p

Kobiece gadanie 2 - Beata Biały

Kup ebooka

69.99 zł
54.59 zł (54,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZAMIAST WSTĘPU

Kobiety od zawsze sły­szały, kim powinny być. Powinny być silne - ale nie za bar­dzo, żeby nie onie­śmie­lać. Piękne - ale tak, żeby nie wyglą­dało to na próż­ność. Ambitne - ale z umia­rem, żeby nie naru­szyć kru­chej rów­no­wagi świata, w któ­rym od wie­ków wszystko było już jakoś poukła­dane. Powinny mówić wła­snym gło­sem - ale nie za gło­śno. I przede wszyst­kim powinny umieć pogo­dzić pracę, dom, miłość, dzieci, roz­wój, opiekę nad innymi i jesz­cze, jeśli star­czy czasu, odro­binę miej­sca dla sie­bie. W tej ukła­dance kobiece życie przez dłu­gie lata przy­po­mi­nało zada­nie bez roz­wią­za­nia. Vir­gi­nia Woolf napi­sała kie­dyś, że przez stu­le­cia kobiety peł­niły rolę luster o magicz­nej mocy - takich, które odbi­jały męż­czy­znę dwa razy więk­szego, niż był naprawdę. To zda­nie brzmi dziś jak lite­racka meta­fora, ale kryje się w nim coś bar­dzo praw­dzi­wego. Bo kobiety przez wieki uczono wzmac­niać innych. Pod­trzy­my­wać, uspo­ka­jać, rozu­mieć, wyba­czać. Być tłem dla cudzej histo­rii.

A jed­nak coś się zmie­niło. Coraz wię­cej kobiet prze­staje być lustrem. Zaczy­namy być opo­wie­ścią. I nie jest to opo­wieść łatwa. Bo kiedy kobieta zaczyna naprawdę słu­chać sie­bie, świat cza­sem reaguje zdzi­wie­niem. A cza­sem nie­po­ko­jem. Bo nagle oka­zuje się, że kobieta nie chce już tylko dopa­so­wy­wać się do świata. Chce go współ­two­rzyć. Simone de Beau­voir napi­sała kie­dyś zda­nie, które do dziś brzmi jak cichy mani­fest: "Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje". To zda­nie mówi o czymś wię­cej niż o bio­lo­gii. Wska­zuje, że kobie­cość jest pro­ce­sem. Drogą, na któ­rej spo­ty­kają się doświad­cze­nia, decy­zje, błędy, pra­gnie­nia i momenty odwagi. Każda z nas docho­dzi do sie­bie inną ścieżką. Jedne szyb­ciej, inne póź­niej. Jedne z gnie­wem, inne z łagod­no­ścią. Ale pra­wie każda z nas w któ­rymś momen­cie życia zadaje sobie to samo pyta­nie: Czy życie, które pro­wa­dzę, jest naprawdę moje? Bo kobiece życie wciąż bywa sztuką balan­so­wa­nia. Mię­dzy tro­ską o innych a lojal­no­ścią wobec sie­bie. Mię­dzy miło­ścią a wol­no­ścią. Mię­dzy rolami, które są ważne, a tym, kim naprawdę jeste­śmy. Cza­sem trzeba wielu lat, żeby zro­zu­mieć pro­stą rzecz: że nie jeste­śmy dodat­kiem do cudzej histo­rii. Jeste­śmy autor­kami wła­snej opo­wie­ści.

Ame­ry­kań­ska poetka Mary Oli­ver w wier­szu Letni dzień zadała jedno z naj­pięk­niej­szych pytań, jakie znam: "Powiedz, co zamie­rzasz wresz­cie robić z twoim jedy­nym zwa­rio­wa­nym i cen­nym życiem?"1. To pyta­nie wra­cało do mnie wie­lo­krot­nie pod­czas roz­mów do tej książki. Bo każda z kobiet, które spo­tka­łam, odpo­wia­dała na nie ina­czej. Jedne mówiły o odwa­dze. Inne o stra­cie. O momen­tach, kiedy trzeba było odejść z miej­sca, które już nie było ich. O chwi­lach, gdy trzeba było zostać i wal­czyć. O decy­zjach, które zmie­niały wszystko, choć w chwili ich podej­mo­wa­nia nie było jesz­cze wia­domo, dokąd zapro­wa­dzą. Każda z tych histo­rii jest inna. A jed­nak wszyst­kie mają wspólny rytm. Bo kobiece życie rzadko jest liniowe. Czę­ściej przy­po­mina drogę z zakrę­tami, na któ­rej trzeba się zatrzy­mać, zawró­cić, cza­sem zaczy­nać od nowa.

Cze­ska pisarka Milena Jesenská - wielka nie­speł­niona miłość Franza Kafki - napi­sała kie­dyś zda­nie, które szcze­gól­nie zapa­dło mi w pamięć: "Czło­wiek nie jest tym, czym się wydaje, ale tym, czym ma odwagę się stać". Może wła­śnie o to cho­dzi w kobie­cym doj­rze­wa­niu. O odwagę sta­wa­nia się. O moment, kiedy prze­sta­jemy żyć według cudzych sce­na­riu­szy i zaczy­namy pisać wła­sny. Cza­sem powoli, cza­sem nie­po­rad­nie, cza­sem z wie­loma popraw­kami, ale już swoim pismem. Bo kobiety się zmie­niają. Zmie­nia się też świat. Jesz­cze nie­dawno wiele z nas sły­szało, że musi wybie­rać: mię­dzy rodziną a pracą, mię­dzy ambi­cją a miło­ścią, mię­dzy siłą a czu­ło­ścią. Dziś coraz wię­cej kobiet mówi: nie chcę wybie­rać mię­dzy sobą a świa­tem. Chcę być w nim cała.

To oczy­wi­ście nie ozna­cza, że wszystko stało się łatwe. Wciąż ist­nieją miej­sca, w któ­rych kobiety muszą wal­czyć o pod­sta­wowe prawa. Wciąż są sytu­acje, w któ­rych kobiecy głos pró­buje się uci­szyć albo pomniej­szyć. Wciąż się zda­rza, że kobieta musi udo­wad­niać swoją war­tość dwa razy moc­niej niż inni. Ale jed­no­cze­śnie urze­czy­wist­niło się coś waż­nego. Kobiety zaczęły słu­chać sie­bie nawza­jem. A kiedy kobiety zaczy­nają ze sobą roz­ma­wiać, powstaje coś nie­zwy­kłego. Wspól­nota doświad­czeń, która potrafi być sil­niej­sza niż samot­ność. I wła­śnie z takiej roz­mowy powstała ta książka.

Druga część Kobie­cego gada­nia jest kon­ty­nu­acją tej opo­wie­ści - ale też jej nowym roz­dzia­łem. Spo­tka­łam kolejne nie­zwy­kłe kobiety. Każda z nich przy­nio­sła swoją histo­rię - cza­sem jasną jak let­nie popo­łu­dnie, cza­sem trudną jak noc, przez którą trzeba przejść samot­nie. Dzię­kuję wam za odwagę i szcze­rość. Za momenty, w któ­rych mówi­ły­ście rze­czy nie­ła­twe. Za chwile mil­cze­nia, które były rów­nie ważne jak słowa. Za to, że pozwo­li­ły­ście mi zapi­sać frag­ment swo­jego świata. Wie­rzę, że wasze histo­rie staną się dla innych kobiet czymś wię­cej niż roz­mową. Może będą lustrem. Może dro­go­wska­zem. A może po pro­stu przy­po­mnie­niem, że żadna z nas nie jest w swo­ich doświad­cze­niach sama.

Dzię­kuję mojej Mamusi - pierw­szej prze­wod­niczce po świe­cie emo­cji. I choć nie mogę już usły­szeć jej głosu ani poczuć jej dłoni, jej czu­łość, uważ­ność i mądrość są we mnie do dziś jak wewnętrzny kom­pas. To od niej nauczy­łam się słu­chać ludzi naprawdę - nie tylko ich słów, ale także ciszy mię­dzy nimi.

Dzię­kuję mojej sio­strze Ewie - za jej stałą obec­ność w moim życiu. Za to, że jest gdzieś po dru­giej stro­nie oce­anu, a jed­no­cze­śnie zawsze obok. Za roz­mowy, które potra­fią upo­rząd­ko­wać chaos w gło­wie, za uważ­ność, która nie potrze­buje wielu słów, i za tę szcze­gólną więź, którą mają tylko sio­stry - zbu­do­waną z dzie­ciń­stwa, wspól­nych wspo­mnień i zro­zu­mie­nia nie­wy­ma­ga­ją­cego tłu­ma­czeń. Choć dzieli nas odle­głość, mam poczu­cie, że w naj­waż­niej­szych momen­tach życia jest przy mnie - czu­wa­jąca, uważna, gotowa zła­pać mnie w locie, zanim zdążę się potknąć. Ewa jest moją pierw­szą czy­tel­niczką i naj­czul­szym recen­zen­tem - w książ­kach i w życiu.

Dzię­kuję mojemu Synowi, który ponow­nie uczy­nił mi zaszczyt, two­rząc por­trety do tej książki. W jego foto­gra­fiach jest nie­zwy­kła uważ­ność - potrafi dostrzec w kobie­tach to, czego czę­sto nie widać na pierw­szy rzut oka: ich siłę, kru­chość, myśl ukrytą w spoj­rze­niu. Jestem wzru­szona i dumna, że ta opo­wieść znów powstała także dzięki niemu.

Dzię­kuję mojej redak­torce pro­wa­dzą­cej Mag­dzie Cho­rę­bale - za cier­pli­wość, któ­rej poziom nie­ustan­nie testuję, i za to, że z godną podziwu kon­se­kwen­cją przy­po­mina mi, że książki nie piszą się same.

Dzię­kuję rów­nież pre­ze­sowi Domu Wydaw­ni­czego REBIS Toma­szowi Szpon­de­rowi za spo­kój i cier­pli­wość - szcze­gól­nie wtedy, gdy ter­miny zaczy­nają mieć wła­sną inter­pre­ta­cję czasu.

Szcze­gól­nie cie­pło dzię­kuję zaś wam, moje dro­gie czy­tel­niczki. Bo to dzięki wam ta książka ma swoją drugą część. Książki powstają w pro­ce­sie pisa­nia, ale żyją dopiero wtedy, gdy ktoś je czyta.

Ta książka, podob­nie jak poprzed­nia, nie jest porad­ni­kiem. Nie znaj­dziesz tu goto­wych odpo­wie­dzi ani recept na szczę­ście. Znaj­dziesz za to histo­rie kobiet, które pró­bo­wały odkryć wła­sne odpo­wie­dzi. Każda z nich jest inna, każda pro­wa­dzi w tro­chę inną stronę, ale wszyst­kie zaczy­nają się w tym samym miej­scu: w momen­cie, kiedy czło­wiek prze­staje żyć według cudzych sce­na­riu­szy i zasta­na­wia się, czego naprawdę chce. Kobiece gada­nie 2 to nie zbiór rad, lecz roz­mowa. Cza­sem spo­kojna, cza­sem trudna, cza­sem pełna śmie­chu, a cza­sem takich zdań, które zostają w gło­wie na długo. To roz­mowa mię­dzy kobie­tami - o tym, co nas buduje, co nas rani, co daje nam siłę i co każe zaczy­nać od nowa, kiedy wszystko wydaje się roz­sy­pane. Być może w któ­rejś z tych histo­rii odnaj­dziesz coś zna­jo­mego. Może roz­po­znasz w nich wła­sne pyta­nia, wła­sne wąt­pli­wo­ści, wła­sne momenty odwagi. A może po pro­stu poczu­jesz, że nie jesteś w tym wszyst­kim sama. Jeśli więc masz ochotę na chwilę praw­dzi­wej roz­mowy - takiej, w któ­rej nie trzeba niczego uda­wać ani niczego udo­wad­niać - otwórz tę książkę i pozwól, żeby te histo­rie zaczęły mówić. Być może jedna z nich okaże się także twoją.

Mary Oli­ver, Letni dzień, przeł. Cze­sław Miłosz, https://poezja.net/letni-dzien/. [wróć]

KAMILLA BAAR

Pestka spokoju

Spo­kój nie jest ciszą. Cisza jest warun­kiem aku­stycz­nym. Spo­kój jest decy­zją. Żyjemy w epoce nie­ustan­nych bodź­ców. Tele­fon pul­suje jak drugi układ ner­wowy, wia­do­mo­ści napie­rają, tempo się zwięk­sza. Jak napi­sał Hart­mut Rosa, żyjemy w kul­tu­rze przy­spie­sze­nia, która nie daje już czasu na doświad­cze­nie tego, co prze­ży­wamy. Zgiełk nie jest tylko hała­sem mia­sta. Jest sta­nem umy­słu. A jed­nak w tym wszyst­kim ist­nieje moż­li­wość spo­koju. W fil­mie Per­fect Days boha­ter budzi się o świ­cie, czy­ści toa­lety publiczne w Tokio, słu­cha kaset z muzyką z lat sześć­dzie­sią­tych, pod­lewa rośliny. Nic spek­ta­ku­lar­nego. A jed­nak każdy jego gest jest uważny. To nie świat jest spo­kojny, to on wybrał taki spo­sób bycia w świe­cie. Pro­stota nie jest tu ubó­stwem doświad­cze­nia, tylko jego zagęsz­cze­niem. Podobną kon­cen­tra­cję odnaj­du­jemy w fil­mie Pater­son. Kie­rowca auto­busu pisze wier­sze mię­dzy kolej­nymi kur­sami. Ta sama droga, ta sama kawa, ten sam spa­cer z psem. Powta­rzal­ność two­rzy rytm, który porząd­kuje świat. Zwy­czaj­ność nie jest pustką, jest prze­strze­nią uważ­no­ści.

Carl Gustav Jung twier­dził, że to, czego sobie nie uświa­do­mimy, wróci do nas jako los. Tłu­mione kon­flikty i nie­prze­żyte emo­cje two­rzą wewnętrzny rwe­tes. Spo­kój nie jest ich zaprze­cze­niem. Jest odwagą pozwa­la­jącą je zoba­czyć. Bes­sel van der Kolk napi­sał, że "ciało pamięta". Jeśli napię­cie nie zosta­nie roz­ła­do­wane, zapi­suje się w mię­śniach i odde­chu. Spo­kój zaczyna się więc od regu­la­cji - od powrotu do rytmu ciała. Spo­kój nie jest "świę­tym spo­ko­jem". Nie jest ucieczką od życia. To zdol­ność bycia w środku zgiełku bez utraty sie­bie. Jak pestka w owocu - twardy rdzeń, który nie reaguje na każdy impuls. Bo spo­kój nie polega na tym, że świat prze­staje hała­so­wać, tylko na tym, że prze­stajemy wie­rzyć, że musimy reago­wać na każdy jego dźwięk.

Spę­dzi­łaś mie­siąc na Fili­pi­nach. Czy tam spo­kój miał inny smak niż tutaj, w War­sza­wie, w codzien­no­ści?

Na Fili­pi­nach ludzie żyją pro­sto. Bar­dzo codzien­nie. To są kato­licy zanu­rzeni w docze­sno­ści - w tym, czym nakar­mić dzieci, jak upra­wiać ryż, jakie owoce wysta­wić na ulicy, żeby sprze­dać. Dzieci wkła­dają mun­durki, idą do szkoły, wra­cają po sie­dem­na­stej. Kościoły są otwarte cały dzień. Wie­czo­rem - reko­lek­cje, modli­twa, zwy­czajny rytm dnia. Jest w tym jakaś powta­rzal­ność, ale nie ner­wowa. Bie­rzesz łódkę, pły­niesz na wyspę. Prze­woź­nik cię dowozi i zasy­pia. Nie­ważne, czy jest ósma rano czy dzie­siąta. Ocean szumi jak man­tra. Słońce wymu­sza spo­wol­nie­nie. Wszystko staje się bar­dziej płynne. To jest świat anty­miej­ski. I choć kocham mia­sto - knajpki, roz­mowy, kino, teatr, wystawy - to jest tryb bar­dzo wyma­ga­jący dla układu ner­wo­wego. I w pew­nym wieku zaczy­nasz to czuć. Ja już wiem, co mi służy, a co mnie prze­ciąża. Ale para­doks polega na tym, że mój war­szaw­ski tryb życia też jest próbą spo­koju. Joga, medy­ta­cja, rower zamiast samo­chodu, goto­wa­nie, świa­dome wybory. Ja ten spo­kój buduję na co dzień. Na Fili­pi­nach docho­dzi jesz­cze jedna rzecz - brak ambi­cji. I wiem, że to może zabrzmieć bru­tal­nie, ale ambi­cja rzadko sprzyja spo­ko­jowi. To jest kon­strukt Zachodu. Tam ludzie zara­biają tyle, ile są w sta­nie zjeść. Nie odkła­dają. Nie pla­nują wiel­kich awan­sów. Japo­nia jest za rogiem, ale poza zasię­giem. I choć mają tele­fony, Insta­gram, widzą świat, to żyją w tym, co jest. Tro­chę z przy­musu, ale też z natu­ral­nej zgody. Są bar­dzo spo­kojni. Bez tem­pe­ra­mentu, który my nazy­wamy "ener­gią". Z pozy­tyw­nym sto­sun­kiem do rze­czy­wi­sto­ści. Jeśli coś się nie da, to znaj­dzie się ktoś inny, kto to zrobi. Brat, szwa­gier, kuzyn. Zawsze jest roz­wią­za­nie.

Jak myślisz, z czego u nich ten spo­kój wynika? Z morza, z hory­zontu, z tej natury, która wciąga w sie­bie czło­wieka?

Raczej z doświad­cze­nia, że wszystko może znik­nąć w jedną noc. Tam żyje się z taj­fu­nem za ple­cami. Otwie­rasz pro­gnozę i widzisz, że taj­fun jest już za rogiem. I wtedy w jed­nej sekun­dzie wszystko się uprasz­cza - naj­waż­niej­sze jest to, żebyś z two­imi dziećmi prze­żył. Dom, doby­tek, dach mogą prze­stać ist­nieć. Woda zabiera, wiatr dewa­stuje. To daje bar­dzo silne poczu­cie, że nic nie masz na zawsze. I że inwe­sto­wa­nie całej ener­gii w gro­ma­dze­nie, boga­ce­nie się, zabez­pie­cza­nie przy­szło­ści jest ilu­zją. My na Zacho­dzie wie­rzymy, że możemy wszystko zapla­no­wać, obu­do­wać poli­sami, kre­dy­tami, sys­te­mami bez­pie­czeń­stwa. Tam natura ma ostat­nie słowo. I oni w tę ilu­zję kon­troli w ogóle nie inwe­stują. Żyją w tym, co jest.

Czyli ich spo­kój nie jest roman­tyczny, tylko egzy­sten­cjalny?

Tak. To jest spo­kój ludzi, któ­rzy wie­dzą, że nie kon­tro­lują świata. I dla­tego sku­piają się na dniu dzi­siej­szym. Widać to w prze­strzeni. Pamię­tam, jak dotar­łam do El Nido. Długo jedziesz przez dżun­glę i nie wiesz, czego się spo­dzie­wać. A potem nagle dojeż­dżasz do miej­sca, które powstało z wykar­czo­wa­nej prze­strzeni - ktoś zro­bił kawa­łek struk­tury, domek, jakąś ulicę. A nad tym wszyst­kim ogromny klif, dżun­gla wgry­za­jąca się w skałę, skała wpa­da­jąca w ultra­błę­kitny ocean. Natura stwo­rzyła coś dosko­na­łego. I do tego przy­kle­jony jest świat ludzi - try­cy­kle, tuk-tuki, bazar, ryż, owoce, totalny har­mi­der. Ale to nie jest prze­strzeń zapro­jek­to­wana. Nie ma tu luk­susu ani kon­cep­cji. Jest sym­bioza potrzeb z naturą. Droga pro­wa­dzi tylko tam, dokąd można doje­chać. Dalej idziesz pie­szo. Ścieżka powstaje, bo ktoś nią cho­dzi. Cmen­tarz jest na wznie­sie­niu nad oce­anem - naj­pięk­niej poło­żony cmen­tarz, jaki widzia­łam. Musisz go omi­nąć, żeby dojść do kolej­nej dziel­nicy. Życie i śmierć w jed­nym pej­zażu. Bez oddzie­la­nia. Tam wszystko jest myśle­niem o dzi­siej­szych potrze­bach. Owoce zerwane rano jutro już będą sfer­men­to­wane. Więc jesz to, co jest dziś.

Czego się od nich nauczy­łaś? Wró­ci­łaś spo­koj­niej­sza?

Może tak, ale to dopiero zoba­czę po pew­nym cza­sie. Bar­dziej czuję, że wró­ci­łam naener­ge­ty­zo­wana. Speł­niona. Naj­bar­dziej poru­szały mnie wschody słońca. Wsta­wa­łam około pią­tej, szłam na naj­wyż­sze wznie­sie­nie i cze­ka­łam. Wie­dzia­łam, że za chwilę zacznie wyła­niać się ocean z biżu­te­rią wysp aż po hory­zont. Z ciem­no­ści rodziło się świa­tło. Byłam sama. Tylko ja i ten stan, który się we mnie uru­cha­miał. Czu­łam czy­ste szczę­ście. Mia­łam poczu­cie, że jestem dokład­nie tam, gdzie powin­nam być. To była ilu­mi­na­cja. Dar. Wdzięcz­ność, że mogę na to patrzeć. Ten spek­takl odby­wał się dla mnie za darmo. I trwał chwilę, dzie­sięć minut. Kolory się zmie­niały, dzień wkra­czał. I znowu wra­cała lek­cja - nic nie jest na zawsze. Nie zatrzy­masz tego.

Czy to wła­śnie przy­wio­złaś z Fili­pin - nie spo­kój, ale wdzięcz­ność?

Tak. Radość i wdzięcz­ność za to, że świat jest piękny.

A Fili­piń­czycy, któ­rzy żyją zupeł­nie ina­czej niż my - czy oni są dla nas lek­cją? Czy raczej lustrem, w któ­rym widać nasz przy­wi­lej?

Dużo o tym myśla­łam. O tym, jak potężne zna­cze­nie ma to, gdzie się rodzisz. Kto cię ota­cza. Czy ktoś widzi w tobie poten­cjał, czy ktoś mówi: "Możesz wię­cej". Czy ktoś pomaga ci uwie­rzyć, że twoje marze­nia mają sens i że w ogóle masz prawo je mieć. Tam bar­dzo wyraź­nie widać, jak wiele zależy od startu. Kobiety czę­sto są ska­zane na jedną z nie­wielu dróg - mał­żeń­stwo, czę­sto z kimś z Europy, jako szansę na finan­sową zmianę życia. Dwu­na­ro­dowe mał­żeń­stwa są dość popu­larne. To bywa jedyna realna moż­li­wość "prze­la­nia się" w inny świat. A z dru­giej strony to są rodziny kato­lic­kie, wie­lo­dzietne, bar­dzo wspól­no­towe. Każdy grosz idzie na rodzinę. Nawet jeśli jesteś bar­dzo zdolną dziew­czyną i dobrze się uczysz, stu­dia są kosz­towne. Czę­sto nie­moż­liwe. Musisz pra­co­wać, żeby wspie­rać dom. Więc tak, to jest też świat, w któ­rym poten­cjał bywa ucięty przez eko­no­mię. I kiedy tam jesteś jako turystka, masz w sobie jed­no­cze­śnie zachwyt i ucisk w sercu. Myślisz: "Jaką ja jestem szczę­ściarą. Mogę być tu z wyboru. Mogę pra­co­wać w zawo­dzie, który kocham. Mogę podró­żo­wać. Mogę wybie­rać". To jest ogromny przy­wi­lej. Ale nie chcę przez to powie­dzieć, że oni są sfru­stro­wani. Wła­śnie nie. I to budzi mój wielki podziw. Mam poczu­cie, że jest w nich zgoda na to, co mają.

Czy są szczę­śliwi?

Szczę­ście jest bar­dzo subiek­tywne, więc nie chcę nad­uży­wać tego słowa. Ale widzia­łam ludzi uśmiech­nię­tych. Rado­snych. Chęt­nych do zabawy, tańca, śmie­chu. Fili­piń­czycy żyją bar­dzo spo­łecz­nie. Razem gotują, razem cho­dzą, razem się śmieją. Dzieci jedzą razem, jeż­dżą na rowe­rach, grają w koszy­kówkę. To jest życie w gru­pie. I wtedy myślę o nas - Europa, Ame­ryka, Zachód. Kul­tura samot­ni­ków. Możesz mieć trzy­sta tysięcy laj­ków i być sama. Bo to wszystko jest wir­tu­alne. Psy­cho­lo­dzy mówią o tym od lat - to, co wir­tu­alne, nie karmi. Tam dwu­na­stu chło­pa­ków gra w koszy­kówkę na kle­pi­sku. Koszem jest jakaś pro­wi­zo­ryczna obręcz, piłka ledwo się odbija. Ale oni wal­czą o punkty, przy­bi­jają piątki, śmieją się, piją Coca-Colę. To jest auten­tyczne. To jest wspólne prze­ży­cie. Przy­po­mi­nały mi się moje wiej­skie czasy. Gra­li­śmy z kuzy­nami przy koszu na ziem­niaki. Wykrzy­ki­wa­li­śmy nazwi­ska pił­ka­rzy czy koszy­ka­rzy, opie­ra­li­śmy się na wyobraźni. Jeden miał za małe buty, drugi za duże, trzeci był w klap­kach. To nie miało zna­cze­nia. Liczyło się to, że jeste­śmy razem. Tam też nie ma nad­mier­nego przy­wią­zy­wa­nia wagi do tego, kto jak wygląda, w co jest ubrany. Nie jest to nędza - to jest po pro­stu brak obse­sji. I może wła­śnie to daje im lek­kość.

Mówisz o wspól­no­cie, Fili­pi­nach, ener­gii ludzi. A jed­nak w War­sza­wie szu­kasz ciszy raczej w sobie niż wokół sie­bie. Czy ta cisza jest dziś efek­tem codzien­nej prak­tyki - jogi, medy­ta­cji, pracy z myślami?

Dzień zaczyna się od jogi. Prak­ty­kuję asz­tangę. To dyna­miczna forma z okre­śloną sekwen­cją, tak zwaną pri­mary series. Kiedy mam czas, robię ją w cało­ści, to około godziny i pięt­na­stu minut. A kiedy nie mam, wybie­ram asany, które naj­bar­dziej mnie sta­bi­li­zują. Zawsze są powi­ta­nia słońca, pozy­cje sto­jące, część sie­dzą­cych. Pozy­cje odwró­cone, które dotle­niają mózg. I zawsze znaj­duję moment na medy­ta­cję. Jeśli mam zdję­cia o pią­tej rano, nie wstaję o trze­ciej, żeby "odha­czyć" jogę. Orga­nizm nie byłby na to gotowy. W takich dniach znaj­duję czas póź­niej - na pla­nie, w gar­de­ro­bie, gdzie­kol­wiek. A jeśli nie ma prze­strzeni, odpusz­czam. Joga nie może być prze­mocą wobec sie­bie. Naj­bar­dziej kocham moment medy­ta­cyj­nego Om. Cza­sem trwa tylko sie­dem minut. I kiedy wcho­dzę w ten dźwięk, czuję, że coś bar­dzo dobrego dzieje się z moim mózgiem. Bo mój umysł pro­du­kuje ogromną ilość myśli. Zalewa mnie nimi. Wiem, że mind­ful­ness ofe­ruje narzę­dzia, żeby nie dać się porwać każ­dej z nich, ale to jest trudne, zwłasz­cza kiedy jest się osobą tem­pe­ra­mentną. A ja taka jestem. Czę­sto poja­wiają się myśli lękowe, kry­tyczne, kata­stro­ficzne. Dla­tego prak­tyka jest dla mnie spo­so­bem odzy­ski­wa­nia steru. Przy­wra­ca­nia rów­no­wagi. Może dla­tego Fili­piny i War­szawa wcale się nie wyklu­czają. Tam jest wspól­nota i żywioł, tutaj jest prak­tyka i praca z umy­słem. A ja pró­buję w tym wszyst­kim zna­leźć miej­sce, w któ­rym naprawdę jest cicho.

Pamię­tasz, kiedy joga stała się dla cie­bie prak­tyką, bez któ­rej trudno sobie wyobra­zić codzien­ność?

To już osiem­na­ście lat. Zaczy­na­łam od jogi Iyen­gara. Cho­dzi­łam do tej samej nauczy­cielki co Maja Osta­szew­ska, która od zawsze jest dla mnie auto­ry­te­tem w dba­niu o ciało, świa­do­mym życiu, spo­so­bie odży­wia­nia. Kiedy uro­dzi­łam syna, wspie­rała mnie i kon­sul­to­wała w wege­ta­riań­skiej die­cie przy małym dziecku. Maja zawsze chęt­nie się dzieli wie­dzą i to jest wspa­niałe. Joga Iyen­gara była spo­kojna, bar­dzo pre­cy­zyjna, tech­niczna, dużo usta­wia­nia ciała i uważ­no­ści. Po jakimś cza­sie poczu­łam jed­nak, że potrze­buję cze­goś bar­dziej dyna­micz­nego - ruchu, siły, prze­pływu. I wtedy poja­wiła się asz­tanga. Zresztą ja w ogóle mam w sobie potrzebę pró­bo­wa­nia. Jeśli poja­wia się coś nowego, spraw­dzam. Cza­sem coś zostaje, cza­sem odpada. W ten spo­sób poznaję sie­bie. W tam­tym cza­sie joga zaczęła też mocno wcho­dzić do naszego aktor­skiego świata, poja­wiali się nauczy­ciele, zaczęto o niej mówić. Poszłam spró­bo­wać. I zosta­łam. Ale tak naprawdę zosta­łam przez oddech. Mia­łam pro­blemy z oddy­cha­niem. Kiedy czy­ta­łam, że w jodze oddy­cha się ina­czej, że pra­cuje się z odde­chem tak, żeby mózg dosta­wał wię­cej tlenu, uzna­łam to za dość abs­trak­cyjne - prze­cież oddy­chanie wydaje się czymś oczy­wi­stym. A potem przy­szła prak­tyka: pół­to­rej godziny w ciszy, bez mówie­nia, tylko oddech przez nos, wdech i wydech, pełne sku­pie­nie na tym, co dzieje się w ciele. I nagle poczu­łam coś nie­zwy­kłego, jakby mój mózg wresz­cie dostał powie­trze, któ­rego bra­ko­wało mu od lat. Poja­wiło się uczu­cie takiej lek­ko­ści, jak­bym się uno­siła. Myślę, że wła­śnie wtedy zaczęła się moja praw­dziwa rela­cja z jogą.

Co joga i medy­ta­cja dają ci dzi­siaj - jako aktorce, kobie­cie żyją­cej w napię­ciu, w stre­sie, w biegu?

Natych­mia­stowy powrót do sie­bie. Jeśli czuję napię­cie - przed wyj­ściem na scenę, za kuli­sami, w stre­su­ją­cej sytu­acji - wcho­dzę w oddech. I nagle jestem tu i teraz. Bo tak naprawdę, jak mówią bud­dy­ści, jedyne, co rze­czy­wi­ście mamy, to oddech. Dom, samo­chód, kariera - to wszystko są rze­czy zewnętrzne. Oddech jest jedyną pewną wła­sno­ścią. Kiedy go nie ma, nie ma już niczego. Ta pro­sta prawda działa jak kotwica. Przy­po­mi­nam ją sobie w momen­tach napię­cia i to mnie sta­bi­li­zuje. Po prak­tyce jogi koń­czę wszystko sza­wa­saną, czyli cał­ko­wi­tym roz­luź­nie­niem ciała. Potem sia­dam na poduszce medy­ta­cyj­nej i włą­czam chan­ting Om nagrany przez mni­chów. Ten dźwięk, głę­boki, prze­strzenny, z gon­gami, prze­nosi mnie w zupeł­nie inny rejon umy­słu. To tro­chę jak wej­ście do świą­tyni, ale takiej wewnętrz­nej. Dźwięk zaczyna wibro­wać w ciele, a myśli, które wcze­śniej pędziły, powoli się roz­rze­dzają. Nie zawsze zni­kają, ale tracą swoją siłę. Cza­sem trwa to dwa­dzie­ścia minut, cza­sem kró­cej, zależy od dnia. Ale zawsze poja­wia się moment, w któ­rym mam wra­że­nie, że ktoś ści­sza radio gra­jące zbyt gło­śno w gło­wie. I wtedy rze­czy­wi­ście robi się ciszej.

Spo­kój to twoja decy­zja czy efekt zmę­cze­nia świa­tem? Skąd w ogóle wzięła się w tobie ta potrzeba?

Zawsze potrze­bo­wa­łam natury. A natura to dla mnie syno­nim spo­koju - las, łąki, woda, pro­mie­nie słońca. Pierw­szym obra­zem, który poja­wia się w mojej gło­wie, jest wieś moich dziad­ków. Spę­dzi­łam tam ogromną część dzie­ciń­stwa. Potem małe mia­steczko dru­giej babci, kolejne lata, kolejne kra­jo­brazy. I ten obraz noszę w sobie do dziś - idę przed sie­bie jak taki włó­czy­kij, wcho­dzę do lasu, nad jezioro, do potoku, który nie jest komer­cyjny, nie jest "zaopie­ko­wany", tylko jest praw­dziwy. Sia­dam z książką nad wodą, pły­wam, cho­dzę godzi­nami. Bez tego mnie nie ma. Ten spo­kój był zawsze w natu­rze, więc może ja tylko całe życie pró­buję do niego wra­cać.

A potem tra­fiasz do War­szawy, do mia­sta, które jest ruchem, tem­pem, ambi­cją. Jak w nim odnaj­du­jesz sie­bie?

Wtedy zaczy­nają się rytu­ały. Wła­ści­wie całe moje życie jest z nich utkane. Dzięki nim w tym miej­skim pędzie odzy­skuję wła­sny rytm. Rano jest joga i medy­ta­cja - to pierw­szy moment, kiedy zbie­ram sie­bie w całość. Potem zimny prysz­nic. Bez niego mój mózg nie wcho­dzi w tryb aktyw­no­ści. To jak naci­śnię­cie przy­ci­sku "start", sygnał dla ciała, że dzień naprawdę się zaczyna. Potem są soki. Jestem od nich tro­chę uza­leż­niona. Lubię ten moment, kiedy wkła­dasz do wyci­skarki owoce i warzywa, a po chwili zostaje z nich czy­sta esen­cja - kon­cen­tra­cja smaku, koloru i ener­gii. Pierw­szy posi­łek jem dopiero około połu­dnia i to jest dla mnie mała cele­bra­cja, naj­waż­niej­szy moment dnia przy stole. Robię dużą sałatę, warzywa, coś peł­no­war­to­ścio­wego i przy­go­to­wuję to spo­koj­nie, z uwagą. Samo kro­je­nie i mie­sza­nie jest już czę­ścią rytu­ału. Jeśli nie mam czasu, zabie­ram do pracy kok­tajl, ale też robię go świa­do­mie, nie w biegu. Sta­ram się jeść nie­wiele, bo nad­miar jedze­nia mi nie służy. A jed­no­cze­śnie jestem łasu­chem - kocham smaki, sło­dy­cze potra­fią mnie cał­ko­wi­cie roz­broić, więc muszę być wobec sie­bie czujna. To, co jem, musi być dobre i praw­dziwe, cza­sem ten pierw­szy posi­łek jest jedy­nym w ciągu dnia. Potem moja uko­chana kawa, przy­go­to­wana dokład­nie tak, jak lubię. I czy­ta­nie. Codzien­nie czy­tam. To jest dla mnie coś nie­na­ru­szal­nego. Czy­ta­nie wyci­sza, porząd­kuje myśli i karmi umysł czymś, co nie jest przy­pad­kowe. Dzięki temu nawet w mie­ście, które pędzi, mogę na chwilę zatrzy­mać czas.

Mówisz o rytu­ałach jak o szkie­le­cie dnia. Czy one są po to, żeby było pięk­niej, czy po to, żeby się nie roz­sy­pać?

To mój spo­sób na nie­zgu­bie­nie się. Świat jest gło­śny, inwa­zyjny, pełen bodź­ców. Jeśli nie stwo­rzę sobie wła­snej struk­tury, łatwo można się w nim roz­pły­nąć. Rytu­ały porząd­kują dzień i porząd­kują myśli. Dają poczu­cie spraw­czo­ści. A ja mam tem­pe­ra­ment żywy, myśli dużo, ener­gii jesz­cze wię­cej. Rytuał jest więc dla mnie jak rama, w któ­rej ta ener­gia może się bez­piecz­nie zmie­ścić. Dzięki temu nie roz­pra­sza się na wszyst­kie strony. Czy­ta­nie jest jed­nym z takich punk­tów sta­łych. Potra­fię bez niego funk­cjo­no­wać, ale nie chcę. Zawsze mam przy sobie książkę albo Kin­dle'a. Jeśli dzień jest krótki i pełen spraw, czy­tam choć jeden roz­dział. Jeśli mam wię­cej czasu, mini­mum pięć­dzie­siąt stron - tyle, żeby wejść w histo­rię i pójść z nią kawa­łek dalej. Czy­ta­nie daje mi poczu­cie cią­gło­ści, wypro­wa­dza mnie poza bie­żączkę dnia. Przy­po­mina, że życie jest więk­sze niż to, co wyda­rza się w ciągu kilku godzin. Rytu­ałem jest też czy­stość. Lubię mieć porzą­dek w domu. Nie cho­dzi o obse­sję, raczej o pie­lę­gno­wa­nie prze­strzeni. Chcę wra­cać do miej­sca, które mnie wita, które mówi: "Jesteś u sie­bie". Żeby było w nim coś z małego święta, z poczu­cia ładu. Dom powi­nien uspo­ka­jać, nie dokła­dać cha­osu. Wie­czo­rem, jeśli tylko mogę, biorę długą kąpiel. Zapa­lam świecę i powoli odpły­wam w noc. To jest moment przej­ścia ze świata aktyw­no­ści w świat ciszy. Sma­ruję ciało kre­mem, zwal­niam, cele­bruję tę chwilę. To są dro­bia­zgi, ale wła­śnie z nich składa się poczu­cie, że dzień miał sens.

A czego już nie robisz, żeby chro­nić swój spo­kój?

Nie się­gam po tele­fon zaraz po prze­bu­dze­niu. Pora­nek jest momen­tem szcze­gól­nym - dopiero wycho­dzisz ze snu, jesteś jesz­cze na gra­nicy dwóch świa­tów. A dla mnie sny są bar­dzo ważne. Jung i jego praca nad nie­świa­do­mo­ścią wiele mi w tym sen­sie wyja­śniły. Jeśli się­gnę po tele­fon, świat snu natych­miast znika, roz­pra­sza się jak mgła. A ja chcę jesz­cze chwilę zostać w tym sta­nie, pod powie­kami, w obra­zach, które przy­nio­sła noc. Bo moja nie­świa­do­mość mówi do mnie wła­śnie wtedy. Śni mi się dużo. I pięk­nie. Bar­dzo czę­sto latam. To motyw, który wraca. Lecę nad jakimś kra­jo­bra­zem, patrzę z góry. Jest w tym ogromna lek­kość, poczu­cie wol­no­ści, jakby na chwilę zni­kał cię­żar codzien­no­ści.

A co wytrąca cię ze spo­koju - bar­dziej świat zewnętrzny czy twoje wła­sne myśli?

Myśli są potężne. To, co o sobie myślimy, jak kon­stru­ujemy nar­ra­cję o swoim życiu, o decy­zjach, o błę­dach, ma ogromny wpływ na to, jak się czu­jemy. Ale ja jestem też bar­dzo wraż­liwa na to, co się dzieje wokół mnie. Na słowa. Na ton. Na atmos­ferę. Długo uda­wa­łam, że nic mnie nie boli. Że się nie boję. Że nic się nie stało. I wtedy to rosło. Trzy­krot­nie. Teraz wiem, że trzeba dać temu prze­strzeń. Usiąść z tym. Nie wypie­rać. Kiedy coś mnie wybija ze spo­koju, sia­dam na poduszce. Wcho­dzę w to uczu­cie. Pozwa­lam mu się wysy­cić. I dzieje się coś cie­ka­wego - ono zaczyna się trans­for­mo­wać. Złość prze­staje być zło­ścią, lęk prze­staje być lękiem. Zostaje czy­ste doświad­cze­nie, które prze­cho­dzi w coś nowego. Ale to wymaga odwagi, żeby nie ucie­kać.

Czy ten moment, w któ­rym głowa zaczyna wiro­wać jak pralka - natłok myśli, sce­na­riu­szy, lęków - był w twoim życiu epi­zo­dem czy raczej roz­po­zna­niem: "Taka jestem, taki jest mój umysł"? I czy można w ogóle zaprzy­jaź­nić się z wła­snym cha­osem, zamiast go zwal­czać?

Przez długi czas myśla­łam, że to są jakieś incy­denty, że coś mnie przy­tło­czyło, że za dużo pracy, ludzi, emo­cji. A potem zro­zu­mia­łam, że to nie epi­zody, tylko kon­struk­cja mojego umy­słu. Ja żyję inten­syw­nie. Dużo czy­tam, dużo słu­cham, dużo odbie­ram. Ludzie przy­cho­dzą ze swo­imi histo­riami, z proś­bami, ocze­ki­wa­niami. Jestem chłonna. Więc w środku musi być ruch. To jest cena tej wraż­li­wo­ści. W pew­nym momen­cie prze­sta­łam z tym wal­czyć. Zro­zu­mia­łam, że mózg to organ, nie wyrocz­nia. Tak jak ręce wyko­nują ruch i oczy reje­strują obraz, tak mózg pro­du­kuje myśli. Nie wszyst­kie są prawdą i nie wszyst­kie wyma­gają reak­cji. I wtedy zaczę­łam nie tyle je wyłą­czać, ile wybie­rać. Kiedy poja­wia się myśl lękowa, czuję ją w ciele - w żołądku, w napię­ciu. Sia­dam i zamiast roz­wi­jać ją jak czarną nić, pró­buję ją prze­pi­sać. Two­rzę inny sce­na­riusz. Nie po to, żeby zakła­mać rze­czy­wi­stość, tylko żeby odzy­skać spraw­czość. To jest praca, cza­sem żmudna, ale dzięki niej chaos prze­staje być wro­giem. Staje się ener­gią, którą można prze­kie­ro­wać. Daniel Kah­ne­man pisał o dwóch try­bach myśle­nia: szyb­kim i wol­nym. Spo­kój rodzi się w tym wol­nym - w decy­zji, by nie reago­wać natych­miast, by pozwo­lić emo­cji opaść. Bio­lo­gicz­nie trwa ona kil­ka­dzie­siąt sekund, jeśli jej nie dokar­mimy wła­sną nar­ra­cją.

Mówisz o wybo­rze myśli jak o wybie­ra­niu ubrań z szafy. Czy to zna­czy, że spo­kój nie jest sta­nem, tylko codzienną decy­zją inter­pre­ta­cji, aktem wol­nej woli wobec rze­czy­wi­sto­ści, która wcale nie jest łagodna?

Spo­kój nie jest dany. Spo­kój jest budo­wany. Każ­dego dnia. Jeśli zaczyna padać deszcz i nagle wszystko w moim pla­nie się roz­sy­puje, mam dwie moż­li­wo­ści. Mogę utknąć w iry­ta­cji, w tym, że "miało być ina­czej". Albo mogę zmie­nić nar­ra­cję. Zda­rza się, że po pro­stu jadę rowe­rem przez War­szawę w desz­czu. Ludzie cho­wają się pod para­so­lami, prze­my­kają mię­dzy kału­żami, a ja jadę dalej. Czuję kro­ple na twa­rzy, wiatr, ruch mia­sta. I nagle oka­zuje się, że to wcale nie jest kata­strofa, tylko doświad­cze­nie. Oczy­wi­ście, że czuję fru­stra­cję - nie udaję, że jej nie ma. Ale nie chcę w niej zamiesz­kać. Więc zamiast roz­wi­jać czarny sce­na­riusz, pró­buję przed­sta­wić sobie tę sytu­ację ina­czej. To nie jest naiw­ność. To jest higiena psy­chiczna. Bo jeśli oddam inter­pre­ta­cję świata wyłącz­nie auto­ma­tycz­nym myślom, one pra­wie zawsze pójdą w stronę lęku. A ja nie chcę być try­bem w maszy­nie wła­snych kata­stro­ficz­nych pro­jek­cji. Chcę być współ­au­torką tego, jak prze­ży­wam świat.

A scena - ten moment tuż przed wej­ściem, kiedy świa­tło gaśnie, a ty sto­isz przy kuli­sie - czy to jest moment abso­lut­nego sku­pie­nia czy moment kon­fron­ta­cji z wła­snym ego? Kamera i widow­nia wyostrzają twój spo­kój czy roz­sz­czel­niają go?

Ja kocham grać. I ta miłość jest sil­niej­sza niż lęk. Kie­dyś była trema. Dzi­siaj jej nie ma. Cza­sem za nią tęsk­nię, bo była jak przy­prawa - ostra, wyra­zi­sta. Ale brała się z braku pew­no­ści. Z pyta­nia: "Czy wystar­czę?". Dziś wiem, że wystar­czę, jeśli dam z sie­bie wszystko. Przed wej­ściem robię pompki - uru­cha­miam ciało, bo ciało musi być gotowe. Potem sia­dam. Dwie, trzy minuty w ciszy. I myślę: "To jest dar. Że ludzie przy­szli. Że możemy się spo­tkać. Że tekst, który wypo­wiem, ma sens". Wysy­łam tę myśl jak strzałę, żeby było dobrze, żeby to było praw­dziwe. I wtedy scena nie roz­sz­czel­nia mnie. Ona mnie zbiera. Sku­pia. Daje poczu­cie, że jestem dokład­nie tam, gdzie powin­nam być.

Powie­dzia­łaś, że przez lata uczy­łaś się defi­nio­wać dobro i zło po swo­jemu. Czy ta praca nad sobą - nad myślą, odde­chem, nad defi­ni­cją sie­bie - była drogą do spo­koju czy raczej drogą do odwagi, by żyć bez cudzych defi­ni­cji?

Myślę, że to była droga do auto­no­mii. Nie mogłam przy­jąć goto­wych odpo­wie­dzi. Musia­łam spraw­dzić je w sobie. Co mnie wzmac­nia? Co mnie osła­bia? Co powo­duje, że czuję wzrost, a co, że się kur­czę? Patrzę na ostat­nie dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat i widzę pro­ces. Każda decy­zja - zawo­dowa, oso­bi­sta - była lek­cją. Uczy­łam się swo­jej duszy. Uczy­łam się, czego naprawdę potrze­buję. I scenę też musia­łam zde­fi­nio­wać. Czy gram po to, żeby coś udo­wod­nić? Czy po to, żeby być podzi­wiana? Nie. Gram po to, żeby się spo­tkać. A kiedy moty­wa­cja jest czy­sta, spo­kój przy­cho­dzi natu­ral­nie. Nie jako nagroda. Jako kon­se­kwen­cja.

Zda­rzyło ci się wejść w postać, która naru­szyła twój pry­watny porzą­dek - tak głę­boko, że nie była już rolą, tylko real­nym wstrzą­sem dla two­jej psy­chiki? Czy bycie aktorką ozna­cza cza­sem zgodę na to, że ktoś obcy zamieszka w twoim wnę­trzu?

Tak. I to była rola, z którą, jak uwa­żam, psy­chicz­nie sobie nie pora­dzi­łam. Lady Mac­beth. W tej pierw­szej czę­ści - kiedy ona jest napę­dem zbrodni, kiedy jej ambi­cja jest bez­względna, kiedy pro­wa­dzi męża do zwy­cię­stwa po tru­pach - było mi potwor­nie ciężko. To było wbrew moim war­to­ściom. Nie umia­łam zna­leźć w sobie miej­sca, które by ją uspra­wie­dli­wiało. Byłam bar­dzo młoda, byłam chyba naj­młod­szą Lady Mac­beth w pol­skim teatrze, i może dla­tego wiele mi wyba­czono. Ale czu­łam roz­dar­cie. Nie mia­łam doświad­cze­nia, nie mia­łam narzę­dzi. Druga część, kiedy ona wpada w obłęd, była dla mnie łatwiej­sza - bo obłęd jest jakąś kon­se­kwen­cją, pokutą, roz­pa­dem, który można sobie wyobra­zić. Reży­ser Pio­trek Krusz­czyń­ski miał cie­kawy pomysł - poka­zał ją jako bar­dzo młodą dziew­czynę, zaśle­pioną ambi­cją, naiwną w swo­jej wie­rze, że przej­dzie przez zbrod­nię suchą stopą. To było praw­dziwe. Ale ja wra­ca­łam po spek­ta­klu roz­bita. W tam­tym cza­sie robi­li­śmy to, co wielu akto­rów - wino, papie­ros, roz­mowa, aż emo­cje opadną. To był spo­sób, żeby odda­lić się od mrocz­nych uczuć, które w sobie nosi­łam. To nie jest tak, że zdej­mu­jesz kostium i jesteś z powro­tem sobą. Ciało pamięta. Układ ner­wowy pamięta. To było eks­tre­malne doświad­cze­nie.

Kiedy zro­zu­mia­łaś, że emo­cji postaci nie można zagłu­szać, tylko trzeba je roz­ła­do­wać ina­czej - ruchem, cia­łem, świa­domą pracą?

Póź­niej. Przy Matce i dziecku. To rola wyma­ga­jąca emo­cjo­nal­nie. Po spek­ta­klu byłam jak po bitwie. I wtedy zaczę­łam czy­tać o mecha­ni­zmach regu­lo­wa­nia napię­cia, o tym, jak ludzie w tera­piach radzą sobie z napę­dem i nie­po­ko­jem. Zro­zu­mia­łam, że trzeba zejść do ciała. Że ruch jest natu­ral­nym wyj­ściem z prze­cią­że­nia. Zaczę­łam jeź­dzić rowe­rem bez względu na pogodę. Zimą, w desz­czu, w mro­zie. Na naj­niż­szej prze­rzutce, żeby wysi­łek był realny, żeby nogi pra­co­wały, żeby pot spły­wał. To było oczysz­cza­jące. Emo­cje, które przy­no­si­łam ze sceny, zaczy­nały się roz­pra­szać w ryt­mie peda­ło­wa­nia. A potem kąpiel - długa, gorąca, woda jak masaż. Naj­pierw inten­sywny ruch, potem relaks. To stało się moim spo­so­bem na wycho­dze­nie z roli. I z cza­sem rze­czy­wi­ście rola zamie­niła się w kostium - zdej­mo­wa­łam ją, strzą­sa­łam i wra­ca­łam do sie­bie.

Czy w któ­rymś momen­cie zaczę­łaś słu­chać sie­bie bar­dziej niż kogo­kol­wiek innego, prze­sta­łaś budo­wać poczu­cie bez­pie­czeń­stwa na kimś, a zaczę­łaś na sobie?

Tak. I była to długa droga. Moje życie ni­gdy nie było liniowe. W rela­cjach przez wiele lat byłam osobą, która inwe­sto­wała wszystko - w miłość, w męż­czy­znę, w zwią­zek. Wie­rzy­łam, że jeśli będę wystar­cza­jąco oddana, jeśli całą ener­gię włożę w "nas", to szczę­ście sta­nie się wspólne. Odda­wa­łam rela­cji bar­dzo dużo miej­sca, bar­dzo dużo uwagi. A potem przy­cho­dziło roz­cza­ro­wa­nie. Bo nie da się oprzeć wła­snego życia na kimś dru­gim. Nie da się zło­żyć sie­bie w ofie­rze z nadzieją, że druga osoba ponie­sie to dalej. I myślę, że przez długi czas było mi z tym szcze­gól­nie trudno także dla­tego, że wycho­wa­łam się w domu, w któ­rym miłość była czymś bar­dzo sta­bil­nym. Moi rodzice są razem od ponad czter­dzie­stu lat. Ich histo­ria jest pro­sta i piękna - mama i tata, wspólna droga, wspólne życie. Widzia­łam ten model od dziecka i bar­dzo go sza­no­wa­łam. A moje życie poto­czyło się ina­czej. Były związki, które się koń­czyły, był jeden mąż, drugi, potem kolejny part­ner... I cza­sem naprawdę poja­wiało się we mnie takie nie­przy­jemne uczu­cie, jak­bym nie do końca mie­ściła się w tym rodzin­nym wzorcu. Jak­bym nie potra­fiła powtó­rzyć tej histo­rii, którą moi rodzice prze­żyli razem. Dopiero z cza­sem zaczę­łam rozu­mieć, że ludzie mają różne drogi. Moi rodzice tra­fili na sie­bie ide­al­nie, i to jest piękne. Ale to nie zna­czy, że każdy czło­wiek musi powtó­rzyć ten sam sce­na­riusz. Ja jestem osobą bar­dzo dyna­miczną. Lubię ruch, zmiany, nowe doświad­cze­nia. I musia­łam nauczyć się przyj­mo­wać tę prawdę o sobie bez poczu­cia winy. W pew­nym momen­cie naprawdę zapy­ta­łam sie­bie: "Co ja wła­ści­wie robię? Dla­czego zawsze sta­wiam sie­bie na końcu? Prze­cież jestem matką, mam rodzinę, mam pracę, mam swoje życie. Dla­czego te pro­por­cje są tak zabu­rzone?". I wtedy zaczę­łam się sobie uważ­nie przy­glą­dać. Całej sobie. Ciału, zdro­wiu, temu, co jem, jak się ruszam, jak oddy­cham. Ale też temu, co dzieje się w mojej gło­wie i w emo­cjach. To był pro­ces powol­nego odzy­ski­wa­nia sie­bie. Z cza­sem zro­zu­mia­łam coś bar­dzo pro­stego: jeśli sama o sie­bie nie zadbam, nikt nie zrobi tego za mnie. I w pew­nym sen­sie sta­łam się dla sie­bie naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

Miłość wła­sna - brzmi to banal­nie, a cza­sami oka­zuje się naj­trud­niej­szą z miło­ści. Czym ona dla cie­bie jest? Samo­ak­cep­ta­cją? Dys­cy­pliną? Czu­ło­ścią wobec sie­bie?

To nie jest nar­cyzm ani zachwyt nad sobą. To odpo­wie­dzial­ność. To umie­jęt­ność spoj­rze­nia na sie­bie z wielu stron - także tych nie­wy­god­nych - i zaak­cep­to­wa­nia faktu, że się zmie­niam. Że nie jestem tą samą kobietą, którą byłam pięć czy dzie­sięć lat temu. Że mam cie­nie, sła­bo­ści, że cza­sem się mylę. Ale to ja mam ze sobą spę­dzić całe życie. Więc wolę być dla sie­bie życz­liwa i wyma­ga­jąca jed­no­cze­śnie, a nie surowa i zależna od czy­jejś apro­baty.

A kiedy w rela­cji poja­wia się napię­cie, kim jesteś czę­ściej - tą, która uspo­kaja prze­strzeń, czy tą, która sama potrze­buje uko­je­nia?

Naj­czę­ściej uspo­ka­jam. To jest chyba coś, co mam w sobie od zawsze. Pod­czas kon­fliktu pierw­szym odru­chem nie jest dla mnie obrona ani atak, tylko próba zoba­cze­nia, co naprawdę się wyda­rzyło. Wiem z doświad­cze­nia, że więk­szość napięć można roz­broić roz­mową, cza­sem nawet odro­biną humoru. Kiedy poja­wia się spór, mówię to, co myślę, ale nie przy­wią­zuję się kur­czowo do racji. Wypo­wia­dam słowo i pozwa­lam mu wybrzmieć. Ono rezo­nuje albo nie - to już nie jest cał­ko­wi­cie w mojej mocy. Nie muszę wygry­wać. Z wie­kiem zro­zu­mia­łam, że w rela­cjach wygrana bar­dzo czę­sto ozna­cza czy­jąś prze­graną, a to rzadko buduje bli­skość. Dużo bar­dziej inte­re­suje mnie zro­zu­mie­nie. Jeśli druga osoba jest gotowa roz­ma­wiać, zawsze znaj­dzie się jakaś droga. A jeśli nie - uczę się przyj­mo­wać rów­nież to. Nie mamy wpływu na wszystko, co dzieje się mię­dzy ludźmi. I to przy­ję­cie gra­nic wła­snej spraw­czo­ści też jest formą spo­koju.

Powie­dzia­łaś kie­dyś, że spo­kój bywa waż­niej­szy niż racja. Czy to zna­czy, że har­mo­nia w rela­cji jest dla cie­bie waż­niej­sza niż triumf w spo­rze?

Spo­kój nie jest dla mnie ciszą ani uni­ka­niem napię­cia. To nie jest też bycie miłą za wszelką cenę. Raczej pewien wewnętrzny ład - poczu­cie, że różne ele­menty mogą współ­ist­nieć bez potrzeby domi­na­cji. Nie muszę nikogo prze­ko­ny­wać ani udo­wad­niać swo­jej racji, żeby wie­dzieć, kim jestem. Kon­flikty mnie męczą, bo bar­dzo szybko zaczy­nają roz­bi­jać tę rów­no­wagę. Oczy­wi­ście potra­fię wejść w spór - cza­sem nawet robię to tro­chę aktor­sko, jak ćwi­cze­nie dyna­miki roz­mowy. Ale w środku zawsze bar­dziej inte­re­suje mnie zro­zu­mie­nie niż wygrana. Kiedy ktoś pod­nosi głos, zatrzy­muję tę chwilę i nazy­wam ją. Pytam: "Czy ty krzy­czysz?". Bo ton potrafi zabić sens słów. I bar­dzo czę­sto ludzie nawet nie wie­dzą, że zaczęli krzy­czeć. Wtedy napię­cie opada. Spo­kój zaczyna się od uważ­no­ści - od momentu, w któ­rym ktoś wresz­cie dostrzega, co naprawdę się dzieje mię­dzy nami.

Czy w któ­rymś momen­cie zro­zu­mia­łaś, że dla zacho­wa­nia wła­snego spo­koju trzeba cza­sem odejść - nawet z rela­cji, w któ­rej było uczu­cie?

Tak. I to było trudne doświad­cze­nie. Przez wiele lat wie­rzy­łam, że jeśli w rela­cji jest miłość, to wszystko można napra­wić. Że wystar­czy wię­cej roz­mowy, wię­cej zro­zu­mie­nia, wię­cej dobrej woli. Ale z cza­sem zoba­czy­łam, że są dyna­miki, któ­rych nie da się uzdro­wić samą inten­cją. Kiedy w rela­cji zaczyna poja­wiać się prze­moc - nie tylko fizyczna, ale też psy­chiczna, oparta na rywa­li­za­cji, pod­wa­ża­niu, pró­bie domi­na­cji - wtedy coś w środku mówi mi bar­dzo wyraź­nie: to nie jest miej­sce dla cie­bie. Kie­dyś trwa­łam w takich sytu­acjach dłu­żej, pró­bu­jąc wszystko napra­wić. Dziś wiem, że nie każdą rela­cję da się ura­to­wać. Spo­kój nie jest ucieczką. Jest wybo­rem śro­do­wi­ska, w któ­rym można oddy­chać. Jeśli w jakiejś prze­strzeni zaczyna bra­ko­wać powie­trza, trzeba mieć odwagę wyjść - nawet jeśli ozna­cza to stratę. Bo dopiero wtedy naprawdę wraca się do sie­bie.

Macie­rzyń­stwo wzmoc­niło twój spo­kój czy raczej wpro­wa­dziło per­ma­nentne drże­nie pod skórą?

Macie­rzyń­stwo jest para­dok­sem. Z jed­nej strony to naj­więk­sza miłość - taka, która zako­rze­nia. Poczu­cie, że żyję naprawdę. Że stoję twardo na wła­snych nogach. Poczu­cie, że jestem potrzebna, odpo­wie­dzialna, wspie­ra­jąca. Z dru­giej strony wraz z naro­dzi­nami dziecka rodzi się lęk - i już zostaje. Nie­za­leż­nie od wieku dziecka. To jest ten rodzaj tro­ski, któ­rego nie da się wyłą­czyć. Ale tak... dopiero kiedy zaczę­łam być mamą, dotarły do mnie praw­dziwy spo­kój i poczu­cie waż­no­ści tej rela­cji.

Czego musia­łaś prze­stać się bać, żeby odzy­skać rów­no­wagę?

Musia­łam prze­stać się bać swo­jej zmien­no­ści. Swo­jej potrzeby wol­no­ści. Tego, że jestem osobą dyna­miczną, że kocham nowe bodźce, inspi­ra­cje, że trudno mnie zamknąć w jed­nej defi­ni­cji. Jak wspo­mnia­łam, pocho­dzę z domu, w któ­rym rodzice są ze sobą czter­dzie­ści sześć lat. Sta­bil­ność była normą. A moje życie bywało falą - związki się zaczy­nały, koń­czyły, zmie­niały. I długo czu­łam się winna, jakby to świad­czyło o jakiejś wadzie. Musia­łam zro­zu­mieć, że taka jestem. Że to nie jest zepsu­cie, tylko tem­pe­ra­ment. W pracy i w świe­cie zewnętrz­nym jestem eks­pre­syjna, dyna­miczna, eks­plo­ru­jąca. W domu, w rela­cji z samą sobą, potrze­buję ciszy i sku­pie­nia. Nie cho­dzę na jogę gru­pową, nie uczę się języka w gru­pie. Wewnętrzne rze­czy robię samot­nie. A z ludźmi lubię inten­syw­ność, entu­zjazm, ruch. To nie jest sprzecz­ność. To dwa bie­guny tej samej osoby.

Gdy­byś jed­nym zda­niem miała okre­ślić, czym jest spo­kój w twoim życiu - nie defi­ni­cją, ale obra­zem - co by to było?

Spo­kój to pestka. Mała, twarda, ukryta w środku. Z niej wszystko wyra­sta. Kiedy jestem w tym miej­scu - w tej pestce - czuję się czę­ścią świata. Jestem zako­rze­niona. Nie muszę się spie­szyć, nie muszę nikogo oce­niać ani niczego udo­wad­niać. To jest ten lekki, deli­katny uśmiech posągu Buddy - nie triumf, nie eks­taza, tylko ciche "jest dobrze". I świa­do­mość, że wszystko prze­mija. Więc jeśli teraz jest dobrze, to wystar­czy.

KAMILLA BAAR

Aktorka, która zawsze bar­dziej inte­re­so­wała się prawdą emo­cji niż powierzch­nią roli. Od początku drogi zawo­do­wej poru­sza się mię­dzy sceną a kamerą, budu­jąc postaci sku­pione, inten­sywne, oparte na pre­cy­zyj­nej pracy z cia­łem i odde­chem. Na sce­nie wystę­po­wała m.in. w Teatrze Naro­do­wym w War­sza­wie, Teatrze Stu­dio i Polo­nia, a sze­ro­kiej publicz­no­ści zapi­sała się w pamięci dzięki rolom w popu­lar­nych seria­lach, takich jak Na dobre i na złe. Wycho­wana w domu, w któ­rym dys­cy­plina spo­ty­kała się z wraż­li­wo­ścią. Być może dla­tego w jej życiu rów­nie ważne jak aktor­stwo stały się prak­tyki, które przy­wra­cają rów­no­wagę - joga, medy­ta­cja, praca z odde­chem. Mówi o nich nie jak o modzie, lecz jak o codzien­nym ćwi­cze­niu uważ­no­ści. Potrze­bie pozo­sta­nia w kon­tak­cie z wła­snym środ­kiem ciszy.

EWA BEM

Życie, jak się tobą ucieszyć?

Smu­tek jest pro­sty. Ma w sobie oczy­wi­stość spa­da­ją­cego kamie­nia. Kiedy coś się koń­czy, kiedy ktoś znika, kiedy ciało odma­wia posłu­szeń­stwa albo przy­szłość prze­staje się pięk­nie ryso­wać - smu­tek po pro­stu jest. Nie trzeba go zapra­szać. Nie trzeba go rozu­mieć. Przy­cho­dzi sam i czę­sto daje poczu­cie porządku: to boli, więc to było ważne. Radość jest bar­dziej skom­pli­ko­wana. Nie ma w niej tej samej logiki. O radość trzeba się posta­rać. Zwłasz­cza wtedy, gdy nie­wiele jest powo­dów, by się cie­szyć. Radość trudna nie przy­po­mina tej z pocz­tó­wek. Nie ma w niej fajer­wer­ków ani wiel­kich dekla­ra­cji. Jest raczej jak świa­tło zapa­lone w sąsied­nim pokoju - nie ogrzewa całego domu, ale mówi, że nie jesteś w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. To radość małych zgód: że wypiję kawę, choć dzień jest ciężki. Że wyjdę na spa­cer, choć nie mam na nic ochoty. Że spo­tkam się z kimś, choć łatwiej byłoby zostać samemu. W takich momen­tach radość nie jest uczu­ciem. Jest czyn­no­ścią. Prak­tyką. Uwagą. Zauwa­że­niem cze­goś, co nie jest stratą. Cze­goś, co jesz­cze trwa. I to "jesz­cze" ma ogromne zna­cze­nie. Radość po stra­cie bar­dzo czę­sto kro­czy obok smutku. Nie zamiast niego. Można być w żalu i jed­no­cze­śnie doświad­czyć cze­goś dobrego. To nie jest sprzecz­ność. To jest doro­słość emo­cjo­nalna. Dzieci myślą zero-jedyn­kowo: albo jest dobrze, albo źle. Doro­śli wie­dzą, że życie bywa jed­no­cze­śnie cięż­kie i czułe. Dla­tego radość po trud­nych doświad­cze­niach jest inna. Mniej naiwna. Bar­dziej oszczędna. Nie krzy­czy. Cza­sem nawet nie ma w niej śmie­chu. Bywa spo­ko­jem. Chwilą, w któ­rej nie ma lęku. Momen­tem, gdy czło­wiek myśli: "Teraz nic nie muszę". I to jest wszystko. Radość nie jest bra­kiem lojal­no­ści wobec bólu ani wobec tych, któ­rych już nie ma. Jest spo­so­bem, by nie oddać całego życia cier­pie­niu. I może to jest naj­uczciw­sze zda­nie o rado­ści: ona nie obie­cuje, że będzie dobrze. Ona mówi tylko: "To życie jesz­cze się nie skoń­czyło". I cza­sem, zwłasz­cza w naj­ciem­niej­szych momen­tach, to jest wystar­cza­jący powód, żeby wstać, otwo­rzyć okno, nalać kawy i zostać jesz­cze chwilę.

"Życie jest straszne, ale ja posta­no­wi­łem, że będzie piękne" - napi­sał Bohu­mil Hra­bal. Psy­cho­lo­go­wie egzy­sten­cjalni mówią, że sens i radość nie są sta­nem, tylko aktem woli. Czy dziś, na tym eta­pie życia, radość jest dla pani bar­dziej decy­zją, wysił­kiem, formą odpo­wie­dzial­no­ści wobec samej sie­bie i życia, czy czymś, co mimo wszystko wciąż przy­cho­dzi natu­ral­nie?

Kie­dyś, bar­dzo dawno temu, mia­łam takie mło­dzień­cze prze­ko­na­nie, że każdy dzień powi­nien być wyjąt­kowy, że coś musi się samo wyda­rzyć, choćby dro­biazg, kwia­tek, tele­fon, spo­tka­nie, cokol­wiek, żeby ten dzień się domknął i miał sens. Żeby ten dzień był inny niż pozo­stałe, po pro­stu uro­czy­sty. Dziś myślę tro­chę ina­czej. To zda­nie Hra­bala brzmi jak para­doks, a prze­cież takie jest życie - straszne i piękne naraz. Dla mnie to nie jest decy­zja raz pod­jęta, tylko nie­ustanny wybór, który trzeba powta­rzać każ­dego dnia. Po śmierci dziecka, po odej­ściu uko­cha­nego męża łatwo byłoby powie­dzieć: "Świat się skoń­czył". I tak naprawdę skoń­czył się ten świat, który zna­łam. Ale zara­zem wciąż trwa inny. Czło­wiek nie ma wpływu na to, co się wyda­rza - rak, śmierć, roz­sta­nia, cho­roby. Ma jed­nak wpływ na to, czy spoj­rzy w twarz nie­szczę­ściu i zde­cy­duje, że mimo wszystko pod­nie­sie się rano z łóżka. To nie jest hero­izm, a raczej akt codzien­nej pokory. Zro­bić kawę. Odpowie­dzieć na tele­fon. Wyjść na scenę. Uśmiech­nąć się do wnuka. W tym pro­stym geście jest zawarta cała decy­zja - życie, choć straszne, może być piękne, bo jesz­cze jest. Więc tak, uczy­nie­nie życia pięk­nym to decy­zja. Nie trium­falna, nie łatwa, ale cicha i uparta. Decy­zja, by wśród ruin wciąż zoba­czyć choć jeden oca­lały kolor.

Na szczę­ście mam w sobie radość gene­tyczną. Jestem pogodna, wesoła, kocham dow­cip, dobry humor, i to jest coś, czego nie chcę się wyzby­wać i nawet nie pró­buję. Ale jed­no­cze­śnie, kiedy zde­rzam się z cięż­kimi prze­ży­ciami, a ostat­nio ich prze­cież nie bra­kuje, to wiem, że jeśli w moim życiu ma być jakaś radość, nie mogę sobie pozwo­lić na pogrą­że­nie się. Jest w tym jakaś odpo­wie­dzial­ność, prze­ko­na­nie, że trzeba coś zro­bić, żeby się w tym nie uto­pić, bo życie jest takie, jakie jest, i gramy kar­tami, jakie nam roz­dano.

Powie­działa pani, że uro­dziła się z rado­ścią, jakby była czę­ścią wypo­sa­że­nia na start. Czy pamięta pani tę radość z domu rodzin­nego, z dzie­ciń­stwa, mimo że to prze­cież nie było życie usłane różami?

W naszym domu zawsze były dow­cip i humor. Robi­li­śmy sobie żarty, śmia­li­śmy się, opo­wia­da­li­śmy histo­rie - i to było coś natu­ral­nego, jak oddech. Ta ener­gia bar­dzo wcze­śnie prze­nio­sła się we mnie na muzykę, scenę, spo­sób bycia. Do dziś ludzie mówią, że jest we mnie radość, pogoda, jakaś lek­kość. I to prawda - taka jestem. Ale mam też świa­do­mość, że ten humor i ener­gia czę­sto były spo­so­bem na to, by przy­kryć wła­sne smutki, trudne doświad­cze­nia, wła­sne tra­ge­die. Przy­naj­mniej przed świa­tem. Moje dzie­ciń­stwo nie było łatwe. Kiedy mia­łam sie­dem lat, ojciec wyszedł z domu i już nie wró­cił. Odszedł do innej kobiety. Niby żył, gdzieś ist­niał, ale w naszym domu go nie było. A to jest rodzaj straty, któ­rej dziecko nie potrafi nazwać, ale którą bar­dzo inten­syw­nie czuje. Bra­kuje codzien­nej obec­no­ści, zapa­chu papie­ro­sów, śmie­chu, cze­goś, co było oczy­wi­ste i nagle prze­stało być. Mama została sama z trójką dzieci i dźwi­gała ogromny cię­żar. I wtedy wła­śnie obja­wił się jej nie­zwy­kły dar. Wszystko pró­bo­wała przy­kryć fan­ta­zją, dow­cipem, rado­ścią. Łasko­tała nas, wymy­ślała histo­rie, robiła z naj­zwy­klej­szych dro­bia­zgów małe przed­sta­wie­nia. Była artystką w codzien­nym życiu i tym weso­łym twór­czym duchem nas chro­niła. Dzięki niej nauczy­łam się, że radość nie zawsze jest luk­su­sem, cza­sem jest stra­te­gią prze­trwa­nia. Myślę, że kiedy zaczyna się życie od braku, bar­dzo wcze­śnie rozu­mie się jedną rzecz: że peł­nia nie ist­nieje. Że zawsze cze­goś będzie bra­ko­wało. Pyta­nie brzmi tylko, czy ten brak czło­wieka zła­mie, czy nauczy żyć uważ­niej, inten­syw­niej. Ja nauczy­łam się żyć. Ale to nie zna­czy, że bolało mniej.

W psy­cho­lo­gii mówi się o "żało­bie nie­uzna­nej" - kiedy tra­cimy kogoś, kto żyje, ale już do nas nie należy. Pani dzie­ciń­stwo było nazna­czone wła­śnie taką żałobą, któ­rej nikt nie nazy­wał żałobą... Jakim domem było pani dzie­ciń­stwo?

To był dom prze­siąk­nięty muzyką i fan­ta­zją. Bab­cia Feli­cja - uko­chana, zawsze obecna - miała trzy sio­stry i brata, a wszy­scy grali na for­te­pia­nie i śpie­wali. Rodzina przez lata miesz­kała w Ber­li­nie, dla­tego wszy­scy mówili bie­gle po nie­miecku, fran­cu­sku i angiel­sku. Bab­cia do końca życia, pod­li­cza­jąc codzienne zakupy, liczyła tylko po nie­miecku. Zawsze mnie to zachwy­cało, gdy sły­sza­łam jej: Sechsunddreißig, dre­iund­sieb­zig... Bab­cia była kobietą twardą, spo­kojną i opa­no­waną. Mama jej prze­ci­wień­stwem - pełna wyobraźni i nie­zwy­kłego poczu­cia humoru. Pamię­tam, jak po zbu­do­wa­niu Pałacu Kul­tury w 1955 roku oznaj­miła mi z powagą, że należy on do naszej rodziny. Uwie­rzy­łam w to bez waha­nia. Kiedy zabrała mnie i braci na wycieczkę, weszłam do środka jak do wła­snego domu. Zapy­ta­łam tylko, dla­czego po naszych poko­jach kręcą się obcy ludzie. Mama odpo­wie­działa, że pozwa­lamy im zwie­dzać. Ojciec, choć z wykształ­ce­nia eko­no­mi­sta, był arty­stą z krwi i kości - grał na for­te­pia­nie jak zawo­do­wiec. Był czło­wie­kiem nie­zwy­kle cenio­nym, lubia­nym, cha­ry­zma­tycz­nym. Kobiety, jak to się mówiło, mdlały na jego widok. Ale wła­śnie ten urok, szarm i powo­dze­nie oka­zały się jego wadą - zosta­wił matkę z trójką dzieci i odszedł do innej kobiety.

Porzu­ce­nie przez ojca to strata, którą nosi się w sobie do końca życia?

Wła­ści­wie do dziś jestem takim porzu­co­nym dziec­kiem. Myślę, że moje życie poto­czy­łoby się zupeł­nie ina­czej, gdyby tata nas nie opu­ścił. Jego odej­ście spro­wa­dziło na nas czasy wiel­kiej biedy. Ale to nie był akt nagły. On odcho­dził powoli, krok po kroku. Jako dzieci widzie­li­śmy, że rodzice coraz bar­dziej się od sie­bie odda­lają. Nie było już przy­tu­leń, były za to awan­tury. Mama wyrzu­cała przez okno kwiaty, które ojciec przy­no­sił, pew­nie na prze­pro­siny. Pamię­tam jego ostatni dzień w domu. To było tuż przed Wiel­ka­nocą. Chciał chyba zro­bić coś dobrego, zosta­wić po sobie ślad - posta­no­wił pomóc mamie w myciu okien. W naszym miesz­ka­niu na MDM-ie były cha­rak­te­ry­styczne luf­ciki. Sta­łam na kory­ta­rzu, gdy ojciec zano­sił luf­cik do wanny. Z łazienki dobie­gał szloch mamy. Wtedy wie­dzia­łam, że to ten moment. Napi­sa­łam do niego kar­teczkę: "Możesz mnie nie lubić, tato, ale ja cię już nie kocham". Poło­ży­łam ją na pod­ło­dze, wie­rząc, że ją zauważy, pod­nie­sie, prze­czyta, że coś się w nim poru­szy i zosta­nie. Wyobra­ża­łam sobie, że wró­cimy do bycia rodziną. A on prze­szedł po niej i wyszedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Drzwi zamknęły się na zawsze.

Potem przez lata pra­wie nie mie­li­śmy kon­taktu. Nie chcia­łam go znać.

Ow­szem, w pamięci zostało kilka jasnych obra­zów, ale to były raczej wyjątki niż reguła. Sie­dzimy razem w kinie na Bam­bim, ja wtu­lam się w fotel, jesz­cze dziecko, a on obok - obecny, choć prze­cież tak rzadko. Albo waka­cje w górach: ojciec nagle przy­jeż­dża, wieś cała się zbiega, z desek skle­cono scenę, gra orkie­stra, a on wyciąga do mnie rękę. Idziemy tań­czyć - ja maleńka, on wysoki. Cała wieś patrzy, nawet owce stoją w kręgu jak publicz­ność. A potem całuje mnie w dłoń - gest tak uro­czy­sty, jak­by­śmy grali w jakimś przed­sta­wie­niu. I może wła­śnie tak było: przed­sta­wie­nie zamiast bli­sko­ści.

Ale prawdę mówiąc, bar­dziej pamię­tam jego nie­obec­ność. Tę pustkę, która była w domu zamiast ojca. Mama wpa­dła w depre­sję. Miała trzy­dzie­ści dwa lata, była prze­piękną kobietą o dłu­gich do pasa rudych wło­sach i została sama z trójką dzieci. Musiała zacząć pra­co­wać. Łapała się wszyst­kiego - sprzą­tała u ludzi, szyła, szy­deł­ko­wała, obda­rzona talen­tem arty­stycz­nym, robiła na dru­tach fil­cowe figurki, kap­cie. Potra­fiła uszyć cuda z niczego. Pamię­tam nocny stu­kot maszyny do szy­cia, kiedy prze­ra­biała ubra­nia - ze star­szego brata na młod­szego, swoje na mnie. Pamię­tam też, jak brat Alek przy­niósł kie­dyś z Hybryd belę srebr­nego papieru. Mama uszyła mi z niego strój - spód­nicę i bolerko. Jed­no­ra­zowy, bo z papieru, ale wyglą­da­łam zja­wi­skowo. Nawet gdy zaczę­łam wystę­po­wać, wciąż mogłam liczyć na stroje szyte przez mamę.

Musiało być jej ciężko...

Nasza uko­chana bab­cia Feli­cja dużo nam poma­gała. Wsta­wała o czwar­tej rano, żeby zdą­żyć do pracy w kio­sku Ruchu. Po powro­cie goto­wała nie­miec­kie ein­topfy - wielki gar pożyw­nej zupy z mię­sem i warzy­wami. Na kola­cję przy­go­to­wy­wała pira­midy kana­pek z prze­zro­czy­stymi pla­ster­kami wędliny. Masło było luk­su­sem - bab­cia kupo­wała kostkę masła i mar­ga­ryny, mie­szała je, żeby star­czało na dłu­żej. Patrzy­łam z zachwy­tem na domy kole­ża­nek - krysz­ta­łową paterę Mał­gosi z pta­sim mlecz­kiem czy mie­szanką wedlow­ską, która ni­gdy się nie koń­czyła. U innej kole­żanki zawsze było masło w lodówce. Cza­sem cho­dzi­łam z nią na wagary tylko po to, żeby najeść się masła. Ale bar­dziej od biedy, która na nas spa­dła, bolało to, że wraz z odej­ściem ojca znik­nął rów­nież for­te­pian. Krótki, kon­cer­towy, ide­alny do miesz­ka­nia - dźwięk jego kla­wi­szy niósł się po całym domu. Na nim uczy­li­śmy się grać, mie­li­śmy pry­watne lek­cje, wie­rzy­li­śmy, że muzyka ocali choć kawa­łek naszego dzie­ciń­stwa. Pew­nego dnia przy­szło jed­nak dwóch męż­czyzn i wynio­sło go bez słowa. Została po nim cisza, cięż­sza niż brak ojca. Od tej pory musie­li­śmy cho­dzić do sąsiadki, która z lito­ści pozwa­lała nam ćwi­czyć na pia­ni­nie, ale i to wkrótce się skoń­czyło - lek­cje stały się luk­su­sem, na który nie było nas stać.

Kiedy nie mogło już być pry­wat­nych lek­cji, a for­te­pian został zabrany, muzyka mogła prze­cież ucich­nąć. A jed­nak została z panią na zawsze. Kto wtedy stał się dla pani nauczy­cie­lem - kto pod­trzy­mał w pani ten pło­mień?

Brat Alek­san­der. Naj­zdol­niej­szy z nas. Śpie­wa­li­śmy we trójkę wszę­dzie - na uli­cach, w tram­wa­jach, auto­bu­sach. Nie dla pie­nię­dzy, ale dla­tego, że muzyka była w nas. On nada­wał ton, my się przy­łą­cza­li­śmy. Potem śpie­wa­li­śmy rów­nież za pie­nią­dze. Muzyka mnie wessała. To był mój świat, moja ucieczka.

Psy­cho­lo­go­wie piszą, że nie­do­sta­tek może stłu­mić indy­wi­du­al­ność, a jed­nak u was w domu był jej nad­miar - stroje, prze­bie­ranki, harce. Mam wra­że­nie, że pani mama zamie­niała biedę w teatr, żeby oca­lić waszą wyobraź­nię.

Potra­fiła stwo­rzyć nam bajkę w sza­ro­ści. Choć prze­cież sama była kolo­ro­wym, skrzyw­dzo­nym pta­kiem, któ­remu wyrwano skrzy­dła. Musiała udźwi­gnąć samot­ność i nas. Cza­sem mia­łam do niej żal - że nie mam nor­mal­nego dzie­ciń­stwa, że muszę poma­gać, że mnie nie doce­nia. A teraz, im jestem star­sza, tym bar­dziej ją podzi­wiam i jestem jej wdzięczna. Zresztą to ona nauczyła mnie tej wdzięcz­no­ści. Pamię­tam, jak ciu­ła­li­śmy z rodzeń­stwem przez cały rok pie­nią­dze, żeby kupić coś na Gwiazdkę mamie i babci. Mie­li­śmy zeszyt w kratkę, w któ­rym w spe­cjalne rubryki wpi­sy­wało się kwoty wpła­cone do wspól­nego banku. Mama nawet poma­gała nam zara­biać - wymy­śliła "łasko­ta­nie", po 50 gro­szy i po zło­tówce. Za 50 gro­szy - łasko­ta­nie do trzech, za zło­tówkę - do dzie­się­ciu. Alek zwy­cię­żał, bo mógł wytrzy­mać pół godziny, a Jarek miał straszne łaskotki, led­wie 50 gro­szy mu się uciu­łało. A mnie wciąż powta­rzała: "Pamię­taj, że jesteś wielką artystką". Bałam się tego, bo czu­łam, że nie spro­stam. Była wobec mnie bar­dzo kry­tyczna, oszczędna w pochwa­łach. Nawet gdy odno­si­łam suk­cesy, potra­fiła powie­dzieć tylko: "Stać cię na wię­cej". W mło­do­ści bolało mnie to, bra­ko­wało mi słów zachwytu. Cza­sem bałam się dzwo­nić po kon­cer­cie, bo wie­dzia­łam, że usły­szę uwagi. Ale z dzi­siej­szej per­spek­tywy wiem, że ta kry­tyka była jej spo­so­bem wspie­ra­nia mnie. To była jej forma wiary w to, że mogę wię­cej, że nie powin­nam się zatrzy­my­wać.

Czy dziś widzi pani w tej rado­ści mamy rodzaj emo­cjo­nal­nej ochrony, daru, który był waż­niej­szy niż pie­nią­dze i sta­bil­ność?

Dzi­siaj widzę to bar­dzo wyraź­nie. Ta wymy­ślona baj­kowa histo­ria z Pała­cem Kul­tury była dokład­nie takim darem, ochroną, czymś, co nie było mate­rialne, ale ogrom­nie ważne. To był spo­sób na to, żeby­śmy mieli poczu­cie, że coś do nas należy, że nie jeste­śmy cał­kiem bez­bronni. Mama oczy­wi­ście bywała smutna, widzia­łam ją pła­czącą, raczej w ukry­ciu, za drzwiami, bo nie lubiła tego robić na widoku. I myślę, że ona też musiała się o tę radość sta­rać, że była jej potrzebna, żeby się ukoić.

A dziś, kiedy życie jest jed­no­cze­śnie piękne i bar­dzo trudne, skąd bie­rze pani radość, kiedy wstaje pani rano?

Dzi­siaj nie czuję się żad­nym źró­dłem rado­ści ani kimś, kto mógłby cokol­wiek pod­po­wia­dać, ale wiem jedno - mimo wszystko jestem oto­czona ludźmi, któ­rym na mnie zależy. Jest moja córka, są wnuki, które dopro­wa­dzają mnie do miło­snego sza­leń­stwa, jest praca, są spo­tka­nia z muzy­kami i kiedy jestem z nimi, naprawdę staję się innym czło­wie­kiem. A kiedy jestem sama, co nie­stety zda­rza się naj­czę­ściej, oglą­dam filmy, ska­czę po kana­łach, cza­sem trafi się coś dobrego, cza­sem nie, cza­sem nawet głu­pie kome­die potra­fią mnie ura­to­wać, szcze­gól­nie wło­skie, i to też jest jakaś forma trzy­ma­nia się życia. Ale kate­go­rycz­nie wystrze­gam się poli­tyki, wystrze­gam się też tych wszyst­kich wszech­wie­dzą­cych die­te­ty­ków i leka­rzy, któ­rzy co chwilę stra­szą ludzi, że wszystko pro­wa­dzi do cho­roby i cier­pie­nia, bo to naprawdę działa jak topór wiszący nad głową. Raz mleko jest dobre, raz złe, raz mięso wolno jeść, raz abso­lut­nie nie, i czło­wiek zaczyna mieć wra­że­nie, że cokol­wiek zrobi, to i tak będzie źle. A to bar­dzo szybko wpę­dza w nie­chęć do życia. Ja tego nie chcę. Ja wolę rze­czy pro­ste, życiowe, ludz­kie, takie, które nie odbie­rają ape­tytu na ist­nie­nie.

Czę­sto mówimy, że radość mieszka nie w wiel­kich wyda­rze­niach, ale wła­śnie w małych momen­tach. Kiedy wstaje pani rano, jest szaro, cicho, jest pani sama w domu - gdzie wtedy szuka pani tych drob­nych punk­tów zacze­pie­nia, które pozwa­lają nie opaść z sił?

Te rado­ści są drobne i bar­dzo kon­kretne. Cie­szy mnie, że mogę nakar­mić dwa bez­domne koty, które codzien­nie do mnie przy­cho­dzą. Radość to kawa wypita w ulu­bio­nej fili­żance. Może to brzmi banal­nie, ale kiedy ją sobie zro­bię, usiądę z nią i spo­koj­nie piję, to jest po pro­stu dobrze. Mam mały, nie­wy­szu­kany eks­pres. Kap­sułka, czarna kawa. Bez pia­nek, bez sma­ków. Cza­sem u córki albo u fry­zjera, gdzie mają piękne duże eks­presy, czuję róż­nicę. Wiem, że ona jest. Ale nie jest mi to potrzebne. Ta kawa jest mi po pro­stu potrzebna do życia. Włosi mówią, że w życiu liczą się trzy rze­czy: man­giare, dormire i chia­vare, czyli jedze­nie, odpo­czy­nek i "bli­skość". I w tej pro­stej filo­zo­fii odnaj­duję prawdę o rado­ści, która nie jest ani wznio­sła, ani spek­ta­ku­larna, ale za to nie­zbędna. Man­giare to nie tylko jedze­nie, lecz sma­ko­wa­nie, przy­jem­ność bie­sia­do­wa­nia, zapa­chy, wszystko, co się z tym wiąże. Dormire to nie tylko sen, ale odpo­czy­nek, rege­ne­ra­cja, dba­nie o sie­bie. A chia­vare to nie tylko seks, lecz przede wszyst­kim poczu­cie bycia kocha­nym, bli­skość, czu­łość. Czło­wiek nie musi być kochany na zabój, nie musi mieć gita­rzy­sty pod oknem przez cały dzień, ale musi czuć, że gdzieś tam jest jakieś uczu­cie. Bez tego bar­dzo trudno żyć.

Jest jesz­cze jeden dro­biazg, który dużo mówi o rela­cji z samą sobą. Omi­ja­nie luster. To jest taki mój codzienny rytuał ochronny. Cza­sem idę przo­dem, cza­sem bokiem, cza­sem robię mały objazd przez salon, żeby nie prze­cho­dzić wprost. Nie zawsze, raczej instynk­tow­nie. Nie jestem z sie­bie zado­wo­lona i lustra mnie męczą. I to też jest forma tro­ski o samo­po­czu­cie. Taka, która pozwala zacho­wać tro­chę siły na dzień. Jest też powi­ta­nie z obra­zami bli­skich osób, z twa­rzą mojej córki, z twa­rzą mojego męża. Z nią zawsze jest bar­dzo czule. A z nim bywa róż­nie. Cza­sem mówię mu: "Jakiś ty piękny facet", a cza­sem potra­fię powie­dzieć rze­czy zupeł­nie nie z tej ziemi. Takie, któ­rych potem sama się tro­chę wsty­dzę. Mówię: "Ty teraz sobie odpo­czy­wasz, a ja sama muszę się z tym wszyst­kim upo­rać. Jak mogłeś mnie z tym zosta­wić?". I wiem, że to nie jest spra­wie­dliwe, ale tak bywa. A potem przy­cho­dzą wie­czory. I wie­czory potra­fią być okrutne dla osoby, która jest samotna, scho­ro­wana i ma przy każ­dym tema­cie listę zaka­zów. Cze­ko­lady nie. Alko­holu nie. Papie­ro­sów nie. Kawy nie. Męża nie. I nagle robi się taka trudna do nazwa­nia pustka.

I co wtedy?

Wszystko zależy od tego, jak się o tym pomy­śli. Jeśli pomy­śli się o tym jak o gru­zach, to można tylko sie­dzieć i pła­kać. Ale można też spró­bo­wać spoj­rzeć na to ina­czej, z odro­biną humoru, powie­dzieć sobie: "No dobrze, przy­naj­mniej mam święty spo­kój". To nie jest jesz­cze radość, ale jakiś spo­sób, żeby się cał­kiem nie roz­sy­pać.

Anna Seniuk powie­działa mi kie­dyś, że scena to jedyne miej­sce, w któ­rym przez dwie godziny czuje się zdrowa. Czy dla pani scena jest podobną prze­strze­nią - chwi­lami, w któ­rych znika zmę­cze­nie i poja­wia się radość?

W dniu kon­certu jesz­cze przed próbą bywam w fatal­nym sta­nie, roz­bita, zmę­czona, w złym nastroju. Moja asy­stentka Sławka dobrze to widzi. Mówi potem: "Wie pani co, jak pani wyszła do pierw­szej pio­senki, zba­ra­nia­łam. Byłam prze­ko­nana, że pani dzi­siaj w ogóle nie wyj­dzie". Taki był nastrój. Taki był stan. I to się wcale nie dzieje bez wysiłku. Ale scena ma w sobie coś szcze­gól­nego. Ten pierw­szy kon­takt z publicz­no­ścią, ta obec­ność ludzi, to jest coś bar­dzo miłego, bar­dzo ener­ge­tycz­nego, wręcz pożyw­nego. Nie powiem, że bóle zni­kają. One nie zni­kają. Ale prze­stają być w cen­trum. Prze­staje się na nie patrzeć z taką uwagą. Ciało nie znika, ale prze­staje dyk­to­wać wszystko. I wtedy można iść dalej. Ogrom­nie dużo daje mi też reak­cja publicz­no­ści. To jest jeden z powo­dów, dla któ­rych wciąż wycho­dzę na scenę, nawet kiedy fizycz­nie jest bar­dzo trudno. Tydzień po pogrze­bie mojego męża sta­nę­łam na sce­nie i sama nie wie­dzia­łam, czy to wypada. Pyta­łam o to. Waha­łam się. Ale wie­dzia­łam, że ludzie cze­kają. I w tych bra­wach czuję nie tylko radość - czuję ser­decz­ność, współ­czu­cie, wspar­cie. To nie jest łatwa radość. Ale ona pozwala nie wypaść z życia.

To stąd bie­rze pani siły?

Jeśli cho­dzi o siły fizyczne, to ja ich po pro­stu nie mam. Mówię to wprost. Jestem w trak­cie lecze­nia onko­lo­gicz­nego, cią­gle na che­mii, i to bar­dzo osła­bia. Nie ma nor­dic wal­kingu, nie ma bie­ga­nia, nie ma żad­nych cudow­nych metod. Skąd więc siła? Chyba głów­nie z poczu­cia obo­wiązku. I z roz­mów z samą sobą. Ja bar­dzo dużo do sie­bie mówię. Cza­sem depre­syj­nie, cza­sem sta­now­czo. Mówię sobie: teraz wsta­niesz, pój­dziesz, pod­le­jesz, zamie­ciesz, zro­bisz jedną rzecz, potem drugą. I tak się sama do tego zmu­szam. To nie jest żadna hero­iczna metoda. Po pro­stu wiem, że siły nie da się poży­czyć od kogoś. Trzeba ją wydo­być z sie­bie, nawet jeśli jest jej bar­dzo mało.

A zda­rza się pani pomy­śleć: "Nie jadę, mam dość, zostaję"? I co wtedy wygrywa - zmę­cze­nie czy odpo­wie­dzial­ność?

Tak, oczy­wi­ście, że się zda­rza. Myślę sobie: "Nie jadę". I to jest praw­dziwa myśl. Ale ona zawsze zostaje tylko myślą. Mam doświad­cze­nie i wiem, że za tym wyjaz­dem stoi mnó­stwo ludzi - nie tylko muzycy, ale orga­ni­za­to­rzy, tech­niczni, ci, któ­rzy zro­bili pla­katy, i przede wszyst­kim ci, któ­rzy kupili bilety. Ja nie mogę ich zawieść. Po pro­stu nie ma mowy.

W Trzech kolo­rach. Nie­bie­skim Krzysz­tofa Kie­ślow­skiego boha­terka po stra­cie wybiera pustkę i odcię­cie jako spo­sób prze­trwa­nia, a życie wraca do niej bocz­nymi drzwiami, przez muzykę i rela­cje. Pani doświad­czyła i izo­la­cji po jed­nej stra­cie, i trwa­nia przy życiu po dru­giej. Czy dziś widzi pani, który z tych spo­so­bów jest bliż­szy rado­ści, czy raczej nie ma tu żad­nej hie­rar­chii?

Nie potra­fię tego war­to­ścio­wać. Wydaje mi się jed­nak, że kon­takt z ludźmi jest nie­zwy­kle ważny w każ­dej sytu­acji. Izo­la­cja, odci­na­nie się od przy­ja­ciół, pracy, od świata, od ludzi, tylko nas osła­bia. Czło­wiek musi się wyga­dać, poża­lić. Albo posłu­chać innych. Cza­sem porów­na­nie wła­snego pro­blemu z cudzym daje ulgę, cza­sem ktoś mówi coś i nagle myślisz: "Boże, ja się tym przej­muję, a prze­cież są rze­czy o wiele trud­niej­sze". Albo odwrot­nie, sły­szysz kogoś i odkry­wasz, że czu­jesz dokład­nie to samo, tylko ni­gdy nie mia­łaś odwagi o tym powie­dzieć. Samot­ność w prze­ży­wa­niu jest bar­dzo zła. Kie­dyś były domy wie­lo­po­ko­le­niowe, rodziny się w nich wspie­rały. To był dosko­nały sys­tem dla czło­wieka, od dzie­ciń­stwa aż po sta­rość, i on gdzieś zanikł. Znany jest nam obra­zek: panie sie­dzą zajęte robót­kami i roz­ma­wiają. I w tych roz­mo­wach wypływa wszystko - pro­blemy, lęki, żale. Cię­żar, któ­rego warto się pozbyć. Dziś bar­dzo nam tego bra­kuje.

Jak pani myśli: radość i smu­tek mogą ist­nieć jed­no­cze­śnie czy jed­nak się wyklu­czają?

Nie wyklu­czają się abso­lut­nie. W życiu może dziać się coś bar­dzo trud­nego, a jed­no­cze­śnie może się wyda­rzyć coś miłego. To trudne nie znika, jest gdzieś pod spodem, jest klu­czowe, ale to nie zna­czy, że nie ma miej­sca na inne emo­cje. To nie jest tak pro­sto jak u dziecka, że nie ma łopatki, a potem ma łopatkę i jest szczę­śliwe. U doro­słych wszyst­kie barwy, wszyst­kie emo­cje są obecne naraz.

A czy radość po wiel­kiej stra­cie jest inna? Mniej naiwna, bar­dziej uczciwa, a może po pro­stu już nie jest rado­ścią w kla­sycz­nym sen­sie?

Po mojej ostat­niej stra­cie, stra­cie męża po czter­dzie­stu dwóch latach wspól­nego życia, nie odczu­wam już peł­nej rado­ści. Mówi­łam o tych małych ele­men­tach, dro­bia­zgach, które można sobie skła­dać, żeby jakoś funk­cjo­no­wać. Ale ogól­nie jestem jed­nym wiel­kim żalem. To jest bar­dzo dobre okre­śle­nie. Jest prze­po­twor­nie żal.

W psy­cho­lo­gii żałoby mówi się cza­sem, że strata nie znika, tylko "idzie obok", każ­dego dnia. Czy to poczu­cie, że wszystko, co miało się jesz­cze wyda­rzyć, zostało już defi­ni­tyw­nie ode­brane, jest dziś dla pani sta­łym tłem życia?

Tak. Każdy dzień, który mogli­śmy jesz­cze spę­dzić razem, a już go nie spę­dzimy, jest jak coś wyraź­nie napi­sa­nego na hory­zon­cie: "ni­gdy". To słowo jest tam cały czas. Ono mi stale towa­rzy­szy i nie widzę świa­tełka w tunelu. Wiem, że już nie­wiele się w moim życiu wyda­rzy, nie popłynę jach­tem, nie polecę balo­nem, nie będę znowu zako­chana. Wiem, że to się nie sta­nie. Gdy Dżin­dżi był ze mną, to na przy­kład naszą wielką rado­ścią były spa­cery do Parku Dre­szera w War­sza­wie. To było niby nic. Po pro­stu wycho­dzi­li­śmy, szli­śmy spo­koj­nym kro­kiem, mie­li­śmy swoją ławeczkę, swoje roz­mowy, swoje mil­cze­nia. Regu­lar­nie tam cho­dzi­li­śmy i to była nasza wielka radość. Było w tym coś bar­dzo pro­stego i bar­dzo peł­nego. Mie­li­śmy mnó­stwo wspól­nych rado­ści - wnuki, muzykę, podróże, nawet zwy­kłą jazdę samo­cho­dem. To wszystko było rado­ścią.

A jeśli dziś mia­łaby pani nazwać radość moż­liwą - nie tę utra­coną, ale taką, która jesz­cze mogłaby się wyda­rzyć - czego by pani chciała naj­bar­dziej?

Chcia­ła­bym spo­koju. Praw­dzi­wego wewnętrz­nego spo­koju. Takiego, w któ­rym nie jestem cią­głym stra­chem, obawą, że coś się nie uda. I że nic nie muszę. Że mogę leżeć pod gru­szą i po pro­stu być. I że to wystar­cza.

EWA BEM

Nazy­wana "pierw­szą damą pol­skiego jazzu". Debiu­to­wała w zespole Bemi­bek, ale szybko poszła wła­sną drogą, two­rząc styl łączący jazz, swing i poezję codzien­no­ści. Na sce­nie od ponad pół wieku. Jej pio­senki - od Poda­ruj mi tro­chę słońca po Moje serce to jest muzyk - są świa­dec­twem nie tylko arty­stycz­nej kariery, lecz także siły wraż­li­wo­ści. Kobieta, która doświad­czyła strat, jakich nie unie­sie żaden papier, a mimo to wraca na scenę i powta­rza swoje życiowe motto: "Żyj kolo­rowo".

SYLWIA CHUTNIK

Odważna mimo woli

Nie rodzi się z siły, lecz ze zmę­cze­nia. Z tego momentu, w któ­rym czło­wiek nie może już dłu­żej kła­mać przed sobą samym. Nie ma w niej nic z boha­ter­skiego unie­sie­nia - to raczej stan gra­niczny mię­dzy "nie mogę" a "muszę". Jak napi­sał Cze­sław Miłosz, odwaga jest skut­kiem roz­pa­czy. Kiedy już nie ma nic do stra­ce­nia, pozo­staje prawda. W lite­ra­tu­rze odwaga zawsze jest cicha i samotna. Anty­gona nie wygła­sza mani­fe­stu - po pro­stu robi to, co uznaje za słuszne, wie­dząc, że przy­płaci to życiem. Raskol­ni­kow w Zbrodni i karze zdo­bywa się na odwagę przy­zna­nia się do winy, bo tylko prawda może go oca­lić. Atti­cus Finch w Zabić drozda staje w sądzie nie po to, by wygrać sprawę, lecz by zacho­wać god­ność w świe­cie, który zapo­mniał, czym jest spra­wie­dli­wość.

Odwaga nie zawsze ma sens. Czę­sto pro­wa­dzi doni­kąd. Cza­sem zosta­wia po sobie ruiny. Ale wła­śnie w tym jest jej czy­stość - w goto­wo­ści na kon­se­kwen­cje. "Trzeba mieć odwagę być sobą, nawet jeśli inni wolą, żebyś była kimś innym" - napi­sała Vir­gi­nia Woolf, a każde jej zda­nie było jak akt oporu wobec świata, który chciał kobiet mil­czą­cych, uło­żo­nych, popraw­nych. Współ­cze­sność potrze­buje innego rodzaju odwagi. Nie hero­icz­nej, tylko ludz­kiej. Nie na bary­ka­dach, ale w kuchni, przy stole, w łóżku. W zda­niu wypo­wie­dzia­nym do part­nera: "Nie chcę już tak żyć". W tele­fo­nie do matki: "Nie przy­jadę na święta". W mailu, który zaczyna się od słowa: "Odcho­dzę". To wszystko są małe akty odwagi, któ­rych może nikt nie zauważy, ale które potra­fią zmie­nić całe życie. Bo odwaga to decy­zja. Nie o świe­cie, lecz o sobie. To zda­nie: "Nie wiem, co będzie dalej, ale już tak nie mogę". Nie musi pro­wa­dzić do zwy­cię­stwa - wystar­czy, że pro­wa­dzi do prawdy.

Filmy o odwa­dze zawsze koń­czą się kathar­sis, jed­nak w życiu nie ma muzyki pod­czas napi­sów koń­co­wych. Zostaje cisza, zmę­cze­nie, cza­sem żal. Ale też coś wię­cej - spo­kój. Taki, który przy­cho­dzi dopiero wtedy, gdy prze­sta­jesz uda­wać. Jak stwier­dził Albert Camus, czło­wiek odważny to ten, kto mówi "tak", choć cały świat mówi "nie". I może wła­śnie o to cho­dzi: nie o hero­izm, lecz o zgodę na samego sie­bie. Bo odwaga nie polega na tym, by się nie bać, tylko na tym, by iść dalej - mimo że się boimy. To naj­cich­sza forma wol­no­ści, jaką znamy.

Kiedy kobieta jest naprawdę odważna? Wtedy, gdy mówi, co myśli, ryzy­ku­jąc śmiesz­ność, samot­ność, wyklu­cze­nie, czy wtedy, gdy mil­czy, wie­dząc, że i tak zrobi po swo­jemu?

Kobieta w Pol­sce jest odważna wtedy, kiedy w ogóle zabiera głos. Poprzeczka odwagi jest zawie­szona żało­śnie nisko. Wystar­czy, że coś powiesz, i już jesteś "kon­tro­wer­syjna". Jesz­cze nie skoń­czysz zda­nia, a już poja­wiają się ety­kiety: "wojow­niczka", "krzy­kaczka", "pro­ble­ma­tyczna". Jakby samo mówie­nie - to, że w ogóle ist­nie­jesz gło­sem - było pro­wo­ka­cją. To jest w grun­cie rze­czy prze­ra­ża­jące, bo ozna­cza, że żyjemy w kraju, w któ­rym mil­cze­nie kobiety jest wciąż uzna­wane za cnotę. A ja nie umiem się zamknąć. Nie chcę. Odwaga to więc dla mnie nie hero­iczne gesty, nie krzyk na bary­ka­dach, tylko codzien­ność. Zwy­kłe mówie­nie, że coś ci się nie podoba. Że chcesz ina­czej. Że masz dość. I wiesz co? Cza­sem nawet nie zdą­żysz jesz­cze wyra­zić opi­nii - a już widzisz po oczach, że ludzie ci ją przy­pi­sali. To jest jak ryko­szet.

Zda­rzyło się, że ten ryko­szet naprawdę zabo­lał?

Kiedy pro­wa­dzi­łam Fun­da­cję MaMa - to były czasy przed 500+, dziś już 800+ - w mojej bańce, nazwijmy ją lewi­cowo-pro­gre­sywną, obo­wią­zy­wało prze­ko­na­nie, że wszystko, co wycho­dzi z pra­wej strony, jest z defi­ni­cji złe. A ja odwa­ży­łam się powie­dzieć: "Nie, to ma sens". Poli­tyka pro­ro­dzinna musi być też poli­tyką eko­no­miczną. Bo jak masz roz­wa­żać swoje wybory życiowe, skoro nie star­cza ci na czynsz? Jak masz marzyć o karie­rze, kiedy boisz się, że zabrak­nie ci na jedze­nie dla dziecka? Zamiast więc bić pianę o eman­cy­pa­cji w wer­sji luk­su­so­wej, wola­łam mówić o pira­mi­dzie Maslowa. O tym, że zanim pomy­ślisz o samo­re­ali­za­cji, musisz mieć pełną lodówkę i spo­kój. I wiesz co? Powie­dze­nie tego gło­śno w moim śro­do­wi­sku było jak przy­zna­nie się do zdrady.

Zdrady kogo - idei czy wspól­noty?

Chyba jed­nego i dru­giego. Bo to jest odwaga, która naj­bar­dziej boli - ta wbrew swoim. Nara­zi­łam się femi­nist­kom. Już wcze­śniej zresztą, gdy mówi­łam, że praca domowa to też praca. Że gospo­dy­nie domowe nie są "kurami", tylko kobie­tami, które wyko­nują emo­cjo­nalny i logi­styczny wysi­łek, czę­sto więk­szy niż nie­je­den mene­dżer w open spa­cie. To był dla nie­któ­rych szok. Bo jak to, femi­nistka, która broni gospo­dyń domo­wych? Ale ja ni­gdy nie uwa­ża­łam, że femi­nizm ma jeden kolor. Kobieta ma prawo być, kim chce - nawet jeśli chce być opie­kunką, pie­lę­gniarką, tą, która dba. Choć przy­znam, że w głębi duszy widzia­ła­bym kobiety na sce­nie, w poli­tyce, w prze­strzeni publicz­nej. W świe­tle reflek­to­rów. Ale to już moje oso­bi­ste pra­gnie­nie. Odwaga polega też na tym, że cza­sem mówisz coś wbrew sobie. Bo ja, mimo całej mojej pro­gre­syw­no­ści, mówię też: Miej swoje pie­nią­dze, dziew­czyno. Bo on prę­dzej czy póź­niej odej­dzie - taka sta­ty­styka życia. I wtedy zosta­niesz z rachun­kami, z dziećmi, z codzien­no­ścią. A naj­gor­sze, co może się wyda­rzyć, to koniecz­ność pro­sze­nia o pie­nią­dze na zakupy. To już nie jest odwaga. To upo­ko­rze­nie.

Zasta­na­wiam się, czy w takim razie femi­nizm wymaga dziś więk­szej odwagi czy więk­szej cier­pli­wo­ści.

Chyba jed­nego i dru­giego. Cier­pli­wo­ści - żeby po raz tysięczny tłu­ma­czyć, że nie jeste­śmy wiel­błą­dami. I odwagi - żeby w ogóle przy­znać się do słowa "femi­nistka". Bo wciąż żyjemy w świe­cie, w któ­rym kobieta mówi: "Nie jestem femi­nistką, ale...". A ja chcę, żeby mówiła: "Tak, jestem femi­nistką, kropka". To wciąż wymaga odwagi, bo w XXI wieku mówie­nie o prze­mocy wobec kobiet, o nie­rów­no­ściach eko­no­micz­nych, o gen­der gap wciąż wywo­łuje zdzi­wie­nie. Jak­by­śmy wła­śnie odkryły Ame­rykę w kon­ser­wach. Wyda­wa­łoby się, że po tylu latach już nie trzeba tego tłu­ma­czyć. A jed­nak wciąż trzeba.

Czyli wciąż jesteś tą, która "psuje zabawę"?

I to jest moja rola, moja toż­sa­mość. Ostat­nio gło­śno mówi­łam o man­spla­iningu - tych wszyst­kich nie­pro­szo­nych męskich radach, komen­ta­rzach, poucze­niach. O męż­czy­znach, któ­rzy wie­dzą wszystko o wszyst­kim, także o mojej pracy, i wie­dzą lepiej. To wywo­łało kon­tro­wer­sje. Mówi­łam o czymś, co jest oczy­wi­ste, co wyda­wało się już dawno prze­ro­bione, a ludzie reago­wali, jak­bym wła­śnie wymy­śliła ten ter­min. I wtedy zro­zu­mia­łam, że odwaga dziś to nie nowy mani­fest, tylko powta­rza­nie tego samego - aż do znu­dze­nia. Bycie tą femi­nistką, "psuj-zabawą", o któ­rej pisała Sara Ahmed. Tą, która wstaje na impre­zie i mówi: "Prze­pra­szam, ale ten dow­cip o gwał­cie mnie nie bawi". Tą, która prze­rywa błogą ciszę, bo przy­po­mina o prze­mocy, o nie­rów­no­ści, o wyklu­cze­niu. To jest wła­śnie odwaga: świa­do­mość, że zaraz ktoś bek­nie, że zaraz obe­rwiesz - a mimo to mówisz. Bo ktoś musi.

I zawsze masz tę odwagę i pew­ność? A może da się jed­no­cze­śnie być odważną i wąt­pić? Czy siła i nie­śmia­łość mogą miesz­kać w tej samej oso­bie?

Powiem wię­cej - można być odważną i prze­ra­żoną jed­no­cze­śnie. Można drżeć, pła­kać, kwe­stio­no­wać każde swoje zda­nie, a mimo to iść dalej. Można być intro­wer­tyczką, która staje na bary­ka­dzie, i pła­kać potem w łazience z poczu­cia, że świat jest zbyt bru­talny na tę całą odwagę. Bo odwaga nie polega na tym, że się nie boisz - tylko że się boisz, a i tak to robisz. Cza­sem mówię kobie­tom: Bądź silna, nie­za­leżna, rób po swo­jemu. Ale dodaję: Pamię­taj, że za to się płaci. I to wcale nie jest tania waluta. To może być ostra­cyzm, kpiny, samot­ność przy świą­tecz­nym stole, chłód w pracy, wyklu­cze­nie. Cena za wła­sny głos. Pyta­nie brzmi tylko: Czy cię na to stać?

A cie­bie było stać? Jaką cenę za to zapła­ci­łaś?

Cenę obcia­chu. I to dosłow­nie. W latach dzie­więć­dzie­sią­tych byłam dziew­czyną, którą dziś nazwano by cringe'em. Pięt­na­sto­latką z zie­lo­nymi dre­dami do pasa, pięt­na­stoma kol­czy­kami w twa­rzy i bli­znami po ich wyry­wa­niu. Robi­łam femi­ni­styczne per­for­mansy, zanim kto­kol­wiek wie­dział, że tak to się nazywa. I to nie było ani modne, ani cool. To było śmieszne, żenu­jące. Byłam obcia­charą. I wiesz co? W pew­nym sen­sie na­dal nią jestem. Tylko dziś ten obciach stał się zbroją. Kie­dyś za różowe włosy i tatu­aże dosta­wało się w twarz. Dziś to jest este­tyka z Insta­grama. Moja mama śmieje się, że warto było pocze­kać trzy­dzie­ści lat - różowy jest modny. Ale wtedy to była pro­wo­ka­cja. Pamię­tam, jak wra­ca­łam z teatru - zawsze tam cho­dzi­łam, nawet jak nie mia­łam pie­nię­dzy, kom­bi­no­wa­łam, żeby wejść - wra­ca­łam późno, po dwu­dzie­stej pierw­szej, i czę­sto po pro­stu dosta­wa­łam wpier­dol. Albo mnie oplu­wano. Albo ktoś z tyłu rzu­cił czymś we mnie.

Ale naj­bar­dziej pamię­tam jedną noc. Mia­łam sie­dem­na­ście lat. Wysia­dłam z tram­waju i szłam w stronę bloku. I nagle oto­czyło mnie kilku typów. Dre­sia­rze, tacy pseu­do­na­ziole - koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Typowy pol­ski kra­jo­braz: tanie piwo, prze­moc, adre­na­lina. Zaczęli do mnie mówić: "Szmato, bru­da­sie, co to, kurwa, jest?". Nie wie­dzia­łam, co zro­bią. Czy mnie pobiją, czy każą zjeść naszywkę, czy po pro­stu się pośmieją. Nie zro­bili nic. Tylko mnie nastra­szyli. Ale strach zostaje w ciele na długo. To było gor­sze niż cios. Bo w tam­tej chwili zro­zu­mia­łam, że odwaga potrafi się skur­czyć do zia­renka ryżu. I że to zia­renko trzeba potem w sobie ogrze­wać, żeby znowu uro­sło.

Nie pomy­śla­łaś wtedy: "Dość"? Że już nie warto?

Pew­nie, że pomy­śla­łam. Ale nie umiem nie mówić. Nie potra­fię nie reago­wać. Może to głu­pota, może instynkt. Ale w moim przy­padku odwaga nie jest decy­zją, tylko odru­chem. To nie jest coś, co się wybiera. To coś, co się ma - nawet jeśli wcale się tego nie chce. Bo gdy­bym miała ana­li­zo­wać, wyli­czać ryzyko, pew­nie dawno bym zamil­kła. A jed­nak wciąż gadam. I wciąż pła­czę. Bo to się nie wyklu­cza. Odwaga i łzy. Strach i dzia­ła­nie. Prze­cież wła­śnie z tego jeste­śmy zro­bione.

Czyli odwaga to też wier­ność sobie - nawet wtedy, gdy wszystko wokół pod­po­wiada, żeby odpu­ścić, wto­pić się w tłum "dla świę­tego spo­koju"?

Chyba tak. Bo pamię­tam poranki, kiedy po takich nocach - peł­nych pła­czu, stra­chu, tej resztki adre­na­liny - wsta­wa­łam, ubie­ra­łam się w swoje ciu­chy i nie wyj­mo­wa­łam kol­czy­ków. Nie cze­sa­łam wło­sów, nie far­bo­wa­łam ich na "nor­malny kolor". Po pro­stu byłam sobą. Nie wiem dla­czego. Nie wiem, skąd we mnie ten upór. Może dla­tego, że ja zawsze byłam jakoś... uparta z uśmie­chem. Nie taka, wiesz, krzy­kliwa bun­tow­niczka z trans­pa­ren­tem, tylko raczej spo­kojna dziew­czyna, która po pro­stu nie umiała uda­wać. Wobec świata byłam gło­śna, a wobec bli­skich raczej miękka. Ale to też dla­tego, że oni mi na to pozwa­lali. Nie musia­łam się bun­to­wać prze­ciwko nim, więc całą tę ener­gię mogłam zużyć na bunt wobec świata. I myślę, że to mnie ukształ­to­wało - to, że nie mia­łam planu B. Ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, że mogła­bym się "zmie­nić". Do dziś tak mam, choć to trudne dla bli­skich. Bo wie­dzą, że jak już coś posta­no­wię, to koniec. Nie ma odwrotu. Nie robię żad­nych teatral­nych gestów, po pro­stu sie­dzę cicho i robię swoje. I oni wie­dzą, że to koniec dys­ku­sji.

A pamię­tasz pierw­szy raz, kiedy coś w tobie powie­działo: "Zro­bię po swo­jemu"?

Mia­łam dwa­na­ście, może trzy­na­ście lat. To był moment, kiedy w ramach kon­kor­datu reli­gia została wpro­wa­dzona do szkół. Wcze­śniej cho­dziło się na nią do salek przy para­fiach - takich sta­rych, pach­ną­cych kadzi­dłem i kurzem pokoi, gdzie śpie­wało się pio­senki o Jezu­sie i ryso­wało gołąbki na kart­kach. Uwiel­bia­łam to. Byłam dziew­czynką z Kościoła św. Sta­ni­sława Kostki na Żoli­bo­rzu, z tej samej para­fii, w któ­rej dzia­łał ksiądz Popie­łuszko. Wystę­po­wa­łam w jaseł­kach, szłam w pro­ce­sjach, z kwiat­kami, płat­kami, cza­sem byłam Maryją, cza­sem Jezu­sem, cza­sem po pro­stu brat­kiem w tle. Spa­łam z obraz­kami świę­tych pod poduszką, żeby mi się śniły dobre sny. Naprawdę kocha­łam Boga. I nagle usły­sza­łam w radiu, że reli­gia wej­dzie do szkół. I coś się we mnie zapa­liło. Jakiś rodzaj nie­zgody, któ­rego wcze­śniej nie zna­łam. Pomy­śla­łam: To jest nie­spra­wie­dliwe. Co z dziećmi, które nie wie­rzą? Jak mają sie­dzieć w kla­sie, gdy ja będę się modlić do swo­jego Boga? I jak ja mogę być czę­ścią cze­goś, co wyklu­cza innych?

I wtedy - mając te dwa­na­ście, trzy­na­ście lat - powie­dzia­łam mojej mamie, że nie pójdę na reli­gię. Byłam jedyna w całej szkole. W pod­sta­wówce nr 65 imie­nia Wła­dy­sława Orkana tylko ja jedna nie cho­dzi­łam na reli­gię. Cztery lata sie­dze­nia na kory­ta­rzu, pod­czas gdy reszta klasy śpie­wała Barkę. Za każ­dym razem, gdy zmie­niała się nauczy­cielka dyżurna, pytała: "Dla­czego sie­dzisz pod ścianą?". A ja spo­koj­nie odpo­wia­da­łam: "Bo nie cho­dzę na reli­gię". I wycią­ga­łam pod­pi­sane przez mamę oświad­cze­nie jak prze­pustkę do wła­snego zda­nia. Nie wiem, skąd się to we mnie wzięło. Moja rodzina była taka zwy­czajna - wie­rzący nie­prak­ty­ku­jący, święta, pogrzeby, chrzty. Ani ate­iści, ani dewoci. Taki pol­ski śro­dek. Ale ja się wtedy naprawdę obu­rzy­łam. Mia­łam w sobie ten rodzaj dzie­cię­cej moral­no­ści, który cza­sem jest czyst­szy od doro­słej kal­ku­la­cji. To był mój pierw­szy bunt, w któ­rym cho­dziło nie o mnie, tylko o innych. A potem zaczęło się już całe to doj­rze­wa­nie - rock, grunge, Red Hot Chili Pep­pers, pod­szy­wane ubra­nia, bunt este­tyczny. W ósmej kla­sie prze­sta­łam jeść mięso, zaczę­łam być pun­kiem, cho­dzi­łam w gla­nach, mia­łam dredy i kol­czyki. Począt­kowo mama zakła­dała, że to chwi­lowe. Ale kiedy zoba­czyła, że mi nie prze­cho­dzi, że to się raczej pogłę­bia, zro­zu­miała, że nic z tym nie zrobi. Po latach przy­znała, że bar­dzo szybko wie­działa, iż nie ma na to wpływu. Nie w takim sen­sie, że się pod­dała, tylko że pojęła, że taka po pro­stu jestem.

Dom rodzinny wzmac­niał w tobie odwagę czy raczej pró­bo­wał prze­ko­nać, że lepiej się nie wychy­lać z sze­regu?

To było dla nich trudne, zwłasz­cza dla mamy. Wsty­dziła się. Mówiła: "Boże, Syl­wia, czy nie możesz choć raz ubrać się jak czło­wiek, a nie jak...". A jesz­cze docho­dził ten kon­tekst - osie­dle, praca, sąsie­dzi. Wszy­scy widzieli, że jej córka wygląda ina­czej. "A, to matka tej..." - szep­tali. Dla niej to był wstyd, dla mnie - koniecz­ność. Mama pra­co­wała wtedy w barze, nie chciała, żebym ją odwie­dzała, pew­nie się mnie tro­chę wsty­dziła. Była bar­manką - ciężka robota, dym, hałas, faceci po wódce, fry­tow­nica, smród, tłuszcz, zmę­cze­nie. Wra­cała do domu wymę­czona, prze­siąk­nięta zapa­chem papie­ro­sów, a ja tam cze­ka­łam: córka w zie­lo­nych wło­sach, z kol­czy­kami, coraz bar­dziej rady­kalna. To nie była dobra mie­szanka. Ale mimo wszystko - i za to mam dla niej ogromny sza­cu­nek - ni­gdy mnie nie zła­mała. Nie zabro­niła. Wymy­ślała, zło­ściła się, ale wie­działa, że to by nic nie dało. I to był rodzaj jej mądrej odwagi.

A pamię­tasz swoją pierw­szą demon­stra­cję?

Sama ją nawet zor­ga­ni­zo­wa­łam. Pierw­sza liceum, mia­łam pięt­na­ście lat. Cyrk przy Placu Zawi­szy - pro­test prze­ciwko wyko­rzy­sty­wa­niu zwie­rząt. Pikieta, nie­le­galna oczy­wi­ście. Zebra­ły­śmy z kole­żanką ze czter­dzie­ści osób, głów­nie zna­jo­mych z pun­ko­wej ekipy. Trans­pa­renty robione fla­ma­strami, hasła pisane na prze­ście­ra­dłach, tro­chę cha­osu, ale mnó­stwo ener­gii. Sta­ły­śmy z trans­pa­ren­tami jak z tar­czami. Nie wie­dzia­ły­śmy, co robimy, ale czu­ły­śmy, że to coś waż­nego. To był mój pierw­szy raz, kiedy byłam odpo­wie­dzialna za wła­sny głos. Nie poszłam za kimś, tylko sama zro­bi­łam krok do przodu. Do dziś mam w sobie tamtą pięt­na­sto­latkę, co robi nie­le­galną pikietę pod cyr­kiem, bo wie­rzy, że świat można choć tro­chę napra­wić. Potem były kolejne - jak choćby antysz­czyt alter­glo­ba­li­stów w Pra­dze. Mia­łam sie­dem­na­ście lat, kiedy poje­cha­łam pocią­giem z rowe­rem przez pół Europy, bo wyda­wało mi się, że z nim będzie mi łatwiej. Z ple­ca­kiem, z trans­pa­ren­tami. Wzię­łam udział w wie­sza­niu bane­rów na moście. Zare­kwi­ro­wali rower jako dowód rze­czowy. Ni­gdy go nie odzy­ska­łam. Do dziś pamię­tam ten absurd - ja wolna, a on za krat­kami. I tę mie­sza­ninę ulgi i żalu. Ulgi, że mnie nie zamknęli, i żalu, że stra­ci­łam coś, co było wtedy moim całym mająt­kiem.

Vir­gi­nia Woolf napi­sała, że kobieta potrze­buje wła­snego pokoju i pie­nię­dzy, by mówić wła­snym gło­sem. Ty mia­łaś coś prze­ciw­nego - hałas, brak pie­nię­dzy i wieczny ruch. Jak zabrzmiał twój pierw­szy wła­sny głos?

Myślę, że po raz pierw­szy usły­sza­łam sie­bie, kiedy napi­sa­łam pierw­sze wier­sze. Mia­łam pięt­na­ście lat i poszłam z nimi na spo­tka­nie Klubu Ludzi Arty­stycz­nie Nie­wy­ży­tych, KLAN, pro­wa­dzo­nego przez Danutę Wawi­łow. To była dla mnie, dziew­czyny z Żoli­bo­rza z zeszy­tem w kratkę, bogini słowa. Miała wtedy w "Fili­pince" rubrykę "Cześć, poeci i poetki". Można było wysy­łać tek­sty, ale ja nie mia­łam odwagi, więc poszłam do niej oso­bi­ście. Z rękami drżą­cymi od stresu, z wier­szami w ple­caku. I to był pierw­szy raz, kiedy poczu­łam, że odwaga to nie tylko krzyk, ale też obna­że­nie. Bo poezja jest roz­bie­ra­niem się do kości. Nie na sce­nie, tylko w środku. Wier­sze były oczy­wi­ście lice­alne - dużo patosu, tro­chę buntu, tro­chę smutku, sporo Jezusa w gla­nach. Taki bunt z ele­men­tami meta­fi­zyki. Wtedy już byłam nie­wie­rząca, ale ten Jezus był ze mną - taki chło­pak z podwórka, który nie osą­dza, tylko słu­cha. I może dla­tego ten obraz został we mnie na długo: Jezus w gla­nach, idący obok mnie, po kostki w bło­cie, mil­czący, ale obecny. Po latach, kiedy zaczę­łam znowu pisać poezję, zaj­rza­łam do tam­tych zeszy­tów. I choć nie dało się już tych tek­stów ura­to­wać, zoba­czy­łam w nich coś waż­nego: pierw­szy ton wła­snego głosu. Nie uło­żony, nie pewny sie­bie, ale praw­dziwy. Bo pierw­szy głos ni­gdy nie jest dosko­nały - jest drżący, nie­wy­spany, nie­pewny. Jeśli się jed­nak ujawni, ni­gdy nie pojawi się drugi.

Czu­jesz, że dziś odwaga ma inny wymiar - że nie polega już na krzyku, tylko na tym, żeby spo­koj­nie powie­dzieć: "Jest mi źle"?

To jest dokład­nie ten moment. Kie­dyś odwaga była dla mnie krzy­kliwa, mani­fe­sta­cyjna, teatralna - dziś polega na szcze­ro­ści. Ostat­nio ktoś w pod­ca­ście zapy­tał mnie, jak ja się mam z upły­wem czasu. Z tym, że jestem po czter­dzie­stce, że zaczyna się ten cały "meno­pau­zowy czas", o któ­rym dopiero teraz - wresz­cie - zaczy­namy mówić. I ludzie byli zdzi­wieni, gdy odpo­wie­dzia­łam, że mam się z tym bez­na­dziej­nie. Bo prze­cież obo­wią­zuje nas nar­ra­cja: "Kochaj swoje ciało, sta­rze­nie się jest piękne, każda zmarszczka to histo­ria". A ja tego nie czuję. Mój meta­bo­lizm osza­lał, ciało robi, co chce, włosy siwieją, skóra się marsz­czy, a ja nie mam na to wpływu. Sta­rzeję się bez god­no­ści. I nie udaję, że mnie to cie­szy. Nie chcę kła­mać, że mam z tego frajdę. Nie mam. I nie widzę powodu, by uda­wać, że upływ czasu to nagle powód do rado­ści. W kul­tu­rze, w któ­rej wygląd jest walutą, sta­rze­nie się nie jest zabawne.

Oczy­wi­ście rozu­miem ideę body posi­tive, ale bli­żej mi do body neu­tral, czyli: tak, coś mi wisi, coś się marsz­czy, coś nie wraca do formy, ale napi­sa­łam świetną książkę. I to jest waż­niej­sze. Odwaga to powie­dzieć: "Nie jest mi dobrze w moim ciele" - i mieć gdzieś, że to nie­fe­mi­ni­styczne. Ktoś mi powie­dział: "Nie możesz tak mówić, to psuje nar­ra­cję". A ja na to: Pier­dol się z nar­ra­cją. Nie będę robiła pro­pa­gandy suk­cesu, że sta­rze­nie się to jest luk­sus, bo nie jest. Ale mogę powie­dzieć, że jeśli ceną za te zmarszczki, cel­lu­lit i obwi­sły biust ma być spo­kój wobec ludzi, któ­rzy mnie nie obcho­dzą, to zapłacę ją z przy­jem­no­ścią. Bo to wła­śnie jest mój nowy luk­sus. Z wie­kiem przy­cho­dzi coś nie­zwy­kłego - taki auto­ma­tyczny filtr. Już nie chcesz pod­trzy­my­wać kon­tak­tów, które cię męczą. Już nie potra­fisz się uśmie­chać, kiedy ktoś cię rani. Już nie masz w sobie tej ener­gii do uda­wa­nia. W mło­do­ści jesz­cze się pró­bo­wało, grzecz­nie kiwało głową, dla świę­tego spo­koju. Teraz wiem, że za ten spo­kój płaci się sobą. I nie chcę już tego robić. Cza­sem tą ceną jest samot­ność. Wiele moich cudow­nych, mądrych, bły­sko­tli­wych przy­ja­ció­łek żyje samot­nie. Nie dla­tego, że nikt ich nie chce, tylko dla­tego, że one już nie chcą nikogo za wszelką cenę. I to jest ta praw­dziwa odwaga - być samej, ale na wła­snych warun­kach. W znacz­niej mie­rze pomo­gła mi tera­pia.

Po co poszłaś na tera­pię?

Naj­pierw z powodu depre­sji. To coś, co wraca falami. Cza­sem jest lepiej, cza­sem gorzej, ale towa­rzy­szy mi od lat. Mia­łam epi­zody, kiedy potrzebne były leki. I nie mam z tym pro­blemu. Bo depre­sja to nie fana­be­ria. To cho­roba. I wiem, że mam szczę­ście, że ura­to­wało mnie poczu­cie humoru. W naj­gor­szej dupie potra­fię zoba­czyć ładne liście. To brzmi banal­nie, ale tak jest. Dziś rano popła­ka­łam się, ale zanim to się stało, pomy­śla­łam: "Ale słońce, ale paź­dzier­nik! Jesz­cze są kolo­rowe liście!". I to jest ta cienka linia, na któ­rej się utrzy­muję. Nie chcę jed­nak mówić, że "depre­sję leczą liście". Bra­łam leki, wiem, co to zna­czy dno. Osoby wraż­liwe, empa­tyczne nie są w sta­nie żyć w nor­mal­nym tem­pie tego świata. Wokół nas tyle zła, nie­na­wi­ści, ludo­bój­stwa, śmierci - a my mamy jakoś funk­cjo­no­wać. Bywa­łam w miej­scach naprawdę ciem­nych. Może dla­tego nie potra­fię dziś uda­wać, że wszystko jest super. Że "kobiety mają moc", "trzeba wie­rzyć w sie­bie". Mam depre­sję i bywa chu­jowo. Ale wła­śnie dla­tego piszę, dla­tego dzia­łam - nie chcę, żeby to "chu­jowo" stało się normą. Nie chcę, żeby ludzie się pod­da­wali.

Przy­znać się do depre­sji to odwaga, ale otwar­cie powie­dzieć: "Jestem osobą nie­he­te­ro­nor­ma­tywną" to Mount Eve­rest!

I to w jakim momen­cie! Bo coming out zro­bi­łam wtedy, gdy rzą­dził PiS. Wie­dzia­łam, że to może być odczy­tane jako pro­wo­ka­cja, ale nie wyobra­ża­łam sobie mil­cze­nia. Bo dla mnie nie­mó­wie­nie prawdy jest gor­sze niż ryzyko hejtu. Ratują mnie przy­ja­ciele, zwłasz­cza przy­ja­ciółki i mój uko­chany gej-gang. Jak tylko znów wpadnę w błoto, wycią­gają mnie za włosy, otrze­pują i każą iść dalej. Każde z nich wie, kiedy zapu­kać z zupą, a kiedy dać mi się wypła­kać. Kiedy powie­dzieć: "Dobra, ogar­nij się, umyj włosy, idziemy na wer­ni­saż". I to jest naj­pięk­niej­sze - to wspólne wycią­ga­nie się z dołów. Bo samot­nie się nie da. To był czas ciężki jak beton, gęsty od nie­na­wi­ści. I dopiero póź­niej, po zmia­nie wła­dzy, wiele osób zro­zu­miało, jak głę­boko byli­śmy zanu­rzeni w tym bagienku. Włą­cza się tryb prze­trwa­nia - nie ana­li­zu­jesz, tylko żyjesz. A gdy to się koń­czy, czu­jesz coś, co nie jest szczę­ściem, raczej rodza­jem odde­chu po dłu­gim dusze­niu się.

Twój coming out nie był więc aktem wyzna­nia, tylko sprze­ciwu.

Tak. I od razu powiem: tak naprawdę ni­gdy nie sie­dzia­łam w sza­fie. Ni­gdy nie uda­wa­łam kogoś innego. Zawsze byłam sobą - czy w rela­cji hetero, czy nie­he­tero. Ale też ni­gdy się z tym nie afi­szo­wa­łam. Nie mówi­łam o życiu pry­wat­nym w wywia­dach, nie wrzu­ca­łam zdjęć z part­ne­rami do sieci. To była moja strefa ciszy. A potem poja­wił się post na Face­bo­oku - o kolej­nej demon­stra­cji w obro­nie osób LGBT. Napi­sa­łam "my". Nie "oni", nie "sojusz­nicy", tylko wła­śnie "my". Ktoś to zauwa­żył. To była redak­cja "Repliki". Napi­sali: "Syl­wia, czy dobrze rozu­miemy, że ty jesteś jedną z nas?". I wtedy pomy­śla­łam: Tak, prze­cież to oczy­wi­ste. Nie trzeba już niczego owi­jać w bawełnę. Redak­cja zapro­po­no­wała wywiad. Zgo­dzi­łam się od razu. Uwa­ża­łam, że to mój obo­wią­zek. Że jeśli ktoś ma mówić gło­śno w imie­niu tych, któ­rzy się boją, to może ja powin­nam. Wie­dzia­łam, że żyję w kraju, w któ­rym dzieci nie­he­teronormatywne są wyzy­wane, wyrzu­cane z domów, czują się nie­na­wi­dzone. I że my, doro­śli, zawa­lamy sprawę. Bo naszym obo­wiąz­kiem - jako rodzi­ców, nauczy­cieli, oby­wa­teli - jest je chro­nić. Nie mam dziecka nie­he­teronormatywnego, ale mam w sobie poczu­cie zbio­ro­wej odpo­wie­dzial­no­ści. Więc ten coming out zro­bi­łam nie po to, by powie­dzieć: "Oto ja", tylko raczej: "Odpie­prz­cie się od naszych dzieci". Bo serce pęka, kiedy widzisz, że wła­dza mówi im w twarz, że są ide­olo­gią.

I zapła­ci­łaś za to wysoką cenę!

Oczy­wi­ście. Wie­dzia­łam, że to się odbije echem, ale nie sądzi­łam, że aż takim. Nagle wszę­dzie: od Pudelka po "Wybor­czą", od tele­wi­zji po por­tale plot­kar­skie. Przez tydzień nie było dnia bez mojego nazwi­ska. Ana­li­zo­wano moją orien­ta­cję, związki, wygląd - wszystko. Ale to też część odwagi. Jak już powiesz A, to nie możesz się dzi­wić, że ludzie chcą dopi­sać B. Tyle że ja w tym całym medial­nym zgiełku widzia­łam coś innego: jak bar­dzo ten kraj potrze­buje nor­mal­no­ści. Takiej, w któ­rej coming out nie jest new­sem, tylko fak­tem z życia czło­wieka.

Co się dzieje po takim coming oucie, gdy już kurz opad­nie? Cisza? Eks­plo­zja? Zło­śli­wość?

To był głów­nie zalew dobra. Sły­sza­łam różne rze­czy, wia­domo, inter­net swoje, ale przede wszyst­kim dosta­łam tyle wspar­cia, że czu­łam się jak na naj­lep­szych uro­dzi­nach w życiu. Ludzie pisali, przy­sy­łali pre­zenty, listy, kwiaty. Dosta­łam tysiące wia­domości - od rodzi­ców dzieci nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nych, od mło­dzieży, od osób, które mówiły: "Dzięki tobie powie­dzia­łam mamie". Nie byłam w sta­nie tego wszyst­kiego nawet "poser­dusz­ko­wać". To było coś nie­sa­mo­wi­tego - jakby wokół mnie utwo­rzył się pier­ścień świa­tła. I nawet jeśli ktoś pró­bo­wał się wysry­wać w sieci, to do tego pier­ście­nia po pro­stu nie miał dostępu. Kiedy robisz coś w praw­dzie, ta ener­gia naprawdę cię chroni. Brzmi to jak coaching? Może. Ale tak wła­śnie to odbie­ra­łam - jako kokon miło­ści.

A co było trud­niej­sze - przy­znać się przed całą Pol­ską czy powie­dzieć w domu, wyznać to swemu dziecku, matce...?

Oczy­wi­ście, że w domu. Wiesz, można mieć grubą skórę wobec świata, ale przy dziecku to zupeł­nie inna walka. Roz­mowę z synem prze­pro­wa­dzi­łam mniej wię­cej rok przed ofi­cjal­nym coming outem. Miał wtedy szes­na­ście lat. I jak to on, zare­ago­wał bar­dzo doj­rzale - czyli był na mnie wku­rzony. (śmiech) Powie­dział: "Mamo, dla­czego mówisz mi o tym dopiero teraz? To brak zaufa­nia". I miał rację. On mnie czę­sto upo­mina, bo ma tę swoją psy­cho­lo­giczną głowę - stu­diuje psy­cho­lo­gię, więc nie ma lekko, ja zresztą też nie. (śmiech) Ale poroz­ma­wia­li­śmy, wyja­śni­łam, że to nie był brak zaufa­nia, tylko zwy­czajny ludzki lęk. Ni­gdy nie ma dobrego czasu na trudne roz­mowy. Ale są takie momenty, kiedy już wiesz, że trzeba.

A mama? Bab­cia? Star­sze poko­le­nie czę­sto jest tą ostat­nią gra­nicą odwagi.

O tak, kla­syk: "Tylko babci nie mów!". Też to usły­sza­łam. Wia­domo. Mama już wie­działa, syn wie­dział, ale bab­cia? A bab­cia - jak to bab­cia - już dawno wszystko wie­działa. Powie­działa tylko: "Dziecko, prze­cież widzia­łam, że razem miesz­ka­cie. Myślisz, że ja nie widzę?". I to jest wła­śnie naj­pięk­niej­sze - że czę­sto boimy się tych roz­mów, a ludzie, któ­rzy nas naprawdę kochają, wie­dzą wszystko wcze­śniej. Po pro­stu cze­kają, aż my też będziemy gotowe.

Czyli prawda w rodzi­nie także potrze­buje swo­jego rytmu.

Tak. Każda rodzina ma swój kod mil­cze­nia i swoje rytu­ały omi­ja­nia tematu. Wiele osób żyje w rela­cjach, w któ­rych ni­gdy nie padło żadne "tak" ani "nie". Są razem dwa­dzie­ścia lat, przy­cho­dzą na Wigi­lię, a ten temat po pro­stu nie ist­nieje. Wszy­scy wie­dzą, ale nikt nie mówi. Ja wolę ina­czej. Wolę nazwać rze­czy po imie­niu, żeby to "zło nie stało w pokoju". Bo jak już to się powie, nagle robi się prze­strzeń. Można oddy­chać.

Zasta­na­wiam się jed­nak i pró­buję sobie wyobra­zić, jak wygląda ten trudny moment prawdy mię­dzy matką a synem. Nie ten sym­bo­liczny, tylko ten zwy­czajny - kuchenny, z paru­ją­cym czaj­ni­kiem w tle.

Tak wła­śnie było. Bez patosu. Po pro­stu przy­dy­ba­łam go w kuchni. (śmiech) Wie­dzia­łam, że jeśli tego nie zro­bię teraz, to nie zro­bię ni­gdy. Powie­dzia­łam mu: "Jestem z kimś". Powie­dzia­łam imię. Usiadł. Zamilkł. I po chwili, z tą swoją mło­dzień­czą suro­wo­ścią, rzu­cił: "I teraz mi to mówisz?". A potem dodał: "Dobra. To nasza sprawa. Jak coś, idziemy razem". Zro­biło mi się wtedy tak cie­pło, że chyba pierw­szy raz pomy­śla­łam, że to ja mogę się cze­goś nauczyć od wła­snego dziecka.

To cie­kawe odwró­ce­nie - matka, która wycho­wuje syna, i syn, który chroni matkę. Może odwaga z wie­kiem zmie­nia kie­ru­nek?

Może tak. On był wtedy jak tar­cza. Nie taka z mito­lo­gii, tylko z codzien­no­ści. Doro­sły już, ale jesz­cze bar­dzo bli­ski, bar­dzo mój. Wszedł w tę roz­mowę z mądro­ścią, któ­rej ja dopiero się uczy­łam - bez lęku, bez nad­miaru słów, bez tłu­ma­czeń. Po pro­stu: "Okej, mamo. Wiem. Idziemy dalej".

Myślisz, że młod­sze poko­le­nie ma inną defi­ni­cję odwagi - że dla nich to już nie jest walka, tylko nor­mal­ność?

Zde­cy­do­wa­nie. Dla nich wszystko, co dla nas było prze­ło­mem, jest tłem. Coming out, orien­ta­cja, toż­sa­mość - żaden mani­fest, żadna rewo­lu­cja. Gdy­byś dziś zaczęła do nich mówić w stylu: "Synu, muszę ci coś powie­dzieć", to usły­sza­ła­byś: "Mamo, bła­gam, nie zaczy­naj jak w fil­mie". (śmiech) To poko­le­nie wycho­wane w języku, który już nie potrze­buje dekla­ra­cji. Ich bunt polega na tym, że nie muszą niczego ogła­szać. Ale wie­dzą też, że świat wciąż bywa okrutny. Więc ta odwaga ist­nieje - tylko ina­czej. Cich­sza, mniej hero­iczna, ale mądrzej­sza.

Twoja odwaga stała się też jego doświad­cze­niem. Nie boisz się, że dzieci płacą wysoką cenę za prawdę rodzi­ców?

Boję się, jasne. Bo on musiał czy­tać rze­czy, któ­rych żadne dziecko nie powinno czy­tać o swo­jej matce. Ale zro­bi­łam to rów­nież dla niego - dla jego poko­le­nia. Dla świata, w któ­rym on będzie żył dłu­żej niż ja. Nie chcia­łam, żeby bał się miło­ści, żeby myślał, że trzeba się ukry­wać. Jeśli mam być dla niego prze­strogą lub przy­kła­dem, to niech to będzie przy­kład odwagi, a nie wstydu.

Twój dom od początku był inny. Czy to była rewo­lu­cja, czy po pro­stu kon­se­kwen­cja tego, kim jesteś?

Kon­se­kwen­cja. U nas w domu nie było mięsa, nie było reli­gii, nie było pośpie­chu w mówie­niu o rze­czach, które nie potrze­bo­wały ety­kiety. Mówi­łam: "Nie jemy mięsa, ale jak chcesz spró­bo­wać - pro­szę bar­dzo". Był pod opieką dok­tora Kle­mar­czyka z Insty­tutu Matki i Dziecka, kul­to­wego leka­rza od wege­ta­riań­skich dzieci. Regu­larne bada­nia, opieka, zdro­wie. I tak, był zdrow­szy niż więk­szość dzie­cia­ków z kotle­tem na tale­rzu. (śmiech) Więc gdy ktoś mówił, że "dziecko bez scha­bo­wego nie uro­śnie", mia­łam ochotę wysłać mu wyniki mor­fo­lo­gii.

Char­les Péguy napi­sał, że nie ma odwagi bez lęku. Czy ty też czu­jesz, że twoja odwaga rodzi się wła­śnie z niego?

Zawsze się boję, zanim zro­bię coś odważ­nego. Ale potem mam w sobie takie: "O kurna, jak nie teraz, to się udu­szę". To nie jest bra­wura. To raczej moment, w któ­rym ciało samo decy­duje: "Zrób to, bo ina­czej zwa­riu­jesz". Pamię­tam, że w liceum nie poszłam na stud­niówkę. Wszy­scy szli, ja jedna nie. Moja mama nie miała wtedy pie­nię­dzy, żeby kupić mi sukienkę, a ja pomy­śla­łam: "Dobra, w dupie to mam, nie chcę iść". I kiedy po week­en­dzie nauczy­ciel histo­rii powie­dział, że wszyst­kie dziew­czyny dostaną piątkę za to, że ład­nie wyglą­dały, poczu­łam, że coś we mnie pęka. Wsta­łam i powie­działam mu, że to jest obrzy­dli­wie sek­si­stow­skie. A on, z tą męską, pro­tek­cjo­nalną manierą, odpowie­dział: "Ależ wyglą­dałyście jak piękne kwiaty". Wsta­łam, powie­działam, że to żenu­jące, i wyszłam. A potem wzię­łam mar­ker i napi­sa­łam na drzwiach wiel­kimi lite­rami: "SEK­SI­STA". Oczy­wi­ście wylą­do­wa­łam u dyrek­torki, musia­łam to zmy­wać. Ale on nie posta­wił tych pią­tek.

Nie boisz się kon­se­kwen­cji?

Boję. Ale jesz­cze bar­dziej boję się życia, w któ­rym nikt nic nie mówi. Odwaga nie jest wtedy, gdy się nie boisz. Odwaga jest wtedy, gdy drżą ci ręce, a mimo to mówisz: "Nie zga­dzam się". Tak samo było na prób­nej matu­rze z pol­skiego. Temat: "Dla­czego anar­chizm jest zły". Już samo pyta­nie mnie wku­rzyło, bo zakła­dało jedyną słuszną odpo­wiedź. A ja mia­łam wtedy w sobie tyle buntu, że nawet gdy­bym chciała, nie potra­fi­ła­bym napi­sać cze­goś wbrew sobie. Więc odda­łam kartkę po pię­ciu minu­tach. Napi­sa­łam tylko, że nie będę pisała na ten­den­cyjny temat, a żeby nie wyglą­dało, że się obra­zi­łam, wypi­sa­łam dzie­sięć przy­kła­dów z lite­ra­tury, w któ­rych anar­chizm jest czymś pozy­tyw­nym. Taka moja mini­bi­blio­gra­fia sprze­ciwu. Nie chcieli mnie wypu­ścić z sali. Nauczy­ciel powie­dział, że nie mogę wyjść, dopóki nie napi­szę pracy. A ja mia­łam już to w sobie: "Nie napi­szę, bo to głu­pie". Wie­dzia­łam, że dostanę jedynkę, ale też wie­dzia­łam, że nie mogę ina­czej. I wiesz co? Dosta­łam jedynkę, ale potem piątkę z matury wła­ści­wej - bo komi­sja uznała, że "czło­wiek się wyra­żał wła­ści­wie". Moja polo­nistka porów­nała mnie do Wit­ka­cego.

Edward Sta­chura napi­sał, że odwaga jest formą inte­li­gen­cji. Ty potwier­dzasz to każdą swoją książką. U cie­bie kobiety są jed­no­cze­śnie bez­czelne i kru­che. Co dziś trud­niej: przy­znać się do siły czy do sła­bo­ści?

Para­dok­sal­nie do sła­bo­ści. Jesz­cze nie­dawno femi­nizm był wła­śnie o tym, żeby­śmy się nauczyły być silne. A teraz siła stała się modą, tren­dem, hasłem mar­ke­tin­go­wym. Silna, nie­za­leżna, nie­ustra­szona. Super, sama piszę dla dziew­czy­nek książki o bun­tow­nicz­kach, które zmie­niają świat. Ale z dru­giej strony coraz bar­dziej widzę, że poka­za­nie mięk­kiego pod­brzu­sza, przy­zna­nie się do sła­bo­ści, jest dziś najbar­dziej ryzy­kow­nym gestem. W świe­cie, w któ­rym każda z nas ma konto na Insta­gra­mie, gdzie życie jest wiecz­nym pasmem suk­ce­sów, odwaga to powie­dzieć: "Nie ogar­niam". To napi­sać: "Cho­ruję na depre­sję" albo "Nie rozu­miem tego świata". I to wła­śnie te wpisy - najbar­dziej z fla­ków - poru­szają ludzi. Bo wszy­scy mamy dosyć tej este­tyki per­fek­cji, cią­głego "blich­tru", tego wiecz­nego auto­po­pra­wia­nia. Kiedy wycho­dzisz do ludzi - jako pisarka, dzien­ni­karka, artystka - zawsze się tro­chę auto­ko­ry­gu­jesz. Zakła­dasz maskę, gar­sonkę, uśmiech. To nor­malne. Ale naj­więk­sza odwaga to pozwo­lić, żeby przez tę maskę coś jed­nak pękło. Poka­zać się nie tylko w świe­tle reflek­to­rów, ale i w cie­niu. To dużo trud­niej­sze niż powie­dzieć światu: "Jestem super, pier­dol­cie się".

A zda­rza ci się jed­nak coś prze­mil­czeć? Co wtedy?

To jest naj­gor­sze. Wtedy zaczyna się kisze­nie. Noszę to w sobie tygo­dniami - tę scenę, to zda­nie, które mogłam powie­dzieć. Mam do sie­bie pre­ten­sję, że znowu byłam grzeczna. Że znowu wybra­łam bycie miłą zamiast praw­dziwą. I wtedy obie­cuję sobie, że już ni­gdy wię­cej, że następ­nym razem zawal­czę. I oczy­wi­ście wiem, że pójdę z tym do mojej tera­peutki. I że ona znów powie: "To nie tchó­rzo­stwo, to instynkt prze­trwa­nia". Ale ja i tak wiem, że zawio­dłam samą sie­bie. Nie zawal­czy­łam o sie­bie.

Z czego się bie­rze ta nie­zdol­ność, żeby zawal­czyć o sie­bie?

Ze stra­chu. Ale nie tego przed samot­no­ścią, tylko przed prawdą. Stra­chu, że coś się skoń­czyło. Że się pomy­li­łaś. Że ta wielka wizja miło­ści i życia, którą sobie wymy­śli­łaś, była ilu­zją. I co wtedy? Musia­ła­byś spoj­rzeć w lustro i przy­znać: "Nie wyszło". A prze­cież kobiety nie mają do tego prawa - mamy być silne, empa­tyczne i wdzięczne. Więc zamiast się roz­paść, trwamy. A moim zda­niem naj­więk­szą odwagą jest bycie sobą w świe­cie, który woli, żebyś się tłu­ma­czyła. Życie jest za krót­kie, żeby przejść przez nie według czy­je­goś sce­na­riu­sza. Kiedy nie­dawno w wypadku zgi­nęła Kasia Sto­par­czyk, młoda kobieta, pomy­śla­łam: "Prze­cież to mogłam być ja". Bo wszyst­kie tak żyjemy. Spie­szymy się, nie dosy­piamy, wsia­damy do pocią­gów, samo­lo­tów, nagry­wamy coś po dro­dze, jesz­cze odbie­ramy tele­fon i już jeste­śmy spóź­nione na dru­gie spo­tka­nie. I nagle - nic. Cisza. To jest taki moment, że świat ci się zatrzy­muje, ale tylko tobie. Bo wszy­scy wokół dalej bie­gną, scrol­lują, śmieją się, pla­nują. A ty masz nagle tę jedną myśl: Ile ja wła­ści­wie mam jesz­cze czasu? Czy to dopiero połowa życia, czy już ta druga połowa? Cza­sem budzę się o trze­ciej nad ranem i myślę: Czy ja naprawdę żyję tak, jak chcia­łam? I zaczy­nam się bać.

Śmierci?

Nie, śmierci się nie boję. Boję się tego, że coraz mniej mogę. Boję się utraty spraw­czo­ści. Można wygła­dzić zmarszczki, kupić serum i zro­bić detoks, ale nie da się oszu­kać bio­lo­gii. A to boli. Boję się zależ­no­ści. Tego, że ktoś będzie musiał mi poda­wać her­batę, że nie będę mogła sama się umyć, że będę cię­ża­rem. To jest dla mnie abso­lutny kosz­mar. Moja bab­cia ma osiem­dzie­siąt pięć lat, druga dzie­więć­dzie­siąt. Obie są bar­dzo nie­za­leżne i widzę, jak każda z nich wpada w panikę, kiedy coś się dzieje ze zdro­wiem. Bo to zna­czy, że ktoś będzie musiał im poma­gać. I ja to mam po nich. Dla mnie śmierć nie jest straszna, ale bycie zda­nym na innych - tak. To jest taka mała śmierć za życia. Możesz się trzy­mać mło­do­ści, ile chcesz - far­bo­wać włosy, cho­dzić na pila­tes, jeź­dzić na rowe­rze, być "młoda duchem" - ale to wszystko jest tylko deko­ra­cją. Czas i tak zrobi swoje.

Po co w ogóle jest odwaga?

Żeby prze­żyć sie­bie. Nie tylko bio­gra­ficz­nie, ale naprawdę - prze­żyć w środku. Bo jak żyjesz na cudzych zasa­dach, to nie żyjesz wcale.

A jakiej odwagi chcia­ła­byś dla swo­jego dziecka?

Odwagi bycia szczę­śli­wym. Bo to jest naj­trud­niej­sze. Bo szczę­ście wymaga decy­zji, wymaga gra­nic, wymaga powie­dze­nia "nie" ocze­ki­wa­niom rodzi­ców, ludzi, świata. Każdy z nas wie, co lubi, co go zło­ści, co go cie­szy - ale mało kto ma odwagę naprawdę za tym pójść. Więc chcia­ła­bym, żeby moje dziecko miało w sobie tę pro­stą, ale rewo­lu­cyjną odwagę: być sobą i dobrze się z tym czuć.

SYL­WIA CHUT­NIK

Pisarka, femi­nistka, kul­tu­ro­znaw­czyni, prze­wod­niczka po mie­ście i ludz­kich emo­cjach. Zanim stała się sym­bo­lem miej­skiego femi­ni­zmu, była po pro­stu dziew­czyną z podwórka z wielką wyobraź­nią. W War­sza­wie widziana naj­czę­ściej z książką, mega­fo­nem albo walizką. Autorka powie­ści (Kie­szon­kowy atlas kobiet, Dzi­dzia, Cwa­niary), dra­ma­tów, felie­to­nów i wier­szy, w któ­rych codzien­ność kobiet zamie­nia w lite­ra­turę - ostrą, czułą i absur­dal­nie praw­dziwą. Lau­re­atka Pasz­portu "Poli­tyki", dzia­łaczka spo­łeczna, wykła­dow­czyni, współ­twór­czyni Fun­da­cji MaMa. Jej tek­sty pachną kurzem z war­szaw­skich kla­tek scho­do­wych, kawą z ter­mosu i gnie­wem, który prze­stał się tłu­ma­czyć. Nie lubi, gdy nazywa się ją odważną - mówi, że po pro­stu nie umie być cicho.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki