p

Kobieta w słońcu. Saga nadmorska. Tom 3 - Dorota Milli

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (29,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Pisana jest pani mi­łość!

- Mi­łość?

Aletta Ró­żań­ska z za­sko­cze­nia aż po­ru­szyła się na krze­śle i cof­nęła ręce ze stołu, na któ­rym roz­ło­żone były karty ta­rota. Zmarsz­czyła brwi, przy­glą­da­jąc się ko­lo­ro­wym ob­raz­kom, które zu­peł­nie nic jej nie mó­wiły. Ko­bieta przed nią jed­nak była pewna swo­ich słów i dla pod­kre­śle­nia ich prawdy ki­wała przy tym głową.

- Tak, mi­łość jest pani pi­sana. Brat­nia du­sza, praw­dziwe uczu­cie, po­krewne ener­gie. Dwa kie­li­chy, moja droga - do­wo­dziła z upo­rem, ude­rza­jąc pal­cem w kartę, gdzie dwie twa­rze, ko­bieca i mę­ska, zwró­cone były na­wza­jem w swoją stronę. - Poza tym cały roz­kład o tym za­pew­nia. Po­ja­wił się As Kie­li­chów i Wielki Graal Kró­lowa Kie­li­chów. To peł­nia szczę­ścia w mi­ło­ści.

- Kie­li­chy o tym de­cy­dują?

- Mó­wią nam o emo­cjach, sfera in­tymna, ko­chana.

- A mie­cze? - Aletta wska­zała na kartę. - Ten bie­dak leży, a nad nim wi­szą, jakby miały go prze­bić.

- Dzie­sięć mie­czy to znak, że zbliża się ko­niec zmar­twień i do­biega końca pe­wien cykl. Zde­cy­do­wa­nie wcho­dzi pani w nowy etap swo­jego ży­cia. To po­zy­tywna karta, cho­ciaż może na to nie wy­gląda.

Aletta nie czuła się prze­ko­nana. Pięk­nie wy­ko­nane karty ani ich układy do niej nie prze­ma­wiały, a niby miała uwie­rzyć, że pro­gno­zują przy­szłość. Myśl o spo­tka­niu mi­ło­ści wy­wo­łała w niej sprzeczne uczu­cia, od eks­cy­ta­cji po wąt­pli­wość. Py­ta­nie tylko, czy fak­tycz­nie to prawda, czy tylko ilu­zja.

Wy­słu­chała ko­lej­nych pro­gnoz cze­ka­ją­cych ją wy­da­rzeń i pełna roz­wa­żań po­że­gnała się z ko­bietą. Wy­brała się do ta­ro­cistki z po­wodu swo­jej klientki. Pani Zo­fia zgło­siła się do jej ga­bi­netu z sil­nym prze­ko­na­niem, że wła­śnie do niej miała przyjść, a ona za­pro­wa­dzi ją do szczę­ścia, po­zba­wia­jąc trosk, co po­ka­zały jej karty ta­rota. Aletta zaj­mo­wała się te­ra­pią, kie­ru­jąc w prze­my­ślany spo­sób roz­mową, po­ma­gała lu­dziom do­cie­rać do tego, co ich boli i rani. Każdy po­stęp i uzdro­wie­nie za­le­żały jed­nak od sa­mego klienta, próżno cze­kać na ze­wnętrzne siły, które zro­bi­łyby to za nas.

Przy­pa­dek Zo­fii, która kie­ro­wała się wy­rocz­nią kart i po­stę­po­wała ści­śle we­dług ich prze­kazu, cze­ka­jąc na to, co jej za­po­wie­działy, był dla Aletty zu­peł­nie nie­zna­nym te­ry­to­rium. Od­dana swo­jej pracy, do każ­dego za­da­nia pod­cho­dziła z za­an­ga­żo­wa­niem i de­ter­mi­na­cją, więc pani Zo­fia stała się dla niej wy­zwa­niem. Chciała zro­zu­mieć jej punkt wi­dze­nia, by po­tra­fić wła­ści­wie jej po­móc, dla­tego sama wy­brała się na se­sję ta­rota, żeby wie­dzieć, z czym do­kład­nie ma do czy­nie­nia.

Za­wód psy­chia­try i psy­cho­te­ra­peuty, jaki wy­ko­ny­wała z od­da­niem od lat, był dla niej nie tylko pracą, ale i pa­sją, któ­rej po­świę­cała na­wet wolny czas. Po­tra­fiła prze­kro­czyć za­le­cane gra­nice, by jak naj­sku­tecz­niej po­móc pa­cjen­towi. Do każ­dego przy­padku pod­cho­dziła in­dy­wi­du­al­nie, z wy­ro­zu­mia­ło­ścią i tro­ską, od­rzu­ca­jąc sche­maty. Sta­rała się być ela­styczna, by po­zy­skać za­ufa­nie klienta i z jego współ­pracą do­trzeć do sedna pro­blemu, i po­móc w tym, w czym była naj­lep­sza - w wy­pro­wa­dze­niu go na pro­stą i upew­nie­niu, że jak każdy za­słu­guje na spo­kój i szczę­ście.

Z pa­nią Zo­fią był jed­nak pro­blem, bo ko­bieta była ra­do­sna, jakby po­zba­wiona trosk, a wy­cze­ki­wała od niej po­mocy i po­rady. Aletta nie wie­działa jesz­cze, jak do tego po­dejść.

Opu­ściła bu­dy­nek i z głową pełną prze­my­śleń wy­szła wprost na słońce, które ją ośle­piło. Przy­jemny był wiatr, mu­ska­jący cie­płą bryzą przy­wianą znad mo­rza. W Dzień Wia­tru za­ska­ki­wał swoją ła­god­no­ścią.

Wy­cią­gnęła te­le­fon i zo­ba­czyła ko­lejną wia­do­mość od de­tek­tywa Wy­soc­kiego. Uni­kała go, jak mo­gła, wie­dząc za­ra­zem, że dłu­żej nie może od­kła­dać sprawy. Czas było zmie­rzyć się z tym, co wy­da­rzyło się w noc, gdy z po­wodu cha­osu my­śli zwią­za­nych ze śmier­cią jej ojca za­lała smutki al­ko­ho­lem, a de­tek­tyw był tym, który jej to­wa­rzy­szył.

Pa­mię­tała, że skoń­czyło się w jej miesz­ka­niu, miała prze­bły­ski, co jesz­cze mo­gło się wy­da­rzyć, i lukę w tym, do czego do­kład­nie do­szło. Wie­działa, że naj­le­piej by­łoby prze­pro­wa­dzić roz­mowę i o to wprost za­py­tać, zresztą za­le­ci­łaby to każ­dej swo­jej klientce w po­dob­nej sy­tu­acji, sama jed­nak od­su­wała to z upo­rem, nie wie­dząc, dla­czego było jej tak trudno pod­jąć się tego wy­zwa­nia.

Ro­zej­rzała się do­koła, do­piero te­raz sły­sząc wszech­obecny zgiełk mia­sta. Lato w pełni roz­go­ściło się w Ko­ło­brzegu, a wraz z nim w mie­ście po­ja­wiło się wielu tu­ry­stów i ku­ra­cju­szy, zresztą i sami miesz­kańcy lu­bili spa­ce­ro­wać nie tylko nad­mor­skimi dep­ta­kami i ale­jami, ale rów­nież miej­skimi ulicz­kami, za­glą­da­jąc do skle­pi­ków.

Znik­nęło zi­mowe uśpie­nie i wio­senne nie­śmiałe prze­bu­dze­nie, wszę­dzie tęt­niło ży­cie, wraz z roz­kwi­tem kwia­tów i szep­tem fon­tann, które ożyły, cie­sząc za­pa­chem wil­goci i ener­gią pły­ną­cej wody. Drzewa pysz­niły się wy­sy­pem li­ści, trawy in­ten­sywną zie­le­nią, mia­sto prze­szło me­ta­mor­fozę, by na nowo można się było w nim za­ko­chać.

Aletta prze­pło­szyła my­śli o mi­ło­ści, sku­pia­jąc się na ese­me­sie od de­tek­tywa. Od­pi­sała, że ma czas na kawę, li­cząc, że on go nie znaj­dzie. Od­po­wiedź przy­szła mo­men­tal­nie i mimo że nie miała ochoty, umó­wiła się z Wy­soc­kim na skwe­rze Pio­nie­rów.

Zaj­rzała do mi­ja­nej pie­karni i ku­piła słodką bułkę, po­czuw­szy na­gły głód, bo od rana nie­wiele zja­dła. Szczel­nie wy­peł­niony gra­fik nie zo­sta­wiał jej dużo wol­nego czasu. Praca na od­dziale psy­chia­trycz­nym w miej­sco­wym szpi­talu, kilka go­dzin w ty­go­dniu dy­żu­rów w przy­chodni, gdzie też po­ma­gała pa­cjen­tom i - naj­waż­niej­sze wy­zwa­nie: jej wła­sna prak­tyka i ga­bi­net, który odzie­dzi­czyła po swoim men­to­rze - po­trze­bo­wały wiele jej uwagi. Dok­tor Za­krzew­ski, wy­bitny psy­chia­tra i psy­cho­te­ra­peuta, był nie tylko jej na­uczy­cie­lem, ale także bli­skim przy­ja­cie­lem, któ­rego trak­to­wała jak ojca. Jego na­gła śmierć wstrzą­snęła jej świa­tem. To była wieża, opoka, która roz­trza­skała się w pył, co po­twier­dzały karty, przy­naj­mniej w tym upa­try­wała zbież­no­ści ze swoim ży­ciem.

Te­raz na nowo skła­dała swoją rze­czy­wi­stość, usta­wia­jąc od nowa mocny fun­da­ment, który po­now­nie za­pewni jej rów­no­wagę. Ro­biła to nie­śpiesz­nie i we wła­snym tem­pie prze­pra­co­wy­wała ża­łobę.

Men­tor Bo, jak go na­zy­wała, zo­sta­wił jej wszystko, co po­sia­dał - za­równo ga­bi­net, jak i miesz­ka­nie, o które nie­stety bę­dzie to­czyła bój z jego braćmi, nie­po­go­dzo­nymi z ostat­nią wolą i zde­cy­do­wa­nymi pod­wa­żyć te­sta­ment pro­fe­sora.

Zmo­ty­wo­wało ją to, by tym do­kład­niej po­znać prze­szłość swo­jego przy­ja­ciela, jed­nak idąc tym tro­pem, od­kryła nie­ocze­ki­wa­nie fakty zwią­zane z jej naj­bliż­szą ro­dziną. Oj­ciec, któ­rego wcze­śnie stra­ciła i zu­peł­nie nie pa­mię­tała, zgi­nął w wy­padku sa­mo­cho­do­wym, przy­naj­mniej tak brzmiała ofi­cjalna wer­sja po­dana jej przez mamę. W ga­bi­ne­cie men­tora zna­la­zła jego teczkę pa­cjenta, z któ­rej wy­ni­kało, że kilka lat le­czył się na de­pre­sję i umarł, po­peł­nia­jąc sa­mo­bój­stwo.

Za­miast więc zaj­mo­wać się prze­szło­ścią men­tora, sku­piła się na pró­bach zro­zu­mie­nia, dla­czego matka jej do­tąd tego nie wy­ja­wiła i czy w ogóle za­mie­rzała to zro­bić. Cze­kała ją po­ważna roz­mowa, choć jak na ra­zie od­kła­dała to w cza­sie. Po­winna zdo­być wię­cej in­for­ma­cji, a w tym mógł jej po­móc de­tek­tyw Wy­socki.

W dość la­ko­niczny spo­sób su­ge­ro­wał, że po­winni się spo­tkać i po­roz­ma­wiać. Aletta nie miała tylko pew­no­ści, czy cho­dziło mu o sprawę jej ojca, czy o wie­czór, który wspól­nie spę­dzili.

Za­trzy­mała się przy fon­tan­nie "Szczęk", która szu­mem wody za­głu­szała gwar i krzyki ro­ze­śmia­nych dzieci. Słońce pra­żyło na bez­chmur­nym nie­bie, a na­grzane po­wie­trze pach­niało la­tem. Po­dmu­chy wia­tru roz­no­siły kro­ple i jed­no­cze­śnie za­pach lo­dów i kawy z po­bli­skich bu­dek, roz­bu­dza­jąc ape­tyt.

Aletta ro­zej­rzała się, wy­łu­sku­jąc z oto­cze­nia wy­soką syl­wetkę. De­tek­tyw Se­ba­stian Wy­socki był dla niej ta­jem­nicą, skry­wał się za mu­rem wy­co­fa­nia i dy­stan­sem, nie­chęt­nie od­po­wia­da­jąc na jej bar­dziej oso­bi­ste py­ta­nia.

Po­znali się, gdy po­trze­bo­wała po­mocy przy roz­gry­za­niu sprawy pa­cjenta z od­działu. Na po­czątku pod­szedł do niej z nie­chę­cią, ale osta­tecz­nie bar­dzo po­mógł, za co była mu wdzięczna. Póź­niej to on po­pro­sił ją o po­moc i kon­sul­ta­cję w kwe­stii de­li­kat­nego zle­ce­nia, ja­kie do­stał. Ra­zem do­pro­wa­dzili sprawę do za­do­wa­la­ją­cego końca, a ich re­la­cja się za­cie­śniła. Wy­ni­kiem było wie­czorne spo­tka­nie w celu omó­wie­nia sy­tu­acji jej ojca. To, co po­to­czyło się da­lej, wpły­nęło na nie­zo­bo­wią­zu­jący sta­tus re­la­cji, jaka ich do tej pory łą­czyła.

- Dzień do­bry, pani Aletto. - Se­ba­stian nie po­wstrzy­mał lek­kiego uśmie­chu.

Nie umknął mu nie­pewny wzrok ko­biety. Za­sko­czyła go, nie od­pi­su­jąc na jego wia­do­mo­ści, świa­do­mie go igno­ru­jąc. Wy­da­wała się taka pewna sie­bie, w do­datku re­la­cje mię­dzy­ludz­kie nie były jej prze­cież obce, jed­nak gdy cho­dziło o nią samą, sy­tu­acja oka­zała się zgoła inna.

- W końcu zna­la­zła pani dla mnie czas.

- Je­stem bar­dzo za­pra­co­wana - rzu­ciła z unie­sioną brodą.

Aletta wi­działa za­do­wo­le­nie na jego twa­rzy, co tylko po­głę­biało jej nie­pew­ność. Wie­dział o niej wię­cej niż ona o nim, a tym sa­mym miał nad nią prze­wagę. Była to dla niej zu­peł­nie nowa i nie­kom­for­towa sy­tu­acja, bo to ona za­zwy­czaj wni­kała w umy­sły, z ła­two­ścią wy­cią­ga­jąc od in­nych in­for­ma­cje, z któ­rych two­rzyła por­tret psy­cho­lo­giczny. Z Wy­soc­kim nie­stety było zu­peł­nie pod prąd, to on po­tra­fił ją przej­rzeć i za­sko­czyć, nad czym w ogóle nie miała kon­troli.

- Tylko o to cho­dzi?

- Co pan su­ge­ruje?

- Czy nie po­winno się po­roz­ma­wiać o tym, co za­lega w du­szy? - za­py­tał, za­cho­wu­jąc po­wagę. - Unika mnie pani.

Aletta przy­gry­zła wargę, za­mie­rza­jąc, na­wet wbrew so­bie, skła­mać. Jed­nak praw­do­mów­ność była w niej tak sil­nie za­ko­rze­niona, że nie po­tra­fiła ina­czej.

- Tak! - po­twier­dziła z nie­za­do­wo­le­niem. - Czuję się nie­kom­for­towo, bo nie wiem, co się mię­dzy nami wy­da­rzyło.

- Chcia­łaby pani, by się wy­da­rzyło?

- Pa­nie Wy­socki, bez tych te­ra­peu­tycz­nych za­grań.

Ro­ze­śmiał się, pa­trząc, jak wo­kół jej twa­rzy za­wi­ro­wały loki, gdy po­krę­ciła z gnie­wem głową. Ko­bieta go fa­scy­no­wała i po­cią­gała, i nie mógł już dłu­żej tego przed sobą ukry­wać.

- Sta­ram się, by po­czuła się pani kom­for­towo.

- Do­póki się nie do­wiem, nie po­czuję.

- To może tra­dy­cyj­nie za­czniemy od kawy?

Se­ba­stian, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, pod­szedł do budki, od któ­rej niósł się aro­mat zmie­lo­nych zia­ren. Do­strzegł jej roz­cza­ro­wa­nie, ale po­sta­no­wił zro­bić to po swo­jemu mimo do­mi­nu­ją­cej po­stawy te­ra­peutki.

Aletta wy­brała ławkę skrytą w cie­niu roz­ło­ży­stego drzewa. Na­ka­zała so­bie spo­kój i wy­wa­że­nie, by ro­ze­grać to we wła­ściwy i ko­rzystny dla sie­bie spo­sób. Za­sta­no­wiła się, co w tej sy­tu­acji po­ra­dziłby jej men­tor. W ta­kich chwi­lach wy­raź­nie czuła jego brak.

- Dzię­kuję za kawę.

Ode­brała od męż­czy­zny go­rący ku­bek, wie­dząc, że za­mó­wił jej ulu­bioną. Wy­piła łyk, de­lek­tu­jąc się sma­kiem. Po­sta­no­wiła do sprawy po­dejść rze­czowo i bez emo­cji, w końcu tak samo po­ra­dzi­łaby swoim klient­kom.

- Nie­wiele pa­mię­tam z na­szego wie­czoru. Chcia­ła­bym wie­dzieć, co się wy­da­rzyło.

- Ni­czego pani nie pa­mięta?

- Wspo­mnie­nia są dość mgli­ste.

- Ale czuje pani, że na­roz­ra­biała?

- Na­roz­ra­bia­łam?!

Se­ba­stien po­ki­wał głową, z uśmie­chem pa­trząc ko­bie­cie w oczy.

- Po­ca­ło­wała mnie pani. Tak, od tego się za­częło.

***

- Po­ca­ło­wa­łam... - rzu­ciła z za­sko­cze­niem Aletta i na­piła się znów cap­puc­cino.

- A ja od­po­wie­dzia­łem - wy­ja­śnił Se­ba­stian.

- By­łam pi­jana, więc wy­ko­rzy­stał pan oka­zję.

- Ja wy­ko­rzy­sta­łem? Aletto, zwa­bi­łaś mnie do swo­jego miesz­ka­nia i to ty chcia­łaś mnie wy­ko­rzy­stać, na szczę­ście się temu prze­ciw­sta­wi­łem.

Aletta sze­rzej otwo­rzyła oczy, za­sko­czona nie tylko tym, że coś ta­kiego miało miej­sce, ale także że Se­ba­stian zwró­cił się do niej po imie­niu.

- Nie przyj­muję tego do wia­do­mo­ści. Znam samą sie­bie.

- A ja mia­łem szansę po­znać cię bli­żej, Aletto.

- Te­raz mó­wimy so­bie na ty? - za­py­tała ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Wcze­śniej sama na to na­le­gała, te­raz wo­la­łaby skryć się za ofi­cjal­no­ścią.

- Po tym, co się wy­da­rzyło...

- Co jesz­cze się wy­da­rzyło?!

- Po­szli­śmy do sy­pialni i... po­ło­ży­łem cię spać.

Aletta czuła, że to nie wszystko.

- Nie upra­wia­li­śmy seksu - pod­kre­śliła.

- Nie. - Po­krę­cił głową. - Choć było bli­sko, po­nio­sło nas...

- Wy­star­czy. - Aletta ze­rwała się z ławki i po­de­szła do ko­sza na śmieci, do­piła kawę i wy­rzu­ciła ku­bek. Po­trze­bo­wała tej chwili, by się zdy­stan­so­wać i wy­ci­szyć emo­cje.

Wró­ciła na ławkę już pełna spo­koju.

- Je­stem za­sko­czona.

- Ja rów­nież by­łem.

- Sobą. Je­stem za­sko­czona sobą.

Przyj­rzała się męż­czyź­nie, pod­su­mo­wu­jąc to, co o nim wie­działa. Nie za­uwa­żyła u niego żad­nych od­chy­leń od normy, nie do­strze­gła za­bu­rzeń. Wy­socki był pewny sie­bie, sta­bilny, jed­nak nie znała jego prze­szło­ści ani naj­bliż­szego oto­cze­nia. Trzy­mał swoją pry­wat­ność z dala od jej wni­kli­wo­ści, tym sa­mym wzmac­nia­jąc jej cie­ka­wość.

- Al­ko­hol bywa po­wo­dem wielu głupstw.

- Czyli to nie była sła­bość do mnie? - za­py­tał z roz­ba­wie­niem.

- Może jed­nak trzy­majmy się strefy za­wo­do­wej, pa­nie Wy­socki.

- Skąd ta zmiana? Od po­czątku na­szej zna­jo­mo­ści chciała pani przejść ze mną na ty, a gdy już ule­głem, pani zmie­nia zda­nie? To dość nie­sta­bilne, przy­zna pani.

- Ow­szem, przy­znaję panu ra­cję, że nie ma co łą­czyć sfery za­wo­do­wej z pry­watną. Źle się to koń­czy.

- Jak pani so­bie ży­czy - od­po­wie­dział z uśmie­chem.

- Tak bę­dzie naj­le­piej, zwa­żyw­szy na to, co chcę panu za­pro­po­no­wać. Skoro mamy tę nie­for­tunną sprawę wie­czoru za­mkniętą, przejdźmy do waż­niej­szej, do śmierci mo­jego ojca. Czy zna­lazł pan coś jesz­cze? Le­dwo go­dzę się z tym, że po­peł­nił sa­mo­bój­stwo.

Se­ba­stian spo­waż­niał, roz­wa­ża­jąc, co jesz­cze jej po­wie­dzieć. Alettę Ró­żań­ską po­znał na tyle, by wie­dzieć, jak do­cie­kliwą osobą była i że może nie od­pu­ścić, do­póki nie po­zna każ­dego szcze­gółu. Po­sta­no­wił więc po­ru­szyć inną kwe­stię, która go za­sko­czyła.

- Nie będę opi­sy­wał, jak to się wy­da­rzyło, bo to tylko bar­dziej na­ru­szy­łoby pani spo­kój.

- Po­win­nam to usły­szeć. Swoim klien­tom ra­dzę, by zmie­rzyli się ze swoim lę­kiem i prawdą, by­ła­bym nie­wia­ry­godna, gdy­bym sama przed nią ucie­kała - rze­kła z pewną wyż­szo­ścią.

Se­ba­stian po­pa­trzył w oczy ko­biety, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc od­ruch od­gar­nię­cia z jej po­liczka pa­sma wło­sów, które zdmuch­nął wiatr. Te­raz wy­da­wała mu się kru­cha, zwłasz­cza że wy­czy­tał w jej oczach wa­ha­nie.

- Na pewno pani tego po­trze­buje?

- Na­wet na­le­gam.

- Za­cznijmy więc od nie­do­po­wie­dzia­nych szcze­gó­łów, o któ­rych pani nie wspo­mniała. Pani oj­ciec, od­cho­dząc, de­cy­du­jąc się na ten dra­ma­tyczny krok, po­zo­sta­wił swoją żonę w ża­ło­bie, ale i pa­nią, je­dyne swoje dziecko - po­wie­dział, li­cząc, że sama mu to wy­zna.

- Mama bar­dzo go ko­chała, my­ślę, że dla­tego mil­czała tyle lat. Stwo­rzyła ob­raz ojca ide­al­nego, w który wie­rzy­łam, nie chciała tego nisz­czyć. Jesz­cze z nią o tym nie roz­ma­wia­łam. Przy­go­to­wuję się - wy­tłu­ma­czyła.

Se­ba­stian po­czuł roz­cza­ro­wa­nie, więc mu­siał za­py­tać o to wprost.

- Mó­wiła pani, że słabo go pa­mięta, jed­nak on pa­nią ad­op­to­wał, for­mal­nie sta­jąc się pani oj­cem.

Aletta po­krę­ciła głową, nie do­wie­rza­jąc temu, co sły­szy.

- Pa­nie Wy­socki, co pan su­ge­ruje?! - za­py­tała z obu­rze­niem.

- Nie su­ge­ruję... Ma­ciej Ró­żań­ski nie mógł być pani bio­lo­gicz­nym oj­cem, bo nie miał dzieci. My­śla­łem...

Aletta ze­rwała się z miej­sca i ru­szyła przed sie­bie, zu­peł­nie nie zwra­ca­jąc uwagi na oto­cze­nie. We­soły gwar niósł się do­koła, lecz ona była poza na­wia­sem tej ra­do­ści. Za­pę­tlona w swo­ich my­ślach i sku­piona na sło­wach, które raz po raz od­twa­rzała, by zro­zu­mieć ich sens, jed­nak wciąż go od­rzu­cała, bo był za­prze­cze­niem tego, w co wie­rzyła i co było prawdą, w jaką wro­sła.

Za­trzy­mała się przy fon­tan­nie, która de­li­katną mgiełką zwil­żyła od­sło­niętą skórę jej ra­mion. Aletta za­czerp­nęła tchu, zro­biło jej się go­rąco, po­czuła ucisk w skro­niach. Pró­bo­wała się uspo­koić, by nie wpaść w pa­nikę, jed­nak z każdą chwilą na­ra­stał w niej strach i po chwili po­śpiesz­nie chwy­tała po­wie­trze.

Silne dło­nie chwy­ciły ją za ra­miona i od­wró­ciły. Aletta mi­mo­wol­nie spoj­rzała w szare oczy, które po­ja­wiły się na jej po­zio­mie. Po­rów­nała ich od­cień z mgłą uno­szącą się na mo­kra­dłach.

- Aletto, wszystko jest do­brze - po­wie­dział Se­ba­stian, za­pew­nia­jąc, że jest bez­pieczna. Po­wta­rzał słowa uko­je­nia, aż jej od­dech zwol­nił.

- Prze­pra­szam... Nie zda­rza mi się to. Nie wpa­dam w pa­nikę.

- Zda­rza się naj­lep­szym. Trudna prawda za­zwy­czaj zwala z nóg - za­pew­nił cie­płym gło­sem, po czym chwy­cił jej dłoń i po­cią­gnął w stronę Giełdy Sta­roci, chcąc opu­ścić gło­śny i na­sło­necz­niony skwer.

Aletta nie cof­nęła ręki i bez słowa szła obok niego, po chwili wcho­dząc po­mię­dzy sto­iska wy­peł­nione an­ty­kami i sta­ro­ciami. Przy jed­nym z nich się za­trzy­mała.

- Za­wsze tu szu­ka­łam sta­rych płyt wi­ny­lo­wych dla men­tora, by miał czego słu­chać na swoim gra­mo­fo­nie. Włą­czał mu­zykę po cięż­kich se­sjach z pa­cjen­tami i za­wsze na ko­niec dnia pracy.

Se­ba­stian zro­zu­miał jej zmianę te­matu i go pod­jął.

- Sama też lu­bisz słu­chać - po­wie­dział, po­zna­jąc ją co­raz le­piej.

- Tak, za­szcze­pił we mnie tę mi­łość do prze­bo­jów z daw­nych lat. Za­bawne, chcia­łam po­znać jego prze­szłość, a od­kry­łam swoją, która nie jest taka, w jaką wie­rzy­łam.

Wcią­gnęła po­wie­trze, sta­ra­jąc się utrzy­mać rów­no­wagę, sama jed­nak myśl, że męż­czy­zna, któ­rego uwa­żała za ojca, wcale nim nie był, wy­da­wała się jak na ra­zie nie do za­ak­cep­to­wa­nia. Z tru­dem ją do sie­bie do­pusz­czała.

- Men­tor nie po­wie­dział pani prawdy - rzekł po chwili, wra­ca­jąc do ofi­cjal­nej formy, tak jak so­bie tego ży­czyła.

- O czym pan mówi? - za­py­tała, bu­dząc się z za­my­śle­nia.

Opu­ścili tłum giełdy, za­trzy­mu­jąc się pod gę­stymi ko­na­rami drzew, przez które nie mógł prze­drzeć się ża­den pro­mień słońca, przez co czuło się przy­jemny chłód.

- O tym, że Ma­ciej Ró­żań­ski nie był pani bio­lo­gicz­nym oj­cem.

Aletta wie­działa, że musi wy­ja­śnić wiele spraw, ale myśl, że men­tor, jej przy­ja­ciel, ukrył przed nią tak zna­czącą in­for­ma­cję, bar­dzo ją za­bo­lała. Za­mie­rzała po­roz­ma­wiać z matką, do­wie­dzieć się ca­łej prawdy. Za­czy­nało jej to cią­żyć, wręcz przy­tła­czać. Miała na­dzieję, że znaj­dzie się na to ła­twe wy­tłu­ma­cze­nie, które za­le­czy jej ból roz­cza­ro­wa­nia.

- Po­win­nam do­kład­nie po­znać oko­licz­no­ści jego śmierci. Mimo że Ma­ciej Ró­żań­ski nie był moim oj­cem, ofi­cjal­nie jako taki fi­gu­ruje.

- Pani Aletto, to po­li­cyjne akta.

- Och, na­prawdę - zde­ner­wo­wała się, wra­ca­jąc w pełni do rów­no­wagi. - A kto mnie pro­sił, bym zaj­rzała w akta pa­cjen­tów szpi­tala? Przy­po­mi­nam, że chro­nione ta­jem­nicą le­kar­ską.

- Po­dobno pani nie zaj­rzała.

- Oczy­wi­ście, że nie. To zła­ma­nie prawa - sko­ry­go­wała się, stu­dząc gniew.

- Więc sama pani ro­zu­mie, że nie mogę tego pani udo­stęp­nić. - Wzru­szył ra­mio­nami z pewną bez­rad­no­ścią.

- Pa­nie Wy­socki, za­trud­niam pana.

- Mam dość dużo spraw.

- Za­płacę po­dwój­nie.

- Bar­dzo pani za­leży.

- Mu­szę po­znać wszyst­kie od­po­wie­dzi na te­mat mo­jego ojca i od­kryć prze­szłość men­tora. Po­trze­buję pań­skiej po­mocy w od­na­le­zie­niu Anieli, ko­biety, która po­da­ro­wała mu jego uko­chany ze­ga­rek z de­wizką.

- Moja cena może się pani nie spodo­bać.

- Za­płacę każdą. Mam oszczęd­no­ści. Men­tor zo­sta­wił mi też swoje konto.

- Nie po­wie­dzia­łem, że to bę­dzie płatne w go­tówce.

- Kartą? - do­py­tała, tłu­miąc zwąt­pie­nie. Nie była pewna, czy po­doba jej się błysk w jego oczach.

- Ra­czej mam na my­śli uzu­peł­nie­nie in­for­ma­cji. O pani, pani Aletto.

- Mam opo­wia­dać panu o so­bie?

Bar­dziej nie mógł jej za­sko­czyć. Jego prośba jed­nak wy­wo­łała jej opór, bo mimo że dzie­liła się wie­loma rze­czami z in­nymi, miała swoje skry­wane ta­jem­nice i sła­bo­ści, któ­rych zde­cy­do­wa­nie nie chciała wy­cią­gać na świa­tło dzienne.

- Do­kład­nie. Pierw­sze moje py­ta­nie, że­bym mógł oce­nić war­tość pani współ­pracy, brzmi: dla­czego zimą no­siła pani za duży płaszcz?

Se­ba­stian miał swoje przy­pusz­cze­nia, jed­nak wo­lał usły­szeć od­po­wiedź wprost. Pa­mię­tał, jak zja­wiła się w jego biu­rze w za du­żym płasz­czu, z lo­kami za­sła­nia­ją­cymi jej część twa­rzy i w adi­da­sach, które spra­wiły, że nie sły­szał jej kro­ków. Była nie­wy­soka i drobna, a po­tra­fiła przy­kuć jego uwagę.

- To był za­kup pod wpły­wem chwili - rzu­ciła, szybko po­dej­mu­jąc de­cy­zję, naj­lep­sze wspar­cie mo­gła bo­wiem do­stać tylko od niego. Mu­siała prze­bo­leć, że szybko ją zdia­gno­zo­wał, mimo że sta­rała się to przed jego wni­kli­wym osą­dem ukryć. - Śpie­szy­łam się do pracy, a zima przy­szła nie­spo­dzie­wa­nie.

- Za­zwy­czaj zja­wia się w grud­niu - uści­ślił z po­wagą.

- O tym mó­wię. Za­stał mnie gru­dzień. Nie było mo­jego roz­miaru, a płaszcz bar­dzo mi się spodo­bał.

- Ro­zu­miem, że nie miała pani dość czasu, by po­szu­kać jed­nak in­nego w swoim roz­mia­rze, cho­ciażby w skle­pie obok? - Uśmiech­nął się na po­twier­dze­nie faktu, że Aletta jest osobą po­świę­coną pracy, cał­kiem za­po­mi­na­jącą za­dbać o sie­bie.

- Nie­stety, praca wzy­wała, pa­cjenci cze­kali. Może mi pan te­raz śmiało przy­piąć łatkę pra­co­ho­liczki.

- To już usta­li­łem na po­czątku na­szej zna­jo­mo­ści. My­śla­łem jed­nak, że kryje się za tym ja­kaś cie­kaw­sza hi­sto­ria.

- Ra­czej proza ży­cia. Czuje się pan roz­cza­ro­wany?

- Odro­binę, ale może ko­lejna od­po­wiedź bar­dziej mnie po­ru­szy. Pani Aletto, jaką miała pani przy­pa­dłość wieku dzie­cię­cego, że po­trzeba było po­mocy psy­chia­try? Pani men­tora Bo?

***

Od­pę­dzała wszel­kie nie­spo­kojne my­śli, które dziś ude­rzyły w nią z mocą, wręcz wy­trą­ca­jąc z wro­dzo­nego spo­koju i opa­no­wa­nia.

Jed­nak roz­po­częła dzień spo­koj­nie, wraz ze słoń­cem, które z im­pe­tem wpro­siło się do jej miesz­ka­nia, ogrze­wa­jąc je pro­mie­niami. Po­de­szła do okna i przyj­rzała się rzece Par­sę­cie, któ­rej fa­li­sty nurt mie­nił się iskrami. Ośle­piały ją, choć na­dal pa­trzyła, jak upo­dab­niają się w jej oczach do bro­katu w ko­lo­rach tę­czy. Ten dzień zu­peł­nie ina­czej miał wy­glą­dać, nie przy­no­sząc efektu tsu­nami, nie nisz­cząc tego, w co wie­rzyła od dziecka. Bo jak uwie­rzyć w fakt, że jej oj­ciec nim nie był?

Aletta za­trzy­mała się przed ga­bi­ne­tem, który odzie­dzi­czyła po dok­to­rze Za­krzew­skim. Po­pa­trzyła na szyld ze swoim na­zwi­skiem, pa­mię­ta­jąc, jak jesz­cze nie­dawno de­tek­tyw Wy­socki po­mógł jej go za­wie­sić. Udało jej się, stwo­rzyła sta­bil­ność i utrzy­my­wała rów­no­wagę, może z na­ci­skiem na pracę, ale zgodną z jej wy­bo­rem. Wolny czas lu­biła po­świę­cać pa­cjen­tom.

Wy­da­wało się, że po stra­cie men­tora wszystko zmie­rzało ku lep­szemu, tym bar­dziej że jej pustkę i sa­mot­ność wy­peł­niły dwie ko­biety, które zgło­siły się do niej na te­ra­pię. Po­ma­gała im wyjść na pro­stą, w pew­nym mo­men­cie prze­kra­cza­jąc nie­do­zwo­loną gra­nicę pa­cjent-te­ra­peuta. W tam­tej jed­nak chwili, w po­czu­ciu straty i utraty sta­bil­no­ści, uchwy­ciła się nici zro­zu­mie­nia i wspar­cia, ja­kie od nich do­stała.

Oka­zało się, że mimo róż­nic po­ko­le­nio­wych świet­nie się ro­zu­miały i wza­jem­nie mo­gły so­bie po­móc. Eryka była ko­bietą po czter­dzie­stce, pełną ener­gii i siły do dzia­ła­nia, a Ju­lia po dwu­dzie­stce, z wraż­li­wo­ścią i opty­mi­zmem, któ­rym chęt­nie się dzie­liła. Aletta sie­bie po­strze­gała jako oazę roz­sądku i zrów­no­wa­że­nia, nie ro­biąc nic, co by od­bie­gało od do­świad­cze­nia zdo­by­tego w psy­cho­te­ra­pii. Ich zna­jo­mość dość szybko przy­brała formę przy­jaźni i wy­peł­niła ży­cie Aletty no­wymi emo­cjami.

Po­pa­trzyła na klu­cze w swo­jej dłoni, czu­jąc wa­ha­nie. Men­tor Bo nie po­wie­dział jej o swo­jej prze­szło­ści, szczel­nie ją przed nią ukry­wa­jąc, za­bo­lało jed­nak to, że nie wy­znał jej prawdy o niej sa­mej, mimo że był jej przy­ja­cie­lem.

Wsu­nęła klucz do zamka, ale drzwi oka­zały się otwarte. Za­sko­czona na­ci­snęła klamkę i we­szła do nie­wiel­kiego ko­ry­ta­rza peł­nią­cego funk­cję re­cep­cji z ladą, krze­słami dla klien­tów, sto­ja­kiem na pa­ra­sole i an­tycz­nym ze­ga­rem usta­wio­nym w ką­cie, wy­gry­wa­ją­cym swoją wy­uczoną me­lo­dię. Do­koła wszystko wy­glą­dało tak jak za­wsze. Drgnęła, gdy w po­koju so­cjal­nym coś spa­dło na pod­łogę i roz­biło z hu­kiem. Po chwili usły­szała prze­kleń­stwo i ode­tchnęła, roz­po­zna­jąc mę­ski głos.

- Dzień do­bry, pa­nie Mi­chale - po­wie­działa, wcho­dząc do kuchni.

Całe miesz­ka­nie prze­ro­biono na po­trzeby ga­bi­netu, zna­la­zło się miej­sce na ła­zienkę, po­kój do spo­tkań su­per­wi­zyj­nych i ten naj­waż­niej­szy, któ­rego ściany wchła­niały co­raz to nowe por­cje pro­ble­mów, każdą ważną skry­waną ta­jem­nicę i emo­cje pa­cjen­tów - ga­bi­net psy­cho­te­ra­pii.

- Pani Aletto... prze­pra­szam, chcia­łem przy­go­to­wać kawę na pani przyj­ście - uspra­wie­dli­wiał się młody męż­czy­zna, wy­raź­nie wy­stra­szony.

- To miłe, ale nie­po­trzeb­nie się pan z tym śpie­szył.

Aletta przy­kuc­nęła i po­mo­gła mu zbie­rać sko­rupy fi­li­żanki. Por­ce­la­nowa z ma­lo­wi­dłami była czę­ścią kom­pletu na­le­żą­cego do daw­nej re­cep­cjo­nistki Ireny, która na swo­jej eme­ry­tu­rze po­ma­gała men­to­rowi Bo. Po jego śmierci ode­szła, by za­dbać o zdro­wie, a ona mu­siała te­raz zna­leźć ko­goś na jej miej­sce.

Po­pa­trzyła na resztki por­ce­lany w dłoni, po­ka­zu­jące, jak spon­ta­niczne i cza­sem dra­styczne sy­tu­acje spo­ty­kają nas w ży­ciu, nie­jed­no­krot­nie bez na­szej winy. Po­zba­wiają nas wspo­mnień czy rze­czy, które udo­wad­niały kru­chość ist­nie­nia i nie­trwa­łość sta­ło­ści.

- Pro­szę zo­sta­wić, bo się pani ska­le­czy. Za­raz to po­sprzą­tam.

Aletta wy­czuła jego zde­ner­wo­wa­nie, co wcale jej nie zdzi­wiło. Mi­chał Ku­szycki był jej klien­tem, a przez dziwny zbieg oko­licz­no­ści stał się tym­cza­so­wym re­cep­cjo­ni­stą do czasu zna­le­zie­nia ko­goś od­po­wied­niego na to sta­no­wi­sko. Ostat­nio za­trud­niona ko­bieta wnio­sła wię­cej pro­ble­mów niż po­żytku. Aletta nie śpie­szyła się więc z wy­bo­rem, ko­rzy­sta­jąc z po­mocy mło­dego chło­paka.

- Jak idzie wy­ko­ny­wa­nie za­dań? - Aletta z uśmie­chem po­dała mu zmiotkę.

- Sta­ram się wy­peł­nić jedno po dru­gim, ale to trudne.

Nie­śmia­łość i lęk spo­łeczny trzy­mały Mi­chała w klatce men­tal­nej. Aletta z każdą se­sją pró­bo­wała mu po­moc ją opu­ścić. Wy­ko­ny­wał za­da­nia ma­jące go bar­dziej otwo­rzyć na świat i lu­dzi, by nie ukry­wał się w stra­chu, który pa­ra­li­żo­wał ja­kie­kol­wiek dzia­ła­nia i trzy­mał w sa­mot­no­ści i od­osob­nie­niu.

Mi­chał pra­co­wał w ośrodku wcza­so­wym jako kon­ser­wa­tor sprzę­tów, cza­sem jako re­cep­cjo­ni­sta w za­stęp­stwie na noc­nej zmia­nie. Zaj­mo­wał się też scho­ro­waną matką, sta­ra­jąc się do­ra­biać, by star­czyło na jej le­kar­stwa.

- Do­brze ci idzie, z każ­dym kro­kiem tylko do przodu, pa­mię­taj, za­czyna się od tego, co sam o so­bie my­ślisz - przy­po­mniała mu z uśmie­chem.

Po­znali się przed jej ga­bi­ne­tem, gdy nad jego drzwiami wi­siał jesz­cze szyld z na­zwi­skiem dok­tora Za­krzew­skiego. Parę razy go za­gad­nęła, wi­dząc, że ma pro­blem. W końcu prze­mógł się i zde­cy­do­wał na te­ra­pię, by wyjść ze swo­ich ogra­ni­czeń.

- I że­bym zbyt­nio nie ana­li­zo­wał i nie sku­piał się tylko na so­bie.

- Nie oce­nia­jąc kry­tycz­nie każ­dego swo­jego ru­chu czy wy­po­wie­dzia­nego słowa - do­dała Aletta, nie­raz mu o tym przy­po­mi­na­jąc.

- Więc, zro­bi­łem to... Wy­bra­łem się do kina. Na po­czątku mnie to stre­so­wało, ale póź­niej się roz­luź­ni­łem i cie­szy­łem fil­mem.

Aletta za­py­tała o film, na jaki się wy­brał, i usły­szała sze­roką re­la­cję, co było w jego wy­ko­na­niu spo­rym pro­gre­sem. Te­ra­pia przy­no­siła re­zul­taty, wcze­śniej wy­cią­gała z niego słowo po sło­wie, te­raz stał się bar­dziej otwarty. Prze­pra­co­wy­wał swoje we­wnętrzne blo­kady, choć jesz­cze nie zda­wał so­bie z tego sprawy.

We­szła do ga­bi­netu z pa­ru­jącą kawą; wnę­trze roz­świe­tlało słońce, prze­ga­nia­jąc każdy cień. Aura men­tora za­ni­kała, czyli mrok, w któ­rym się lu­bo­wał. Okna za­sło­nięte ciem­nymi sto­rami, nie­prze­pusz­cza­ją­cymi na­wet świa­tła dnia, miały po­ma­gać klien­tom w zwie­rze­niach, wy­do­by­wa­jąc naj­bar­dziej skryte rany i ta­jem­nice. Ona jed­nak zde­cy­do­wała się na ja­sne za­słony, za­pra­sza­jąc do wnę­trza blask, wpro­wa­dza­jąc tym od­dech świe­żo­ści.

Obec­ność men­tora do­strze­gała w szcze­gó­łach po­miesz­cze­nia, ta­kich jak szczel­nie wy­peł­nione re­gały z książ­kami się­ga­jące sa­mego su­fitu. Dwa wy­godne fo­tele i ko­zetka po­zo­sta­wiona jako sym­bol daw­nych wy­obra­żeń o psy­cho­ana­li­zie. Nie za­mie­rzała po­zby­wać się rze­czy po men­to­rze, jego an­tycz­nego biurka z ja­snym bla­tem czy sto­liczka z gra­mo­fo­nem, który oży­wiał dźwię­kiem dawne me­lo­die.

Po­de­szła do urzą­dze­nia i wzięła z pó­łeczki pierw­szą płytę w wy­słu­żo­nej kar­to­no­wej ob­wo­lu­cie. Umie­ściła ją na plat­for­mie gra­mo­fonu i opu­ściła igłę, a po chwili roz­le­gły się pierw­sze takty mu­zyki i to­wa­rzy­szący temu szum.

Mi­łość ci wszystko wy­ba­czy,

Smu­tek za­mieni ci w śmiech,

Mi­łość tak pięk­nie tłu­ma­czy

Zdradę i kłam­stwo, i grzech.

Choć­byś ją prze­klął w roz­pa­czy,

Że jest okrutna i zła.

Mi­łość ci wszystko wy­ba­czy,

Bo mi­łość, mój miły, to ja...[1]

Aletta po­de­szła do okna za­słu­chana w słowa pio­senki. Mi­łość to ro­dzaj za­tra­ce­nia po­łą­czo­nego z uza­leż­nie­niem, jak gło­siła teo­ria. Dla niej była ra­czej nie­zgłę­bioną ta­jem­nicą, z którą się jesz­cze do­kład­nie nie zmie­rzyła. Men­tor mó­wił o niej jako o zdol­no­ści, którą jedni mogą mieć, a in­nym może nie być dana. Do­świad­czać jej można na róż­nych po­zio­mach, za­leż­nie od stop­nia wła­snej wraż­li­wo­ści. Nie­któ­rzy po­tra­fią się w niej za­tra­cić, na­wet gu­biąc sa­mego sie­bie, a inni zu­peł­nie nie pod­dają się fali unie­sie­nia, wciąż szu­ka­jąc tego, o czym tak sze­roko się mówi, pi­sze i śpiewa.

Ow­szem, prze­żyła za­uro­cze­nia, wy­da­wało się, że i za­ko­cha­nia, jed­nak po cza­sie oka­zy­wało się to je­dy­nie chwi­lową eu­fo­rią, po­żą­da­niem, które z cza­sem bla­dło, tra­cąc na zna­cze­niu. U każ­dego z jej by­łych part­ne­rów wcze­śniej czy póź­niej ujaw­niła się ja­kaś przy­pa­dłość czy za­bu­rze­nie. Z men­to­rem Bo wszyst­kie te przy­padki ana­li­zo­wali, wy­cią­ga­jąc nie­zbędne wnio­ski dla ich pracy, jed­nak ni­gdy nie po­wie­dział jej tego, co było aż tak ra­żące i kłuło w oczy, a z czego sama nie zda­wała so­bie sprawy. Po cza­sie do­strze­gła sche­mat, ja­kim się kie­ro­wała w wy­bo­rze part­nera. Wy­bie­rała ta­kich, któ­rzy po­trze­bo­wali po­mocy, a ona wła­śnie mo­gła im po­móc.

To była ko­lejna sprawa, jaką prze­mil­czał, choć i w tym mógł ją wes­przeć. Mo­gła to tłu­ma­czyć so­bie tym, że sam wzbra­niał się przed mi­ło­ścią, nie da­jąc żad­nej ko­bie­cie szansy na stwo­rze­nie z nim ro­dziny, do końca ży­cia po­zo­stał sam.

W jego ulu­bio­nym ze­garku z de­wizką, z któ­rym się nie roz­sta­wał, od­kryła gra­wer ze sło­wami mi­ło­ści i z pod­pi­sem "od Anieli", co mo­gło świad­czyć, że był w jego ży­ciu ktoś, kto go ko­chał. Dok­tor ni­gdy nie wspo­mniał tego imie­nia, dla­tego tym bar­dziej pra­gnęła od­kryć jego prze­szłość.

Się­gnęła po ze­ga­rek za­wie­szony na łań­cuszku na szyi, spraw­dza­jąc czas do cze­ka­ją­cej ją se­sji. Uśmiech­nęła się na myśl o tym spo­tka­niu, bo klientka była jej bli­ska. Przy­szła do niej kilka ty­go­dni temu, pełna nie­po­koju i nie­pew­no­ści. Pod­czas trwa­nia te­ra­pii prze­szła ogromną prze­mianę, od­bu­do­wu­jąc swoją pew­ność sie­bie. Aletta miała w tym nie­mały udział i tak jak uwiel­biała mo­ment roz­po­zna­nia i zmie­rze­nia się z za­ist­nia­łym pro­ble­mem swo­ich pa­cjen­tów, tak ten koń­cowy etap zdro­wie­nia był za­wsze naj­lep­szy. Ko­bieta stała się jej przy­ja­ciółką i wła­śnie ocze­ki­wała jej z nie­cier­pli­wo­ścią.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki