Wojciech Eichelberger:
w Nie wiem, co się zdarzyło pod rajskim
drzewem. Jeśli myślicie, że wam powiem, jak to było naprawdę, zapewniam,
że tak nie będzie. Ponieważ jednak czuję się upokorzony wieloletnim
obcowaniem z powszechną, prymitywną interpretacją rajskiego mitu,
chciałbym podzielić się z wami moimi wątpliwościami, a także zaprosić
was do próby reinterpretacji przekazu o rajskim drzewie.
Najpierw jednak muszę powiedzieć parę zdań o moim
religijno-światopoglądowym rodowodzie, bo to może być ważne podczas
rozmowy na tematy tak zasadnicze. Jestem psychologiem i psychoterapeutą.
Korzenie mojego światopoglądu - ujmując rzecz chronologicznie - tkwią w katolicyzmie, zaś jego pień i korona wyewoluowały w kierunku buddyzmu.
Dzięki temu zyskałem, jak sądzę, pożyteczny dystans wobec tradycji i mitologii chrześcijańskiej. Z drugiej strony moje późniejsze buddyjskie
doświadczenie domaga się głębszego zrozumienia nieświadomie i bezkrytycznie pochłanianych - wraz z mlekiem matki - katolickich treści
i obrazów.
Jakiś czas temu, razem z Marią Malewską, upojeni sukcesem cyklu Być
tutaj, złożyliśmy telewizji propozycję programu o kobietach. Rozmowy z telewizją przedłużały się, a we mnie temat się gotował, postanowiłem
więc podzielić się moimi przemyśleniami w cyklu spotkań-wykładów, a przy
okazji poddać je publicznemu osądowi. Cieszę się, że na sali są nie
tylko kobiety, ale i paru mężczyzn. Myślę, że to dobry znak.
Jako motto naszych spotkań wybrałem cytat z książki Fritjofa Capry
Punkt zwrotny:
Przez ostatnie 3000 lat cywilizacja zachodnia i poprzedzające ją
cywilizacje, jak również większość innych kultur, opierały się na
systemach filozoficznych, społecznych i politycznych, w których
mężczyźni, za sprawą swej siły, bezpośredniego nacisku lub rytuału, a także tradycji, prawa, języka, obyczaju i ceremoniału, wychowania i podziału pracy decydują o tym, jaką rolę mają kobiety odgrywać, a jakiej
nie, przy czym płeć żeńska jest wszędzie klasyfikowana niżej niż męska.
Chcę się zająć tym fragmentem owego systemu dominacji i represji, który
wiąże się z tworzeniem i podtrzymywaniem stereotypu kobiety,
pozostającego w dramatycznej często sprzeczności z jej archetypem.
Najważniejszym powodem, dla którego zająłem się tym trudnym tematem,
jest potrzeba spłacenia przynajmniej części mojego własnego, jak i w ogóle męskiego, karmicznego długu wobec kobiet, a także chęć przyjścia
im z pomocą. W swojej pracy przekonuję się wciąż na nowo, że cierpienie
w życiu większości kobiet bierze swój początek z bezkrytycznego
przyjmowania i uznawania za prawdę mitów i stereotypów, którymi
przesycona jest nasza kultura i religijność, nasze koncepcje
pedagogiczne i obyczajowość.
Będę sięgał do jungowskiej tradycji rozumienia mitów i symboli,
zainspirowany w szczególności lekturami książek Josepha Campbella
Potęga mitu, a także Bohater o tysiącu twarzy. Prawdę mówiąc, to
właśnie odwaga, inteligencja i wspaniała intuicja Campbella sprawiły, że
decyduję się na to karkołomne przedsięwzięcie.
-
W dzisiejszej rozmowie chcę zakwestionować jednoznacznie negatywną
interpretację roli Ewy w tym, co się wydarzyło w Raju i doprowadzić do -
choćby częściowej - jej rehabilitacji. Widać gołym okiem, na jak
ryzykowną wyprawę się tutaj wybieramy.
W micie o Adamie i Ewie mówi się, że Bóg stworzył człowieka na wzór i podobieństwo swoje. Człowiekiem tym był Adam, którego szybko i jednoznacznie uznano za starca, co doprowadziło do nieuniknionej
konkluzji, że Bóg też jest mężczyzną. Jesteśmy więc skłonni wyobrażać
sobie Boga jako sędziwego mężczyznę z siwą brodą, który miał
niezrozumiały kaprys stworzenia kogoś na własny wzór i podobieństwo, a więc "wyposażenia" go (oprócz innych atrybutów) w tę samą płeć.
Taka interpretacja musi budzić wątpliwości. Przypisywanie Bogu
jakiejkolwiek płci jest - zdemaskowaną zarówno przez historyków, jak i mistyków - socjotechniczną manipulacją, mającą na celu zapewnienie
dominującej pozycji jednej z połówek ludzkości. Ta manipulacja dokonała
się zresztą w erze głęboko przedchrystusowej. Mniej więcej 3000 lat
później powstało w Ameryce liczące się feministyczne ugrupowanie, które
uparcie wyraża się o Bogu per "ona" i stara się przekonać wszystkich, że
Bóg jest kobietą.
Myślę, że jedno i drugie urąga Bogu jako takiemu - nie uwzględnia Jego
pełni i doskonałości. Przypisując Bogu płeć, redukujemy Go bezkrytycznie
do czegoś połowicznego. Dlaczego tak trudno nam uznać, że Bóg nie ma
żadnej płci - że jest tym, co przekracza to tak prozaiczne rozróżnienie,
bowiem przekracza wszelkie podziały i wszelki dualizm. Na tym właśnie
przecież zasadza się Jego boskość.
Jeśli przyjmiemy powyższą tezę, którą zresztą mistycy i mistyczki
różnych religii potwierdzają swoim żywym doświadczeniem, wypada zadać
sobie pytanie: jakiej płci był Adam? Czy miał jakąkolwiek płeć? Kto to w ogóle był Adam? Czy na pewno miał postać ludzką, tak jak to sobie
wyobrażamy? A może Adam był na przykład - jak sugeruje słynny uczony i myśliciel Konrad Lorenz - obojnaczą komórką, która jest nieśmiertelna w tym sensie, że rozmnaża się przez podział, produkując w nieskończoność
kolejne, identyczne egzemplarze. Pomijając sens mistyczny - w który nie
chcę się tutaj zagłębiać - prymitywna i niewyspecjalizowana komórka
obojnacza jest nieśmiertelna.
Jak pamiętamy, pierwsze dwie postacie stworzone przez Boga były
nieśmiertelne. Mistycy twierdzą, że w swej istocie - wolnej od
egocentrycznego złudzenia odrębności - nieśmiertelni jesteśmy wszyscy.
Jest więc bardzo prawdopodobne, że to, co Adam i Ewa utracili w wyniku
zjedzenia rajskiego jabłka, nie było nieśmiertelnością ciała, lecz
świadomością nieśmiertelności w jej rozumieniu duchowym. Jeśli jednak
upieramy się przy nieśmiertelności, jako atrybucie określonego bytu
materialnego, to jedynym organizmem, który go posiada, jest obojnacza
komórka. Rozmnaża się ona przez podział i jest wciąż ta sama. Można
powiedzieć, że jest ona ciągłością określonego bytu materialnego na
przestrzeni dowolnego czasu.
Ale wróćmy do tego, co działo się w Raju. O dziwo, Adam trochę się
nudził i cierpiał z powodu samotności. Wtedy Bóg, kierowany zapewne
współczuciem, postanowił stworzyć Ewę. Dlaczego Adamowi, temu
doskonałemu dziełu, stworzonemu na wzór i podobieństwo swoje, Bóg
zdecydował się przydać kogoś - że tak powiem - z innej bajki? Co się
właściwie wydarzyło? Czy Bóg miał w tym jakiś zamysł, czy może uznał
swoje dzieło za niepełne i postanowił dodać do niego konieczne
uzupełnienie? Skąd się wzięła potrzeba zaistnienia drugiej płci? To są
istotne pytania.
Zwróćmy uwagę, że - zgodnie z treścią mitycznego przekazu - druga płeć
powstała z żebra pierwszego osobnika. Przypomina to procedury nazywane
we współczesnej biologii klonowaniem. W odpowiednich warunkach z frakcji
komórek na przykład marchewki-dawcy, powstaje cała marchewka, dokładnie
taka sama jak dawca. Skoro jednak z żebra Adama powstała Ewa, to nie
mieliśmy tu do czynienia z procedurą klonowania, ponieważ gdyby było to
klonowanie, powstałby osobnik tej samej płci.
Wynikałoby z tego, że z jakichś istotnych i głębokich powodów, osoba
odmiennej płci stała się konieczna. I tu znowu, za Lorenzem, odwołać się
możemy do interpretacji komórkowej. Otóż w procesie ewolucji komórki
obojnacze specjalizują się i muszą podejmować bardzo specyficzne
funkcje, tworząc bardziej złożone organizmy. Jedną z konsekwencji tego
procesu jest polaryzacja płciowa. Muszą powstać dwa różne organizmy:
jeden płci męskiej, drugi - żeńskiej. Potem powstanie każdego nowego
organizmu może się odbyć tylko poprzez połączenie odpowiednich
fragmentów organizmów rodziców. Jak wiemy, wszystkie istoty bardziej
złożone muszą rozmnażać się w ten sposób.
Lorenz zauważa, że historia ewolucji komórek doskonale pasuje do
mitycznego przekazu. Utrata fizycznej nieśmiertelności to cena, jaką
życie zapłaciło za seks. Jest oczywiste, że gdy między komórkami
dochodzi do "seksu", ich potomstwo nie jest identyczne z żadnym z rodziców. Staje się wypadkową dwóch pierwotnych komórek. Koniec
nieśmiertelności.
Pojawia się też wiele korzyści - specjalizacja, wyższy poziom rozwoju, a także odsunięcie zagrożenia degeneracji i podtrzymanie szansy dalszej
ewolucji. Wszystko to nie mogłoby mieć miejsca, gdyby w nieskończoność
reprodukowany był ten sam genotyp.
W programie o seksie z telewizyjnego cyklu Być tutaj zastanawialiśmy
się, w jaki sposób powstali kobieta i mężczyzna i skąd ta ogromna siła
przyciągania, którą odczuwamy jako nieskończone pragnienie powrotu do
pierwotnej jedności. Zaproponowaliśmy następującą sytuację: arkusz
bristolu podziurkowany był tak, że linia podziału przebiegała jak w puzzlach.
Ja uchwyciłem jedną połowę, a moja partnerka drugą. Szarpnęliśmy i ja
zostałem z wypustką, a ona z zagłębieniem. Realizator uznał tę scenę za
niesmaczną i niemoralną. Na szczęście, po dłuższej dyskusji, dopuszczono
ją do montażu. Potem chcieliśmy sparafrazować krótko to, co się
wydarzyło w Raju: ja miałem moją część z wypustką przymierzyć i na ten
widok okropnie się zawstydzić. Moja partnerka miała zrobić to samo ze
swoim zagłębieniem. Na to realizator już nie wyraził zgody. Niewinny
"seks" komórkowy okazał się pornografią.
Ale wróćmy do początku. Z jakichś powodów - Bogu tylko znanych -
pierwsza istota miałaby zostać podzielona na dwie części: jedną z wypustką i drugą z zagłębieniem. Wypustka i zagłębienie są przy tym
podziale konieczne. Służą do wymiany wyspecjalizowanych komórek
rozrodczych. Gdyby ewolucyjny arkusz przerwał się po linii prostej,
doprowadziłoby to tylko do prostego podziału komórki. Nie uruchomiłby
się cały proces przemiany i boskie dzieło stworzenia człowieka być może
nie mogłoby zostać dokończone. Dlaczego więc Ewa miałaby powstać z żebra
Adama? Campbell twierdzi, że ten fragment mitu wskazuje na to, iż na
początku Ewa była częścią Adama, jego aspektem. To zgadzałoby się z naszą tezą, że pierwotnie Adam był istotą bez płci lub też dwupłciową i w którymś momencie nastąpiło wyodrębnienie z obojnaczego Adama aspektu
zwanego Ewą, czyli kobiety.
Przypuszczenie, że Ewa może być wyodrębnionym aspektem Adama, stawia ją
w zupełnie innym świetle. Okazuje się bowiem, że nie jest ona jakimś
rozrywkowym, czy pomocniczym dodatkiem do mężczyzny, jak sugeruje
katechetyczny przekaz, tylko równoprawnym aspektem jednolitego i doskonałego boskiego dzieła, które następnie z woli Stwórcy zostało
podzielone na dwie części. Nawiasem mówiąc, nie słyszałem, żeby ktoś
trzymający się twardo litery tego mitu zapytał, dlaczego Stwórca nie
stworzył Adamowi do towarzystwa drugiego Adama, tylko istotę wyposażoną
w macicę, jajniki, pochwę i piersi, gotową do seksu i rodzenia dzieci.
Widać wyraźnie, że fundamentaliści uwikłali kobietę w sytuację bez
wyjścia, w której oskarża się ją i karze za to, do czego została przez
Boga stworzona.
Nic dziwnego, że tak wiele kobiet żyje w świadomym - a częściej
nieświadomym - przeświadczeniu, że nie ma dla nich miejsca na tym
świecie i że są czymś w rodzaju boskiej pomyłki.
Odważmy się pomyśleć, że mężczyzna i kobieta pojawili się na tym świecie
dopiero wtedy, gdy stworzona została Ewa. Równałoby się to stwierdzeniu,
że Adam, jako osobnik płci męskiej, pojawił się w tym samym momencie co
Ewa, czyli że mężczyzna i kobieta zostali stworzeni jednym aktem
Stwórcy. Zwróćmy uwagę, że taki ewentualny przebieg wydarzeń kłóciłby
się z powszechnym poglądem uznającym seks za grzech. Jeśli uznamy, że ów
podział na dwa aspekty nastąpił za sprawą Pana Boga - a któż inny mógłby
tego dokonać - znaczyłoby to, że seks jest immanentną częścią boskiego
planu, że seks jest dziełem Stwórcy. Dziełem Stwórcy są bowiem dwie
płcie, które w sposób naturalny, ze względu na to pierwotne - zapewne
bolesne - rozdzielenie, mają tendencje dążenia ku sobie. W ten sposób
powszechna i naiwna interpretacja grzechu pierworodnego, jako skutku
seksualnego uwiedzenia Adama przez Ewę, tak głęboko zakorzeniona w naszych umysłach, mogłaby wreszcie odejść do lamusa.
Wiem, że wyważam otwarte drzwi i mówię truizmy, które dla światłych
interpretatorów mitu o Adamie i Ewie są oczywiste. Tu i ówdzie możemy o tym przeczytać albo usłyszeć. Ale dlaczego tak rzadko i tak cicho? Skąd
ta cenzura? Dlaczego popularna interpretacja mitu jest tak naiwna, a zarazem tak nieprzychylna kobiecie? Odpowiedź jest w swej prostocie
wręcz marksistowska: popularna interpretacja rajskiego mitu jest
poręcznym i niezastąpionym narzędziem służącym represjonowaniu i utrzymywaniu w zależności od mężczyzn kobiecej połowy ludzkości.
Zastanówmy się raz jeszcze, w jaki sposób mógł się dokonać podział na
dwie płcie i co składa się na każdą z oddzielonych od siebie części.
Sprawa nie jest taka prosta, jak sugerowałoby telewizyjne ujęcie z arkuszem bristolu. Nie jest tak, że w pierwotnej jedności po prawej
stronie był mężczyzna, a po lewej kobieta. Gdy uważniej przyjrzymy się
relacji części do całości - tak jak to od tysiącleci czynili mistycy, a ostatnio także fizycy, biochemicy i badacze chaosu - zobaczymy, że każdy
- nawet najmniejszy - fragment posiada wszystkie atrybuty całości, na
którą się składa. Część nie jest różna od całości, całość nie jest różna
od części. Dokładnie tak, jak to ma miejsce w strukturach fraktalnych.
Jeżeli tak, to zarówno kobieta, jak i mężczyzna, w każdej swojej części,
w każdym fragmencie są jednolicie nasyceni męskością i kobiecością.
Oczywiście nastąpiła polaryzacja, która spowodowała, że w jednej z tych
części zaczął dominować aspekt męski, a w drugiej kobiecy. Dobrą
analogią jest tu magnes, który zawsze ma dwa bieguny. Jeśli podzielimy
większy magnes na dwie części, otrzymamy dwa identyczne magnesy, które
będą się przyciągać albo odpychać, w zależności od tego, którą stroną
się do siebie zwrócą. Na podobnej zasadzie granice tego co męskie i kobiece są w każdym z nas bardzo płynne; każda kobieta jest zarówno
kobietą, jak i mężczyzną, a każdy mężczyzna jest zarówno mężczyzną, jak
i kobietą. Żeby się o tym przekonać, wystarczy przez kilka tygodni brać
odpowiednie dawki hormonów. Okazuje się wtedy, że płeć, której jesteśmy
pewni jako czegoś danego nam raz na zawsze, zanika i przeistacza się w swoje przeciwieństwo. Na poziomie fizjologii i struktury uzyskujemy więc
klarowne potwierdzenie tego, że obie płcie są częścią tej samej całości,
choć na szczęście - jak mówią Francuzi - istnieje między nimi ta jedna
mała różnica.
Możemy więc pokusić się o to, aby mitowi o narodzinach Adama i Ewy nadać
inny wymiar. Wymiar relacji nie tylko między dwoma osobnikami, dwoma
bytami, ale relacji wewnętrznej, gdzie aspekt męski i żeński zostały
wyodrębnione poprzez sam fakt, że jeden z nich dominuje.
Psychologicznie rzecz biorąc, rozwój mężczyzny polega - od pewnego
momentu - na budzeniu swojego aspektu żeńskiego. Natomiast rozwój
kobiety - w jej dojrzałym życiu - polega na budzeniu aspektu męskiego. W ten sposób również w naszym wewnętrznym życiu dążymy do jedności, do
dopełnienia.
Mężczyzna i kobieta poszukują się w życiu i spotykają po to, aby się od
siebie wzajemnie uczyć. Mężczyzna spotyka kobietę po to, żeby uczyć się
od niej kobiecości, a kobieta spotyka mężczyznę po to, aby uczyć się od
niego męskości.
Jeśli chcemy wyobrazić sobie, jak to może wyglądać, warto odwołać się do
znanego symbolu jin-jang, dwóch splecionych w płaszczyźnie koła ryb.
Każda z nich wypełnia taką samą ilość wspólnej przestrzeni i obie tworzą
całość. Jedna jest biała, a druga czarna, ale jedna ma białe oczko,
druga oczko czarne.
Biały reprezentuje jang, czyli to, co w koncepcji taoistycznej nazywa
się elementem męskim. Czarny reprezentuje jin, czyli to, co nazywamy
elementem kobiecym. Uderzające, jak bardzo harmonijna i symetryczna jest
relacja męskiego i żeńskiego. Jak bardzo inna od dominującej postawy
Adama wobec Ewy. Czas już rozważyć stan umysłu Adama, a potem stan
umysłu Adama i Ewy, zanim zdążyli zjeść zakazany owoc.
Stan umysłu Adama jest zastanawiający. Z jakiego powodu ktoś stworzony
przez Boga na wzór i podobieństwo Jego samego, a więc uczestniczący w boskiej jaźni, wręcz stopiony z nią, miałby czuć się samotny i znudzony?
Wprawdzie w raju rosło Drzewo Wiadomości Dobrego i Złego, ale owoc
rozróżnienia nie został przecież jeszcze skosztowany.
W interpretacji jogicznej, z którą zetknąłem się czytając słynną
autobiografię Yoganandy, Drzewo Wiadomości Dobrego i Złego reprezentuje
ten stopień rozwoju centralnego układu nerwowego, na którym pojawia się
samoświadomość. Drzewo ze swoją koroną, pniem i korzeniami to
schematyczny obraz naszego układu nerwowego: mózg, rdzeń, rozgałęzienia
krzyżowe. Zjedzenie owocu to uzyskanie dostępu do czegoś, co znajduje
się wysoko i jest ukoronowaniem istnienia drzewa, zawiera w skondensowanej formie całą jego energię. Dzięki ewolucyjnym
przekształceniom i przyjęciu pionowej postawy centralny układ nerwowy
człowieka osiąga zdolność do kanalizowania energii tak potężnej, że
staje się świadomy sam siebie i w konsekwencji ulega iluzji własnego,
odrębnego istnienia. To tak, jakby przewód elektryczny, który rozgrzał
się do czerwoności pod wpływem wielkiej energii, którą przewodzi, uznał,
że zaczął świecić własnym światłem.
Lama buddyjski Czogjam Trungpa Rinpocze, w swojej książce Wolność od
duchowego materializmu porównuje to, co się stało po zjedzeniu owocu,
do sytuacji ziarnka piasku na pustyni, które nagle uzyskuje tak wiele
energii, że zaczyna wirować i tym samym wyodrębniać się z oceanu
nieruchomych ziarenek, choć w istocie pozostaje nadal drobniutkim,
identycznym z pozostałymi, fragmentem niezmierzonej pustyni.
Czyżby więc Adam zaczął wirować za mocno, zanim jeszcze Ewa poczęstowała
go jabłkiem? Czyżby to on pierwszy popełnił grzech rozróżnienia? To by
trochę tłumaczyło jego zaskakujące odczucie samotności i zastanawiającą
podatność na perswazję Ewy. Ale porzućmy tę rewolucyjną tezę i uznajmy,
że póki owoc nie został zjedzony, nasi prarodzice nie mieli świadomości
swego odrębnego istnienia.
Było to istnienie rajskie, niewyodrębnione z pola siły Stwórcy.
Beztroskie, wolne od samoświadomości, a więc też wolne od
egzystencjalnego cierpienia.
Czyż więc można ich winić za skosztowanie owocu, skoro byli tak
bezgranicznie niewinni, zanim to zrobili?
Czy w niewinnym umyśle Ewy, pozostającej w jedności z Bogiem, mogła w ogóle powstać myśl o posłuszeństwie czy nieposłuszeństwie? Na pewno nie.
Wygląda więc na to, że owoc samoświadomości musiał pojawić się w umysłach tak wysoko rozwiniętych istot jak Adam i Ewa sam z siebie, a nie na skutek czyjegokolwiek nieposłuszeństwa. Twierdzę, że tu dopiero
nadszedł czas prawdziwej próby - gdy, wraz z pojawieniem się
samoświadomości, po raz pierwszy pojawiła się możliwość wyboru, a więc
odpowiedzialność. Próba polegała na tym, co Adam i Ewa z owocem
samoświadomości zrobią. Czy go zjedzą, czyli uznają za swoją własność,
czy go ofiarują Stwórcy? Zgodnie z mitycznym przekazem to właśnie Ewa
pierwsza zdecydowała się uznać ten owoc za swój. Bóg jeden wie, czy to
prawda.
Kim wobec tego był wąż, który skłonił Ewę do zjedzenia jabłka? W interpretacji jogicznej wąż jest symbolem energii kundalini, wspinającej
się po pniu kręgosłupa i nieuchronnie dążącej do korony mózgu. W swej
wędrówce ku górze energia kundalini musi wydać owoc samoświadomości.
Czyżby więc Bóg wybrał Ewę, by dokończyć swojego dzieła i sprawić, by
życie mogło zacząć się odradzać? Wszystko to uwalniałoby Ewę
przynajmniej od podejrzeń o grzech pychy i nieposłuszeństwa. Ale to ona
sprowadziła na złą drogę Adama! - wykrzykną wszyscy. Jeśli nawet - to
kto powiedział, że namawiający jest bardziej winny niż ten, który dał
się namówić? Dlaczego Adam uległ tak łatwo i nie potrafił obronić za
siebie i za Ewę ich szczególnego i prawdziwego związku ze Stwórcą? Sam
Bóg zajął jasne stanowisko w tej sprawie, wypędzając z Raju zarówno Ewę,
jak i Adama. Ale wygląda na to, że większość mężczyzn i wiele kobiet
podejrzewa w tym miejscu Boga o zastosowanie niesprawiedliwej zasady
"odpowiedzialności zbiorowej", krzywdzącej biednego, naiwnego Adama.
Ceną, jaką płacimy za przywłaszczenie sobie przez naszych prarodziców
owocu samoświadomości, jest pojawienie się rozróżniającego umysłu, który
oddzielił nas od Stwórcy, wyodrębnił z jednolitej, wszechogarniającej
przestrzeni istnienia i skazał na wieczne, samotne poszukiwanie
utraconego Raju, czyli podejmowanie ciągle od nowa wysiłku
transcendencji. W ten sposób Ewa wespół z Adamem doprowadzili do tego,
że człowiek stał się takim, jakim go znamy.
O ile bowiem nie możemy być do końca pewni, że tym, co nas, ludzi,
odróżnia od zwierząt, jest zdolność do myślenia, o tyle mamy pewność, że
spośród wszystkich zwierząt człowiek jest jedynym gatunkiem zdolnym do
tworzenia religii, jedyną istotą skazaną na poszukiwanie samej siebie.
Ci, którzy patrzą na świat z punktu widzenia mistycznego wglądu
przekraczającego rozróżnienia, nazwy i koncepcje, twierdzą, że od
momentu zjedzenia owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego - jak to
zgrabnie ujął Allan Watts w swojej książce Tabu of Knowing Who You Are
- Bóg sam ze sobą bawi się w chowanego.
Dodajmy, że Bóg sam siebie zaklepuje, gdy jakiś człowiek doświadcza
tego, co zwane jest przebudzeniem lub oświeceniem.
Jeśli więc chcemy sądzić Ewę, to najpierw każdy musi sam w swoim sercu
rozstrzygnąć odpowiedź na dwa pytania. Po pierwsze: czy Ewa była
nieposłuszna, czy też może, nie wiedząc o tym, została zaproszona do
zabawy? Po drugie: czy jest jej wdzięczny za to, że mógł pojawić się na
tym świecie w ludzkiej formie, skazany na zabawę w chowanego ze Stwórcą?
głos z sali:
Wyjaśnij niszczący aspekt kobiety.
w Nie tyle kobiety, ile energii zwanej
"kobiecą". Wiąże się on z takim działaniem, które zaokrągla kanty, ale i kwestionuje skończone formy, rozmywa, rozkłada. Na przykład rdza,
wilgoć, woda, gnicie, fermentacja, to fizyczne i biologiczne przykłady
procesów, którymi kobiecy aspekt natury posługuje się w dziele
przygotowywania miejsca i pokarmu dla nowego życia. Niszczone jest
wszystko, co stare, bezużyteczne, nieprzydatne. Zwróćmy uwagę, że to, co
jawi nam się jako niszczenie, jest w gruncie rzeczy przejawianiem się
życia jako takiego.
Pewnie dlatego mężczyźni częściej są kolekcjonerami, bardziej niż
kobiety przywiązują się do owoców swojej pracy, własnego myślenia,
pomysłów, idei czy ideologii, których bronią zażarcie w niekończących
się wojnach. Inaczej niż kobiety, które łatwiej dostrzegają względność
ideologii czy doktryny. Kobiety stają się często - jak pokazuje historia
- inspiratorkami niszczenia tego, co stare. W związkach to na ogół one
prą do zmiany, szukają inspiracji, pomysłów, stają się wyzwaniem dla
swoich mężczyzn.
głos kobiecy:
Jak można wyjaśnić fakt, że poziom rozwoju Adama i Ewy był tak niski, iż
nie mieli samoświadomości? Skoro byli stworzeni na obraz i podobieństwo
Boga, powinni być doskonali. Czy wynika z tego, że Bóg nie ma
samoświadomości, czy że samoświadomość została im odebrana?
w To bardzo ciekawe pytanie. Niewielu
odważa się je zadać. Pyta pani innymi słowy, czy Bóg jest świadomy sam
siebie? Jak odpowiedzieć na takie pytanie? Mistrzowie zen słusznie
ostrzegają: "Jeśli tylko otworzysz usta, wpadniesz jak strzała prosto do
piekła" - mając na myśli piekło rozróżniającego umysłu.
Bóg, zapytany na górze Synaj o to, kim jest, odpowiedział: "Jam jest,
który jest". Innej odpowiedzi na to samo pytanie udzielił pierwszy
patriarcha zen, wielki buddyjski święty, Bodhidarma. Odpowiedź brzmiała:
"Nie wiem". Inny mistrz zen powiedział, że poprzez przebudzenie
wszechświat uświadamia sobie sam siebie.
głos męski:
Choć jestem ateistą, szanuję Pismo Święte i dla mnie jest ono spójne, co
najwyżej niezrozumiałe. Uważam, że tam nie ma nieporozumień i błędów.
Jest to tylko kwestia głębokości wglądu. Czuję, że obrażasz Pismo Święte
stwierdzeniem, że to a to jest niekonsekwentnym aspektem mitu. Moim
zdaniem wszystko jest konsekwentne. Jeżeli stwierdzimy, że nie, możemy
uznać, że jest to historia stworzona przez jakichś facetów, aby sterować
kobietami.
w Prorocy rzadko piszą sami. Ich słowa są
zapisywane przez uczniów niekoniecznie wolnych od ziemskich przywiązań.
To co zapisane, nie jest więc bezpośrednim, żywym przekazem. Z czasem
bywa poddawane cenzurze i korektom - może przekształcić się w dogmat i doktrynę służącą ludziom do realizacji ich doraźnych, "ziemskich" celów
i maskowania deficytu rzetelnych, duchowych aspiracji. Spotkałem parę
lat temu katolickiego zakonnika, który swoim licznym uczniom mówił: "Im
bardziej pokreślone jest twoje Pismo Święte, im więcej adnotacji i znaków zapytania, tym lepiej to o tobie świadczy".
głos kobiecy:
Zaintrygowało mnie, że w pana interpretacji kobieta jest osobą
niszczącą, ale i poszukującą, podczas gdy znane mi dotychczas
interpretacje archetypu kobiety podkreślały, że kobieta jest istotą
zachowawczą i nie rozwijającą się.
w To krzywdzące i nieprawdziwe. Wystarczy
przypomnieć sobie Ewę.
głos kobiecy:
Wydaje mi się, że w tym, co powiedziałeś, jest cudowny paradoks,
ponieważ ta sama świadomość, która na skutek oddzielenia stała się
świadomością rozróżniającą, w doświadczeniu religijnym, mistycznym czy
duchowym staje się świadomością otwierającą ponownie bramę do Raju,
czyli świadomością jedności, nierozróżniania, do której tak bardzo
tęsknimy.
w Zgoda.
głos kobiecy:
Jak postrzegasz zmianę pozycji kobiety w społeczeństwie w związku z tym,
że dopuszczalne są różne interpretacje tego mitu? Czy zauważasz jakiś
proces czy trend, który powoduje zmianę pozycji kobiety?
w Myślę, że taki trend jest wyraźny, choć
może nie do końca uświadomiony i wyartykułowany. Natomiast nieświadome
implikacje popularnej interpretacji tego mitu są w swoich skutkach
niesprawiedliwe i niszczące dla kobiety. Rzec można: wołają o pomstę do
nieba.
Z drugiej strony, wyłaniający się z tej popularnej interpretacji
archetyp mężczyzny jest też upokarzający dla mężczyzn. Adam jawi się nam
tutaj jako naiwny półgłówek, który najpierw dał się namówić na coś, o czym nie miał zielonego pojęcia, a potem miał jeszcze o to pretensje. Do
dziś dnia ma pretensje i żyje złudzeniem, że jest pierworodnym dzieckiem
Boga, które sprowadzono na złą drogę. W konsekwencji mężczyźni uzurpują
sobie prawo do bycia boskimi namiestnikami i od wieków w imię Boga
karzą, poniżają, kontrolują i eksploatują kobiety. Mało tego, dzielą je
i napuszczają na siebie nawzajem. Doprowadzili między innymi do tego, że
matka często bywa wrogiem własnej córki - o czym więcej powiemy przy
innej okazji.
Mężczyzna jest często niedojrzały i nieszczęśliwy. Mimo to, jako
pierworodny syn Boga, czuje się zwolniony z obowiązku pracy nad sobą,
chętnie natomiast zabiera się za zmienianie świata i rządzenie, nie
zauważając faktu, że nie jest nawet w stanie kontrolować własnej
seksualności. Z drugiej strony drzemie w nim lęk i niepewność
uzurpatora, domagającego się nieustannych pochwał i zaszczytów.
Odpowiedzialnością za seksualne zachowania mężczyzn obarczane są
kobiety. Ten pogląd do dziś nieświadomie kształtuje nasze obyczaje,
prawo i praktykę sądowniczą. Na szczęście wiele się w tej sprawie
zmienia, szczególnie w Ameryce. Słynnego boksera Tysona skazano za
gwałt, choć dziewczyna, którą zgwałcił, dobrowolnie przyjechała o pierwszej w nocy do jego hotelowego pokoju. W naszym kraju taki wyrok
długo jeszcze nie będzie możliwy.
głos kobiecy:
Czy mógłbyś powtórzyć - bo umknęło to mojej uwadze - co mówiłeś o symbolu energii kundalini?
w Wąż jest symbolem energii, która dąży do
coraz wyższych rejonów świadomości. Jednym z pierwszych etapów tej
wędrówki jest samoświadomość, czyli świadomość "ja". Następne etapy
podróży pozwalają przekroczyć złudzenie "ja" i doświadczyć przebudzenia
- innymi słowy uświadomić sobie, że - tak naprawdę - nie opuściliśmy
nigdy Raju. Co noc wracamy do raju podczas snu, kiedy nie mamy
świadomości tego, kim jesteśmy, tego, że śpimy, że istniejemy. Jaki z tego pożytek? Niewątpliwie taki, że nasze ciało i umysł wypoczywają i regenerują się. Ale w wymiarze duchowym - żaden. Dopiero gdy wejdziemy w podobny stan z jasnym umysłem, budzimy się w Raju, pozostając dokładnie
w tym miejscu, w którym stoimy.
głos kobiecy:
Dobrze mi się tego wszystkiego słuchało, ale ja wyrosłam w zupełnie
innej bajce. Przyglądam się temu pysznemu daniu, które tu przedstawiłeś
i wiem, że jest inspirujące, tylko nie mam pojęcia jak to zjeść, jak się
do tego dobrać. Jestem inaczej wychowana i nie mogę tego zasymilować.
Ale czuję, że to jest to.