Rozdział 1
Sara
Należałam do tych nieszczęśników, którzy mieli wątpliwą przyjemność, by przyjść na świat w grudniu. Zawsze wydawało się, że jestem tak jakby o rok młodsza od rówieśników. Ci z pierwszej połowy roku mogli szybciej legalnie pić alkohol. Wyglądałam dość niewinnie, dlatego o imprezach w klubie nie było mowy, dopóki z dowodu jasno nie wynikało, że mam te osiemnaście lat. Wciąż tyle miałam, a dzisiaj rozpoczynałam pierwszy dzień studiów.
Jakaż ja byłam podekscytowana i pełna optymizmu. Czekał mnie nowy start.
Okres liceum wspominałam różnie...
Wchodziłam w skład tej przebojowej paczki, do której wszyscy pragnęli dołączyć. Miałam natomiast nieodparte wrażenie, że byłam w niej, bo potrzebowali kogoś, z kogo mogli stroić sobie żarty. Tak, często byłam obiektem kpin. Nie brałam ich do siebie za bardzo. Uznawałam to za naturalne - że wzloty przeplatają się z upadkami. Zawsze się jednak podnosiłam i stawałam silniejsza, ale nie lubiłam tego. Zabijało to jakąś prawdziwą, unikatową część mnie. Czułam, jakby nie pozwalano mi na bycie sobą. Właśnie dlatego teraz nie wiedziałam, jaką przybrać formę. Studia stanowiły dla mnie możliwość naprawienia błędów, mogłam zostać kimś innym. Tylko czy chciałam udawać kogoś innego?
Moja najlepsza przyjaciółka zabroniła mi kiedykolwiek się zmieniać, lecz nawet nie zauważała, że jestem traktowana inaczej niż pozostali. Zaliczała się do ludzi, którzy są ponad głupotę. Miała swój sportowy świat, sprecyzowane cele, idealnego chłopaka. Wciąż powtarzałam Karoli, jak bardzo jej tego zazdroszczę. Ja nie skradłam nikomu serca i nie znalazłam w sobie ukrytych talentów. Moje plany na przyszłość były przyziemne, a ich najważniejszy punkt stanowiła miłość jak z bajki.
Zdaje się, że nie istniała w szkole osoba, która nie nazwała mnie naiwną. Sama też tak uważałam, ale lubiłam to w sobie i nie widziałam powodu, żeby się tego czepiać. Zresztą każdy człowiek składa się zarówno z dobrych, jak i złych cech. Moi rówieśnicy powinni zainteresować się sobą. Ja nie robiłam nikomu krzywdy, tego byłam pewna. Wręcz wyróżniała mnie uprzejmość tak duża, że stałam się idealną ofiarą. Pozwalałam innym, by budowali na mnie swoje ego. Trwało to długo - do czasu, aż przegięli. Zrobili coś paskudnego, niewybaczalnego, co przekroczyło wszelkie granice dobrego smaku. To nie było zabawne, lecz chore. Ale mnie nie zabiło. Zniechęciło do chodzenia do szkoły, owszem. Załamało? Trochę tak. Zwątpiłam w ludzi, wycofałam się. Nie straciłam jednak swojej naiwności...
Teraz czułam się już bardzo dobrze. Postanowiłam wymazać z pamięci czas liceum. Z całego mojego rocznika nie było ani jednej osoby, która wybrała tę samą uczelnię co ja. Miałam czystą kartę. Nikt mnie nie znał, nie było komu rozpowiadać historii z mojego życia.
Mogłam sprawić, by ktoś polubił mnie tak naprawdę...
Gdy otworzyłam drzwi sali, w której zgodnie z wydrukowanym planem miałam pierwsze zajęcia na uczelni i którą wreszcie udało mi się znaleźć, doszłam do dwóch wniosków. Po pierwsze, pozostawałam naiwna, myśląc, że mogę sprawić, by ktoś mnie polubił. Drugim wnioskiem było to, że mnie może... nie da się lubić. Mocno zaskoczyło mnie to spostrzeżenie. Dotychczas myślałam, że to z innymi jest coś nie tak.
Fakty mówiły jednak same za siebie.
Stałam jak ciołek przed ponad dwudziestoosobową grupą. Ludzie gapili się na mnie, nie kryjąc rozbawienia. Słyszałam te wszystkie szepty. Sama bym się z siebie śmiała, gdybym siedziała z nimi w ławkach. Zamiast tego wciąż ignorowałam pytania prelegenta, który usiłował się dowiedzieć, czemu się nie ruszam. No co powiedzieć? Że mnie zmroziło ze wstydu? Że nie miałam pojęcia, że pierwszy dzień na uczelni to nie to samo co początek roku szkolnego? Skąd ci wszyscy ludzie wiedzieli o tym, żeby włożyć adidasy, bojówki czy zwykły T-shirt? Ja miałam na sobie śnieżnobiałą koszulę, granatową ołówkową spódnicę za kolano i szpilki. Włosy układałam godzinę. Dobrze, że oszczędziłam na makijażu, choć może lepiej byłoby, gdyby moje purpurowe policzki przykrywał teraz puder.
- Halo? Źle się pani czuje?
Zobaczyłam przed oczami dłoń. Należała do wykładowcy. Przełknęłam ślinę, zastanawiając się, ile czasu upłynęło od chwili, kiedy spóźniona wparowałam do sali, zamiast zerknąć najpierw przez szparę.
- Zadzwonić po pogotowie? - Facet potrząsnął delikatnie moim ramieniem.
- O Boże, nie! - ocknęłam się. - Ja... To... - Zaczęłam się jąkać, nie mając pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji. - Pójdę już. - Podjęłam jedyną sensowną decyzję i błyskawicznie uciekłam na korytarz. Niewiele później wsiadłam do auta i mimo że chciałam zapaść się pod ziemię albo chociaż zmienić uczelnię, żałowałam, że jednak nie zostałam, żeby zmierzyć się z sytuacją.
No trudno. Czasu nie cofnę.
Pojechałam do domu, gdzie zastałam mamę. Rozbierając się pospiesznie, opowiadałam, co się stało. Widziałam, że było jej mnie żal. Nie pierwszy raz, dlatego usłyszałam radę, bym się nie dała.
Ogólnie fantastyczny pomysł. Taki prosty i praktyczny...
Wróciłam na kampus przed trzecimi zajęciami. Nadzieje, że w zwykłym stroju nikt mnie nie rozpozna, zostały pogrzebane błyskawicznie. Zapoznałam się ze wszystkimi z grupy i pogodziłam z losem. Po tygodniu usłyszałam więcej żartów pod moim adresem niż w ciągu całego liceum. Rówieśnicy nabijali się ze mnie, że zgubiłam drogę i całkiem przypadkiem znalazłam się w najmniej odpowiednim miejscu. Na kampusie Wyższej Szkoły Kryminologii i Kryminalistyki. Zasadniczo się z nimi zgadzałam, jednak nie wiedzieli, że nie miałam wyjścia.
- Sarenko, lepiej wracaj do lasu, bo twój jelonek na pewno się martwi! - krzyknął Arczi i trafił mnie piłką w czoło. Padłam jak kręgiel...
Podczas zajęć wychowania fizycznego graliśmy w piłkę ręczną. To znaczy oni grali, ja starałam się unikać piłki, której prędkość mnie przerażała.
- Jezu, ty nie przetrwasz w tym świecie! - Paula pokiwała głową ze śmiechem i podała mi rękę. - Mogłaś zapisać się na ping-ponga albo szachy.
- Chciałam, ale nigdzie nie było już miejsc - przypomniałam. I z tego też wszyscy się śmiali. Nie miałam świadomości, że gdy ruszyły zapisy w uczelnianym systemie USOS, trzeba było się rzucać, a nie zalogować dopiero wieczorem. Z całej palety aktywności została mi piłka ręczna oraz nordic walking. Musiałam wybrać dwa, tak że stało się samo.
- Sorry, Sarenko. Nie chciałem - przeprosił mnie Arczi.
Wydawał się w porządku, mimo że nabijał się ze mnie trochę bardziej niż reszta. Wciąż jednak w ten znośny sposób, którego nie brałam do siebie. Prawda była taka, że i mnie to bawiło. Nie czułam się skrzywdzona.
Dość rzadko było mi przykro, a już na pewno nie z powodu przezwiska. Miałam na imię Sara, dlatego ta sarenka nie pojawiła się z przypadku. Dodatkowo moje nogi przypominały trochę sarnie. O tym też z reguły nie myślałam. Żyłam z wadą całe życie, zdążyłam się przyzwyczaić, że pozostanie to ze mną na zawsze. Innym mogłam co najwyżej radzić, by zrobili to samo, ale nie widziałam sensu. Dziwnym trafem im jakoś trudniej przychodziło zaakceptować moje krzywe nogi.
- Wszystko w porządku? Możemy grać dalej? - krzyknął trener.
Udało mi się dotrwać do końca zajęć w jednym kawałku. Całą grupą ruszyliśmy do szatni. Uśmiechałam się, słuchając, jak się o mnie licytują. Każdy proponował, co da pozostałym, jeśli za tydzień nie będzie musiał mieć mnie w drużynie. Najlepszy okazał się oczywiście najgłośniejszy ze wszystkich Arczi. Był skłonny postawić każdemu piwo.
- Tobie kupię dwa, Sarenko. - Zarzucił spocone ramię na mój kark.
- Cytrynowe - podpowiedziałam.
- Ktoś chce iść na ostatni wykład? - padło pytanie. Wykłady były wspólne dla całego rocznika i teoretycznie nieobowiązkowe. Wystarczyło pożyczyć od kogoś notatki i nauczyć się do egzaminu na koniec semestru. Frekwencja liczyła się w przypadku ćwiczeń i laboratoriów, które mieliśmy już w grupach. Na moim wydziale było ich sześć. Zajęcia sportowe z kolei odbywały się w jeszcze innych zestawieniach, tak że dość łatwo dało się poznać studentów z całego roku.
- Bez sensu. Profesor i tak nie sprawdza obecności - rzucił Kowal, po czym grupa zgodnie umówiła się na piwo na piętnastą.
Wyglądało na to, że tylko ja byłam tak naiwna, że planowałam chodzić na wszystkie zajęcia. Przynajmniej tydzień temu, kiedy jeszcze nie wiedziałam, na czym polega studiowanie. Tak więc, gdy ostatnie ćwiczenia się skończyły, bez wahania pozwoliłam się wziąć nowej kumpeli pod rękę, żeby pójść do pobliskiego parku - umownego miejsca studenckich integracji.
Zarówno w liceum, jak i tu zawsze byłam mile widziana. Rzadko czułam się nielubiana czy traktowana jak wyrzutek. Ludzie po prostu potrzebowali kogoś do strojenia sobie żartów. Chyba nawet nie przeszło im przez myśl, że są złośliwi, dlatego sama tak tego nie odbierałam. I może to był mój błąd? Przecież znowu pozwalałam, by działo się to samo. Najlepsze, że lubiłam wszystkich tych prześmiewców.
W związku z tym, że chodzenie na piwo okazało się bardzo ważnym aspektem studiowania, częściej jeździłam na uczelnię tramwajem niż samochodem. Kiedy trzeci raz w tym samym miesiącu nie miałam czego zaparkować przed domem, tata się zdenerwował. Mieszkałam z rodzicami, byłam na ich utrzymaniu i decydowali za mnie w wielu kwestiach. Właśnie jasno dali mi do zrozumienia, żebym nie opuszczała zajęć i nie nadużywała alkoholu. Cóż za ironia... Oboje opróżniali każdego wieczoru butelkę wina. Tylko że robili to po to, by się odprężyć po stresującym dniu, a ja w ramach integracji.
Jakoś w połowie semestru nastał dzień, dzięki któremu studiowanie stało się celem mojego życia. Szłam korytarzem w kierunku szatni. Miałam kwadrans do najgorszych zajęć. Nie mogłam doczekać się nowego semestru, by wybrać cokolwiek innego zamiast piłki ręcznej. Zamierzałam zalogować się w momencie, jak tylko uczelniany system zwolni zapisy.
Mijając salę, której drzwi stały otworem, spojrzałam mimowolnie do środka. I cofnęłam się o krok, porażona absolutnie najbardziej intrygującym widokiem, jaki w życiu widziałam.
O. Ł.A.Ł...
Kto to jest?
Gapiłam się z otwartą buzią. Nie ja jedna. Dziewczyny zbite w grupę, ubrane w kuse spodenki i sportowe biustonosze, skupiały wzrok na macie przed sobą.
Stał na niej boso niezwykle interesujący mężczyzna. Chyba był trenerem. Garniturowe spodnie miał niedbale podwinięte nad kostki. Tyle wystarczyło, żeby zobaczyć seksowne owłosienie.
Jego wygnieciona koszula wychodziła ze spodni, a trzy rozpięte guziki w połączeniu ze zrolowanymi do łokci rękawami pobudzały wyobraźnię.
Ależ on jest szalenie przystojny...
Ciekawe, ile ma lat.
Powaga na jego twarzy sugerowała, że jest dużo starszy od nas, ale tak przejmująco atrakcyjnego, intrygującego i pociągającego samca nie można nazwać dojrzałym. Chyba...
Czy widziałam kiedykolwiek doskonalszego mężczyznę?
Nie.
Na pewno nie.
Ani w telewizji, ani w internecie. Nawet sztuczna inteligencja nie umiałaby stworzyć takiego połączenia.
Emanował męskością i profesjonalizmem, a z drugiej strony młodością i energią. Wciąż nie potrafiłam określić jego wieku.
Rany...
Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że nie rozumiałam, co mówi. Tłumaczył coś dziewczynom, których mózgi, jak zgadywałam, były zawieszone tak samo jak mój. Trener hipnotyzował niskim i bardzo spokojnym głosem.
Śliniłabym się tak dalej, gdybym nagle nie poleciała do przodu. Pchnięta w plecy, opadłam na kolana. Za sobą usłyszałam jedynie trzask drzwi. Gdy uniosłam głowę, okazało się, że wlepiały się we mnie wszystkie pary oczu. Pewnie wyglądałam zabawnie, ale oni również.
- Niezłe wejście - mruknął mężczyzna, schodząc z maty.
Podniosłam wzrok w samą porę, by dostrzec, jak wyciąga do mnie rękę.
O mamciu, jaka wielka, piękna dłoń, jakie palce...
Chcę ich dotknąć!
Dłonie stanowiły moją ulubioną część ciała u ludzi. Chciałam wierzyć, że dzięki nim każdy może wnieść coś wartościowego do świata. Pewnie dlatego skorzystałam z danej mi okazji - mimowolnie i dość gwałtownie chwyciłam mężczyznę. Od razu przejechałam opuszkami po jego skórze.
Jaka to przyjemność...
- Zapraszamy. - Trener dźwignął mnie bez żadnego wysiłku i tak stanęłam przed nim z zadartą głową. Dalej nie umiałam skorzystać z mózgu. Oczy mężczyzny hipnotyzowały...
Ale pan ma oczy...
Dobre.
Charyzmatyczne.
Uważne.
Głębokie...
Zatonęłam, zagubiłam się w nich. I wcale nie chciałam się odnaleźć.
Jeszcze chociaż momencik.
- To nie jest zabawne - rozbrzmiał mój nowy ulubiony głos. Byłam oszołomiona, a ruch tych konkretnych warg przede mną dodatkowo to spotęgował.
Dopiero po chwili zrozumiałam, że studentki parskały śmiechem. Miałam doświadczenie w żenujących sytuacjach, z tą poradziłabym sobie znacznie lepiej, gdyby nie fakt, że tak potwornie podobał mi się ten człowiek.
- Ja... - jąkałam się, próbując włączyć myślenie. - Szłam właśnie na swoje zajęcia, kiedy... - urwałam, nie chcąc żalić się ani tym bardziej skarżyć na kogoś, kto zrobił mi psikusa. Nie miałam pojęcia, czego mój ideał tu uczy, ale wszystko było lepsze od piłki ręcznej, a jeśli nie, to dla niego mogłabym nawet pokochać sport.
Już kocham sport! Przysięgam! Tylko mnie przygarnij, a zdobędę dla ciebie medal... czy co tam trzeba.
- Są... Czy są tu jeszcze miejsca? Chodzę na piłkę ręczną, ale... - mówiłam tak flegmatycznie, że gdyby ktoś wszedł mi w słowo, trudno byłoby mu zarzucić, że mi przerwał.
- To kurs samoobrony dla chętnych. Chyba nie można go zaliczyć na poczet wychowania fizycznego - poinformował. - Jestem tu dziś tylko w zastępstwie. - Odwrócił się do dziewczyn. - Czy się mylę? - zapytał, a wówczas one jak jedna zgodna rodzina pokiwały głowami.
A więc się nie mylił. Nie był prawdziwym instruktorem kursu samoobrony i nie mogłam odfajkować tych zajęć zamiast piłki ręcznej.
- Wielka szkoda - wymamrotałam zrezygnowanym głosem, zawiedziona. Przez chwilę miałam nadzieję, że do końca życia nie ujrzę piłki ręcznej. Czemu tak szybko została pogrzebana? - Pójdę już. - Odwróciłam się na pięcie, ale wtedy ponownie rozległy się salwy śmiechu. Miałam nadzieję, że dziewczyny rozbawiła ta sytuacja, a nie jakaś plama na moim tyłku, o której nie wiedziałam.
Złapałam za klamkę i szarpnęłam nią kilka razy, ale nie mogłam się wydostać. Zza moich pleców znowu wyłoniła się doskonała męska ręka. Raptownie puściłam klamkę, a mężczyzna ją chwycił. Spróbował delikatnie otworzyć drzwi, lecz gdy się nie udało, pchnął je mocno.
Nie wiedziałam, czy najpierw ujrzałam Arcziego, czy go usłyszałam. Rechotał głośno. Szybko jednak zamilkł, kiedy zastępczy trener chrząknął znacząco. Chłopak dopiero teraz zwrócił na niego uwagę. Wyprostował się i przeniósł wzrok na mnie. Prawdopodobnie byłam tak czerwona jak wtedy, gdy...
- Pana godność.
Głos mężczyzny wyrwał mnie ze wspomnień. Całe szczęście. Nie chciałam do tego wracać.
- Arcz... Artur Kozłowski.
- Panie Arturze Kozłowski, zapraszam do środka. - Wskazał kierunek. Arczi nawet się nie zawahał, wszedł na cwaniaka. - Jak ma pani na imię? - Oczy instruktora spoczęły na mnie.
- Sara - odpowiedziałam zdezorientowana.
- Panią również proszę na moment.
Moje miękkie nogi ruszyły dopiero po chwili.
- Drogie panie... - trener podniósł głos, zwracając się do grupy - akurat tłumaczyłem, czym jest tchórz. Świetnie się składa, że znalazł się tak książkowy przykład.
Arczi aż poczerwieniał. Jeszcze nigdy nie widziałam, by nie miał nic na swoją obronę. Należał do tych przebojowych, którzy podobali się dziewczynom. Pewnie dlatego tak chętnie wszedł do sali pełnej studentek. Pomyślałam, żeby stanąć w jego obronie, zapewnić, że takie niewinne żarty to nasza norma, ale okazało się, że jest za późno. Ja byłam opóźniona...
- Nie istnieje większe tchórzostwo niż wybór słabszego przeciwnika. Na szczęście istnieją narzędzia, dzięki którym słaby przeciwnik może tylko na pozór okazać się słaby. Pani Saro, pozwoli pani?
Chciał, abym weszła na matę.
Wybałuszyłam oczy. Zestresowałam się tak, że nawet nie byłam w stanie pokręcić głową. Absolutnie nie chciałam pozostać w takiej roli na jego zajęciach. Na pewno zrobiłabym z siebie jeszcze większe pośmiewisko. Tylko że gdy mężczyzna wyciągnął dłoń, posłusznie podałam mu swoją. Wszystko było warte tego, by móc ponownie go dotknąć. Pociągnął mnie i stanęłam na macie.
- Pan Kozłowski powtórzy teraz akt tchórzostwa i zrobi kontrolowane pchnięcie od tyłu. Pani Sara z kolei pokaże, jak wyjść obronnie z ataku. - Spokojny głos prowadzącego docierał do mnie w zwolnionym tempie. Nie zdążyłam przetworzyć pierwszego zdania, zanim zostałam pchnięta. - A teraz prawą ręką... - Mężczyzna mówił, co mam robić, ale atakowało mnie zbyt dużo bodźców naraz, a przede wszystkim upadłam. - Prawa to ta druga - szepnął mi przy uchu, kucając obok. Uniósł moje ramię. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Słyszałam śmiechy. Ogarnął mnie chaos.
- Panie profesorze, dla Sarenki najlepszą taktyką samoobrony będzie znalezienie jelonka, który się za nią wstawi - wyrechotał Arczi.
- Panie Kozłowski, jeśli nie poszerzy pan swojej wiedzy, to obawiam się, że nie ukończy pan mojego przedmiotu. Jestem przekonany, że jeszcze się spotkamy. A tymczasem jelonek zareagowałby tak... - Uciął i nagle zobaczyłam obok siebie stękającego Artura. Moje oczy jednak mimowolnie powróciły do jelonka.
O rany, chyba się zakochałam...
- Dziękujemy panu Kozłowskiemu za lekcję. Teraz chciałbym poruszyć inną kwestię.
Poczułam pod pachami dłonie, a po chwili stałam już na nogach. Silne ramię obejmowało mnie w talii. Wszystkie studentki skupiały wzrok właśnie na nim. Wiedziałam, że oddycham głośno, ale miałam wrażenie, że im bardziej próbowałam się uspokoić, tym gorszy efekt osiągałam.
- Każda z pań, nieważne, jak dobrze przyswoi teorię, a nawet praktykę, nieważne, jak pewnie będzie czuła się ze swoimi umiejętnościami... Jeśli doszłoby do realnego zagrożenia i stanęłyby panie w obliczu napaści, pierwszym, z czym musiałybyście sobie poradzić, jest stres. Stres to coś, z czym trudno dać sobie radę. Można łatwo zapomnieć, która ręka należy do nas, a która do napastnika. Można przestać odczuwać własne ciało. I wreszcie można nie przypomnieć sobie tych wszystkich chwytów, których się uczycie. Pani Saro, dziękuję za realizm.
Że co?
Właśnie zdałam sobie sprawę, że nerwowy tik przejął nade mną kontrolę. Nie wiedziałam, jak długo już mrugam, próbując ogarnąć rzeczywistość.
- Proszę również podziękować ode mnie panu Kozłowskiemu - mówił dalej. - Scena została odegrana przez dobrych aktorów. Chciałem wam pokazać, jak realnie może wyglądać sytuacja. Doskonała robota, pani Saro. Dziękujemy.
- Do usług - wydusiłam. W tym momencie uświadomił mi, że powinnam już sobie pójść, poprzez ledwo wyczuwalne, a jednak tak wyraźne uszczypnięcie w okolicach talii. Och, Boże, jak teraz pożałowałam, że nie wciągnęłam brzucha. Pozwoliłam, by tak doskonały mężczyzna poczuł moje niedoskonałości. - Dziękuję - powiedziałam pospiesznie i zerwałam się do wyjścia.