p

Kochaj mnie czule - Gabriela Gargaś

-
Proszę czekać

Prolog

Gdybyś wiedziała, jaka historia kryje się za większością ludzkich opowieści, zapewne pękłoby ci serce.

A wiesz, że w niektórych sercach nie powinniśmy nigdy zamieszkać? I inne serca nie powinny o nas rozmyślać? I nasze serca nie powinny tak cierpieć...

Przez tyle lat chciałam, byś napisał do mnie list. Nie lubię dostawać maili, a listy. A może to też dlatego, że to, co wydarzyło się nam, to zamierzchłe czasy... Wtedy też czekałam na list. Wyczekiwałam listonosza każdego dnia. A kiedy przyszedł upragniony list od Ciebie, zamykałam się w pokoju i czytałam go kilka razy. Byłeś oszczędny w słowach, ale papeterię wybierałeś taką, jaką lubiłam najbardziej. Pachnącą fiołkami. Przez te wszystkie lata, od naszego ostatniego spotkania, wyobrażałam sobie nieraz, jak piszesz do mnie list. I... Kiedy już straciłam nadzieję, dostałam kopertę, zaadresowaną na moje panieńskie nazwisko. Wysłałeś go do mojej mamy, bo skąd mogłeś znać mój nowy adres? Skąd mogłeś wiedzieć, że jestem mężatką? A może wiesz? Teraz ludzie o sobie wszystko wiedzą. W dobie Facebooka, Instagrama i innych tego typu portali można znaleźć wszystko. Kiedyś szukałam Cię na Facebooku, ale nie znalazłam. I wiesz, ja się nawet bardzo ucieszyłam, że nie mogłam Cię znaleźć, że Cię tam nie ma. Zawsze byłeś inny. Mój. Jedyny. Dla mnie niepowtarzalny. Chciałabym wiedzieć, że ja dla Ciebie też taka byłam. I wiedziałam, czułam to gdzieś podskórnie, że nie będziesz lubił fejsbuka/fejs boga.

Bałam się otworzyć kopertę. Długo obracałam ją w dłoniach, a w uszach słyszałam słowa November rain:

When I look into your eyes

I can see a love restrained

But darling when I hold you

Don't you know I feel the same

To przy tej piosence zdarzyło się nasze WSZYSTKO.

Nalałam sobie lampkę wina, usiadłam wygodnie w fotelu i z bijącym sercem otworzyłam list.

Spotkałem Cię przypadkiem. I wiem, że to musiałaś być Ty. Poznałbym Cię nawet za pięćdziesiąt lat, jako sędziwą staruszkę. Mogłem podejść, ale nie byłaś sama. A zresztą, nawet gdybyś stała tam sama, to chyba nie miałbym odwagi...

Obiecałem Ci kiedyś, że napiszę dla Ciebie list, ale nie napisałem. Też nie miałem odwagi.

Dopiero to przypadkowe spotkanie sprawiło, że wszystko we mnie odżyło. Napisałem.

Tak teraz, po tylu latach... Dokładnie po piętnastu, od naszego ostatniego spotkania, mogę śmiało stwierdzić, że zdarzyliśmy się sobie po coś.

Dzięki Tobie inaczej patrzę na świat. Czasami sobie wmawiam, że Twoimi oczami.

Chciałbym się z Tobą napić kawy. Jestem ciekawy, czy wciąż pijasz ją hektolitrami?

Z pianką? Inni powiedzieliby po prostu cappuccino, Ty się upierałaś, że to kawa z pianką, koniecznie ze szczyptą cynamonu.

Chciałbym z Tobą pójść na spacer i zachwycać się babim latem, wrzosem i kolorem Twych oczu.

I chciałbym opowiadać Ci te wszystkie rzeczy, od których na Twojej twarzy pojawiał się rumieniec.

Chciałbym zabrać Cię do miejsc, w których bywam. I tych, które przypominają mi Ciebie.

I chciałbym zagrać dla Ciebie na gitarze, a Ty byś boso tańczyła. Dla mnie tańczyła. Tak jak wtedy.

Nie chciałbym szukać w Tobie moich pożądań ani też nie pragnę, byś wypełniła moją pustkę.

I chciałbym Cię móc ponownie dotknąć, bo... kiedy Cię dotykałem, zdałem sobie sprawę, że całe życie żyłem z pustymi rękami.

Trzy tygodnie temu spotkałam Cię przypadkiem... I... Spojrzeliśmy sobie w oczy. Uśmiechnęliśmy się do siebie i bez słowa każde odeszło w swoją stronę. Wymyśliłam sobie, że napisałeś do mnie list... Wymyśliłam sobie nasze spotkanie, wszystko sobie wymyśliłam, bo zbyt mocno chciałam.

Tak bardzo tego pragnęłam, że aż w to uwierzyłam. List, na który czekałam od ponad piętnastu lat. Może kiedyś wymyśliłam sobie Ciebie... Utkałam sobie Ciebie z moich niespełnionych marzeń, przetkałam srebrnymi nićmi ze snu. Doprawiłam szczyptą wyobrażeń o tym, jak mogłoby być, a wcale tak nie było.

Ale wtedy, te piętnaście lat temu, wszystko się zdarzyło... Wszystko.

Może dlatego, kiedy nadchodzi jesień, tęsknię. Do Ciebie tęsknię, do swoich najpiękniejszych snów.

Wiesz, to ja wyślę do Ciebie list... Napisałam go piętnaście lat temu. Chciałabym, byś go otrzymał.

Rozdział 1

Rozmawiając z innymi ludźmi, często słyszę: "Twoje życie to świetny materiał do książki czy gotowy scenariusz dla filmu", bo to właśnie życie pisze najlepsze scenariusze. Nie, wróć, życie wcale nie pisze takich wyjątkowych scenariuszy, nieraz potrafi nas sponiewierać i to, co się nam przydarza, jest aż nieprawdopodobne. Ja sama nie mogę niejednokrotnie uwierzyć w różne zbiegi okoliczności, sploty zdarzeń i w przeznaczenie losu. Czasami jest jakaś magia, jakieś przyciąganie w tym, co nam się zdarza.

Ale czy oby najlepsze? Zależy, jak na to spojrzeć. Kilka razy miałam w tym życiu pod górkę, jak każdy. Innym razem z górki. Jestem kobietą jak miliony innych kobiet, z większymi i mniejszymi problemami. Przeżyłam dotychczas wiele radości, ale i smutków. Chciałabym, podobnie jak ty chcesz, żeby życie napisało dla mnie szczęśliwe zakończenie tej historii.

Opowiem Ci o tym. Czy to jakaś wyjątkowa historia, czy zwyczajna, sama ocenisz. Ale jednego możesz być pewna, tę historię napisało życie.

Najlepiej zacznę od początku.

Urodziłam się trzydzieści osiem lat temu w Krakowie. Byłam najstarsza z czwórki rodzeństwa. Mam młodszą o rok siostrę Lenę, z którą jestem bardzo zżyta, i dwóch braci. Maciek - młodszy ode mnie o osiem lat i Piotruś - najmłodszy, dzieli nas dekada. Jako dzieci trzymaliśmy się ze sobą, jedno za drugim wskoczyłoby w ogień. Nasz tato był wybuchowy i jeśli coś nie było po jego myśli, to go to drażniło. Był wysoki, barczysty i miał wąsy. Kiedy się złościł, to te jego wąsy tak śmiesznie podskakiwały. To taki typ człowieka, który uważa, że to on jest głową rodziny, bo zarabia na utrzymanie, a miejsce kobiet jest w kuchni. Nigdy nie lubiłam tych jego głupich powiedzonek, że kuchnia jest ulubionym pomieszczeniem mamy. Ona sama zaś była kobietą podporządkowaną mężowi. Stawiała jego dobro na pierwszym miejscu, a potem byliśmy my. Czy mogę ją za to winić?

Każdy jest inny, ale ja nie wyobrażam sobie, by mój synek był dla mnie mniej ważny od męża. Dziecko zawsze na pierwszym miejscu.

Mama była osobą o dość łagodnym usposobieniu, ale też na swój sposób zastraszoną przez ojca. To, co on powiedział, było święte. Może tak została wychowana? Byliśmy rodziną, jakich wiele w latach osiemdziesiątych i w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Dużo czasu spędzaliśmy z rodzeństwem na podwórku.

Mieliśmy zgraną paczkę dzieciaków, z którymi chętnie się bawiliśmy. Jednak moją najukochańszą przyjaciółką była Małgosia. Pamiętam doskonale, jak ją poznałam. Wisiałam głową w dół na trzepaku, kiedy zobaczyłam przed oczami ubłocone buty.

- Cześć - odezwał się piskliwy głosik.

Zrobiłam fikołka i stanęłam twarzą w twarz z blondwłosą dziewczynką.

- Cześć. - Obrzuciłam ją spojrzeniem. Zauważyłam, że była bardzo chuda. Potem dowiedziałam się od jej mamy, pani Bożenki, że Małgosia ma dobrą przemianę materii, co znaczy, że robi często kupy, tak to sobie wtedy przetłumaczyłam. "Łopatologicznie" - śmiała się pani Bożenka.

- Chcesz się pobawić? - zaproponowała Małgosia. - Robię miksturę z błota, może się razem pobawimy?

- Ile masz lat, że bawisz się błotem? Pięć? - Wydęłam usta. Ja już od roku nie przesiadywałam w piaskownicy. To miejsce było dobre dla mojego małego braciszka, ale nie dla nastoletniej dziewczynki.

- Jedenaście - oburzyła się.

- Phi - prychnęłam. - Jak się ma tyle lat, to się buduje bazy, bawi w podchody i gra w zbijaka.

- Zostaniesz moją przyjaciółką? - zapytała tak po prostu. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja się zgodziłam, bo jakoś nie mogłam jej odmówić.

- Dobra. Możemy się przyjaźnić.

I tak zaczęła się nasza przyjaźń, na dobre i na złe. Nawet nacinałyśmy sobie skórę na palcach i potem łączyłyśmy nasze zakrwawione paluchy w braterstwie krwi.

Dużo czasu spędzałam u Małgosi w mieszkaniu. Ona i jej młodszy braciszek mieszkali tylko z mamą, bo tato odszedł od nich. Czasami wolałabym, żeby i mój od nas odszedł. Ale bałam się o tym komukolwiek powiedzieć. Małgosia mówiła, że jestem szczęściarą, bo mam dwoje rodziców, a ja nie byłam tego taka pewna.

Związek rodziców, o czym uświadomiłam sobie po latach, był toksyczną relacją. Czasami toksyczność jest subtelna, ukryta, trudniejsza do zdemaskowania. To nie musi być tak, że mężczyzna leje kobietę. Mój ojciec dawał do zrozumienia mamie, że jest od niego gorsza. Niszczył ją psychicznie, a ona się temu poddawała.

Bardzo często między rodzicami wybuchały kłótnie, to znaczy, tato krzyczał, a mama słuchała tych jego krzyków. Pamiętam, jak zagarniałam chłopców w swoje ramiona, a Lena zamykała drzwi od pokoju. Siedziałam z nimi, tuliłam ich, czytałam książki albo śpiewałam dla nich piosenki, żeby tylko nie było im smutno. Niekiedy zastępowałam dzieciom mamę. Zmieniałam im pieluchy, robiłam kaszkę. Teraz wiem, że tak nie powinno być. Nie można obarczać dziesięcio- czy dwunastoletniej dziewczynki opieką nad rodzeństwem.

Siedziałam przy biurku i odrabiałam lekcje, kiedy usłyszałam szczęk klucza w drzwiach. To ojciec. Zawsze nerwowo gmerał w zamku, który lubił się zacinać. Usiadłam wyprostowana niczym struna. Chciałam wyczuć jego nastrój.

- Dzieciaki! - zawołał z korytarza.

Wypuściłam pomału powietrze, a moje nogi przestały drżeć. Był w dobrym humorze.

Wyszłam do przedpokoju. Z kuchni wyłoniła się Lena, a za nią sześcioletni wówczas Maciek i trzyletni Piotruś.

- Zobaczcie, co dla was przyniosłem. - Ojciec wypiął dumnie pierś. Był przystojnym mężczyzną. Wysokim, miał około metra dziewięćdziesięciu wzrostu, bujne kręcone blond włosy, szeroki uśmiech i wąsy, o których już wcześniej wspominałam. Uśmiechał się tylko wtedy, gdy był z siebie lub czegoś, co zrobił, zadowolony.

Spojrzeliśmy na karton, który tato trzymał w rękach. Stamtąd dobywało się skomlenie.

Mama również wyłoniła się z kuchni, wytarła o fartuch ręce ubrudzone mąką. I uśmiechnęła się do ojca. Już wtedy, mimo iż miała trzydzieści siedem lat, wydawała mi się stara. Może dlatego, że była zmęczona? Pracowała nocami w pobliskiej fabryce, a w ciągu dnia mało spała, tylko zajmowała się dziećmi, praniem i gotowaniem. Tato czuł się od niej lepszy. Pracował w administracji, za biureczkiem, a mama, jak jej często wypominał, była tylko robotnicą. Czasami żal mi było mamy, innym razem byłam na nią wściekła za to, że tak się ojcu poddawała.

- Co tam macie? - Mama podeszła do kartonu, z którego wyłonił się czarny pyszczek szczeniaczka. - Pies? - zapytała zdziwiona, po czym przeniosła wzrok na ojca. Widziałam, że nie jest zachwycona. To przecież na nią spadnie kolejny obowiązek. To ona będzie musiała żywić pieska, nauczyć go załatwiać się na dworze, wychodzić z nim na spacery, kiedy my będziemy w szkole czy przedszkolu.

- Widzisz, jak dzieciaki się cieszą? - Ojciec przeszedł do pokoju gościnnego, zostawiając nas z psem.

Mama uśmiechnęła się niemrawo.

- Aaaa - mocny głos ojca dobiegł z pokoju. - To nie pies, a suczka.

Ostrożnie wyjęliśmy szczeniaczka z kartonu. Był śliczny. Kundelek, o ciemnej maści, który miał na ogonku małą białą łatkę.

- Klopka! Nasza mała Klopka - zaszczebiotał Piotruś.

I tak szczeniak, nowy członek naszej rodziny, został Kropką.

Pokochaliśmy go wszyscy, nawet mama. Co ciekawe, ojciec szybko zaczął wrzeszczeć na Kropkę. Może dlatego, że wszyscy poświęcaliśmy jej więcej uwagi niż jemu? A on chciał być najważniejszy.

Nie to, że nie kochałam ojca, bo kochałam go bardzo, ale nie lubiłam jego egoistycznych zachowań, krzyku i niekiedy przemocy, jaką wobec nas stosował.

***

Było majowe, sobotnie popołudnie, wraz z Leną byłyśmy w piaskownicy z chłopakami, żeby mama mogła w spokoju ugotować obiad. Kropka biegała wokół bloku. Nudziło nam się z siostrą, bo ileż można budować babki z piasku, które chłopaki z zapałem burzyli. W końcu postanowiliśmy odwiedzić Małgosię, która mieszkała dwa bloki dalej. Lubiłam przychodzić do niej. Jej rodzina była inna od naszej. A jej mieszkanie, mimo bałaganu, takie przytulne. Na korytarzu kłębiły się zabawki jej młodszego braciszka. Na biurku jej mamy, która była krawcową, stała maszyna, a dookoła niej leżały skrawki materiałów, kolorowe gałgany, nici, włóczki, piękne koraliki. I myśmy się tymi cudami bawili. Mama Małgosi, pani Bożenka, dawała nam klej i nożyczki i przyklejaliśmy do kartek wszystko to, co chcieliśmy. Na naszych kartkach świeciły się skrawki złotych i srebrnych nitek, a także wystrzępione materiały. Kropka dostała resztki z obiadu, a my pyszne delicje.

W moim rodzinnym domu musiał być sterylny porządek. Mama nieustannie biegała z odkurzaczem i ścierką, a to dlatego, że tato lubił idealny ład. Przeszkadzały mu porozrzucane zabawki i okruchy na podłodze. Pani Bożence, wydawać by się mogło, nic nie przeszkadzało.

Tego popołudnia zapomnieliśmy o bożym świecie. Mama Małgosi uszyła dla nas lalki, a my mogliśmy je ubierać, malować im oczy i buzie. Nawet chłopcy, którzy dostali lalki chłopców, piszczeli z zachwytu.

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. I to nie takie jedno dryndnięcie, a kilkukrotne. Pani Bożenka otworzyła. W progu stanął tato cały czerwony na twarzy.

- Cześć, Bożena, czy są u ciebie moje szkraby? - zapytał uprzejmie, choć ja już widziałam, że ojciec jest zły. Znałam go zbyt dobrze.

- Tak. Ślicznie się bawią.

- Nie powiedziały Marzenie, że do ciebie przychodzą. Chodzimy od dwudziestu minut po osiedlu i ich szukamy.

- Oj, wiesz, jakie są dzieci. - Pani Bożenka machnęła ręką.

- Wiem. - Ojciec zagryzł wargę. Jego szczęki zacisnęły się niczym imadło, a żyłki na czole powychodziły na wierzch. - Przepraszam za kłopot.

- Nie, no co ty. - Pani Bożenka starała się załagodzić sytuację.

Ojciec spojrzał na psa.

- I jeszcze z psem przyszli? - Pokręcił głową.

- Kropka jest cudna. - Pani Bożenka podrapała psa za uchem.

Ojciec coś burknął pod nosem, a my z Leną wkładałyśmy chłopcom buty. Robiłyśmy to szybko, żeby jeszcze bardziej nie rozwścieczyć ojca.

Kiedy znaleźliśmy się w domu, poleciały gromy.

-Natalia. - Ojciec chwycił mnie za nadgarstek. - Co ty sobie wyobrażasz?! Co ty sobie, gówniaro, wyobrażasz?! - Zamachnął się, a jego dłoń klapnęła na moje wątłe plecy. Poczułam przeraźliwe pieczenie.

- Zapomniałam... - W moich oczach pojawiły się łzy. - Zapomniałam wam powiedzieć... - zaczęłam się głupio tłumaczyć, jakby moje słowa mogły złagodzić złość ojca.

Tylko że jeszcze bardziej go rozsierdziły. Zdjął pasek i sprawił mi lanie. Mama stała i nic nie powiedziała. Lena też dostała lanie, ale jakieś takie łagodniejsze. To ja byłam starsza i to ja powinnam "myśleć", tak powiedział ojciec.

Kiedy płakałam zwinięta w kulkę, Kropka lizała moje mokre policzki.

- Kochana Kropeczka, kochana... - Dotknęłam jej karku, a ona smutno popatrzyła na mnie swoimi ślepiami.

Lena gładziła moją dłoń, a Maciuś z Piotrusiem głaskali mnie po włosach. Tak zajmowaliśmy się sobą nawzajem. Nigdy nie zapomnę tej naszej miłości, którą żeśmy siebie darzyli.

Oczywiście to nie jest tak, że mam o ojcu tylko złe wspomnienia, bo przeżyliśmy tyle wspaniałych chwil. Potrafił być kochany, czarujący. Kiedy chciał, to bawił się z nami godzinami, pomagał w pracy domowej. Ale była w nim pewna zapalczywość, jakaś agresja, której w żaden sposób nie dało się wyplenić.

Były też chwile, które wspominam z pewną dozą melancholii. Mam taki obrazek przed oczami. Siedzimy wszyscy na wersalce i jemy ptysie. Tata kupił ptysie w cukierni w centrum, bo tam sprzedawali najlepsze, a my najbardziej je lubiliśmy. Odchyliłam górę ptysia i włożyłam palec w puszystą bitą śmietanę. Pamiętam, że tego uczucia palca gmerającego w śmietanie i tego smaku nigdy nie zapomnę. Siedzieliśmy, jedliśmy rarytasy i oglądaliśmy jakiś polski film. I nagle obraz zniknął. Tato zaczął kląć pod nosem.

- Pójdę na dach, a wy kontrolujcie obraz - powiedział.

Po czym włożył buty i wyszedł, mama stanęła przed telewizorem, a ja na balkonie krzyczałam do ojca, co dzieje się z obrazem.

- Dalej paski - mówiła mama. Ja odkrzykiwałam do taty, że paski, a on na dachu poruszał anteną to w prawo, to w lewo.

- No i? - zapytał.

- No i co? - rzuciłam do mamy.

- O teraz lepiej, ale nie idealnie.

- Lepiej, ale dalej kręć - odkrzyknęłam.

Po kilku minutach obraz był dobry, a my znów mogliśmy oglądać film.

Mama z tatą siedzieli objęci, a my chichotaliśmy, umorusani bitą śmietaną. Takie to były czasy.

***

Wszyscy najbardziej lubiliśmy wakacje u babci. Mieszkała na obrzeżach Sanoka. Koło jej domu stała tablica z przekreśloną nazwą miasta. Czyli niby w mieście, a już na wsi. Za babcinym domem rozciągało się pasmo wzniesień. Wystarczyło tylko przejść przez ulicę, przebiec pole sąsiada i z rozbiegu wskakiwaliśmy do Sanu. Czasami sobie marzyłam, by babcia powiedziała do nas, żebyśmy nie wyjeżdżali. Dobrze by nam było z dala od kłótni i ciągłych awantur. Babcia była oazą spokoju i radości. U niej nigdy nie bolał mnie brzuszek z nerwów, w domu bardzo często.

Rozdział 2

Odkąd pamiętam, Lena lubiła towarzystwo chłopaków. Większość kobiet i młodych dziewczyn lubi. Oczywiście mi też podobali się chłopcy, ale nie miałam do nich takiej śmiałości jak moja siostra. Jej to wszystko przychodziło jakoś naturalnie, a ja strasznie się peszyłam. Może bałam się odrzucenia? Kilka odrzuceń już przeżyłam, i to od matki, i to od ojca. Lena też, tylko inaczej to wszystko przeżywała, może lepiej sobie z tym wszystkim radziła. Jako nastolatka Lena była nieznośna, a przynajmniej za taką uważali ją rodzice, ale ja ją rozumiałam, kiedy wyskakiwała przez okno na dyskoteki czy imprezy. Ona uciekała od krzyków, awantur, od braku stabilizacji, od apodyktycznego ojca, od zrozpaczonej matki, od nienormalności w inną nienormalność. A także od cierpienia i niezrozumienia. I ja ją w gruncie rzeczy podziwiałam, bo sama nie potrafiłam od tego wszystkiego uciec. Za bardzo się bałam. Zresztą byli bracia, którzy potrzebowali mojej opieki. Czułam się za nich odpowiedzialna.

Miałam osiemnaście lat, Lena siedemnaście. Siostra wykorzystywała swoje popaprane życie jako wymówkę, by więcej pić, więcej się pieprzyć z obcymi facetami, więcej zapomnieć. Ona podobnie jak ja chciała tej uwagi. Kiedy wracała następnego dnia do domu, ostentacyjnie wchodziła frontowymi drzwiami. Ojciec widział rozmazany tusz do rzęs i jej wargi napuchnięte od całowania się z chłopakami. Ona chciała, by coś powiedział, a nawet ją opieprzył. I faktycznie, nieraz ją opieprzał, ale nie za to, że wróciła rano, albo że wie, co robiła, bo musiał wiedzieć, ale za to, że nie odprowadziła chłopców do szkoły, bo to był jej "psi obowiązek".

- Zawsze jest to samo - powiedziała, kiedy opadła na łóżko, a ja szykowałam się do szkoły.

- Nie idziesz do szkoły? - zapytałam zatroskana, spoglądając na jej posiniaczone nogi.

- Nie chce mi się. Chce mi się spać. A ty idziesz?

Co to za pytanie? Chciałam nią potrząsnąć. Pewnie, że szłam do szkoły. Zamierzałam coś w życiu osiągnąć i szkoła była podstawą, by się odbić od tego dziadostwa.

- Idę.

- To idź - fuknęła na mnie.

- Co ci się stało? - Wskazałam ruchem głowy na jej obdrapane kolana i nogi.

- Za dużo klęczałam.

- Byłaś w kościele?

Lena wybuchnęła gardłowym śmiechem, śmiała się tak, że łzy spływały jej po policzkach.

- Nie, głupolku. Zrobiłam laskę mojemu nowemu chłopakowi.

Pamiętam, że poczułam do niej obrzydzenie. Ale tylko przez chwilę. Potem pomyślałam, że sama chciałabym mieć chłopaka. Nie byłam gotowa na te wszystkie rzeczy, ale na chłopaka tak. Chciałam, by ktoś mnie pokochał.

***

Któregoś dnia Lena zaproponowała, bym poszła z nią na imprezę.

- Sama nie wiem - migałam się.

- Będzie fajnie. Dziewczyno, musisz poznać ludzi. Jesteś młoda i całe życie przed tobą.

Wybrałyśmy się na dwudzieste urodziny naszego kolegi. Przed wejściem do mieszkania jego rodziców wypiłyśmy sobie po dwa piwa, dla rozluźnienia.

Mnie to wystarczyło, by poczuć szum w głowie. Na moich ustach pojawił się uśmiech. Zastanawiałam się, co się wydarzy, kiedy zobaczyłam Darka. Miałam wtedy osiemnaście lat, a on dwadzieścia cztery. Wydawał mi się taki dojrzały. Podobał mi się. Kiedy na mnie spojrzał, odwróciłam wzrok. Peszył mnie. Złapałam za plastikowy kubeczek, w którym było musujące wino. Wypiłam duszkiem. Uśmiechnęłam się do siebie i poszłam tańczyć. Muzyka przenikała mnie od stóp do głów. Dym papierosowy wdarł się przez nozdrza do płuc. Zaczęłam poruszać biodrami w rytm muzyki. Potem ktoś podał mi kolejny plastikowy kieliszek z winem. Świat tracił ostrość, a ja bawiłam się przednio. Teraz już wiem, że młodość ma swoje prawa, swoje zawirowania, uciechy i szum w głowie.

Sama nie wiedziałam, co się dokładnie stało i jak to się stało, że znalazłam się blisko niego. Oczywiście, że chciałam się tam znaleźć, ale nie wiem, czy to on do mnie podszedł, czy ja do niego. Chwilę tańczyliśmy, a potem stanęliśmy gdzieś z boku i ze sobą flirtowaliśmy. Na trzeźwo nigdy nie zebrałabym się na odwagę, by z kimkolwiek flirtować. Patrzyłam mu w oczy o kolorze płynnego karmelu, potem przesunęłam wzrok na jego pełne usta. Był piękny.

Wciąż patrzyłam mu w oczy, kiedy podbiegła do mnie podekscytowana Lena.

- Jedziemy na zapiekanki. - Szarpnęła mnie za ramię.

Miałam gdzieś zapiekanki. Już miałam jej coś odburknąć, kiedy odezwał się Darek:

- To świetny pomysł. Trochę zgłodniałem.

Wpakowaliśmy się we czwórkę na tylne siedzenie rozklekotanego poloneza i ruszyliśmy po zapiekanki. Lena obściskiwała się z jakimś chłopakiem, a ja siedziałam wciśnięta między nią a Darka. Czułam jego gorące przedramię i od tego dotyku kręciło mi się w głowie.

W samochodzie grało radio. Pamiętam dokładnie, leciała Toni Braxton. I w tym właśnie momencie Darek nachylił się w moim kierunku, odgarnął za ucho kosmyk włosów i pocałował mnie.

Przez chwilę byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. To był mój pierwszy pocałunek z chłopakiem. Kilka chwil później zrozumiałam, że dla Darka ten pocałunek nie miał znaczenia i że liczył na coś więcej. Kiedy zjedliśmy zapiekanki, zaproponował, byśmy poszli w krzaki.

- Ale po co? - Wiedziałam, po co, ale nie dopuszczałam do siebie takiej myśli.

- Nie wiesz, po co się chodzi w krzaki? Jesteśmy młodzi, trzeba to wykorzystać.

- Wiesz co? - Popatrzyłam na niego groźnie. - Spieprzaj!

Wróciłam do domu na piechotę. Przeszłam ponad pięć kilometrów, ale miałam w sobie tyle złości, że pokonałam ten dystans bardzo szybko. Lena została z chłopakami.

***

- Dlaczego uciekłaś? - zapytała mnie, kiedy zwlokła się z łóżka następnego dnia po tym, jak ojciec zrobił jej wykład, o tym, że nie wie, gdzie ona skończy.

- Dlatego, że nie miałam ochoty iść w krzaki.

Lena parsknęła śmiechem. Obie poszłyśmy do kuchni.

- Podobałaś mu się - stwierdziła, obgryzając skórkę wokół paznokcia.

- No i co z tego? Nie będę grzmocić się z kolesiem w krzakach. Zresztą daj mi spokój.

- Myślisz, że spotkasz księcia z bajki? - Lena posmarowała sobie bułkę dżemem. - To ja ci coś powiem. Nie ma książąt z bajki. Facetom chodzi o jedno. A jak za któregoś wyjdziesz za mąż, to będzie taki jak ojciec.

- Nie pieprz bzdur, Lena, nie pieprz bzdur.

Od tamtej pory nie poszłam z siostrą na żadną imprezę. Wolałam czytać książki i pomagać mamie opiekować się chłopcami.

Może to przez stosunki z ojcem Lena nie mogła znaleźć sobie chłopaka na stałe? Ale w sumie nie mogę obarczać jego za wszystkie niepowodzenia. Już w późniejszym wieku moja siostra trafiała na dziwnych typów. Czasami to już sama nie wiedziałam, czy to z nimi, czy z nią było coś nie tak. Bywało, że podporządkowywała się mężczyźnie, a wtedy on właził jej na głowę, innym razem wybierała tych zranionych, którzy nie byli partnerami, a którymi to ona musiała się opiekować. Znaleźli się też tacy, którzy ją nudzili.

***

Były wakacje. Skończyłam trzecią klasę liceum i pracowałam w sklepie, aby zarobić jakieś pieniądze. "Jesteś prawie dorosła i musisz dorzucać się do rachunków" - stwierdził ojciec. Mama mu przytaknęła. Kiedy moi rówieśnicy wyjeżdżali nad morze czy Mazury, ja pracowałam po kilka godzin za ladą. Nie mogłam narzekać, bo praca nie była ciężka, ale jakoś to mnie uwierało. Ale to były jedne z najpiękniejszych wakacji w moim życiu. To wtedy poznałam pewnego chłopaka.

Nasze spotkanie to było jakieś zrządzenie losu. To nie mógł być przypadek. We wtorkowe popołudnie po pracy poszłam do kafejki internetowej. Nie mieliśmy w domu komputera, zresztą to były inne czasy, bez Facebooka i innych portali społecznościowych. Zalogowałam się na swoją pocztę i znalazłam wiadomość. Dostałam maila, który zapewne nie był skierowany do mnie.

Jeśli jest nadal pani zainteresowana rozmową odnośnie do rehabilitacji syna, proszę przyjść jutro o dziewiętnastej do kawiarni w hotelu Mercure. W związku z tym, że rozmawialiśmy tylko telefonicznie, chciałem napisać, że ubrany będę w czarny T-shirt z misiem i dżinsy. Szymon.

Odpisałam, że przyjdę. Nie wiem, dlaczego nie napisałam prawdy, że to nie do mnie ta wiadomość. Może dlatego, że uważałam moje życie za nudne, a ja chciałam przeżyć jakąś fajną przygodę?

Rozśmieszyło mnie to, że Szymon będzie ubrany w T-shirt z misiem. Może to jakiś dziwak? Dlaczego założyłam, że to młody facet? A co, jeśli Szymonem okaże się mężczyzna w wieku mojego ojca, albo jeszcze starszy? Jednak sama myśl o spotkaniu nieznajomego sprawiła, że byłam podekscytowana. Należałam do dziewczyn zwanych nudziarami. Lena to była królowa parkietu i dusza towarzystwa, za to ja stałam się tą, która lubiła przesiadywać w bibliotece, czytać książki i marzyć. Jak ja kiedyś kochałam marzyć. I to nie o tym, że spotkam księcia z bajki, ani o tym, że będę miała gromadkę dzieci i domek na kurzej łapce. Ja marzyłam o tym, kim będę i co osiągnę.

W sobotę byłam tak podekscytowana, że wstałam już o siódmej rano. Na paluszkach przeszłam do szafy, gdzie Lena trzymała ubrania. Siostra jeszcze spała, gdyż poprzedniego dnia była na jakiejś hucznej imprezie. Przeglądałam kolejne ciuchy i nie mogłam znaleźć nic dla siebie. Lena nosiła ubrania w stylu: im mniej materiału, tym więcej ciała do pokazania. W żadnym jej łaszku nie czułabym się dobrze. W końcu znalazłam czarny T-shirt z Myszką Miki. Zachichotałam. Pan rehabilitant będzie miał misia na koszulce, ja Myszkę Miki.

Weszłam do kawiarni za piętnaście siódma, wolałam być przed nim. Szłam do baru na nogach jak z waty. Wewnątrz nie było dużo ludzi. Jakaś para rozmawiała przyciszonym głosem. Barman leniwie wycierał szklanki. Z głośników dobiegała spokojna muzyka. Czy to Sade? Dwie kobiety w średnim wieku sączyły szampana. Stanęłam przy barze i nie wiedziałam, co mam zamówić. Kawę? Alkohol? Najchętniej napiłabym się soku warzywnego, ale wiedziałam, że barman by się ze mnie uśmiał w duchu, gdybym zamówiła ten sok. Na pewno go nie mieli.

- Co dla ciebie? - zapytał.

- Yyy... - Spojrzałam na rząd butelek, w których mienił się kolorowy alkohol.

- Może gin z tonikiem. - To była pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy.

Nalał do kieliszka gin, dolał musujący napój, włożył wykałaczkę z oliwką i ciepło się uśmiechnął.

- Będzie dobrze. - Puścił do mnie oko.

A ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że wstrzymuję oddech. Wypuściłam głośno powietrze, złapałam kieliszek i znów nerwowo zaczęłam rozglądać się po sali. W końcu zdecydowałam się usiąść przy stoliku zwróconym w stronę drzwi, abym mogła widzieć, kto wchodzi do środka. W końcu go zobaczyłam. Wszedł szybkim krokiem do kawiarni. Na jego twarzy malował się uśmiech. Włosy koloru dojrzałej pszenicy miał w nieładzie, a misiek na jego koszulce machał łapką. Uśmiechnęłam się, bo jak tu się nie uśmiechać. Chłopak nie był ładny, miał za duży nos i wystającą brodę, ale na swój był sposób przystojny, a raczej uroczy.

Wstałam i machnęłam do niego ręką. Niczym ten miś na koszulce. To wszystko wyszło jakoś drętwo, ale nie wiedziałam, co mam robić.

- Dzień dobry pani. - Spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Pewnie zdziwił go mój młody wiek, ale nie dał tego po sobie poznać. - Zamówię coś i zaraz się do pani przysiądę. Pani się czegoś napije?

- Mam już drinka. - Ruchem głowy wskazałam na swoją szklankę.

Skinął głową i odszedł w stronę baru. Ja usiadłam na krześle. Wytarłam spocone ręce o spodnie i westchnęłam. Byłam tak zdenerwowana, że myślałam, że zaraz zemdleję. Pociągnęłam łyk alkoholu. Nie smakował mi. Szymon podszedł do stolika ze szklanką soku warzywnego. Myślałam, że padnę trupem, jak to zobaczyłam. A więc punkt dla niego, miał odwagę zamówić sok warzywny. Na jego twarzy wciąż malował się uśmiech. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

- Szymon.

- Natalia.

- Przepraszam za moją śmiałość, dostałem pani maila od kolegi, a wiedziałem, że Franiu potrzebuje pomocy. Cieszę się, że pani przyjechała. Nasze rozmowy...

- One dużo mi dały - skłamałam. Poczułam, jak rumieńce wpełzają na moje policzki.

- Jak Franek? Co z jego nogą? - Był wyraźnie zaniepokojony, a ja czułam się jak kretynka i największa oszustka świata.

- Nie jestem mamą Franka - wypaliłam. Szymon spojrzał na mnie zdezorientowany.

- Jak to nie jest pani mamą Franka? Nie nazywa się pani Natalia?

- Nazywam. Natalia Wróblewska.

- Nie Chincz?

- Nie.

- Ale mail? Odpisała pani przecież. - Potarł brodę dłonią.

- Bo pan napisał, a ja byłam ciekawa.

- Ciekawa? - Zmrużył oczy.

- Wiem, to głupie... - zaczęłam się niezbyt mądrze tłumaczyć. - Wiedziałam, że to pomyłka. Ale skoro ten mail do mnie przyszedł... I był skierowany do Natalii, a jestem Natalia...

- Zaraz, zaraz... Nic z tego nie rozumiem.

Chciałam mu powiedzieć, że ja też nic z tego nie rozumiem, że chciałam coś fajnego przeżyć...

Upiłam łyk alkoholu. Płyn musiał wlecieć mi nie w tę dziurkę, co trzeba, bo zaczęłam kaszleć.

- Podnieś do góry ręce. - Szymon wstał ze swojego miejsca i zaczął poklepywać moje plecy.

Odkaszlnęłam kilka razy.

- Już lepiej.

- Wie pani...

- Po prostu Natalia - przerwałam mu.

- Wiesz, Natalia, tak się nie robi. Podszywasz się pod kogoś innego. Ten chłopiec...

Krew w żyłach zaczęłam mi krążyć coraz szybciej. Tak się nie robi. Miał rację. Ale co ja zrobię, że zrobiłam? Chciałam mu wykrzyczeć, że mam do dupy życie, że nie mam chłopaka, nikt się mną nie interesuje i takie różne, ale zamiast tego wstałam, zdjęłam z oparcia krzesła torebkę i uciekłam.

Biegłam przez park jak szalona, a skoszona trawa wpadała mi do trampek. W końcu dotarłam do swojego pokoju. Padłam na łóżko i się rozpłakałam. Co za idiotka ze mnie? Co ja sobie myślałam?

***

Dwa dni później otrzymałam maila:

Misiu szuka Myszki Miki.

Parsknęłam śmiechem.

Naprawdę szuka?

Chciałby ją zaprosić na kawę? Chyba że Myszka Miki lubi tylko gin z tonikiem?

Roześmiałam się. Po czym umówiłam się z Szymonem na kawę.