WSTĘP
Nowa duchowość XXI wieku
Nie rewolucja polityczna, lecz bunt jednostki
Rewolucjonista należy do świata polityki; ma postawę polityczną. Uważa
on, że zmiana struktury społecznej wystarczy, żeby zmienić człowieka.
Buntownik, w znaczeniu, którym się posługuję, to zjawisko duchowe.
Podejście buntownika jest całkowicie indywidualne. Uważa on, że jeśli
chcemy zmienić społeczeństwo, musimy zacząć od jednostek. Społeczeństwo
jako takie nie istnieje, to tylko słowo -?takie jak słowo "tłum". Gdy
zaczniemy szukać, nigdzie nie znajdziemy "społeczeństwa". Wszędzie
napotkamy tylko jednostki. "Społeczeństwo" to jedynie określenie pewnej
zbiorowości, to nazwa pozbawiona odniesień w rzeczywistości.
Jednostka ma duszę, możliwość ewolucji, przemiany, transformacji. A więc
różnica między nią a społeczeństwem, które takiej możliwości nie ma,
jest ogromna.
Buntownik to istota religii. Wprowadza on do świata pojęcie przemiany
świadomości -?a gdy świadomość się przeobraża, wtedy struktura społeczna
dostosowuje się do nowego stanu rzeczy. Nie dzieje się jednak odwrotnie.
Dowodem na to są wszystkie dotychczasowe rewolucje, ponieważ ani jedna
się nie powiodła.
Żadna rewolucja nie doprowadziła do przemiany człowieka. Wydaje się
jednak, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Wciąż myślimy w kategoriach
rewolucji. Chcemy zmieniać społeczeństwo, rząd, prawo i systemy
polityczne, ograniczać biurokrację. Feudalizm, kapitalizm, komunizm,
socjalizm i faszyzm -?wszystkie te systemy były na swój sposób
rewolucyjne. I wszystkie całkowicie zawiodły, ponieważ człowiek pozostał
taki sam.
Budda Gautama, Zaratustra i Jezus to buntownicy. Wierzyli w jednostkę.
Im także się nie powiodło, ale ich porażka jest zupełnie inna od porażki
rewolucjonisty. Rewolucjoniści próbowali zastosować swoją metodę w wielu
krajach, na wiele sposobów i przegrali. Nie powiodło się Buddzie
Gautamie, ponieważ proponowane przez niego podejście nie zostało
wypróbowane. Jezusowi się nie powiodło, bo żydzi go ukrzyżowali, a chrześcijanie pochowali. Nie zastosowano jego nauk -?nie dano im nawet
szansy. Buntownik to wciąż niezbadany wymiar.
Musimy być buntownikami, a nie rewolucjonistami. Rewolucjonista należy
do sfery bardzo przyziemnej, buntownik zaś i jego buntowniczość są
święte. Rewolucjonista nie może być sam; potrzebuje tłumu, partii
politycznej, rządu. Musi mieć władzę, a władza deprawuje. Władza
absolutna potrafi zepsuć człowieka do cna.
Wszyscy rewolucjoniści, którym się udało zdobyć władzę, zostali przez
nią zdeprawowani. Nie potrafili zmienić jej natury ani instytucji, które
ją reprezentują, władza natomiast zmieniła ich samych oraz ich umysły,
zdemoralizowała ich. Zmieniały się tylko nazwy, ale społeczeństwo
pozostało takie samo.
Ludzka świadomość nie rozwija się od wieków. Tylko raz na jakiś czas
ktoś rozkwitnie. Gdy jednak pośród milionów ludzi dojrzeje jeden, nie
jest to reguła, lecz wyjątek. Ponieważ taka osoba jest sama, tłum nie
potrafi jej tolerować. Jej istnienie staje się dla innych rodzajem
poniżenia. Sama jej obecność to zniewaga, ponieważ ktoś taki otwiera nam
oczy, sprawia, że stajemy się świadomi swojego potencjału i swojej
przyszłości. A to rani nasze ego, gdyż dociera do nas, że nie zrobiliśmy
dotąd nic, aby się rozwinąć, stać się bardziej świadomymi, kochającymi,
szczęśliwymi, twórczymi i spokojnymi ludźmi -?by stworzyć wokół siebie
piękny świat. Nie przynieśliśmy temu światu nic dobrego: nasza
egzystencja to dla niego nie błogosławieństwo, lecz przekleństwo.
Wprowadzamy do niego gniew, gwałtowność, zazdrość, ducha rywalizacji i pragnienie władzy. Czynimy z tej ziemi pole walki; jesteśmy żądni krwi i sprawiamy, że inni stają się tacy sami jak my. Pozbawiamy ludzkość
człowieczeństwa. Przyczyniamy się do tego, że człowiek spada poniżej
poziomu człowieczeństwa, a czasem staje się wręcz gorszy od zwierząt.
Ktoś taki jak Budda Gautama lub Czuang-Cy rani nas zatem, ponieważ się
rozwinął, a my wciąż jesteśmy tacy sami. Wiosny przychodzą i odchodzą, a w nas nic nie rozkwita. Ptaki nie przylatują, nie zakładają gniazd ani
nie śpiewają blisko nas. Lepiej ukrzyżować Jezusa i doprowadzić do tego,
by Sokrates się otruł -?tylko po to, by się ich pozbyć i nie odczuwać
swojej duchowej niższości.
Świat zna bardzo niewielu buntowników. Teraz jednak nadszedł czas: jeśli
ludzkość okaże się niezdolna do wytworzenia większej ich liczby, do
rozwinięcia buntowniczego ducha, nasze dni na ziemi będą policzone.
Nadchodzące dziesięciolecia mogą nam przynieść śmierć. Zbliżamy się do
tego punktu coraz bardziej.
Musimy zmienić naszą świadomość, wytworzyć w świecie więcej energii
medytacyjnej i miłości. Powinniśmy zniszczyć to, co stare -?brzydotę
świata, zgniłe ideologie, głupią dyskryminację, idiotyczne przesądy -?i doprowadzić do powstania nowej istoty ludzkiej o świeżym spojrzeniu,
wyznającej nowe wartości. Oderwać się od przeszłości -?na tym właśnie
polega bunt.
Słowa: reforma, rewolucja i bunt, pozwolą nam to wszystko zrozumieć.
Reforma to modyfikacja. Stare pozostaje; nadajemy mu nową formę, nowy
kształt -?to coś w rodzaju renowacji starego budynku. Dawna konstrukcja
zostaje; czyścimy ją, malujemy, wstawiamy nowe okna i drzwi.
Rewolucja sięga głębiej niż reforma. Dawne rzeczy pozostają, ale
wprowadza się więcej zmian, również w strukturze podstawowej. Zmieniamy
nie tylko kolor budynku i dodajemy kilka nowych okien i drzwi, ale
dobudowujemy też czasem parę nowych pięter sięgających wyżej pod niebo.
Stare nie zostaje jednak zniszczone. Jest ukryte pod nowym. Tak naprawdę
staje się podstawą nowego. Rewolucja to kontynuacja tego, co było.
Bunt to przerwanie takiej ciągłości. To nie reforma ani rewolucja, lecz
odcięcie się od wszystkiego, co stare: dawnych religii, ideologii
politycznych, dawnego człowieka -?porzucamy wszystko, co stare, i zaczynamy nowe życie od zera.
Rewolucjonista próbuje zmienić to, co było. Buntownik po prostu to
porzuca, tak jak wąż wypełza ze starej skóry i nigdy nie spogląda
wstecz.
Jeśli na ziemi nie pojawią się tacy buntownicy, dla ludzi nie ma
przyszłości. Dawny człowiek prowadzi nas do ostatecznego unicestwienia.
Dawny sposób myślenia, stare ideologie i religie -?wszystko to naraz
wiedzie ku globalnemu samobójstwu. Jedynie nowy typ człowieka może
ocalić ludzkość, tę planetę oraz piękno życia.
Nauczam o buncie, a nie o rewolucji. Według mnie buntowniczość to
zasadnicza cecha osoby religijnej. To czysta istota duchowości.
Dni rewolucji dobiegły końca. Rewolucja francuska poniosła klęskę,
podobnie jak rosyjska i chińska. Nawet rewolucja Gandhiego poniosła
porażkę, a on sam był tego świadkiem. Przez całe życie nauczał o niestosowaniu przemocy, a stał się świadkiem podziału własnego kraju:
mnóstwo ludzi zabito, spalono żywcem; tysiące kobiet zgwałcono. Gandhi
został zastrzelony przez zamachowca. To dziwny koniec dla świętego,
który nawoływał do niestosowania przemocy.
Po drodze zapomniał o tym, czego nauczał. Zanim rewolucja Gandhiego się
ugruntowała, amerykański myśliciel Louis Fischer spytał go:
-?Co zrobi pan z wojskiem i uzbrojeniem, kiedy Indie odzyskają
niepodległość?
Gandhi odparł:
-?Całą broń wyrzucę do oceanu, a wojsko wyślę do pracy na polach i w ogrodach.
-?Czyżby pan zapomniał? -?zapytał Fischer. -?Przecież ktoś może
zaatakować pana kraj.
-?Jeśli na nas napadną, przyjmiemy ich jak gości i powiemy: "Możecie żyć
tutaj tak jak my. Nie ma potrzeby walczyć".
Gandhi zupełnie zapomniał o swojej filozofii -?tak właśnie upadają
rewolucje. Mówi się o tym wszystkim bardzo pięknie, ale kiedy przejmie
się władzę... Przede wszystkim, Mahatma Gandhi nie przyjął żadnego
stanowiska w rządzie. Uczynił tak ze strachu. Co bowiem odpowiedziałby
całemu światu, gdyby spytano go o wrzucanie broni do oceanu? A co z wysłaniem wojska do pracy w polu? Gandhi uciekł od odpowiedzialności, o którą walczył przez całe swoje życie, widząc, że przysporzy mu ona
olbrzymich kłopotów. Gdyby przyjął stanowisko w rządzie, musiałby
zaprzeczyć własnej filozofii.
Do rządu weszli jednak jego uczniowie, ludzie przezeń wybrani. Nie żądał
od nich, by rozwiązali wojsko. Kiedy Pakistan zaatakował Indie, Gandhi
nie powiedział indyjskiemu rządowi:
"Idźcie na granice i przywitajcie najeźdźców jak gości". Zamiast tego
pobłogosławił trzy pierwsze samoloty, które miały bombardować Pakistan.
Samoloty te przeleciały nad domem, w którym przebywał w New Delhi, i Gandhi wyszedł do ogrodu, żeby je pobłogosławić. Potem odleciały, by
zabijać jego własnych ludzi, którzy zaledwie kilka dni wcześniej byli
"naszymi braćmi i siostrami". Postępował tak bez cienia wstydu, nie
widząc w tym żadnej sprzeczności...
Rewolucja rosyjska poniosła porażkę na oczach Lenina. Nauczał za Karolem
Marksem, że "kiedy wybuchnie rewolucja, rozwiązana zostanie instytucja
małżeństwa, ponieważ to część prywatnej własności. Kiedy zniknie
prywatna własność, znikną również małżeństwa. Ludzie będą mogli być
kochankami i żyć razem, a dziećmi zajmie się społeczeństwo". Gdy jednak
władza znalazła się w rękach partii komunistycznej i Lenin został
przywódcą, wszystko się zmieniło. Kiedy ktoś zdobywa władzę, zaczyna
myśleć inaczej. Lenin doszedł zatem do wniosku, że obdarzenie ludzi
wolnością od obowiązków jest niebezpieczne -?mogą się stać zbyt
indywidualistyczni. Tak więc obarczył ich odpowiedzialnością za rodzinę
-?zupełnie zapomniał o swoim pomyśle zniesienia instytucji małżeństwa.
To dziwne, jak upadają rewolucje, i to na oczach samych rewolucjonistów.
A dzieje się tak dlatego, że kiedy rewolucjoniści przejmują władzę,
zaczynają myśleć w inny sposób. Potem zaś zbytnio przywiązują się do
władzy i cały wysiłek skupiają na utrzymaniu jej w swoich rękach i kontrolowaniu ludzi.
W przyszłości nie potrzebujemy już więcej rewolucji. Potrzebny jest
nowy, dotąd niewypróbowany eksperyment. Choć buntownicy pojawiali się od
tysięcy lat, byli osamotnieni. Być może wtedy ich czas nie dojrzał.
Teraz jednak jest już najwyższa pora... jeśli się nie pospieszymy, czas
minie. W nadchodzących dziesięcioleciach albo ludzkość zniknie, albo na
ziemi pojawi się nowy człowiek z nową wizją. Będzie to buntownik.
TEN I TAMTEN ŚWIAT
Zrozumienie Wielkiego Podziału
Proponuję nowy rodzaj religijności. Nie będzie to chrześcijaństwo ani
judaizm czy też hinduizm; to religijność bez epitetów. Jej cechą będzie
wyłącznie bycie całością.
Religia zawiodła, tak jak nauka czy też jednostronne podejście typowe
dla Wschodu lub Zachodu. Potrzeba czegoś bardziej syntetycznego, w czym
Wschód spotka się z Zachodem, a religia z nauką.
Człowiek jest jak drzewo: jego korzenie tkwią w ziemi, a gałęzie kierują
się ku niebu; jest zdolny do rozkwitu. Religia nie przyniosła
oczekiwanych rezultatów, ponieważ mówiła tylko o kwiatach -?a one należą
do sfery filozofii, abstrakcji, która nigdy nie staje się ciałem, która
nie ma oparcia w ziemi. Nauka zawiodła, ponieważ zajmowała się tylko
korzeniami, a te są brzydkie i nie zakwitają. Religia przegrała, bo
bujała w obłokach i pomijała to, co ziemskie. Nie można zaniedbywać tego
świata -?to lekceważenie własnych korzeni. Klęska nauki wynika natomiast
z niedostrzegania innego świata, świata wewnętrznego -?a nie można
przecież lekceważyć kwiatów. Gdy tak postępujemy, najgłębszy rdzeń
naszej istoty, życie, traci cały swój sens.
Tak jak drzewo potrzebuje korzeni, tak samo musi mieć je człowiek -?a korzenie mogą tkwić tylko w ziemi. Drzewo potrzebuje też nieba, by pod
nie wzrastać, rozwijać wspaniałe listowie i tysiące kwiatów. Dopiero
wtedy osiąga spełnienie; zyskuje sens, a jego życie nabiera znaczenia.
Zachód cierpi na nadmiar nauki, a Wschód na przesyt religią.
Potrzebujemy dziś nowej ludzkości, dla której religia i nauka będą dwoma
aspektami człowieczeństwa. Kiedy taka nowa ludzkość się pojawi, świat po
raz pierwszy stanie się tym, czym powinien być: rajem -?ciałem Buddy.
Budda Zorba: spotkanie ziemi z niebem
Moja koncepcja nowego człowieka łączy Greka Zorbę i Buddę Gautamę: owa
nowa istota będzie Buddą Zorbą -?połączeniem zmysłowości z duchowością.
Będzie czymś całkowicie fizycznym -?zanurzonym w ciele, jego
przyjemnościach i wszystkim, co daje ciało, a zarazem wielką
świadomością, która zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się dookoła.
Budda Zorba -?tego jeszcze nie było!
To właśnie mam na myśli, mówiąc o spotkaniu Wschodu z Zachodem,
duchowości z materializmem. To moja koncepcja Buddy Zorby: zjednoczenie
ziemi z niebem.
Chciałbym, żeby nie było rozdwojenia jaźni, żadnego rozziewu między
materią a duchem, tym, co przyziemne, a tym, co święte, między tym a tamtym światem. Nie chcę żadnego podziału, ponieważ każdy taki rozłam to
wewnętrzne rozdarcie. Każda osoba czy społeczność, która jest
podzielona, oszaleje. Żyjemy w obłąkanym świecie. Ozdrowieje on dopiero
wtedy, gdy ów rozłam zniknie.
Ludzie żyli, wierząc albo w realność duszy oraz iluzoryczność materii,
albo też w realność materii i iluzoryczność duszy. Ludzi przeszłości
można podzielić na uduchowionych i materialistów. Nikt jednak nie zadał
sobie trudu, by spojrzeć na to, czym naprawdę jest człowiek. Jesteśmy
zarówno jednym, jak i drugim. Nie tylko duchowością, świadomością ani
też tylko materią. Stanowimy wspaniałe, harmonijne połączenie materii ze
świadomością. Są to właściwie nie dwie różne rzeczy, lecz dwa aspekty
jednej rzeczywistości: materia jest zewnętrzem świadomości, a świadomość
wnętrzem materii. W dawnych czasach nie było ani jednego filozofa,
mędrca czy mistyka, który by głosił taką jedność; wszyscy opowiadali się
za podziałem człowieka, nazywając jedną część realną, a drugą nierealną.
To wytworzyło na całym świecie schizofreniczną atmosferę.
Nie można żyć, będąc tylko ciałem. To właśnie Jezus miał na myśli, kiedy
mówił: "Nie samym chlebem żyje człowiek" -?lecz to tylko połowa prawdy.
Potrzebujemy świadomości. Nie możemy żyć samym chlebem, ale nie
potrafimy też żyć bez niego. Istnieją w nas oba wymiary i oba powinny
dostać taką samą szansę na rozwój; musimy realizować się na obu
płaszczyznach. Dawniej faworyzowano jedną, zaniedbując drugą, i na
odwrót. Nie akceptowano człowieka w całości.
To powodowało cierpienie i udrękę i sprawiło, że zapadła ciemność;
nastała noc, która trwała tysiące lat i zdawała się nie mieć końca.
Jeśli wsłuchujemy się jedynie w ciało, skazujemy się na bezsensowną
egzystencję. A gdy nie zwracamy na nie uwagi, cierpimy -?jesteśmy
głodni, biedni, spragnieni. Kiedy słuchamy tylko świadomości, nasz
rozwój jest jednostronny. Świadomość wzrasta, ale ciało się kurczy i równowaga zostaje zachwiana. A to właśnie harmonia stanowi podstawę
naszego zdrowia, radości, pieśni i tańca, a także poczucia pełni.
Materialista decyduje się na to, by słuchać ciała, i staje się zupełnie
głuchy, gdy w grę wchodzi realność świadomości. Ostatecznym tego
skutkiem jest wspaniały rozwój nauki i techniki -?zamożne społeczeństwo,
dostatek dóbr materialnych. A pośród tych wszystkich obfitości -?biedny
człowiek bez duszy, całkowicie zagubiony: nie wie, kim jest, po co
istnieje, i czuje się niemal jak wybryk natury.
Jeśli świadomość nie rozwija się wraz ze światem materialnym, ciało
staje się zbyt ciężkie, a dusza zbyt słaba. Jesteśmy obarczeni własnymi
wynalazkami i odkryciami. Zamiast zapewniać nam wspaniałą egzystencję,
sprawiają one, że żyjemy w sposób, który inteligentni ludzie uznają za
bezwartościowy.
Wschód stawiał dawniej na świadomość i potępiał materię oraz wszystko,
co materialne, łącznie z ciałem, uznając to za mayę -?ułudę. Nazywano to
iluzją, mirażem na pustyni, który istnieje tylko pozornie. Ze Wschodu
pochodzą Budda Gautama, Mahawira, Patandżali, Kabir, al-Farid i Raidas -
długi szereg ludzi o głębokiej świadomości. Wschód to także miliony
biedaków, głodujących i umierających jak psy -?pozbawionych pożywienia,
czystej wody pitnej, ubrań i domów.
Dziwna to sytuacja... W krajach rozwiniętych co pół roku trzeba wrzucać
do oceanu żywność wartą miliony dolarów, ponieważ jest jej za dużo.
Producenci nie chcą zapychać magazynów ani obniżać cen i niszczyć
struktury ekonomicznej. Wspólny rynek europejski niszczy produkty
spożywcze -?pochłania to miliony dolarów. Nie jest to cena pożywienia,
lecz koszt wyrzucania go do oceanu. W Etiopii codziennie umiera tysiąc
osób. Kto jest odpowiedzialny za taką sytuację?
Najbogatszy człowiek na Zachodzie szuka swojej duszy i nie znajduje w sobie nic -?żadnej miłości, tylko żądzę; żadnej modlitwy, jedynie słowa,
które powtarza jak papuga, a których nauczył się w szkółce niedzielnej.
Nie ma poczucia duchowości, żadnych uczuć w stosunku do innych ludzi,
szacunku dla życia, drzew, zwierząt. Niszczenie jest takie łatwe -?to,
co stało się w Hiroszimie i Nagasaki, nigdy by się nie wydarzyło, gdyby
ludziom nie wpajano, że są tylko rzeczami. Nie nagromadzono by takich
ilości broni jądrowej, gdyby uznano, że w człowieku tkwi bóg,
wspaniałość -?nie po to, by ją niszczyć, lecz po to, by ją odkrywać; nie
po to, by ją unicestwiać, ale po to, by ją ujawnić, ukazując ciało jako
świątynię ducha. Kiedy jednak wydaje się nam, że człowiek to tylko
materia -?procesy chemiczne i fizyczne, szkielet pokryty skórą -?wraz ze
śmiercią umiera wszystko, nic nie pozostaje. To dlatego Hitler mógł
doprowadzić do zabicia sześciu milionów ludzi -?gdy człowiek jest tylko
materią, nikt się dwa razy nie zastanawia.
W pogoni za dobrami materialnymi Zachód utracił duszę, jej głębię.
Ludzie Zachodu, pogrążeni w bezsensie, znudzeni i cierpiący, nie
potrafią odnaleźć własnego człowieczeństwa. Wszelki sukces nauki okazał
się bezużyteczny, ponieważ dom jest pełen przedmiotów, ale brakuje w nim
pana. Na Wschodzie skutek uznawania przez wieki materii za iluzoryczną i świadomości za realną jest następujący: pan żyje, ale jego dom jest
pusty. Trudno się cieszyć, gdy w brzuchu burczy z głodu, ciało choruje,
a w pobliżu wciąż ktoś umiera. Nie da się wtedy medytować.
Wszyscy święci oraz filozofowie -?zarówno materialiści, jak i ci
zajmujący się duchowością -?są odpowiedzialni za tę ogromną zbrodnię
przeciwko ludzkości.
Budda Zorba to odpowiedź na taki stan rzeczy. To połączenie materii i duszy. Stwierdzenie, że nie istnieje konflikt między materią a świadomością, że możemy rozwijać się w obu tych sferach. Możemy mieć
wszystko, co świat nam oferuje, czego dostarczają nauka i technika, a jednocześnie zdobyć to, co odkryli w sobie Budda, Kabir czy Nanak -
owoce ekstazy, aromat boskości, skrzydła ostatecznej wolności.
Budda Zorba to nowy typ człowieka, to buntownik. Bunt polega na
pokonaniu schizofrenii ludzkości, niszczeniu podziałów, odrzuceniu
koncepcji, która głosi, że duchowość zaprzecza materializmowi, a materializm nie idzie w parze z duchowością. To manifest zjednoczenia
ciała z duchem. Życie jest pełne duchowości -?nawet góry są żywe, a drzewa czują. Bunt ten polega na uznaniu, że cała egzystencja i materialna, i duchowa to właściwie jedna energia, wyrażająca się na dwa
sposoby. Kiedy energia zostaje oczyszczona, przejawia się jako
świadomość. Gdy znajduje się w stanie surowym, jest nieczysta i gęsta,
pojawia się w postaci materii. Całe istnienie to nic innego, jak pole
energii. To moje doświadczenie, a nie filozofia. Doświadczenie poparte
przez współczesną fizykę i jej odkrycia: życie to energia.
Możemy pozwolić sobie na to, by mieć dostęp do obu tych światów
jednocześnie. Nie musimy porzucać jednego, by kontaktować się z drugim,
ani też nie musimy zaprzeczać tamtemu, by cieszyć się tym. Tak naprawdę
posiadanie tylko jednego świata, skoro możemy mieć oba, to niepotrzebne
zubożenie.
Budda Zorba jest możliwością zapewniającą największe bogactwo. Będziemy
żyć w całkowitej zgodzie z naszą naturą i śpiewać pieśni tej ziemi. Nie
zdradzimy świata ani nie sprzeniewierzymy się niebu. Będziemy zabiegać o wszystko, co daje nam ziemia -?wszelkie przyjemności i kwiaty -?i domagać się przy tym gwiazd. Cały świat uznamy za swój dom.
Wszystko, co istnieje, jest dla nas i musimy to wykorzystywać, jak się
da -?bez poczucia winy, bez wybierania. Bezstronnie cieszyć się
wszystkim, co daje materia, i radować tym, do czego zdolna jest
świadomość.
Oto pewna stara opowieść...
W lesie niedaleko miasta żyło dwóch żebraków. Oczywiście byli wrogami,
jak wszyscy przedstawiciele tego samego zawodu -?dwaj lekarze,
profesorowie czy święci. Jeden żebrak był niewidomy, a drugi chromy, a obaj bardzo ambitni. Całe dnie rywalizowali o to, który wyżebrze więcej.
Pewnej nocy w lesie wybuchł pożar i chatki żebraków stanęły w ogniu.
Ślepiec mógł biec, ale nie widział, dokąd uciekać. Nie potrafił dostrzec
miejsc, do których nie dotarł pożar. Kulawy widział, dokąd można uciec,
ale nie mógł biec. Pożar szybko się rozprzestrzeniał i śmierć zajrzała
żebrakom w oczy.
Wtedy obaj zdali sobie sprawę z tego, że potrzebują się nawzajem. Kulawy
uświadomił sobie nagle:
-?Ślepy może biegać, a ja widzę.
Zapomnieli o rywalizacji. W krytycznym momencie, kiedy obaj stanęli w obliczu śmierci, porzucili animozje. Stworzyli wspaniały zespół:
uzgodnili, że niewidomy poniesie chromego na ramionach i obaj będą
działać jak jeden. Kulawy widział, a ślepy mógł biec i dzięki temu się
uratowali. Potem zostali przyjaciółmi.
Zorba jest ślepy -?nie widzi, ale potrafi tańczyć, cieszyć się i śpiewać. Budda widzi, ale na tym koniec. Jest kwintesencją wzroku,
jasnością i percepcją, nie umie jednak tańczyć. Jest niesprawny, nie
potrafi cieszyć się ani śpiewać.
Nadeszła pora. Świat stoi w ogniu i życie wszystkich jest w niebezpieczeństwie. Spotkanie Zorby z Buddą może ocalić ludzkość. Owo
spotkanie to jedyna nadzieja. Budda wnosi świadomość, jasność, wzrok,
który sięga poza wszystko i widzi to, co prawie niedostrzegalne. Zorba
zaś oddaje wzrokowi Buddy całą swą istotę, a jego obecność sprawia, że
nie jest to tylko postrzeganie, lecz także taniec, radość i pełen
zachwytu sposób życia.
Czy spotkanie Buddy z Zorbą jest możliwe? Jeśli tak, dlaczego inni
przywódcy religijni nigdy o tym nie pomyśleli?
Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że nie jestem przywódcą religijnym.
Ktoś taki nie potrafi myśleć ani widzieć rzeczy tak jak ja, ponieważ
zbytnio stawia na religię. Ja tego nie robię.
Religie zawsze dzielą ludzi, zasiewając dualizm w ludzkim umyśle. To ich
sposób na wykorzystywanie człowieka. Gdy ktoś czuje się całością, jest
poza kontrolą religii. Kiedy zaś jesteśmy podzieleni na części, cała
nasza siła ulega zniszczeniu, cała nasza moc i godność znikają; wtedy
możemy być chrześcijanami, hinduistami lub muzułmanami. Jeśli
pozostajemy tacy, jacy się urodziliśmy -?naturalnie, bez ingerencji tak
zwanych przywódców religijnych -?zachowujemy wolność, niezależność i integralność. Nie można nas zniewolić. Wszystkie stare religie tylko
zniewalają człowieka.
Aby im się to udało, muszą wywołać w nas konflikt, sprawić, żebyśmy
zaczęli walczyć sami ze sobą. Kiedy zmagamy się ze sobą, mogą się
wydarzyć dwie rzeczy. Po pierwsze staniemy się nieszczęśliwi, ponieważ
żadna część nigdy w nas nie będzie górą, zawsze będziemy pokonani. Po
drugie zrodzi się w nas poczucie winy, że nie jesteśmy warci tego, by
nazywać nas prawdziwymi ludźmi. O to właśnie chodzi przywódcom
religijnym. Nasze głębokie poczucie bezwartościowości czyni z nich
liderów. Nie potrafimy polegać na sobie, ponieważ wiemy, że nie możemy
nic wskórać. Nie możemy postępować tak, jak domaga się nasza natura, bo
religia na to nie pozwala. Nie udaje się nam też działać zgodnie z religią, zaprzecza temu bowiem nasza natura. Jesteśmy więc w położeniu,
w którym nic nie możemy począć; potrzebny jest ktoś inny, kto weźmie za
nas odpowiedzialność.
Dojrzewamy fizycznie, ale psychicznie jesteśmy niedorozwinięci, jakbyśmy
wciąż mieli jakieś trzynaście lat. Tacy opóźnieni w rozwoju ludzie
bardzo potrzebują kogoś, kto nimi pokieruje, poprowadzi ich do celu
życia, pokaże sens istnienia. Sami tego nie potrafią. Przywódcy
religijni nie mogli nauczać o połączeniu Zorby z Buddą, ponieważ byłby
to kres ich kierownictwa oraz ich rzekomych religii.
Budda Zorba to koniec wszystkich religii. To początek nowego rodzaju
religijności, która nie potrzebuje etykietek -?nazw takich jak
chrześcijaństwo, judaizm czy buddyzm. Człowiek po prostu cieszy się sobą
i tym ogromnym wszechświatem, tańcząc pośród drzew, igrając z falami na
plaży i zbierając muszle dla samej tylko przyjemności. Słone powietrze,
chłodny piasek, wschodzące słońce, powolny bieg -?czego można chcieć
więcej? Według mnie to jest religia -?radowanie się powietrzem, morzem,
piaskiem i słońcem -?ponieważ nie ma innego Boga niż życie.
Budda Zorba to z jednej strony kres dawnej ludzkości: starych religii,
systemów politycznych, narodów, dyskryminacji rasowej i wszelkich odmian
głupoty, a z drugiej -?początek nowego człowieka, całkowicie wolnego,
który jest sobą i pozwala swojej naturze się rozwijać.
Między Zorbą a Buddą nie ma sprzeczności. Konflikt wywołały tak zwane
religie. Czy jest jakiś rozdźwięk między ciałem a duszą? Między życiem a świadomością? Prawą a lewą ręką? Są one jednością, stanowią całość.
Naszego ciała nie trzeba potępiać; należy raczej być wdzięcznym za nie,
ponieważ to najwspanialsza, najcudowniejsza, działająca w niezwykły
sposób rzecz w naszym życiu. Wszystkie części ciała współgrają niczym
orkiestra. Nasze oczy, dłonie i nogi istnieją w swoistej
komunii1. Nie zdarza się, żeby oczy pragnęły podążać na wschód,
a nogi kierowały się na zachód, żebyśmy byli głodni, ale nasze usta nie
chciały jeść. "Żołądek odczuwa głód, co to ma wspólnego z nami?" -
strajkują usta. Nie, w naszym ciele nie ma takiego konfliktu. Porusza
się ono z wewnętrzną synchronią, wszystko działa razem. Dusza nie
stanowi przeciwieństwa ciała. Ciało jest jak dom, a dusza to gość;
gospodarz i gość nie muszą stale walczyć. Religie by jednak nie
istniały, gdybyśmy nie zmagali się sami ze sobą.
Moje podkreślanie organicznej jedności, w której materializm nie stanowi
przeciwieństwa duchowości, ma w zasadzie na celu obalenie wszystkich
zorganizowanych religii. Kiedy ciało i dusza zaczną iść w parze i będą
tańczyć razem, staniemy się Buddą Zorbą. Będziemy mogli cieszyć się
wszystkim w tym życiu: tym, co na zewnątrz, i tym, co wewnątrz nas.
Tak naprawdę świat wewnętrzny i zewnętrzny działają w zupełnie innych
wymiarach; nigdy nie kolidują ze sobą, jednak tysiące lat uwarunkowań -
wbijania sobie do głowy, że jeśli pragniemy tego, co wewnątrz, musimy
porzucić to, co na zewnątrz -?odcisnęło na nas głębokie piętno. Skądinąd
to absurdalna koncepcja... Mamy prawo cieszyć się tym, co wewnątrz,
dlaczego więc nie możemy czerpać radości z rzeczy pochodzących ze świata
zewnętrznego? Przyjemność jest taka sama; owa radość stanowi ogniwo
łączące to, co w środku, z tym, co na zewnątrz.
Słuchanie pięknej muzyki, spoglądanie na wspaniały obraz lub
przyglądanie się tancerzowi takiemu jak Wacław Niżyński -?to wszystko
pochodzi z zewnątrz, ale nie stanowi najmniejszej przeszkody dla naszej
wewnętrznej radości. Przeciwnie, to wielka pomoc. Taniec Niżyńskiego
może obudzić uśpioną sferę naszej duszy, aby i ona mogła tańczyć. Muzyka
Rayi Shankara może poruszyć struny naszego serca. Nie ma podziału między
wnętrzem a zewnętrzem. To jedna energia, dwa aspekty tego samego bytu.
Zorbie uda się zostać Buddą łatwiej niż papieżowi. Papieże i tak zwani
święci nie mogą stać się ludźmi prawdziwie uduchowionymi. Nie znają
nawet przyjemności płynących z ciała, jak więc mogą poznać subtelne
radości ducha? Ciało to szkoła, płytka woda, w której uczymy się pływać.
Kiedy już nabierzemy wprawy w pływaniu, przestaniemy zważać na
głębokość. Będziemy mogli wypłynąć na najgłębszą część jeziora. Będzie
nam wszystko jedno, czy jest głęboko, czy płytko.
Warto przypomnieć pewne fakty z życia Buddy. Do dwudziestego dziewiątego
roku życia był w pełni Zorbą. W swoim królestwie miał dziesiątki
najpiękniejszych dziewcząt. Cały jego pałac był pełen muzyki i tańca.
Budda miał wspaniałe jedzenie, najlepsze stroje, piękne pałace i ogrody.
Żył intensywniej niż ubogi Grek Zorba.
Ten miał bowiem tylko jedną przyjaciółkę -?starą, zwiędłą kobietę,
prostytutkę, która straciła wszystkich klientów. Miała sztuczne zęby i włosy, a Zorba został jej klientem dlatego, że nie stać go było na
opłacenie innej. Nazywamy go materialistą i hedonistą, zapominając
zupełnie o początkowych dwudziestu dziewięciu latach życia Buddy, który
prowadził przecież znacznie bujniejsze życie. Ów książę zwany Siddharthą
żył w luksusie, miał wszystko, czego dusza zapragnie. Żył w krainie
marzeń. I właśnie to doświadczenie pozwoliło mu stać się Buddą.
Historię Buddy przedstawia się zwykle inaczej. Nikt nie zajmuje się
zbytnio pierwszą częścią jego życia, stanowiącą podstawę drugiej.
Buddzie znudziło się wszystko. Zakosztował wszelkich ziemskich rozkoszy
i zapragnął czegoś więcej, czegoś głębszego, niedostępnego w świecie
zewnętrznym. Chcąc tego doświadczyć, musiał wykonać ruch. W wieku
dwudziestu dziewięciu lat opuścił w środku nocy pałac i wyruszył na
poszukiwanie swojej wewnętrznej jaźni. Był Zorbą szukającym Buddy.
Grek Zorba nigdy nie został Buddą z tego prostego powodu, że jego natura
Zorby okazała się niekompletna. Był przystojnym mężczyzną, pełnym
radości życia, lecz biednym. Pragnął żyć pełnią, ale nie miał takiej
możliwości. Tańczył i śpiewał, lecz nie znał głębszych niuansów muzyki.
Nie wiedział, na czym polega taniec bez tancerza.
Zorba tkwiący w Buddzie znał szczyty i przepaście świata zewnętrznego.
Poznawszy je, był gotów na poszukiwania wewnętrzne. Świat wydawał mu się
dobry, ale niedostatecznie; czegoś w nim brakowało. Dawał chwilowe
przebłyski, a Budda chciał czegoś wiecznego. Wszystkie przyjemności
kończyły się wraz ze śmiercią człowieka, Budda zaś pragnął poznać coś,
co wykracza poza śmierć.
Gdybym miał pisać o życiu Buddy Gautamy, zacząłbym od Zorby. Kiedy Budda
całkowicie poznał świat zewnętrzny oraz to, co on daje, i stwierdził, że
nadal czegoś mu brak, wyruszył na poszukiwanie tego, czego jeszcze nie
zbadał. Nie oglądał się za siebie -?nie miał ku temu powodu, ponieważ
zaznał wszystkiego. Nie był człowiekiem poszukującym religii, który nie
liznął przyjemności życia. Był Zorbą i podążył ku wnętrzu z takim samym
zapałem, siłą i mocą, jakie wykazywał wcześniej. I najwyraźniej znalazł
w sobie zadowolenie, spełnienie, sens i błogosławieństwo, których
szukał.
Ktoś może być Zorbą i na tym poprzestanie. Możliwe też, że zacznie
szukać Buddy, nie będąc Zorbą, a wtedy go nie znajdzie. Tylko Zorba może
odkryć w sobie Buddę. Inny człowiek nie będzie miał siły, ponieważ nie
zaznał życia i unikał tego, co podsuwa mu świat zewnętrzny. Jest
eskapistą.
Dla mnie Zorba to początek podróży, a Budda to dotarcie do celu. Podróż
tę musi odbyć jedna i ta sama osoba; tylko wtedy taka przemiana jest
możliwa. Dlatego właśnie wciąż podkreślam: nie twórz podziału w swoim
życiu, nie potępiaj niczego, co cielesne. Żyj tym -?nie od niechcenia,
lecz z zapałem i w pełni. Właśnie to doświadczenie czyni człowieka
zdolnym do poszukiwania czegoś innego. Nie trzeba być ascetą ani
porzucać żony, męża czy dzieci. Takich nonsensów nauczano przez całe
wieki i ilu ludzi -?pośród milionów mnichów i mniszek -?rozwinęło się
duchowo? Ani jeden.
Żyjmy więc, nie tworząc podziałów. Najpierw jest ciało i świat
zewnętrzny. Gdy dziecko się rodzi, otwiera oczy. Pierwsza rzecz, którą
widzi, to panorama życia rozgrywającego się dookoła. Postrzega wszystko
oprócz siebie samego -?jest to bowiem zadanie dla bardziej
doświadczonych ludzi. Dla tych, którzy poznali już dobrze świat
zewnętrzny, doświadczyli go i uwolnili się od niego.
Wolności od świata zewnętrznego nie uzyskuje się, uciekając przed nim,
lecz doświadczając go w pełni. Jest wtedy tylko jedno wyjście. Pozostaje
jeden wymiar i to oczywiste, że chcemy wyruszyć na poszukiwania właśnie
w tym kierunku, który pozostał. A prowadzi on do stanu buddy, do
oświecenia.
Ludzie pytają, czy da się połączyć Zorbę z Buddą. To jedyna możliwość.
Bez Zorby nie ma Buddy. Zorba to oczywiście nie koniec. To przygotowanie
do stania się Buddą. Zorba to korzenie, a Budda to kwiaty. Nie niszczmy
korzeni, bo nie pojawią się kwiaty. To korzenie stale dostarczają
kwiatom soków. Wszystkie kolory i zapachy kwiatów to zasługa korzeni.
Dzięki nim kwiaty mogą tańczyć na wietrze.
Nie dzielmy niczego. Korzenie i kwiaty to dwie strony tego samego
zjawiska.
Połączenie tych dwóch aspektów życia wydaje się trudne, ponieważ
zaprzecza naszym uwarunkowaniom. Od czego zacząć?
Rób wszystko, wkładając w to całe swoje serce, z tak wielkim
zaangażowaniem, na jakie tylko cię stać.
To, co czynimy bez przekonania, nie przynosi w życiu radości. Sprowadza
tylko nieszczęście, wywołuje niepokój, udrękę i napięcie, ponieważ
zawsze, gdy działamy bez entuzjazmu, dzielimy siebie na dwie części, a to jedno z największych nieszczęść, które mogą się nam przydarzyć -
wszyscy jesteśmy wewnętrznie podzieleni. Mizeria tego świata nie powinna
nikogo dziwić. To naturalny skutek życia na pół gwizdka, zajmowania się
tylko częścią swojego jestestwa, gdy tymczasem druga część przeciwstawia
się, opiera i walczy.
Wszystko, co czynimy tylko połową jaźni, przynosi rozżalenie,
nieszczęście i poczucie, że prawdopodobnie ta druga część, która nie
bierze w tym udziału, jest w porządku. Powiadam jednak: gdybyśmy
opowiedzieli się za drugą częścią swojej jaźni, rezultat byłby taki sam.
Nie chodzi o to, w którą stronę podążamy, lecz o to, czy podążamy z pełnym zaangażowaniem. Całkowite oddanie się swoim działaniom przynosi
radość. Nawet zwyczajna, trywialna czynność wykonana z całkowitym
poświęceniem opromienia naszą istotę, przynosi nam spełnienie, poczucie
pełni i głębokie zadowolenie. Wszystko, co czynimy bez zapału,
niezależnie od tego, czy to działanie dobre, czy złe, nie da nam
satysfakcji.
Nieszczęście i radość nie biorą się z naszych czynów. Zadowolenie
pojawia się wtedy, gdy jesteśmy kompletni. Nie ma znaczenia, w jakie
działania się angażujemy; jeżeli jesteśmy wewnętrznie podzieleni,
wynikiem naszego postępowania będzie poczucie nieszczęścia. Życie na pół
gwizdka to stwarzanie własnego piekła -?a piekło to powiększa się z chwili na chwilę.
Ludzie pytają, gdzie jest piekło lub niebo -?wszystkie religie mówią o nich przecież tak, jakby te sfery leżały gdzieś we wszechświecie. Nie są
to jednak krainy geograficzne, lecz zjawiska psychiczne.
Kiedy nasz umysł, serce, cała nasza istota przyciągane są w dwóch
kierunkach jednocześnie, stwarzamy piekło. Gdy jesteśmy organiczną
całością, zaczynają w nas rozkwitać niebiańskie kwiaty.
Ludzie wciąż martwią się o swoje postępki: które są właściwe, a które
niestosowne? Co jest dobre, a co złe? Według mnie to nie kwestia
konkretnego działania. Chodzi raczej o psychikę.
Dobro jest wtedy, kiedy czujemy się niepodzielną całością, a zło pojawia
się w momencie, gdy stajemy się wewnętrznie podzieleni. Rozbici na
części cierpimy, a zjednoczeni tańczymy, śpiewamy i świętujemy.
Czy możesz powiedzieć coś więcej o sztuce równoważenia przeciwieństw?
Moje życie często polega na doświadczaniu skrajności, a środkowa ścieżka
wydaje mi się trudna i nie potrafię podążać nią nawet przez krótki czas.
Życie składa się ze skrajności. To napięcie między przeciwieństwami.
Jeżeli cały czas jesteśmy w samym środku, oznacza to, że umarliśmy.
Bycie w środku to jedynie teoretyczna możliwość. Tylko raz na jakiś czas
znajdujemy się pośrodku, w fazie przejściowej. Przypomina to chodzenie
po linie. Nigdy, ani na chwilę, nie można być dokładnie pośrodku. Jeśli
spróbujemy, spadniemy.
Znajdowanie się pośrodku nie jest stanem statycznym; to zjawisko
dynamiczne. Słowo "równoważyć" to nie rzeczownik, lecz czasownik; chodzi
tu o balansowanie. Akrobata idący po linie przechyla się stale z prawa
na lewo i z lewa na prawo. Kiedy czuje, że wychylił się zbytnio w jedną
stronę i grozi mu upadek, natychmiast łapie równowagę, przechylając się
w przeciwnym kierunku. W przechodzeniu z lewa na prawo jest chwila,
kiedy akrobata jest pośrodku. Kiedy znowu przechyla się za bardzo w prawo i czuje, że traci równowagę i zaraz spadnie, zaczyna przechylać
się w lewo i znów na chwilę przechodzi przez środek.
To właśnie mam na myśli, mówiąc, że chodzi tu o czasownik, a nie
rzeczownik -?balansujemy, a to proces. Nie można po prostu być w środku.
Możemy iść do przodu, poruszając się z lewa na prawo i odwrotnie; to
jedyny sposób pozostawania w środkowym punkcie.
Nie unikaj skrajności ani też nie opowiadaj się za żadną z nich. Niech
oba bieguny będą dostępne -?oto cała sztuka, sekret utrzymywania
równowagi. Czasami bądź całkiem szczęśliwy, a czasem zupełnie smutny -
oba te stany są na swój sposób piękne.
Umysł lubi wybierać; dlatego właśnie pojawiają się problemy. Przestań
więc dokonywać wyborów. Niezależnie od tego, co się wydarza i gdzie
jesteś -?z prawej czy lewej strony, pośrodku czy też gdzie indziej -
ciesz się chwilą w jej pełni. Kiedy jesteś szczęśliwy, tańcz, śpiewaj i graj -?po prostu się ciesz! Kiedy pojawia się przygnębienie -?które jest
nieuchronne i musi przyjść -?nie możesz go unikać... Jeżeli spróbujesz
to uczynić, zniszczysz podstawy szczęścia. Dzień nie może istnieć bez
nocy, a lato bez zimy. Nie ma życia bez śmierci. Niech ta biegunowość
głęboko w ciebie zapadnie -?nie można jej uniknąć. Można jedynie umierać
na raty. Tylko martwy człowiek jest nieruchomy. Żywy będzie się stale
poruszał. Przechodził od gniewu do współczucia i na powrót; przyjmował
jedno i drugie, nie utożsamiając się z żadnym, lecz zachowując
powściągliwość; angażując się, ale pozostając zarazem z boku. Żywy
człowiek odczuwa radość; wyrasta z wody tak jak kwiat lotosu, ale woda
go nie dotyka.
Każdy twój wysiłek, by stale pozostawać w środku, wprawia cię w niepotrzebny niepokój. Tak naprawdę pragnienie, by zawsze być pośrodku,
to kolejna skrajność -?najgorszy jej rodzaj: a tego pragnienia nie da
się zrealizować. Wyobraź sobie staromodny zegar: gdy przytrzymasz
wahadło pośrodku, zegar stanie. Chodzi tylko wtedy, gdy wahadło kołysze
się z lewa na prawo i z prawa na lewo. Owszem, za każdym razem wahadło
przechodzi przez środek, ale to tylko chwila.
I to właśnie jest piękne! Kiedy przechodzisz ze szczęścia do smutku i z przygnębienia do radości, jest pewien moment całkowitej ciszy w samym
środku -?ciesz się i nim.
Życia trzeba doświadczać we wszystkich jego wymiarach; dopiero wtedy
wydaje się bogate. Ktoś, kto żyje po lewej stronie, jest biedny,
podobnie jak ten z prawej, natomiast ten ze środka jest martwy! Gdy
żyjemy, nie trzymamy się ani prawej, ani lewej strony, ani też środka -
jesteśmy w ciągłym ruchu, płyniemy.
Dlaczego pragniemy przede wszystkim znaleźć się w środku? Boimy się
ciemnej strony życia. Nie chcemy smutku, nie chcemy przeżywać męczarni.
Wydaje się to jednak możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi
zrezygnować zarazem z doznawania radości. Niewielu się na to decyduje -
to mnisi sposób życia. Droga ta istniała od stuleci: mnich wyrzeka się
wszelkiej możliwości doświadczania rozkoszy po to tylko, by uniknąć
cierpienia. Gotowy jest zniszczyć wszystkie róże, aby tylko nie mieć do
czynienia z kolcami. Wtedy jego życie jest jednak płytkie... długie,
nudne, banalne i ospałe. On nie żyje. Boi się życia.
Życie zawiera bowiem jedno i drugie; przynosi zarówno olbrzymi ból, jak
i wielką radość. Cierpienie i przyjemność to dwie strony tego samego
medalu. Jeśli wykluczamy jedną, musimy usunąć i drugą. Jedno z największych odwiecznych nieporozumień to przekonanie, że można pozbyć
się bólu i zachować przyjemność, ominąć piekło i zdobyć niebo; uniknąć
zła i doświadczać tylko dobra. To wielkie złudzenie. To niemożliwe z samej natury rzeczy. Aspekty pozytywny i negatywny zawsze idą w parze.
To dwie strony tej samej energii. Musimy przyjąć je obie.
Obejmij wszystko, bądź wszystkim. Kiedy jesteś po lewej stronie, nie
omijaj niczego -?ciesz się tym! Bycie tutaj ma swój urok, którego nie
znajdziesz po drugiej stronie. Tam będzie inaczej. W środku natomiast
panują cisza i spokój, których nie ma na żadnym z krańców. Ciesz się tym
wszystkim. Niech wzbogaca to twoje życie.
Nie dostrzegasz żadnego piękna w smutku? Medytuj nad nim. Następnym
razem, gdy poczujesz się przygnębiony, nie walcz z tym. Nie trać czasu
na walkę -?pogódź się ze smutkiem, przyjmij go jak miłego gościa.
Przyjrzyj mu się uważnie z miłością i troską... Bądź gościnny! Zdziwisz
się niezmiernie, kiedy zobaczysz, że smutek ma pewien urok, którego
nigdy nie odnajdziesz w szczęściu. Radość ma własną pieśń, lecz
głośniejszą niż pieśń melancholii.
Nie chodzi mi o to, by pogrążać się w smutku. Namawiam tylko do tego,
żeby cieszyć się także nim. Kiedy jesteśmy szczęśliwi, radujmy się tym.
Pływajmy po powierzchni rzeki, a czasem dajmy nurka w głębiny. To nadal
ta sama rzeka! Na powierzchni fale igrają z promieniami słońca i wiatrem
-?co ma swoisty urok. Nurkowanie w głębinach ma inne zalety, wiąże się z ryzykiem i niebezpieczeństwem.
Nie lgnijmy do niczego. Są ludzie, którzy przywiązują się także do tego,
co nieprzyjemne -?psycholodzy nazywają ich masochistami. Takie osoby
lubią stwarzać sytuacje, w których stale czują się nieszczęśliwe. Udręka
to jedyna rzecz, która sprawia im przyjemność; boją się szczęścia.
Cierpiąc, czują się w swoim żywiole. Wielu masochistów poświęca się
religii, ponieważ stanowi ona dla nich wspaniałą ochronę. Świetnie
racjonalizuje masochizm.
Masochista, który nie jest religijny, będzie czuł się potępiony,
niespokojny i nienormalny. Będzie miał poczucie winy z powodu tego, co
czyni ze swoim życiem, i spróbuje to poczucie winy ukryć. Kiedy jednak
stanie się człowiekiem religijnym, będzie mógł obnosić się dumnie z masochizmem, ponieważ teraz będą to asceza i prostota, a nie masochizm;
"samodyscyplina", a nie udręka. Zmieniają się etykietki -?już nikt nie
nazywa tego człowieka nienormalnym: to święty! Nikt nie twierdzi, że
jest chory; każdy uważa go za pobożnego i świątobliwego. Masochiści
zawsze zwracali się ku religii; niezwykle ich przyciągała. Tak wielu
masochistów poświęciło się religii -?co wydaje się zupełnie zrozumiałe -
że ją w końcu zdominowali. Dlatego właśnie tak wiele wyznań kładzie
nacisk na negowanie życia. Nie chodzi w nich o miłość czy radość, lecz o podkreślanie tego, że życie to udręka. W ten sposób racjonalizuje się
własne przywiązanie do cierpienia.
Słyszałem kiedyś pewną wspaniałą historię, choć nie wiem, czy jest
prawdziwa; nie mogę za to ręczyć.
Pewnego popołudnia w raju, w najbardziej znanej tamtejszej kawiarni,
siedzieli Lao-Cy, Konfucjusz oraz Budda i gawędzili. Podszedł do nich
kelner z trzema szklankami soku o nazwie "życie" i zaproponował im go.
Budda natychmiast zamknął oczy i odmówił.
-?Życie jest cierpieniem -?oznajmił.
Konfucjusz przymknął oczy do połowy -?był zwolennikiem drogi środka i nauczał złotego środka -?po czym poprosił kelnera, by podał mu szklankę.
Chciał wypić łyk, ale tylko jeden; jak mógł stwierdzić, czy życie jest
cierpieniem, nie próbując go? Miał umysł naukowca. Nie był mistykiem,
myślał praktycznie i przyziemnie. To pierwszy behawiorysta na świecie;
bardzo logiczny. Nic dziwnego więc, że powiedział:
-?Najpierw się napiję, a potem powiem, co myślę.
Spróbował trochę napoju i stwierdził:
-?Budda ma rację. Życie to cierpienie.
Lao-Cy wziął wszystkie trzy szklanki.
-?Jeśli nie wypije się wszystkiego, jak można cokolwiek orzec? -
zapytał. Wypił sok do dna i zaczął tańczyć.
Budda i Konfucjusz zwrócili się do niego:
-?Czemu nic nie mówisz?
-?Właśnie mówię: mój taniec i pieśń mówią za mnie -?odpowiedział Lao-Cy.
Dopóki nie spróbujemy wszystkiego, nie możemy nic powiedzieć. A gdy już
skosztujemy, nadal nie będziemy mogli nic wyrazić, ponieważ żadne słowa
nie oddadzą wiernie tego, co wiemy.
Budda to jedna skrajność. Konfucjusz znajduje się pośrodku. Lao-Cy wypił
wszystkie trzy szklanki: pierwszą przeznaczoną dla Buddy, drugą -?dla
Konfucjusza i trzecią, przyniesioną dla niego. Wychylił je wszystkie;
doświadczył życia w jego trzech wymiarach.
Moje własne podejście przypomina nastawienie Lao-Cy. Uważam, że trzeba
doświadczać życia, jak się da. Nie przedkładać jednej rzeczy nad drugą i nie próbować stać pośrodku. Nie starać się utrzymać równowagi -?harmonii
nie da się zachować, utrwalić. Wypływa ona z doświadczania wszystkich
wymiarów życia. Wydarza się; nie może powstać w wyniku naszych
wysiłków. Jeśli doprowadzimy do niej staraniami, będzie fałszywa,
wymuszona, a my będziemy spięci. Nie odprężymy się. Czy człowiek, który
próbuje trwać w równowadze, w środkowym punkcie, może się zrelaksować?
Zawsze będzie się bał, że kiedy się rozluźni, przechyli się na lewo lub
na prawo. Musi być spięty, a to oznacza, że nie wykorzystuje okazji, nie
korzysta z daru życia.
Nie bądź więc sztywniakiem. Nie żyj według zasad. Doświadczaj życia w pełni, pij je do dna! Owszem, czasem smakuje gorzko -?i co z tego? Ów
gorzki smak pozwala poznać słodycz istnienia. Będziemy potrafili docenić
ją tylko wtedy, gdy poznamy smak goryczy. Ktoś, kto nie potrafi płakać,
nie umie też się cieszyć. Kto nie umie śmiać się do rozpuku, ten roni
krokodyle łzy.
Nie nauczam drogi środka, lecz takiej, która obejmuje wszystko. Kiedy
nią podążamy, równowaga pojawia się sama, ma niezwykłe piękno i wdzięk.
Nie wymuszamy jej, po prostu sama przychodzi. Gdy poruszamy się z gracją
to w lewo, to w prawo, to pośrodku, powoli osiągamy równowagę, ponieważ
nie dajemy się określić. Kiedy pojawia się smutek, wiemy, że przeminie,
a gdy ogarnia nas radość, również jesteśmy świadomi jej nietrwałości.
Nic nie trwa; wszystko przemija. Zawsze obecna jest tylko nasza zdolność
postrzegania. To ona wprowadza równowagę. Równowaga to obserwowanie
tego, co się dzieje.
Ciało i dusza: krótka historia religii
Religia przechodziła różne fazy. Pierwszy etap to etap magiczny; do tej
pory jeszcze się nie skończył. Wiele pierwotnych plemion na świecie
wciąż znajduje się w tym pierwszym stadium religii, które opiera się na
magicznych obrzędach poświęcanych bogom. To rodzaj przekupstwa mającego
zjednać pomoc i opiekę bogów. Ofiarujemy im wszystko, co uważamy za
cenne: pożywienie, stroje, ozdoby i inne rzeczy. Nie dostaje tego, rzecz
jasna, żaden bóg, lecz kapłan -?on jest pośrednikiem i czerpie z tego
korzyści. Co najdziwniejsze, owe magiczne obrzędy religijne zawładnęły
umysłem człowieka co najmniej na dziesięć tysięcy lat.
Tyle jest porażek -?dziewięćdziesiąt dziewięć procent wysiłków nie
przynosi oczekiwanych rezultatów. Kiedy deszcz nie nadchodzi na czas, w religii magicznej odprawia się rytuały ofiarne, wierząc, że bogowie będą
zadowoleni i zacznie padać. Od czasu do czasu deszcz rzeczywiście się
pojawia, ale pada także w tych okolicach, gdzie nikt nie wychwala bogów
ani nie odprawia obrzędów. Zrasza również ziemie wrogów ludzi, którzy
się modlą.
Deszcz nie ma nic wspólnego z obrzędami, ale uznaje się go za dowód na
ich skuteczność. Dziewięćdziesiąt dziewięć na sto rytuałów zawodzi. Z góry wiadomo, że się nie powiodą. Nie istnieje żaden naukowo dowiedziony
związek przyczynowo-skutkowy między obrzędami takimi jak ceremonia ognia
czy recytowanie mantr a pojawieniem się chmur i deszczu.
Duchowny z pewnością jest przebieglejszy niż ludzie, których
wykorzystuje. Doskonale wie, co naprawdę się dzieje. Kapłani nigdy nie
wierzyli w bogów, ale udawali, że wierzą bardziej niż inni. Musieli
tak postępować; na tym polegał ich zawód. Im mocniejsza była ich wiara,
tym silniej przyciągali tłumy, a więc udawali. Nigdy jednak nie
spotkałem kapłana, który wierzy w Boga. Jak mógłby wierzyć? Przecież
przekonuje się codziennie, że rytuały i modlitwy działają tylko czasami,
rzadko i przypadkowo. Większość nie przynosi żadnych rezultatów. Kapłan
zawsze ma jednak wyjaśnienie dla maluczkich: "Nie odprawiliście obrzędu
tak jak trzeba. Wasze myśli nie były całkiem czyste".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki