p

Kraina Leża - Dragona Rock

Kup ebooka

26.25 zł
21.79 zł (21,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Elizabeth

Umierałam w kałuży własnej krwi. Pogrążona w mroku - zesłana do ciemnego, pełnego demonów miejsca przez zaklęcie, które - jak podejrzewałam - wcale nie miało zabrać tu kogokolwiek.

Bo po prostu nie wierzyłam, że chciano wysłać tutaj Królową. Jednak - z jakichś nieznanych mi przyczyn - portal wyrzucił mnie właśnie tutaj.

Do Leża Demonów - podziemnego świata Krainy Leża, w której spędziłam ostatnie kilka tygodni.

Wiedziałam o tym miejscu z książek z Królewskiej Biblioteki. Tak wiele ich przeczytałam przez te tygodnie - chłonęłam informacje z nich jak gąbka, przewyższając wiedzą wszystkich, którzy przybyli ze mną do tego świata.

Chciałam być gotowa na moc... tymczasem wykrwawiałam się bez niej, podczas gdy demony, które mnie zaatakowały, jak tu wpadłam, walczyły między sobą o to, który mnie zje.

Tak... miałam zostać pożarta. Dlatego modliłam się o śmierć - nie chciałam umrzeć czując, jak demony zjadają moje ciało.

Nawet już nic mnie nie bolało - ból zniknął, kiedy upadłam i wraz z każdym mililitrem wyciekającej ze mnie krwi czułam, jak ogarnia mnie coraz większe odrętwienie.

Tylko moje myśli szalały. Miotałam się między myślą, że chcę już umrzeć, a pragnieniem, by ktoś mnie uratował.

"Ktoś..." - pomyślałam jednak w pewnej chwili. - "Tylko Kto"?

Nie byłam ważna - dla nikogo, Nigdy. Nawet teraz majaczył mi przed oczami obleśny uśmiech Agi - i wiedziałam, że wkrótce na Królową Lenę znów nastanie zamach.

Nikt mnie nie uratuje. Nikt nie wiedział, gdzie jestem, a nawet, gdyby wiedział, to nie przybyłby, by mnie uratować.

Byłam sama - tak, jak zawsze.

I umierałam w samotności, ze świadomością, że nikt nawet nie będzie po mnie płakał.

Na co było moje życie? Po co zostałam tutaj wezwana? Chyba tylko po to, by zostać cholerną karmą dla demona.

"Karmą" - to słowo zaczęło we mnie rezonować, ledwo o nim pomyślałam. A kiedy moje oczy padły na walczące demony, coś sobie uświadomiłam.

Nie chciałam tego. Nie chciałam być pożarta... nie chciałam skończyć w ten sposób.

Zapomniana... Nie obchodząca nikogo.

"Kurwa!" - krzyknął mój wewnętrzny głos, w taki sam sposób, jak lata temu, kiedy mój charakter zaczął zwyciężać nad złamaną wolą. - "Nie po to przeżyłaś! Nigdy nie próbowałaś odebrać sobie życia - Nigdy, choć chciałaś! Obiecałaś sobie coś, pamiętasz?! Obiecałaś, że nie umrzesz, choćby tylko po to, by zrobić im wszystkim na złość! By pokazać, że jesteś silniejsza, niż oni wszyscy razem wzięci!".

"Tak" - przyznałam rację głosowi, równocześnie zaciskając drżącą dłoń na kawałkach kamieni, na których leżałam. - "Tylko co mam zrobić? Nie mam już sił...".

"Zwyczajnie przeżyj!" - moje oczy otworzyły się szeroko. - "Myśl, kim jesteś, a nie kim powinnaś być!".

"Kim powinnam"...

To prawda - zawsze sobie wmawiałam... że powinnam być dobra. Że powinnam być spokojna, ciepła, otwarta... zawsze miła, wręcz urocza, by ludzie mnie lubili...

"Nie potrzebujesz ich! Tyle lat byłaś sama - umiesz żyć bez nich! Twoja dawna klasa cię zniszczyła, lecz odrodziłaś się silniejsza!".

Tak, byłam silniejsza... lecz...

"Nie ma żadnego "Lecz"! To wszystko jest tylko w twojej głowie! To tylko twoje ograniczenia, twój strach!".

Ale jak mam...

"Wiesz jak! Wiesz, dlatego przestań pieprzyć! Przestań oszukiwać samą siebie - wstań i w końcu bądź sobą!".

Zamknęłam oczy... a jednak niemal widziałam drugą siebie, opierdzielającą mnie z góry na dół.

"Choć raz pomyśl o sobie! Przestań myśleć o innych - nie są ciebie warci! Gdyby byli, już dawno by cię uratowali! Już dawno przestałabyś być samotna! Jeśli teraz umrzesz, już nigdy nikogo nie uszczęśliwisz - nie spotkasz swojego idealnego faceta mówiąc, że jesteś jego największym szczęściem!".

Kiedy to usłyszałam, poczułam na ustach uśmiech.

"On gdzieś tam jest - czeka, aż wstaniesz i w końcu będziesz naprawdę sobą! Aż staniesz sią tą, którą jesteś!".

Tą... którą jestem.

Westchnęłam leciutko z tą myślą... i moje serce zabiło po raz ostatni.

Rozdział 2

Elizabeth

Jedno uderzenie... potem drugie, trzecie...

Otworzyłam gwałtownie oczy, czując, jak cała krew, która się pode mną zebrała, zostaje z powrotem wchłonięta do mojego ciała - jak rany zamykają się w cichym sykiem, który wydobył się również z mojego gardła.

Walczące niedaleko mnie demony nagle zaprzestały walki, chcąc się na mnie zaczaić. Ja jednak uniosłam się powoli na kolana... i gdy się na mnie rzuciły, wokół mnie pojawiła się bariera wiatru, która przy okazji rozszarpała je na kawałki.

- ...no proszę - rzekłam cicho, po czym wstałam i przeciągnęłam się silnie, czując na ustach szeroki uśmiech. - Czyli musiałam kojfnąć, żeby zyskać moc? Ten świat ma na serio popieprzone poczucie humoru.

Nagle usłyszałam dziwne ryki i zerknęłam kątek oka na biegnące na mnie demoniczne niedźwiedzie.

- Nie radzę - ostrzegłam, lecz nie usłuchały.

Po chwili i one padły martwe, stykając się z moją wietrzną barierą.

Westchnęłam cicho... po czym spojrzałam do tyłu, na stado demonicznych lisów.

- Też chcecie skończyć w ten sposób? - zapytałam. - Dla mnie bomba - i wyszczerzyłam zęby w dzikim uśmiechu. - Czekam na was.

Te jednak okazały się mądrzejsze i się wycofały.

- Phi - burknęłam. - Zawracanie tyłka.

Poruszyłam ramionami, potem głową, a na końcu podskoczyłam.

- Cóż... przynajmniej nic mnie nie boli - zauważyłam, po czym spojrzałam na siebie z niesmakiem. - Ale wyglądam jak gówno - i zamyśliłam się.

Po chwili spojrzałam na swoje ręce.

- Sprawdźmy... - i spróbowałam coś, o czym od lat skrycie marzyłam.

Po chwili moje potargane, przesiąknięte krwią ciuchy, zmieniły się w wygodne, czarne, skórzane spodnie, czarny top i nałożony na to czarny płaszcz... o którym od lat marzyłam, ubierając w niego swoje bohaterki.

- Ja pierdziele, jestem cudna - oszacowałam, patrząc na siebie w wykreowanym magicznie lustrze. - Jeszcze buty...

Po chwili miałam na nogach bardzo wygodne, czarne trapery na grubej podeszwie, które idealnie pasowały do ogółu.

- Dobra, ubrana jestem - stwierdziłam w końcu, rozglądając przy okazji po otaczających mnie skałach. - Ale jak, do diabła, mam stąd wyjść?

I ruszyłam w nieznane.

Tak umarłam... i Odrodziłam się na nowo.

Choć w tamtym momencie jeszcze nie zwróciłam uwagi, jak się czułam.

A czułam się po prostu Wolna - Wolna od łańcuchów, którymi się oplatałam, wolna od przeszłości, która przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

W końcu... czułam się w pełni sobą. I zachowywałam się jak prawdziwa ja, ta, którą ukrywałam głęboko w swoim sercu.

Obecna ja była nie tylko silna magicznie - była również silna duchem. Pewna tego, kim jest i jaką ma wartość. Ta ja nie myślała już w kategoriach "muszę się dostosować - muszę się słuchać". Ona stawiała na pierwszym miejscu przede wszystkim samą siebie.

Swoje pragnienia. Swoje cele. A moim obecnym celem było się stąd wydostać... i wrócić do Królestwa, gdzie pragnęłam dać komuś popalić.

Mnie się nie zdradzało - mnie się nie olewało.

Aga nawet nie wiedziała, co na siebie sprowadziła.

A sprowadziła na siebie mój gniew, moją nienawiść... i prawdziwa, obecna ja, nie miała zamiaru się z nią szczypać.

Zabiję ją - i każdego, kto stanie mi na drodze.

Litość nie była moim znamieniem. Wyzbyłam się jej w chwili, kiedy ujrzałam jej uśmiech.

Aga zawiodła... a ja przestałam trzymać to słowo w swoim słowniku.

Wiedziałam jednak, że wpierw muszę się stąd wydostać - i miałam na to kilka pomysłów, a przynajmniej do chwili, kiedy na mojej drodze stanął dość spory, demoniczny tygrys.

Tygrys... który, jak do tej pory, jako jedyny miał dla mnie w planie co innego, niż próba zjedzenia.

- Czego kotku? - zapytałam go, nie oczekując niczego prócz ataku.

Cóż... widać i nową mnie mogło coś zaskoczyć.

Rozdział 1

Elizabeth?

Hm... - mruknęłam, patrząc na wielkie wrota, do których zostałam przyprowadzona.

Tak. Przyprowadzona.

Spotkany przeze mnie demoniczny tygrys, jak się szybko przekonałam, nie chciał mnie zjeść - chciał jednak, bym za nim poszła.

A ja uznałam, że i tak nie mam nic do stracenia - zawsze było to lepsze niż stanie w miejscu, na dodatek takim, gdzie roiło się od demonów.

Głównie ze względu na demony - byłam na tyle wspaniałomyślna, że uznałam, że nie będę na nie polować, jednak inaczej miało się to do tych, które mnie atakowały. Tych nie miałam zamiaru oszczędzać, dlatego sam fakt, iż jeden z nich kazał mi za sobą iść, bardzo mnie zaintrygował.

Tygrys nie mówił, lecz miał inteligentne spojrzenie - całkiem inne niż dotąd napotkane przeze mnie demony. Wiedziałam instynktownie, że - choć nie mówi - rozumie mnie doskonale, szczególnie że, po moim pytaniu, kiedy go ujrzałam, obrócił się do mnie tyłem, wyraźnie kiwając głową, bym za nim poszła.

I tak - po jakiejś godzinie kluczenia, na dodatek obserwowana przez inne demony - doszłam do tych drzwi.

Co interesujące, to im bliżej nich byłam, tym więcej wyczuwałam wokół siebie demonów. Te jednak trzymały się ode mnie z daleka, jakby nie chciały mi przeszkodzić w dojściu do celu.

I tak trafiłam tutaj. Jednak...

- Chcesz, żebym tam poszła? - wskazałam na drzwi, patrząc na tygrysa, który siedział niedaleko, obserwując moje poczynania.

Od razu pokiwał głową... lecz ja na jego gest westchnęłam ciężko, łapiąc pod boki.

- Naprawdę uważasz, że wejdę do jakiejś zamkniętej pieczary, wewnątrz demonicznego Leża, bez wiedzy, co może być w środku? Myślisz, że kretynkę znalazłeś?

Co ciekawe... opadły mu uszy! Jakby zrobiło mu się przykro! No to był ruch godny demonów, które do tej pory spotkałam!

Był słodki... za słodki - jak demon może być taki uroczy?

Nagle zauważyłam, że ten nad czymś myśli, a jego długi ogon miota się przy tym leciutko.

Tak... zdecydowanie słodziak.

W końcu jednak przestał się namyślać i podszedł do bocznej ściany pieczary, pokazując mi, że mam do niego podejść.

Podeszłam i spojrzałam tam, gdzie on... a ściana przed nami zajaśniała napisem.

Dziwnym... totalnie z tego świata.

- ...normalnie bym ci powiedziała, byś sobie te napisy wsadził w tyłek - wyznałam, aż drgnęło mu z irytacji ucho.

Jezu... coraz słodszy.

- Pochodzę z innego świata - wyznałam mu, aż spojrzał na mnie zaciekawiony. - Dlatego nie znam tych waszych antycznych pism... jednak myślę, że coś na to poradzimy.

Rozejrzałam się dookoła, szukając dość sporej, płaskiej, pustej przestrzeni.

I znalazłam taką tuż pod jedną ze ścian.

- Nada się - orzekłam i spojrzałam na jaśniejące napisy, których tłumaczenie zaczęło ukazywać się na pustej ziemi, którą wybrałam.

Dla wyjaśnienia: użyłam magii, by ta przetłumaczyła widziany przeze mnie tekst na taki, bym zrozumiała jego znaczenie i gdy przeleciałam wzrokiem cały napis, podeszłam do miejsca, gdzie "przelałam" jego tłumaczenie.

A to, co przeczytałam... okazało się jeszcze ciekawsze, niż sądziłam.

Rozdział 2

Elizabeth?

"Zamknięty na wieczność. Zamknięty do czasu Odrodzenia. Niegdyś Władca, teraz więzień wiecznego życia. Nieśmiertelny upadły - ten, którego życie przestało mieć znaczenie.

Tu spoczywa osoba, którą kochano - i ta, którą zdradzono w najokrutniejszy sposób. Obdarty z resztki mocy został uśpiony, nie mogąc prawdziwie umrzeć.

Ty, który czytasz te słowa wiedz, że komnata kryje w sobie nieskończone światło i najskrytszą ciemność. Jedynie ci mający w sobie potężną moc, będą mogli cieszyć się jej zawartością.

Cieszyć... lub napotkać w niej samą śmierć".

- Hm... - znów mruknęłam, aż stojący obok mnie tygrys skupił na mnie uwagę. - To wygląda... - rozejrzałam się. - ...niekompletnie.

Tygrys aż postawił uszy na moje słowa, lecz ja poczułam na ten widok tylko jedno: przemożną chęć, by je wymiziać.

- Jest tutaj coś jeszcze? - zapytałam go jednak, walcząc z pokusą.

Ten przyjrzał mi się badawczo, lecz po chwili zabrał mnie do jeszcze jednego napisu, z którym zrobiłam to samo, co z poprzednim.

I w końcu dostałam jakieś konkretne informacje.

"Tu spoczywa Tanos Aertam - Król Demonów".

Król Demonów... no proszę. A Tanos Aertam... znałam te personalia.

Czytałam o Tanosie Aertamie w książkach historycznych tego świata - były to jedne z wielu ksiąg, które po otwarciu w magiczny sposób zmieniały formę pisma dla osoby czytającej, pokazując treść w języku, który znała. Wracając jednak do rzeczy, Tanos był ostatnim spośród Demonicznych Królów, który panował nie ze względu na dziedziczenie, tylko wybór władcy.

Niegdyś Podziemie i Kraina nad nim były wspólne i - jak od razu zauważyłam - historia Leża była odwrotnością tego, co mówiła historia Ziemi.

My dopiero po latach zdołaliśmy się zjednoczyć i utrzymać porządek... tymczasem tutaj, od samego początku, ludzkość żyła w zgodzie z Demonami, lecz wraz zbiegiem czasu zaczęły pojawiać się coraz ostrzejsze konflikty, które doprowadziły do rozłamu.

Demony "zeszły" pod ziemię, oprócz tych, które oddały się w ręce ludzi, by móc żyć na powierzchni. I - wbrew pozorom - nie mówiłam tutaj o zwierzęcych demonach.

Przede wszystkim chodziło o demoniczny lud, który niewiele różnił się wyglądem od normalnych ludzi. Mieli oni jednak inne podstawy mocy i inne sposoby myślenia.

Po tym, jak Tanos Aertam został uznany za martwego, władzę przejął jego doradca... który zniósł demokrację, wprowadzając panowanie jak w dynastiach.

I od tego, jak łatwo było pojąć, zaczęło się wszystko psuć.

Zamknęłam oczy i znów podeszłam do pierwszego napisu.

"Zamknięty na wieczność. Zamknięty do czasu Odrodzenia. Niegdyś Władca, teraz więzień wiecznego życia. Nieśmiertelny upadły - ten, którego życie przestało mieć znaczenie.

Tu spoczywa osoba, którą kochano - i ta, którą zdradzono w najokrutniejszy sposób. Obdarty z resztki mocy został uśpiony, nie mogąc prawdziwie umrzeć".

Ten fragment... dawał mi naprawdę wiele do myślenia.

"Więzień wiecznego życia"... "Nieśmiertelny upadły"... do tego... "Ten, którego życie przestało mieć znaczenie".

Jeśli miałam być szczera, to ze wszystkiego, co tu napisano, najbardziej nie podobało mi się trzecie z tych zdań.

Najbardziej poruszało resztki tego, co było moim sercem.

- Kotku... - zaczęłam cicho, zwracając do tygrysa. - Czy on... jest twoim panem?

Ujrzałam autentyczne zdumienie na jego pysku, które jednak zaraz zastąpiła powaga. A kiedy pokiwał łbem, ja z namysłem włożyłam ręce do kieszeni.

- A czy on tam żyje? - dopytałam, na co znów pokiwał głową.

Odetchnęłam.

- No to nieźle - stwierdziłam. - Jednak... co to ma wspólnego ze mną? - zapytałam go w końcu. - Trafiłam tu przez przypadek i nieoczekiwanie zyskałam moc... ale to nie znaczy, że będę wstanie cokolwiek zrobić. Nawet nie jestem pewna, czy powinnam. Co jak to jakaś podpucha i ledwo tam wejdę i umrę? - i obróciłam się, gotowa odejść.

Wtedy usłyszałam jego ryk... usłyszałam jego desperację, jego panikę, aż się zatrzymałam.

Cholera... miałam myśleć o sobie. Miałam dać sobie spokój z ludźmi - złożyłam sobie taką obietnicę, gdy umierałam.

Kurwa - westchnęłam ciężko. - To był...

- Dobra, ostatni raz komukolwiek pomagam - oświadczyłam, patrząc na tygrysa, która aż otworzył pyszczek w radosnym grymasie.

Nie mogłam już...

- Ale w zmian, kiedy go uwolnię... - zaczęłam idąc do drzwi. - ...Ty oddasz się w moje ręce i nawet nie spróbujesz mnie powstrzymać.

Od razu zesztywniał, bojąc się tego, co na niego szykuję, ale ja uśmiechnęłam się wrednie... i jednym podmuchem magii rozpieprzyłam wrota, wchodząc w ciszy do środka.

Nieśmiertelny Władca Demonów... który żył, choć od wydarzeń, o których czytałam, minęło w tym świecie jakieś tysiąc lat.

Ja to się miałam... a uznałam, że go uwolnię, bo jego przecudny Strażnik puścił mi słodką minkę.

Niech ten kociak się szykuje - będę go po tym miziać tak długo, aż padnie z wycieńczenia.

Jednak... jak się okazało, nie tylko on będzie miał wobec mnie dług.

Dług, który zostanie spłacony nie tylko mizianiem.

Lecz i własnym Życiem.

Rozdział 1

Tanos

Ile już minęło? Jak długo... byłem tutaj zamknięty?

Nie wiedziałem... i, tak prawdę mówiąc, już dawno przestało mnie to obchodzić.

Zostałem zdradzony - zdradzony przez człowieka, który niegdyś był mi niczym brat. Brat... którego, od czasu zamknięcia, bardzo długo pragnąłem zabić własnymi rękoma.

Wspomnienie uderzenia - przebicia mojego serca srebrnym mieczem - nadal przywoływało echo tamtego bólu. Bólu... który jako jedyny we mnie pozostał, trzymając umysł w miarę klarownym.

Przez ten cały czas na przemian spałem i się budziłem, aż w końcu przestałem chcieć się budzić.

Przestałem chcieć czegokolwiek.

Powoli zapominałem przeszłość - zapominałem, kim tak naprawdę jestem.

Ponieważ nie miałem dla nikogo znaczenia - ponieważ zapomniano o mnie kompletnie.

I - tak naprawdę - sam również chciałem zapomnieć, tyle że nie mogłem.

Moim brzemieniem - moja klątwą było wieczne życie. Niegdyś nie przejmowałem się tym myśląc, że bycie nieśmiertelnym musi mieć swoje plusy.

Jednak przestałem tak myśleć. Przestałem, widząc i czując tylko ciemność.

Moje ciało przestało chcieć jeść - przestało pragnąć wody, przestało czuć cokolwiek. A jednak... mój umysł nadal działał.

Dość długo łudziłem się, iż pewnego dnia ktoś mnie znajdzie - że uwolni mnie z tego miejsca, z tego piekła bez płomieni.

Jednak przestałem wierzyć.

Aż pozostała we mnie tylko pustka, taka sama, jak otaczająca mnie cisza.

Trzask.

Coś... Czy ja usłyszałem jakiś dźwięk? Niemożliwe - do tego miejsca nie istniało żadne przejście...

- Uch, ale tu śmierdzi. Jak on daje radę tu oddychać?

Głos. Czy ja... słyszałem głos?

Głęboki, lecz miękki - pomimo silnego brzmienia, kryjący w sobie pokłady ciepła. Kobiecy...

Krok... wpierw jeden, potem drugi... i nagle, na moje zamknięte powieki, padło coś znajomego, lecz wpierw nie rozumiałem, co się dzieje.

Czy to... było światło?

Otworzyłem oczy i w końcu ujrzałem coś poza mrokiem.

Komnata była oświetlona - wszystkie magiczne lampy jaśniały z powodu czyjejś obecności w pieczarze. Jednak czyjej... nie wiedziałem.

- Czyli mam iść tutaj, tak? - pytał głos, lecz nie mnie... i nagle ujrzałem przed sobą postać.

Była czarna jak mrok, który do tej pory mnie otaczał, lecz jej włosy... były białe. Jasne niczym dawno zapomniany przeze mnie księżyc.

- O kurde - osoba zesztywniała, patrząc w moim kierunku. - Tu na serio jest jakiś facet! - i ruszyła do mnie biegiem.

Ujrzałem kobietę - nie mogłem się mylić. Miała coś na nosie, co częściowo kryło jej oczy... lecz i tak ich głęboki, zielony kolor sprawił, że zasypały mnie miliony wspomnień z czasów, kiedy widziałem świat.

Kobieta stanęła niedaleko mnie, przyglądając mi pięknymi oczami... patrząc w moje własne spojrzenie.

Tak dawno... tak dawno nie widziałem człowieka, tak dawno nie czułem tylu uczuć. Lecz najbardziej... zadziwił mnie pociąg, jaki do niej poczułem.

Jakby jej oczy zagarniały mnie... jakbym należał już tylko do niej.

W końcu ujrzałem, jak ta podchodzi do mnie bliżej i kieruje do mnie swoje następne słowa:

- Widzisz mnie?

Zamrugałem i wolno skinąłem głową.

- Jasna cholera - rzekła wtedy i zrobiła wkurzoną minę. - Ja to jednak mam za miękkie serce, nawet śmierć tego nie zmieniła.

Śmierć? O czym ona mówiła? Przecież... żyła. Żyła... i była piękna.

- Posłuchaj - zwróciła się do mnie konkretnym tonem. - Wyciągnę cię z tego, tylko musisz mi zaufać.

Zaufać... myślałem, że już dawno pozbyłem się tego słowa ze swojego życia. A jednak... jednak jakaś część mnie zapragnęła zaufać ostatni raz.

Zaufać Jej.

Rozdział 2

Tanos

Pokiwałem w milczeniu głową i ujrzałem, jak ta podchodzi do magicznej klatki, w której byłem uwięziony - przywiązany wewnątrz niej za ręce i nogi.

- ...nie... - zdołałem szepnąć, kiedy chciała dotknąć klakę.

Usłyszała mnie jednak i zamarła, patrząc mi w oczy.

- Może mnie zaatakować?

Przełknąłem ślinę, czując - po raz pierwszy od wieków - że mam suche gardło. Nie zdołałem znów odzyskać głosu, więc tylko kiwnąłem głową.

Kobieta spojrzała na kraty... po czym ujrzałem na jej twarzy dziki, niebezpieczny uśmiech.

Uśmiech... który okazał się moją zgubą.

- No i bomba! - krzyknęła z szaleńczą radością, łapiąc silnie za pręty.

Magia mojego więzienia zerwała się potężnym kopem, chcąc ją zaatakować, lecz jej reakcją był tylko śmiech.

I śmiała się tak przez cały czas, podczas gdy atakująca ją magia rosła... rosła, lecz nie wpływała na nią w najmniejszym stopniu. Zrozumiałem, że nie ważne, jak silną magią mnie spętano, ona jej nawet nie czuła.

Dlatego... ponieważ odrzucała ją swoją własną na boki, walcząc z jej naporem.

- No i co to za łaskotki? - krzyknęła rozochocona. - Tak pieprzyli, że wasza magia nas nie zna i będzie nas atakować podwójnie, a to cholerne gilgotki!

I nagle zaczęła ciągnąć - ciągnąć tak silnie, iż pręty zaczęły się uginać, pękać, aż w końcu zostały wyrwane, a magia klatki przestała działać.

Byłem... zdumiony. Zdumiony jej zachowaniem, słowami... lecz przede wszystkim jej podejściem.