p

Kobieta bez winy i wstydu - Wojciech Eichelberger

Kup ebooka

29.00 zł
24.65 zł (24,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Woj­ciech Eichel­ber­ger:

w Nie wiem, co się zda­rzyło pod raj­skim drze­wem. Jeśli myśli­cie, że wam powiem, jak to było naprawdę, zapew­niam, że tak nie będzie. Ponie­waż jed­nak czuję się upo­ko­rzony wie­lo­let­nim obco­wa­niem z powszechną, pry­mi­tywną inter­pre­ta­cją raj­skiego mitu, chciał­bym podzie­lić się z wami moimi wąt­pli­wo­ściami, a także zapro­sić was do próby rein­ter­pre­ta­cji prze­kazu o raj­skim drze­wie.

Naj­pierw jed­nak muszę powie­dzieć parę zdań o moim reli­gijno-świa­to­po­glą­do­wym rodo­wo­dzie, bo to może być ważne pod­czas roz­mowy na tematy tak zasad­ni­cze. Jestem psy­cho­lo­giem i psy­cho­te­ra­peutą. Korze­nie mojego świa­to­po­glądu - ujmu­jąc rzecz chro­no­lo­gicz­nie - tkwią w kato­li­cy­zmie, zaś jego pień i korona wyewo­lu­owały w kie­runku bud­dy­zmu. Dzięki temu zyska­łem, jak sądzę, poży­teczny dystans wobec tra­dy­cji i mito­lo­gii chrze­ści­jań­skiej. Z dru­giej strony moje póź­niej­sze bud­dyj­skie doświad­cze­nie domaga się głęb­szego zro­zu­mie­nia nie­świa­do­mie i bez­kry­tycz­nie pochła­nia­nych - wraz z mle­kiem matki - kato­lic­kich tre­ści i obra­zów.

Jakiś czas temu, razem z Marią Malew­ską, upo­jeni suk­ce­sem cyklu Być tutaj, zło­ży­li­śmy tele­wi­zji pro­po­zy­cję pro­gramu o kobie­tach. Roz­mowy z tele­wi­zją prze­dłu­żały się, a we mnie temat się goto­wał, posta­no­wi­łem więc podzie­lić się moimi prze­my­śle­niami w cyklu spo­tkań-wykła­dów, a przy oka­zji pod­dać je publicz­nemu osą­dowi. Cie­szę się, że na sali są nie tylko kobiety, ale i paru męż­czyzn. Myślę, że to dobry znak.

Jako motto naszych spo­tkań wybra­łem cytat z książki Fri­tjofa Capry Punkt zwrotny:

Przez ostat­nie 3000 lat cywi­li­za­cja zachod­nia i poprze­dza­jące ją cywi­li­za­cje, jak rów­nież więk­szość innych kul­tur, opie­rały się na sys­te­mach filo­zo­ficz­nych, spo­łecz­nych i poli­tycz­nych, w któ­rych męż­czyźni, za sprawą swej siły, bez­po­śred­niego naci­sku lub rytu­ału, a także tra­dy­cji, prawa, języka, oby­czaju i cere­mo­niału, wycho­wa­nia i podziału pracy decy­dują o tym, jaką rolę mają kobiety odgry­wać, a jakiej nie, przy czym płeć żeń­ska jest wszę­dzie kla­sy­fi­ko­wana niżej niż męska.

Chcę się zająć tym frag­men­tem owego sys­temu domi­na­cji i repre­sji, który wiąże się z two­rze­niem i pod­trzy­my­wa­niem ste­reo­typu kobiety, pozo­sta­ją­cego w dra­ma­tycz­nej czę­sto sprzecz­no­ści z jej arche­ty­pem.

Naj­waż­niej­szym powo­dem, dla któ­rego zają­łem się tym trud­nym tema­tem, jest potrzeba spła­ce­nia przy­naj­mniej czę­ści mojego wła­snego, jak i w ogóle męskiego, kar­micz­nego długu wobec kobiet, a także chęć przyj­ścia im z pomocą. W swo­jej pracy prze­ko­nuję się wciąż na nowo, że cier­pie­nie w życiu więk­szo­ści kobiet bie­rze swój począ­tek z bez­kry­tycz­nego przyj­mo­wa­nia i uzna­wa­nia za prawdę mitów i ste­reo­ty­pów, któ­rymi prze­sy­cona jest nasza kul­tura i reli­gij­ność, nasze kon­cep­cje peda­go­giczne i oby­cza­jo­wość.

Będę się­gał do jun­gow­skiej tra­dy­cji rozu­mie­nia mitów i sym­boli, zain­spi­ro­wany w szcze­gól­no­ści lek­tu­rami ksią­żek Jose­pha Camp­bella Potęga mitu, a także Boha­ter o tysiącu twa­rzy. Prawdę mówiąc, to wła­śnie odwaga, inte­li­gen­cja i wspa­niała intu­icja Camp­bella spra­wiły, że decy­duję się na to kar­ko­łomne przed­się­wzię­cie.

-

W dzi­siej­szej roz­mo­wie chcę zakwe­stio­no­wać jed­no­znacz­nie nega­tywną inter­pre­ta­cję roli Ewy w tym, co się wyda­rzyło w Raju i dopro­wa­dzić do - choćby czę­ścio­wej - jej reha­bi­li­ta­cji. Widać gołym okiem, na jak ryzy­kowną wyprawę się tutaj wybie­ramy.

W micie o Ada­mie i Ewie mówi się, że Bóg stwo­rzył czło­wieka na wzór i podo­bień­stwo swoje. Czło­wie­kiem tym był Adam, któ­rego szybko i jed­no­znacz­nie uznano za starca, co dopro­wa­dziło do nie­unik­nio­nej kon­klu­zji, że Bóg też jest męż­czy­zną. Jeste­śmy więc skłonni wyobra­żać sobie Boga jako sędzi­wego męż­czy­znę z siwą brodą, który miał nie­zro­zu­miały kaprys stwo­rze­nia kogoś na wła­sny wzór i podo­bień­stwo, a więc "wypo­sa­że­nia" go (oprócz innych atry­bu­tów) w tę samą płeć.

Taka inter­pre­ta­cja musi budzić wąt­pli­wo­ści. Przy­pi­sy­wa­nie Bogu jakiej­kol­wiek płci jest - zde­ma­sko­waną zarówno przez histo­ry­ków, jak i misty­ków - socjo­tech­niczną mani­pu­la­cją, mającą na celu zapew­nie­nie domi­nu­ją­cej pozy­cji jed­nej z połó­wek ludz­ko­ści. Ta mani­pu­la­cja doko­nała się zresztą w erze głę­boko przed­chry­stu­so­wej. Mniej wię­cej 3000 lat póź­niej powstało w Ame­ryce liczące się femi­ni­styczne ugru­po­wa­nie, które upar­cie wyraża się o Bogu per "ona" i stara się prze­ko­nać wszyst­kich, że Bóg jest kobietą.

Myślę, że jedno i dru­gie urąga Bogu jako takiemu - nie uwzględ­nia Jego pełni i dosko­na­ło­ści. Przy­pi­su­jąc Bogu płeć, redu­ku­jemy Go bez­kry­tycz­nie do cze­goś poło­wicz­nego. Dla­czego tak trudno nam uznać, że Bóg nie ma żad­nej płci - że jest tym, co prze­kra­cza to tak pro­za­iczne roz­róż­nie­nie, bowiem prze­kra­cza wszel­kie podziały i wszelki dualizm. Na tym wła­śnie prze­cież zasa­dza się Jego boskość.

Jeśli przyj­miemy powyż­szą tezę, którą zresztą mistycy i mistyczki róż­nych reli­gii potwier­dzają swoim żywym doświad­cze­niem, wypada zadać sobie pyta­nie: jakiej płci był Adam? Czy miał jaką­kol­wiek płeć? Kto to w ogóle był Adam? Czy na pewno miał postać ludzką, tak jak to sobie wyobra­żamy? A może Adam był na przy­kład - jak suge­ruje słynny uczony i myśli­ciel Kon­rad Lorenz - oboj­na­czą komórką, która jest nie­śmier­telna w tym sen­sie, że roz­mnaża się przez podział, pro­du­ku­jąc w nie­skoń­czo­ność kolejne, iden­tyczne egzem­pla­rze. Pomi­ja­jąc sens mistyczny - w który nie chcę się tutaj zagłę­biać - pry­mi­tywna i nie­wy­spe­cja­li­zo­wana komórka oboj­na­cza jest nie­śmier­telna.

Jak pamię­tamy, pierw­sze dwie posta­cie stwo­rzone przez Boga były nie­śmier­telne. Mistycy twier­dzą, że w swej isto­cie - wol­nej od ego­cen­trycz­nego złu­dze­nia odręb­no­ści - nie­śmier­telni jeste­śmy wszy­scy. Jest więc bar­dzo praw­do­po­dobne, że to, co Adam i Ewa utra­cili w wyniku zje­dze­nia raj­skiego jabłka, nie było nie­śmier­tel­no­ścią ciała, lecz świa­do­mo­ścią nie­śmier­tel­no­ści w jej rozu­mie­niu ducho­wym. Jeśli jed­nak upie­ramy się przy nie­śmier­tel­no­ści, jako atry­bu­cie okre­ślo­nego bytu mate­rial­nego, to jedy­nym orga­ni­zmem, który go posiada, jest oboj­na­cza komórka. Roz­mnaża się ona przez podział i jest wciąż ta sama. Można powie­dzieć, że jest ona cią­gło­ścią okre­ślo­nego bytu mate­rial­nego na prze­strzeni dowol­nego czasu.

Ale wróćmy do tego, co działo się w Raju. O dziwo, Adam tro­chę się nudził i cier­piał z powodu samot­no­ści. Wtedy Bóg, kie­ro­wany zapewne współ­czu­ciem, posta­no­wił stwo­rzyć Ewę. Dla­czego Ada­mowi, temu dosko­na­łemu dziełu, stwo­rzo­nemu na wzór i podo­bień­stwo swoje, Bóg zde­cy­do­wał się przy­dać kogoś - że tak powiem - z innej bajki? Co się wła­ści­wie wyda­rzyło? Czy Bóg miał w tym jakiś zamysł, czy może uznał swoje dzieło za nie­pełne i posta­no­wił dodać do niego konieczne uzu­peł­nie­nie? Skąd się wzięła potrzeba zaist­nie­nia dru­giej płci? To są istotne pyta­nia.

Zwróćmy uwagę, że - zgod­nie z tre­ścią mitycz­nego prze­kazu - druga płeć powstała z żebra pierw­szego osob­nika. Przy­po­mina to pro­ce­dury nazy­wane we współ­cze­snej bio­lo­gii klo­no­wa­niem. W odpo­wied­nich warun­kach z frak­cji komó­rek na przy­kład mar­chewki-dawcy, powstaje cała mar­chewka, dokład­nie taka sama jak dawca. Skoro jed­nak z żebra Adama powstała Ewa, to nie mie­li­śmy tu do czy­nie­nia z pro­ce­durą klo­no­wa­nia, ponie­waż gdyby było to klo­no­wa­nie, powstałby osob­nik tej samej płci.

Wyni­ka­łoby z tego, że z jakichś istot­nych i głę­bo­kich powo­dów, osoba odmien­nej płci stała się konieczna. I tu znowu, za Loren­zem, odwo­łać się możemy do inter­pre­ta­cji komór­ko­wej. Otóż w pro­ce­sie ewo­lu­cji komórki oboj­na­cze spe­cja­li­zują się i muszą podej­mo­wać bar­dzo spe­cy­ficzne funk­cje, two­rząc bar­dziej zło­żone orga­ni­zmy. Jedną z kon­se­kwen­cji tego pro­cesu jest pola­ry­za­cja płciowa. Muszą powstać dwa różne orga­ni­zmy: jeden płci męskiej, drugi - żeń­skiej. Potem powsta­nie każ­dego nowego orga­ni­zmu może się odbyć tylko poprzez połą­cze­nie odpo­wied­nich frag­men­tów orga­ni­zmów rodzi­ców. Jak wiemy, wszyst­kie istoty bar­dziej zło­żone muszą roz­mna­żać się w ten spo­sób.

Lorenz zauważa, że histo­ria ewo­lu­cji komó­rek dosko­nale pasuje do mitycz­nego prze­kazu. Utrata fizycz­nej nie­śmier­tel­no­ści to cena, jaką życie zapła­ciło za seks. Jest oczy­wi­ste, że gdy mię­dzy komór­kami docho­dzi do "seksu", ich potom­stwo nie jest iden­tyczne z żad­nym z rodzi­ców. Staje się wypad­kową dwóch pier­wot­nych komó­rek. Koniec nie­śmier­tel­no­ści.

Poja­wia się też wiele korzy­ści - spe­cja­li­za­cja, wyż­szy poziom roz­woju, a także odsu­nię­cie zagro­że­nia dege­ne­ra­cji i pod­trzy­ma­nie szansy dal­szej ewo­lu­cji. Wszystko to nie mogłoby mieć miej­sca, gdyby w nie­skoń­czo­ność repro­du­ko­wany był ten sam geno­typ.

W pro­gra­mie o sek­sie z tele­wi­zyj­nego cyklu Być tutaj zasta­na­wia­li­śmy się, w jaki spo­sób powstali kobieta i męż­czy­zna i skąd ta ogromna siła przy­cią­ga­nia, którą odczu­wamy jako nie­skoń­czone pra­gnie­nie powrotu do pier­wot­nej jed­no­ści. Zapro­po­no­wa­li­śmy nastę­pu­jącą sytu­ację: arkusz bri­stolu podziur­ko­wany był tak, że linia podziału prze­bie­gała jak w puz­zlach.

Ja uchwy­ci­łem jedną połowę, a moja part­nerka drugą. Szarp­nę­li­śmy i ja zosta­łem z wypustką, a ona z zagłę­bie­niem. Reali­za­tor uznał tę scenę za nie­smaczną i nie­mo­ralną. Na szczę­ście, po dłuż­szej dys­ku­sji, dopusz­czono ją do mon­tażu. Potem chcie­li­śmy spa­ra­fra­zo­wać krótko to, co się wyda­rzyło w Raju: ja mia­łem moją część z wypustką przy­mie­rzyć i na ten widok okrop­nie się zawsty­dzić. Moja part­nerka miała zro­bić to samo ze swoim zagłę­bie­niem. Na to reali­za­tor już nie wyra­ził zgody. Nie­winny "seks" komór­kowy oka­zał się por­no­gra­fią.

Ale wróćmy do początku. Z jakichś powo­dów - Bogu tylko zna­nych - pierw­sza istota mia­łaby zostać podzie­lona na dwie czę­ści: jedną z wypustką i drugą z zagłę­bie­niem. Wypustka i zagłę­bie­nie są przy tym podziale konieczne. Służą do wymiany wyspe­cja­li­zo­wa­nych komó­rek roz­rod­czych. Gdyby ewo­lu­cyjny arkusz prze­rwał się po linii pro­stej, dopro­wa­dzi­łoby to tylko do pro­stego podziału komórki. Nie uru­cho­miłby się cały pro­ces prze­miany i boskie dzieło stwo­rze­nia czło­wieka być może nie mogłoby zostać dokoń­czone. Dla­czego więc Ewa mia­łaby powstać z żebra Adama? Camp­bell twier­dzi, że ten frag­ment mitu wska­zuje na to, iż na początku Ewa była czę­ścią Adama, jego aspek­tem. To zga­dza­łoby się z naszą tezą, że pier­wot­nie Adam był istotą bez płci lub też dwu­pł­ciową i w któ­rymś momen­cie nastą­piło wyod­ręb­nie­nie z oboj­na­czego Adama aspektu zwa­nego Ewą, czyli kobiety.

Przy­pusz­cze­nie, że Ewa może być wyod­ręb­nio­nym aspek­tem Adama, sta­wia ją w zupeł­nie innym świe­tle. Oka­zuje się bowiem, że nie jest ona jakimś roz­ryw­ko­wym, czy pomoc­ni­czym dodat­kiem do męż­czy­zny, jak suge­ruje kate­che­tyczny prze­kaz, tylko rów­no­praw­nym aspek­tem jed­no­li­tego i dosko­na­łego boskiego dzieła, które następ­nie z woli Stwórcy zostało podzie­lone na dwie czę­ści. Nawia­sem mówiąc, nie sły­sza­łem, żeby ktoś trzy­ma­jący się twardo litery tego mitu zapy­tał, dla­czego Stwórca nie stwo­rzył Ada­mowi do towa­rzy­stwa dru­giego Adama, tylko istotę wypo­sa­żoną w macicę, jaj­niki, pochwę i piersi, gotową do seksu i rodze­nia dzieci. Widać wyraź­nie, że fun­da­men­ta­li­ści uwi­kłali kobietę w sytu­ację bez wyj­ścia, w któ­rej oskarża się ją i karze za to, do czego została przez Boga stwo­rzona.

Nic dziw­nego, że tak wiele kobiet żyje w świa­do­mym - a czę­ściej nieświa­do­mym - prze­świad­cze­niu, że nie ma dla nich miej­sca na tym świe­cie i że są czymś w rodzaju boskiej pomyłki.

Odważmy się pomy­śleć, że męż­czy­zna i kobieta poja­wili się na tym świe­cie dopiero wtedy, gdy stwo­rzona została Ewa. Rów­na­łoby się to stwier­dze­niu, że Adam, jako osob­nik płci męskiej, poja­wił się w tym samym momen­cie co Ewa, czyli że męż­czy­zna i kobieta zostali stwo­rzeni jed­nym aktem Stwórcy. Zwróćmy uwagę, że taki ewen­tu­alny prze­bieg wyda­rzeń kłó­ciłby się z powszech­nym poglą­dem uzna­ją­cym seks za grzech. Jeśli uznamy, że ów podział na dwa aspekty nastą­pił za sprawą Pana Boga - a któż inny mógłby tego doko­nać - zna­czy­łoby to, że seks jest imma­nentną czę­ścią boskiego planu, że seks jest dzie­łem Stwórcy. Dzie­łem Stwórcy są bowiem dwie płcie, które w spo­sób natu­ralny, ze względu na to pier­wotne - zapewne bole­sne - roz­dzie­le­nie, mają ten­den­cje dąże­nia ku sobie. W ten spo­sób powszechna i naiwna inter­pre­ta­cja grze­chu pier­wo­rod­nego, jako skutku sek­su­al­nego uwie­dze­nia Adama przez Ewę, tak głę­boko zako­rze­niona w naszych umy­słach, mogłaby wresz­cie odejść do lamusa.

Wiem, że wywa­żam otwarte drzwi i mówię tru­izmy, które dla świa­tłych inter­pre­ta­to­rów mitu o Ada­mie i Ewie są oczy­wi­ste. Tu i ówdzie możemy o tym prze­czy­tać albo usły­szeć. Ale dla­czego tak rzadko i tak cicho? Skąd ta cen­zura? Dla­czego popu­larna inter­pre­ta­cja mitu jest tak naiwna, a zara­zem tak nie­przy­chylna kobie­cie? Odpo­wiedź jest w swej pro­sto­cie wręcz mark­si­stow­ska: popu­larna inter­pre­ta­cja raj­skiego mitu jest poręcz­nym i nie­za­stą­pio­nym narzę­dziem słu­żą­cym repre­sjo­no­wa­niu i utrzy­my­wa­niu w zależ­no­ści od męż­czyzn kobie­cej połowy ludz­ko­ści.

Zasta­nówmy się raz jesz­cze, w jaki spo­sób mógł się doko­nać podział na dwie płcie i co składa się na każdą z oddzie­lo­nych od sie­bie czę­ści. Sprawa nie jest taka pro­sta, jak suge­ro­wa­łoby tele­wi­zyjne uję­cie z arku­szem bri­stolu. Nie jest tak, że w pier­wot­nej jed­no­ści po pra­wej stro­nie był męż­czy­zna, a po lewej kobieta. Gdy uważ­niej przyj­rzymy się rela­cji czę­ści do cało­ści - tak jak to od tysiąc­leci czy­nili mistycy, a ostat­nio także fizycy, bio­che­micy i bada­cze cha­osu - zoba­czymy, że każdy - nawet naj­mniej­szy - frag­ment posiada wszyst­kie atry­buty cało­ści, na którą się składa. Część nie jest różna od cało­ści, całość nie jest różna od czę­ści. Dokład­nie tak, jak to ma miej­sce w struk­tu­rach frak­tal­nych.

Jeżeli tak, to zarówno kobieta, jak i męż­czy­zna, w każ­dej swo­jej czę­ści, w każ­dym frag­men­cie są jed­no­li­cie nasy­ceni męsko­ścią i kobie­co­ścią. Oczy­wi­ście nastą­piła pola­ry­za­cja, która spo­wo­do­wała, że w jed­nej z tych czę­ści zaczął domi­no­wać aspekt męski, a w dru­giej kobiecy. Dobrą ana­lo­gią jest tu magnes, który zawsze ma dwa bie­guny. Jeśli podzie­limy więk­szy magnes na dwie czę­ści, otrzy­mamy dwa iden­tyczne magnesy, które będą się przy­cią­gać albo odpy­chać, w zależ­no­ści od tego, którą stroną się do sie­bie zwrócą. Na podob­nej zasa­dzie gra­nice tego co męskie i kobiece są w każ­dym z nas bar­dzo płynne; każda kobieta jest zarówno kobietą, jak i męż­czy­zną, a każdy męż­czy­zna jest zarówno męż­czy­zną, jak i kobietą. Żeby się o tym prze­ko­nać, wystar­czy przez kilka tygo­dni brać odpo­wied­nie dawki hor­mo­nów. Oka­zuje się wtedy, że płeć, któ­rej jeste­śmy pewni jako cze­goś danego nam raz na zawsze, zanika i prze­ista­cza się w swoje prze­ci­wień­stwo. Na pozio­mie fizjo­lo­gii i struk­tury uzy­sku­jemy więc kla­rowne potwier­dze­nie tego, że obie płcie są czę­ścią tej samej cało­ści, choć na szczę­ście - jak mówią Fran­cuzi - ist­nieje mię­dzy nimi ta jedna mała róż­nica.

Możemy więc poku­sić się o to, aby mitowi o naro­dzi­nach Adama i Ewy nadać inny wymiar. Wymiar rela­cji nie tylko mię­dzy dwoma osob­ni­kami, dwoma bytami, ale rela­cji wewnętrz­nej, gdzie aspekt męski i żeń­ski zostały wyod­ręb­nione poprzez sam fakt, że jeden z nich domi­nuje.

Psy­cho­lo­gicz­nie rzecz bio­rąc, roz­wój męż­czy­zny polega - od pew­nego momentu - na budze­niu swo­jego aspektu żeń­skiego. Nato­miast roz­wój kobiety - w jej doj­rza­łym życiu - polega na budze­niu aspektu męskiego. W ten spo­sób rów­nież w naszym wewnętrz­nym życiu dążymy do jed­no­ści, do dopeł­nie­nia.

Męż­czy­zna i kobieta poszu­kują się w życiu i spo­ty­kają po to, aby się od sie­bie wza­jem­nie uczyć. Męż­czy­zna spo­tyka kobietę po to, żeby uczyć się od niej kobie­co­ści, a kobieta spo­tyka męż­czy­znę po to, aby uczyć się od niego męsko­ści.

Jeśli chcemy wyobra­zić sobie, jak to może wyglą­dać, warto odwo­łać się do zna­nego sym­bolu jin-jang, dwóch sple­cio­nych w płasz­czyź­nie koła ryb. Każda z nich wypeł­nia taką samą ilość wspól­nej prze­strzeni i obie two­rzą całość. Jedna jest biała, a druga czarna, ale jedna ma białe oczko, druga oczko czarne.

Biały repre­zen­tuje jang, czyli to, co w kon­cep­cji tao­istycz­nej nazywa się ele­men­tem męskim. Czarny repre­zen­tuje jin, czyli to, co nazy­wamy ele­men­tem kobie­cym. Ude­rza­jące, jak bar­dzo har­mo­nijna i syme­tryczna jest rela­cja męskiego i żeń­skiego. Jak bar­dzo inna od domi­nu­ją­cej postawy Adama wobec Ewy. Czas już roz­wa­żyć stan umy­słu Adama, a potem stan umy­słu Adama i Ewy, zanim zdą­żyli zjeść zaka­zany owoc.

Stan umy­słu Adama jest zasta­na­wia­jący. Z jakiego powodu ktoś stwo­rzony przez Boga na wzór i podo­bień­stwo Jego samego, a więc uczest­ni­czący w boskiej jaźni, wręcz sto­piony z nią, miałby czuć się samotny i znu­dzony? Wpraw­dzie w raju rosło Drzewo Wia­do­mo­ści Dobrego i Złego, ale owoc roz­róż­nie­nia nie został prze­cież jesz­cze skosz­to­wany.

W inter­pre­ta­cji jogicz­nej, z którą zetkną­łem się czy­ta­jąc słynną auto­bio­gra­fię Yoga­nandy, Drzewo Wia­do­mo­ści Dobrego i Złego repre­zen­tuje ten sto­pień roz­woju cen­tral­nego układu ner­wo­wego, na któ­rym poja­wia się samo­świa­do­mość. Drzewo ze swoją koroną, pniem i korze­niami to sche­ma­tyczny obraz naszego układu ner­wo­wego: mózg, rdzeń, roz­ga­łę­zie­nia krzy­żowe. Zje­dze­nie owocu to uzy­ska­nie dostępu do cze­goś, co znaj­duje się wysoko i jest uko­ro­no­wa­niem ist­nie­nia drzewa, zawiera w skon­den­so­wa­nej for­mie całą jego ener­gię. Dzięki ewo­lu­cyj­nym prze­kształ­ce­niom i przy­ję­ciu pio­no­wej postawy cen­tralny układ ner­wowy czło­wieka osiąga zdol­ność do kana­li­zo­wa­nia ener­gii tak potęż­nej, że staje się świa­domy sam sie­bie i w kon­se­kwen­cji ulega ilu­zji wła­snego, odręb­nego ist­nie­nia. To tak, jakby prze­wód elek­tryczny, który roz­grzał się do czer­wo­no­ści pod wpły­wem wiel­kiej ener­gii, którą prze­wo­dzi, uznał, że zaczął świe­cić wła­snym świa­tłem.

Lama bud­dyj­ski Czo­gjam Trungpa Rin­po­cze, w swo­jej książce Wol­ność od ducho­wego mate­ria­lizmu porów­nuje to, co się stało po zje­dze­niu owocu, do sytu­acji ziarnka pia­sku na pustyni, które nagle uzy­skuje tak wiele ener­gii, że zaczyna wiro­wać i tym samym wyod­ręb­niać się z oce­anu nie­ru­cho­mych zia­re­nek, choć w isto­cie pozo­staje na­dal drob­niut­kim, iden­tycz­nym z pozo­sta­łymi, frag­men­tem nie­zmie­rzo­nej pustyni.

Czyżby więc Adam zaczął wiro­wać za mocno, zanim jesz­cze Ewa poczę­sto­wała go jabł­kiem? Czyżby to on pierw­szy popeł­nił grzech roz­róż­nie­nia? To by tro­chę tłu­ma­czyło jego zaska­ku­jące odczu­cie samot­no­ści i zasta­na­wia­jącą podat­ność na per­swa­zję Ewy. Ale porzućmy tę rewo­lu­cyjną tezę i uznajmy, że póki owoc nie został zje­dzony, nasi pra­ro­dzice nie mieli świa­do­mo­ści swego odręb­nego ist­nie­nia.

Było to ist­nie­nie raj­skie, nie­wy­odręb­nione z pola siły Stwórcy. Bez­tro­skie, wolne od samo­świa­do­mo­ści, a więc też wolne od egzy­sten­cjal­nego cier­pie­nia.

Czyż więc można ich winić za skosz­to­wa­nie owocu, skoro byli tak bez­gra­nicz­nie nie­winni, zanim to zro­bili?

Czy w nie­win­nym umy­śle Ewy, pozo­sta­ją­cej w jed­no­ści z Bogiem, mogła w ogóle powstać myśl o posłu­szeń­stwie czy nieposłu­szeń­stwie? Na pewno nie. Wygląda więc na to, że owoc samo­świa­do­mo­ści musiał poja­wić się w umy­słach tak wysoko roz­wi­nię­tych istot jak Adam i Ewa sam z sie­bie, a nie na sku­tek czy­je­go­kol­wiek nie­po­słu­szeń­stwa. Twier­dzę, że tu dopiero nad­szedł czas praw­dzi­wej próby - gdy, wraz z poja­wie­niem się samo­świa­do­mo­ści, po raz pierw­szy poja­wiła się moż­li­wość wyboru, a więc odpo­wie­dzial­ność. Próba pole­gała na tym, co Adam i Ewa z owo­cem samo­świa­do­mo­ści zro­bią. Czy go zje­dzą, czyli uznają za swoją wła­sność, czy go ofia­rują Stwórcy? Zgod­nie z mitycz­nym prze­ka­zem to wła­śnie Ewa pierw­sza zde­cy­do­wała się uznać ten owoc za swój. Bóg jeden wie, czy to prawda.

Kim wobec tego był wąż, który skło­nił Ewę do zje­dze­nia jabłka? W inter­pre­ta­cji jogicz­nej wąż jest sym­bo­lem ener­gii kun­da­lini, wspi­na­ją­cej się po pniu krę­go­słupa i nie­uchron­nie dążą­cej do korony mózgu. W swej wędrówce ku górze ener­gia kun­da­lini musi wydać owoc samo­świa­do­mo­ści. Czyżby więc Bóg wybrał Ewę, by dokoń­czyć swo­jego dzieła i spra­wić, by życie mogło zacząć się odra­dzać? Wszystko to uwal­nia­łoby Ewę przy­naj­mniej od podej­rzeń o grzech pychy i nie­po­słu­szeń­stwa. Ale to ona spro­wa­dziła na złą drogę Adama! - wykrzykną wszy­scy. Jeśli nawet - to kto powie­dział, że nama­wia­jący jest bar­dziej winny niż ten, który dał się namó­wić? Dla­czego Adam uległ tak łatwo i nie potra­fił obro­nić za sie­bie i za Ewę ich szcze­gól­nego i praw­dzi­wego związku ze Stwórcą? Sam Bóg zajął jasne sta­no­wi­sko w tej spra­wie, wypę­dza­jąc z Raju zarówno Ewę, jak i Adama. Ale wygląda na to, że więk­szość męż­czyzn i wiele kobiet podej­rzewa w tym miej­scu Boga o zasto­so­wa­nie niespra­wiedliwej zasady "odpo­wie­dzial­no­ści zbio­ro­wej", krzyw­dzą­cej bied­nego, naiw­nego Adama.

Ceną, jaką pła­cimy za przy­własz­cze­nie sobie przez naszych pra­ro­dzi­ców owocu samo­świa­do­mo­ści, jest poja­wie­nie się roz­róż­nia­ją­cego umy­słu, który oddzie­lił nas od Stwórcy, wyod­ręb­nił z jed­no­li­tej, wszech­ogar­nia­ją­cej prze­strzeni ist­nie­nia i ska­zał na wieczne, samotne poszu­ki­wa­nie utra­co­nego Raju, czyli podej­mo­wa­nie cią­gle od nowa wysiłku trans­cen­den­cji. W ten spo­sób Ewa wespół z Ada­mem dopro­wa­dzili do tego, że czło­wiek stał się takim, jakim go znamy.

O ile bowiem nie możemy być do końca pewni, że tym, co nas, ludzi, odróż­nia od zwie­rząt, jest zdol­ność do myśle­nia, o tyle mamy pew­ność, że spo­śród wszyst­kich zwie­rząt czło­wiek jest jedy­nym gatun­kiem zdol­nym do two­rze­nia reli­gii, jedyną istotą ska­zaną na poszu­ki­wa­nie samej sie­bie.

Ci, któ­rzy patrzą na świat z punktu widze­nia mistycz­nego wglądu prze­kra­cza­ją­cego roz­róż­nie­nia, nazwy i kon­cep­cje, twier­dzą, że od momentu zje­dze­nia owocu z Drzewa Wia­do­mo­ści Dobrego i Złego - jak to zgrab­nie ujął Allan Watts w swo­jej książce Tabu of Kno­wing Who You Are - Bóg sam ze sobą bawi się w cho­wa­nego.

Dodajmy, że Bóg sam sie­bie zakle­puje, gdy jakiś czło­wiek doświad­cza tego, co zwane jest prze­bu­dze­niem lub oświe­ce­niem.

Jeśli więc chcemy sądzić Ewę, to naj­pierw każdy musi sam w swoim sercu roz­strzy­gnąć odpo­wiedź na dwa pyta­nia. Po pierw­sze: czy Ewa była nie­po­słuszna, czy też może, nie wie­dząc o tym, została zapro­szona do zabawy? Po dru­gie: czy jest jej wdzięczny za to, że mógł poja­wić się na tym świe­cie w ludz­kiej for­mie, ska­zany na zabawę w cho­wa­nego ze Stwórcą?

głos z sali:

Wyja­śnij nisz­czący aspekt kobiety.

w Nie tyle kobiety, ile ener­gii zwa­nej "kobiecą". Wiąże się on z takim dzia­ła­niem, które zaokrą­gla kanty, ale i kwe­stio­nuje skoń­czone formy, roz­mywa, roz­kłada. Na przy­kład rdza, wil­goć, woda, gni­cie, fer­men­ta­cja, to fizyczne i bio­lo­giczne przy­kłady pro­ce­sów, któ­rymi kobiecy aspekt natury posłu­guje się w dziele przy­go­to­wy­wa­nia miej­sca i pokarmu dla nowego życia. Nisz­czone jest wszystko, co stare, bez­u­ży­teczne, nie­przy­datne. Zwróćmy uwagę, że to, co jawi nam się jako nisz­cze­nie, jest w grun­cie rze­czy prze­ja­wia­niem się życia jako takiego.

Pew­nie dla­tego męż­czyźni czę­ściej są kolek­cjo­ne­rami, bar­dziej niż kobiety przy­wią­zują się do owo­ców swo­jej pracy, wła­snego myśle­nia, pomy­słów, idei czy ide­olo­gii, któ­rych bro­nią zażar­cie w nie­koń­czą­cych się woj­nach. Ina­czej niż kobiety, które łatwiej dostrze­gają względ­ność ide­olo­gii czy dok­tryny. Kobiety stają się czę­sto - jak poka­zuje histo­ria - inspi­ra­tor­kami nisz­cze­nia tego, co stare. W związ­kach to na ogół one prą do zmiany, szu­kają inspi­ra­cji, pomy­słów, stają się wyzwa­niem dla swo­ich męż­czyzn.

głos kobiecy:

Jak można wyja­śnić fakt, że poziom roz­woju Adama i Ewy był tak niski, iż nie mieli samo­świa­do­mo­ści? Skoro byli stwo­rzeni na obraz i podo­bień­stwo Boga, powinni być dosko­nali. Czy wynika z tego, że Bóg nie ma samo­świa­do­mo­ści, czy że samo­świa­do­mość została im ode­brana?

w To bar­dzo cie­kawe pyta­nie. Nie­wielu odważa się je zadać. Pyta pani innymi słowy, czy Bóg jest świa­domy sam sie­bie? Jak odpo­wie­dzieć na takie pyta­nie? Mistrzo­wie zen słusz­nie ostrze­gają: "Jeśli tylko otwo­rzysz usta, wpad­niesz jak strzała pro­sto do pie­kła" - mając na myśli pie­kło roz­róż­nia­ją­cego umy­słu.

Bóg, zapy­tany na górze Synaj o to, kim jest, odpo­wie­dział: "Jam jest, który jest". Innej odpo­wie­dzi na to samo pyta­nie udzie­lił pierw­szy patriar­cha zen, wielki bud­dyj­ski święty, Bodhi­darma. Odpo­wiedź brzmiała: "Nie wiem". Inny mistrz zen powie­dział, że poprzez prze­bu­dze­nie wszech­świat uświa­da­mia sobie sam sie­bie.

głos męski:

Choć jestem ate­istą, sza­nuję Pismo Święte i dla mnie jest ono spójne, co naj­wy­żej nie­zro­zu­miałe. Uwa­żam, że tam nie ma nie­po­ro­zu­mień i błę­dów. Jest to tylko kwe­stia głę­bo­ko­ści wglądu. Czuję, że obra­żasz Pismo Święte stwier­dze­niem, że to a to jest nie­kon­se­kwent­nym aspek­tem mitu. Moim zda­niem wszystko jest kon­se­kwentne. Jeżeli stwier­dzimy, że nie, możemy uznać, że jest to histo­ria stwo­rzona przez jakichś face­tów, aby ste­ro­wać kobie­tami.

w Pro­rocy rzadko piszą sami. Ich słowa są zapi­sy­wane przez uczniów nie­ko­niecz­nie wol­nych od ziem­skich przy­wią­zań. To co zapi­sane, nie jest więc bez­po­śred­nim, żywym prze­ka­zem. Z cza­sem bywa pod­da­wane cen­zu­rze i korek­tom - może prze­kształ­cić się w dogmat i dok­trynę słu­żącą ludziom do reali­za­cji ich doraź­nych, "ziem­skich" celów i masko­wa­nia defi­cytu rze­tel­nych, ducho­wych aspi­ra­cji. Spo­tka­łem parę lat temu kato­lic­kiego zakon­nika, który swoim licz­nym uczniom mówił: "Im bar­dziej pokre­ślone jest twoje Pismo Święte, im wię­cej adno­ta­cji i zna­ków zapy­ta­nia, tym lepiej to o tobie świad­czy".

głos kobiecy:

Zain­try­go­wało mnie, że w pana inter­pre­ta­cji kobieta jest osobą nisz­czącą, ale i poszu­ku­jącą, pod­czas gdy znane mi dotych­czas inter­pre­ta­cje arche­typu kobiety pod­kre­ślały, że kobieta jest istotą zacho­waw­czą i nie roz­wi­ja­jącą się.

w To krzyw­dzące i nie­praw­dziwe. Wystar­czy przy­po­mnieć sobie Ewę.

głos kobiecy:

Wydaje mi się, że w tym, co powie­dzia­łeś, jest cudowny para­doks, ponie­waż ta sama świa­do­mość, która na sku­tek oddzie­le­nia stała się świa­do­mo­ścią roz­róż­nia­jącą, w doświad­cze­niu reli­gij­nym, mistycz­nym czy ducho­wym staje się świa­do­mo­ścią otwie­ra­jącą ponow­nie bramę do Raju, czyli świa­do­mo­ścią jed­no­ści, nie­roz­róż­nia­nia, do któ­rej tak bar­dzo tęsk­nimy.

w Zgoda.

głos kobiecy:

Jak postrze­gasz zmianę pozy­cji kobiety w spo­łe­czeń­stwie w związku z tym, że dopusz­czalne są różne inter­pre­ta­cje tego mitu? Czy zauwa­żasz jakiś pro­ces czy trend, który powo­duje zmianę pozy­cji kobiety?

w Myślę, że taki trend jest wyraźny, choć może nie do końca uświa­do­miony i wyar­ty­ku­ło­wany. Nato­miast nie­świa­dome impli­ka­cje popu­lar­nej inter­pre­ta­cji tego mitu są w swo­ich skut­kach nie­spra­wie­dliwe i nisz­czące dla kobiety. Rzec można: wołają o pomstę do nieba.

Z dru­giej strony, wyła­nia­jący się z tej popu­lar­nej inter­pre­ta­cji arche­typ męż­czy­zny jest też upo­ka­rza­jący dla męż­czyzn. Adam jawi się nam tutaj jako naiwny pół­głó­wek, który naj­pierw dał się namó­wić na coś, o czym nie miał zie­lo­nego poję­cia, a potem miał jesz­cze o to pre­ten­sje. Do dziś dnia ma pre­ten­sje i żyje złu­dze­niem, że jest pier­wo­rod­nym dziec­kiem Boga, które spro­wa­dzono na złą drogę. W kon­se­kwen­cji męż­czyźni uzur­pują sobie prawo do bycia boskimi namiest­ni­kami i od wie­ków w imię Boga karzą, poni­żają, kon­tro­lują i eks­plo­atują kobiety. Mało tego, dzielą je i napusz­czają na sie­bie nawza­jem. Dopro­wa­dzili mię­dzy innymi do tego, że matka czę­sto bywa wro­giem wła­snej córki - o czym wię­cej powiemy przy innej oka­zji.

Męż­czy­zna jest czę­sto nie­doj­rzały i nie­szczę­śliwy. Mimo to, jako pier­wo­rodny syn Boga, czuje się zwol­niony z obo­wiązku pracy nad sobą, chęt­nie nato­miast zabiera się za zmie­nia­nie świata i rzą­dze­nie, nie zauwa­ża­jąc faktu, że nie jest nawet w sta­nie kon­tro­lo­wać wła­snej sek­su­al­no­ści. Z dru­giej strony drze­mie w nim lęk i nie­pew­ność uzur­pa­tora, doma­ga­ją­cego się nie­ustan­nych pochwał i zaszczy­tów.

Odpo­wie­dzial­no­ścią za sek­su­alne zacho­wa­nia męż­czyzn obar­czane są kobiety. Ten pogląd do dziś nie­świa­do­mie kształ­tuje nasze oby­czaje, prawo i prak­tykę sądow­ni­czą. Na szczę­ście wiele się w tej spra­wie zmie­nia, szcze­gól­nie w Ame­ryce. Słyn­nego bok­sera Tysona ska­zano za gwałt, choć dziew­czyna, którą zgwał­cił, dobro­wol­nie przy­je­chała o pierw­szej w nocy do jego hote­lo­wego pokoju. W naszym kraju taki wyrok długo jesz­cze nie będzie moż­liwy.

głos kobiecy:

Czy mógł­byś powtó­rzyć - bo umknęło to mojej uwa­dze - co mówi­łeś o sym­bolu ener­gii kun­da­lini?

w Wąż jest sym­bo­lem ener­gii, która dąży do coraz wyż­szych rejo­nów świa­do­mo­ści. Jed­nym z pierw­szych eta­pów tej wędrówki jest samo­świa­do­mość, czyli świa­do­mość "ja". Następne etapy podróży pozwa­lają prze­kro­czyć złu­dze­nie "ja" i doświad­czyć prze­bu­dze­nia - innymi słowy uświa­do­mić sobie, że - tak naprawdę - nie opu­ści­li­śmy ni­gdy Raju. Co noc wra­camy do raju pod­czas snu, kiedy nie mamy świa­do­mo­ści tego, kim jeste­śmy, tego, że śpimy, że ist­nie­jemy. Jaki z tego poży­tek? Nie­wąt­pli­wie taki, że nasze ciało i umysł wypo­czy­wają i rege­ne­rują się. Ale w wymia­rze ducho­wym - żaden. Dopiero gdy wej­dziemy w podobny stan z jasnym umy­słem, budzimy się w Raju, pozo­sta­jąc dokład­nie w tym miej­scu, w któ­rym sto­imy.

głos kobiecy:

Dobrze mi się tego wszyst­kiego słu­chało, ale ja wyro­słam w zupeł­nie innej bajce. Przy­glą­dam się temu pysz­nemu daniu, które tu przed­sta­wi­łeś i wiem, że jest inspi­ru­jące, tylko nie mam poję­cia jak to zjeść, jak się do tego dobrać. Jestem ina­czej wycho­wana i nie mogę tego zasy­mi­lo­wać. Ale czuję, że to jest to.