p

Księga ego. Wolność od iluzji - Osho

Kup ebooka

24.99 zł
19.24 zł (19,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Nasze ego ma ten­den­cję do nady­ma­nia się. Chcemy być skom­pli­ko­wani. Kie­rują nami ambi­cje. Pro­stota zagraża ist­nie­niu ego.

Ludzie kom­pli­kują życie po to, by wzmac­niać ego. Sta­rają się pod­kre­ślać zna­cze­nie swo­jej osoby w róż­nych dzie­dzi­nach życia spo­łecz­nego, np. w poli­tyce czy reli­gii.

Także psy­cho­lo­gia jest nasta­wiona na wzmac­nia­nie ego. Psy­cho­lo­dzy twier­dzą, że czło­wiek potrze­buje sil­nego ego. Edu­ka­cja to sys­tem nagród i kar, który ma pobu­dzać twoje aspi­ra­cje i ukie­run­ko­wy­wać dąże­nia. Rodzice od początku two­jego życia mieli wobec cie­bie wygó­ro­wane ocze­ki­wa­nia. Myśleli, że być może uro­dził im się syn o talen­tach Alek­san­dra Wiel­kiego lub też na świat przy­szła córka na miarę Kle­opa­try. Od wcze­snego dzie­ciń­stwa rodzice narzu­cali ci swoje warunki. Jeżeli nie wyka­za­łeś się szcze­gól­nymi uzdol­nie­niami i umie­jęt­no­ściami, nie mia­łeś w ich oczach war­to­ści.

Czło­wiek kie­ru­jący się pro­stymi zasa­dami ucho­dzi za głupca. Nie stał się celem spo­łecz­nego roz­woju.

Dziecko przy­cho­dzi na świat jako pro­sta istota. Jest czy­ste jak nie­za­pi­sana karta. Na tej kar­cie naj­pierw zapi­sują swoje życze­nia rodzice. Okre­ślają, kim ma się stać ich dziecko. Następ­nie do pro­cesu warun­ko­wa­nia włą­czają się nauczy­ciele, kapłani i przy­wódcy poli­tyczni. Wszy­scy ocze­kują od dziecka, by stało się kimś zna­czą­cym.

Prawda wygląda jed­nak ina­czej. Jesteś istotą ludzką, jesteś sobą. Nie musisz sta­wać się kimś innym. Pro­stota ozna­cza, że pozo­sta­jesz w zgo­dzie z sobą i nie wstę­pu­jesz na ścieżkę sta­wa­nia się kimś spe­cjal­nym. Jest to bowiem droga nie­koń­czą­cych się poszu­ki­wań. Ni­gdy nie będziesz mógł stwier­dzić: "Zakoń­czy­łem swoją wędrówkę. Dotar­łem na szczyt swo­ich pra­gnień".

Tego nie mógł uczy­nić nikt w całej histo­rii ludz­ko­ści. Poru­szamy się bowiem po kole. Zawsze znaj­dzie się osoba, która w jakiejś dzie­dzi­nie nas wyprze­dza.

Możesz zostać pre­zy­den­tem USA. Będziesz jed­nak czuł się gor­szy w kon­fron­ta­cji z Muham­ma­dem Alim. Nie masz takiej potęż­nej, zwie­rzę­cej siły. Muham­mad Ali może wymie­rzyć silny cios w nos Ronalda Reagana, a ten znaj­dzie się na ziemi.

Możesz zostać pre­mie­rem. Kiedy jed­nak spo­tkasz Alberta Ein­ste­ina, możesz się poczuć jak karzeł.

Życie jest nie­zwy­kle bogate, wie­lo­wy­mia­rowe. Nie możesz odno­sić suk­ce­sów we wszyst­kich dzie­dzi­nach.

Sil­nie roz­bu­do­wane ego to rodzaj cho­roby. Spo­łe­czeń­stwo chce, aby­śmy byli cho­rzy duchowo. Kiedy jeste­śmy zdrowi i wewnętrz­nie zin­te­gro­wani, sta­no­wimy zagro­że­nie dla domi­nu­ją­cych w spo­łe­czeń­stwie grup inte­re­sów.

Nauczam, że powi­nie­neś pozo­sta­wać w zgo­dzie z sobą i zaak­cep­to­wać sie­bie.

Postawa "sta­wa­nia się" jest cho­robą, nato­miast postawa "bycia" prze­są­dza o zdro­wiu. Nie zazna­łeś dotąd smaku pro­stoty, zdro­wia i bło­go­ści. Spo­łe­czeń­stwo nie pozwo­liło ci na to. Pozna­łeś tylko jedną ścieżkę, którą podą­żasz. To ścieżka ego.

Mówiono ci, że powi­nie­neś się stać Jezu­sem Chry­stu­sem. Ist­nieją spo­łe­czeń­stwa, które wyma­gają od ludzi, by stali się bogami. Nie­zdrowy, zwa­rio­wany świat!

Musisz uwol­nić się od wszel­kich narzu­co­nych ci pro­gra­mów. Jeżeli pra­gniesz doświad­czać rado­ści, spo­koju i wspa­nia­ło­ści życia, musisz porzu­cić fał­szywe ego.

Nie chcę cię niczego pozba­wiać. Pra­gnę jedy­nie uwol­nić cię od ego. Jest ono swego rodzaju fan­ta­zją. Nie ist­nieje. Chcę ci pomóc w sta­niu się praw­dziwą istotą. Nie mogę ci niczego dać, ty już bowiem masz wszystko. Musisz po pro­stu otrzą­snąć się ze snu, obu­dzić i dostrzec nie­zwy­kłe piękno pier­wot­nej nie­win­no­ści.

Uga­niasz się za cie­niem, któ­rego ni­gdy nie możesz zła­pać. Zapo­mi­nasz przy tym o skar­bach przy­nie­sio­nych ze sobą na ten świat. Zanim będziesz mógł speł­nić wszyst­kie pra­gnie­nia ego, zasko­czy cię śmierć. Życie jest zbyt krót­kie i zbyt cenne, aby prze­zna­czać je na speł­nia­nie zachcia­nek ego. Ważne, abyś to zro­zu­miał.

Rozdział 1 Ego

Czym jest ego?

Ego to prze­ci­wień­stwo praw­dzi­wego "ja". Nie jest tobą, lecz złu­dze­niem stwo­rzo­nym przez spo­łe­czeń­stwo. Dopóki nie porzu­cisz kon­cep­cji ego, nie będziesz mógł poznać sie­bie.

Przy­sze­dłeś na świat z praw­dzi­wym poczu­ciem "ja". Twoi wycho­wawcy szybko jed­nak zaczęli uczyć cię fał­szy­wych iden­ty­fi­ka­cji: jesteś chrze­ści­ja­ni­nem, jesteś kato­li­kiem, jesteś Niem­cem, jesteś człon­kiem narodu wybra­nego i tak dalej. W ten spo­sób stwo­rzyli fał­szywy obraz cie­bie. Otrzy­ma­łeś imię, wraz z nim prze­ka­zano ci okre­ślone ambi­cje i aspi­ra­cje.

Pro­ces zdo­by­wa­nia wykształ­ce­nia obej­muje pra­wie jedną trze­cią życia czło­wieka. Twoje ego było kształ­to­wane w szkole pod­sta­wo­wej, kościele, szkole śred­niej, na uni­wer­sy­te­cie. W rezul­ta­cie zapo­mnia­łeś, kim naprawdę jesteś. Utra­ci­łeś nie­win­ność swo­jej istoty. Twoje ego się nadęło. Jesteś zło­tym meda­li­stą, lide­rem, naj­lep­szym stu­den­tem.

Ego zawsze ma pra­gnie­nia, ambi­cje i ocze­ki­wa­nia, chce znaj­do­wać się na szczy­cie dra­biny spo­łecz­nej. Ego cię wyko­rzy­stuje. Nie pozwala ci skon­tak­to­wać się z praw­dzi­wym "ja". Odpo­wiada za ist­nie­nie cier­pie­nia, bólu, nędzy, walki, fru­stra­cji, sza­leń­stwa, mor­derstw.

Jeżeli chcesz dotrzeć do prawdy, musisz porzu­cić wszel­kie prze­ko­na­nia, które narzu­ciło ci spo­łe­czeń­stwo. Nikt tak naprawdę nie wie, kim jesteś - ani rodzice, ani nauczy­ciele, ani księża. Tylko ty możesz poznać swoją praw­dziwą toż­sa­mość. Nikt nie może poznać intym­nej głębi two­jej istoty. Dla­tego wszel­kie opi­nie na twój temat są powierz­chowne i nie­praw­dziwe.

Odsuń od sie­bie te opi­nie. Uwol­nij się od ego. Postę­pu­jąc w ten spo­sób, dotrzesz do swo­jej praw­dzi­wej istoty, odkry­jesz ją. To odkry­cie jest nie­zwy­kle ważne, ponie­waż dzięki niemu możesz nadać swemu życiu wła­ściwy kie­ru­nek. Doświad­czysz wów­czas bło­go­ści i osią­gniesz wieczne ist­nie­nie.

Wybór należy do cie­bie. Jeśli trzy­masz się ego i żywisz je, wybie­rasz fru­stra­cję, cier­pie­nie i ból. Jeśli nato­miast powra­casz do pier­wot­nej nie­win­no­ści, doświad­czasz spo­koju, bło­go­ści i ciszy.

Dzieci rodzą się wolne od ego. To spo­łe­czeń­stwo, reli­gia i kul­tura stwa­rzają w dziecku ego.

Zwróć uwagę na zacho­wa­nie małych dzieci. Nie mówią: "Ja jestem głodny". Jeżeli dziecko ma na imię Andrzej, mówi: "Andrzej jest głodny. Andrzej chce iść do ubi­ka­cji". Dziecko nie ma poczu­cia "ja". Mówi o sobie, uży­wa­jąc form trze­ciej osoby. Skoro ludzie nazy­wają je "Andrzej", ono nazywa sie­bie tak samo.

Kiedy dziecko staje się star­sze, otrzy­muje poucze­nie: "To inne osoby nazy­wają cię "Andrzej". Prze­stań w ten spo­sób mówić o sobie. Mów "ja"".

Z chwilą gdy Andrzej stał się "ja", utra­cił kon­takt ze swą praw­dziwą istotą, osu­nął się w bez­denną otchłań ilu­zji. Wraz z kon­cep­cją "ja" poja­wił się nowy typ ener­gii. "Ja" chce się roz­wi­jać i wzra­stać. Poja­wiają się różne pra­gnie­nia. "Ja" pra­gnie się wspi­nać po dra­bi­nie spo­łecz­nej i zawłasz­czać nowe tery­to­ria.

Jeżeli spo­ty­kasz osobę, która ma sil­niej­sze "ja", dozna­jesz poczu­cia niż­szo­ści. Podej­mu­jesz wszel­kie moż­liwe wysiłki, by prze­ści­gnąć tę osobę. W twoim życiu poja­wia się jeden zasad­ni­czy cel - prze­ści­gnąć rywala. Ule­gasz złu­dze­niu, co powo­duje nie­zli­czone pro­blemy.

Nawet Alek­san­der Wielki miał podobne pro­blemy. Zło­żył przy­sięgę, że pod­bije cały świat i złoży go u stóp swo­jej matki. Nikt wcze­śniej tego nie doko­nał.

"Ja" Alek­san­dra pra­gnęło, by pod­bił on cały świat. I rze­czy­wi­ście nie­mal do tego doszło. Celowo uży­łem słowa "nie­mal". Uczy­ni­łem tak z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, za życia Alek­san­dra znano tylko połowę świata. Nie odkryto jesz­cze nie­któ­rych kon­ty­nen­tów, na przy­kład Ame­ryki. Po dru­gie, Alek­san­der dotarł do gra­nicy Indii, jed­nak nie mógł ich pod­bić. Był sto­sun­kowo młody. Miał zale­d­wie trzy­dzie­ści trzy lata. Kiedy tylko dorósł, nie­ustan­nie toczył boje. Patrzył na roz­lew krwi i śmierć wielu ludzi. Cią­gły wysi­łek spo­wo­do­wał wyczer­pa­nie się jego sił wital­nych. Alek­san­der chciał wró­cić do domu, do Aten. Zmarł jed­nak w dro­dze, odda­lony mniej wię­cej dobę drogi od swego mia­sta.

Oto wielki wódz leży chory i bez­silny. Ota­czają go medycy. Wszy­scy zgod­nie twier­dzą: "Panie, nie będziesz dłu­żej żył. Nie docze­kasz jutra. Zatrzy­maj się tu i nie podą­żaj do Aten. Może jest jesz­cze jakaś nadzieja, ale prze­rwij podróż. Nawet wtedy, gdy będziesz odpo­czy­wał, twój stan może nie ulec popra­wie. Twoje życie gaśnie. Zbli­żasz się nie do swo­jego mia­sta, lecz do śmierci. Sto­isz nad gro­bem. Nie możemy ci pomóc. Umiemy wyle­czyć cho­robę, lecz jeste­śmy bez­radni wobec śmierci. Masz trzy­dzie­ści trzy lata, ale zapas two­jej ener­gii życio­wej się wyczer­pał, pro­wa­dzi­łeś bowiem nie­usta­jące walki".

Oso­bi­stym nauczy­cie­lem Alek­san­dra był wielki grecki filo­zof - Ary­sto­te­les. Zdo­bywca świata jemu zawdzię­czał swą wielką inte­li­gen­cję. Zro­zu­miał, co mówili leka­rze. Wie­dział, że umiera. Przy­wo­łał więc naczel­nego dowódcę i wypo­wie­dział dziwne życze­nie:

- Macie mnie uło­żyć w trum­nie w ten spo­sób, żeby moje dło­nie zna­la­zły się na zewnątrz. I tak prze­nie­ście moje ciało do grobu.

- Zdu­miewa mnie to życze­nie - odparł dowódca. - Ni­gdy nie sły­sza­łem, by jaką­kol­wiek osobę nie­siono do grobu w ten spo­sób.

- Bra­kuje mi tchu, żeby ci to wyja­śnić. Powiem krótko: chcę poka­zać całemu światu, że odcho­dzę z pustymi rękami. Myśla­łem, że w miarę upływu lat staję się coraz potęż­niej­szy, coraz bogat­szy. Tym­cza­sem ubo­ża­łem. Uro­dzi­łem się z zaci­śnię­tymi dłońmi, jak­bym coś w nich trzy­mał. Umie­ra­jąc, nie mogę mieć zaci­śnię­tych dłoni: by zaci­snąć dło­nie w pię­ści, potrzeba ener­gii życia. Chcę - kon­ty­nu­ował zdo­bywca świata - by wszy­scy wie­dzieli, że Alek­san­der Wielki odcho­dzi jak żebrak z pustymi rękami.

Nie wydaje mi się, by ludzie wycią­gnęli naukę z lek­cji, któ­rej im udzie­lił ten wielki zdo­bywca.

Ego jest źró­dłem wszel­kich pro­ble­mów czło­wieka. Przez nie rodzą się kon­flikty, wybu­chają wojny, a ludzie stają się zawistni, prze­ra­żeni i zroz­pa­czeni. Czło­wiek spę­tany kon­cep­cją ego uważa swoje ist­nie­nie za pomyłkę. W związku z tym zazdro­ści innym urody, bogac­twa, wie­dzy, nie­ustan­nie się z nimi porów­nuje. Przy­spa­rza w ten spo­sób bólu sobie i innym.

Ego jest nie­spo­kojne, zalęk­nione. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest pozor­nym bytem stwo­rzo­nym przez spo­łe­czeń­stwo, aby uga­niać się za cie­niem. Ego anga­żuje się w różne gry. Grą staje się mał­żeń­stwo, zdo­by­wa­nie pie­nię­dzy czy wła­dzy. Spo­łe­czeń­stwo wspiera takie postawy. Ludzie rywa­li­zują i ści­gają się ze sobą jak na olim­pia­dzie. Spy­chają rywali, ponie­waż na szczy­cie Mount Eve­re­stu nie star­cza miej­sca dla wszyst­kich.

Współ­za­wod­nic­two ma bez­względny cha­rak­ter. Anga­żu­jesz się w nie bez reszty i zapo­mi­nasz, że ego zostało ci narzu­cone przez spo­łe­czeń­stwo i nauczy­cieli.

Ego to naj­więk­sze kłam­stwo, które trak­tu­jesz jak prawdę. Esta­bli­sh­ment jest żywo zain­te­re­so­wany pod­trzy­my­wa­niem tej sytu­acji. Jeśli bowiem ludzie uwol­ni­liby się od domi­na­cji ego, zani­kłaby spo­łeczna rywa­li­za­cja. Każdy byłby zado­wo­lony z tego, kim jest.

Ego two­rzy ocze­ki­wa­nia: "Jutro odniosę suk­ces i wów­czas będę się cie­szył. W imię przy­szłego suk­cesu dziś muszę cier­pieć i pono­sić ofiary. Na suk­ces trzeba zasłu­żyć". Upra­gnione jutro ni­gdy jed­nak nie nad­cho­dzi. W ten spo­sób spę­dzamy życie, cier­piąc, wie­rząc, że przy­szłość nam to wyna­gro­dzi.

Ego nie może ist­nieć w cza­sie teraź­niej­szym, lecz jedy­nie w przy­szło­ści lub w prze­szło­ści. Prze­szłość i przy­szłość real­nie nie ist­nieją, są jedy­nie ruchem myśli. Ego jest ilu­zją, ponie­waż prze­ja­wia się w złud­nych, nieist­niejących wymia­rach czasu. Prze­szło­ści już nie ma, przy­szłość nato­miast jesz­cze nie nade­szła. W teraź­niej­szo­ści, w bie­żą­cej chwili nie odnaj­dziesz w sobie ego. Doświad­czysz nato­miast cichej rado­ści i czy­stej pustki.1

Źró­dłem ego jest kon­cep­cja ist­nie­nia auto­no­micz­nego cen­trum świa­do­mo­ści. Rodzące się dziecko jest pozba­wione takiego cen­trum. Prze­by­wa­jąc dzie­więć mie­sięcy w łonie, doświad­czało ciała matki jako swego cen­trum.

Poję­cie auto­no­micz­nego cen­trum świa­do­mo­ści powstaje w odpo­wie­dzi na wymogi sta­wiane przez życie. Walka o prze­trwa­nie powo­duje, że ludzie pró­bują okre­ślić swoją toż­sa­mość. Nie mają jed­nak poję­cia, kim naprawdę są. Na naj­głęb­szym bowiem pozio­mie swo­jej istoty czło­wiek jest tajem­nicą. Prze­staje być jed­nostką, indy­wi­duum. Łączy się z uni­wer­salną naturą.

Z tego wła­śnie powodu Budda pytany o to, kim jest, nie odpo­wia­dał, zacho­wy­wał mil­cze­nie. Nie mógł odpo­wie­dzieć, ponie­waż nie miał odręb­nej toż­sa­mo­ści. Stał się jed­nym z wszech­świa­tem.

Na co dzień jed­nak nawet Budda uży­wał słowa "ja". Jeżeli odczu­wał pra­gnie­nie, musiał powie­dzieć: "Ja jestem spra­gniony. Anando, przy­nieś mi wody. Ja odczu­wam pra­gnie­nie".2 Słowo "ja" wydaje się zna­czące, choć w isto­cie jest fik­cją.

Roz­pa­trzmy nastę­pu­jący przy­kład. Masz jakieś imię. Ale przy­sze­dłeś na świat bez imie­nia. Zostało ci ono nadane. Ponie­waż powta­rzano je tak wiele razy, utoż­sa­mi­łeś się z nim.

Mówię, że imię jest fik­cją. Nie twier­dzę jed­nak, że jest ono nie­po­trzebne. Imię jest uży­teczne w kon­tak­tach spo­łecz­nych. Jak ina­czej mogli­by­śmy się zwra­cać do ludzi? Jeżeli napi­sał­byś list, do kogo byś go zaadre­so­wał?

Rodzice małego chłopca zmarli. Został sam i bez pie­nię­dzy. Posta­no­wił napi­sać list do Boga z prośbą o pięć­dzie­siąt rupii. Kiedy list dotarł na pocztę, pra­cow­nicy zna­leźli się w kło­po­tli­wej sytu­acji. Co z nim zro­bić? Gdzie go prze­słać? Zde­cy­do­wali, że otwo­rzą kopertę. Po prze­czy­ta­niu listu żal im się zro­biło sie­roty. Posta­no­wili zebrać dla niego tro­chę pie­nię­dzy. Udało im się zdo­być czter­dzie­ści rupii. Tyle zatem wysłali.

Po jakimś cza­sie przy­szedł kolejny list, tak jak poprzedni zaadre­so­wany do Boga. Chło­piec tym razem pisał: "Drogi Panie, kiedy następ­nym razem będziesz prze­sy­łał pie­nią­dze, wyślij je bez­po­śred­nio do mnie, pomi­ja­jąc pocztę. Poczta pobrała dodat­kową opłatę - dzie­sięć rupii".

Jeśli ludzie nie mie­liby imion, zna­leź­li­by­śmy się w kło­po­tli­wej sytu­acji. Cho­ciaż imiona nie są czymś real­nym, stwa­rzają piękną fik­cję i są uży­teczne. Za pomocą imion zwra­camy się do innych osób. Zaimek "ja" jest potrzebny, byś mógł mówić o sobie.

Kiedy, jak wspo­mnia­łem, zanu­rzasz się głę­boko we wła­sną istotę, nie znaj­du­jesz tam żad­nego oddziel­nego "ja". Docie­rasz do czy­stego bytu, egzy­sten­cji. Ta egzy­sten­cja jest nie­ogra­ni­czona. Nie należy ani do cie­bie, ani do mnie. Zawiera w sobie całość ist­nie­nia: skały, rzeki, góry, drzewa.

Im głę­biej zanu­rzasz się w sie­bie, tym bar­dziej się prze­ko­nu­jesz, że nie ist­nie­jesz jako oddzielna osoba, jako indy­wi­du­al­ność. W głębi prze­ja­wia się czy­sta uni­wer­salna sfera. Na jej obrze­żach ist­nieją imiona, ist­nieje toż­sa­mość, ist­nieje ego.

Ego jest fik­cją, która może być uży­teczna. Uży­waj go, lecz nie daj się oszu­kać.

Czy zawsze znajdujemy się pod wpływem ego? Czy zdarzają się chwile, kiedy jesteśmy od niego wolni?

Ponie­waż ego jest fik­cją, zda­rzają się momenty, kiedy jeste­śmy od niego wolni. Ego może funk­cjo­no­wać tylko wtedy, gdy je wspie­rasz. Fik­cja potrze­buje cią­głego wspie­ra­nia. Prawda zaś ist­nieje sama z sie­bie.

Fik­cję musisz nie­ustan­nie pod­trzy­my­wać, ozda­biać. Opada jedna jej strona. Spie­szysz, by ją pode­przeć, a w tym cza­sie zaczyna opa­dać druga.

Ludzie robią to przez całe życie. Pró­bują prze­kształ­cić fik­cję w prawdę. Zara­biają - na przy­kład - dużo pie­nię­dzy. Ich ego się powięk­sza. Staje się więk­sze niż ego czło­wieka ubo­giego. Ego czło­wieka ubo­giego jest nie­wiel­kie.

Ktoś zostaje pre­mie­rem rządu lub pre­zy­den­tem kraju. Ego takiego czło­wieka nadyma się do ogrom­nych roz­mia­rów. Taki ktoś nie­mal unosi się nad zie­mią.

Całe życie spę­dzamy na znaj­do­wa­niu pod­pó­rek dla ego: gonimy za pie­niędzmi, dążymy do uzy­ska­nia wła­dzy, pre­stiżu itp. Zapo­mi­namy, że nie­uchron­nie nadej­dzie śmierć, która wszystko prze­kre­śli. Prze­ko­nu­jemy sie­bie, że umrą inni, nie my. W pew­nym sen­sie to prawda. Możesz widzieć jedy­nie śmierć innych. Umie­rają kolejne osoby, a ty żyjesz. Bie­rzesz udział w cere­mo­niach pogrze­bo­wych, odpro­wa­dzasz ciała zmar­łych na cmen­tarz, a sam wra­casz do domu.

Nie daj się oszu­kać. Wszy­scy ludzie postę­pują w podobny spo­sób. Śmierć przy­cho­dzi nie­uchron­nie i dotyka wszyst­kich. Prze­kre­śla twoje zna­cze­nie, odbiera ci sławę, pozba­wia cię imie­nia. Cała aktyw­ność życiowa, którą podej­mu­jemy, jest niczym pisa­nie na wodzie. Nie pozo­staje po niej żaden ślad.

My jed­nak cią­gle budu­jemy zamki z pia­sku.

Ponie­waż, jak powie­dzia­łem, ego jest fik­cyj­nym two­rem, musi być bez­u­stan­nie pod­trzy­my­wane. Wymaga to sku­pie­nia i aktyw­no­ści przez dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Nikt nie jest do tego zdolny. Dla­tego cza­sem - wbrew naszym ocze­ki­wa­niom i dąże­niom - nagle poja­wia się wgląd w rze­czy­wi­stość pozba­wioną ego.

Każ­dej nocy wcho­dzisz w stan głę­bo­kiego snu bez marzeń sen­nych. W tym sta­nie nie poja­wia się ego. Nie ma tam bowiem żad­nych myśli ani innych pro­ce­sów men­tal­nych. Stan głę­bo­kiego snu jest podobny do śmierci. Trwa jed­nak krótko. Jeżeli ktoś śpi zdro­wym snem przez osiem godzin, faza snu głę­bo­kiego, pozba­wio­nego marzeń sen­nych, trwa dwie godziny. W tym krót­kim cza­sie orga­nizm się rege­ne­ruje. Budzisz się rano świeży, wypo­częty i oży­wiony. Życie wydaje ci się uro­cze i pocią­ga­jące. Widzisz wszystko na nowo, ponie­waż sam dozna­łeś odnowy. Dostrze­gasz piękno świata, ponie­waż zakosz­to­wa­łeś we śnie pięk­nego stanu.

Patan­dżali3 nazywa stan snu pozba­wio­nego marzeń sen­nych susupti. W tym cza­sie w spo­sób nie­świa­domy kon­tak­tu­jemy się z poczu­ciem bosko­ści. Patan­dżali twier­dzi, że ist­nieje nie­wielka róż­nica mię­dzy sta­nem susupti a sta­nem sama­dhi,4 który sta­nowi osta­teczną reali­za­cję stanu Buddy. Róż­nica polega na tym, że w sta­nie głę­bo­kiego snu pozo­sta­jemy nie­świa­domi, nato­miast w sta­nie sama­dhi zacho­wu­jemy cał­ko­witą świa­do­mość. Istota tych zja­wisk jest jed­nak toż­sama. Opusz­czamy pery­fe­ria i kon­tak­tu­jemy się z uni­wer­sal­nym cen­trum, z Bogiem. Dla­tego sen jest taki istotny.

Drugi ważny obszar, w któ­rym można doświad­czyć zani­ka­nia poczu­cia ego, to sek­su­al­ność. Ta dzie­dzina ludz­kiego życia zna­la­zła się pod sil­nym, nie­ko­rzyst­nym wpły­wem kapła­nów. Przed­sta­wi­ciele reli­gii potę­pili życie sek­su­alne. Ponie­waż to odium ciąży na życiu sek­su­al­nym od dawna, spo­wo­do­wało nega­tywne skutki. Umy­sły ludzi zostały uwa­run­ko­wane przez poglądy gło­szone przez kapła­nów. Nawet w trak­cie aktu sek­su­alnego gdzieś w głębi świa­do­mo­ści czło­wieka tli się myśl, że oto dzieje się coś złego. Nawet współ­cze­sne młode poko­le­nie nie jest wolne od poczu­cia winy.

Wielu ludzi powierz­chow­nie bun­tuje się czy pro­te­stuje. Pra­gną zazna­czyć, że prze­stali być kon­for­mi­stami. Tacy ludzie zapusz­czają włosy, prze­stają się myć, stają się hip­pi­sami. Na wszel­kie moż­liwe spo­soby zazna­czają, że wyła­mali się z kon­wen­cji spo­łecz­nych. To jed­nak tylko zewnętrzne zmiany.

Przez tysiące lat sły­sze­li­śmy, że seks jest naj­więk­szym grze­chem. Te tre­ści prze­nik­nęły nas do szpiku kości. Na pozio­mie świa­do­mym możesz być prze­ko­nany, że w sek­sie nie ma niczego złego. Jed­nak nie­świa­dome prze­ko­na­nia powo­dują, że w cza­sie aktu sek­su­al­nego jesteś zde­kon­cen­tro­wany, boisz się cze­goś, masz poczu­cie winy. Nie umiesz cał­ko­wi­cie zaan­ga­żo­wać się w akt sek­su­alny.

Osoba, która potrafi cał­ko­wi­cie zaan­ga­żo­wać się w seks, szczy­tuje, prze­żywa orgazm. Staje się czy­stą ener­gią. Dzięki tej potęż­nej ener­gii wital­nej doznaje odnowy. W takim sta­nie umysł nie funk­cjo­nuje. Gwał­towny przy­pływ ener­gii spy­cha go z utar­tego szlaku.

Jeżeli potra­fisz zaan­ga­żo­wać się głę­boko w upra­wia­nie miło­ści, ego znik­nie. Na tym wła­śnie polega piękno aktu sek­su­al­nego. Rów­nież dzięki temu aktowi można doznać wglądu w boskość.

Patan­dżali oraz joga sku­piają uwagę na tre­ningu, który pro­wa­dzi do zacho­wa­nia świa­do­mo­ści pod­czas głę­bo­kiego snu. Nato­miast tan­tra5 jest sztuką nawią­zy­wa­nia kon­taktu z Bogiem za pomocą aktu sek­su­al­nego.

Ścieżka jogi wymaga ogrom­nego wysiłku i jest długa. Prze­kształ­ce­nie nie­świa­do­mego snu w świa­domy zabiera wiele żywo­tów. Tan­tra uczy metody szyb­szej i o wiele przy­jem­niej­szej! Upra­wia­nie miło­ści może uwol­nić od ego. Wymaga to tylko wyko­rze­nie­nia tre­ści prze­ję­tych od kapła­nów. Kapłani uwa­run­ko­wali twój umysł, by móc peł­nić rolę pośred­ni­ków pomię­dzy tobą a Bogiem. Zosta­łeś odcięty od Boga, potrze­bu­jesz więc kogoś, kto mógłby ci pomóc się z nim połą­czyć. Zwra­casz się do kapła­nów.

Bóg jest praw­dzi­wym źró­dłem wszel­kiej mocy. Ten, kto potrafi połą­czyć ludzi z tym źró­dłem, ma ogromną wła­dzę i roz­le­głe wpływy. Wła­dza kapła­nów przy­ćmiła nawet wła­dzę spra­wo­waną przez kró­lów. Kapłani stali się potężni. Ska­lali wewnętrzne źró­dło mocy, zatruli je. W rezul­ta­cie ludzie zostali odcięci od swo­ich uczuć i od miło­ści, wpę­dzeni w poczu­cie winy.

Musisz cał­ko­wi­cie uwol­nić się od poczu­cia winy. Pod­czas sek­su­al­nego zjed­no­cze­nia kon­cen­truj uwagę na modli­twie, na medy­ta­cji, na Bogu. Niech twój pokój sta­nie się świą­ty­nią. Zapal kadzi­dło, nuć melo­die, śpie­waj i tańcz. Upra­wia­nie miło­ści powinno prze­bie­gać w spo­koju, bez pośpie­chu. Wejdź głę­biej w to doświad­cze­nie. Delek­tuj się nim. Dostrze­gaj jego urok. W ten spo­sób odkry­jesz klucz do tajem­nicy. Bóg wypo­sa­żył cię we wszel­kie potrzebne narzę­dzia. Musisz po pro­stu wło­żyć klucz do zamka i prze­krę­cić go.

Miłość to szcze­gólne doświad­cze­nie. Ma potężną moc. W doświad­cze­niu miło­ści nik­nie ego. Zacho­wu­jesz jed­nak pełną świa­do­mość. Cała twoja istota pul­suje i wibruje. Tra­cisz indy­wi­du­al­ność, łączysz się z uni­wer­salną ener­gią.

Stop­niowo doświad­cze­nie zjed­no­cze­nia może nadać kie­ru­nek two­jemu życiu. To, co się wyda­rza w szczy­to­wym momen­cie miło­snego połą­cze­nia, ma być nie poje­dyn­czym aktem, lecz inspi­ra­cją do dal­szych doświad­czeń, swego rodzaju dys­cy­pliną. To samo wspa­niałe doświad­cze­nie możesz odna­leźć w innych dzia­ła­niach i sytu­acjach, na przy­kład pod­czas poran­nego spa­ceru, kiedy obser­wu­jesz wschód słońca. Albo kiedy nocą poło­żysz się na ziemi i będziesz obser­wo­wać niebo usiane gwiaz­dami.

Dzięki doświad­cze­niu zjed­no­cze­nia pod­czas aktu sek­su­al­nego możesz się uczyć, na czym polega miło­sne połą­cze­nie z egzy­sten­cją. Jesteś w sta­nie roz­po­znać ego jako ilu­zję i umie­jęt­nie go uży­wać. Wów­czas nie grozi ci żadne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Ist­nieją jesz­cze inne sytu­acje, w któ­rych docho­dzi do spon­ta­nicz­nego uwol­nie­nia się od ego. Są to chwile, w któ­rych poja­wia się poważne zagro­że­nie życia. Jedziesz samo­cho­dem i nagle widzisz, że za moment doj­dzie do kata­strofy. Tra­cisz pano­wa­nie nad samo­cho­dem i możesz ude­rzyć w drzewo lub w nad­jeż­dża­jącą cię­ża­rówkę albo spaść do rzeki. To nie­uchronne. W takich chwi­lach ego nagle znika.

Na tym wła­śnie polega atrak­cyj­ność nie­bez­piecz­nych sytu­acji. Wiele osób podej­muje wspi­naczkę na Mount Eve­rest. Jest to głę­boka medy­ta­cja, choć alpi­ni­ści mogą nie zda­wać sobie z tego sprawy. Wspi­naczka wiąże się z nie­bez­pie­czeń­stwem. Na tym polega jej piękno. Im więk­sze zagro­że­nie, tym bar­dziej fascy­nu­jąca jest wspi­naczka. W obli­czu rze­czy­wi­stego nie­bez­pie­czeń­stwa umysł się zatrzy­muje. Poja­wia się wgląd w stan wolny od ego. Stan poważ­nego zagro­że­nia życia powo­duje, że dzia­łasz spon­ta­nicz­nie. Wtedy prze­sta­jesz utoż­sa­miać się z ego; możesz roz­po­znać, że nim nie jesteś.

Inną drogą mogą podą­żać osoby wraż­liwe na piękno. Wystar­czy, że widzą piękną kobietę lub męż­czy­znę, by doznały olśnie­nia. Mogą też widzieć kwiat lotosu, zachód słońca lub ptaka pły­ną­cego w prze­stwo­rzach. W tym sta­nie ego znika. Wszel­kie obrazy, które przy­wo­łują szcze­gólną wewnętrzną wraż­li­wość i anga­żują cię tak głę­boko, że zapo­mi­nasz o sobie, przy­czy­niają się do uwol­nie­nia od ego. Dozna­jesz wów­czas prze­bły­sku prawdy. Dzięki takim doświad­cze­niom reli­gia pozo­staje żywa.

Sta­raj się zauwa­żać te szcze­gólne momenty, pozwól im się poja­wiać, stwa­rzaj dla nich prze­strzeń i roz­wi­jaj ich ducha. Na tej dro­dze możesz odna­leźć Boga. Kiedy uwal­niasz się od ego, zbli­żasz się do Boga.

Twoje "ja" składa się z trzech czę­ści. Pierw­szą z nich jest oso­bo­wość. Słowo "oso­bo­wość" (ang. per­so­na­lity) pocho­dzi od grec­kiego słowa per­sona. W kla­sycz­nej tra­ge­dii grec­kiej akto­rzy wystę­po­wali w maskach. Nie można było dostrzec twa­rzy aktora. Jego głos wydo­by­wał się zza maski. Per ozna­cza "przez" (maskę), zaś sona - "głos", "dźwięk".

Praw­dziwe obli­cze współ­cze­snego czło­wieka kryje się za wie­loma maskami. Są one umiesz­czone jedna na dru­giej. Kiedy zdej­miesz jedną maskę, pojawi się następna. Kiedy usu­niesz i tę, odsłoni się kolejna. Możesz kon­ty­nu­ować to dzia­ła­nie. Zasko­czy cię, jak wiele masz twa­rzy. Zgro­ma­dzi­łeś różne obli­cza w ciągu wielu żywo­tów.

Kiedy wyda­jesz pole­ce­nia pod­wład­nemu, masz zupeł­nie inny wyraz twa­rzy niż wtedy, gdy roz­ma­wiasz z prze­ło­żo­nym. Umie­jęt­nie zmie­niasz maski: cią­gle, wiele razy. Wresz­cie staje się to nawy­kiem, odru­chem. W jed­nej chwili możesz zmie­nić swoje obli­cze.

Potrzeba dużej czuj­no­ści, by odkryć, jak wiele przy­wdzie­wamy masek. Doprawdy, trudno je zli­czyć.

To pierw­sza część cie­bie - "ty" nie­praw­dziwy. Można ją nazwać ego. Ego jest kształ­to­wane przez rodzi­ców, wycho­waw­ców, kapła­nów i poli­ty­ków. Pod­lega wpły­wom spo­łe­czeń­stwa. Spo­łe­czeń­stwo daje ci wiele twa­rzy, abyś dobrze sobie radził na co dzień. Spo­łe­czeń­stwo pozba­wia cię prawdy wewnętrz­nej. Zamiast tego otrzy­mu­jesz sub­sty­tut. Są to maski ego. Ukryty za licz­nymi maskami tra­cisz roze­zna­nie, kim naprawdę jesteś. Nie możesz się tego dowie­dzieć, ponie­waż maski zmie­niają się w szyb­kim tem­pie, tak szybko, że nie tylko nie wiesz, kim jesteś, ale także nie możesz sobie ufać. Nie wiesz, która twarz jest twoją praw­dziwą twa­rzą. W rze­czy­wi­sto­ści żadna z nich nie jest praw­dziwa.

W bud­dy­zmie zen powiada się: "Jeżeli nie odnaj­dziesz swo­jej pier­wot­nej twa­rzy, nie będziesz wie­dział, czym jest Budda". Budda jest naszą pier­wotną twa­rzą.

Uro­dzi­łeś się jako Budda, ale twoje życie stało się nie­au­ten­tyczne. Musisz się uwol­nić od masek narzu­co­nych ci przez spo­łe­czeń­stwo. Jesteś chrze­ści­ja­ni­nem, hin­du­istą bądź muzuł­ma­ni­nem. To są tylko maski. Porzuć je. To nie jest twoje praw­dziwe obli­cze. Nikt cię nie pytał o zgodę. Te maski zostały ci narzu­cone.

Wszy­scy rodzice i wszel­kie sys­temy wycho­waw­cze posłu­gują się prze­mocą. Nie zwra­cają uwagi na to, kim naprawdę jest istota ludzka. Opie­rają się na z góry przy­ję­tych ide­ach i kon­cep­cjach. Są prze­ko­nani o swo­jej słusz­no­ści. Narzu­cają ci swoją "prawdę". Wijesz się z bólu i roz­brzmiewa w tobie bez­gło­śny krzyk. Nic nie możesz zro­bić.

Dziecko jest deli­katne i bez­radne. Można je w dowolny spo­sób for­mo­wać. Spo­łe­czeń­stwo bez­względ­nie wyko­rzy­stuje tę moż­li­wość. Zanim dziecko sta­nie się dosta­tecz­nie silne, by sta­wiać opór, zostaje na różne spo­soby oka­le­czone.

Droga, na któ­rej możesz odna­leźć sie­bie praw­dzi­wego, polega na zrzu­ca­niu masek, wyzby­wa­niu się fał­szy­wych toż­sa­mo­ści. Dla­tego jeżeli pra­gniesz odna­leźć postawę praw­dzi­wie reli­gijną, musisz odrzu­cić ist­nie­jące sys­temy reli­gijne. Jeżeli chcesz się zbli­żyć do Boga, musisz odrzu­cić wszel­kie kon­cep­cje Boga. Jeżeli chcesz wie­dzieć, kim naprawdę jesteś, musisz odrzu­cić wszel­kie opi­nie, które na twój temat wyra­ziły inne osoby. Musisz spa­lić wszyst­kie nie­au­ten­tyczne, zapo­ży­czone od innych poję­cia i kon­cep­cje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki