2
Nasze dzieciństwo i przekonania dotyczące konfliktów
Jedna z uczestniczek moich warsztatów powiedziała, że zaczyna szkolenie z minimediacji jako czysta karta. Niestety to nie była prawda. Do wszystkiego podchodzimy z własnymi doświadczeniami i wypływającymi z nich przekonaniami. Czasami są one wspierające, np.: "Zawsze znajdzie się rozwiązanie" albo "Zawsze ktoś mi pomoże", czasem jednak nas obciążają: "Nigdy nie jestem brana pod uwagę", "Trzeba robić tak, jak ktoś chce" czy "Należy za wszelką cenę walczyć o swoje". Bardzo często są to przekonania nieuświadomione, dlatego mogą działać tak mocno.
W zależności od tego, w jakiej rodzinie i środowisku dorastaliśmy, mamy różne przekonania na temat konfliktu. Jeśli mieliśmy tatę, który krzyczał: "Jak się nie dogadacie, zabiorę wam wszystkie zabawki!", lub mamę mówiącą: "Mam tego wszystkiego dosyć", uczyliśmy się rozwiązywać problemy sami. Jeśli byliśmy starsi w rodzeństwie, a tym samym silniejsi, mogliśmy wejść w dorosłość z przekonaniem, że owszem, dostajemy to, czego chcemy, ale inni (rodzina czy współpracownicy) nie zawsze są z tego zadowoleni. Innymi słowy: "Dostaję to, czego chcę, ale kosztem relacji z bliską osobą". Jeżeli z kolei byliśmy młodsi, najpewniej nasze rodzeństwo słyszało: "Ustąp mu, jest młodszy", i dostawaliśmy to, czego chcieliśmy, jednak w pakiecie z wkurzonymi przez niesprawiedliwość siostrą lub bratem, którzy potem odbijali sobie na nas to, co utracili przez rodzicielskie dyrektywy.
Mogliśmy też być jedynakami, które dostawały wszystko i które dopiero w przedszkolu lub szkole spotkały się z tym, że inni coś im wyrywają czy że nauczycielka nie spełnia wszystkich ich próśb. A przecież wcześniej świat wyglądał inaczej - zupełnie bezkonfliktowo.
Najpewniej jednak przeżyliśmy dzieciństwo z przekonaniem, że nasze zdanie jest rzadko brane pod uwagę, że rodzice zgadzają się z nami tylko czasami, a dla ogólnej atmosfery w domu jest lepiej, żebyśmy robili to, co chcą i jak chcą. Najpewniej słyszeliśmy, że mamy być odważni, asertywni, że mamy dbać o zaspokajanie swoich potrzeb i bronić własnego zdania. Jednak w praktyce liczyło się bycie grzecznym i posłusznym6. Jeśli doświadczyliśmy tego, że lepiej nie prosić, nie mówić, że czegoś nie chcemy, nie wykłócać się, bo skończy się to aferą (np. ze strony taty) lub wycofaniem miłości (np. ze strony mamy), i jeśli zaznaliśmy złości, dystansu, milczenia czy przemocy słownej albo fizycznej, nasz system psychiczny połączył te dwa fakty w logiczny ciąg. To, że czegoś chcemy, powoduje negatywną reakcję opiekunów.
Ciąg myślowy może wyglądać tak:
-Mówię, czego chcę, i powoduje to złość/dystans rodzica oraz mój ból.
-Mówię, że czegoś nie chcę, i powoduje to złość/dystans rodzica oraz mój ból.
A bardziej szczegółowo:
-Potrzebuję czegoś i komunikuję to rodzicowi.
-Rodzic reaguje złością/dystansem lub po prostu nie odpowiada na moją potrzebę.
-Doświadczam nieprzyjemnych uczuć, odtrącenia, bólu.
-Szukam zrozumienia tej sytuacji i znajduję je, obwiniając siebie - "to dlatego, że nie jestem ważna/y".
-Kolejnym razem postanawiam nie komunikować swoich potrzeb, żeby nie doświadczyć odtrącenia i bólu.
-Moje potrzeby nie są zaspokojone, ale nie doświadczam bólu i jestem akceptowana/y.
-Cierpi moje poczucie własnej wartości. Wchodzę w świat z przeświadczeniem, że to, czego potrzebuję, nie jest brane pod uwagę. Rozszerzam to na całą/ego siebie, uważając, że JA nie jestem ważna/y.
Naturalnym mechanizmem wszystkich ludzi jest unikanie bólu. Dlatego pojawiają się schematy czy przekonania, które mają nas przed nim chronić. Z jakiego powodu? Ponieważ mózg nie znosi niewiedzy, woli sam sobie wyjaśnić to, co się dzieje, niż pozostawać w niepewności, która sprawia, że po prostu nie czujemy się bezpiecznie. Zrozumienie gwarantuje bezpieczeństwo. Drugim ważnym zadaniem naszej psychiki jest przygotowanie się na podobną sytuację w przyszłości. Jeśli "wychylenie się" spowodowało krytykę ze strony np. rodzica, uniknięcie takiej reakcji w przyszłości uchroni nas przed przykrymi konsekwencjami. Pamiętajmy o tym, że ten system psychiczny, który sam sobie wyjaśnia, ma trzy, pięć, siedem lat i właśnie tyle doświadczenia. Dlatego powstające schematy są uproszczone i działające zazwyczaj "tu i teraz".
Przyjrzyjmy się najbardziej powszechnym przekonaniom powstającym w dzieciństwie, następnie sprawdźmy, jak ich "nie karmić" i jak można pomóc dzieciom, by te obciążające przekonania się u nich nie pojawiły.
Przekonania dotyczące konfliktów:
-lepiej się nie wychylać,
-lepiej się wycofać,
-nie warto się kłócić,
-nie ma co dyskutować,
-i tak nie wygram,
-konflikt jest czymś złym,
-jak ludzie się kochają, to się nie kłócą,
-kłócą się tylko ludzie z natury kłótliwi.
Dzięki temu, że się nie wykłócamy, że robimy to, o co proszą nas inni, i "nie dyskutujemy", pozostajemy w relacji z ważnymi dla nas osobami, zapewniamy sobie przynależność do grupy. Niestety tracimy relację z samym sobą i nie przynależymy do siebie. Oczywiście nasza kilkuletnia psychika o tym nie myśli, bo najważniejsze dla niej jest to, by przetrwać, a bez opieki i przychylności bliskich nie ma na to szans. Pozostajemy zatem z przekonaniem, że aby być akceptowanym, trzeba się podporządkować.
Mimowolnie wchodzimy w schemat "albo-albo":
-albo mówię, co mi się nie podoba, komunikuję swoje potrzeby, dbam o siebie, w związku z czym tracę relację z bliską osobą, nie czuję akceptacji, rodzice traktują mnie z emocjonalnym dystansem,
-albo rezygnuję z wyrażania siebie, przedkładam potrzeby innych nad własne i pozostaję w relacji, czuję akceptację i przynależność.
Wybór, do którego od dziecka jesteśmy przyzwyczajani, jest rozpięty między autonomią a przynależnością. Albo dbamy o siebie, albo o innych. W takim układzie ktoś zawsze traci.
W dorosłości ten wybór jest już pozorny, ale psychika nie pozwala nam wyjść z dziecięcego schematu i zaryzykować powiedzenia, że czegoś chcemy lub na coś się nie zgadzamy. Przełączamy się na dziecięcy tryb lęku o relację, który jest równoznaczny z lękiem o przetrwanie.
Utarte ścieżki zachowań
Są też osoby, które narzucają swoje zdanie, mówią głośno i od razu o tym, czego chcą, oraz za wszelką cenę stawiają na swoim. Skąd bierze się w nas takie zachowanie? Może doświadczyliśmy tego, że krzyki, piski, złoszczenie się są skuteczne? Może gdy dostatecznie długo i dobitnie się o coś dopraszaliśmy, otrzymywaliśmy to? Schemat działania w takim przypadku to: "Jeśli będziesz wystarczająco długo obstawać przy swoim i głośno się zachowywać, dostaniesz to, czego chcesz".
A może któryś z rodziców zachowywał się w ten sposób? I to od niego skopiowaliśmy strategię, w jaki sposób "dbać o swoje", nauczyliśmy się, "co się robi" w danej sytuacji. I na zasadzie automatu podejmujemy działanie, które nie służy relacji i które nie jest dobre dla innych, ale ma tę przewagę, że jest wyuczone i znane.
Inna możliwość jest taka, że tyle razy zgadzaliśmy się na to, czego chcą inni, że postanowiliśmy: "Gdy dorosnę, już nikt nigdy nie będzie mi mówił, co mam robić. Nigdy!". I tego słowa dotrzymujemy, nieważne, czy mowa o naszych współpracownikach, partnerze czy dzieciach. Pamiętam, jak na jednych warsztatach mówiłam o mechanizmie, że najpierw rodzice "rządzą i mają rację", potem nauczyciele "rządzą i mają rację", następnie w pracy szefostwo "rządzi i ma rację" (a jeśli nie ma, to i tak ma). Mniej więcej w tym czasie wchodzimy też w związki. Kiedy zapytałam, kto ma wtedy rację i rządzi, większość osób odpowiedziała: "W końcu my!" - choć według jednego pana teściowa.
Możemy też przyjrzeć się kolektywnym schematom, do których zaprasza nas społeczeństwo. Przesadnie generalizując: mamy dziewczynki, które nie mogą się złościć, krzyczeć, walczyć o swoje, ale mogą płakać, i chłopców, którzy nie mogą płakać i bać się, ale za to złość i stanowczość są u nich akceptowane. Gdy dziewczynki dorosną, nadal mają być miłe i grzeczne, nie "wykłócać się", a ich wszelkie przejawy stanowczości, braku zgody na nakazy albo wygłaszanie własnego zdania są nazywane "złoszczeniem się" czy "histerią". Kiedy dziewczyna - albo już kobieta - dalej upiera się przy swoim zdaniu, jest zbywana argumentem, który ma być niepodważalny, czyli: "Ma te dni".
Chłopiec, który dorósł, nadal nie może się poddać, bo będzie nazwany "miękką fają" lub pantoflarzem. W ten sposób współcześni mężczyźni stają w rozkroku między partnerką, która chce partnerstwa zamiast bycia uległą, a pewnego rodzaju lojalnością wobec męskiego rodu, który zachowywał się zgoła inaczej: nie robił prania, nie "siedział" przy dzieciach (nie lubię tego określenia - "siedzenie" przy dzieciach ma tyle wspólnego z siedzeniem, co rosa z rosołem) i mówił wszystkim, jak ma być, co było uprawomocnione przynoszeniem do domu pieniędzy. Chcemy czy nie, do relacji wkraczamy z zachowaniami i przekonaniami, które odziedziczyliśmy w dużym stopniu po naszych przodkach.
Myśli o oczekiwaniach społecznych względem chłopców:
-walcz o swoje,
-nie płacz,
-nie bądź pantoflarzem,
-musisz być głową rodziny.
Myśli o oczekiwaniach społecznych względem dziewczynek:
-bądź grzeczna,
-bądź przykładną żoną,
-miej swoje pieniądze,
-nie bądź wyzywająca.
Jeżeli odpowiedzią opiekunów (od których byliśmy zależni emocjonalnie i finansowo) na nasze komunikaty dotyczące tego, co jest dla nas ważne lub czego nie chcemy, była złość lub milczenie, potrzebujemy uświadomienia sobie naszego trybu dziecięcego, zatrzymania się i zmiany sposobu reagowania w sytuacjach konfliktowych na taki, jaki będzie służył i nam, i innym. Choćbyśmy diametralnie różnili się od naszych rodziców, zupełnie inaczej patrzyli na świat, zachowywali się odmiennie, to to, co nam przekazali w dzieciństwie, nie zniknie łatwo bez uważności, świadomości, fachowej literatury, warsztatów i terapii. Ta książka jest o tym, jak przeobrazić stary schemat konfliktów we współpracę.
6 Nasi rodzice mieli taką, a nie inną świadomość i środki. My mamy większe możliwości poszerzania wiedzy, dlatego wiemy już, czym skutkuje powiedzenie: "Dzieci i ryby głosu nie mają".