Część I. Zmiana
Pierwsza zmiana: Zaufaj sobie. Odpuść kontrolę
Po burzy zawsze wychodzi słońce i często okazuje się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ja w swoim życiu wielokrotnie przekonałam się, że tak właśnie jest. Choć czasem wydaje mi się to dziwne, ale nawet w najczarniejszych momentach okazuje się, że gdyby to się nie wydarzyło, to coś innego też by się nie zdarzyło.
- HELEN MIRREN
- Hey, Miss! - Mężczyzna, który sprzedał nam bilety na prom, podszedł do nas mniej więcej w połowie podróży. Siedziałam pośrodku rzędu foteli. Dziewczynki spały na moich kolanach, każda po swojej stronie. Odruchowo podciągnęłam maseczkę na nos, byłam pewna, że chce mi zwrócić uwagę. Był sam szczyt pandemii.
- Macie załatwiony jakiś transport na wyspie?
Płynęłyśmy właśnie z wyspy Antigua na sąsiednią Barbudę.
- Nie, pewnie weźmiemy taksówkę - odpowiadam.
Nauczyłam się nie martwić na zapas takimi rzeczami. Póki nie ma problemu, nie ma co się nad nim zastanawiać. Jak się pojawi, to się go jakoś rozwiąże. Jeszcze nigdy w życiu nie przydarzył mi się taki, którego bym nie rozwiązała. Wcześniej czy później przyjdzie do głowy odpowiednia myśl. Zresztą przestałam już je nazywać problemami. To wyzwania. Albo sytuacje do rozwiązania. Czasami mówię: a little bump in the road. Polecam ten prosty zabieg zmiany nomenklatury. Wszystko ma wtedy jakiś mniejszy ciężar gatunkowy. I faktycznie łatwiej jest znaleźć rozwiązanie.
Lęki i projekcje nie pomagają znaleźć rozwiązania,
wręcz przeciwnie. Kiedy nie ma lęku, a serce jest
otwarte, rozwiązanie często przychodzi samo.
Do mnie przyszło.
- A gdzie chcecie jechać? - pyta moje rozwiązanie.
Kiedy mówię, że na Pink Sand Beach, a potem na lunch do Nobu, odpowiada:
- Let me make a phone call - po czym znika, a w porcie na Barbudzie czeka na nas taksówka, która jest do naszej dyspozycji przez cały dzień. Lepiej bym tego nie wymyśliła. Nie prosiłam, nie projektowałam, ale też nie martwiłam się o to. W ogóle o tym nie myślałam... Gdzieś w pewnym momencie wyłączyłam nawet to myślenie: zaufaj wszechświatowi, wszechświat Cię ogarnie. Gdzieś głęboko w sercu poczułam: Universe got me.
To było moje małe przebudzenie. Albo raczej moment, kiedy do mnie dotarło, że coś kliknęło. To nie było żadne spektakularne wydarzenie, gdzie zbiegi okoliczności strzelały jak błyskawice w czasie wiosennej burzy.
Czekałem nadejścia burzy, która porwałaby mnie, ale zbawienie przyszło cicho, tak że nie dostrzegłem go prawie...1
Pamiętam, że tego dnia było ciepło, a miałam gęsią skórkę. Na tej bujającej się na wszystkie strony łódce, gdzieś pomiędzy Antiguą i Bardudą, na moich kolanach śpiące dzieciaki, wokół mnie siedem, może osiem drzemiących osób, otwarte morze, piękny poranek... jakbym była sama pośrodku wszystkiego i niczego jednocześnie. Poczułam po raz pierwszy w życiu obezwładniającą mieszankę radości, wdzięczności i spokoju tak głębokiego, że rozluźnił każdy mięsień mojego ciała. Kto wie, czy niektóre z nich nie były spięte od zawsze? I chociaż pomysł na tę książkę dojrzewał wcześniej i dużo o niej myślałam, planowałam ją, układałam sobie w głowie zdania, to do tamtej chwili nie zapisałam ani słowa. Dopiero wtedy wyciągnęłam telefon, bo nie miałam przy sobie nic innego, i zaczęłam pisać.
Ale słowa nie pochodziły z mojej głowy.
Układały się w zdania i akapity pod wpływem czegoś głębszego, co wielu nazywa strumieniem świadomości.
Zacznijmy jednak od początku...
Nie byłam osobą, która łatwo ufała komukolwiek, a już na pewno nie Wszechświatowi, Bogu, losowi czy jakiejś sile wyższej. Jeśli coś ma być zrobione, to ja to muszę zrobić. Sama. Jeśli czegoś chcę, to muszę sobie to ogarnąć. Nie ma prezentów. Na nikogo nie można liczyć. Nikogo prosić o pomoc. Tak myślałam, a skoro tak myślałam, to tak wyglądał mój świat. Świat zewnętrzny zawsze jest odbiciem naszego wnętrza. Byłam totalnym control freakiem. Kontrola była mi potrzebna, żeby mieć względne poczucie bezpieczeństwa. Wyszłam z domu, w którym panował chaos. Jako dziecko nie miałam na nic wpływu i zapamiętałam to jako dramat. Chciałam mieć wpływ. Tylko czy tak naprawdę mamy kontrolę nad czymkolwiek poza własnymi reakcjami? Czy tylko iluzję kontroli?
Otóż nie mamy kontroli nad światem, nad działaniami innych ludzi, nad tym, co o nas myślą i jak się wobec nas zachowują. Dlatego zdrowiej jest odpuścić. Zaakceptować to, na co nie masz wpływu. To nie Twoja sprawa, co ktoś o Tobie myśli. Zwłaszcza że jego myśli na Twój temat bardziej świadczą o nim i o tym, jak widzi świat oraz ludzi, niż o Tobie. Kontrola pochłania mnóstwo energii i do tego jest frustrująca, bo koniec końców nie działa. Ale jest coś, nad czym mamy kontrolę: to nasze reakcje, myśli i uczucia. Więc moja rada brzmi tak: odpuść kontrolę świata zewnętrznego. Naucz się kontrolować swój umysł. Bo to jest droga do szczęścia.
Drugą stroną kontroli jest akceptacja. Uczyłam się jej w bólach. Trudno mi było zaakceptować to, że ktoś mnie podle traktuje. Spędzałam długie godziny na wałkowaniu w kółko pytań w stylu: "Ale jak można się tak zachować? Ale dlaczego on tak zrobił? Czy ja zrobiłam coś, żeby to sprowokować? W którym miejscu mogłam zrobić inaczej?". Miałam kłopot z akceptacją sytuacji, kiedy nie wszystko szło zgodnie z planem. Miałam pretensje do samej siebie i nie uznawałam tego, że na wiele rzeczy nie mam wpływu.
Kiedy coś trzymasz, to coś tak samo mocno trzyma Ciebie.
Kiedy puszczasz, odzyskujesz wkładaną w trzymanie energię. A ta jest niezbędna do budowania życia, o jakim marzysz. W pewnym momencie przyjęłam taką taktykę: ona powiedziała tak, on zrobił to czy tamto, tamta osoba mnie nie lubi? OK, spoko. Nie muszę tego analizować, a jedynie się do tego ustosunkować. Bez genezy i rozbierania na części pierwsze. Co chcę z tym zrobić? Teraz. Zaakceptować - tak. Ale można akceptować, że coś jest takie, jakie jest, ale wciąż nie chcieć tego w swoim życiu.
Jeśli czegoś nie zmieniasz, to znaczy, że to wybierasz.
Ale zmienianie ograniczam do siebie. Moje życie to moja odpowiedzialność. Zmienianie innych to nie mój departament. Każdy robi wszystko najlepiej, jak potrafi ze swojego poziomu świadomości. I nie da się nikogo "wznieść" na wyższy poziom bycia świadomym, nie da się nikogo namówić, przekonać, zmusić. Nikomu się to jeszcze nie udało. Najmądrzejsi nie próbują, bo szkoda energii. Jeśli odczuwasz pokusę, żeby kogoś uratować, to lepiej odpuść i to.
Oczywiście często czujemy, że ktoś odniósłby korzyść ze zmiany sposobu myślenia, z wejścia na ścieżkę rozwoju osobistego, ale nasza potrzeba, żeby wskazać drogę, to potrzeba ego. Kim jestem ja czy Ty, żeby wiedzieć, jaka jest najlepsza droga dla kogoś innego?
Rozwój to proces, to droga. Każdy ma swoją
i nie nam oceniać jej kierunek i tempo marszu.
Być może ktoś potrzebuje jeszcze coś przeżyć, zanim się przebudzi, a być może nie przebudzi się nigdy. Ma do tego prawo. Let it go. Puść.
ĆWICZENIE: PYTANIA DO WEWNĄTRZ
Zawsze jest czas na rozmowę ze sobą. Tym razem zapytaj siebie szczerze:
Czy to prawda?
Czy mogę coś z tym zrobić?
Czy mogę to zaakceptować i zrobić coś, żeby poczuć się lepiej, mimo że to coś jest w moim życiu?
1 E.M. Remarque, Droga powrotna, Rebis, 2012