p

Ku szczęściu. Moja droga do spełnienia i wewnętrznego spokoju - Anna Wendzikowska

Kup książkę

59.90 zł
38.94 zł (35,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Cześć. Jestem Ania i jestem szczęśliwa.

Chcę opowiedzieć Ci o tym, jak życiowy kryzys stał się dla mnie początkiem szczęśliwego życia. Zaczynałam ze słabego miejsca. Moje życie tylko pozornie było idealne. Dziś już wiem, że byłam jak ten chomik w kołowrotku. Goniłam za kolejnymi życiowymi celami, które miały mi przynieść spełnienie, ale żaden sukces nie był w stanie uleczyć uczucia wewnętrznej pustki. Nie czułam się wystarczająca i nie lubiłam siebie. Chociaż wtedy nawet tego nie wiedziałam. Moje poczucie własnej wartości wydawało się wysokie. Wiedziałam, że jestem mądra, kompetentna i od dzieciństwa odnosiłam kolejne sukcesy. W szkole, na studiach, w pracy. Czerwone paski, olimpiady, stypendia. Realizowałam każdy wyznaczony cel. Wierzyłam w swoje możliwości. Nie bałam się wyzwań. Na poziomie logicznym wiedziałam, że jestem wartościowa, ale ta wartość opierała się na moich zewnętrznych sukcesach. Co więcej, po każdej osiągniętej rzeczy pojawiał się głód kolejnej. Nigdy nie czułam się spełniona. Nigdy nie byłam z siebie zadowolona. Byłam w pułapce, bo bez choćby drobnego sukcesiku znowu pojawiała się ta wewnętrzna pustka. Próbowałam wszystkich zewnętrznych rzeczy, żeby poczuć szczęście. Wyjazd na studia do Londynu, bo może to kwestia miejsca? Wymarzona praca w telewizji - w końcu od dziecka marzyłam o sławie? Związek, bo przecież do szczęścia potrzebny jest partner? Ślub w Las Vegas, wspaniały mąż, ale jednak nadal pustka - może to niewłaściwy partner? Może z innym będę szczęśliwa? A może to zegar biologiczny? Dziecko? Może drugie dziecko? Może gdybym dostała awans w pracy? A może gdybym więcej zarabiała? Albo kupiła nowy samochód? Może... Gdyby...

Powiem Ci jedno - to "gdyby" niestety nigdy nie następuje. Bo tej wewnętrznej pustki nie da się załatać niczym z zewnątrz. Pracowałam jak wariatka. Nie było dla mnie świąt, weekendów i wakacji. Lądowałam w środku nocy samolotem z Los Angeles i następnego dnia o 5:00 rano wysiadałam z pociągu do Berlina. Czasami trzy razy w tygodniu gdzieś leciałam. Budziłam się w hotelowych łóżkach, nie wiedząc, gdzie jestem. Nie potrafiłam zwolnić, bo bez mojej pracy, kolejnych zadań i kolejnych sukcesów czułam się nikim. Byłam w trybie udowadniania wszystkim dookoła, że jestem coś warta. A skoro miałam ten program, to takie sytuacje objawiały się w moim życiu. Chciałam udowadniać, więc właściwie z każdej strony otaczali mnie ludzie, którym faktycznie musiałam coś udowadniać. Byłam zmęczona i coraz bardziej czułam się jak zero. Przyszła depresja. Dojmujący smutek bez żadnego istotnego powodu. Dopiero na terapii zaczęłam przyglądać się swojemu życiu i temu, jak je zbudowałam. Dlaczego tkwię w schematach, w których jest mi źle? Bo znam je z dzieciństwa. Jasne, krzywdzą mnie, ale są znajome! Możesz też takie masz? Dopiero w wieku 38 lat zaczęłam rozmawiać sama ze sobą i naprawdę siebie poznawać.

Było ciężko - nie będę czarować, że nie. Moja zmiana rodziła się w bólu. Zaczęłam sięgać do przeszłości i musiałam przeżyć wszystkie głęboko upchane, wyparte przez siebie emocje. Kiedy tak grzebałam w swoim wnętrzu, dochodziłam do siebie, zaczynałam stawiać granice, to wszystko dookoła rozpadało się jak domek z kart. Zbudowana na moich chorych schematach rzeczywistość nie pasowała do zdrowiejącej mnie. Czasami ja kończyłam z czymś, czasami coś kończyło ze mną. Przez dłuższy czas było gorzej, wcale nie lepiej... Pracowałam dalej, ale chwilami wydawało mi się, że nie robię żadnych postępów. Miałam pretensje do siebie samej, że za długo siedzę w czarnej dupie. Ale to była tylko część procesu - może najważniejsza? Na pewno bardzo wartościowa, choć trudna. Upadałam, podnosiłam się i szłam dalej, bo wiedziałam, dokąd zmierzam. Im mocniej czułam momenty szczęścia i spokoju, tym łatwiej było przechodzić przez kolejne dołki i zakręty.

Na samym dnie rozpaczy zrozumiałam, że szczęście to świadomy wybór. Przepracowałam swoje traumy, zmieniłam schematy myślenia, nauczyłam się właściwie kierować swoimi myślami. Tak, żeby mój umysł mnie wspierał, a nie sabotował.

Odpuściłam, zaufałam, zaakceptowałam.

Uspokoiłam układ nerwowy.

Żyję inaczej.

Żyję tak, jak chcę.

Czy to było trudne? Strasznie. Czy było warto? To najważniejsza i najcenniejsza rzecz, jaką zrobiłam w życiu.

Pierwszy raz czuję się szczęśliwa. Do niczego nie tęsknię, niczego nie chcę poprawiać ani zmieniać. Nigdzie nie biegnę. Jest mi dobrze ze sobą i na świecie. W tu i teraz. Czuję spokój. Czuję wdzięczność.

Ta książka jest również trochę dla mnie, ponieważ przelanie swoich doświadczeń na papier było dla mnie samej bardzo terapeutyczne. Wypuszczenie tego w świat jest może ryzykowne, ale nie boję się. Z otwartą przyłbicą staję przed Tobą ze swoim bólem, traumami, schematami, wadami i słabościami. Ze swoją walką i ze swoim odpuszczeniem. Ze swoją historią. Żegnam tym samym toksyczny wstyd. Wierzę, że moja szczerość stanie się Twoim wytrychem. Bo ta książka jest dla każdego. Skoro ja zmieniłam swoje życie, to znaczy, że Ty również możesz to zrobić. Podczas mojej kilkuletniej pracy nad sobą próbowałam wielu rzeczy. Ciało, umysł, nawyki, medytacja, afirmacje, joga, uwalnianie emocji, traumy, oddech, manifestacja. Robiłam kursy, czytałam książki, artykuły, słuchałam podcastów, wykładów, audiobooków. Jestem dziennikarką nie tylko z wykształcenia - to mi w duszy gra. We wszystkich testach ciekawość wychodzi jako moja wiodąca cecha. Jak robię research, to dogłębny.

Opowiem Ci o narzędziach, które pomogły mi znaleźć spokój i harmonię.

Pamiętaj: nic nie przytrafia się "Tobie", wszystko dzieje się "dla Ciebie". A jeśli masz w rękach moją książkę i czytasz ten wstęp, to znaczy, że masz w sobie gotowość, aby poczuć wolność wynikającą z odnalezienia szczęścia płynącego z wewnątrz.

Część I. Zmiana

Pierwsza zmiana: Zaufaj sobie. Odpuść kontrolę

Po burzy zawsze wychodzi słońce i często okazuje się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ja w swoim życiu wielokrotnie przekonałam się, że tak właśnie jest. Choć czasem wydaje mi się to dziwne, ale nawet w najczarniejszych momentach okazuje się, że gdyby to się nie wydarzyło, to coś innego też by się nie zdarzyło.

- HELEN MIRREN

- Hey, Miss! - Mężczyzna, który sprzedał nam bilety na prom, podszedł do nas mniej więcej w połowie podróży. Siedziałam pośrodku rzędu foteli. Dziewczynki spały na moich kolanach, każda po swojej stronie. Odruchowo podciągnęłam maseczkę na nos, byłam pewna, że chce mi zwrócić uwagę. Był sam szczyt pandemii.

- Macie załatwiony jakiś transport na wyspie?

Płynęłyśmy właśnie z wyspy Antigua na sąsiednią Barbudę.

- Nie, pewnie weźmiemy taksówkę - odpowiadam.

Nauczyłam się nie martwić na zapas takimi rzeczami. Póki nie ma problemu, nie ma co się nad nim zastanawiać. Jak się pojawi, to się go jakoś rozwiąże. Jeszcze nigdy w życiu nie przydarzył mi się taki, którego bym nie rozwiązała. Wcześniej czy później przyjdzie do głowy odpowiednia myśl. Zresztą przestałam już je nazywać problemami. To wyzwania. Albo sytuacje do rozwiązania. Czasami mówię: a little bump in the road. Polecam ten prosty zabieg zmiany nomenklatury. Wszystko ma wtedy jakiś mniejszy ciężar gatunkowy. I faktycznie łatwiej jest znaleźć rozwiązanie.

Lęki i projekcje nie pomagają znaleźć rozwiązania,

wręcz przeciwnie. Kiedy nie ma lęku, a serce jest

otwarte, rozwiązanie często przychodzi samo.

Do mnie przyszło.

- A gdzie chcecie jechać? - pyta moje rozwiązanie.

Kiedy mówię, że na Pink Sand Beach, a potem na lunch do Nobu, odpowiada:

- Let me make a phone call - po czym znika, a w porcie na Barbudzie czeka na nas taksówka, która jest do naszej dyspozycji przez cały dzień. Lepiej bym tego nie wymyśliła. Nie prosiłam, nie projektowałam, ale też nie martwiłam się o to. W ogóle o tym nie myślałam... Gdzieś w pewnym momencie wyłączyłam nawet to myślenie: zaufaj wszechświatowi, wszechświat Cię ogarnie. Gdzieś głęboko w sercu poczułam: Universe got me.

To było moje małe przebudzenie. Albo raczej moment, kiedy do mnie dotarło, że coś kliknęło. To nie było żadne spektakularne wydarzenie, gdzie zbiegi okoliczności strzelały jak błyskawice w czasie wiosennej burzy.

Czekałem nadejścia burzy, która porwałaby mnie, ale zbawienie przyszło cicho, tak że nie dostrzegłem go prawie...1

Pamiętam, że tego dnia było ciepło, a miałam gęsią skórkę. Na tej bujającej się na wszystkie strony łódce, gdzieś pomiędzy Antiguą i Bardudą, na moich kolanach śpiące dzieciaki, wokół mnie siedem, może osiem drzemiących osób, otwarte morze, piękny poranek... jakbym była sama pośrodku wszystkiego i niczego jednocześnie. Poczułam po raz pierwszy w życiu obezwładniającą mieszankę radości, wdzięczności i spokoju tak głębokiego, że rozluźnił każdy mięsień mojego ciała. Kto wie, czy niektóre z nich nie były spięte od zawsze? I chociaż pomysł na tę książkę dojrzewał wcześniej i dużo o niej myślałam, planowałam ją, układałam sobie w głowie zdania, to do tamtej chwili nie zapisałam ani słowa. Dopiero wtedy wyciągnęłam telefon, bo nie miałam przy sobie nic innego, i zaczęłam pisać.

Ale słowa nie pochodziły z mojej głowy.

Układały się w zdania i akapity pod wpływem czegoś głębszego, co wielu nazywa strumieniem świadomości.

Zacznijmy jednak od początku...

Nie byłam osobą, która łatwo ufała komukolwiek, a już na pewno nie Wszechświatowi, Bogu, losowi czy jakiejś sile wyższej. Jeśli coś ma być zrobione, to ja to muszę zrobić. Sama. Jeśli czegoś chcę, to muszę sobie to ogarnąć. Nie ma prezentów. Na nikogo nie można liczyć. Nikogo prosić o pomoc. Tak myślałam, a skoro tak myślałam, to tak wyglądał mój świat. Świat zewnętrzny zawsze jest odbiciem naszego wnętrza. Byłam totalnym control freakiem. Kontrola była mi potrzebna, żeby mieć względne poczucie bezpieczeństwa. Wyszłam z domu, w którym panował chaos. Jako dziecko nie miałam na nic wpływu i zapamiętałam to jako dramat. Chciałam mieć wpływ. Tylko czy tak naprawdę mamy kontrolę nad czymkolwiek poza własnymi reakcjami? Czy tylko iluzję kontroli?

Otóż nie mamy kontroli nad światem, nad działaniami innych ludzi, nad tym, co o nas myślą i jak się wobec nas zachowują. Dlatego zdrowiej jest odpuścić. Zaakceptować to, na co nie masz wpływu. To nie Twoja sprawa, co ktoś o Tobie myśli. Zwłaszcza że jego myśli na Twój temat bardziej świadczą o nim i o tym, jak widzi świat oraz ludzi, niż o Tobie. Kontrola pochłania mnóstwo energii i do tego jest frustrująca, bo koniec końców nie działa. Ale jest coś, nad czym mamy kontrolę: to nasze reakcje, myśli i uczucia. Więc moja rada brzmi tak: odpuść kontrolę świata zewnętrznego. Naucz się kontrolować swój umysł. Bo to jest droga do szczęścia.

Drugą stroną kontroli jest akceptacja. Uczyłam się jej w bólach. Trudno mi było zaakceptować to, że ktoś mnie podle traktuje. Spędzałam długie godziny na wałkowaniu w kółko pytań w stylu: "Ale jak można się tak zachować? Ale dlaczego on tak zrobił? Czy ja zrobiłam coś, żeby to sprowokować? W którym miejscu mogłam zrobić inaczej?". Miałam kłopot z akceptacją sytuacji, kiedy nie wszystko szło zgodnie z planem. Miałam pretensje do samej siebie i nie uznawałam tego, że na wiele rzeczy nie mam wpływu.

Kiedy coś trzymasz, to coś tak samo mocno trzyma Ciebie.

Kiedy puszczasz, odzyskujesz wkładaną w trzymanie energię. A ta jest niezbędna do budowania życia, o jakim marzysz. W pewnym momencie przyjęłam taką taktykę: ona powiedziała tak, on zrobił to czy tamto, tamta osoba mnie nie lubi? OK, spoko. Nie muszę tego analizować, a jedynie się do tego ustosunkować. Bez genezy i rozbierania na części pierwsze. Co chcę z tym zrobić? Teraz. Zaakceptować - tak. Ale można akceptować, że coś jest takie, jakie jest, ale wciąż nie chcieć tego w swoim życiu.

Jeśli czegoś nie zmieniasz, to znaczy, że to wybierasz.

Ale zmienianie ograniczam do siebie. Moje życie to moja odpowiedzialność. Zmienianie innych to nie mój departament. Każdy robi wszystko najlepiej, jak potrafi ze swojego poziomu świadomości. I nie da się nikogo "wznieść" na wyższy poziom bycia świadomym, nie da się nikogo namówić, przekonać, zmusić. Nikomu się to jeszcze nie udało. Najmądrzejsi nie próbują, bo szkoda energii. Jeśli odczuwasz pokusę, żeby kogoś uratować, to lepiej odpuść i to.

Oczywiście często czujemy, że ktoś odniósłby korzyść ze zmiany sposobu myślenia, z wejścia na ścieżkę rozwoju osobistego, ale nasza potrzeba, żeby wskazać drogę, to potrzeba ego. Kim jestem ja czy Ty, żeby wiedzieć, jaka jest najlepsza droga dla kogoś innego?

Rozwój to proces, to droga. Każdy ma swoją

i nie nam oceniać jej kierunek i tempo marszu.

Być może ktoś potrzebuje jeszcze coś przeżyć, zanim się przebudzi, a być może nie przebudzi się nigdy. Ma do tego prawo. Let it go. Puść.

ĆWICZENIE: PYTANIA DO WEWNĄTRZ

Zawsze jest czas na rozmowę ze sobą. Tym razem zapytaj siebie szczerze:

Czy to prawda?

Czy mogę coś z tym zrobić?

Czy mogę to zaakceptować i zrobić coś, żeby poczuć się lepiej, mimo że to coś jest w moim życiu?

1 E.M. Remarque, Droga powrotna, Rebis, 2012

Druga zmiana: Self love. Kochaj siebie

Wierzę w to, że każdy człowiek jest wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Każda ludzka istota jest odrębnym cudem stworzenia. Z własnymi problemami, małymi dramatami, zwycięstwami i z własną magią.

- COLIN FARRELL

Dwa słowa podczas jednego z procesów przyszły do mnie bardzo wyraźnie:

Jesteś cudem.

Nie masz nic do udowodnienia. Nic do pokazania. Nie jesteś po to, żeby się podobać, żeby ktoś Cię lubił, akceptował, uznawał Twoją wartość. Nie jesteś dla Świata. To Świat jest dla Ciebie. Jeśli skupiasz się za bardzo na tym, czy Ty jesteś w porządku - czy dobrze wyglądasz, mądrze mówisz, czy jesteś wystarczający(-ca), czy ktoś Cię polubi - nie zobaczysz i nie doświadczysz wszystkich pięknych rzeczy dookoła. Ciesz się życiem, doświadczaj Świata, delektuj się każdą chwilą - po to tu jesteśmy!

To było nowe dla mnie odczucie. Czy wiedziałam, że nie kocham siebie? Chyba nie. Wydawało mi się, że mam adekwatne poczucie własnej wartości. Widziałam swoje zalety. Wiedziałam, że jestem mądra, sprawcza, odważna. Potrafiłam przyznać, że osiągnęłam sukces. Ale moje poczucie tożsamości bazowało na osiągnięciach. Definiowały mnie kolejne wykonywane zadania. No i rezultaty. Bez tego czułam się bezwartościowa. W bezruchu i "nicnierobieniu" byłam nikim. Z tego powodu w pewnym momencie wpadłam w szpony pracoholizmu, a najgorszy nastrój miałam w wolne dni. Póki byłam zajęta, byłam wartościowa. Jakie to było więzienie!

Każdy z nas dorasta w jakiejś rzeczywistości. W jakimś domu, szkole, grupie społecznej, kraju, kulturze czy religii. Te nasze rzeczywistości są bardzo indywidualne. Twoja może być nieco zbliżona do mojej - żyjemy w tym samym kraju i w podobnym czasie - ale reszta naszych doświadczeń jest inna. W procesie dorastania i poznawania zasad obowiązujących w tym naszym mikroświecie tworzymy sobie obraz siebie i obraz doskonałości, do którego próbujemy się potem dostosować, żeby zyskać aprobatę. W mojej rzeczywistości sukcesy warunkowały miłość i uwagę. Tworzyły moją wartość. Bez nich jakby mnie nie było. Moja mama była piękną kobietą, a mój tata otaczał ją wręcz nabożną czcią. Dorastałam myśląc, że jestem brzydka, bo w moim domu nie było miejsca na drugą atrakcyjną kobietę. Jeśli komuś ze znajomych zdarzyło się powiedzieć moim rodzicom, że mają ładną córkę, mój tata zbywał to stwierdzeniem "Ale nie tak ładną jak jej mama". Do tego późno zaczęłam dorastać i długo wyglądałam jak dziewczynka, w związku z czym chłopcy nie bardzo się mną interesowali, co przypieczętowało moje przypuszczenia, że nie jestem ani atrakcyjna, ani godna miłości. I bum!: gotowy przepis na dorosłą kobietę, której z pozoru nic nie brakuje, ale jej obraz siebie jest tak negatywny, że tworzy jeden katastrofalny związek za drugim.

Sądziłam, że taka jaka jestem - nie godna miłości. Ciągle chciałam nad sobą pracować. Ulepszać się. Byłam nigdy nieskończonym projektem. Robiłam sobie dziesiątki list tego, co jeszcze muszę w sobie zmienić, co poprawić, żeby być wystarczająco dobra. Książek, które muszę przeczytać. Kursów, które muszę zrobić. Kolejnych wyzwań, kolejnych sukcesów, kolejnych sportów, którymi będę mogła imponować. Czym by tu jeszcze zaimponować, żeby mnie kochał? No i oczywiście wygląd. Ciuchy, włosy, siłownia, kosmetyczna, seksowna bielizna. Po prostu za bardzo się starałam. Za bardzo chciałam. Wydawało mi się, że jak będę wykształcona, zaradna, osiągnę sukces. Jeśli zadbam bardziej o siebie, to może wreszcie będę godna? Ugotuję, posprzątam, wykupię jakieś egzotyczne wakacje. Hmm, co by tu jeszcze zrobić? Kogo mogłabym zaprosić do swojego świata, mając taki program? Tylko kogoś, dla kogo nie byłam wystarczająco dobra i kto ciągle oczekiwał, że coś zmienię, poprawię i dostosuję. Puzzle muszą do siebie pasować. Prawda jest taka, że nikt nie pozwoli dręczyć się drugiej osobie bardziej niż sam dręczy siebie. Przyjmowałam krytykę jako informację zwrotną, jak się jeszcze "naprawić". Nie przeszkadzało mi to, że nie jestem akceptowana taka, jaka jestem. Rozumiałam czyjeś wieczne niezadowolenie ze mnie. Sama przecież nie byłam z siebie zadowolona. Nigdy. Ale może jakbym się jeszcze bardziej postarała? Byłam gotowa wiele poświęcić dążąc do mojego wyobrażenia doskonałości. Ale nie byłam doskonała. Nikt nie jest. Nie miałam szans.

Dopiero, kiedy zrozumiałam, że wcale nie muszę być doskonała, że jestem wspaniała właśnie taka, jaka jestem, a miłość nie jest warunkowa, dopiero wtedy zaczęłam powoli opuszczać mury mojego osobistego więzienia.

Praca nad pokochaniem siebie na najgłębszym poziomie była początkiem rozwiązania wielu innych moich problemów. Kto nie kocha siebie, nie jest w stanie prawdziwie pokochać nikogo innego. Z miłością jest jak ze wszystkim - trzeba zacząć od siebie. Bo w drugą stronę to działa tak: jak ktoś ma Cię pokochać, kiedy nawet Ty siebie nie kochasz?

Zaczęłam od tego, żeby w ogóle zobaczyć i przyznać przed sobą i przed innymi, że nie bardzo siebie lubię i akceptuję. Potem była praca nad zmianą programów i przekonań. Stawianie granic. Bycie przy sobie i wybieranie siebie. Dawanie sobie miłości po to, żeby nie żebrać o miłość z zewnątrz.

I jakoś powoli, krok po kroku, zaprzyjaźniłam się ze sobą. Stałam się swoim opiekuńczym rodzicem, wspierającą kumpelą, fanką podekscytowaną każdym sukcesem. Dałam sobie miłość, zrozumienie, współczucie.

To jest długi proces. Ale każdą jedną decyzją i każdym wyborem możesz albo okazywać sobie miłość i wsparcie, albo wyrzekać się siebie, żeby zadowalać innych.

Wybierz siebie.

ĆWICZENIE: ZAPRZYJAŹNIJ SIĘ ZE SOBĄ

Stań przed lustrem i popatrz sobie w oczy. Na początek powiedz: hej, widzę cię. Uśmiechnij się do siebie. Spróbuj zauważać siebie za każdym razem, kiedy napotykasz lustro. Nie oceniaj, tylko zobacz. Patrz na siebie z czułością i za każdym razem powiedz sobie coś miłego. Fajny(-a) jesteś! Lubię cię.

Powtarzaj to ćwiczenie przez kolejne dni.

Trzecia zmiana: Wewnątrzsterowność

Jako chłopiec byłem niepewny siebie. Miałem niskie poczucie własnej wartości. Teraz uważam, że każdy człowiek jest wartościowy. Czasami o tym zapominamy.

- COLIN FARRELL

Nigdy nie przyznałabym się, nawet przed samą sobą, że zależy mi na opinii innych. Pozornie mi nie zależało. Robiłam swoje i po swojemu. A jednak była we mnie głęboka potrzeba akceptacji, uznania i miłości. Długo nie zdawałam sobie z tego sprawy. Z perspektywy czasu patrzę na swoje marzenie o aktorstwie - występach na scenie i przed kamerą - oraz o sławie i widzę, że to była emanacja tej potrzeby akceptacji i uznania. W relacjach z ludźmi tak bardzo bałam się odrzucenia, że wolałam być niemiła, bo wydawało mi się, że wtedy ja jestem u steru. Nikt mnie nie może odrzucić, bo ja go odrzucam. Pozornie miałam gdzieś opinie innych i nie szukałam niczyjej akceptacji. Ale co to za życie? W odgrodzeniu od wszystkich, z zamkniętym sercem, w lęku i z pozorną kontrolą na pewno nie byłam szczęśliwa. Nie ma wartościowych relacji bez ryzyka zranienia, z jakim wiąże się emocjonalna otwartość. Ale nie trzeba i nie warto walczyć o akceptację. Wystarczy być sobą. Kiedy odnajdujesz wartość w samym sobie, potrafisz akceptować brak akceptacji. On Cię nie definiuje. Tylko Ty siebie definiujesz.

Wewnątrzsterowność to umiejętność samodzielnego podejmowania decyzji i życia według własnych zasad. Pojęcia wewnątrzsterowności i zewnątrzsterowności opisał po raz pierwszy amerykański socjolog David Riesman. W swojej książce z 1950 r. pt. Samotny tłum napisał o tym, że ludzie wewnątrzsterowni zyskują poczucie panowania nad swoim życiem. W coraz bardziej indywidualizującym się społeczeństwie ta cecha charakteru staje się coraz ważniejsza. Również dlatego, że chroni nas przed manipulacją i negatywnym wpływem innych.

Wewnątrzsterowność to również niezależność od opinii innych. Wayne Dyer - amerykański psycholog, mówca motywacyjny i autor bestsellerowych książek - mówi o tym moim zdaniem najlepiej: "To, co inni ludzie myślą o mnie, to nie moja sprawa". Warto się nad tym zastanowić. Niezależność od opinii innych to prawdziwe miejsce mocy. Dyer szczerze mówi o tym tak: "Czy lubię, jak ludzie mnie akceptują? Lubię. Przyjemnie jest, jak biją brawa, kiedy występuję albo kiedy kupują moje książki. Czy potrzebuję akceptacji ludzi? Nie potrzebuję".

Nie ma rozwoju i skutecznej pracy nad sobą bez wewnątrzsterowności . Dla mnie to nieuleganie presji otoczenia, nieprzyjmowanie opinii i osądów bezkrytycznie. Wiem, kim jestem. Wiem, czego chcę. A nawet jak nie wiem, to szukam odpowiedzi na te pytania w sobie, a nie u innych. Co nie znaczy, że nie liczę się ze zdaniem bliskich i nie radzę się ich, kiedy nie wiem, jak postąpić. Pytam, słucham, przyjmuję, a potem "przepuszczam" przez siebie. I na koniec robię po swojemu. Ostateczna decyzja musi być moja, bo to ja będę żyć z jej konsekwencjami.

Jeśli przyjaciółka podsuwa mi jakieś rozwiązanie, nawet w najlepszej wierze, to będzie to rozwiązanie dopasowane do jej wartości, jej potrzeb, jej celów, wreszcie jej granic. Coś, co u jednego sprawdzi się idealnie, inną osobę unieszczęśliwi. A kiedy wchodzimy na taki poziom (będzie o tym więcej później), gdzie to intuicja i serce, a nie logika są kompasem, to nasze decyzje mogą się wydawać innym kompletnie bez sensu. Ileż ja w życiu podjęłam decyzji, które w danym momencie były kompletnie irracjonalne nawet dla mnie.

Analizowałam je i wychodziło mi, że z każdej strony to głupi pomysł. Po jednej stronie robionej w myślach tabelki była lista logicznych argumentów na "nie". A po drugiej stronie tylko jeden na "tak": Ale tak chcę . Kiedy mnie ktoś pytał dlaczego, to mówiłam: "No co? Ja nie dam rady tego zrobić?". Dobrze wiedziałam i czułam całą sobą, że właśnie to jest moja ścieżka. Chciałam spróbować.

Byłam na trzecim roku studiów, kiedy postanowiłam wyjechać do Londynu. Zawsze chciałam studiować za granicą. Uważałam, że to poszerza horyzonty, otwiera człowieka na świat. Wcześniej moi rodzice nie mogli sobie na to pozwolić, ale po wejściu Polski do Unii stało się to osiągalne. Ceny uniwersytetów dla Polaków zostały wyrównane ze stawkami dla lokalnych kandydatów. Myślałam sobie: Muszę jechać, b o je śli nie zrobię tego w trakcie studiów, to już nigdy tego nie zrobię . Był pewien problem - chciałam jechać na studia magisterskie, ale w tamtym czasie mój wydział nie miał systemu dwustopniowego. Po trzech latach studiów nie miałam licencjatu, więc jak miałam aplikować na wyższy poziom?

Niczym niezrażona zaczęłam szukać, pisać, dzwonić, sprawdzać. Okazało się, że na większości uniwersytetów w Londynie przyjmą mnie z czymś, co nazwali "ekwiwalentem" licencjatu. Chodziło o transkrypt ocen z trzech lat studiów plus dowody na jakieś doświadczenie zawodowe. Pamiętam, jak wszyscy dookoła mnie mówili: "To się nie uda". A jednak to zrobiłam.

Przyjęli mnie na kilka kierunków, mogłam wybierać. I wtedy pojawił się kolejny kłopot: moi rodzice zaczęli wzbudzać we mnie wątpliwości. Faktem jest, że w tamtym czasie miałam całkiem dobrze rozwijającą się karierę aktorską. Na pierwszym roku studiów dziennikarskich zagrałam w dwóch filmach. Oba były na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a mnie poproszono o wręczenie statuetki podczas gali finałowej. Grałam w serialach, udzielałam wywiadów. A oprócz tego byłam najlepszą studentką na roku. Miałam stypendium naukowe. Więc rodzice mówili, patrząc z ich perspektywy: "Po co ci to? Już ci się wszystko tak dobrze poukładało".

Czułam logikę ich argumentacji, a jednak wiedziałam, co muszę zrobić. Pamiętam, że każdej nocy śnił mi się ten Londyn. Chodziłam po jego ulicach, czułam zapach rozgrzanych słońcem chodników zmieszany z charakterystyczną, lekko zatęchłą wonią metra. Kto był w Londynie, ten przyzna, że to miasto ma specyficzny zapach. Lubię go. Coś mnie wzywało. Coś mnie prowadziło.