- Ile płacę za te cudeńka? - z wypiekami na twarzy zapytała Eugenia.
Błękitna, odświętna garsonka wpijała się tu i ówdzie w obfite ciało sąsiadki, ale za to nieśmiertelny kok był upięty całkiem porządnie i ozdobiony pokaźną, bursztynową spinką. Gdy bliżej jej się przyjrzałam, ze zdziwieniem stwierdziłam, że zatopiony był w niej jakiś dziwny, słusznych rozmiarów, czarny robal.
- Nic - odpowiedziałam.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- Oj tam, oj tam! - Eugenia, mrucząc pod nosem, poszperała w portfelu, wyjęła sto złotych, położyła na chlebowniku, a mnie ze szczęścia zakręciło się w głowie. - Za wielki tort i tyle babeczek taka byle stówka jest ledwie symbolicznym datkiem. Justynko złota, na koniec mam ostatnią prośbę...
- Tak?
- Pomożesz mi to zanieść do biblioteki? Ja wezmę babeczki, a ty torcik, dobrze? Nieść go to dla mnie zbyt duża odpowiedzialność. - Złapała pudło z ciastkami. - Ciekawe, czym popiszą się byblofile? - rzuciła z nieukrywanym sarkazmem.
- Bibliofile? - Karton z tortem włożyłam do foliowej torby i ostrożnie chwyciłam pakunek.
- A tak. Nie mówiłam ci, ale Kazio byblofilów też zaprosił.
- Naprawdę? - Zdziwiłam się, bo po tym, co do tej pory słyszałam, nie wyobrażałam sobie ani jednej sytuacji, w której, choćby na krótko, członkowie Klubu Emeryta oraz Klubu Bibliofila mogliby przebywać we wspólnym gronie.
- Niestety... - westchnęła z emfazą. - Człowiek, nim zemrze, wiele cierpień i zniewag znieść musi... ale każdy ksiądz własną, szkarłatną krwią zaświadczy, że droga do świętości cierniami jest usłana...
Zamyśliła się na chwilę.
- Więc co z tym Kazimierzem i bibliofilami? - przerwałam jej zadumę.
- Ach! - ocknęła się i wróciła do tematu. - Otóż nasz Kazio przygrywał nie tylko dla nas. Tamci - wyraz tamci wypowiedziała z jawną pogardą - też go czasem zamawiali, więc chyba z tego powodu pożegnanie robi wspólne. Za jedną imprezą będzie mu taniej. - Westchnęła. - Wiadomo, że wolelibyśmy być bez nich - wskazała głową w nieokreślonym kierunku, tam gdzie zapewne mieli gromadzić się znienawidzeni bibliofile - ale to Kaziowa decyzja. A może liczy, że w ten sposób nas pojedna? Uch! Niedoczekanie!
Oba kluby miały swą siedzibę w bloku C, który stał po sąsiedzku z moim. Budynki oddzielały mała piaskownica oraz parking dla mieszkańców osiedla. Klubowicze spotykali się tam w filii biblioteki mieszczącej się w piwnicy. Ich pełne nazwy brzmiały: Klub Aktywnego Emeryta przy Filii Biblioteki Publicznej nr 2 w Wielkich oraz Klub Czynnego Bibliofila przy Filii Biblioteki Publicznej nr 2 w Wielkich. Od Lucynki, bibliotekarki, wiedziałam, że często dochodziło między nimi do spięć i awantur o dni, w których mogli zajmować bibliotekę. Innych szczegółów na temat ich konfliktów dowiadywałam się raz po raz od Eugenii.
Nigdy tego jej nie mówiłam, ale właśnie głównie z powodu bibliofilów nie korzystałam ze zbiorów naszej osiedlowej biblioteki. Zawsze któryś tam siedział, komentował wybory lekturowe i natarczywie polecał książki, które jego zdaniem należało przeczytać. Przeniosłam się więc do centrum, do biblioteki głównej, gdzie księgozbiór był bogatszy w nowości nie tylko książkowe, ale i filmowe. Dlatego też nie mogłam wiedzieć, że w piwnicy ktoś pokusił się o przebudowę suszarni, w wyniku czego ta skurczyła się tak, że niemal zniknęła z powierzchni piwnicy, ale za to powstało jeszcze jedno pomieszczenie.
- Co tu będzie? - zapytałam panią Eugenię i wskazałam na świeżo pomalowane drzwi.
W odpowiedzi lekceważąco machnęła ręką:
- Oj tam! Biuro matrymonialne mają otworzyć, ot co!
- Biuro matrymonialne na osiedlu? - zdziwiłam się. - Nie lepiej by było w centrum?
- Dla ciebie może i w centrum by było lepiej, a dla mnie nigdzie. Kto to widział, żeby męża albo żony przez biuro szukać? Te nowe pokolenia są jakieś kalekie! Dawniej chodziło się albo na zabawę, albo do kościoła, raz po raz pod płotem postało, i to w zupełności wystarczyło, aby złapać męża. A teraz? Aż biura do tego trzeba? - Znów machnęła ręką, po czym otworzyła drzwi biblioteki.
Członkinie i członkowie obu klubów już tam byli i w uroczystym milczeniu oczekiwali nadejścia pana Kazimierza. Postawiłam tort na stole, pożegnałam się i wyszłam. Musiałam się śpieszyć, bo spodziewałam się wizyty Baśki. Wreszcie wróciła z wakacji i od razu postanowiła mnie odwiedzić. Podczas gdy otwierałam drzwi mieszkania, usłyszałam dźwięk pozostawionej w kuchni komórki. W ostatniej chwili udało mi się odebrać. To była Ada.
- To ty, Aduś?
- Nie wyświetliłam ci się na wyświetlaczu? - prychnęła zaczepnie.
- Wyświetliłaś, tylko tak jakoś z niedowierzaniem mi się zapytało.
Przyjaciółka nie odzywała się już dobry tydzień, a i ja do niej nie dzwoniłam, bo nie chciałam jej przeszkadzać w napawaniu się słodkim obcowaniem ze swoim mężczyzną oraz ową wspomnianą przez nią dziczą.
- Jakie masz plany na dzisiejsze popołudnie?
- Zaraz ma wpaść do mnie Baśka, a co?
- I umówiłyście się beze mnie?!
- Przecież jesteś w Bieszczadach!
- Już nie jestem.
- Wróciliście? Dlaczego tak szybko? - zapytałam pomna jej odgrażania, że na byczenie się w górach wykorzysta cały urlop. O pieniądze martwić się nie musiała, bo Maks dobrze zarabiał, a poza tym przed ślubem brał dodatkowe fuchy, aby podczas miodowego miesiąca, jak to powiedział: miodku mogli najeść się do syta.
- Dzicz nas wykończyła. Nie szło dłużej wytrzymać i musieliśmy uciekać.
- A ja myślałam...
Przerwała mi w pół zdania:
- Zaraz do ciebie przylecę, to pogadamy.
* * *
Pierwsza zjawiła się Baśka, co nie oznaczało wcale, że nie była spóźniona. Jednak te kilkanaście minut, które tym razem jej się zdarzyły, były niczym w porównaniu ze spóźnieniami, do jakich była zdolna.
- Józka! - wrzasnęła radośnie i zakleszczyła mnie w żelaznym uścisku kobiety posiadającej mocny, rozbudowany kościec przyobleczony w nadmierną ilość ciała. Chociaż, dziwne, tym razem wydało mi się, że Baśki było jakby trochę mniej.
- Cześć, Bacha - wymamrotałam, starając się wystawić nos spod jej pachy, aby zaczerpnąć nieco powietrza. Z miłości można nie tylko zagłaskać kota, ale również udusić przyjaciółkę.
- Pokaż się. - Odsunęła mnie od siebie jak szmacianą lalkę i sprawnie odwróciła najpierw w prawo, a potem w lewo. - Świetnie wyglądasz. Opalałaś się?
- Coś w tym rodzaju. - Przed oczami zobaczyłam siebie, gdy niczym wściekły myśliwy biegam po mieście i poluję na pracę. A że moje polowanie odbywało się w piekielnym upale, więc i efekt był adekwatny do pogody.
- Bacha - odsunęłam się od niej na bezpieczną, niezagrażającą życiu odległość - ty schudłaś! - krzyknęłam z niedowierzaniem.
Zarzuciła dumnie czarnymi włosami, zaśmiała się tubalnie i mrużąc zmysłowo oczy, powiedziała:
- Wreszcie się udało!
Jej walka z obfitością ciała trwała od lat. Upierała się, że w wersji light będzie się lepiej prezentować i wszelkimi sposobami chciała doprowadzić do utraty wagi. Co jakiś czas wszem wobec ogłaszała, że przechodzi na dietę, po czym przechodziła i nic z tego nie wynikało. Natomiast Ada do spraw związanych z tuszą podchodziła odmiennie:
- Jeśli Maks wziął mnie z dużym tyłkiem, znaczy, że właśnie takiego pragnął.
W dyskusjach o wydatnych tyłkach, nadwadze czy pokaźnych piersiach nigdy nie brałam udziału, bo temat mnie nie dotyczył. A już kwestia ostatniej części ciała szczególnie nie. Wręcz przeciwnie, był to dla mnie temat drażliwy, który pomijałam wyniosłym milczeniem i starałam umniejszyć jego wagę, wkładając podwójne push-upy oraz ukrywając niedostatki pod falbaniastymi bluzkami.
No a teraz Baśka stała przede mną, opalona, uśmiechnięta, demonstrując swój sukces:
- Patrz! - rozkazała i uniosła bluzkę, aby ukazać znacznie pomniejszone fałdy tłuszczu. - Zaraz ci powiem, jak do tego doszłam...
Nie dane mi było od razu o tym się dowiedzieć, bo u drzwi zadzwonił dzwonek. Bacha, która stała najbliżej, otworzyła je.
- Aducha, to ty? - zdziwiła się.
- Ja, ja. Ślepa jesteś czy jak?
Jej krótkie włosy, zwykle starannie uczesane, były w fatalnym nieładzie, oczy podkrążone, twarz naburmuszona, a nieświeże ubranie domagało natychmiastowego wrzucenia do pralki.
- Przyleciałam do was prosto z podróży, od razu gdy wysiadłam z auta...
- A Maksa gdzie zostawiłaś? - zainteresowałam się losem jej męża, z którym przyjaciółka na długo przed ślubem dokonała totalnego zespolenia i stworzyła przedziwną Ado-Maksowatą hybrydę. Powstanie owej hybrydy spowodowało, że po intymnych, babskich pogaduszkach i plotach tylko we trzy zostało li tylko wspomnienie.
- Kazałam mu wypakować samochód i coś ugotować. No co tak na mnie patrzycie?
- Bo wy tak zawsze razem... - powiedziałam.
- No i nadal razem jesteśmy. Aż do śmierci. - Poświeciła nam przed oczami obrączką. - I właśnie przez wzgląd na ogólnie znaną ulotność życia postanowiłam trochę pobyć osobno. Zresztą on dziś wieczorem też wychodzi na piwo.
- E tam! Pierniczenie! Pokłóciliście się i tyle! - wrzasnęła odkrywczo Baśka.
- Zaraz pokłóciliśmy. Trochę się sobą przejedliśmy - wzruszyła ramionami Ada.
- I dlatego skróciliście urlop? - z chytrym uśmieszkiem zapytała Baśka.
- Nie zdążyłam ci powiedzieć, że wygonił ich stamtąd nadmiar bieszczadzkiej dziczy - przerwałam dyskusję, bo zanosiło się, że pierwsze babskie pogaduchy po rozpadzie Ado-Maksowej hybrydy spędzimy w przedpokoju, w atmosferze bardziej sprzyjającej wymianie ciosów niż plotek.
- Chodźcie do kuchni, zrobię coś do picia - dodałam i ruszyłam tam pierwsza.
Kuchnia, poza kawiarnią Pod Czerwoną Arą, stanowiła nasze ulubione miejsce wymiany ogólnospołecznych informacji, jakimi były plotki. Ponadto zdarzało się, że w zamierzchłych, licealnych czasach służyła nam również za miejsce do nauki.
- Pijecie to co zwykle? - zapytałam.
Baśka skinęła głową, a Ada burknęła coś niezrozumiale, co przyjęłam za odpowiedź twierdzącą. Zrobiłam dwie kawy, dla Bachy i dla mnie, a Ada dostała szklankę wody z kranu.
- Gdybyś zadzwoniła wcześniej, upiekłabym też murzynek - powiedziałam do Ady, krojąc wielką babę drożdżową, która była ulubionym ciastem Baśki.
- E tam, może być ta baba - machnęła ręką i sięgnęła po kawałek, a drugą odgarnęła spadający do oka kosmyk.
- Zmieniłaś kolor. - Baśka włożyła dłoń we włosy Ady i poczochrała je energicznie, nie powodując tym ani pogorszenia, ani poprawy fryzury. - Dobrze ci w jasnym.
- Tak? A Maks upierał się przy tamtym rudym.
- No, mała, co zaszło, że skróciliście miodowy miesiąc? - zagaiła Baśka i też wzięła kawałek. - Nie mogłaś się bardziej postarać? - zwróciła się do mnie i wskazała palcem leżącą na talerzyku babkę.
- O co ci chodzi? Przecież zakalca nie ma - burknęłam, bacznie przyglądając się wskazanemu kawałkowi.
- Bo też nie o zakalec mi chodzi.
- A o co?
- Te rodzynki! Jakie małe! - z pogardą prychała na ciasto. - Przecież wiesz, że lubię te wielkie jak karaluchy!
- Innych nie miałam.
- Nie miałam, nie miałam - mruczała pod nosem i pomimo braku rodzynek wielkich niczym karaluchy dwoma gryzami rozprawiła się ze swoją porcją. - No gadaj, co tu robisz - ponagliła milczącą Adę. - I do tego bez Maksa. Mów, o co się pokłóciliście.
- Nie było żadnej kłótni. - Ada obrzuciła spojrzeniem sufit, ścianę, a potem usiadła do nas bokiem. Najwyraźniej coś było na rzeczy, a ona nie zamierzała o tym mówić. Nie dziwiłam się temu, bo do tej pory o Maksie zawsze wyrażała się w samych superlatywach. Pierwsza kłótnia musiała wywrzeć na niej wstrząsające wrażenie i z pewnością odbiła mocne piętno na nieskazitelnym dotąd wizerunku lubego.
- A co do skrócenia urlopu - ciągnęła - jest tak, jak powiedziała Józka. Wszechobecna dzicz nas stamtąd wypłoszyła.
- Ty jakaś dziwna jesteś. Najpierw przez kilka miesięcy opowiadasz barwne kawałki, jak to wypoczniecie na łonie natury, a potem narzekasz, że łono jest zdziczałe. A czego się w Bieszczadach spodziewałaś? Rozbudowanej komunikacji miejskiej? Metra? Murowanych szaletów za każdym drzewem? - zapytała Baśka, sięgnęła po nóż i ukroiła drugi kawałek babki. Podwójny.
- Ale wy jesteście nierozgarnięte - westchnęła Ada. - Spodziewałam się tam ciszy i spokoju, ale właśnie zbyt dużo dziczy było, by tego zaznać - powtórzyła powoli i wyraźnie, jakby miała przed sobą dwa przygłupy.
- Przecież, jak świat światem, nic innego tylko owa dzikość przyrody zapewnia ciszę, spokój i odpoczynek od miejskiego zgiełku - zauważyła Baśka. - Czy ty ją rozumiesz? - zwróciła się do mnie.
- Ni w ząb.
- Czy wam na uszy padło? Nie mówię o dzikości, lecz o dziczy, a to zasadnicza różnica! - błysnęła wściekle szarymi oczami. - Gdzie skierujesz wzrok, tam, cholera, turyści! Na szlaku gęsto, w lesie tak samo, chałupa dudni od wrzasków! Żebyś się, człowieku skichał, to nigdzie nie znajdziesz ani kawałka romantycznego miejsca!
- Ach, to już rozumiem... - Baśka ze współczuciem pokiwała głową.
- Ale chyba nie było tak najgorzej, bo przez telefon chwaliłaś sobie materac i Maksa... Znaczy Maksa i materac - szybko zmieniłam kolejność wymienianych przyjemności.
- Tak, ale tylko w słoneczne dni, kiedy dzicz szła na szlaki. Gdy zaczęło lać, wszyscy zwalili się do chaty. Rozpoczęły się imprezy, hałasy, latanie dzieciaków... Nie, te wspomnienia są ponad moje siły - podparła głowę ręką.
- Długo tak padało? - zapytałam ostrożnie.
- Od czwartego dnia pobytu - westchnęła.
- I lało tak przez kolejne dni?! Nie mogliście wcześniej porzucić tej dziczy i wracać?
- Nie. Ciągle liczyliśmy na poprawę pogody... - Łyknęła wody i w zadumie ugryzła kawałek babki. - Ale zmieńmy już ten temat - powiedziała. - Baśka, mów, jak było w Tunezji.
- Co tam Tunezja, zobacz lepiej, jak schudłam!
Baśce twarz pojaśniała i pokazała Adzie swój pomniejszony brzuch.
- Byłaś na diecie? Na wakacjach?! - ta zapytała z niedowierzaniem.
- A w życiu! Wcinałam wszystko, co chciałam, to znaczy robiłam tak przez jakieś dwa dni, do czasu gdy dopadła mnie jelitówka i męczyła aż do końca wyjazdu. Młody i Piotr też byli chorzy, ale krótko i przeszli to stosunkowo lekko. Lekarz powiedział, że muszę być wyjątkowo wrażliwa na te ich szczepy bakteryjne, czy jak to się nazywa. Nie powiem, ucieszyłam się. Co za wspaniałe wakacje, za rok też chcę tam jechać! - Pogładziła się po brzuchu.
Wymownie spojrzałam na Adę, a ona na mnie.
- Tia... niespotykanie droga ta kuracja odchudzająca - mruknęła. - Dobra, zmieńmy temat - powiedziała głośniej. - A co tam, Józka, u ciebie?
- Straciłam pracę... - powiedziałam ze ściśniętym sercem.
- Wyniosła Elka wywaliła cię ze swojego królestwa?! - zapytała Ada.
- Gorzej. To jej królestwo padło.
- No wiesz, kto by się spodziewał po tak dużym salonie? - zdziwiła się Baśka.
- Myślę, że nie tyle chodziło o to, że salon nie przynosił zysków, ile nie były one takie, jak oczekiwała.
- I co? Masz już na oku coś nowego? Jak nie, to może uda mi się ci pomóc coś znaleźć. Ty też powiedz, że jej pomożesz! - Baśka szturchnęła Adę.
- Ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie należę do osób, które oznajmiają wszem wobec, że mają zamiar komuś pomóc - powiedziała wyniośle Ada. - Ja działam w milczeniu i ciszy, a nie przy głośnym tarabanieniu oraz dźwięku trąb!
Ciąg dalszy w wersji pełnej