Rozdział pierwszy
Ava Guthrie zatrzymała samochód na końcu długiego żwirowego podjazdu. Droga z Aberdeen była łatwa mimo ulewnego deszczu, który towarzyszył im przez większą część podróży. A potem, tuż na północ od Inverness, chmury rozproszyły się i wyszło blade słońce. To było jak powitanie, bo zbliżali się już do obrzeży Dornoch w malowniczych wschodnich Highlands w Szkocji.
Na ostatnim odcinku podróży mijali puzzle z pól oddzielonych kilometrami murów wzniesionych bez zaprawy murarskiej i połacie drzew rosnących nad srebrzystą wodą Cromarty Firth. Wszystko to stanowiło ścieżkę miłych wspomnień, którą podążała Ava, zbliżając się do celu.
Zmęczona trzema godzinami za kierownicą, spięła swoje długie rudoblond włosy w kok i spojrzała przez okno na znajome miejsce, które od tej chwili mieli nazywać domem. Marcowe promienie słońca delikatnie ozłacały niski, bielony domek i sprawiały, że zapadający się, spadzisty dach, rząd wąskich okien i łuszcząca się z drzwi wejściowych farba wyglądały romantycznie.
Z płotu z przodu budynku pozostały już tylko fragmenty, brukowana ścieżka była zarośnięta mchem, brakowało kilku kamieni. Stojący zawsze dumnie na końcu podjazdu znak z nazwą Loch na brae, co, jak powiedział ojciec Avy, oznaczało Wody Wewnętrzne, był teraz oparty o ścianę domu, napis wyblakł, słupek spróchniał i postrzępił się na końcu.
Wszystkie te podniszczone elementy zamiast zasmucać Avę, złożyły się na obraz tak piękny, że kobieta nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Gdy na to wszystko patrzyła, powracały do niej wspomnienia z dzieciństwa spędzonego tutaj w odwiedzinach u babci Flory i sprawiały, że czuła ścisk w gardle. W żyłach tego małego domku płynęło tyle miłości i śmiechu... Aż trudno było uwierzyć, że stał pusty od niemalże roku, od czasu, gdy odeszła jej ukochana babcia.
Ava i Flora nawiązały więź głębszą niż typowe relacje babci i wnuczki, ponieważ kilkanaście lat wcześniej połączyła je tragiczna strata rodziców Avy, która skończyła wówczas dwadzieścia cztery lata i właśnie miała brać ślub.
Do niecodziennej tragedii na łodzi doszło na greckich wyspach, kiedy delikatna i często bojaźliwa matka Avy po raz pierwszy w życiu postanowiła przestać być tak ostrożną i dała się namówić kochającemu łodzie mężowi na wspólną wyprawę żeglarską. Wakacje życia rodziców ostatecznie zakończyły ich życie i ironia tego wydarzenia miała już nigdy nie opuścić młodej kobiety, ale utrata Flory była dla niej równie straszliwym ciosem.
Ava poczekała, aż natłok wspomnień i towarzyszące im ukłucie bólu na chwilę się uspokoją, i rozpuściła włosy. Jej mąż Rick spał obok, z każdym wydechem wydobywało się z jego ust ciche chrapnięcie, a na tylnym siedzeniu dziesięcioletnia córka Carly pochylała się nad iPadem. Kaptur bluzy w tęczowe wzory naciągnęła głęboko na czoło.
- Jesteśmy na miejscu. - Ava odpięła pasy. - Ej. - Szturchnęła Ricka, któremu broda opadła na pierś. - Obudź się, MacChrapku. - Zaśmiała się cicho, gdy podniósł głowę i ziewnął.
- Przepraszam, kochanie. Przez ostatnie pół godziny strasznie mnie zmogło. - Przeciągnął się i pogładził dłonią ciemne, krótko przystrzyżone włosy. Jego orzechowe oczy zalśniły w popołudniowym świetle.
- Właśnie widzę. - Poklepała go po udzie.
- Czyli dojechaliśmy na miejsce. - Wyjrzał przez okno. - Ta stara chałupa wcale tak źle nie wygląda. - Uśmiechnął się do niej. - Nie ma jak w domu, co?
Ava skinęła głową, po czym odwróciła się, by spojrzeć na córkę. Twarz Carly znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od iPada, jego ciemne krawędzie niemal zasłaniały jej chabrowoniebieskie oczy, takie same jak u matki. Długie włosy opadały spod kaptura na jeden policzek dziewczynki niczym złota zasłona, a z drugiej strony były schludnie zaczesane za ucho.
- Carly, możesz odsunąć tablet od swojej twarzy? Szkodzisz tym swoim pięknym oczom - obruszyła się Ava. - Poza tym w samochodzie nie musisz siedzieć w kapturze. - Pokręciła głową.
Carly położyła iPada na kolanach, skrzywiła się i zdjęła kaptur.
- Ale jak go odsunę, to nic nie widzę.
- Cóż, skoro naprawdę nic nie widzisz bez siedzenia z nosem w ekranie, to będziesz musiała zbadać sobie wzrok. - Ava zmarszczyła brwi.
Carly rzuciła jej ponure spojrzenie.
- Mamo, nie potrzebuję okularów. Po prostu jestem zmęczona.
- No cóż, zobaczymy. - Ava przekrzywiła głowę. - Chodź. Odłóż to i wejdźmy do środka. - Wskazała gestem na dom. - Możesz zobaczyć swój nowy pokój.
Rick wysiadł z samochodu i przeciągnął swoje długie ciało niczym leniwy kot.
- Pierwszą rzeczą w planie jest porządna filiżanka herbaty, potem możemy zacząć rozpakowywać walizki. - Puścił oko do Carly, która wysiadła z tyłu i stanęła na podjeździe z plecakiem przewieszonym przez ramię. - Kto ostatni w środku, ten wariat! - Zaśmiał się, gdy na widok jego miny Carly popędziła w stronę drzwi.
Ava wysiadła z samochodu, znajomy zapach mokrego pastwiska zmieszał się z silną wonią wody morskiej z pobliskiego Dornoch Firth. Pod wpływem tych zapachów kobieta zamknęła na chwilę oczy. W miejscu, w którym kończyła się ich zagroda, ziemia łagodnie opadała, zapewniając niezakłócony widok na znajdującą się poniżej Dornoch Beach. Nieskazitelnie czysty piasek tworzył miodowy pas wzdłuż krawędzi ciemnej wody, która wdarła się na ląd z Morza Północnego. Nastrojowa zatoka rozciągała się między rejonami Easter Ross i Sutherland, a jej widok budził wspomnienia z wakacji spędzonych z babcią na spacerach po piasku. Całe to miejsce pełne było obrazów z dzieciństwa Avy, które nakładały się na siebie, gdy oddychała wilgotnym od rosy powietrzem.
Kiedy wsiąkła w tę scenę, nagle znów była w wieku Carly, zbierała z Florą truskawki tak długo, aż opuszki jej palców zabarwiły się na czerwono, a potem patrzyła, jak babcia miesza w kotłach z dżemem, który robiła co roku. Na wspomnienie słodyczy truskawek ślina napłynęła Avie do ust.
Oblizała wargi, założyła pasek torebki na ramię i patrzyła, jak mąż i córka ścigają się do najbliższych drzwi.
- Oboje jesteście wariatami. - Zaśmiała się i pokazała im zwisający z palca wskazującego duży mosiężny klucz. - Beze mnie nikt nie wejdzie do środka. - Wyminęła ich i włożyła klucz do zamka.
Gdy otworzyła ciężkie drzwi, Rick i Carly przepchnęli się obok i wpadli do oświetlonego promieniami słońca salonu. Ich śmiech rozgrzał serce Avy, która stała niezdecydowana na kamiennym progu. - Rick, idę do stodoły, zaraz wracam! - zawołała za nimi.
- Jasne!
Odwróciła się i ruszyła za dom, a jej stopy chrzęściły na żwirowej ścieżce prowadzącej do budynków gospodarczych. Dwa niskie kamienne obiekty wzniesiono przy bocznym płocie, jeden miał podniszczony dach kryty strzechą, dach drugiego był dziurawy. W pierwszym budynku Flora przechowywała swoje krosno. Ava uwielbiała siedzieć na koślawym stołku oparta plecami o zimną kamienną ścianę i patrzeć, jak babcia z wprawą porusza czółenkiem tam i z powrotem. Flora prowadziła niezliczone nici wedle własnych wzorów i zamieniała naturalnie barwione wełny w piękne koce i szale, które później sprzedawała w sklepie Highland Clothing w mieście.
Ava dotarła do starej stodoły i się odwróciła, by podziwiać widok na odległą wodę i skrawek złotej plaży, który cieszył ją przez lata. Mewy skrzeczały nad jej głową, rześka bryza muskała włosy i Ava pozwoliła, by otoczenie w nią wsiąkło, a poczucie, że jest dokładnie tam, gdzie powinna być, przeniknęło ją do kości.
Odziedziczenie Loch na brae nie było niespodzianką, Flora zawsze mówiła, że kiedyś przepisze posiadłość na wnuczkę. Kiedy jednak przyjechali tu cztery miesiące wcześniej, Avę zszokowała propozycja Ricka, aby przenieść się tutaj z Aberdeen.
- Pomyśl o tym, Avo. Moglibyśmy wyremontować stodołę. Przekształcić ją we wspaniały wiejski domek z wyżywieniem we własnym zakresie. Na górnym poziomie jest miejsce na co najmniej trzy sypialnie. - Podniósł do góry swoje ręce architekta i wziął opuszczony budynek między kciuki. - Wyobrażasz to sobie? - Posłał jej czarujący uśmiech, który sprawiał, że jej serce przestawało bić nawet po czternastu latach małżeństwa.
- O dziwo, nie mogę. - Stłumiła uśmiech. - A nawet gdybym mogła, kosztowałoby to fortunę, a jak zarobilibyśmy na to, skoro mieszkalibyśmy tu na stałe?
Zaśmiał się.
- To miejsce ma tak pozytywne wibracje. - Uśmiechnął się do niej. - Tak jak ty i ja. - Ten sposób opisania ich relacji poruszył jej serce, wzięła męża za rękę i do siebie przyciągnęła. - Mógłbym wziąć trochę wolnego i przez kilka miesięcy robić tu remont, żeby zamienić to w dochodowe przedsięwzięcie, przynajmniej przez sporą część roku. Podczas wszystkich turniejów golfowych w Royal Dornoch zarobilibyśmy krocie. - Uniósł brwi. - Potem otworzę tutaj biuro i przez większość tygodnia będę pracował zdalnie. - Spojrzał na nią. - To tylko trzy godziny drogi z Aberdeen i jestem pewien, że mogę zmienić swój harmonogram pracy.
Do Avy nie docierało, że mówił poważnie, dopóki nie wspomniał o czasowym odejściu ze swojej firmy architektonicznej. Poza Avą i Carly firma była miłością jego życia i myśl, że miałby z niej zrezygnować, choćby na kilka tygodni, była zaskakująca.
Po kilku rozmowach, kilku butelkach wina i kilku pełnych paniki telefonach do swojej najlepszej przyjaciółki, Jenny, Ava w końcu zaczęła przekonywać się do pomysłu.
- No dobrze, Rick, jeśli weźmiemy to pod uwagę, to co z Carly? To będzie dla niej ogromna zmiana. Nowa szkoła, żadnych przyjaciół na początek i o wiele mniej możliwości spędzenia wolnego czasu niż tutaj - spytała, gdy siedzieli w kuchni ich domu w Aberdeen, w dzielnicy West End.
- Dostosuje się. I pomyśl, jak wspaniale byłoby wychowywać ją w takiej posiadłości. Będzie otoczona naturą, świeżym powietrzem i pięknem miejsca, z którego pochodzi rodzina jej mamy. Avo, zgódź się. - Rick zaczął ją namawiać. - Większość swoich projektów graficznych i tak wykonujesz w domu, a ja zrobię wszystko, co będzie trzeba, żeby nam się udało. - Splótł swoje palce z jej. - I co ty na to?
Przez kilka dni zastanawiała się nad tym pomysłem i każdego ranka, kiedy biegała po ulicach, patrzyła już nieco inaczej na szare, granitowe budynki i mętne światła miasta. Pewnego szczególnie mglistego poranka biegła obok pomnika Williama Wallace'a, chuchając na skostniałe z zimna palce i omijając samochody. Zbliżała się do galerii sztuki na Schoolhill, gdzie do niedawna w ramach wystawy Młodych Artystów Północy wisiał jeden z miniaturowych pejzaży miejskich Carly. I doznała objawienia. Obraz córki przedstawiał miejskie centrum w stonowanej palecie szarości i brązów. Nawet niebo miało odcień niebieskiego, który zdawał się być naznaczony groźbą deszczu. Ava nagle zatęskniła za wyjątkowym i magicznym światłem Dornoch i sposobem, w jaki igrało ono na ciemnej wodzie w zatoce, i zrozumiała, że owo światło dostarczy Carly tyle piękna, że będzie mogła umieszczać je na swoich obrazach.
Ava była szczęśliwa w Aberdeen, ale świadomość, że jej ukochane Loch na brae stało teraz puste i wystawione na działanie żywiołów, że nie ma w nim nikogo, kto mógłby je chronić i kochać tak, jak na to zasługiwało, bardzo ciążyła jej na sercu. Gdy wyobrażała sobie ten mały domek i rozpadającą się stodołę na wzgórzu z widokiem na plażę, tęskniła za słoną bryzą, wilgotną trawą pod bosymi stopami, zapachem zatęchłych liści i aromatem lawendy, którą Flora zawsze sadziła po obu stronach drzwi wejściowych. Ava otarła mgłę z twarzy i skręciła przy galerii, kierując się w stronę domu. Podjęła już decyzję.
Kiedy powiedziała Rickowi, że się zgadza, on z radości podniósł ją do góry i objął tak mocno, iż prawie połamał jej żebra. Następnie usiedli razem z Carly i spytali, co myśli na temat wyprowadzki z Aberdeen.
- A co ze szkołą, z Mandy, z moim malarstwem, z jazdą konną? - Oparła się na sofie i wydęła usta, jej broda zaczęła drżeć. - Moja nauczycielka malarstwa się załamie, jeśli odejdę. Mówi, że powinnam pomyśleć o pójściu do prawdziwej szkoły artystycznej - jęknęła.
Ava już miała zacząć ją pocieszać, kiedy do akcji wkroczył Rick.
- Znajdziemy ci tam świetną szkołę i nową stajnię. Może nawet uda się zorganizować kilka prywatnych lekcji malarstwa. No i jest tam mnóstwo przepięknych krajobrazów i scenerii do malowania. - Wydął zabawnie dolną wargę, naśladując minę córki. - A Mandy będzie mogła w każdej chwili przyjechać w odwiedziny. Z pewnością spodoba jej się plaża. - Po kilku chwilach zrozumiał, że wcale jej nie przekonał, wyciągnął więc ostatniego asa z rękawa. - Skoro będziemy mieli tyle miejsca i odpowiedni ogród, moglibyśmy nawet porozmawiać o kupnie psa.
Ava otworzyła usta ze zdumienia, ściągnęła na siebie spojrzenie męża i złowieszczo przejechała sobie dłonią po gardle. Wspominając o psie, posunął się za daleko, teraz jednak, na widok zachwytu na twarzy Carly, dotarło do niej, że została pokonana i jest już za późno na jakikolwiek sprzeciw.
W następnym tygodniu wystawili swój dom na sprzedaż i zaczęli snuć plany.
Teraz, gdy Ava odchyliła głowę do tyłu, pozwalając, by wilgoć mgły pokryła jej twarz, usłyszała głos Carly.
- Mamo, gdzie jesteś?
Podciągnęła suwak kurtki pod brodę i ruszyła ścieżką w stronę domu. Gdy dotarła za róg budynku, zobaczyła, jak Carly potyka się o duży leżący na skraju ścieżki kamień, traci równowagę i przewraca się na bok na wilgotną trawę. Jej szkarłatne rajstopy jaskrawo odznaczały się na tle szarawej zieleni.
- Ale numer. - Carly użyła ulubionego powiedzonka Ricka, przez chwilę miała zszokowaną minę, ale potem, ku uldze Avy, zaczęła się śmiać. - Kto to tu zostawił? - Przyciągnęła do siebie nogi i strzepnęła błoto z rajstop. - Nie zauważyłam go. - Spojrzała na Avę i wzruszyła ramionami.
Ta rzuciła się w jej stronę, pomogła córce wstać i dokładnie ją obejrzała. Poczuła, jak w jej wnętrzu pojawia się malutki węzeł niepokoju.
- Dobry Boże, kochanie. Musisz bardziej uważać. - Zdjęła kilka ździebeł trawy z kurtki Carly, a potem uniosła drobny podbródek córki. Spojrzała jej głęboko w oczy, zauważyła pod nimi cienie, a potem drgnięcie lewej gałki ocznej. Trwało to tylko ułamek sekundy, ale Ava to dostrzegła i ten niespotykany ruch ją przeraził. - Kochanie, nic ci nie jest? - Zmarszczyła czoło i wciąż trzymała córkę za brodę, aż wreszcie dziewczynka się odsunęła.
- Wszystko w porządku. - Uśmiechnęła się półgębkiem. - Tata mówi, żebyśmy weszły do środka. Zaparzył herbaty.
Ava zawahała się, ale to, co właśnie zobaczyła, zrzuciła na karb zmęczenia. Wreszcie się uśmiechnęła.
- W porządku. No to chodźmy, króliczku. Wejdźmy do środka, zanim zacznie porządnie lać. - Spojrzała na złowrogo wyglądające niebo.
Carly wzięła ją za rękę.
- Mam nadzieję, że tata znalazł coś do jedzenia. Umieram z głodu.
Ava się roześmiała.
- Cóż za miła odmiana. - Pozwoliła Carly zaprowadzić się do środka, po czym zamknęła drzwi przed zbliżającymi się chmurami.
Jasna kuchnia była oświetlona ciepłym blaskiem, na kuchence parował stary czajnik, a na wyszorowanym drewnianym stole stał serwis do herbaty Flory w wierzbowe wzory. Obok imbryczka leżała paczka czekoladowych ciastek, które tego ranka przed wyjazdem Rick wrzucił do samochodu. Teraz mężczyzna usiadł u szczytu stołu i uśmiechnął się do żony.
- Usiądźcie, miłe panie. Podano herbatę. - Wykonał zamaszysty gest nad stołem.
Carly wyciągnęła ciężkie krzesło i usiadła.
- Tato, podaj mleko. - W oczekiwaniu przerzuciła włosy przez ramię. Rick uniósł brwi ze zdziwienia.
- Dzieciaku, przecież stoi tuż przed tobą. - Wskazał mały dzbanek znajdujący się przed filiżanką Carly. - O, tutaj.
Carly opuściła podbródek i, jak zaobserwowała Ava, zaczęła delikatnie obracać głową, tak jakby szukała punktu, na którym powinna się skupić.
- Ach, racja. - Zaśmiała się i przysunęła do siebie dzbanek.
Po kręgosłupie Avy przebiegł zimny dreszcz, gdy przypomniała sobie Carly leżącą na trawie zaledwie kilka chwil wcześniej. Spróbowała ściągnąć na siebie wzrok męża. Kiedy wreszcie na nią spojrzał, natychmiast przestał się uśmiechać. Na jego twarzy malowało się pytanie. Kobieta niemal niezauważalnie pokręciła głową, on jednak chyba zrozumiał, o co jej chodzi, bo napił się herbaty, a po chwili odsunął filiżankę.
- Dobrze, to ty rozkoszuj się smakiem herbaty, a w tym czasie ja i mama przyniesiemy walizki z samochodu. Może zdążymy przed oberwaniem chmury. - Odsunął swoje krzesło od stołu i spojrzał na Avę.
Ta podniosła kołnierz i spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Za chwilę wracamy. - Uśmiechnęła się do Carly, która wyciągnęła z plecaka swojego iPada, tak jakby w ogóle nie zwracała uwagi na to, że wychodzą z pomieszczenia.
Na podjeździe Rick otworzył bagażnik i zaczął wyjmować walizki.
- No więc, co się dzieje? - Zmarszczył czoło. - Znam tę minę.
Ava zmusiła się do przełknięcia śliny, próbując stłumić wewnętrzny głos, który szeptał ostrzegawczo, że nadchodzi coś trudnego i złowieszczego, coś, co idealnie pasowało do szeregu czarnych chmur zbierających się właśnie na horyzoncie i nad zatoką.
- Nie wiem, Rick. To tylko przeczucie... - przerwała. - Myślę, że z Carly może być coś nie tak. - Opanowało ją głębokie uczucie niepokoju, gdy Rick nagle odwrócił się, by stanąć z nią twarzą w twarz.
- Nie tak? Co masz na myśli? - Zmrużył oczy i na nią spojrzał.
- Nie wiem. - Pokręciła głową. - Ale chyba coś złego się dzieje.
- Ava, wiesz, jak się zachowujesz w kwestiach zdrowotnych. - Ponownie zmarszczył czoło. - Pewnie przesadzasz.
- Rick, nie traktuj mnie z góry. Wiem, co widziałam - warknęła, bo poczuła szybsze bicie serca pod mostkiem. Zawsze, gdy w ten sposób lekceważył jej obawy, przywoływał smutne wspomnienia, na które nie było teraz miejsca. Musiała skupić się na swojej córce.