p
ZAMIAST WSTĘPU
Kobiety od zawsze słyszały, kim powinny być. Powinny być silne - ale
nie za bardzo, żeby nie onieśmielać. Piękne - ale tak, żeby nie
wyglądało to na próżność. Ambitne - ale z umiarem, żeby nie naruszyć
kruchej równowagi świata, w którym od wieków wszystko było już jakoś
poukładane. Powinny mówić własnym głosem - ale nie za głośno. I przede
wszystkim powinny umieć pogodzić pracę, dom, miłość, dzieci, rozwój,
opiekę nad innymi i jeszcze, jeśli starczy czasu, odrobinę miejsca dla
siebie. W tej układance kobiece życie przez długie lata przypominało
zadanie bez rozwiązania. Virginia Woolf napisała kiedyś, że przez
stulecia kobiety pełniły rolę luster o magicznej mocy - takich, które
odbijały mężczyznę dwa razy większego, niż był naprawdę. To zdanie brzmi
dziś jak literacka metafora, ale kryje się w nim coś bardzo prawdziwego.
Bo kobiety przez wieki uczono wzmacniać innych. Podtrzymywać, uspokajać,
rozumieć, wybaczać. Być tłem dla cudzej historii.
A jednak coś się zmieniło. Coraz więcej kobiet przestaje być lustrem.
Zaczynamy być opowieścią. I nie jest to opowieść łatwa. Bo kiedy kobieta
zaczyna naprawdę słuchać siebie, świat czasem reaguje zdziwieniem. A czasem niepokojem. Bo nagle okazuje się, że kobieta nie chce już tylko
dopasowywać się do świata. Chce go współtworzyć. Simone de Beauvoir
napisała kiedyś zdanie, które do dziś brzmi jak cichy manifest: "Nikt
nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje". To zdanie mówi o czymś
więcej niż o biologii. Wskazuje, że kobiecość jest procesem. Drogą, na
której spotykają się doświadczenia, decyzje, błędy, pragnienia i momenty
odwagi. Każda z nas dochodzi do siebie inną ścieżką. Jedne szybciej,
inne później. Jedne z gniewem, inne z łagodnością. Ale prawie każda z nas w którymś momencie życia zadaje sobie to samo pytanie: Czy życie,
które prowadzę, jest naprawdę moje? Bo kobiece życie wciąż bywa sztuką
balansowania. Między troską o innych a lojalnością wobec siebie. Między
miłością a wolnością. Między rolami, które są ważne, a tym, kim naprawdę
jesteśmy. Czasem trzeba wielu lat, żeby zrozumieć prostą rzecz: że nie
jesteśmy dodatkiem do cudzej historii. Jesteśmy autorkami własnej
opowieści.
Amerykańska poetka Mary Oliver w wierszu Letni dzień zadała jedno z najpiękniejszych pytań, jakie znam: "Powiedz, co zamierzasz wreszcie
robić z twoim jedynym zwariowanym i cennym życiem?"1. To pytanie
wracało do mnie wielokrotnie podczas rozmów do tej książki. Bo każda z kobiet, które spotkałam, odpowiadała na nie inaczej. Jedne mówiły o odwadze. Inne o stracie. O momentach, kiedy trzeba było odejść z miejsca, które już nie było ich. O chwilach, gdy trzeba było zostać i walczyć. O decyzjach, które zmieniały wszystko, choć w chwili ich
podejmowania nie było jeszcze wiadomo, dokąd zaprowadzą. Każda z tych
historii jest inna. A jednak wszystkie mają wspólny rytm. Bo kobiece
życie rzadko jest liniowe. Częściej przypomina drogę z zakrętami, na
której trzeba się zatrzymać, zawrócić, czasem zaczynać od nowa.
Czeska pisarka Milena Jesenská - wielka niespełniona miłość Franza Kafki
- napisała kiedyś zdanie, które szczególnie zapadło mi w pamięć:
"Człowiek nie jest tym, czym się wydaje, ale tym, czym ma odwagę się
stać". Może właśnie o to chodzi w kobiecym dojrzewaniu. O odwagę
stawania się. O moment, kiedy przestajemy żyć według cudzych scenariuszy
i zaczynamy pisać własny. Czasem powoli, czasem nieporadnie, czasem z wieloma poprawkami, ale już swoim pismem. Bo kobiety się zmieniają.
Zmienia się też świat. Jeszcze niedawno wiele z nas słyszało, że musi
wybierać: między rodziną a pracą, między ambicją a miłością, między siłą
a czułością. Dziś coraz więcej kobiet mówi: nie chcę wybierać między
sobą a światem. Chcę być w nim cała.
To oczywiście nie oznacza, że wszystko stało się łatwe. Wciąż istnieją
miejsca, w których kobiety muszą walczyć o podstawowe prawa. Wciąż są
sytuacje, w których kobiecy głos próbuje się uciszyć albo pomniejszyć.
Wciąż się zdarza, że kobieta musi udowadniać swoją wartość dwa razy
mocniej niż inni. Ale jednocześnie urzeczywistniło się coś ważnego.
Kobiety zaczęły słuchać siebie nawzajem. A kiedy kobiety zaczynają ze
sobą rozmawiać, powstaje coś niezwykłego. Wspólnota doświadczeń, która
potrafi być silniejsza niż samotność. I właśnie z takiej rozmowy
powstała ta książka.
Druga część Kobiecego
gadania jest kontynuacją tej opowieści - ale też jej nowym
rozdziałem. Spotkałam kolejne niezwykłe kobiety. Każda z nich przyniosła
swoją historię - czasem jasną jak letnie popołudnie, czasem trudną jak
noc, przez którą trzeba przejść samotnie. Dziękuję wam za odwagę i szczerość. Za momenty, w których mówiłyście rzeczy niełatwe. Za chwile
milczenia, które były równie ważne jak słowa. Za to, że pozwoliłyście mi
zapisać fragment swojego świata. Wierzę, że wasze historie staną się dla
innych kobiet czymś więcej niż rozmową. Może będą lustrem. Może
drogowskazem. A może po prostu przypomnieniem, że żadna z nas nie jest w swoich doświadczeniach sama.
Dziękuję mojej Mamusi - pierwszej przewodniczce po świecie emocji. I choć nie mogę już usłyszeć jej głosu ani poczuć jej dłoni, jej czułość,
uważność i mądrość są we mnie do dziś jak wewnętrzny kompas. To od niej
nauczyłam się słuchać ludzi naprawdę - nie tylko ich słów, ale także
ciszy między nimi.
Dziękuję mojej siostrze Ewie - za jej stałą obecność w moim życiu. Za
to, że jest gdzieś po drugiej stronie oceanu, a jednocześnie zawsze
obok. Za rozmowy, które potrafią uporządkować chaos w głowie, za
uważność, która nie potrzebuje wielu słów, i za tę szczególną więź,
którą mają tylko siostry - zbudowaną z dzieciństwa, wspólnych wspomnień
i zrozumienia niewymagającego tłumaczeń. Choć dzieli nas odległość, mam
poczucie, że w najważniejszych momentach życia jest przy mnie -
czuwająca, uważna, gotowa złapać mnie w locie, zanim zdążę się potknąć.
Ewa jest moją pierwszą czytelniczką i najczulszym recenzentem - w książkach i w życiu.
Dziękuję mojemu Synowi, który ponownie uczynił mi zaszczyt, tworząc
portrety do tej książki. W jego fotografiach jest niezwykła uważność -
potrafi dostrzec w kobietach to, czego często nie widać na pierwszy rzut
oka: ich siłę, kruchość, myśl ukrytą w spojrzeniu. Jestem wzruszona i dumna, że ta opowieść znów powstała także dzięki niemu.
Dziękuję mojej redaktorce prowadzącej Magdzie Chorębale - za
cierpliwość, której poziom nieustannie testuję, i za to, że z godną
podziwu konsekwencją przypomina mi, że książki nie piszą się same.
Dziękuję również prezesowi Domu Wydawniczego REBIS Tomaszowi Szponderowi
za spokój i cierpliwość - szczególnie wtedy, gdy terminy zaczynają mieć
własną interpretację czasu.
Szczególnie ciepło dziękuję zaś wam, moje drogie czytelniczki. Bo to
dzięki wam ta książka ma swoją drugą część. Książki powstają w procesie
pisania, ale żyją dopiero wtedy, gdy ktoś je czyta.
Ta książka, podobnie jak poprzednia, nie jest poradnikiem. Nie
znajdziesz tu gotowych odpowiedzi ani recept na szczęście. Znajdziesz za
to historie kobiet, które próbowały odkryć własne odpowiedzi. Każda z nich jest inna, każda prowadzi w trochę inną stronę, ale wszystkie
zaczynają się w tym samym miejscu: w momencie, kiedy człowiek przestaje
żyć według cudzych scenariuszy i zastanawia się, czego naprawdę chce.
Kobiece gadanie 2 to nie
zbiór rad, lecz rozmowa. Czasem spokojna, czasem trudna, czasem pełna
śmiechu, a czasem takich zdań, które zostają w głowie na długo. To
rozmowa między kobietami - o tym, co nas buduje, co nas rani, co daje
nam siłę i co każe zaczynać od nowa, kiedy wszystko wydaje się
rozsypane. Być może w którejś z tych historii odnajdziesz coś znajomego.
Może rozpoznasz w nich własne pytania, własne wątpliwości, własne
momenty odwagi. A może po prostu poczujesz, że nie jesteś w tym
wszystkim sama. Jeśli więc masz ochotę na chwilę prawdziwej rozmowy -
takiej, w której nie trzeba niczego udawać ani niczego udowadniać -
otwórz tę książkę i pozwól, żeby te historie zaczęły mówić. Być może
jedna z nich okaże się także twoją.
Mary Oliver, Letni dzień, przeł. Czesław Miłosz, https://poezja.net/letni-dzien/. [wróć]
KAMILLA BAAR
Pestka spokoju
Spokój nie jest ciszą. Cisza jest warunkiem akustycznym. Spokój jest
decyzją. Żyjemy w epoce nieustannych bodźców. Telefon pulsuje jak drugi
układ nerwowy, wiadomości napierają, tempo się zwiększa. Jak napisał
Hartmut Rosa, żyjemy w kulturze przyspieszenia, która nie daje już czasu
na doświadczenie tego, co przeżywamy. Zgiełk nie jest tylko hałasem
miasta. Jest stanem umysłu. A jednak w tym wszystkim istnieje możliwość
spokoju. W filmie Perfect
Days bohater budzi się o świcie, czyści toalety publiczne w Tokio, słucha kaset z muzyką z lat sześćdziesiątych, podlewa rośliny.
Nic spektakularnego. A jednak każdy jego gest jest uważny. To nie świat
jest spokojny, to on wybrał taki sposób bycia w świecie. Prostota nie
jest tu ubóstwem doświadczenia, tylko jego zagęszczeniem. Podobną
koncentrację odnajdujemy w filmie Paterson. Kierowca autobusu pisze
wiersze między kolejnymi kursami. Ta sama droga, ta sama kawa, ten sam
spacer z psem. Powtarzalność tworzy rytm, który porządkuje świat.
Zwyczajność nie jest pustką, jest przestrzenią uważności.
Carl Gustav Jung twierdził, że to, czego sobie nie uświadomimy, wróci do
nas jako los. Tłumione konflikty i nieprzeżyte emocje tworzą wewnętrzny
rwetes. Spokój nie jest ich zaprzeczeniem. Jest odwagą pozwalającą je
zobaczyć. Bessel van der Kolk napisał, że "ciało pamięta". Jeśli
napięcie nie zostanie rozładowane, zapisuje się w mięśniach i oddechu.
Spokój zaczyna się więc od regulacji - od powrotu do rytmu ciała. Spokój
nie jest "świętym spokojem". Nie jest ucieczką od życia. To zdolność
bycia w środku zgiełku bez utraty siebie. Jak pestka w owocu - twardy
rdzeń, który nie reaguje na każdy impuls. Bo spokój nie polega na tym,
że świat przestaje hałasować, tylko na tym, że przestajemy wierzyć, że
musimy reagować na każdy jego dźwięk.
Spędziłaś miesiąc na Filipinach. Czy tam spokój miał inny smak niż
tutaj, w Warszawie, w codzienności?
Na Filipinach ludzie żyją prosto. Bardzo codziennie. To są katolicy
zanurzeni w doczesności - w tym, czym nakarmić dzieci, jak uprawiać ryż,
jakie owoce wystawić na ulicy, żeby sprzedać. Dzieci wkładają mundurki,
idą do szkoły, wracają po siedemnastej. Kościoły są otwarte cały dzień.
Wieczorem - rekolekcje, modlitwa, zwyczajny rytm dnia. Jest w tym jakaś
powtarzalność, ale nie nerwowa. Bierzesz łódkę, płyniesz na wyspę.
Przewoźnik cię dowozi i zasypia. Nieważne, czy jest ósma rano czy
dziesiąta. Ocean szumi jak mantra. Słońce wymusza spowolnienie. Wszystko
staje się bardziej płynne. To jest świat antymiejski. I choć kocham
miasto - knajpki, rozmowy, kino, teatr, wystawy - to jest tryb bardzo
wymagający dla układu nerwowego. I w pewnym wieku zaczynasz to czuć. Ja
już wiem, co mi służy, a co mnie przeciąża. Ale paradoks polega na tym,
że mój warszawski tryb życia też jest próbą spokoju. Joga, medytacja,
rower zamiast samochodu, gotowanie, świadome wybory. Ja ten spokój
buduję na co dzień. Na Filipinach dochodzi jeszcze jedna rzecz - brak
ambicji. I wiem, że to może zabrzmieć brutalnie, ale ambicja rzadko
sprzyja spokojowi. To jest konstrukt Zachodu. Tam ludzie zarabiają tyle,
ile są w stanie zjeść. Nie odkładają. Nie planują wielkich awansów.
Japonia jest za rogiem, ale poza zasięgiem. I choć mają telefony,
Instagram, widzą świat, to żyją w tym, co jest. Trochę z przymusu, ale
też z naturalnej zgody. Są bardzo spokojni. Bez temperamentu, który my
nazywamy "energią". Z pozytywnym stosunkiem do rzeczywistości. Jeśli coś
się nie da, to znajdzie się ktoś inny, kto to zrobi. Brat, szwagier,
kuzyn. Zawsze jest rozwiązanie.
Jak myślisz, z czego u nich ten spokój wynika? Z morza, z horyzontu, z tej natury, która wciąga w siebie człowieka?
Raczej z doświadczenia, że wszystko może zniknąć w jedną noc. Tam żyje
się z tajfunem za plecami. Otwierasz prognozę i widzisz, że tajfun jest
już za rogiem. I wtedy w jednej sekundzie wszystko się upraszcza -
najważniejsze jest to, żebyś z twoimi dziećmi przeżył. Dom, dobytek,
dach mogą przestać istnieć. Woda zabiera, wiatr dewastuje. To daje
bardzo silne poczucie, że nic nie masz na zawsze. I że inwestowanie
całej energii w gromadzenie, bogacenie się, zabezpieczanie przyszłości
jest iluzją. My na Zachodzie wierzymy, że możemy wszystko zaplanować,
obudować polisami, kredytami, systemami bezpieczeństwa. Tam natura ma
ostatnie słowo. I oni w tę iluzję kontroli w ogóle nie inwestują. Żyją w tym, co jest.
Czyli ich spokój nie jest romantyczny, tylko egzystencjalny?
Tak. To jest spokój ludzi, którzy wiedzą, że nie kontrolują świata. I dlatego skupiają się na dniu dzisiejszym. Widać to w przestrzeni.
Pamiętam, jak dotarłam do El Nido. Długo jedziesz przez dżunglę i nie
wiesz, czego się spodziewać. A potem nagle dojeżdżasz do miejsca, które
powstało z wykarczowanej przestrzeni - ktoś zrobił kawałek struktury,
domek, jakąś ulicę. A nad tym wszystkim ogromny klif, dżungla wgryzająca
się w skałę, skała wpadająca w ultrabłękitny ocean. Natura stworzyła coś
doskonałego. I do tego przyklejony jest świat ludzi - trycykle,
tuk-tuki, bazar, ryż, owoce, totalny harmider. Ale to nie jest
przestrzeń zaprojektowana. Nie ma tu luksusu ani koncepcji. Jest
symbioza potrzeb z naturą. Droga prowadzi tylko tam, dokąd można
dojechać. Dalej idziesz pieszo. Ścieżka powstaje, bo ktoś nią chodzi.
Cmentarz jest na wzniesieniu nad oceanem - najpiękniej położony
cmentarz, jaki widziałam. Musisz go ominąć, żeby dojść do kolejnej
dzielnicy. Życie i śmierć w jednym pejzażu. Bez oddzielania. Tam
wszystko jest myśleniem o dzisiejszych potrzebach. Owoce zerwane rano
jutro już będą sfermentowane. Więc jesz to, co jest dziś.
Czego się od nich nauczyłaś? Wróciłaś spokojniejsza?
Może tak, ale to dopiero zobaczę po pewnym czasie. Bardziej czuję, że
wróciłam naenergetyzowana. Spełniona. Najbardziej poruszały mnie wschody
słońca. Wstawałam około piątej, szłam na najwyższe wzniesienie i czekałam. Wiedziałam, że za chwilę zacznie wyłaniać się ocean z biżuterią wysp aż po horyzont. Z ciemności rodziło się światło. Byłam
sama. Tylko ja i ten stan, który się we mnie uruchamiał. Czułam czyste
szczęście. Miałam poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
To była iluminacja. Dar. Wdzięczność, że mogę na to patrzeć. Ten
spektakl odbywał się dla mnie za darmo. I trwał chwilę, dziesięć minut.
Kolory się zmieniały, dzień wkraczał. I znowu wracała lekcja - nic nie
jest na zawsze. Nie zatrzymasz tego.
Czy to właśnie przywiozłaś z Filipin - nie spokój, ale wdzięczność?
Tak. Radość i wdzięczność za to, że świat jest piękny.
A Filipińczycy, którzy żyją zupełnie inaczej niż my - czy oni są dla nas
lekcją? Czy raczej lustrem, w którym widać nasz przywilej?
Dużo o tym myślałam. O tym, jak potężne znaczenie ma to, gdzie się
rodzisz. Kto cię otacza. Czy ktoś widzi w tobie potencjał, czy ktoś
mówi: "Możesz więcej". Czy ktoś pomaga ci uwierzyć, że twoje marzenia
mają sens i że w ogóle masz prawo je mieć. Tam bardzo wyraźnie widać,
jak wiele zależy od startu. Kobiety często są skazane na jedną z niewielu dróg - małżeństwo, często z kimś z Europy, jako szansę na
finansową zmianę życia. Dwunarodowe małżeństwa są dość popularne. To
bywa jedyna realna możliwość "przelania się" w inny świat. A z drugiej
strony to są rodziny katolickie, wielodzietne, bardzo wspólnotowe. Każdy
grosz idzie na rodzinę. Nawet jeśli jesteś bardzo zdolną dziewczyną i dobrze się uczysz, studia są kosztowne. Często niemożliwe. Musisz
pracować, żeby wspierać dom. Więc tak, to jest też świat, w którym
potencjał bywa ucięty przez ekonomię. I kiedy tam jesteś jako turystka,
masz w sobie jednocześnie zachwyt i ucisk w sercu. Myślisz: "Jaką ja
jestem szczęściarą. Mogę być tu z wyboru. Mogę pracować w zawodzie,
który kocham. Mogę podróżować. Mogę wybierać". To jest ogromny
przywilej. Ale nie chcę przez to powiedzieć, że oni są sfrustrowani.
Właśnie nie. I to budzi mój wielki podziw. Mam poczucie, że jest w nich
zgoda na to, co mają.
Czy są szczęśliwi?
Szczęście jest bardzo subiektywne, więc nie chcę nadużywać tego słowa.
Ale widziałam ludzi uśmiechniętych. Radosnych. Chętnych do zabawy,
tańca, śmiechu. Filipińczycy żyją bardzo społecznie. Razem gotują, razem
chodzą, razem się śmieją. Dzieci jedzą razem, jeżdżą na rowerach, grają
w koszykówkę. To jest życie w grupie. I wtedy myślę o nas - Europa,
Ameryka, Zachód. Kultura samotników. Możesz mieć trzysta tysięcy lajków
i być sama. Bo to wszystko jest wirtualne. Psycholodzy mówią o tym od
lat - to, co wirtualne, nie karmi. Tam dwunastu chłopaków gra w koszykówkę na klepisku. Koszem jest jakaś prowizoryczna obręcz, piłka
ledwo się odbija. Ale oni walczą o punkty, przybijają piątki, śmieją
się, piją Coca-Colę. To jest autentyczne. To jest wspólne przeżycie.
Przypominały mi się moje wiejskie czasy. Graliśmy z kuzynami przy koszu
na ziemniaki. Wykrzykiwaliśmy nazwiska piłkarzy czy koszykarzy,
opieraliśmy się na wyobraźni. Jeden miał za małe buty, drugi za duże,
trzeci był w klapkach. To nie miało znaczenia. Liczyło się to, że
jesteśmy razem. Tam też nie ma nadmiernego przywiązywania wagi do tego,
kto jak wygląda, w co jest ubrany. Nie jest to nędza - to jest po prostu
brak obsesji. I może właśnie to daje im lekkość.
Mówisz o wspólnocie, Filipinach, energii ludzi. A jednak w Warszawie
szukasz ciszy raczej w sobie niż wokół siebie. Czy ta cisza jest dziś
efektem codziennej praktyki - jogi, medytacji, pracy z myślami?
Dzień zaczyna się od jogi. Praktykuję asztangę. To dynamiczna forma z określoną sekwencją, tak zwaną primary series. Kiedy mam czas, robię ją
w całości, to około godziny i piętnastu minut. A kiedy nie mam, wybieram
asany, które najbardziej mnie stabilizują. Zawsze są powitania słońca,
pozycje stojące, część siedzących. Pozycje odwrócone, które dotleniają
mózg. I zawsze znajduję moment na medytację. Jeśli mam zdjęcia o piątej
rano, nie wstaję o trzeciej, żeby "odhaczyć" jogę. Organizm nie byłby na
to gotowy. W takich dniach znajduję czas później - na planie, w garderobie, gdziekolwiek. A jeśli nie ma przestrzeni, odpuszczam. Joga
nie może być przemocą wobec siebie. Najbardziej kocham moment
medytacyjnego Om. Czasem trwa tylko siedem minut. I kiedy wchodzę w ten
dźwięk, czuję, że coś bardzo dobrego dzieje się z moim mózgiem. Bo mój
umysł produkuje ogromną ilość myśli. Zalewa mnie nimi. Wiem, że
mindfulness oferuje narzędzia, żeby nie dać się porwać każdej z nich,
ale to jest trudne, zwłaszcza kiedy jest się osobą temperamentną. A ja
taka jestem. Często pojawiają się myśli lękowe, krytyczne,
katastroficzne. Dlatego praktyka jest dla mnie sposobem odzyskiwania
steru. Przywracania równowagi. Może dlatego Filipiny i Warszawa wcale
się nie wykluczają. Tam jest wspólnota i żywioł, tutaj jest praktyka i praca z umysłem. A ja próbuję w tym wszystkim znaleźć miejsce, w którym
naprawdę jest cicho.
Pamiętasz, kiedy joga stała się dla ciebie praktyką, bez której trudno
sobie wyobrazić codzienność?
To już osiemnaście lat. Zaczynałam od jogi Iyengara. Chodziłam do tej
samej nauczycielki co Maja Ostaszewska, która od zawsze jest dla mnie
autorytetem w dbaniu o ciało, świadomym życiu, sposobie odżywiania.
Kiedy urodziłam syna, wspierała mnie i konsultowała w wegetariańskiej
diecie przy małym dziecku. Maja zawsze chętnie się dzieli wiedzą i to
jest wspaniałe. Joga Iyengara była spokojna, bardzo precyzyjna,
techniczna, dużo ustawiania ciała i uważności. Po jakimś czasie poczułam
jednak, że potrzebuję czegoś bardziej dynamicznego - ruchu, siły,
przepływu. I wtedy pojawiła się asztanga. Zresztą ja w ogóle mam w sobie
potrzebę próbowania. Jeśli pojawia się coś nowego, sprawdzam. Czasem coś
zostaje, czasem odpada. W ten sposób poznaję siebie. W tamtym czasie
joga zaczęła też mocno wchodzić do naszego aktorskiego świata, pojawiali
się nauczyciele, zaczęto o niej mówić. Poszłam spróbować. I zostałam.
Ale tak naprawdę zostałam przez oddech. Miałam problemy z oddychaniem.
Kiedy czytałam, że w jodze oddycha się inaczej, że pracuje się z oddechem tak, żeby mózg dostawał więcej tlenu, uznałam to za dość
abstrakcyjne - przecież oddychanie wydaje się czymś oczywistym. A potem
przyszła praktyka: półtorej godziny w ciszy, bez mówienia, tylko oddech
przez nos, wdech i wydech, pełne skupienie na tym, co dzieje się w ciele. I nagle poczułam coś niezwykłego, jakby mój mózg wreszcie dostał
powietrze, którego brakowało mu od lat. Pojawiło się uczucie takiej
lekkości, jakbym się unosiła. Myślę, że właśnie wtedy zaczęła się moja
prawdziwa relacja z jogą.
Co joga i medytacja dają ci dzisiaj - jako aktorce, kobiecie żyjącej w napięciu, w stresie, w biegu?
Natychmiastowy powrót do siebie. Jeśli czuję napięcie - przed wyjściem
na scenę, za kulisami, w stresującej sytuacji - wchodzę w oddech. I nagle jestem tu i teraz. Bo tak naprawdę, jak mówią buddyści, jedyne, co
rzeczywiście mamy, to oddech. Dom, samochód, kariera - to wszystko są
rzeczy zewnętrzne. Oddech jest jedyną pewną własnością. Kiedy go nie ma,
nie ma już niczego. Ta prosta prawda działa jak kotwica. Przypominam ją
sobie w momentach napięcia i to mnie stabilizuje. Po praktyce jogi
kończę wszystko szawasaną, czyli całkowitym rozluźnieniem ciała. Potem
siadam na poduszce medytacyjnej i włączam chanting Om nagrany przez
mnichów. Ten dźwięk, głęboki, przestrzenny, z gongami, przenosi mnie w zupełnie inny rejon umysłu. To trochę jak wejście do świątyni, ale
takiej wewnętrznej. Dźwięk zaczyna wibrować w ciele, a myśli, które
wcześniej pędziły, powoli się rozrzedzają. Nie zawsze znikają, ale tracą
swoją siłę. Czasem trwa to dwadzieścia minut, czasem krócej, zależy od
dnia. Ale zawsze pojawia się moment, w którym mam wrażenie, że ktoś
ścisza radio grające zbyt głośno w głowie. I wtedy rzeczywiście robi się
ciszej.
Spokój to twoja decyzja czy efekt zmęczenia światem? Skąd w ogóle wzięła
się w tobie ta potrzeba?
Zawsze potrzebowałam natury. A natura to dla mnie synonim spokoju - las,
łąki, woda, promienie słońca. Pierwszym obrazem, który pojawia się w mojej głowie, jest wieś moich dziadków. Spędziłam tam ogromną część
dzieciństwa. Potem małe miasteczko drugiej babci, kolejne lata, kolejne
krajobrazy. I ten obraz noszę w sobie do dziś - idę przed siebie jak
taki włóczykij, wchodzę do lasu, nad jezioro, do potoku, który nie jest
komercyjny, nie jest "zaopiekowany", tylko jest prawdziwy. Siadam z książką nad wodą, pływam, chodzę godzinami. Bez tego mnie nie ma. Ten
spokój był zawsze w naturze, więc może ja tylko całe życie próbuję do
niego wracać.
A potem trafiasz do Warszawy, do miasta, które jest ruchem, tempem,
ambicją. Jak w nim odnajdujesz siebie?
Wtedy zaczynają się rytuały. Właściwie całe moje życie jest z nich
utkane. Dzięki nim w tym miejskim pędzie odzyskuję własny rytm. Rano
jest joga i medytacja - to pierwszy moment, kiedy zbieram siebie w całość. Potem zimny prysznic. Bez niego mój mózg nie wchodzi w tryb
aktywności. To jak naciśnięcie przycisku "start", sygnał dla ciała, że
dzień naprawdę się zaczyna. Potem są soki. Jestem od nich trochę
uzależniona. Lubię ten moment, kiedy wkładasz do wyciskarki owoce i warzywa, a po chwili zostaje z nich czysta esencja - koncentracja smaku,
koloru i energii. Pierwszy posiłek jem dopiero około południa i to jest
dla mnie mała celebracja, najważniejszy moment dnia przy stole. Robię
dużą sałatę, warzywa, coś pełnowartościowego i przygotowuję to
spokojnie, z uwagą. Samo krojenie i mieszanie jest już częścią rytuału.
Jeśli nie mam czasu, zabieram do pracy koktajl, ale też robię go
świadomie, nie w biegu. Staram się jeść niewiele, bo nadmiar jedzenia mi
nie służy. A jednocześnie jestem łasuchem - kocham smaki, słodycze
potrafią mnie całkowicie rozbroić, więc muszę być wobec siebie czujna.
To, co jem, musi być dobre i prawdziwe, czasem ten pierwszy posiłek jest
jedynym w ciągu dnia. Potem moja ukochana kawa, przygotowana dokładnie
tak, jak lubię. I czytanie. Codziennie czytam. To jest dla mnie coś
nienaruszalnego. Czytanie wycisza, porządkuje myśli i karmi umysł czymś,
co nie jest przypadkowe. Dzięki temu nawet w mieście, które pędzi, mogę
na chwilę zatrzymać czas.
Mówisz o rytuałach jak o szkielecie dnia. Czy one są po to, żeby było
piękniej, czy po to, żeby się nie rozsypać?
To mój sposób na niezgubienie się. Świat jest głośny, inwazyjny, pełen
bodźców. Jeśli nie stworzę sobie własnej struktury, łatwo można się w nim rozpłynąć. Rytuały porządkują dzień i porządkują myśli. Dają
poczucie sprawczości. A ja mam temperament żywy, myśli dużo, energii
jeszcze więcej. Rytuał jest więc dla mnie jak rama, w której ta energia
może się bezpiecznie zmieścić. Dzięki temu nie rozprasza się na
wszystkie strony. Czytanie jest jednym z takich punktów stałych.
Potrafię bez niego funkcjonować, ale nie chcę. Zawsze mam przy sobie
książkę albo Kindle'a. Jeśli dzień jest krótki i pełen spraw, czytam
choć jeden rozdział. Jeśli mam więcej czasu, minimum pięćdziesiąt stron
- tyle, żeby wejść w historię i pójść z nią kawałek dalej. Czytanie daje
mi poczucie ciągłości, wyprowadza mnie poza bieżączkę dnia. Przypomina,
że życie jest większe niż to, co wydarza się w ciągu kilku godzin.
Rytuałem jest też czystość. Lubię mieć porządek w domu. Nie chodzi o obsesję, raczej o pielęgnowanie przestrzeni. Chcę wracać do miejsca,
które mnie wita, które mówi: "Jesteś u siebie". Żeby było w nim coś z małego święta, z poczucia ładu. Dom powinien uspokajać, nie dokładać
chaosu. Wieczorem, jeśli tylko mogę, biorę długą kąpiel. Zapalam świecę
i powoli odpływam w noc. To jest moment przejścia ze świata aktywności w świat ciszy. Smaruję ciało kremem, zwalniam, celebruję tę chwilę. To są
drobiazgi, ale właśnie z nich składa się poczucie, że dzień miał sens.
A czego już nie robisz, żeby chronić swój spokój?
Nie sięgam po telefon zaraz po przebudzeniu. Poranek jest momentem
szczególnym - dopiero wychodzisz ze snu, jesteś jeszcze na granicy dwóch
światów. A dla mnie sny są bardzo ważne. Jung i jego praca nad
nieświadomością wiele mi w tym sensie wyjaśniły. Jeśli sięgnę po
telefon, świat snu natychmiast znika, rozprasza się jak mgła. A ja chcę
jeszcze chwilę zostać w tym stanie, pod powiekami, w obrazach, które
przyniosła noc. Bo moja nieświadomość mówi do mnie właśnie wtedy. Śni mi
się dużo. I pięknie. Bardzo często latam. To motyw, który wraca. Lecę
nad jakimś krajobrazem, patrzę z góry. Jest w tym ogromna lekkość,
poczucie wolności, jakby na chwilę znikał ciężar codzienności.
A co wytrąca cię ze spokoju - bardziej świat zewnętrzny czy twoje własne
myśli?
Myśli są potężne. To, co o sobie myślimy, jak konstruujemy narrację o swoim życiu, o decyzjach, o błędach, ma ogromny wpływ na to, jak się
czujemy. Ale ja jestem też bardzo wrażliwa na to, co się dzieje wokół
mnie. Na słowa. Na ton. Na atmosferę. Długo udawałam, że nic mnie nie
boli. Że się nie boję. Że nic się nie stało. I wtedy to rosło.
Trzykrotnie. Teraz wiem, że trzeba dać temu przestrzeń. Usiąść z tym.
Nie wypierać. Kiedy coś mnie wybija ze spokoju, siadam na poduszce.
Wchodzę w to uczucie. Pozwalam mu się wysycić. I dzieje się coś
ciekawego - ono zaczyna się transformować. Złość przestaje być złością,
lęk przestaje być lękiem. Zostaje czyste doświadczenie, które przechodzi
w coś nowego. Ale to wymaga odwagi, żeby nie uciekać.
Czy ten moment, w którym głowa zaczyna wirować jak pralka - natłok
myśli, scenariuszy, lęków - był w twoim życiu epizodem czy raczej
rozpoznaniem: "Taka jestem, taki jest mój umysł"? I czy można w ogóle
zaprzyjaźnić się z własnym chaosem, zamiast go zwalczać?
Przez długi czas myślałam, że to są jakieś incydenty, że coś mnie
przytłoczyło, że za dużo pracy, ludzi, emocji. A potem zrozumiałam, że
to nie epizody, tylko konstrukcja mojego umysłu. Ja żyję intensywnie.
Dużo czytam, dużo słucham, dużo odbieram. Ludzie przychodzą ze swoimi
historiami, z prośbami, oczekiwaniami. Jestem chłonna. Więc w środku
musi być ruch. To jest cena tej wrażliwości. W pewnym momencie
przestałam z tym walczyć. Zrozumiałam, że mózg to organ, nie wyrocznia.
Tak jak ręce wykonują ruch i oczy rejestrują obraz, tak mózg produkuje
myśli. Nie wszystkie są prawdą i nie wszystkie wymagają reakcji. I wtedy
zaczęłam nie tyle je wyłączać, ile wybierać. Kiedy pojawia się myśl
lękowa, czuję ją w ciele - w żołądku, w napięciu. Siadam i zamiast
rozwijać ją jak czarną nić, próbuję ją przepisać. Tworzę inny
scenariusz. Nie po to, żeby zakłamać rzeczywistość, tylko żeby odzyskać
sprawczość. To jest praca, czasem żmudna, ale dzięki niej chaos
przestaje być wrogiem. Staje się energią, którą można przekierować.
Daniel Kahneman pisał o dwóch trybach myślenia: szybkim i wolnym. Spokój
rodzi się w tym wolnym - w decyzji, by nie reagować natychmiast, by
pozwolić emocji opaść. Biologicznie trwa ona kilkadziesiąt sekund, jeśli
jej nie dokarmimy własną narracją.
Mówisz o wyborze myśli jak o wybieraniu ubrań z szafy. Czy to znaczy, że
spokój nie jest stanem, tylko codzienną decyzją interpretacji, aktem
wolnej woli wobec rzeczywistości, która wcale nie jest łagodna?
Spokój nie jest dany. Spokój jest budowany. Każdego dnia. Jeśli zaczyna
padać deszcz i nagle wszystko w moim planie się rozsypuje, mam dwie
możliwości. Mogę utknąć w irytacji, w tym, że "miało być inaczej". Albo
mogę zmienić narrację. Zdarza się, że po prostu jadę rowerem przez
Warszawę w deszczu. Ludzie chowają się pod parasolami, przemykają między
kałużami, a ja jadę dalej. Czuję krople na twarzy, wiatr, ruch miasta. I nagle okazuje się, że to wcale nie jest katastrofa, tylko doświadczenie.
Oczywiście, że czuję frustrację - nie udaję, że jej nie ma. Ale nie chcę
w niej zamieszkać. Więc zamiast rozwijać czarny scenariusz, próbuję
przedstawić sobie tę sytuację inaczej. To nie jest naiwność. To jest
higiena psychiczna. Bo jeśli oddam interpretację świata wyłącznie
automatycznym myślom, one prawie zawsze pójdą w stronę lęku. A ja nie
chcę być trybem w maszynie własnych katastroficznych projekcji. Chcę być
współautorką tego, jak przeżywam świat.
A scena - ten moment tuż przed wejściem, kiedy światło gaśnie, a ty
stoisz przy kulisie - czy to jest moment absolutnego skupienia czy
moment konfrontacji z własnym ego? Kamera i widownia wyostrzają twój
spokój czy rozszczelniają go?
Ja kocham grać. I ta miłość jest silniejsza niż lęk. Kiedyś była trema.
Dzisiaj jej nie ma. Czasem za nią tęsknię, bo była jak przyprawa -
ostra, wyrazista. Ale brała się z braku pewności. Z pytania: "Czy
wystarczę?". Dziś wiem, że wystarczę, jeśli dam z siebie wszystko. Przed
wejściem robię pompki - uruchamiam ciało, bo ciało musi być gotowe.
Potem siadam. Dwie, trzy minuty w ciszy. I myślę: "To jest dar. Że
ludzie przyszli. Że możemy się spotkać. Że tekst, który wypowiem, ma
sens". Wysyłam tę myśl jak strzałę, żeby było dobrze, żeby to było
prawdziwe. I wtedy scena nie rozszczelnia mnie. Ona mnie zbiera. Skupia.
Daje poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Powiedziałaś, że przez lata uczyłaś się definiować dobro i zło po
swojemu. Czy ta praca nad sobą - nad myślą, oddechem, nad definicją
siebie - była drogą do spokoju czy raczej drogą do odwagi, by żyć bez
cudzych definicji?
Myślę, że to była droga do autonomii. Nie mogłam przyjąć gotowych
odpowiedzi. Musiałam sprawdzić je w sobie. Co mnie wzmacnia? Co mnie
osłabia? Co powoduje, że czuję wzrost, a co, że się kurczę? Patrzę na
ostatnie dwadzieścia, trzydzieści lat i widzę proces. Każda decyzja -
zawodowa, osobista - była lekcją. Uczyłam się swojej duszy. Uczyłam się,
czego naprawdę potrzebuję. I scenę też musiałam zdefiniować. Czy gram po
to, żeby coś udowodnić? Czy po to, żeby być podziwiana? Nie. Gram po to,
żeby się spotkać. A kiedy motywacja jest czysta, spokój przychodzi
naturalnie. Nie jako nagroda. Jako konsekwencja.
Zdarzyło ci się wejść w postać, która naruszyła twój prywatny porządek -
tak głęboko, że nie była już rolą, tylko realnym wstrząsem dla twojej
psychiki? Czy bycie aktorką oznacza czasem zgodę na to, że ktoś obcy
zamieszka w twoim wnętrzu?
Tak. I to była rola, z którą, jak uważam, psychicznie sobie nie
poradziłam. Lady Macbeth. W tej pierwszej części - kiedy ona jest
napędem zbrodni, kiedy jej ambicja jest bezwzględna, kiedy prowadzi męża
do zwycięstwa po trupach - było mi potwornie ciężko. To było wbrew moim
wartościom. Nie umiałam znaleźć w sobie miejsca, które by ją
usprawiedliwiało. Byłam bardzo młoda, byłam chyba najmłodszą Lady
Macbeth w polskim teatrze, i może dlatego wiele mi wybaczono. Ale czułam
rozdarcie. Nie miałam doświadczenia, nie miałam narzędzi. Druga część,
kiedy ona wpada w obłęd, była dla mnie łatwiejsza - bo obłęd jest jakąś
konsekwencją, pokutą, rozpadem, który można sobie wyobrazić. Reżyser
Piotrek Kruszczyński miał ciekawy pomysł - pokazał ją jako bardzo młodą
dziewczynę, zaślepioną ambicją, naiwną w swojej wierze, że przejdzie
przez zbrodnię suchą stopą. To było prawdziwe. Ale ja wracałam po
spektaklu rozbita. W tamtym czasie robiliśmy to, co wielu aktorów -
wino, papieros, rozmowa, aż emocje opadną. To był sposób, żeby oddalić
się od mrocznych uczuć, które w sobie nosiłam. To nie jest tak, że
zdejmujesz kostium i jesteś z powrotem sobą. Ciało pamięta. Układ
nerwowy pamięta. To było ekstremalne doświadczenie.
Kiedy zrozumiałaś, że emocji postaci nie można zagłuszać, tylko trzeba
je rozładować inaczej - ruchem, ciałem, świadomą pracą?
Później. Przy Matce i dziecku. To rola wymagająca emocjonalnie. Po
spektaklu byłam jak po bitwie. I wtedy zaczęłam czytać o mechanizmach
regulowania napięcia, o tym, jak ludzie w terapiach radzą sobie z napędem i niepokojem. Zrozumiałam, że trzeba zejść do ciała. Że ruch
jest naturalnym wyjściem z przeciążenia. Zaczęłam jeździć rowerem bez
względu na pogodę. Zimą, w deszczu, w mrozie. Na najniższej przerzutce,
żeby wysiłek był realny, żeby nogi pracowały, żeby pot spływał. To było
oczyszczające. Emocje, które przynosiłam ze sceny, zaczynały się
rozpraszać w rytmie pedałowania. A potem kąpiel - długa, gorąca, woda
jak masaż. Najpierw intensywny ruch, potem relaks. To stało się moim
sposobem na wychodzenie z roli. I z czasem rzeczywiście rola zamieniła
się w kostium - zdejmowałam ją, strząsałam i wracałam do siebie.
Czy w którymś momencie zaczęłaś słuchać siebie bardziej niż kogokolwiek
innego, przestałaś budować poczucie bezpieczeństwa na kimś, a zaczęłaś
na sobie?
Tak. I była to długa droga. Moje życie nigdy nie było liniowe. W relacjach przez wiele lat byłam osobą, która inwestowała wszystko - w miłość, w mężczyznę, w związek. Wierzyłam, że jeśli będę wystarczająco
oddana, jeśli całą energię włożę w "nas", to szczęście stanie się
wspólne. Oddawałam relacji bardzo dużo miejsca, bardzo dużo uwagi. A potem przychodziło rozczarowanie. Bo nie da się oprzeć własnego życia na
kimś drugim. Nie da się złożyć siebie w ofierze z nadzieją, że druga
osoba poniesie to dalej. I myślę, że przez długi czas było mi z tym
szczególnie trudno także dlatego, że wychowałam się w domu, w którym
miłość była czymś bardzo stabilnym. Moi rodzice są razem od ponad
czterdziestu lat. Ich historia jest prosta i piękna - mama i tata,
wspólna droga, wspólne życie. Widziałam ten model od dziecka i bardzo go
szanowałam. A moje życie potoczyło się inaczej. Były związki, które się
kończyły, był jeden mąż, drugi, potem kolejny partner... I czasem naprawdę
pojawiało się we mnie takie nieprzyjemne uczucie, jakbym nie do końca
mieściła się w tym rodzinnym wzorcu. Jakbym nie potrafiła powtórzyć tej
historii, którą moi rodzice przeżyli razem. Dopiero z czasem zaczęłam
rozumieć, że ludzie mają różne drogi. Moi rodzice trafili na siebie
idealnie, i to jest piękne. Ale to nie znaczy, że każdy człowiek musi
powtórzyć ten sam scenariusz. Ja jestem osobą bardzo dynamiczną. Lubię
ruch, zmiany, nowe doświadczenia. I musiałam nauczyć się przyjmować tę
prawdę o sobie bez poczucia winy. W pewnym momencie naprawdę zapytałam
siebie: "Co ja właściwie robię? Dlaczego zawsze stawiam siebie na końcu?
Przecież jestem matką, mam rodzinę, mam pracę, mam swoje życie. Dlaczego
te proporcje są tak zaburzone?". I wtedy zaczęłam się sobie uważnie
przyglądać. Całej sobie. Ciału, zdrowiu, temu, co jem, jak się ruszam,
jak oddycham. Ale też temu, co dzieje się w mojej głowie i w emocjach.
To był proces powolnego odzyskiwania siebie. Z czasem zrozumiałam coś
bardzo prostego: jeśli sama o siebie nie zadbam, nikt nie zrobi tego za
mnie. I w pewnym sensie stałam się dla siebie najlepszą przyjaciółką.
Miłość własna - brzmi to banalnie, a czasami okazuje się najtrudniejszą
z miłości. Czym ona dla ciebie jest? Samoakceptacją? Dyscypliną?
Czułością wobec siebie?
To nie jest narcyzm ani zachwyt nad sobą. To odpowiedzialność. To
umiejętność spojrzenia na siebie z wielu stron - także tych niewygodnych
- i zaakceptowania faktu, że się zmieniam. Że nie jestem tą samą
kobietą, którą byłam pięć czy dziesięć lat temu. Że mam cienie,
słabości, że czasem się mylę. Ale to ja mam ze sobą spędzić całe życie.
Więc wolę być dla siebie życzliwa i wymagająca jednocześnie, a nie
surowa i zależna od czyjejś aprobaty.
A kiedy w relacji pojawia się napięcie, kim jesteś częściej - tą, która
uspokaja przestrzeń, czy tą, która sama potrzebuje ukojenia?
Najczęściej uspokajam. To jest chyba coś, co mam w sobie od zawsze.
Podczas konfliktu pierwszym odruchem nie jest dla mnie obrona ani atak,
tylko próba zobaczenia, co naprawdę się wydarzyło. Wiem z doświadczenia,
że większość napięć można rozbroić rozmową, czasem nawet odrobiną
humoru. Kiedy pojawia się spór, mówię to, co myślę, ale nie przywiązuję
się kurczowo do racji. Wypowiadam słowo i pozwalam mu wybrzmieć. Ono
rezonuje albo nie - to już nie jest całkowicie w mojej mocy. Nie muszę
wygrywać. Z wiekiem zrozumiałam, że w relacjach wygrana bardzo często
oznacza czyjąś przegraną, a to rzadko buduje bliskość. Dużo bardziej
interesuje mnie zrozumienie. Jeśli druga osoba jest gotowa rozmawiać,
zawsze znajdzie się jakaś droga. A jeśli nie - uczę się przyjmować
również to. Nie mamy wpływu na wszystko, co dzieje się między ludźmi. I to przyjęcie granic własnej sprawczości też jest formą spokoju.
Powiedziałaś kiedyś, że spokój bywa ważniejszy niż racja. Czy to znaczy,
że harmonia w relacji jest dla ciebie ważniejsza niż triumf w sporze?
Spokój nie jest dla mnie ciszą ani unikaniem napięcia. To nie jest też
bycie miłą za wszelką cenę. Raczej pewien wewnętrzny ład - poczucie, że
różne elementy mogą współistnieć bez potrzeby dominacji. Nie muszę
nikogo przekonywać ani udowadniać swojej racji, żeby wiedzieć, kim
jestem. Konflikty mnie męczą, bo bardzo szybko zaczynają rozbijać tę
równowagę. Oczywiście potrafię wejść w spór - czasem nawet robię to
trochę aktorsko, jak ćwiczenie dynamiki rozmowy. Ale w środku zawsze
bardziej interesuje mnie zrozumienie niż wygrana. Kiedy ktoś podnosi
głos, zatrzymuję tę chwilę i nazywam ją. Pytam: "Czy ty krzyczysz?". Bo
ton potrafi zabić sens słów. I bardzo często ludzie nawet nie wiedzą, że
zaczęli krzyczeć. Wtedy napięcie opada. Spokój zaczyna się od uważności
- od momentu, w którym ktoś wreszcie dostrzega, co naprawdę się dzieje
między nami.
Czy w którymś momencie zrozumiałaś, że dla zachowania własnego spokoju
trzeba czasem odejść - nawet z relacji, w której było uczucie?
Tak. I to było trudne doświadczenie. Przez wiele lat wierzyłam, że jeśli
w relacji jest miłość, to wszystko można naprawić. Że wystarczy więcej
rozmowy, więcej zrozumienia, więcej dobrej woli. Ale z czasem
zobaczyłam, że są dynamiki, których nie da się uzdrowić samą intencją.
Kiedy w relacji zaczyna pojawiać się przemoc - nie tylko fizyczna, ale
też psychiczna, oparta na rywalizacji, podważaniu, próbie dominacji -
wtedy coś w środku mówi mi bardzo wyraźnie: to nie jest miejsce dla
ciebie. Kiedyś trwałam w takich sytuacjach dłużej, próbując wszystko
naprawić. Dziś wiem, że nie każdą relację da się uratować. Spokój nie
jest ucieczką. Jest wyborem środowiska, w którym można oddychać. Jeśli w jakiejś przestrzeni zaczyna brakować powietrza, trzeba mieć odwagę wyjść
- nawet jeśli oznacza to stratę. Bo dopiero wtedy naprawdę wraca się do
siebie.
Macierzyństwo wzmocniło twój spokój czy raczej wprowadziło permanentne
drżenie pod skórą?
Macierzyństwo jest paradoksem. Z jednej strony to największa miłość -
taka, która zakorzenia. Poczucie, że żyję naprawdę. Że stoję twardo na
własnych nogach. Poczucie, że jestem potrzebna, odpowiedzialna,
wspierająca. Z drugiej strony wraz z narodzinami dziecka rodzi się lęk -
i już zostaje. Niezależnie od wieku dziecka. To jest ten rodzaj troski,
którego nie da się wyłączyć. Ale tak... dopiero kiedy zaczęłam być mamą,
dotarły do mnie prawdziwy spokój i poczucie ważności tej relacji.
Czego musiałaś przestać się bać, żeby odzyskać równowagę?
Musiałam przestać się bać swojej zmienności. Swojej potrzeby wolności.
Tego, że jestem osobą dynamiczną, że kocham nowe bodźce, inspiracje, że
trudno mnie zamknąć w jednej definicji. Jak wspomniałam, pochodzę z domu, w którym rodzice są ze sobą czterdzieści sześć lat. Stabilność
była normą. A moje życie bywało falą - związki się zaczynały, kończyły,
zmieniały. I długo czułam się winna, jakby to świadczyło o jakiejś
wadzie. Musiałam zrozumieć, że taka jestem. Że to nie jest zepsucie,
tylko temperament. W pracy i w świecie zewnętrznym jestem ekspresyjna,
dynamiczna, eksplorująca. W domu, w relacji z samą sobą, potrzebuję
ciszy i skupienia. Nie chodzę na jogę grupową, nie uczę się języka w grupie. Wewnętrzne rzeczy robię samotnie. A z ludźmi lubię intensywność,
entuzjazm, ruch. To nie jest sprzeczność. To dwa bieguny tej samej
osoby.
Gdybyś jednym zdaniem miała określić, czym jest spokój w twoim życiu -
nie definicją, ale obrazem - co by to było?
Spokój to pestka. Mała, twarda, ukryta w środku. Z niej wszystko
wyrasta. Kiedy jestem w tym miejscu - w tej pestce - czuję się częścią
świata. Jestem zakorzeniona. Nie muszę się spieszyć, nie muszę nikogo
oceniać ani niczego udowadniać. To jest ten lekki, delikatny uśmiech
posągu Buddy - nie triumf, nie ekstaza, tylko ciche "jest dobrze". I świadomość, że wszystko przemija. Więc jeśli teraz jest dobrze, to
wystarczy.
KAMILLA BAAR
Aktorka, która zawsze bardziej interesowała się prawdą emocji niż
powierzchnią roli. Od początku drogi zawodowej porusza się między sceną
a kamerą, budując postaci skupione, intensywne, oparte na precyzyjnej
pracy z ciałem i oddechem. Na scenie występowała m.in. w Teatrze
Narodowym w Warszawie, Teatrze Studio i Polonia, a szerokiej
publiczności zapisała się w pamięci dzięki rolom w popularnych
serialach, takich jak Na dobre i na złe. Wychowana w domu, w którym
dyscyplina spotykała się z wrażliwością. Być może dlatego w jej życiu
równie ważne jak aktorstwo stały się praktyki, które przywracają
równowagę - joga, medytacja, praca z oddechem. Mówi o nich nie jak o modzie, lecz jak o codziennym ćwiczeniu uważności. Potrzebie pozostania
w kontakcie z własnym środkiem ciszy.
EWA BEM
Życie, jak się tobą ucieszyć?
Smutek jest prosty. Ma w sobie oczywistość spadającego kamienia. Kiedy
coś się kończy, kiedy ktoś znika, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa albo
przyszłość przestaje się pięknie rysować - smutek po prostu jest. Nie
trzeba go zapraszać. Nie trzeba go rozumieć. Przychodzi sam i często
daje poczucie porządku: to boli, więc to było ważne. Radość jest
bardziej skomplikowana. Nie ma w niej tej samej logiki. O radość trzeba
się postarać. Zwłaszcza wtedy, gdy niewiele jest powodów, by się
cieszyć. Radość trudna nie przypomina tej z pocztówek. Nie ma w niej
fajerwerków ani wielkich deklaracji. Jest raczej jak światło zapalone w sąsiednim pokoju - nie ogrzewa całego domu, ale mówi, że nie jesteś w całkowitej ciemności. To radość małych zgód: że wypiję kawę, choć dzień
jest ciężki. Że wyjdę na spacer, choć nie mam na nic ochoty. Że spotkam
się z kimś, choć łatwiej byłoby zostać samemu. W takich momentach radość
nie jest uczuciem. Jest czynnością. Praktyką. Uwagą. Zauważeniem czegoś,
co nie jest stratą. Czegoś, co jeszcze trwa. I to "jeszcze" ma ogromne
znaczenie. Radość po stracie bardzo często kroczy obok smutku. Nie
zamiast niego. Można być w żalu i jednocześnie doświadczyć czegoś
dobrego. To nie jest sprzeczność. To jest dorosłość emocjonalna. Dzieci
myślą zero-jedynkowo: albo jest dobrze, albo źle. Dorośli wiedzą, że
życie bywa jednocześnie ciężkie i czułe. Dlatego radość po trudnych
doświadczeniach jest inna. Mniej naiwna. Bardziej oszczędna. Nie
krzyczy. Czasem nawet nie ma w niej śmiechu. Bywa spokojem. Chwilą, w której nie ma lęku. Momentem, gdy człowiek myśli: "Teraz nic nie muszę".
I to jest wszystko. Radość nie jest brakiem lojalności wobec bólu ani
wobec tych, których już nie ma. Jest sposobem, by nie oddać całego życia
cierpieniu. I może to jest najuczciwsze zdanie o radości: ona nie
obiecuje, że będzie dobrze. Ona mówi tylko: "To życie jeszcze się nie
skończyło". I czasem, zwłaszcza w najciemniejszych momentach, to jest
wystarczający powód, żeby wstać, otworzyć okno, nalać kawy i zostać
jeszcze chwilę.
"Życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że będzie piękne" - napisał
Bohumil Hrabal. Psychologowie egzystencjalni mówią, że sens i radość nie
są stanem, tylko aktem woli. Czy dziś, na tym etapie życia, radość jest
dla pani bardziej decyzją, wysiłkiem, formą odpowiedzialności wobec
samej siebie i życia, czy czymś, co mimo wszystko wciąż przychodzi
naturalnie?
Kiedyś, bardzo dawno temu, miałam takie młodzieńcze przekonanie, że
każdy dzień powinien być wyjątkowy, że coś musi się samo wydarzyć,
choćby drobiazg, kwiatek, telefon, spotkanie, cokolwiek, żeby ten dzień
się domknął i miał sens. Żeby ten dzień był inny niż pozostałe, po
prostu uroczysty. Dziś myślę trochę inaczej. To zdanie Hrabala brzmi jak
paradoks, a przecież takie jest życie - straszne i piękne naraz. Dla
mnie to nie jest decyzja raz podjęta, tylko nieustanny wybór, który
trzeba powtarzać każdego dnia. Po śmierci dziecka, po odejściu
ukochanego męża łatwo byłoby powiedzieć: "Świat się skończył". I tak
naprawdę skończył się ten świat, który znałam. Ale zarazem wciąż trwa
inny. Człowiek nie ma wpływu na to, co się wydarza - rak, śmierć,
rozstania, choroby. Ma jednak wpływ na to, czy spojrzy w twarz
nieszczęściu i zdecyduje, że mimo wszystko podniesie się rano z łóżka.
To nie jest heroizm, a raczej akt codziennej pokory. Zrobić kawę.
Odpowiedzieć na telefon. Wyjść na scenę. Uśmiechnąć się do wnuka. W tym
prostym geście jest zawarta cała decyzja - życie, choć straszne, może
być piękne, bo jeszcze jest. Więc tak, uczynienie życia pięknym to
decyzja. Nie triumfalna, nie łatwa, ale cicha i uparta. Decyzja, by
wśród ruin wciąż zobaczyć choć jeden ocalały kolor.
Na szczęście mam w sobie radość genetyczną. Jestem pogodna, wesoła,
kocham dowcip, dobry humor, i to jest coś, czego nie chcę się wyzbywać i nawet nie próbuję. Ale jednocześnie, kiedy zderzam się z ciężkimi
przeżyciami, a ostatnio ich przecież nie brakuje, to wiem, że jeśli w moim życiu ma być jakaś radość, nie mogę sobie pozwolić na pogrążenie
się. Jest w tym jakaś odpowiedzialność, przekonanie, że trzeba coś
zrobić, żeby się w tym nie utopić, bo życie jest takie, jakie jest, i gramy kartami, jakie nam rozdano.
Powiedziała pani, że urodziła się z radością, jakby była częścią
wyposażenia na start. Czy pamięta pani tę radość z domu rodzinnego, z dzieciństwa, mimo że to przecież nie było życie usłane różami?
W naszym domu zawsze były dowcip i humor. Robiliśmy sobie żarty,
śmialiśmy się, opowiadaliśmy historie - i to było coś naturalnego, jak
oddech. Ta energia bardzo wcześnie przeniosła się we mnie na muzykę,
scenę, sposób bycia. Do dziś ludzie mówią, że jest we mnie radość,
pogoda, jakaś lekkość. I to prawda - taka jestem. Ale mam też
świadomość, że ten humor i energia często były sposobem na to, by
przykryć własne smutki, trudne doświadczenia, własne tragedie.
Przynajmniej przed światem. Moje dzieciństwo nie było łatwe. Kiedy
miałam siedem lat, ojciec wyszedł z domu i już nie wrócił. Odszedł do
innej kobiety. Niby żył, gdzieś istniał, ale w naszym domu go nie było.
A to jest rodzaj straty, której dziecko nie potrafi nazwać, ale którą
bardzo intensywnie czuje. Brakuje codziennej obecności, zapachu
papierosów, śmiechu, czegoś, co było oczywiste i nagle przestało być.
Mama została sama z trójką dzieci i dźwigała ogromny ciężar. I wtedy
właśnie objawił się jej niezwykły dar. Wszystko próbowała przykryć
fantazją, dowcipem, radością. Łaskotała nas, wymyślała historie, robiła
z najzwyklejszych drobiazgów małe przedstawienia. Była artystką w codziennym życiu i tym wesołym twórczym duchem nas chroniła. Dzięki niej
nauczyłam się, że radość nie zawsze jest luksusem, czasem jest strategią
przetrwania. Myślę, że kiedy zaczyna się życie od braku, bardzo wcześnie
rozumie się jedną rzecz: że pełnia nie istnieje. Że zawsze czegoś będzie
brakowało. Pytanie brzmi tylko, czy ten brak człowieka złamie, czy
nauczy żyć uważniej, intensywniej. Ja nauczyłam się żyć. Ale to nie
znaczy, że bolało mniej.
W psychologii mówi się o "żałobie nieuznanej" - kiedy tracimy kogoś, kto
żyje, ale już do nas nie należy. Pani dzieciństwo było naznaczone
właśnie taką żałobą, której nikt nie nazywał żałobą... Jakim domem było
pani dzieciństwo?
To był dom przesiąknięty muzyką i fantazją. Babcia Felicja - ukochana,
zawsze obecna - miała trzy siostry i brata, a wszyscy grali na
fortepianie i śpiewali. Rodzina przez lata mieszkała w Berlinie, dlatego
wszyscy mówili biegle po niemiecku, francusku i angielsku. Babcia do
końca życia, podliczając codzienne zakupy, liczyła tylko po niemiecku.
Zawsze mnie to zachwycało, gdy słyszałam jej: Sechsunddreißig,
dreiundsiebzig... Babcia była kobietą twardą, spokojną i opanowaną. Mama
jej przeciwieństwem - pełna wyobraźni i niezwykłego poczucia humoru.
Pamiętam, jak po zbudowaniu Pałacu Kultury w 1955 roku oznajmiła mi z powagą, że należy on do naszej rodziny. Uwierzyłam w to bez wahania.
Kiedy zabrała mnie i braci na wycieczkę, weszłam do środka jak do
własnego domu. Zapytałam tylko, dlaczego po naszych pokojach kręcą się
obcy ludzie. Mama odpowiedziała, że pozwalamy im zwiedzać. Ojciec, choć
z wykształcenia ekonomista, był artystą z krwi i kości - grał na
fortepianie jak zawodowiec. Był człowiekiem niezwykle cenionym,
lubianym, charyzmatycznym. Kobiety, jak to się mówiło, mdlały na jego
widok. Ale właśnie ten urok, szarm i powodzenie okazały się jego wadą -
zostawił matkę z trójką dzieci i odszedł do innej kobiety.
Porzucenie przez ojca to strata, którą nosi się w sobie do końca życia?
Właściwie do dziś jestem takim porzuconym dzieckiem. Myślę, że moje
życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby tata nas nie opuścił. Jego
odejście sprowadziło na nas czasy wielkiej biedy. Ale to nie był akt
nagły. On odchodził powoli, krok po kroku. Jako dzieci widzieliśmy, że
rodzice coraz bardziej się od siebie oddalają. Nie było już przytuleń,
były za to awantury. Mama wyrzucała przez okno kwiaty, które ojciec
przynosił, pewnie na przeprosiny. Pamiętam jego ostatni dzień w domu. To
było tuż przed Wielkanocą. Chciał chyba zrobić coś dobrego, zostawić po
sobie ślad - postanowił pomóc mamie w myciu okien. W naszym mieszkaniu
na MDM-ie były charakterystyczne lufciki. Stałam na korytarzu, gdy
ojciec zanosił lufcik do wanny. Z łazienki dobiegał szloch mamy. Wtedy
wiedziałam, że to ten moment. Napisałam do niego karteczkę: "Możesz mnie
nie lubić, tato, ale ja cię już nie kocham". Położyłam ją na podłodze,
wierząc, że ją zauważy, podniesie, przeczyta, że coś się w nim poruszy i zostanie. Wyobrażałam sobie, że wrócimy do bycia rodziną. A on przeszedł
po niej i wyszedł, nie oglądając się za siebie. Drzwi zamknęły się na
zawsze.
Potem przez lata prawie nie mieliśmy kontaktu. Nie chciałam go znać.
Owszem, w pamięci zostało kilka jasnych obrazów, ale to były raczej
wyjątki niż reguła. Siedzimy razem w kinie na Bambim, ja wtulam się w fotel, jeszcze dziecko, a on obok - obecny, choć przecież tak rzadko.
Albo wakacje w górach: ojciec nagle przyjeżdża, wieś cała się zbiega, z desek sklecono scenę, gra orkiestra, a on wyciąga do mnie rękę. Idziemy
tańczyć - ja maleńka, on wysoki. Cała wieś patrzy, nawet owce stoją w kręgu jak publiczność. A potem całuje mnie w dłoń - gest tak uroczysty,
jakbyśmy grali w jakimś przedstawieniu. I może właśnie tak było:
przedstawienie zamiast bliskości.
Ale prawdę mówiąc, bardziej pamiętam jego nieobecność. Tę pustkę, która
była w domu zamiast ojca. Mama wpadła w depresję. Miała trzydzieści dwa
lata, była przepiękną kobietą o długich do pasa rudych włosach i została
sama z trójką dzieci. Musiała zacząć pracować. Łapała się wszystkiego -
sprzątała u ludzi, szyła, szydełkowała, obdarzona talentem artystycznym,
robiła na drutach filcowe figurki, kapcie. Potrafiła uszyć cuda z niczego. Pamiętam nocny stukot maszyny do szycia, kiedy przerabiała
ubrania - ze starszego brata na młodszego, swoje na mnie. Pamiętam też,
jak brat Alek przyniósł kiedyś z Hybryd belę srebrnego papieru. Mama
uszyła mi z niego strój - spódnicę i bolerko. Jednorazowy, bo z papieru,
ale wyglądałam zjawiskowo. Nawet gdy zaczęłam występować, wciąż mogłam
liczyć na stroje szyte przez mamę.
Musiało być jej ciężko...
Nasza ukochana babcia Felicja dużo nam pomagała. Wstawała o czwartej
rano, żeby zdążyć do pracy w kiosku Ruchu. Po powrocie gotowała
niemieckie eintopfy - wielki gar pożywnej zupy z mięsem i warzywami. Na
kolację przygotowywała piramidy kanapek z przezroczystymi plasterkami
wędliny. Masło było luksusem - babcia kupowała kostkę masła i margaryny,
mieszała je, żeby starczało na dłużej. Patrzyłam z zachwytem na domy
koleżanek - kryształową paterę Małgosi z ptasim mleczkiem czy mieszanką
wedlowską, która nigdy się nie kończyła. U innej koleżanki zawsze było
masło w lodówce. Czasem chodziłam z nią na wagary tylko po to, żeby
najeść się masła. Ale bardziej od biedy, która na nas spadła, bolało to,
że wraz z odejściem ojca zniknął również fortepian. Krótki, koncertowy,
idealny do mieszkania - dźwięk jego klawiszy niósł się po całym domu. Na
nim uczyliśmy się grać, mieliśmy prywatne lekcje, wierzyliśmy, że muzyka
ocali choć kawałek naszego dzieciństwa. Pewnego dnia przyszło jednak
dwóch mężczyzn i wyniosło go bez słowa. Została po nim cisza, cięższa
niż brak ojca. Od tej pory musieliśmy chodzić do sąsiadki, która z litości pozwalała nam ćwiczyć na pianinie, ale i to wkrótce się
skończyło - lekcje stały się luksusem, na który nie było nas stać.
Kiedy nie mogło już być prywatnych lekcji, a fortepian został zabrany,
muzyka mogła przecież ucichnąć. A jednak została z panią na zawsze. Kto
wtedy stał się dla pani nauczycielem - kto podtrzymał w pani ten
płomień?
Brat Aleksander. Najzdolniejszy z nas. Śpiewaliśmy we trójkę wszędzie -
na ulicach, w tramwajach, autobusach. Nie dla pieniędzy, ale dlatego, że
muzyka była w nas. On nadawał ton, my się przyłączaliśmy. Potem
śpiewaliśmy również za pieniądze. Muzyka mnie wessała. To był mój świat,
moja ucieczka.
Psychologowie piszą, że niedostatek może stłumić indywidualność, a jednak u was w domu był jej nadmiar - stroje, przebieranki, harce. Mam
wrażenie, że pani mama zamieniała biedę w teatr, żeby ocalić waszą
wyobraźnię.
Potrafiła stworzyć nam bajkę w szarości. Choć przecież sama była
kolorowym, skrzywdzonym ptakiem, któremu wyrwano skrzydła. Musiała
udźwignąć samotność i nas. Czasem miałam do niej żal - że nie mam
normalnego dzieciństwa, że muszę pomagać, że mnie nie docenia. A teraz,
im jestem starsza, tym bardziej ją podziwiam i jestem jej wdzięczna.
Zresztą to ona nauczyła mnie tej wdzięczności. Pamiętam, jak ciułaliśmy
z rodzeństwem przez cały rok pieniądze, żeby kupić coś na Gwiazdkę mamie
i babci. Mieliśmy zeszyt w kratkę, w którym w specjalne rubryki
wpisywało się kwoty wpłacone do wspólnego banku. Mama nawet pomagała nam
zarabiać - wymyśliła "łaskotanie", po 50 groszy i po złotówce. Za 50
groszy - łaskotanie do trzech, za złotówkę - do dziesięciu. Alek
zwyciężał, bo mógł wytrzymać pół godziny, a Jarek miał straszne
łaskotki, ledwie 50 groszy mu się uciułało. A mnie wciąż powtarzała:
"Pamiętaj, że jesteś wielką artystką". Bałam się tego, bo czułam, że nie
sprostam. Była wobec mnie bardzo krytyczna, oszczędna w pochwałach.
Nawet gdy odnosiłam sukcesy, potrafiła powiedzieć tylko: "Stać cię na
więcej". W młodości bolało mnie to, brakowało mi słów zachwytu. Czasem
bałam się dzwonić po koncercie, bo wiedziałam, że usłyszę uwagi. Ale z dzisiejszej perspektywy wiem, że ta krytyka była jej sposobem wspierania
mnie. To była jej forma wiary w to, że mogę więcej, że nie powinnam się
zatrzymywać.
Czy dziś widzi pani w tej radości mamy rodzaj emocjonalnej ochrony,
daru, który był ważniejszy niż pieniądze i stabilność?
Dzisiaj widzę to bardzo wyraźnie. Ta wymyślona bajkowa historia z Pałacem Kultury była dokładnie takim darem, ochroną, czymś, co nie było
materialne, ale ogromnie ważne. To był sposób na to, żebyśmy mieli
poczucie, że coś do nas należy, że nie jesteśmy całkiem bezbronni. Mama
oczywiście bywała smutna, widziałam ją płaczącą, raczej w ukryciu, za
drzwiami, bo nie lubiła tego robić na widoku. I myślę, że ona też
musiała się o tę radość starać, że była jej potrzebna, żeby się ukoić.
A dziś, kiedy życie jest jednocześnie piękne i bardzo trudne, skąd
bierze pani radość, kiedy wstaje pani rano?
Dzisiaj nie czuję się żadnym źródłem radości ani kimś, kto mógłby
cokolwiek podpowiadać, ale wiem jedno - mimo wszystko jestem otoczona
ludźmi, którym na mnie zależy. Jest moja córka, są wnuki, które
doprowadzają mnie do miłosnego szaleństwa, jest praca, są spotkania z muzykami i kiedy jestem z nimi, naprawdę staję się innym człowiekiem. A kiedy jestem sama, co niestety zdarza się najczęściej, oglądam filmy,
skaczę po kanałach, czasem trafi się coś dobrego, czasem nie, czasem
nawet głupie komedie potrafią mnie uratować, szczególnie włoskie, i to
też jest jakaś forma trzymania się życia. Ale kategorycznie wystrzegam
się polityki, wystrzegam się też tych wszystkich wszechwiedzących
dietetyków i lekarzy, którzy co chwilę straszą ludzi, że wszystko
prowadzi do choroby i cierpienia, bo to naprawdę działa jak topór
wiszący nad głową. Raz mleko jest dobre, raz złe, raz mięso wolno jeść,
raz absolutnie nie, i człowiek zaczyna mieć wrażenie, że cokolwiek
zrobi, to i tak będzie źle. A to bardzo szybko wpędza w niechęć do
życia. Ja tego nie chcę. Ja wolę rzeczy proste, życiowe, ludzkie, takie,
które nie odbierają apetytu na istnienie.
Często mówimy, że radość mieszka nie w wielkich wydarzeniach, ale
właśnie w małych momentach. Kiedy wstaje pani rano, jest szaro, cicho,
jest pani sama w domu - gdzie wtedy szuka pani tych drobnych punktów
zaczepienia, które pozwalają nie opaść z sił?
Te radości są drobne i bardzo konkretne. Cieszy mnie, że mogę nakarmić
dwa bezdomne koty, które codziennie do mnie przychodzą. Radość to kawa
wypita w ulubionej filiżance. Może to brzmi banalnie, ale kiedy ją sobie
zrobię, usiądę z nią i spokojnie piję, to jest po prostu dobrze. Mam
mały, niewyszukany ekspres. Kapsułka, czarna kawa. Bez pianek, bez
smaków. Czasem u córki albo u fryzjera, gdzie mają piękne duże ekspresy,
czuję różnicę. Wiem, że ona jest. Ale nie jest mi to potrzebne. Ta kawa
jest mi po prostu potrzebna do życia. Włosi mówią, że w życiu liczą się
trzy rzeczy: mangiare, dormire i chiavare, czyli jedzenie,
odpoczynek i "bliskość". I w tej prostej filozofii odnajduję prawdę o radości, która nie jest ani wzniosła, ani spektakularna, ale za to
niezbędna. Mangiare to nie tylko jedzenie, lecz smakowanie,
przyjemność biesiadowania, zapachy, wszystko, co się z tym wiąże.
Dormire to nie tylko sen, ale odpoczynek, regeneracja, dbanie o siebie. A chiavare to nie tylko seks, lecz przede wszystkim poczucie
bycia kochanym, bliskość, czułość. Człowiek nie musi być kochany na
zabój, nie musi mieć gitarzysty pod oknem przez cały dzień, ale musi
czuć, że gdzieś tam jest jakieś uczucie. Bez tego bardzo trudno żyć.
Jest jeszcze jeden drobiazg, który dużo mówi o relacji z samą sobą.
Omijanie luster. To jest taki mój codzienny rytuał ochronny. Czasem idę
przodem, czasem bokiem, czasem robię mały objazd przez salon, żeby nie
przechodzić wprost. Nie zawsze, raczej instynktownie. Nie jestem z siebie zadowolona i lustra mnie męczą. I to też jest forma troski o samopoczucie. Taka, która pozwala zachować trochę siły na dzień. Jest
też powitanie z obrazami bliskich osób, z twarzą mojej córki, z twarzą
mojego męża. Z nią zawsze jest bardzo czule. A z nim bywa różnie. Czasem
mówię mu: "Jakiś ty piękny facet", a czasem potrafię powiedzieć rzeczy
zupełnie nie z tej ziemi. Takie, których potem sama się trochę wstydzę.
Mówię: "Ty teraz sobie odpoczywasz, a ja sama muszę się z tym wszystkim
uporać. Jak mogłeś mnie z tym zostawić?". I wiem, że to nie jest
sprawiedliwe, ale tak bywa. A potem przychodzą wieczory. I wieczory
potrafią być okrutne dla osoby, która jest samotna, schorowana i ma przy
każdym temacie listę zakazów. Czekolady nie. Alkoholu nie. Papierosów
nie. Kawy nie. Męża nie. I nagle robi się taka trudna do nazwania
pustka.
I co wtedy?
Wszystko zależy od tego, jak się o tym pomyśli. Jeśli pomyśli się o tym
jak o gruzach, to można tylko siedzieć i płakać. Ale można też spróbować
spojrzeć na to inaczej, z odrobiną humoru, powiedzieć sobie: "No dobrze,
przynajmniej mam święty spokój". To nie jest jeszcze radość, ale jakiś
sposób, żeby się całkiem nie rozsypać.
Anna Seniuk powiedziała mi kiedyś, że scena to jedyne miejsce, w którym
przez dwie godziny czuje się zdrowa. Czy dla pani scena jest podobną
przestrzenią - chwilami, w których znika zmęczenie i pojawia się radość?
W dniu koncertu jeszcze przed próbą bywam w fatalnym stanie, rozbita,
zmęczona, w złym nastroju. Moja asystentka Sławka dobrze to widzi. Mówi
potem: "Wie pani co, jak pani wyszła do pierwszej piosenki, zbaraniałam.
Byłam przekonana, że pani dzisiaj w ogóle nie wyjdzie". Taki był
nastrój. Taki był stan. I to się wcale nie dzieje bez wysiłku. Ale scena
ma w sobie coś szczególnego. Ten pierwszy kontakt z publicznością, ta
obecność ludzi, to jest coś bardzo miłego, bardzo energetycznego, wręcz
pożywnego. Nie powiem, że bóle znikają. One nie znikają. Ale przestają
być w centrum. Przestaje się na nie patrzeć z taką uwagą. Ciało nie
znika, ale przestaje dyktować wszystko. I wtedy można iść dalej.
Ogromnie dużo daje mi też reakcja publiczności. To jest jeden z powodów,
dla których wciąż wychodzę na scenę, nawet kiedy fizycznie jest bardzo
trudno. Tydzień po pogrzebie mojego męża stanęłam na scenie i sama nie
wiedziałam, czy to wypada. Pytałam o to. Wahałam się. Ale wiedziałam, że
ludzie czekają. I w tych brawach czuję nie tylko radość - czuję
serdeczność, współczucie, wsparcie. To nie jest łatwa radość. Ale ona
pozwala nie wypaść z życia.
To stąd bierze pani siły?
Jeśli chodzi o siły fizyczne, to ja ich po prostu nie mam. Mówię to
wprost. Jestem w trakcie leczenia onkologicznego, ciągle na chemii, i to
bardzo osłabia. Nie ma nordic walkingu, nie ma biegania, nie ma żadnych
cudownych metod. Skąd więc siła? Chyba głównie z poczucia obowiązku. I z rozmów z samą sobą. Ja bardzo dużo do siebie mówię. Czasem depresyjnie,
czasem stanowczo. Mówię sobie: teraz wstaniesz, pójdziesz, podlejesz,
zamieciesz, zrobisz jedną rzecz, potem drugą. I tak się sama do tego
zmuszam. To nie jest żadna heroiczna metoda. Po prostu wiem, że siły nie
da się pożyczyć od kogoś. Trzeba ją wydobyć z siebie, nawet jeśli jest
jej bardzo mało.
A zdarza się pani pomyśleć: "Nie jadę, mam dość, zostaję"? I co wtedy
wygrywa - zmęczenie czy odpowiedzialność?
Tak, oczywiście, że się zdarza. Myślę sobie: "Nie jadę". I to jest
prawdziwa myśl. Ale ona zawsze zostaje tylko myślą. Mam doświadczenie i wiem, że za tym wyjazdem stoi mnóstwo ludzi - nie tylko muzycy, ale
organizatorzy, techniczni, ci, którzy zrobili plakaty, i przede
wszystkim ci, którzy kupili bilety. Ja nie mogę ich zawieść. Po prostu
nie ma mowy.
W Trzech kolorach. Niebieskim Krzysztofa Kieślowskiego bohaterka po
stracie wybiera pustkę i odcięcie jako sposób przetrwania, a życie wraca
do niej bocznymi drzwiami, przez muzykę i relacje. Pani doświadczyła i izolacji po jednej stracie, i trwania przy życiu po drugiej. Czy dziś
widzi pani, który z tych sposobów jest bliższy radości, czy raczej nie
ma tu żadnej hierarchii?
Nie potrafię tego wartościować. Wydaje mi się jednak, że kontakt z ludźmi jest niezwykle ważny w każdej sytuacji. Izolacja, odcinanie się
od przyjaciół, pracy, od świata, od ludzi, tylko nas osłabia. Człowiek
musi się wygadać, pożalić. Albo posłuchać innych. Czasem porównanie
własnego problemu z cudzym daje ulgę, czasem ktoś mówi coś i nagle
myślisz: "Boże, ja się tym przejmuję, a przecież są rzeczy o wiele
trudniejsze". Albo odwrotnie, słyszysz kogoś i odkrywasz, że czujesz
dokładnie to samo, tylko nigdy nie miałaś odwagi o tym powiedzieć.
Samotność w przeżywaniu jest bardzo zła. Kiedyś były domy
wielopokoleniowe, rodziny się w nich wspierały. To był doskonały system
dla człowieka, od dzieciństwa aż po starość, i on gdzieś zanikł. Znany
jest nam obrazek: panie siedzą zajęte robótkami i rozmawiają. I w tych
rozmowach wypływa wszystko - problemy, lęki, żale. Ciężar, którego warto
się pozbyć. Dziś bardzo nam tego brakuje.
Jak pani myśli: radość i smutek mogą istnieć jednocześnie czy jednak się
wykluczają?
Nie wykluczają się absolutnie. W życiu może dziać się coś bardzo
trudnego, a jednocześnie może się wydarzyć coś miłego. To trudne nie
znika, jest gdzieś pod spodem, jest kluczowe, ale to nie znaczy, że nie
ma miejsca na inne emocje. To nie jest tak prosto jak u dziecka, że nie
ma łopatki, a potem ma łopatkę i jest szczęśliwe. U dorosłych wszystkie
barwy, wszystkie emocje są obecne naraz.
A czy radość po wielkiej stracie jest inna? Mniej naiwna, bardziej
uczciwa, a może po prostu już nie jest radością w klasycznym sensie?
Po mojej ostatniej stracie, stracie męża po czterdziestu dwóch latach
wspólnego życia, nie odczuwam już pełnej radości. Mówiłam o tych małych
elementach, drobiazgach, które można sobie składać, żeby jakoś
funkcjonować. Ale ogólnie jestem jednym wielkim żalem. To jest bardzo
dobre określenie. Jest przepotwornie żal.
W psychologii żałoby mówi się czasem, że strata nie znika, tylko "idzie
obok", każdego dnia. Czy to poczucie, że wszystko, co miało się jeszcze
wydarzyć, zostało już definitywnie odebrane, jest dziś dla pani stałym
tłem życia?
Tak. Każdy dzień, który mogliśmy jeszcze spędzić razem, a już go nie
spędzimy, jest jak coś wyraźnie napisanego na horyzoncie: "nigdy". To
słowo jest tam cały czas. Ono mi stale towarzyszy i nie widzę światełka
w tunelu. Wiem, że już niewiele się w moim życiu wydarzy, nie popłynę
jachtem, nie polecę balonem, nie będę znowu zakochana. Wiem, że to się
nie stanie. Gdy Dżindżi był ze mną, to na przykład naszą wielką radością
były spacery do Parku Dreszera w Warszawie. To było niby nic. Po prostu
wychodziliśmy, szliśmy spokojnym krokiem, mieliśmy swoją ławeczkę, swoje
rozmowy, swoje milczenia. Regularnie tam chodziliśmy i to była nasza
wielka radość. Było w tym coś bardzo prostego i bardzo pełnego. Mieliśmy
mnóstwo wspólnych radości - wnuki, muzykę, podróże, nawet zwykłą jazdę
samochodem. To wszystko było radością.
A jeśli dziś miałaby pani nazwać radość możliwą - nie tę utraconą, ale
taką, która jeszcze mogłaby się wydarzyć - czego by pani chciała
najbardziej?
Chciałabym spokoju. Prawdziwego wewnętrznego spokoju. Takiego, w którym
nie jestem ciągłym strachem, obawą, że coś się nie uda. I że nic nie
muszę. Że mogę leżeć pod gruszą i po prostu być. I że to wystarcza.
EWA BEM
Nazywana "pierwszą damą polskiego jazzu". Debiutowała w zespole Bemibek,
ale szybko poszła własną drogą, tworząc styl łączący jazz, swing i poezję codzienności. Na scenie od ponad pół wieku. Jej piosenki - od
Podaruj mi trochę słońca po Moje serce to jest muzyk - są świadectwem
nie tylko artystycznej kariery, lecz także siły wrażliwości. Kobieta,
która doświadczyła strat, jakich nie uniesie żaden papier, a mimo to
wraca na scenę i powtarza swoje życiowe motto: "Żyj kolorowo".
SYLWIA CHUTNIK
Odważna mimo woli
Nie rodzi się z siły, lecz ze zmęczenia. Z tego momentu, w którym
człowiek nie może już dłużej kłamać przed sobą samym. Nie ma w niej nic
z bohaterskiego uniesienia - to raczej stan graniczny między "nie mogę"
a "muszę". Jak napisał Czesław Miłosz, odwaga jest skutkiem rozpaczy.
Kiedy już nie ma nic do stracenia, pozostaje prawda. W literaturze
odwaga zawsze jest cicha i samotna. Antygona nie wygłasza manifestu - po
prostu robi to, co uznaje za słuszne, wiedząc, że przypłaci to życiem.
Raskolnikow w Zbrodni i karze zdobywa się na odwagę
przyznania się do winy, bo tylko prawda może go ocalić. Atticus Finch w
Zabić drozda staje w sądzie nie po to,
by wygrać sprawę, lecz by zachować godność w świecie, który zapomniał,
czym jest sprawiedliwość.
Odwaga nie zawsze ma sens. Często prowadzi donikąd. Czasem zostawia po
sobie ruiny. Ale właśnie w tym jest jej czystość - w gotowości na
konsekwencje. "Trzeba mieć odwagę być sobą, nawet jeśli inni wolą, żebyś
była kimś innym" - napisała Virginia Woolf, a każde jej zdanie było jak
akt oporu wobec świata, który chciał kobiet milczących, ułożonych,
poprawnych. Współczesność potrzebuje innego rodzaju odwagi. Nie
heroicznej, tylko ludzkiej. Nie na barykadach, ale w kuchni, przy stole,
w łóżku. W zdaniu wypowiedzianym do partnera: "Nie chcę już tak żyć". W telefonie do matki: "Nie przyjadę na święta". W mailu, który zaczyna się
od słowa: "Odchodzę". To wszystko są małe akty odwagi, których może nikt
nie zauważy, ale które potrafią zmienić całe życie. Bo odwaga to
decyzja. Nie o świecie, lecz o sobie. To zdanie: "Nie wiem, co będzie
dalej, ale już tak nie mogę". Nie musi prowadzić do zwycięstwa -
wystarczy, że prowadzi do prawdy.
Filmy o odwadze zawsze kończą się katharsis, jednak w życiu nie ma
muzyki podczas napisów końcowych. Zostaje cisza, zmęczenie, czasem żal.
Ale też coś więcej - spokój. Taki, który przychodzi dopiero wtedy, gdy
przestajesz udawać. Jak stwierdził Albert Camus, człowiek odważny to
ten, kto mówi "tak", choć cały świat mówi "nie". I może właśnie o to
chodzi: nie o heroizm, lecz o zgodę na samego siebie. Bo odwaga nie
polega na tym, by się nie bać, tylko na tym, by iść dalej - mimo że się
boimy. To najcichsza forma wolności, jaką znamy.
Kiedy kobieta jest naprawdę odważna? Wtedy, gdy mówi, co myśli,
ryzykując śmieszność, samotność, wykluczenie, czy wtedy, gdy milczy,
wiedząc, że i tak zrobi po swojemu?
Kobieta w Polsce jest odważna wtedy, kiedy w ogóle zabiera głos.
Poprzeczka odwagi jest zawieszona żałośnie nisko. Wystarczy, że coś
powiesz, i już jesteś "kontrowersyjna". Jeszcze nie skończysz zdania, a już pojawiają się etykiety: "wojowniczka", "krzykaczka",
"problematyczna". Jakby samo mówienie - to, że w ogóle istniejesz głosem
- było prowokacją. To jest w gruncie rzeczy przerażające, bo oznacza, że
żyjemy w kraju, w którym milczenie kobiety jest wciąż uznawane za cnotę.
A ja nie umiem się zamknąć. Nie chcę. Odwaga to więc dla mnie nie
heroiczne gesty, nie krzyk na barykadach, tylko codzienność. Zwykłe
mówienie, że coś ci się nie podoba. Że chcesz inaczej. Że masz dość. I wiesz co? Czasem nawet nie zdążysz jeszcze wyrazić opinii - a już
widzisz po oczach, że ludzie ci ją przypisali. To jest jak rykoszet.
Zdarzyło się, że ten rykoszet naprawdę zabolał?
Kiedy prowadziłam Fundację MaMa - to były czasy przed 500+, dziś już
800+ - w mojej bańce, nazwijmy ją lewicowo-progresywną, obowiązywało
przekonanie, że wszystko, co wychodzi z prawej strony, jest z definicji
złe. A ja odważyłam się powiedzieć: "Nie, to ma sens". Polityka
prorodzinna musi być też polityką ekonomiczną. Bo jak masz rozważać
swoje wybory życiowe, skoro nie starcza ci na czynsz? Jak masz marzyć o karierze, kiedy boisz się, że zabraknie ci na jedzenie dla dziecka?
Zamiast więc bić pianę o emancypacji w wersji luksusowej, wolałam mówić
o piramidzie Maslowa. O tym, że zanim pomyślisz o samorealizacji, musisz
mieć pełną lodówkę i spokój. I wiesz co? Powiedzenie tego głośno w moim
środowisku było jak przyznanie się do zdrady.
Zdrady kogo - idei czy wspólnoty?
Chyba jednego i drugiego. Bo to jest odwaga, która najbardziej boli - ta
wbrew swoim. Naraziłam się feministkom. Już wcześniej zresztą, gdy
mówiłam, że praca domowa to też praca. Że gospodynie domowe nie są
"kurami", tylko kobietami, które wykonują emocjonalny i logistyczny
wysiłek, często większy niż niejeden menedżer w open spacie. To był dla
niektórych szok. Bo jak to, feministka, która broni gospodyń domowych?
Ale ja nigdy nie uważałam, że feminizm ma jeden kolor. Kobieta ma prawo
być, kim chce - nawet jeśli chce być opiekunką, pielęgniarką, tą, która
dba. Choć przyznam, że w głębi duszy widziałabym kobiety na scenie, w polityce, w przestrzeni publicznej. W świetle reflektorów. Ale to już
moje osobiste pragnienie. Odwaga polega też na tym, że czasem mówisz coś
wbrew sobie. Bo ja, mimo całej mojej progresywności, mówię też: Miej
swoje pieniądze, dziewczyno. Bo on prędzej czy później odejdzie - taka
statystyka życia. I wtedy zostaniesz z rachunkami, z dziećmi, z codziennością. A najgorsze, co może się wydarzyć, to konieczność
proszenia o pieniądze na zakupy. To już nie jest odwaga. To upokorzenie.
Zastanawiam się, czy w takim razie feminizm wymaga dziś większej odwagi
czy większej cierpliwości.
Chyba jednego i drugiego. Cierpliwości - żeby po raz tysięczny
tłumaczyć, że nie jesteśmy wielbłądami. I odwagi - żeby w ogóle przyznać
się do słowa "feministka". Bo wciąż żyjemy w świecie, w którym kobieta
mówi: "Nie jestem feministką, ale...". A ja chcę, żeby mówiła: "Tak,
jestem feministką, kropka". To wciąż wymaga odwagi, bo w XXI wieku
mówienie o przemocy wobec kobiet, o nierównościach ekonomicznych, o gender gap wciąż wywołuje zdziwienie. Jakbyśmy właśnie odkryły Amerykę w konserwach. Wydawałoby się, że po tylu latach już nie trzeba tego
tłumaczyć. A jednak wciąż trzeba.
Czyli wciąż jesteś tą, która "psuje zabawę"?
I to jest moja rola, moja tożsamość. Ostatnio głośno mówiłam o mansplainingu - tych wszystkich nieproszonych męskich radach,
komentarzach, pouczeniach. O mężczyznach, którzy wiedzą wszystko o wszystkim, także o mojej pracy, i wiedzą lepiej. To wywołało
kontrowersje. Mówiłam o czymś, co jest oczywiste, co wydawało się już
dawno przerobione, a ludzie reagowali, jakbym właśnie wymyśliła ten
termin. I wtedy zrozumiałam, że odwaga dziś to nie nowy manifest, tylko
powtarzanie tego samego - aż do znudzenia. Bycie tą feministką,
"psuj-zabawą", o której pisała Sara Ahmed. Tą, która wstaje na imprezie
i mówi: "Przepraszam, ale ten dowcip o gwałcie mnie nie bawi". Tą, która
przerywa błogą ciszę, bo przypomina o przemocy, o nierówności, o wykluczeniu. To jest właśnie odwaga: świadomość, że zaraz ktoś beknie,
że zaraz oberwiesz - a mimo to mówisz. Bo ktoś musi.
I zawsze masz tę odwagę i pewność? A może da się jednocześnie być
odważną i wątpić? Czy siła i nieśmiałość mogą mieszkać w tej samej
osobie?
Powiem więcej - można być odważną i przerażoną jednocześnie. Można
drżeć, płakać, kwestionować każde swoje zdanie, a mimo to iść dalej.
Można być introwertyczką, która staje na barykadzie, i płakać potem w łazience z poczucia, że świat jest zbyt brutalny na tę całą odwagę. Bo
odwaga nie polega na tym, że się nie boisz - tylko że się boisz, a i tak
to robisz. Czasem mówię kobietom: Bądź silna, niezależna, rób po
swojemu. Ale dodaję: Pamiętaj, że za to się płaci. I to wcale nie jest
tania waluta. To może być ostracyzm, kpiny, samotność przy świątecznym
stole, chłód w pracy, wykluczenie. Cena za własny głos. Pytanie brzmi
tylko: Czy cię na to stać?
A ciebie było stać? Jaką cenę za to zapłaciłaś?
Cenę obciachu. I to dosłownie. W latach dziewięćdziesiątych byłam
dziewczyną, którą dziś nazwano by cringe'em. Piętnastolatką z zielonymi
dredami do pasa, piętnastoma kolczykami w twarzy i bliznami po ich
wyrywaniu. Robiłam feministyczne performansy, zanim ktokolwiek wiedział,
że tak to się nazywa. I to nie było ani modne, ani cool. To było
śmieszne, żenujące. Byłam obciacharą. I wiesz co? W pewnym sensie nadal
nią jestem. Tylko dziś ten obciach stał się zbroją. Kiedyś za różowe
włosy i tatuaże dostawało się w twarz. Dziś to jest estetyka z Instagrama. Moja mama śmieje się, że warto było poczekać trzydzieści lat
- różowy jest modny. Ale wtedy to była prowokacja. Pamiętam, jak
wracałam z teatru - zawsze tam chodziłam, nawet jak nie miałam
pieniędzy, kombinowałam, żeby wejść - wracałam późno, po dwudziestej
pierwszej, i często po prostu dostawałam wpierdol. Albo mnie opluwano.
Albo ktoś z tyłu rzucił czymś we mnie.
Ale najbardziej pamiętam jedną noc. Miałam siedemnaście lat. Wysiadłam z tramwaju i szłam w stronę bloku. I nagle otoczyło mnie kilku typów.
Dresiarze, tacy pseudonaziole - koniec lat dziewięćdziesiątych. Typowy
polski krajobraz: tanie piwo, przemoc, adrenalina. Zaczęli do mnie
mówić: "Szmato, brudasie, co to, kurwa, jest?". Nie wiedziałam, co
zrobią. Czy mnie pobiją, czy każą zjeść naszywkę, czy po prostu się
pośmieją. Nie zrobili nic. Tylko mnie nastraszyli. Ale strach zostaje w ciele na długo. To było gorsze niż cios. Bo w tamtej chwili zrozumiałam,
że odwaga potrafi się skurczyć do ziarenka ryżu. I że to ziarenko trzeba
potem w sobie ogrzewać, żeby znowu urosło.
Nie pomyślałaś wtedy: "Dość"? Że już nie warto?
Pewnie, że pomyślałam. Ale nie umiem nie mówić. Nie potrafię nie
reagować. Może to głupota, może instynkt. Ale w moim przypadku odwaga
nie jest decyzją, tylko odruchem. To nie jest coś, co się wybiera. To
coś, co się ma - nawet jeśli wcale się tego nie chce. Bo gdybym miała
analizować, wyliczać ryzyko, pewnie dawno bym zamilkła. A jednak wciąż
gadam. I wciąż płaczę. Bo to się nie wyklucza. Odwaga i łzy. Strach i działanie. Przecież właśnie z tego jesteśmy zrobione.
Czyli odwaga to też wierność sobie - nawet wtedy, gdy wszystko wokół
podpowiada, żeby odpuścić, wtopić się w tłum "dla świętego spokoju"?
Chyba tak. Bo pamiętam poranki, kiedy po takich nocach - pełnych płaczu,
strachu, tej resztki adrenaliny - wstawałam, ubierałam się w swoje
ciuchy i nie wyjmowałam kolczyków. Nie czesałam włosów, nie farbowałam
ich na "normalny kolor". Po prostu byłam sobą. Nie wiem dlaczego. Nie
wiem, skąd we mnie ten upór. Może dlatego, że ja zawsze byłam jakoś...
uparta z uśmiechem. Nie taka, wiesz, krzykliwa buntowniczka z transparentem, tylko raczej spokojna dziewczyna, która po prostu nie
umiała udawać. Wobec świata byłam głośna, a wobec bliskich raczej
miękka. Ale to też dlatego, że oni mi na to pozwalali. Nie musiałam się
buntować przeciwko nim, więc całą tę energię mogłam zużyć na bunt wobec
świata. I myślę, że to mnie ukształtowało - to, że nie miałam planu B.
Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym się "zmienić". Do dziś tak
mam, choć to trudne dla bliskich. Bo wiedzą, że jak już coś postanowię,
to koniec. Nie ma odwrotu. Nie robię żadnych teatralnych gestów, po
prostu siedzę cicho i robię swoje. I oni wiedzą, że to koniec dyskusji.
A pamiętasz pierwszy raz, kiedy coś w tobie powiedziało: "Zrobię po
swojemu"?
Miałam dwanaście, może trzynaście lat. To był moment, kiedy w ramach
konkordatu religia została wprowadzona do szkół. Wcześniej chodziło się
na nią do salek przy parafiach - takich starych, pachnących kadzidłem i kurzem pokoi, gdzie śpiewało się piosenki o Jezusie i rysowało gołąbki
na kartkach. Uwielbiałam to. Byłam dziewczynką z Kościoła św. Stanisława
Kostki na Żoliborzu, z tej samej parafii, w której działał ksiądz
Popiełuszko. Występowałam w jasełkach, szłam w procesjach, z kwiatkami,
płatkami, czasem byłam Maryją, czasem Jezusem, czasem po prostu bratkiem
w tle. Spałam z obrazkami świętych pod poduszką, żeby mi się śniły dobre
sny. Naprawdę kochałam Boga. I nagle usłyszałam w radiu, że religia
wejdzie do szkół. I coś się we mnie zapaliło. Jakiś rodzaj niezgody,
którego wcześniej nie znałam. Pomyślałam: To jest niesprawiedliwe. Co z dziećmi, które nie wierzą? Jak mają siedzieć w klasie, gdy ja będę się
modlić do swojego Boga? I jak ja mogę być częścią czegoś, co wyklucza
innych?
I wtedy - mając te dwanaście, trzynaście lat - powiedziałam mojej mamie,
że nie pójdę na religię. Byłam jedyna w całej szkole. W podstawówce nr
65 imienia Władysława Orkana tylko ja jedna nie chodziłam na religię.
Cztery lata siedzenia na korytarzu, podczas gdy reszta klasy śpiewała
Barkę. Za każdym razem, gdy zmieniała się nauczycielka dyżurna,
pytała: "Dlaczego siedzisz pod ścianą?". A ja spokojnie odpowiadałam:
"Bo nie chodzę na religię". I wyciągałam podpisane przez mamę
oświadczenie jak przepustkę do własnego zdania. Nie wiem, skąd się to we
mnie wzięło. Moja rodzina była taka zwyczajna - wierzący
niepraktykujący, święta, pogrzeby, chrzty. Ani ateiści, ani dewoci. Taki
polski środek. Ale ja się wtedy naprawdę oburzyłam. Miałam w sobie ten
rodzaj dziecięcej moralności, który czasem jest czystszy od dorosłej
kalkulacji. To był mój pierwszy bunt, w którym chodziło nie o mnie,
tylko o innych. A potem zaczęło się już całe to dojrzewanie - rock,
grunge, Red Hot Chili Peppers, podszywane ubrania, bunt estetyczny. W ósmej klasie przestałam jeść mięso, zaczęłam być punkiem, chodziłam w glanach, miałam dredy i kolczyki. Początkowo mama zakładała, że to
chwilowe. Ale kiedy zobaczyła, że mi nie przechodzi, że to się raczej
pogłębia, zrozumiała, że nic z tym nie zrobi. Po latach przyznała, że
bardzo szybko wiedziała, iż nie ma na to wpływu. Nie w takim sensie, że
się poddała, tylko że pojęła, że taka po prostu jestem.
Dom rodzinny wzmacniał w tobie odwagę czy raczej próbował przekonać, że
lepiej się nie wychylać z szeregu?
To było dla nich trudne, zwłaszcza dla mamy. Wstydziła się. Mówiła:
"Boże, Sylwia, czy nie możesz choć raz ubrać się jak człowiek, a nie
jak...". A jeszcze dochodził ten kontekst - osiedle, praca, sąsiedzi.
Wszyscy widzieli, że jej córka wygląda inaczej. "A, to matka tej..." -
szeptali. Dla niej to był wstyd, dla mnie - konieczność. Mama pracowała
wtedy w barze, nie chciała, żebym ją odwiedzała, pewnie się mnie trochę
wstydziła. Była barmanką - ciężka robota, dym, hałas, faceci po wódce,
frytownica, smród, tłuszcz, zmęczenie. Wracała do domu wymęczona,
przesiąknięta zapachem papierosów, a ja tam czekałam: córka w zielonych
włosach, z kolczykami, coraz bardziej radykalna. To nie była dobra
mieszanka. Ale mimo wszystko - i za to mam dla niej ogromny szacunek -
nigdy mnie nie złamała. Nie zabroniła. Wymyślała, złościła się, ale
wiedziała, że to by nic nie dało. I to był rodzaj jej mądrej odwagi.
A pamiętasz swoją pierwszą demonstrację?
Sama ją nawet zorganizowałam. Pierwsza liceum, miałam piętnaście lat.
Cyrk przy Placu Zawiszy - protest przeciwko wykorzystywaniu zwierząt.
Pikieta, nielegalna oczywiście. Zebrałyśmy z koleżanką ze czterdzieści
osób, głównie znajomych z punkowej ekipy. Transparenty robione
flamastrami, hasła pisane na prześcieradłach, trochę chaosu, ale mnóstwo
energii. Stałyśmy z transparentami jak z tarczami. Nie wiedziałyśmy, co
robimy, ale czułyśmy, że to coś ważnego. To był mój pierwszy raz, kiedy
byłam odpowiedzialna za własny głos. Nie poszłam za kimś, tylko sama
zrobiłam krok do przodu. Do dziś mam w sobie tamtą piętnastolatkę, co
robi nielegalną pikietę pod cyrkiem, bo wierzy, że świat można choć
trochę naprawić. Potem były kolejne - jak choćby antyszczyt
alterglobalistów w Pradze. Miałam siedemnaście lat, kiedy pojechałam
pociągiem z rowerem przez pół Europy, bo wydawało mi się, że z nim
będzie mi łatwiej. Z plecakiem, z transparentami. Wzięłam udział w wieszaniu banerów na moście. Zarekwirowali rower jako dowód rzeczowy.
Nigdy go nie odzyskałam. Do dziś pamiętam ten absurd - ja wolna, a on za
kratkami. I tę mieszaninę ulgi i żalu. Ulgi, że mnie nie zamknęli, i żalu, że straciłam coś, co było wtedy moim całym majątkiem.
Virginia Woolf napisała, że kobieta potrzebuje własnego pokoju i pieniędzy, by mówić własnym głosem. Ty miałaś coś przeciwnego - hałas,
brak pieniędzy i wieczny ruch. Jak zabrzmiał twój pierwszy własny głos?
Myślę, że po raz pierwszy usłyszałam siebie, kiedy napisałam pierwsze
wiersze. Miałam piętnaście lat i poszłam z nimi na spotkanie Klubu Ludzi
Artystycznie Niewyżytych, KLAN, prowadzonego przez Danutę Wawiłow. To
była dla mnie, dziewczyny z Żoliborza z zeszytem w kratkę, bogini słowa.
Miała wtedy w "Filipince" rubrykę "Cześć, poeci i poetki". Można było
wysyłać teksty, ale ja nie miałam odwagi, więc poszłam do niej
osobiście. Z rękami drżącymi od stresu, z wierszami w plecaku. I to był
pierwszy raz, kiedy poczułam, że odwaga to nie tylko krzyk, ale też
obnażenie. Bo poezja jest rozbieraniem się do kości. Nie na scenie,
tylko w środku. Wiersze były oczywiście licealne - dużo patosu, trochę
buntu, trochę smutku, sporo Jezusa w glanach. Taki bunt z elementami
metafizyki. Wtedy już byłam niewierząca, ale ten Jezus był ze mną - taki
chłopak z podwórka, który nie osądza, tylko słucha. I może dlatego ten
obraz został we mnie na długo: Jezus w glanach, idący obok mnie, po
kostki w błocie, milczący, ale obecny. Po latach, kiedy zaczęłam znowu
pisać poezję, zajrzałam do tamtych zeszytów. I choć nie dało się już
tych tekstów uratować, zobaczyłam w nich coś ważnego: pierwszy ton
własnego głosu. Nie ułożony, nie pewny siebie, ale prawdziwy. Bo
pierwszy głos nigdy nie jest doskonały - jest drżący, niewyspany,
niepewny. Jeśli się jednak ujawni, nigdy nie pojawi się drugi.
Czujesz, że dziś odwaga ma inny wymiar - że nie polega już na krzyku,
tylko na tym, żeby spokojnie powiedzieć: "Jest mi źle"?
To jest dokładnie ten moment. Kiedyś odwaga była dla mnie krzykliwa,
manifestacyjna, teatralna - dziś polega na szczerości. Ostatnio ktoś w podcaście zapytał mnie, jak ja się mam z upływem czasu. Z tym, że jestem
po czterdziestce, że zaczyna się ten cały "menopauzowy czas", o którym
dopiero teraz - wreszcie - zaczynamy mówić. I ludzie byli zdziwieni, gdy
odpowiedziałam, że mam się z tym beznadziejnie. Bo przecież obowiązuje
nas narracja: "Kochaj swoje ciało, starzenie się jest piękne, każda
zmarszczka to historia". A ja tego nie czuję. Mój metabolizm oszalał,
ciało robi, co chce, włosy siwieją, skóra się marszczy, a ja nie mam na
to wpływu. Starzeję się bez godności. I nie udaję, że mnie to cieszy.
Nie chcę kłamać, że mam z tego frajdę. Nie mam. I nie widzę powodu, by
udawać, że upływ czasu to nagle powód do radości. W kulturze, w której
wygląd jest walutą, starzenie się nie jest zabawne.
Oczywiście rozumiem ideę body positive, ale bliżej mi do body neutral,
czyli: tak, coś mi wisi, coś się marszczy, coś nie wraca do formy, ale
napisałam świetną książkę. I to jest ważniejsze. Odwaga to powiedzieć:
"Nie jest mi dobrze w moim ciele" - i mieć gdzieś, że to
niefeministyczne. Ktoś mi powiedział: "Nie możesz tak mówić, to psuje
narrację". A ja na to: Pierdol się z narracją. Nie będę robiła
propagandy sukcesu, że starzenie się to jest luksus, bo nie jest. Ale
mogę powiedzieć, że jeśli ceną za te zmarszczki, cellulit i obwisły
biust ma być spokój wobec ludzi, którzy mnie nie obchodzą, to zapłacę ją
z przyjemnością. Bo to właśnie jest mój nowy luksus. Z wiekiem
przychodzi coś niezwykłego - taki automatyczny filtr. Już nie chcesz
podtrzymywać kontaktów, które cię męczą. Już nie potrafisz się
uśmiechać, kiedy ktoś cię rani. Już nie masz w sobie tej energii do
udawania. W młodości jeszcze się próbowało, grzecznie kiwało głową, dla
świętego spokoju. Teraz wiem, że za ten spokój płaci się sobą. I nie
chcę już tego robić. Czasem tą ceną jest samotność. Wiele moich
cudownych, mądrych, błyskotliwych przyjaciółek żyje samotnie. Nie
dlatego, że nikt ich nie chce, tylko dlatego, że one już nie chcą nikogo
za wszelką cenę. I to jest ta prawdziwa odwaga - być samej, ale na
własnych warunkach. W znaczniej mierze pomogła mi terapia.
Po co poszłaś na terapię?
Najpierw z powodu depresji. To coś, co wraca falami. Czasem jest lepiej,
czasem gorzej, ale towarzyszy mi od lat. Miałam epizody, kiedy potrzebne
były leki. I nie mam z tym problemu. Bo depresja to nie fanaberia. To
choroba. I wiem, że mam szczęście, że uratowało mnie poczucie humoru. W najgorszej dupie potrafię zobaczyć ładne liście. To brzmi banalnie, ale
tak jest. Dziś rano popłakałam się, ale zanim to się stało, pomyślałam:
"Ale słońce, ale październik! Jeszcze są kolorowe liście!". I to jest ta
cienka linia, na której się utrzymuję. Nie chcę jednak mówić, że
"depresję leczą liście". Brałam leki, wiem, co to znaczy dno. Osoby
wrażliwe, empatyczne nie są w stanie żyć w normalnym tempie tego świata.
Wokół nas tyle zła, nienawiści, ludobójstwa, śmierci - a my mamy jakoś
funkcjonować. Bywałam w miejscach naprawdę ciemnych. Może dlatego nie
potrafię dziś udawać, że wszystko jest super. Że "kobiety mają moc",
"trzeba wierzyć w siebie". Mam depresję i bywa chujowo. Ale właśnie
dlatego piszę, dlatego działam - nie chcę, żeby to "chujowo" stało się
normą. Nie chcę, żeby ludzie się poddawali.
Przyznać się do depresji to odwaga, ale otwarcie powiedzieć: "Jestem
osobą nieheteronormatywną" to Mount Everest!
I to w jakim momencie! Bo coming out zrobiłam wtedy, gdy rządził PiS.
Wiedziałam, że to może być odczytane jako prowokacja, ale nie
wyobrażałam sobie milczenia. Bo dla mnie niemówienie prawdy jest gorsze
niż ryzyko hejtu. Ratują mnie przyjaciele, zwłaszcza przyjaciółki i mój
ukochany gej-gang. Jak tylko znów wpadnę w błoto, wyciągają mnie za
włosy, otrzepują i każą iść dalej. Każde z nich wie, kiedy zapukać z zupą, a kiedy dać mi się wypłakać. Kiedy powiedzieć: "Dobra, ogarnij
się, umyj włosy, idziemy na wernisaż". I to jest najpiękniejsze - to
wspólne wyciąganie się z dołów. Bo samotnie się nie da. To był czas
ciężki jak beton, gęsty od nienawiści. I dopiero później, po zmianie
władzy, wiele osób zrozumiało, jak głęboko byliśmy zanurzeni w tym
bagienku. Włącza się tryb przetrwania - nie analizujesz, tylko żyjesz. A gdy to się kończy, czujesz coś, co nie jest szczęściem, raczej rodzajem
oddechu po długim duszeniu się.
Twój coming out nie był więc aktem wyznania, tylko sprzeciwu.
Tak. I od razu powiem: tak naprawdę nigdy nie siedziałam w szafie. Nigdy
nie udawałam kogoś innego. Zawsze byłam sobą - czy w relacji hetero, czy
niehetero. Ale też nigdy się z tym nie afiszowałam. Nie mówiłam o życiu
prywatnym w wywiadach, nie wrzucałam zdjęć z partnerami do sieci. To
była moja strefa ciszy. A potem pojawił się post na Facebooku - o kolejnej demonstracji w obronie osób LGBT. Napisałam "my". Nie "oni",
nie "sojusznicy", tylko właśnie "my". Ktoś to zauważył. To była redakcja
"Repliki". Napisali: "Sylwia, czy dobrze rozumiemy, że ty jesteś jedną z nas?". I wtedy pomyślałam: Tak, przecież to oczywiste. Nie trzeba już
niczego owijać w bawełnę. Redakcja zaproponowała wywiad. Zgodziłam się
od razu. Uważałam, że to mój obowiązek. Że jeśli ktoś ma mówić głośno w imieniu tych, którzy się boją, to może ja powinnam. Wiedziałam, że żyję
w kraju, w którym dzieci nieheteronormatywne są wyzywane, wyrzucane z domów, czują się nienawidzone. I że my, dorośli, zawalamy sprawę. Bo
naszym obowiązkiem - jako rodziców, nauczycieli, obywateli - jest je
chronić. Nie mam dziecka nieheteronormatywnego, ale mam w sobie poczucie
zbiorowej odpowiedzialności. Więc ten coming out zrobiłam nie po to, by
powiedzieć: "Oto ja", tylko raczej: "Odpieprzcie się od naszych dzieci".
Bo serce pęka, kiedy widzisz, że władza mówi im w twarz, że są
ideologią.
I zapłaciłaś za to wysoką cenę!
Oczywiście. Wiedziałam, że to się odbije echem, ale nie sądziłam, że aż
takim. Nagle wszędzie: od Pudelka po "Wyborczą", od telewizji po portale
plotkarskie. Przez tydzień nie było dnia bez mojego nazwiska.
Analizowano moją orientację, związki, wygląd - wszystko. Ale to też
część odwagi. Jak już powiesz A, to nie możesz się dziwić, że ludzie
chcą dopisać B. Tyle że ja w tym całym medialnym zgiełku widziałam coś
innego: jak bardzo ten kraj potrzebuje normalności. Takiej, w której
coming out nie jest newsem, tylko faktem z życia człowieka.
Co się dzieje po takim coming oucie, gdy już kurz opadnie? Cisza?
Eksplozja? Złośliwość?
To był głównie zalew dobra. Słyszałam różne rzeczy, wiadomo, internet
swoje, ale przede wszystkim dostałam tyle wsparcia, że czułam się jak na
najlepszych urodzinach w życiu. Ludzie pisali, przysyłali prezenty,
listy, kwiaty. Dostałam tysiące wiadomości - od rodziców dzieci
nieheteronormatywnych, od młodzieży, od osób, które mówiły: "Dzięki
tobie powiedziałam mamie". Nie byłam w stanie tego wszystkiego nawet
"poserduszkować". To było coś niesamowitego - jakby wokół mnie utworzył
się pierścień światła. I nawet jeśli ktoś próbował się wysrywać w sieci,
to do tego pierścienia po prostu nie miał dostępu. Kiedy robisz coś w prawdzie, ta energia naprawdę cię chroni. Brzmi to jak coaching? Może.
Ale tak właśnie to odbierałam - jako kokon miłości.
A co było trudniejsze - przyznać się przed całą Polską czy powiedzieć w domu, wyznać to swemu dziecku, matce...?
Oczywiście, że w domu. Wiesz, można mieć grubą skórę wobec świata, ale
przy dziecku to zupełnie inna walka. Rozmowę z synem przeprowadziłam
mniej więcej rok przed oficjalnym coming outem. Miał wtedy szesnaście
lat. I jak to on, zareagował bardzo dojrzale - czyli był na mnie
wkurzony. (śmiech) Powiedział: "Mamo, dlaczego mówisz mi o tym dopiero
teraz? To brak zaufania". I miał rację. On mnie często upomina, bo ma tę
swoją psychologiczną głowę - studiuje psychologię, więc nie ma lekko, ja
zresztą też nie. (śmiech) Ale porozmawialiśmy, wyjaśniłam, że to nie
był brak zaufania, tylko zwyczajny ludzki lęk. Nigdy nie ma dobrego
czasu na trudne rozmowy. Ale są takie momenty, kiedy już wiesz, że
trzeba.
A mama? Babcia? Starsze pokolenie często jest tą ostatnią granicą
odwagi.
O tak, klasyk: "Tylko babci nie mów!". Też to usłyszałam. Wiadomo. Mama
już wiedziała, syn wiedział, ale babcia? A babcia - jak to babcia - już
dawno wszystko wiedziała. Powiedziała tylko: "Dziecko, przecież
widziałam, że razem mieszkacie. Myślisz, że ja nie widzę?". I to jest
właśnie najpiękniejsze - że często boimy się tych rozmów, a ludzie,
którzy nas naprawdę kochają, wiedzą wszystko wcześniej. Po prostu
czekają, aż my też będziemy gotowe.
Czyli prawda w rodzinie także potrzebuje swojego rytmu.
Tak. Każda rodzina ma swój kod milczenia i swoje rytuały omijania
tematu. Wiele osób żyje w relacjach, w których nigdy nie padło żadne
"tak" ani "nie". Są razem dwadzieścia lat, przychodzą na Wigilię, a ten
temat po prostu nie istnieje. Wszyscy wiedzą, ale nikt nie mówi. Ja wolę
inaczej. Wolę nazwać rzeczy po imieniu, żeby to "zło nie stało w pokoju". Bo jak już to się powie, nagle robi się przestrzeń. Można
oddychać.
Zastanawiam się jednak i próbuję sobie wyobrazić, jak wygląda ten trudny
moment prawdy między matką a synem. Nie ten symboliczny, tylko ten
zwyczajny - kuchenny, z parującym czajnikiem w tle.
Tak właśnie było. Bez patosu. Po prostu przydybałam go w kuchni.
(śmiech) Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię teraz, to nie zrobię
nigdy. Powiedziałam mu: "Jestem z kimś". Powiedziałam imię. Usiadł.
Zamilkł. I po chwili, z tą swoją młodzieńczą surowością, rzucił: "I teraz mi to mówisz?". A potem dodał: "Dobra. To nasza sprawa. Jak coś,
idziemy razem". Zrobiło mi się wtedy tak ciepło, że chyba pierwszy raz
pomyślałam, że to ja mogę się czegoś nauczyć od własnego dziecka.
To ciekawe odwrócenie - matka, która wychowuje syna, i syn, który chroni
matkę. Może odwaga z wiekiem zmienia kierunek?
Może tak. On był wtedy jak tarcza. Nie taka z mitologii, tylko z codzienności. Dorosły już, ale jeszcze bardzo bliski, bardzo mój. Wszedł
w tę rozmowę z mądrością, której ja dopiero się uczyłam - bez lęku, bez
nadmiaru słów, bez tłumaczeń. Po prostu: "Okej, mamo. Wiem. Idziemy
dalej".
Myślisz, że młodsze pokolenie ma inną definicję odwagi - że dla nich to
już nie jest walka, tylko normalność?
Zdecydowanie. Dla nich wszystko, co dla nas było przełomem, jest tłem.
Coming out, orientacja, tożsamość - żaden manifest, żadna rewolucja.
Gdybyś dziś zaczęła do nich mówić w stylu: "Synu, muszę ci coś
powiedzieć", to usłyszałabyś: "Mamo, błagam, nie zaczynaj jak w filmie".
(śmiech) To pokolenie wychowane w języku, który już nie potrzebuje
deklaracji. Ich bunt polega na tym, że nie muszą niczego ogłaszać. Ale
wiedzą też, że świat wciąż bywa okrutny. Więc ta odwaga istnieje - tylko
inaczej. Cichsza, mniej heroiczna, ale mądrzejsza.
Twoja odwaga stała się też jego doświadczeniem. Nie boisz się, że dzieci
płacą wysoką cenę za prawdę rodziców?
Boję się, jasne. Bo on musiał czytać rzeczy, których żadne dziecko nie
powinno czytać o swojej matce. Ale zrobiłam to również dla niego - dla
jego pokolenia. Dla świata, w którym on będzie żył dłużej niż ja. Nie
chciałam, żeby bał się miłości, żeby myślał, że trzeba się ukrywać.
Jeśli mam być dla niego przestrogą lub przykładem, to niech to będzie
przykład odwagi, a nie wstydu.
Twój dom od początku był inny. Czy to była rewolucja, czy po prostu
konsekwencja tego, kim jesteś?
Konsekwencja. U nas w domu nie było mięsa, nie było religii, nie było
pośpiechu w mówieniu o rzeczach, które nie potrzebowały etykiety.
Mówiłam: "Nie jemy mięsa, ale jak chcesz spróbować - proszę bardzo". Był
pod opieką doktora Klemarczyka z Instytutu Matki i Dziecka, kultowego
lekarza od wegetariańskich dzieci. Regularne badania, opieka, zdrowie. I tak, był zdrowszy niż większość dzieciaków z kotletem na talerzu.
(śmiech) Więc gdy ktoś mówił, że "dziecko bez schabowego nie urośnie",
miałam ochotę wysłać mu wyniki morfologii.
Charles Péguy napisał, że nie ma odwagi bez lęku. Czy ty też czujesz, że
twoja odwaga rodzi się właśnie z niego?
Zawsze się boję, zanim zrobię coś odważnego. Ale potem mam w sobie
takie: "O kurna, jak nie teraz, to się uduszę". To nie jest brawura.
To raczej moment, w którym ciało samo decyduje: "Zrób to, bo inaczej
zwariujesz". Pamiętam, że w liceum nie poszłam na studniówkę. Wszyscy
szli, ja jedna nie. Moja mama nie miała wtedy pieniędzy, żeby kupić mi
sukienkę, a ja pomyślałam: "Dobra, w dupie to mam, nie chcę iść". I kiedy po weekendzie nauczyciel historii powiedział, że wszystkie
dziewczyny dostaną piątkę za to, że ładnie wyglądały, poczułam, że coś
we mnie pęka. Wstałam i powiedziałam mu, że to jest obrzydliwie
seksistowskie. A on, z tą męską, protekcjonalną manierą, odpowiedział:
"Ależ wyglądałyście jak piękne kwiaty". Wstałam, powiedziałam, że to
żenujące, i wyszłam. A potem wzięłam marker i napisałam na drzwiach
wielkimi literami: "SEKSISTA". Oczywiście wylądowałam u dyrektorki,
musiałam to zmywać. Ale on nie postawił tych piątek.
Nie boisz się konsekwencji?
Boję. Ale jeszcze bardziej boję się życia, w którym nikt nic nie mówi.
Odwaga nie jest wtedy, gdy się nie boisz. Odwaga jest wtedy, gdy drżą ci
ręce, a mimo to mówisz: "Nie zgadzam się". Tak samo było na próbnej
maturze z polskiego. Temat: "Dlaczego anarchizm jest zły". Już samo
pytanie mnie wkurzyło, bo zakładało jedyną słuszną odpowiedź. A ja
miałam wtedy w sobie tyle buntu, że nawet gdybym chciała, nie
potrafiłabym napisać czegoś wbrew sobie. Więc oddałam kartkę po pięciu
minutach. Napisałam tylko, że nie będę pisała na tendencyjny temat, a żeby nie wyglądało, że się obraziłam, wypisałam dziesięć przykładów z literatury, w których anarchizm jest czymś pozytywnym. Taka moja
minibibliografia sprzeciwu. Nie chcieli mnie wypuścić z sali. Nauczyciel
powiedział, że nie mogę wyjść, dopóki nie napiszę pracy. A ja miałam już
to w sobie: "Nie napiszę, bo to głupie". Wiedziałam, że dostanę jedynkę,
ale też wiedziałam, że nie mogę inaczej. I wiesz co? Dostałam jedynkę,
ale potem piątkę z matury właściwej - bo komisja uznała, że "człowiek
się wyrażał właściwie". Moja polonistka porównała mnie do Witkacego.
Edward Stachura napisał, że odwaga jest formą inteligencji. Ty
potwierdzasz to każdą swoją książką. U ciebie kobiety są jednocześnie
bezczelne i kruche. Co dziś trudniej: przyznać się do siły czy do
słabości?
Paradoksalnie do słabości. Jeszcze niedawno feminizm był właśnie o tym,
żebyśmy się nauczyły być silne. A teraz siła stała się modą, trendem,
hasłem marketingowym. Silna, niezależna, nieustraszona. Super, sama
piszę dla dziewczynek książki o buntowniczkach, które zmieniają świat.
Ale z drugiej strony coraz bardziej widzę, że pokazanie miękkiego
podbrzusza, przyznanie się do słabości, jest dziś najbardziej ryzykownym
gestem. W świecie, w którym każda z nas ma konto na Instagramie, gdzie
życie jest wiecznym pasmem sukcesów, odwaga to powiedzieć: "Nie
ogarniam". To napisać: "Choruję na depresję" albo "Nie rozumiem tego
świata". I to właśnie te wpisy - najbardziej z flaków - poruszają ludzi.
Bo wszyscy mamy dosyć tej estetyki perfekcji, ciągłego "blichtru", tego
wiecznego autopoprawiania. Kiedy wychodzisz do ludzi - jako pisarka,
dziennikarka, artystka - zawsze się trochę autokorygujesz. Zakładasz
maskę, garsonkę, uśmiech. To normalne. Ale największa odwaga to
pozwolić, żeby przez tę maskę coś jednak pękło. Pokazać się nie tylko w świetle reflektorów, ale i w cieniu. To dużo trudniejsze niż powiedzieć
światu: "Jestem super, pierdolcie się".
A zdarza ci się jednak coś przemilczeć? Co wtedy?
To jest najgorsze. Wtedy zaczyna się kiszenie. Noszę to w sobie
tygodniami - tę scenę, to zdanie, które mogłam powiedzieć. Mam do siebie
pretensję, że znowu byłam grzeczna. Że znowu wybrałam bycie miłą zamiast
prawdziwą. I wtedy obiecuję sobie, że już nigdy więcej, że następnym
razem zawalczę. I oczywiście wiem, że pójdę z tym do mojej terapeutki. I że ona znów powie: "To nie tchórzostwo, to instynkt przetrwania". Ale ja
i tak wiem, że zawiodłam samą siebie. Nie zawalczyłam o siebie.
Z czego się bierze ta niezdolność, żeby zawalczyć o siebie?
Ze strachu. Ale nie tego przed samotnością, tylko przed prawdą. Strachu,
że coś się skończyło. Że się pomyliłaś. Że ta wielka wizja miłości i życia, którą sobie wymyśliłaś, była iluzją. I co wtedy? Musiałabyś
spojrzeć w lustro i przyznać: "Nie wyszło". A przecież kobiety nie mają
do tego prawa - mamy być silne, empatyczne i wdzięczne. Więc zamiast się
rozpaść, trwamy. A moim zdaniem największą odwagą jest bycie sobą w świecie, który woli, żebyś się tłumaczyła. Życie jest za krótkie, żeby
przejść przez nie według czyjegoś scenariusza. Kiedy niedawno w wypadku
zginęła Kasia Stoparczyk, młoda kobieta, pomyślałam: "Przecież to mogłam
być ja". Bo wszystkie tak żyjemy. Spieszymy się, nie dosypiamy, wsiadamy
do pociągów, samolotów, nagrywamy coś po drodze, jeszcze odbieramy
telefon i już jesteśmy spóźnione na drugie spotkanie. I nagle - nic.
Cisza. To jest taki moment, że świat ci się zatrzymuje, ale tylko tobie.
Bo wszyscy wokół dalej biegną, scrollują, śmieją się, planują. A ty masz
nagle tę jedną myśl: Ile ja właściwie mam jeszcze czasu? Czy to dopiero
połowa życia, czy już ta druga połowa? Czasem budzę się o trzeciej nad
ranem i myślę: Czy ja naprawdę żyję tak, jak chciałam? I zaczynam się
bać.
Śmierci?
Nie, śmierci się nie boję. Boję się tego, że coraz mniej mogę. Boję się
utraty sprawczości. Można wygładzić zmarszczki, kupić serum i zrobić
detoks, ale nie da się oszukać biologii. A to boli. Boję się zależności.
Tego, że ktoś będzie musiał mi podawać herbatę, że nie będę mogła sama
się umyć, że będę ciężarem. To jest dla mnie absolutny koszmar. Moja
babcia ma osiemdziesiąt pięć lat, druga dziewięćdziesiąt. Obie są bardzo
niezależne i widzę, jak każda z nich wpada w panikę, kiedy coś się
dzieje ze zdrowiem. Bo to znaczy, że ktoś będzie musiał im pomagać. I ja
to mam po nich. Dla mnie śmierć nie jest straszna, ale bycie zdanym na
innych - tak. To jest taka mała śmierć za życia. Możesz się trzymać
młodości, ile chcesz - farbować włosy, chodzić na pilates, jeździć na
rowerze, być "młoda duchem" - ale to wszystko jest tylko dekoracją. Czas
i tak zrobi swoje.
Po co w ogóle jest odwaga?
Żeby przeżyć siebie. Nie tylko biograficznie, ale naprawdę - przeżyć w środku. Bo jak żyjesz na cudzych zasadach, to nie żyjesz wcale.
A jakiej odwagi chciałabyś dla swojego dziecka?
Odwagi bycia szczęśliwym. Bo to jest najtrudniejsze. Bo szczęście wymaga
decyzji, wymaga granic, wymaga powiedzenia "nie" oczekiwaniom rodziców,
ludzi, świata. Każdy z nas wie, co lubi, co go złości, co go cieszy -
ale mało kto ma odwagę naprawdę za tym pójść. Więc chciałabym, żeby moje
dziecko miało w sobie tę prostą, ale rewolucyjną odwagę: być sobą i dobrze się z tym czuć.
SYLWIA CHUTNIK
Pisarka, feministka, kulturoznawczyni, przewodniczka po mieście i ludzkich emocjach. Zanim stała się symbolem miejskiego feminizmu, była
po prostu dziewczyną z podwórka z wielką wyobraźnią. W Warszawie
widziana najczęściej z książką, megafonem albo walizką. Autorka powieści
(Kieszonkowy atlas kobiet, Dzidzia, Cwaniary), dramatów, felietonów i wierszy, w których codzienność kobiet zamienia w literaturę - ostrą,
czułą i absurdalnie prawdziwą. Laureatka Paszportu "Polityki",
działaczka społeczna, wykładowczyni, współtwórczyni Fundacji MaMa. Jej
teksty pachną kurzem z warszawskich klatek schodowych, kawą z termosu i gniewem, który przestał się tłumaczyć. Nie lubi, gdy nazywa się ją
odważną - mówi, że po prostu nie umie być cicho.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki