada­nia, aby roz­wiać moje wąt­pli­wo­ści, czy możesz dostać świa­dec­two ukoń­cze­nia szkoły śred­niej i wstą­pić na poli­tech­nikę. Po dzi­siej­szej roz­mo­wie Herr Schäfer i ja zde­cy­du­jemy, co będzie twoim dru­gim zada­niem.

- Dobrze, pro­szę pana. - Alfred zaczyna sobie uświa­da­miać, jak nie­pewna jest jego sytu­acja.

- Powiedz mi jesz­cze, Rosen­berg - kon­ty­nu­uje dyrek­tor Epstein - wie­dzia­łeś, że na wczo­raj­szym wiecu wybor­czym byli ucznio­wie żydow­scy?

Alfred nie­znacz­nie kiwa głową.

- A zasta­na­wia­łeś się - pyta dalej dyrek­tor - jak się poczują i jak zare­agują na twoją tyradę, że dla Żydów nie ma miej­sca w tej szkole?

- Mam przede wszyst­kim zobo­wią­za­nia wobec ojczy­zny. Uwa­żam, że muszę chro­nić czy­stość naszej wiel­kiej aryj­skiej rasy, odgry­wa­ją­cej prze­wod­nią rolę w całej cywi­li­za­cji.

- Rosen­berg, jest już po wybo­rach. Oszczędź mi tych gadek. Odpo­wiedz na moje pyta­nie. O uczu­cia Żydów, któ­rzy cię słu­chali.

- Uwa­żam, że jeśli nie będziemy czujni, rasa żydow­ska dopro­wa­dzi nas do upadku. Żydzi są słabi. To paso­żyty. Nasz odwieczny wróg. Prze­ci­wień­stwo aryj­skich war­to­ści i kul­tury.

Zasko­czeni gwał­towną reak­cją Alfreda, dyrek­tor Epstein i Herr Schäfer wymie­niają zanie­po­ko­jone spoj­rze­nia. Dyrek­tor inda­guje dalej:

- Wygląda na to, że chcesz wymi­gać się od odpo­wie­dzi. Więc spró­buję ina­czej. Według cie­bie Żydzi są słabi, to paso­żyty, gor­sza rasa?

Alfred przy­ta­kuje.

- To powiedz mi, Rosen­berg, jak taka słaba, gor­sza rasa może zagro­zić naszej potęż­nej aryj­skiej?

Gdy Alfred pró­buje zna­leźć odpo­wiedź, Herr Epstein cią­gnie:

- Powiedz, Rosen­berg, uczy­łeś się na lek­cjach Herr Schäfera o teo­rii Dar­wina?

- Tak - rzuca Alfred. - Na histo­rii i bio­lo­gii.

- Czego się o niej dowie­dzia­łeś?

- Głosi, że gatunki ewo­lu­ują i mogą prze­trwać tylko te naj­le­piej przy­sto­so­wane.

- No wła­śnie, o prze­trwa­niu decy­duje naj­lep­sze przy­sto­so­wa­nie. I oczy­wi­ście, na reli­gii dokład­nie czy­ta­li­ście Stary Testa­ment, prawda?

- Tak, u Herr Müllera.

- A wia­domo, Rosen­berg, że pra­wie wszyst­kie ludy i kul­tury opi­sane w Biblii... całe ich dzie­siątki... wygi­nęły. Zga­dza się?

Alfred potwier­dza.

- Możesz wymie­nić kilka z takich ludów?

Chło­pak prze­łyka ślinę.

- Feni­cja­nie, Moabici... i Idu­mej­czycy. - Zerka na Herr Schäfera, który kiwa głową.

- Dosko­nale - cią­gnie dyrek­tor. - I one wszyst­kie wygi­nęły. Z wyjąt­kiem Żydów. Żydzi prze­trwali. Czy Dar­win by nie powie­dział, że w takim razie są naj­le­piej przy­sto­so­wani? Podą­żasz za moim rozu­mo­wa­niem?

- Prze­trwali - bły­ska­wicz­nie odpo­wiada Alfred - ale nie dla­tego, że byli silni. Zawsze paso­ży­to­wali na innych, nie pozwa­la­jąc rasie aryj­skiej przy­sto­so­wać się jesz­cze bar­dziej. Prze­trwali, bo czer­pali siłę, złoto i bogac­twa od nas.

- A, czyli nie grają uczci­wie - kwi­tuje dyrek­tor Epstein. - Chcesz powie­dzieć, że w wiel­kim pla­nie natury jest miej­sce na fair play. Innymi słowy, szla­chetne zwie­rzę, wal­cząc o życie, nie powinno posłu­gi­wać się mimi­krą ani sto­so­wać tak­tyki zasko­cze­nia? Dziwne, nie pamię­tam, żeby w pra­cach Dar­wina było coś o uczci­wo­ści.

Alfred, zbity z tropu, sie­dzi w mil­cze­niu.

- Cóż, mniej­sza o to - rzuca dyrek­tor. - Roz­ważmy inną kwe­stię. Na pewno nie zaprze­czysz, Rosen­berg, że rasa żydow­ska wydała wybitne jed­nostki. Weźmy naszego Pana, Jezusa, który przy­szedł na świat jako Żyd.

I tym razem Alfred szybko udziela odpo­wie­dzi:

- Czy­ta­łem, że Jezus uro­dził się w Gali­lei, nie w Judei, gdzie miesz­kali Żydzi. Cho­ciaż w końcu Gali­lej­czycy prze­szli na juda­izm, nie mieli w żyłach ani kro­pli izra­elic­kiej krwi.

- Co takiego?! - Dyrek­tor Epstein wyrzuca ręce w górę. Odwraca się do Herr Schäfera.

- Skąd pocho­dzą te wymy­sły, Herr Schäfer? - pyta. - Gdyby chło­pak był doro­sły, zapy­tał­bym, co wypił. Czy tego ich pan uczy na lek­cjach histo­rii?

Herr Schäfer kręci głową.

- Skąd bie­rzesz te wszyst­kie teo­rie? - zwraca się do Alfreda. - Mówisz, że z ksią­żek, ale na pewno nie z pod­ręcz­ni­ków, z któ­rych korzy­stamy na moich lek­cjach. Gdzie je wyczy­ta­łeś, Rosen­berg?

- We wspa­nia­łej książce, pro­szę pana. Nosi tytuł Pod­stawy dzie­więt­na­stego wieku3.

Herr Schäfer ude­rza się dło­nią w czoło. Opa­dają mu ramiona.

- Co to za dzieło? - pyta go dyrek­tor Epstein.

- Nie­ja­kiego Houstona Ste­warta Cham­ber­la­ina - wyja­śnia Herr Schäfer. - To Anglik, zięć Wagnera. Pisze fan­ta­stykę naukową, to zna­czy odtwa­rza histo­rię, prze­ra­bia­jąc ją na wła­sną modłę. - Prze­nosi wzrok na Alfreda. - Jak tra­fi­łeś na tę książkę?

- Pod­czy­ty­wa­łem ją u stryja, a póź­niej posze­dłem do księ­garni, po dru­giej stro­nie ulicy, żeby kupić wła­sny egzem­plarz. Nie mieli jej, ale ją dla mnie zamó­wili. Czy­tam to dzieło od mie­siąca.

- Z taką pasją! Życzył­bym sobie, żebyś z podob­nym zain­te­re­so­wa­niem czy­tał tek­sty kla­syczne - komen­tuje Herr Schäfer, wska­zu­jąc zama­szy­stym gestem regał z opraw­nymi w skórę książ­kami, który zaj­muje całą ścianę w gabi­ne­cie dyrek­tora. - Choć jeden z nich!

- Herr Schäfer - pyta dyrek­tor szkoły - zna pan tę pozy­cję, tego autora?

- Na tyle, na ile warto znać pseu­do­hi­sto­ry­ków. Cham­ber­lain to popu­la­ry­za­tor Arthura de Gobi­neau, fran­cu­skiego rasi­sty, któ­rego publi­ka­cje o wyż­szo­ści rasy aryj­skiej wpły­nęły na Wagnera. Obaj, zarówno de Gabi­neau, jak i Cham­ber­lain, wysu­wają śmiałe teo­rie o czo­ło­wej roli aryj­czy­ków w roz­woju cywi­li­za­cji Gre­ków i Rzy­mian.

- To były wiel­kie cywi­li­za­cje! - gwał­tow­nie włą­cza się Alfred. - Dopóki jedni i dru­dzy nie wymie­szali się z niż­szymi rasami... Żydami, Murzy­nami, Azja­tami. To dopro­wa­dziło ich do upadku.

I dyrek­tor Epstein, i Herr Schäfer są wyraź­nie obu­rzeni, że uczeń śmie prze­ry­wać im roz­mowę. Dyrek­tor spo­gląda na pod­wład­nego kar­cąco, jakby to on pono­sił za to odpo­wie­dzial­ność.

Herr Schäfer obciąża winą ucznia.

- Gdyby tylko wyka­zy­wał taką gor­li­wość na lek­cjach! - wykrzy­kuje. Potem zwraca się do Alfreda: - Ile razy prze­ma­wia­łem ci do rozumu, Rosen­berg? Wyda­wa­łeś się zupeł­nie nie­za­in­te­re­so­wany wła­sną edu­ka­cją. Ile razy pró­bo­wa­łem zachę­cić cię do udziału w dys­ku­sjach na pod­sta­wie lek­tur? A tu nagle tak gorąco bro­nisz jakiejś książki. Jak mamy to rozu­mieć?

- Może to dla­tego, że ni­gdy wcze­śniej takiej nie czy­ta­łem... książki, która mówi­łaby całą prawdę o szla­chec­twie naszej rasy, o tym, jak naukowcy zakła­my­wali histo­rię, widząc w niej postęp całej ludz­ko­ści, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści to nasza rasa two­rzyła wszyst­kie wiel­kie cywi­li­za­cje! Nie tylko grecką i rzym­ską, ale także egip­ską, per­ską, nawet indyj­ską. Każda z nich upa­dła dopiero wtedy, gdy naszą rasę ska­ziła gor­sza krew. - Alfred patrzy na dyrek­tora Epste­ina. - Za pozwo­le­niem, pro­szę pana - mówi do niego z takim sza­cun­kiem, na jaki tylko może się zdo­być - to jest wła­śnie odpo­wiedź na pyta­nie, które mi pan zadał. Dla­tego się nie przej­muję, że urażę kilku Żydów... albo Sło­wian, oni też są niż­szą rasą, ale nie tak dobrze zor­ga­ni­zo­waną jak żydow­ska.

Dyrek­tor Epstein i Herr Schäfer znowu patrzą na sie­bie, obaj wresz­cie świa­domi wagi pro­blemu. Nie mają do czy­nie­nia ze zwy­kłym nie­sfor­nym czy impul­syw­nym uczniem.

Dyrek­tor Epsein mówi do Alfreda:

- Rosen­berg, pro­szę, wyjdź za drzwi. Herr Schäfer i ja musimy się nara­dzić.

Roz­dział 3

Amsterdam - 1656

W sza­bat o zmierz­chu na Joden­bre­estraat aż roiło się od Żydów. Każdy z nich niósł modli­tew­nik i zamszowy wore­czek z tałe­sem. Wszy­scy amster­dam­scy sefar­dyj­czycy zmie­rzali do syna­gogi - oprócz jed­nego. Po zamknię­ciu sklepu Bento sta­nął za jego pro­giem, prze­cią­gle spoj­rzał na stru­mień współ­wy­znaw­ców, wcią­gnął głę­boko powie­trze i wmie­szał się w ten tłum, lecz ruszył w prze­ciw­nym kie­runku. Uni­kał spoj­rzeń prze­chod­niów i szep­tał do sie­bie uspo­ka­ja­jąco, by zagłu­szyć poczu­cie winy. "Nikt nie patrzy, nikogo to nie obcho­dzi. Od dobrej repu­ta­cji waż­niej­sze jest czy­ste sumie­nie. Prze­cież robi­łem to już wiele razy". Jed­nak serce, które mocno biło mu w piersi, było głu­che na głos roz­sądku. Pró­bo­wał więc odciąć się od świata zewnętrz­nego, pogrą­żyć się we wła­snym, wewnętrz­nym, i zająć podzi­wia­niem tej dziw­nej walki mię­dzy rozu­mem a emo­cjami, walki, w któ­rej rozum zawsze prze­gry­wał.

Kiedy tłum się prze­rze­dził, Bento szedł już swo­bod­niej. Skrę­cił w lewo, w ulicę bie­gnącą wzdłuż kanału Konings­gracht; kie­ro­wał się do domu Fran­ci­scusa van den Endena, wybit­nego nauczy­ciela łaciny i lite­ra­tury kla­sycz­nej.

Cho­ciaż pozna­nie Jacoba i Franca było czymś nie­zwy­kłym, do jesz­cze bar­dziej pamięt­nego dla Benta spo­tka­nia doszło, kiedy do sklepu kolo­nial­nego Spi­no­zów po raz pierw­szy wkro­czył Fran­ci­scus van den Enden. Po dro­dze Bento z roz­ba­wie­niem je sobie przy­po­mniał. Dobrze pamię­tał jego szcze­góły.

Przed­dzień sza­batu, pra­wie już zmierz­cha. Do jego sklepu, aby obej­rzeć towary, wcho­dzi zażywny męż­czy­zna w śred­nim wieku, sta­ran­nie ubrany, któ­remu naj­wy­raź­niej nie bra­kuje ogłady. Bento ze sku­pie­niem pro­wa­dzi zapi­ski w swoim dzien­niku i nie zauważa nowego klienta. Van den Enden wresz­cie dys­kret­nie chrząka, by zwró­cić na sie­bie uwagę, i rzuca sta­now­czo, lecz nie ostro:

- Młody czło­wieku, nie jesteś chyba zbyt zajęty, by obsłu­żyć klienta?

Bento rzuca pióro w poło­wie zda­nia i zrywa się na nogi.

- Zbyt zajęty? O nie, panie. Jesteś pierw­szym klien­tem od rana. Wybacz mi, że cię nie zauwa­ży­łem. W czym mogę ci słu­żyć?

- Chciał­bym litr wina i może, w zależ­no­ści od ceny, kilo­gram tych drob­nych rodzy­nek z kosza na dole.

Gdy Bento sta­wia oło­wiany odważ­nik na jed­nej szali wagi i drew­nianą miarką sypie rodzynki na drugą, van den Enden zauważa:

- Prze­szko­dzi­łem ci w pisa­niu. Co za nie­zwy­kłe... nie, wię­cej niż nie­zwy­kłe, wyjąt­kowe i odświe­ża­jące doświad­cze­nie... po wej­ściu do sklepu zoba­czyć mło­dego sprze­dawcę tak pochło­nię­tego tym, co pisze, że nie zwraca uwagi na klien­tów. Jako nauczy­ciel zwy­kle spo­ty­kam się z czymś wręcz prze­ciw­nym. Moi ucznio­wie, kiedy ich zastaję, zwy­kle nie są by­naj­mniej zajęci ani pisa­niem, ani myśle­niem.

- Inte­res kiep­sko idzie - wyja­śnia Bento. - Więc gdy tak tu sie­dzę godzi­nami, poza pisa­niem i myśle­niem nie mam nic do roboty.

Klient wska­zuje dzien­nik Spi­nozy, wciąż otwarty na stro­nie, na któ­rej młody czło­wiek pro­wa­dził zapi­ski.

- Niech zagadnę, co tam piszesz. Skoro inte­res kiep­sko idzie, na pewno mar­twisz się o los sklepu. Notu­jesz wydatki i zyski, pod­li­czasz je i spi­su­jesz pomy­sły na roz­wią­za­nie trud­no­ści. Mam rację?

Bento, z poczer­wie­niałą twa­rzą, tylko odwraca swój dzien­nik okładką do góry.

- Nic się przede mną nie ukryje, młody czło­wieku. Jestem dosko­na­łym szpie­giem i docho­wuję tajem­nic. Ja także snuję zaka­zane myśli. Co wię­cej, zara­biam na życie jako nauczy­ciel reto­ryki i z całą pew­no­ścią mógł­bym nauczyć cię pisać lepiej.

Spi­noza pod­nosi dzien­nik i poka­zuje jego strony z lek­kim uśmie­chem.

- A dobrze znasz, panie, por­tu­gal­ski?

- Por­tu­gal­ski! Tu mnie masz, mło­dzień­cze. Nider­landzki, tak. Fran­cu­ski, angiel­ski, nie­miecki, tak. Łacina i greka, tak. Nawet tro­chę hisz­pań­ski, hebraj­ski i ara­mej­ski. Ale por­tu­gal­ski? Nie. Dosko­nale mówisz po nider­landzku. Dla­czego nie piszesz w tym języku? Na pewno się tu uro­dzi­łeś?

- Tak. Mój ojciec opu­ścił Por­tu­ga­lię jesz­cze jako chło­piec. Cho­ciaż w inte­re­sach posłu­guję się nider­landz­kim, pisa­nie w tym języku spra­wia mi pewne trud­no­ści. Piszę też po hisz­pań­sku. I stu­diuję gra­ma­tykę hebraj­ską.

- Zawsze pra­gną­łem czy­tać Pismo Święte w ory­gi­nale. Nie­stety, u jezu­itów nauczy­łem się tylko pod­staw hebraj­skiego. Jed­nakże nie odpo­wie­dzia­łeś mi na pyta­nie o to, co piszesz.

- Twoja kon­klu­zja, panie, że robię pre­li­mi­narz wydat­ków i notuję spo­soby zwięk­sze­nia sprze­daży, wynika, jak sądzę, z mojej uwagi, że sklep słabo pro­spe­ruje. To rozu­mo­wa­nie oparte na deduk­cji, lecz w tym kon­kret­nym przy­padku zupeł­nie błędne. Rzadko kiedy roz­my­ślam o inte­re­sach i ni­gdy o nich nie piszę.

- Wybacz mi pomyłkę. Zanim jed­nakże sku­pimy się na tym, co piszesz, pozwól, że poczy­nię jedną krótką dygre­sję... peda­go­giczną uwagę, to nawyk, któ­rego trudno się wyzbyć. Nie­wła­ści­wie uży­łeś słowa "deduk­cja". Pro­ces docho­dze­nia do racjo­nal­nej kon­klu­zji na pod­sta­wie kon­kret­nych prze­sła­nek, ina­czej mówiąc, two­rze­nie teo­rii opar­tej na dys­kret­nych spo­strze­że­niach to induk­cja, pod­czas gdy deduk­cja wycho­dzi od zało­że­nia a priori i pro­wa­dzi do zbioru wnio­sków.

Zauwa­żyw­szy, że Spi­noza w zamy­śle­niu, może z wdzięcz­no­ścią, kiwa głową, van den Enden cią­gnie:

- Jeśli nie o inte­re­sach, to o czym piszesz, młody czło­wieku?

- Po pro­stu o tym, co widzę za oknem skle­po­wym.

Van den Enden podąża za wzro­kiem Benta na ulicę.

- Popatrz, panie. Wszy­scy są w ruchu. Przez cały dzień, przez całe życie, spie­szą to tu, to tam. W jakim celu? Dla bogac­twa? Sławy? Roz­ko­szy, jakie daje zaspo­ko­je­nie ape­ty­tów? Takie cele pro­wa­dzą na manowce.

- Dla­cze­góż to?

Bento powie­dział już wszystko, co chciał powie­dzieć, lecz ośmie­lony pyta­niem klienta kon­ty­nu­uje:

- Bo są złudne. Za każ­dym razem, gdy osią­gnie się taki cel, on tylko rodzi nowe potrzeby. I znowu trzeba gdzieś spie­szyć, znowu cze­goś szu­kać i tak ad infi­ni­tum. Nie­prze­mi­ja­jące szczę­ście leży gdzieś indziej. O tym wła­śnie roz­my­ślam i piszę. - Bento mocno się rumieni. Ni­gdy wcze­śniej nikomu nie zwie­rzał się z takich myśli.

Na twa­rzy klienta poja­wia się wiel­kie zacie­ka­wie­nie. Odsta­wia torbę z zaku­pami, pod­cho­dzi bli­żej i patrzy mło­dzień­cowi w twarz.

To była ta chwila - uko­ro­no­wa­nie wszyst­kich innych. Bento się nią upa­jał - tym wyra­zem zdzi­wie­nia, nowego, jesz­cze więk­szego zain­te­re­so­wa­nia i uwagi na twa­rzy nie­zna­jo­mego. I to co za nie­zna­jo­mego! Wysłan­nika z roz­le­głego, zewnętrz­nego nie­ży­dow­skiego świata. Czło­wieka naj­wy­raź­niej waż­nego. Nie mógł odmó­wić sobie prze­ży­wa­nia tej chwili raz po raz. Przy­wo­ły­wał ją z pamięci kil­ka­krot­nie, cza­sami nawet po trzy­kroć, czte­ro­kroć. I za każ­dym razem, gdy ją odtwa­rzał, do oczu napły­wały mu łzy. Nauczy­ciel, ele­gancki bywały czło­wiek, który się nim zain­te­re­so­wał, potrak­to­wał go poważ­nie, być może myśląc: "Co za nie­zwy­kły mło­dzie­niec".

Bento z nie­chę­cią prze­szedł od tam­tej chwili do dal­szego ciągu tego pierw­szego spo­tka­nia z nie­zna­jo­mym.

Klient nie ustę­puje.

- Mówisz, że nie­prze­mi­ja­ją­cego szczę­ścia należy szu­kać gdzieś indziej. Powiedz mi gdzie.

- Wiem tylko, że nie w nie­trwa­łych przed­mio­tach. Nie na zewnątrz, lecz w środku. To umysł okre­śla, co jest straszne, pozba­wione war­to­ści, godne pożą­da­nia albo bez­cenne, dla­tego to wła­śnie umysł i tylko umysł należy zmie­niać.

- Jak się nazy­wasz, młody czło­wieku?

- Bento Spi­noza. Po hebraj­sku zwą mnie Baruch.

- A po łaci­nie twoje imię brzmia­łoby Bene­dic­tus. Piękne, bło­go­sła­wione imię. Ja jestem Fran­ci­scus van den Enden. Pro­wa­dzę aka­de­mię, wykła­dam lite­ra­turę kla­syczną. Spi­noza, powia­dasz... hm, po łaci­nie spina i spi­no­sus zna­czą "cierń" i "cier­ni­sty".

- Po por­tu­gal­sku D'espin­hosa - dodaje Bento, kiwa­jąc głową. - Od cier­ni­stego miej­sca.

- Pyta­nia, jakie zada­jesz, mogą oka­zać się cier­ni­ste dla orto­dok­syj­nych dogma­tycz­nych nauczy­cieli. - Kąciki ust van den Endena uno­szą się w łobu­zer­skim uśmie­chu. - Powiedz mi, mło­dzień­cze, jesteś cier­niem w boku swo­ich baka­ła­rzy?

Bento także się uśmie­cha.

- Tak, kie­dyś bywa­łem. Teraz jed­nak ich uni­kam. Wyży­wam się na swoim dzien­niku. Drę­czące mnie pyta­nia nie są dobrze widziane w prze­sąd­nej spo­łecz­no­ści.

- Prze­sąd i rozum ni­gdy nie szły ze sobą w parze. Może jed­nak zazna­jo­mię cię z podob­nie myślą­cymi ludźmi. Oto dla przy­kładu czło­wiek, któ­rego powi­nie­neś poznać. - Van den Enden sięga do swo­jej sakwy, wyj­muje starą księgę i podaje ją Spi­no­zie. - Nazywa się Ary­sto­te­les. To dzieło zawiera próby odpo­wie­dzi na pyta­nia, które cię inte­re­sują. On także postrze­gał umysł i dosko­na­le­nie umie­jęt­no­ści rozu­mo­wa­nia za naj­wyż­szy ludzki cel. Jego Etyka niko­ma­chej­ska powinna być jedną z two­ich następ­nych lek­tur.

Bento zbliża księgę do nosa i wciąga w noz­drza jej zapach, a potem ją roz­kłada.

- Sły­sza­łem o tym czło­wieku i chęt­nie bym go poznał. Lecz nie mógł­bym z nim poroz­ma­wiać. Nie znam greki.

- W takim razie powi­nie­neś się jej nauczyć. Gdy już opa­nu­jesz łacinę, rzecz jasna. Jaka szkoda, że wasi uczeni rabini tak słabo znają języki kla­syczne. Ich hory­zont jest tak ogra­ni­czony, że czę­sto­kroć zapo­mi­nają, iż nie tylko Żydzi poszu­kują mądro­ści.

Bento odpo­wiada natych­miast - gdy ktoś ata­kuje przy nim Żydów, przy­po­mina sobie, że jest jed­nym z nich.

- To nie­prawda. Zarówno rabin Menassch, jak i Mor­tera czy­tają Ary­sto­te­lesa w prze­kła­dzie łaciń­skim. Maj­mo­ni­des zaś uważa go za jed­nego z naj­więk­szych filo­zo­fów.

Van den Enden się pro­stuje.

- Dobrze powie­dziane, mło­dzień­cze, dobrze powie­dziane. Udzie­la­jąc takiej odpo­wie­dzi, zda­łeś egza­min wstępny do mojej aka­de­mii. Twoja lojal­ność wobec daw­nych nauczy­cieli osta­tecz­nie prze­ko­nała mnie, że zasłu­gu­jesz, by u mnie stu­dio­wać. Naj­wyż­sza pora, abyś poznał nie tylko Ary­sto­te­lesa, lecz także samego sie­bie. Zazna­jo­mię cię z nim i jego kom­pa­nami, takimi jak Sokra­tes, Pla­ton i wielu innych.

- Och, a co z zapłatą? Jak wspo­mnia­łem, nie wie­dzie mi się naj­le­piej.

- Doj­dziemy do poro­zu­mie­nia. Na począ­tek prze­ko­namy się, jaki z cie­bie nauczy­ciel hebraj­skiego. I ja, i moja córka pra­gniemy popra­wić swoją zna­jo­mość tego języka. A potem może odkry­jemy inne formy wymiany. Na razie chciał­bym, abyś dodał jesz­cze kilo­gram mig­da­łów do wina i rodzy­nek, o które pro­si­łem... lecz nie tych drob­nych... spró­bujmy tam­tych więk­szych z gór­nej półki.

* * *

Te wspo­mnie­nia o początku nowego życia tak Banta pochło­nęły, że zamy­ślony minął cel, do któ­rego zmie­rzał. Zatrzy­mał się nagle przy następ­nej prze­cznicy, szybko rozej­rzał się wokół i zoba­czyw­szy, że zaszedł za daleko, wró­cił po swo­ich śla­dach do domu van den Endena, wąskiego czte­ro­pię­tro­wego budynku, sto­ją­cego nad kana­łem Sin­gel. Wspi­na­jąc się po scho­dach na ostat­nie pię­tro, gdzie odby­wały się lek­cje, Bento, jak to miał w zwy­czaju, przy­sta­wał na każ­dym kolej­nym i zaglą­dał do pomiesz­czeń miesz­kal­nych. Wyło­żona kaflami z Delft pod­łoga na par­te­rze, którą wień­czyły z brzegu nie­bie­sko-białe cokoły przed­sta­wia­jące wia­traki, nie wzbu­dziła jego zain­te­re­so­wa­nia.

Na pierw­szym pię­trze ostry zapach kiszo­nej kapu­sty i pikant­nego curry przy­po­mniał mu, że znowu zapo­mniał o zje­dze­niu obiadu czy kola­cji.

Na dru­gim pię­trze prze­szedł obo­jęt­nie obok pięk­nej harfy i gobe­li­nów, lecz za to jak zwy­kle z przy­jem­no­ścią przyj­rzał się obra­zom olej­nym, które wisiały na wszyst­kich ścia­nach. Przez kilka minut oglą­dał nie­wiel­kie malo­wi­dło przed­sta­wia­jące łódź na brzegu i zwró­cił uwagę na per­spek­tywę, wyzna­czaną przez kilka więk­szych postaci na brzegu i dwie mniej­sze w łodzi - jedną sto­jącą na dzio­bie, i drugą, jesz­cze mniej­szą, sie­dzącą przy ste­rze. Posta­rał się zapa­mię­tać, by wie­czo­rem zamó­wić kopię węglem tego obrazu.

Na trze­cim pię­trze powi­tali go van den Enden i sze­ściu mło­dych uczniów aka­de­mii: jeden stu­dio­wał łacinę, a pozo­sta­łych pię­ciu dosko­na­liło się w grece. Van den Enden jak zwy­kle zaczął wie­czorną lek­cję od dyk­tanda po łaci­nie, które mło­dzieńcy mieli prze­tłu­ma­czyć albo na nider­landzki, albo na grekę. Licząc, że uda mu się wzbu­dzić w nich pasję do nauki nowych języ­ków, posłu­gi­wał się on tek­stami, które miały zacie­ka­wiać i bawić. Od trzech tygo­dni czy­tali więc Owi­diu­sza, na ten wie­czór zaś van den Enden wybrał frag­ment opo­wie­ści o Nar­cy­zie.

W prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych uczniów Spi­noza wyka­zy­wał zni­kome zain­te­re­so­wa­nie urze­ka­ją­cymi opo­wie­ściami o nie­wia­ry­god­nych meta­mor­fo­zach. Wkrótce stało się jasne, że nie potrze­buje roz­rywki. Wyka­zy­wał zami­ło­wa­nie do nauki i wybitne zdol­no­ści do stu­diów języ­ko­wych. Choć van den Enden od razu zro­zu­miał, że Bento jest wyjąt­ko­wym uczniem, wciąż nie mógł się nadzi­wić, jak szybko młody czło­wiek poj­muje i przy­swaja sobie każde nowe poję­cie, każdą regułę i każdy wyją­tek gra­ma­tyczny, zanim jesz­cze on sam zdąży je wytłu­ma­czyć.

Codzienną naukę łaciny nad­zo­ro­wała córka van den Endena, Clara Maria, tycz­ko­wata trzy­na­sto­let­nia dziew­czyna o dłu­giej szyi, krzy­wych ple­cach i ujmu­ją­cym uśmie­chu. Ona sama miała nie­zwy­kłe zdol­no­ści języ­kowe i bez­wstyd­nie popi­sy­wała się nimi przed stu­den­tami, prze­cho­dząc z jed­nego języka na drugi, gdy oma­wiała z ojcem zada­nia dla każ­dego z nich na dany dzień. Począt­kowo Bento był zdu­miony; jedno z praw żydow­skich, któ­rych ni­gdy nie kwe­stio­no­wał, gło­siło niż­szość kobiet - niż­szość pod wzglę­dem lot­no­ści umy­słu i praw. Cho­ciaż podzi­wiał Clarę Marię, widział w niej dzi­wa­dło, oso­bli­wość, wyją­tek od reguły mówią­cej, że umy­sły kobiet nie dorów­nują umy­słom męż­czyzn.

Kiedy van den Enden opu­ścił pokój, zosta­wia­jąc pię­ciu uczniów pra­cu­ją­cych nad greką, Clara Maria, z nie­mal śmieszną jak na trzy­na­sto­latkę powagą, zaczęła prze­py­ty­wać Benta i nie­miec­kiego ucznia Dirka Kerc­krincka ze słó­wek i ich dekli­na­cji, co mieli za zada­nie opa­no­wać w domu. Dirk stu­dio­wał łacinę, aby zostać przy­ję­tym do szkoły medycz­nej w Ham­burgu. Po spraw­dzia­nie ze słó­wek Clara Maria popro­siła Benta i Dirka, aby prze­tłu­ma­czyli na łacinę popu­larny nider­landzki wiersz pióra Jacoba Catsa o sto­so­wa­nym zacho­wa­niu mło­dych nie­za­męż­nych kobiet, który prze­czy­tała gło­śno w uro­czy spo­sób. Kiedy Dirk i Bento, który szybko do niego dołą­czył, nagro­dzili okla­skami jej występ, wstała roz­pro­mie­niona i dygnęła.

Ostat­nia część wie­czoru zawsze była dla Banta naj­więk­szą atrak­cją. Wszy­scy ucznio­wie zbie­rali się w więk­szym pomiesz­cze­niu, jedy­nym, w któ­rym były okna, by słu­chać wykła­dów van den Endena o świe­cie antycz­nym. Na ten wie­czór wybrał on grecką ideę demo­kra­cji, według niego naj­bar­dziej dosko­nałą formę rzą­dów, mimo że - jak przy­znał - "demo­kra­cja ta nie obej­mo­wała połowy spo­łe­czeń­stwa, mia­no­wi­cie kobiet i nie­wol­ni­ków". Cią­gnął:

- Weźmy para­dok­salną pozy­cję kobiet w dra­ma­cie grec­kim. Z jed­nej strony Gre­czynki nie miały wstępu na przed­sta­wie­nia teatralne, póź­niej zaś, w bar­dziej oświe­co­nych wie­kach, wolno im było zaj­mo­wać w amfi­te­atrze tylko miej­sca pośled­nie, z gor­szym wido­kiem na scenę. Jed­nakże z dru­giej mamy boha­terki dra­ma­tów... pro­ta­go­nistki naj­więk­szych tra­ge­dii Sofo­klesa i Eury­pi­desa, kobiety o nader sil­nych cha­rak­te­rach. Przed­sta­wię pokrótce trzy z nich, naj­wy­bit­niej­sze postaci w całej lite­ra­tu­rze: Anty­gonę, Fedrę i Medeę.

Po swoim wykła­dzie, pod­czas któ­rego pole­cił Cla­rze Marii prze­czy­tać na głos po nider­landzku, a następ­nie w grece kilka naj­bar­dziej wymow­nych kwe­stii Anty­gony, gdy pozo­stali wyszli, popro­sił Spi­nozę, by został jesz­cze kilka minut.

- Chciał­bym poroz­ma­wiać z tobą, Bento, o kilku spra­wach. Pamię­tasz obiet­nicę, którą ci zło­ży­łem, gdy pozna­li­śmy się w twoim skle­pie? Że zapo­znam cię z brat­nimi myśli­cie­lami? - Bento potwier­dził ski­nie­niem głowy, więc van den Enden kon­ty­nu­ował: - Nie zapo­mnia­łem o niej i chcę ją speł­nić. Czy­nisz wspa­niałe postępy w łaci­nie, dla­tego przej­dziesz teraz do nauki języka Homera i Sofo­klesa. W przy­szłym tygo­dniu pod okiem Clary Marii zaczniesz pozna­wać alfa­bet grecki. Do nauki wybra­łem tek­sty, które powinny szcze­gól­nie cię zain­te­re­so­wać. Będziemy czy­tać frag­menty Ary­sto­te­lesa i Epi­kura, odno­szące się do zagad­nień, o któ­rych wspo­mnia­łeś pod­czas naszego pierw­szego spo­tka­nia.

- Masz na myśli moje zapi­ski o trwa­łych i nietrwa­łych celach?

- W rze­czy samej. I pro­po­nuję, abyś od tej pory pro­wa­dził dzien­nik po łaci­nie, to pozwoli ci dosko­na­lić zna­jo­mość tego języka.

Bento ruchem głowy wyra­ził zgodę.

- I jesz­cze jedno - pod­jął van den Enden. - Clara Maria i ja jeste­śmy gotowi pod­jąć pod twoim kie­run­kiem naukę hebraj­skiego. Zga­dasz się, byśmy zaczęli od przy­szłego tygo­dnia?

- Z chę­cią - odpo­wie­dział Bento. - To będzie dla mnie przy­jem­ność, a poza tym będę mógł spła­cić wielki dług, jaki mam wobec cie­bie, panie.

- Może więc pora pomy­śleć o meto­dach dydak­tycz­nych. Masz jakąś prak­tykę w naucza­niu?

- Trzy lata temu rabin Mor­tera popro­sił mnie, bym poma­gał mu uczyć hebraj­skiego młod­szych stu­den­tów. Poczy­ni­łem wów­czas liczne notatki o zawi­ło­ściach tego języka i mam nadzieję spi­sać kie­dyś jego gra­ma­tykę.

- Wyśmie­ni­cie. Możesz być pewny, że będziesz miał gor­li­wych i pil­nych uczniów.

- Zbie­giem oko­licz­no­ści - dodał Bento - po popo­łu­dniu otrzy­ma­łem podobną pro­po­zy­cję zwią­zaną z naucza­niem. Kilka godzin temu tra­fili do mnie dwaj zagu­bieni mło­dzi męż­czyźni, któ­rzy chcie­liby, abym stał się ich prze­wod­ni­kiem ducho­wym. - Następ­nie Bento zre­la­cjo­no­wał prze­bieg swo­jego spo­tka­nia z Jaco­bem i Fran­kiem.

Van den Enden słu­chał z uwagą, a kiedy Bento skoń­czył, oznaj­mił:

- Do łaciń­skiego słow­nic­twa, które masz opa­no­wać w domu, dodam jesz­cze jeden wyraz. Napisz, pro­szę, caute! Pew­nie na pod­sta­wie hisz­pań­skiego cau­tela domy­ślasz się, co to zna­czy.

- Tak, "bądź ostrożny"... po por­tu­gal­sku ostroż­ność to cuidado. Dla­czego jed­nak mam być cau­tus?

- Po łaci­nie, popro­szę.

- Quad cur caute?

- Wiem od swo­jego szpiega, że twoi żydow­scy przy­ja­ciele są nie­za­do­wo­leni, iż pobie­rasz u mnie nauki. Bar­dzo nie­za­do­wo­leni. I nie podoba im się, że coraz bar­dziej odda­lasz się od swo­ich. Caute, mój chłop­cze. Nie dawaj im wię­cej powo­dów do nie­chęci. Nie zwie­rzaj się nie­zna­jo­mym ze swo­ich głęb­szych myśli i wąt­pli­wo­ści. W przy­szłym tygo­dniu prze­ko­namy się, czy Epi­kur nie ma dla cie­bie dobrej rady.

Roz­dział 4

Estonia - 10 maja 1910

Po wyj­ściu Alfreda dwaj sta­rzy przy­ja­ciele wstali i roz­pro­sto­wali nogi, pod­czas gdy sekre­tarka dyrek­tora szkoły posta­wiła na stole stru­del z jabł­kami i orze­chami. Po chwili usie­dli i skosz­to­wali go w mil­cze­niu, a kobieta nalała im her­baty.

- A więc, Her­mann, takie ma być obli­cze przy­szło­ści? - zagad­nął dyrek­tor Epstein.

- Jeśli tak, nie chcę jej oglą­dać. Dobrze napić się gorą­cej her­baty... przy tym chło­paku aż zimno się czło­wie­kowi robi.

- Powin­ni­śmy się nim mar­twić, jego wpły­wem na innych uczniów?

Prze­su­nął się cień syl­wetki - uczeń prze­szedł kory­ta­rzem - więc Herr Shäfer pod­niósł się, żeby zamknąć drzwi, które pozo­sta­wiono otwarte.

- Jestem jego wycho­wawcą od pierw­szej klasy i cho­dzi na wiele moich lek­cji. To dziwne, ale zupeł­nie go nie znam. Jak widzia­łeś, jest w nim coś zim­nego i sztyw­nego. Widuję chłop­ców, jak roz­ma­wiają z oży­wie­niem, ale Alfred ni­gdy się do nich nie przy­łą­cza. Jest bar­dzo zamknięty w sobie.

- Nie był zbyt zamknięty w sobie przez ostat­nich kilka minut, Her­mann.

- To dla mnie coś nowego. Dozna­łem wstrząsu. Zoba­czy­łem cał­kiem innego Alfreda Rosen­berga. Po lek­tu­rze Cham­ber­la­ina nabrał śmia­ło­ści.

- To aku­rat może i jest korzystne. Ist­nieje szansa, że inne, wła­ściw­sze książki roz­palą go podob­nie. Mówisz jed­nak, że raczej nie lubi czy­tać?

- Trudno powie­dzieć. Cza­sami mam wra­że­nie, że książki go pocią­gają, ale może sama ich aura albo tylko okładki. Czę­sto para­duje po szkole z książ­kami pod pachą... To Haupt­mann, Heine, Nie­tz­sche, Hegel, Goethe. Cza­sami wygląda z nimi wręcz komicz­nie. Stara się w ten spo­sób poka­zać, że prze­wyż­sza innych inte­lek­tem, daje do zro­zu­mie­nia, że przed­kłada książki nad popu­lar­ność. Nie­raz wąt­pi­łem, czy rze­czy­wi­ście czyta je wszyst­kie. Dziś już nie wiem, co myśleć.

- Z taką pasją mówił o tym Cham­ber­la­inie - zauwa­żył dyrek­tor. - Czy w innych sfe­rach też ją wyka­zuje?

- To wła­śnie jest pyta­nie. Ni­gdy niczego po sobie nie poka­zuje, ale pamię­tam, że kie­dyś fak­tycz­nie wyka­zał zain­te­re­so­wa­nie pre­hi­sto­rią tego regionu. Kilka razy zabie­ra­łem małe grupy uczniów na wyko­pa­li­ska arche­olo­giczne na pół­noc od kościoła Świę­tego Olafa. Rosen­berg zawsze zgła­szał swój udział w takich wyciecz­kach. Pod­czas jed­nej z nich pomógł wyko­pać jakieś narzę­dzia z epoki kamien­nej i pre­hi­sto­ryczne pale­ni­sko. Był tym sza­le­nie pod­eks­cy­to­wany.

- Dziwne - rzu­cił dyrek­tor, prze­glą­da­jąc teczkę per­so­nalną Alfreda. - Wybrał naszą szkołę, zamiast zda­wać do gim­na­zjum, gdzie mógłby uczyć się łaciny i greki, a potem pójść na uni­wer­sy­tet i stu­dio­wać lite­ra­turę albo filo­zo­fię, bo naj­wy­raź­niej to nimi się inte­re­suje. Dla­czego wybiera się na poli­tech­nikę?

- Sądzę, że ze wzglę­dów finan­so­wych. Jego matka zmarła, gdy był mały, a ojciec cho­ruje na gruź­licę i pra­cuje tylko doryw­czo, jako urzęd­nik ban­kowy. Herr Purvit, nowy nauczy­ciel pla­styki, uważa, że chło­pak nie­źle rysuje, dla­tego zachęca go, aby poszedł na archi­tek­turę.

- Więc trzyma się z dala od innych - kon­sta­tuje dyrek­tor, skła­da­jąc teczkę Alfreda - a mimo to wygrał wybory na prze­wod­ni­czą­cego klasy. I czy ze dwa lata temu już nie peł­nił tej funk­cji?

- To chyba nie wynika z popu­lar­no­ści. Funk­cja prze­wod­ni­czą­cego nie cie­szy się powa­ża­niem wśród uczniów i popu­larni chłopcy zwy­kle nie ubie­gają się o nią, bo ozna­cza ona obo­wiązki i koniecz­ność wygło­sze­nia mowy na zakoń­cze­nie szkoły, a do tego trzeba się przy­go­to­wać. Wydaje mi się, że kole­dzy nie trak­tują Rosen­berga poważ­nie. Ni­gdy nie widzia­łem go z innymi, żar­tu­ją­cego. Raczej sam jest obiek­tem dow­ci­pów. To samot­nik, cho­dzi w poje­dynkę po Rewlu ze swoim szki­cow­ni­kiem. Dla­tego nie mar­twił­bym się nad­mier­nie, że będzie sze­rzył tu te swoje skrajne poglądy.

Dyrek­tor Epstein wstał i pod­szedł do okna. Spoj­rzał na drzewa o sze­ro­kich liściach, teraz, wio­sną, jasno­zie­lo­nych, i wzno­szące się dalej dostojne białe budynki z czer­wo­nymi dachów­kami.

- Opo­wiedz mi wię­cej o tym Cham­ber­la­inie. Ja czy­tam książki o innej tema­tyce. Jaki jest zasiąg jego oddzia­ły­wa­nia w Niem­czech?

- Spory i szybko się roz­sze­rza. Nie­po­ko­jąco szybko. Jego książka wyszła z dzie­sięć lat temu i jej popu­lar­ność stale rośnie. Sły­sza­łem, że sprze­dano prze­szło sto tysięcy jej egzem­pla­rzy.

- A ty sam ją czy­ta­łeś?

- Zaczą­łem czy­tać, ale wzbu­dziła moją iry­ta­cję i resztę już tylko prze­kart­ko­wa­łem. Wielu moich zna­jo­mych ją zna. Ci o wykształ­ce­niu histo­rycz­nym są tego samego zda­nia co ja... podob­nie jak Kościół, no i oczy­wi­ście, żydow­ska prasa. Jed­nak wypo­wiada się o niej z uzna­niem wielu wysoko posta­wio­nych ludzi... Kaiser Wil­helm, pre­zy­dent The­odore Roose­velt... i dużo zagra­nicz­nych gazet zamie­ściło pozy­tywne jej recen­zje, cza­sami wręcz entu­zja­styczne. Cham­ber­lain używa wznio­słych pojęć i udaje, że prze­ma­wia do naszych naj­lep­szych instynk­tów. Według mnie jed­nak wyzwala te naj­gor­sze.

- Jak wytłu­ma­czysz jego suk­ces?

- Pisze prze­ko­nu­jąco. I robi wra­że­nie na nie­wy­edu­ko­wa­nych czy­tel­ni­kach. Na każ­dej stro­nie można zna­leźć mądrze brzmiące cytaty z Ter­tu­liana, świę­tego Augu­styna, Pla­tona albo jakie­goś osiem­na­sto­wiecz­nego hin­du­skiego mistyka. Ale to tylko pozory eru­dy­cji. Tak naprawdę bowiem zaczerp­nął od nich po kilka zdań, wyry­wa­jąc je z kon­tek­stu, żeby pode­przeć wła­sne wydu­mane zało­że­nia. Oczy­wi­ście, zyskał jesz­cze na popu­lar­no­ści, żeniąc się nie­dawno z córką Wagnera. Wielu widzi w nim dzie­dzica wagne­row­skiej spu­ści­zny rasi­stow­skiej.

- Wagner go nama­ścił?

- Nie, bo nie mieli oka­zji się poznać. Wagner zmarł, zanim Cham­ber­lain zaczął zale­cać się do jego córki. Ale Cosima udzie­liła mu bło­go­sła­wień­stwa.

Dyrek­tor dolał sobie her­baty.

- Hm, nasz młody Rosen­berg wydaje się tak urze­czony rasi­stow­skimi ide­ami Cham­ber­la­ina, że nie­ła­two będzie go nich wyle­czyć. Ale jeśli się nad tym zasta­no­wić, czy można się dzi­wić, że nie­lu­biany, samotny, nie­zbyt zdolny chło­pak napawa się teo­rią gło­szącą wyż­szość rasy, do któ­rej on sam się zali­cza? I to, że jego przod­ko­wie są twór­cami wiel­kich cywi­li­za­cji? Zwłasz­cza chło­pak bez matki, która by go podzi­wiała, z ojcem sto­ją­cym na progu śmierci i cho­ro­wi­tym star­szym bra­tem...

- Och, Karl, sły­szę echo słów two­jego men­tora, tego wie­deń­skiego leka­rza, Freuda, który także pisze bar­dzo suge­styw­nie, także odwo­łuje się do lite­ra­tury kla­sycz­nej i zawsze ma na podo­rę­dziu jakiś zgrabny cytat.

- Mea culpa. Przy­znaję, że jego teo­rie ni­gdy nie wyda­wały się praw­dziw­sze. Powie­dzia­łeś na przy­kład, że ta anty­se­micka książka Cham­ber­la­ina roze­szła się w set­kach tysięcy egzem­pla­rzy. Ilu z rzesz jej czy­tel­ni­ków oceni ją tak jak ty? Ilu zaś pod­chwyci wyra­żone w niej poglądy tak jak Rosen­berg? Jak to się dzieje, że jedna książka wzbu­dza tak różne reak­cje? To w poje­dyn­czym czy­tel­niku musi być coś, co spra­wia, że spodoba mu się ona albo nie. Zależy to od biegu jego życia, kon­struk­cji psy­chicz­nej, obrazu samego sie­bie. Coś musi czaić się w zaka­mar­kach umy­słu danego odbiory... czy, jak powie­działby Freud, w jego pod­świa­do­mo­ści... że urzek­nie go taki, a nie inny pisarz.

- Dosko­nały temat do roz­mowy przy naszej następ­nej kola­cji! A tym­cza­sem mój młody uczeń na pewno wierci się tam ner­wowo i poci. Co z nim zro­bimy?

- Rze­czy­wi­ście, trzeba coś zde­cy­do­wać. Obie­ca­li­śmy wyzna­czyć mu dwa zada­nia i musimy wymy­ślić to dru­gie. Chyba jed­nak prze­li­czy­li­śmy się z siłami. To raczej nie­moż­liwe, żeby jakie­kol­wiek zada­nie wywarło pozy­tywny wpływ na chłopca w ciągu tych kilku tygo­dni, które nam pozo­stały. Dostrze­gam w nim tyle gory­czy, tyle nie­na­wi­ści do wszyst­kich, któ­rzy nie są "praw­dzi­wymi Niem­cami". Myślę, że aby odcią­gnąć go od uro­jo­nej idei, powin­ni­śmy pod­su­nąć mu kon­kret, coś nama­cal­nego.

- Zga­dzam się z tobą. Rasy łatwiej nie­na­wi­dzić niż kon­kret­nego czło­wieka - oznaj­mił Herr Shäfer. - Mam pomysł. Znam pew­nego Żyda, któ­rego musi oce­niać pozy­tyw­nie. Zawo­łajmy chło­paka, ja zacznę.

Sekre­tarka dyrek­tora Epste­ina wynio­sła fili­żanki po her­ba­cie i poszła po Alfreda, który po powro­cie do gabi­netu zajął swoje miej­sce na końcu stołu.

Herr Shäfer nie­spiesz­nie nabił fajkę, zapa­lił ją, zacią­gnął się dymem, a następ­nie go wydmuch­nął.

- Rosen­berg - zaczął - mamy do cie­bie jesz­cze kilka pytań. Orien­tuję się, jaki jest twój sto­su­nek do rasy żydow­skiej, ale z pew­no­ścią napo­tka­łeś na swo­jej dro­dze jakie­goś porząd­nego Żyda. Wiem przy­pad­kiem, że mamy tego samego leka­rza. To Herr Apfel­baum. To z jego pomocą przy­sze­dłeś na świat.

- Tak - potwier­dził Alfred. - Leczy mnie od uro­dze­nia.

- To także mój dłu­go­letni przy­ja­ciel. Powiedz mi, czy jest szko­dliwy? To paso­żyt? Nikt w Rewlu nie pra­cuje cię­żej od niego. Widzia­łem na wła­sne oczy, jak gdy byłeś mały, dzień i noc poma­gał two­jej matce, żeby ura­to­wać ją przed gruź­licą. I sły­sza­łem, że pła­kał na jej pogrze­bie.

- Dok­tor Apfel­baum jest dobrym czło­wie­kiem. Tro­skli­wie się nami zaj­muje. Za co zresztą mu pła­cimy. Bo prze­cież bywają dobrzy Żydzi. Wiem o tym. Nie mogę powie­dzieć o nim jako o czło­wieku niczego złego. Ale jest żydow­skiego pocho­dze­nia, a nie ulega wąt­pli­wo­ści, że wszy­scy Żydzi mają cechy wro­giej, nie­na­wist­nej rasy i to...

- O, i znowu to słowo, "nie­na­wiść" - prze­rwał mu dyrek­tor Epstein, z tru­dem nad sobą panu­jąc. - Dużo mówisz o nie­na­wi­ści, Rosen­berg, a mało o miło­ści. Nie zapo­mi­naj, że to miłość sta­no­wią główne prze­sła­nie Jezusa. Nie tylko miłość do Boga, ale i do bliź­niego. Nie widzisz sprzecz­no­ści w tym, co czy­tasz u Cham­ber­la­ina, a tym, co sły­szysz co nie­dzielę na mszy w kościele?

- Nie cho­dzę do kościoła, pro­szę pana. Prze­sta­łem.

- A co mówi na to twój ojciec? I co powie­działby Cham­ber­lain?

- Ojciec powta­rza, że nie postawi już stopy w kościele. I z tego, co czy­ta­łem, zarówno Cham­ber­lain, jak i Wagner uwa­żają, że nauki Kościoła nas osła­biają, zamiast wzmac­niać.

- Więc nie kochasz Jezusa Pana?

Alfred się zawa­hał - bał się pułapki. Stą­pał po nie­pew­nym grun­cie, prze­cież dyrek­tor dopiero co powie­dział, że jest wie­rzą­cym lute­ra­ni­nem. Uzna­jąc, że bez­piecz­niej będzie trzy­mać się Cham­ber­la­ina, usi­ło­wał przy­po­mnieć sobie słowa jego książki.

- Podzi­wiam Jezusa tak jak Cham­ber­lain, który nazywa go wręcz moral­nym geniu­szem. Jezus był silny i odważny, ale nie­stety jego nauki wypa­czył po żydow­sku Paweł. To on zro­bił z niego cier­pią­cego i sła­bego. W każ­dym kościele kato­lic­kim można zoba­czyć malo­wi­dła albo witraże uka­zu­jące Jezusa na krzyżu. Ni­gdzie jed­nak nie zoba­czy się go sil­nego i odważ­nego... Jezusa, który ośmie­lił się sprze­ci­wić zde­pra­wo­wa­nym rabi­nom, Jezusa, który sam jeden wypę­dził kup­ców ze świą­tyni!

- Więc Cham­ber­lain postrzega go jako lwa, nie baranka?

- Tak - potwier­dził Rosen­berg ośmie­lony. - Według Cham­ber­la­ina to tra­ge­dia, że Jezus uro­dził się w takim miej­scu i w takim cza­sie. Gdyby nauczał naród nie­miecki albo powiedzmy, Hin­du­sów, jego słowa mia­łyby cał­kiem inne zna­cze­nie.

- Wróćmy do mojego wcze­śniej­szego pyta­nia - powie­dział dyrek­tor szkoły, który zdał sobie sprawę, że podąża złym tro­pem. - Jest pro­ste: a kogo kochasz? Kto jest twoim boha­te­rem? Kogo podzi­wiasz naj­bar­dziej ze wszyst­kich? To zna­czy oprócz Cham­ber­la­ina.

Alfred nie odpo­wie­dział od razu. Chwilę się zasta­na­wiał.

- Goethego.

Obaj, dyrek­tor Epstein i Herr Shäfer, tro­chę wypro­sto­wali się na krze­słach.

- Cie­kawy wybór, Rosen­berg - sko­men­to­wał dyrek­tor. - Twój czy Cham­ber­la­ina?

- I mój, i jego. Ale myślę, że Herr Shäfer też doko­nałby takiego wyboru. Wychwa­lał Goethego na lek­cjach czę­ściej niż kogo­kol­wiek innego. - Alfred spoj­rzał na swo­jego nauczy­ciela, aby uzy­skać od niego potwier­dze­nie, a ten ski­nął głową.

- To powiedz, dla­czego wła­śnie on? - pytał dalej dyrek­tor.

- Bo to nie­miecki geniusz, któ­rego sława ni­gdy nie prze­mi­nie. Naj­więk­szy przed­sta­wi­ciel naszego narodu. Nie­ma­jący sobie rów­nego w dzie­dzi­nie lite­ra­tury, nauk ści­słych, sztuki i filo­zo­fii. Bar­dziej wszech­stronny niż wszy­scy inni.

- Dosko­nała odpo­wiedź - odparł dyrek­tor Epstein, który jakby odżył. - Sądzę więc, że wymy­śli­łem dla cie­bie ide­alne zada­nie na zakoń­cze­nie szkoły.

Dwaj nauczy­ciele szep­tem nara­dzili się na stro­nie. Dyrek­tor Epstein wyszedł z gabi­netu i nie­długo póź­niej wró­cił z dużą książką. On i Herr Shäfer pochy­lili się nad nią i przez dłuż­szą chwilę prze­rzu­cali jej kartki, sunąc wzro­kiem po tek­ście. Dyrek­tor wyno­to­wał kilka stron, a potem zwró­cił się do Alfreda.

- Oto twoja praca. Masz prze­czy­tać, i to uważ­nie, dwa roz­działy auto­bio­gra­fii Goethego... czter­na­sty i szes­na­sty... i prze­pi­sać wszystko, co mówi on o swoim boha­te­rze, czło­wieku o nazwi­sku Spi­noza, który żył dawno temu. Na pewno to zada­nie sprawi ci zado­wo­le­nie. To przy­jem­ność czy­tać frag­menty auto­bio­gra­fii kogoś, kogo uważa się za swój auto­ry­tet. Kochasz Goethego i wyobra­żam sobie, że chęt­nie się dowiesz, co mówi on o czło­wieku, któ­rego sam kocha i podzi­wia. Mam rację?

Alfred ostroż­nie kiw­nął głową. Zanie­po­ko­jony nagłym dobrym humo­rem dyrek­tora szkoły, prze­czu­wał pod­stęp.

- Więc - pod­jął Epstein - pod­su­mujmy, co masz zro­bić, Rosen­berg. Masz prze­czy­tać czter­na­sty i szes­na­sty roz­dział auto­bio­gra­fii Goethego i wyno­to­wać wszyst­kie zda­nia poświę­cone Baru­chowi Spi­no­zie. Prze­pisz je w trzech egzem­pla­rzach, dla sie­bie i dla każ­dego z nas. Jeśli odkry­jemy, że pomi­ną­łeś w swo­jej pracy choćby jeden komen­tarz na temat tego czło­wieka, będziesz musiał zacząć od nowa, aż wyko­nasz zada­nie jak trzeba. Zoba­czymy się za dwa tygo­dnie. Prze­czy­tamy twoją pracę i ją omó­wimy. Czy to jasne?

Kolejne kiw­nię­cie głową ze strony Alfreda.

- Mogę zadać jedno pyta­nie, pro­szę pana? Wcze­śniej mówił pan o dwóch zada­niach. Mam odtwo­rzyć swoją gene­alo­gię i prze­czy­tać te dwa roz­działy. I jesz­cze prze­pi­sać w trzech egzem­pla­rzach wszyst­kie wzmianki na temat Baru­cha Spi­nozy.

- Zga­dza się - odparł dyrek­tor. - I co budzi twoje wąt­pli­wo­ści?

- Czy to nie są trzy zada­nia, a nie dwa?

- Rosen­berg - włą­czył się Herr Shäfer - nawet dwa­dzie­ścia to byłoby za mało. Powie­dzia­łeś, że dyrek­tor two­jej szkoły ze względu na swoje żydow­skie pocho­dze­nie nie powi­nien spra­wo­wać swo­jej funk­cji, a to wystar­cza­jący powód, żeby rele­go­wać ucznia z każ­dej szkoły, czy to w Esto­nii, czy w Vater­lan­dzie.

- Tak, pro­szę pana.

- Chwi­leczkę, Herr Shäfer, może chło­pak ma rację. Zada­nie zwią­zane z Goethem jest ważne i powi­nien wyko­nać je sta­ran­nie. - Dyrek­tor Epstein spoj­rzał na Alfreda i powie­dział do niego: - Zosta­jesz zwol­niony z odtwa­rza­nia swo­jej gene­alo­gii. Skup się na tym, co napi­sał Goethe. Na dziś już dosyć. Spo­tkamy się tu za dwa tygo­dnie. O tej samej porze. I oddaj mi dwa egzem­pla­rze swo­jej pracy dzień wcze­śniej.

Roz­dział 5

Amsterdam - 1656

- Dzień dobry, Gabrielu! - zawo­łał Bento do brata, gdy usły­szał, że ten myje się przed nabo­żeń­stwem sza­ba­to­wym. Gabriel tylko mruk­nął coś w odpo­wie­dzi, ale wró­cił do wspól­nego pokoju i usiadł ciężko na wiel­kim łóżku z bal­da­chi­mem, które słu­żyło im obu. To łóżko, zaj­mu­jące więk­szość pomiesz­cze­nia, było jedyną ich pamiątką z prze­szło­ści.

Ich ojciec, Michael, zapi­sał wszyst­kie sprzęty domowe star­szemu synowi, lecz obie córki pod­wa­żyły jego ostat­nią wolę, twier­dząc, że Bento nie jest pra­wo­wi­tym człon­kiem spo­łecz­no­ści żydow­skiej. Cho­ciaż sąd żydow­ski wydał orze­cze­nie na jego korzyść, ten zasko­czył wszyst­kich, natych­miast odda­jąc cały mają­tek rodzeń­stwu. Zatrzy­mał sobie tylko jedną rzecz - nale­żące do rodzi­ców łóżko z bal­da­chi­mem. Po zamąż­pój­ściu sióstr on i Gabriel zostali sami w pięk­nym dwu­pię­tro­wym bia­łym domu, który rodzina Spi­no­zów wynaj­mo­wała od dzie­się­cio­leci. Stał on nad kana­łem Hout­gracht, nie­opo­dal naj­bar­dziej ruchli­wego skrzy­żo­wa­nia w żydow­skiej czę­ści Amster­damu, zale­d­wie prze­cznicę od małej syna­gogi Beth Jacob i przy­le­ga­ją­cej do niej szkoły.

Bento i Gabriel z żalem posta­no­wili go opu­ścić. Gdy sio­stry się wypro­wa­dziły, stary dom stał się dla nich za duży i zbyt przy­po­mi­nał o zmar­łych. No i dużo kosz­to­wał - wojna angiel­sko-holen­der­ska 1652 roku i pirac­kie ataki na statki z Bra­zy­lii odbiły się strasz­li­wie na impor­to­wym przed­się­bior­stwie braci Spi­no­zów, zmu­sza­jąc ich do wyna­ję­cia mniej­szego domu, tylko pięć minut drogi od sklepu.

Bento prze­cią­gle spoj­rzał na brata. Gdy Gabriel był chłop­cem, nazy­wano go "małym Bento", tak byli do sie­bie podobni: obaj mieli pocią­głe owalne twa­rze, prze­ni­kliwe sowie oczy, wydatne nosy. Teraz jed­nak Gabriel, już doro­sły, ważył o dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów wię­cej od brata, był od niego dwa­na­ście cen­ty­me­trów wyż­szy i znacz­nie sil­niej­szy. I już nie patrzył w dal jak daw­niej.

Bra­cia sie­dzieli obok sie­bie w mil­cze­niu. Zazwy­czaj Bento lubił ciszę i czuł się swo­bod­nie, gdy jedli z Gabrie­lem posiłki albo pra­co­wali razem w skle­pie, nie odzy­wa­jąc się do sie­bie ani sło­wem. Jed­nak teraz cisza ta mu cią­żyła i wywo­ły­wała w nim nie­po­kój. Bento pomy­ślał o jed­nej z sióstr, Rebe­kah, kie­dyś takiej gada­tli­wej i oży­wio­nej. Tego dnia także ona mil­kła i odwra­cała od niego wzrok.

Mil­czeli rów­nież zmarli, ci wszy­scy, któ­rzy wydali ostat­nie tchnie­nie wła­śnie w tym łóżku: jego matka Hana, przed sie­dem­na­stoma laty, kiedy Bento skoń­czył led­wie szó­sty rok; star­szy brat, Isaac, przed sze­ścioma; maco­cha, Esther, przed trzema; i wresz­cie ojciec oraz sio­stra Miriam dopiero co, bo przed dwoma laty. Z całego rodzeń­stwa - hała­śli­wej, weso­łej gro­mady, która bawiła się razem, kłó­ciła ze sobą, a potem godziła, opła­ki­wała matkę i powoli zaczy­nała przy­wią­zy­wać się do maco­chy - pozo­stało mu już tylko tych dwoje: Rebe­kah i Gabriel, a i oni szybko się od niego odsu­wali.

Zer­ka­jąc na bladą, obrzmiałą twarz brata, Bento prze­rwał mil­cze­nie.

- Znowu źle spa­łeś, prawda, Gabrielu? - zapy­tał. - Czu­łem, jak się rzu­casz.

- Tak, znowu. Jak mogę dobrze spać, Bento? Nic nie idzie dobrze. Co tu zro­bić? Co zro­bić? Mar­twi mnie to, co dzieje się mię­dzy nami. Jest ranek, ubie­ram się na sza­bat. Pierw­szy raz w tym tygo­dniu zaświe­ciło słońce, niebo jest błę­kitne i powi­nie­nem czuć radość, jak wszy­scy inni, jak nasi sąsie­dzi z obu stron. A zamiast tego przez wła­snego brata... wybacz mi, Bento, lecz chyba pęknę, jeśli tego nie wypo­wiem. Bo to przez cie­bie moje życie jest takie smutne. Nie cie­szy mnie, że idę do syna­gogi, aby spo­tkać się ze swo­imi i wspól­nie z nimi modlić się do naszego Boga.

- Przy­kro mi to sły­szeć, Gabrielu. Pra­gnę, byś był szczę­śliwy.

- Słowa to jedno, a czyny dru­gie.

- Jakie czyny?

- Jakie czyny?! - wykrzyk­nął Gabriel. - I pomy­śleć, że przez taki długi czas, przez całe życie sądzi­łem, że wiesz wszystko. Gdyby ktoś inny zadał mi to pyta­nie, odpo­wie­dział­bym: "Chyba żarty sobie robisz", lecz prze­cież wiem, że ty ni­gdy nie żar­tu­jesz. Na pewno dosko­nale rozu­miesz, o jakich czy­nach mówię.

Bento wes­tchnął.

- Naj­pierw odrzu­ci­łeś żydow­skich klien­tów, a nawet całą gminę. Potem zaś prze­sta­łeś obcho­dzić sza­bat. Odwró­ci­łeś się od wspól­noty i tego roku nie ofia­ro­wa­łeś na syna­gogę prak­tycz­nie nic... o tym mówię.

Gabriel popa­trzył na brata, który się nie odzy­wał.

- Podam wię­cej przy­kła­dów, Bento. Wczo­raj wie­czo­rem nie chcia­łeś pójść na kola­cję sza­ba­tową do Sarah. Wiesz, że mam ją poślu­bić, jed­nak nie przy­łą­czysz się do nas, by wspól­nie świę­to­wać sza­bat. Możesz sobie wyobra­zić, jak się czuję? A twoja sio­stra Rebe­kah? Jak mamy cię tłu­ma­czyć? Mamy powie­dzieć, że nasz brat woli lek­cje łaciny z tym jezu­itą?

- Gabrielu, wszy­scy będzie­cie lepiej tra­wić, jeśli nie przyjdę. Wiesz o tym. Zda­jesz sobie sprawę, że ojciec Sarah jest prze­sądny.

- Prze­sądny?

- Skraj­nie orto­dok­syjny. Widzia­łeś, że moja obec­ność tylko pobu­dza go do dys­put reli­gij­nych. Widzia­łeś, że każda moja odpo­wiedź powo­duje coraz więk­szy roz­dź­więk mię­dzy nami, spra­wia­jąc ból tobie i Rebe­kah. Moja nieobec­ność posłuży spra­wie pokoju... nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Moja nieobec­ność równa się pokój. Myślę o tym rów­na­niu coraz czę­ściej.

Gabriel pokrę­cił głową.

- Bento, pamię­tasz, że gdy byłem dziec­kiem, cza­sami ogar­niał mnie lęk, bo wyobra­ża­łem sobie, że jeśli zamknę oczy, świat znik­nie? Ty mi wytłu­ma­czy­łeś, że nie ma powodu do stra­chu. Opo­wie­dzia­łeś mi o rze­czy­wi­sto­ści i o wiecz­nych pra­wach natury. Teraz ty popeł­niasz taki błąd, jaki ja wtedy popeł­nia­łem. Wyobra­żasz sobie, że nie­zgoda z powodu Benta Spi­nozy znik­nie, gdy nie będzie on jej świad­kiem?

- Zeszły wie­czór był przy­kry - cią­gnął Gabriel. - Ojciec Sarah zaczął mówić o tobie, gdy tylko zasiadł do posiłku. Znowu wpadł w gniew, że omi­ną­łeś nasz lokalny żydow­ski sąd i zwró­ci­łeś się do holen­der­skiego sądu cywil­nego. Nikt inny za naszej pamięci, twier­dził, tak nie obra­ził sądu rabi­nac­kiego. To pra­wie uza­sad­nia che­rem. Tego chcesz? By nało­żono na cie­bie che­rem? Bento, nasz ojciec nie żyje, nasz star­szy brat nie żyje. Jesteś głową rodziny. A jed­nak obra­żasz nas wszyst­kich, zwra­ca­jąc się do sądu holen­der­skiego. I to kiedy? Nie mogłeś przy­naj­mniej z tym zacze­kać, aż wezmę ślub?

- Gabrielu, tłu­ma­czy­łem ci to już wiele razy, lecz nie chcia­łeś słu­chać. Więc wytłu­ma­czę ci jesz­cze raz, byś poznał fakty. I pro­szę cię nade wszystko, abyś zro­zu­miał, że czuję się odpo­wie­dzialny za cie­bie i Rebe­kah. Tylko jestem roz­darty. Nasz ojciec, pokój z nim, był szczo­dry. Lecz pomy­lił się w oce­nie sytu­acji, kiedy udzie­lił porę­cze­nia skryp­towi dłuż­nemu będą­cej w żało­bie wdo­wie Hen­ri­ques u tego pazer­nego lichwia­rza, Duarte Rodri­gu­eza. Jej mąż Pedro był zale­d­wie zna­jo­mym ojca, żad­nym krew­nym ani, z tego, co mi wia­domo, bli­skim przy­ja­cie­lem. Nikt z nas nie znał ani jego, ani jej i pozo­staje zagadką, dla­czego ojciec za nią porę­czył. Zna­łeś go jed­nak... gdy widział, że ktoś cierpi, od razu przy­cho­dził mu z pomocą, nie myśląc o skut­kach. Kiedy wdowa i jej jedy­nie dziecko zmarli w zeszłym roku pod­czas zarazy, nie spła­ciw­szy długu, Duarte Rodri­guez... ten pobożny Żyd, który w syna­go­dze zasiada na bimie i ma już połowę domów przy Joden­bre­estraat... pró­bo­wał obcią­żyć nim nas, doma­ga­jąc się od sądu rabi­nac­kiego, by uboga rodzina Spi­no­zów spła­ciła zobo­wią­za­nia kogoś, kogo nawet nie znała.

Bento prze­rwał.

- Wiesz o tym, prawda, Gabrielu? Czy nie?

- Tak, wiem, lecz...

- Pozwól mi dokoń­czyć. To ważne, byś poznał całą sprawę. Być może pew­nego dnia ty zosta­niesz głową rodziny. Otóż Rodri­guez wystą­pił z tym żąda­niem do żydow­skiego sądu, któ­rego więk­szość sta­no­wią ludzie chcący mu się przy­po­do­bać, gdyż jest jed­nym z więk­szych dar­czyń­ców syna­gogi. Powiedz mi więc, Gabrielu, czy mieli mu się nara­zić? Nie­mal od razu wydali wyrok, że rodzina Spi­no­zów musi wziąć na sie­bie spłatę całego długu. A to tak wysoka suma, że nie będziemy mieli z czego żyć do końca naszych dni. A co gor­sza, orze­kli, że na jego spłatę ma pójść spa­dek po naszej matce. Rozu­miesz to wszystko, Gabrielu?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki