p

Kiedy życie mówi sprawdzam. Jak z czułością i odwagą budować swoją rezyliencję w czasach, gdy chcesz wszystko chrzanić - Marta Iwanowska-Polkowska

Kup ebooka

49.90 zł
34.38 zł (34,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nie znam kobiety, która nie chciałaby czuć się silna, i zarazem znam całkiem sporo takich, które dość mają swojej siły. Chciałyby puścić to wieczne stanie na baczność frontem do problemów. Mają dość codziennego ratowania świata. Chciałyby zająć się sobą, zostawić wszystko w cholerę, odzyskać siebie. Ale nie wiedzą jak. Więc kolejny dzień drżącymi z napięcia mięśniami próbują utrzymać swój świat w garści, żeby się nie rozpadł.

Marta zaprasza, by... puścić? Nie, nie od razu. To byłby za duży przeskok. Marta łagodnie przeprowadza przez proces odzyskiwania siebie. Odnajdywania wewnętrznej mocy, która pomaga stawiać czoła wyzwaniom, nawet tym najtrudniejszym, ale nie poprzez zapominanie o sobie, wypierając ból i własne potrzeby. Pomaga wrócić do siebie i z tej głębokości czerpać siłę i odporność psychiczną. Chylę czoła przed kompilacją wiedzy i osobistego przykładu Autorki.

Aga Rogala, terapeutka rodziców, www.agarogala.pl

Zawsze myślałam, że czułość wyklucza się z odwagą. Że jedno drugiemu zaprzecza. Do czasu, kiedy poznałam Martę i jej koncepcję czułej odwagi. Kiedy życie mówi sprawdzam pokazuje podejście do budowania rezyliencji i odporności psychicznej bez presji, w swoim tempie, na miarę swoich zasobów. Ta książka jest bardzo osobista, wspierająca, autentyczna. Marta pisze szczerze o swoich przeżyciach, doświadczeniach, zwątpieniach, lękach. Tak jak lubię. Bez farbowania.

Gośka Serafin, dziennikarka, autorka podcastu o zdrowiu psychicznym "Bez Farbowania"

W czasach, gdy świat podrzuca nam co chwilę przepis na to, jak być szczęśliwym, potrzeba nam jeszcze bardziej przepisów na to, jak poradzić sobie, gdy to życie nas nie rozpieszcza, gdy testuje granice naszej wytrzymałości. Ważne jest, aby uznawały nasze człowieczeństwo, słabości i chwilowe braki. Taki przepis trzymasz właśnie w rękach - czułą, osobistą, uważną i wrażliwą perspektywę budowania odporności psychicznej i dobrostanu. W najtrudniejszych momentach życia chciałabym zawsze mieć przy sobie tę książkę.

Ola Potykanowicz, psycholożka, IG @olapotykanowicz

Ta książka powinna znaleźć się na każdej półce w każdym polskim domu. Powinno się ją czytać w szkole, powinna być omawiana na zajęciach BHP w pracy. I to co roku, bo odporność psychiczną musimy ćwiczyć wszyscy. I to przez całe życie. Ona nie jest dana raz na zawsze - to czasownik, który ciągle powinien być w ruchu. I Marta, dzieląc się swoją trudną historią, fenomenalnie pisze, jak to robić. Ma niezwykły dar mówienia prostym, ciepłym, czułym językiem o skomplikowanych rzeczach. Jest blisko, jest obok. Nie ocenia. Towarzyszy i daje turbowsparcie. I za to cenię ją najbardziej.

Karolina Szymańska, blog ourlittleadventures.pl, podcast "Dobranocka dla rodziców"

Kiedy życie mówi sprawdzam to opowieść o odwadze, determinacji i poszukiwaniu sensu w chaosie. To historia, która przypomina, że czasem właśnie w kryzysie odnajdujemy największe skarby - przyjaźń, miłość i siebie samych.

Mądra, pełna czułości, humoru i nadziei - to idealna lektura dla tych, którzy szukają inspiracji, by stawić czoła własnym wyzwaniom.

Adrianna Sobol, psychoonkolog, założycielka platformy www.zdrowiezaczynasiewglowie.pl

Nie wiedziałam, co to rezyliencja ani jak chrzanić niektóre sprawy. Szkoda. Może gdyby książka Marty zawczasu trafiła w moje ręce, umiałabym zaakceptować swoje lęki i poczucie bycia niewystarczającą. Może wiedziałabym też, jak zachować się w obliczu walącego się nagle całego świata. Może byłabym zdrowsza? Kto wie...

Tę książkę warto przeczytać. Polecam!

Lidia Dyndor, edukatorka, twórczyni strony www.onkofitkalidka.pl, IG @onkofitkalidka

Marta to osoba, która pozwala sobie na szczere czucie i ośmiela innych do tego, by też nie bali się spróbować. Ta książka przepełniona jest czułością do siebie, pomimo różnych trudów, które spotykają nas podczas życiowej drogi. Inspiruje do bycia i życia w prawdzie, a dla mnie to największa wartość, która daje wolność. Marta zaprasza do swojego wrażliwego świata z ogromną otwartością, by każdy z nas, dzięki jej historii, mógł poczuć wsparcie, radość i odwagę do tego, by czerpać z życia to, czego skrycie pragnie.

Justyna Szyc-Nagłowska, dziennikarka, autorka podcastów o świadomym życiu "Nagłowska podcasty" www.naglowska.pl

Kiedy życie mówi sprawdzam to inspirująca opowieść o budowaniu rezyliencji z czułością i odwagą. Marta Iwanowska-Polkowska prowadzi czytelniczki przez wyzwania, jakie stawia życie, pokazując, jak zamieniać trudne momenty w lekcje pełne sensu i siły. Autorka zachęca do pielęgnowania wyrozumiałości dla siebie i odkrywania mocy w chwilach słabości. To książka dla każdej kobiety, która chce znaleźć w sobie przestrzeń na troskę, akceptację i odwagę, aby żyć pełnią życia. To przewodnik, który motywuje do odważnego przyjęcia zmian i odnajdywania siebie na nowo.

Joanna Flis, psycholożka, autorka książek i podcastu "Madame Monday"

"Życie znów mówi mi sprawdzam".

"Życie mnie sprawdza!!!!"

"Chcę wszystko chrzanić!"

"Chrzanić to!"

Znasz to? Wypowiedziałaś kiedyś te słowa? Jestem pewna, że tak. I to nie raz. Nie dwa. Te słowa wielokrotnie wybrzmiały także w moich ustach. I jeśli mam być szczerza, wybrzmiały często i to bardziej dosadnie. Bo życie takie jest - ciągle sprawdza, rzuca kłody pod nogi, sprawia, że chcemy wszystko chrzanić i rzucić w cholerę. Obrazić się na los. Zgłosić nieprzygotowanie. Odmówić pisania sprawdzianu z życia. Wystawić sobie z niego zwolnienie. Poprosić o usprawiedliwienie. Schować się pod kocem, zaparzyć herbatę, odpalić serial i przeczekać. Oczywiście są w życiu takie chwile, kiedy koc jest naprawdę dobrym wyborem. Przeczekanie też. Są. Naprawdę są. Ale jednocześnie głęboko wierzę w to, że z tym, co trudne, możemy mierzyć się z czułością, a jednocześnie z odwagą. Możemy podchodzić do kolejnych sprawdzianów z życia z ciekawością i otwartością na to, czego one mogą nas one nauczyć. No właśnie. Bo jak by to było - odwrócić formułę tych sprawdzianów? Zamiast traktować je jako momenty, w których ty musisz już, natychmiast i perfekcyjnie wykazywać się wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami, potraktować je jednak jako trening, proces uczenia się i rozwoju wiedzy, doświadczeń i umiejętności. Z tej perspektywy słowo "nieprzygotowanie" nabiera nowego znaczenia. Bo nawet jeżeli jesteśmy nieprzygotowane albo tak się czujemy (a to dwie różne rzeczy), to możemy powiedzieć sobie "przygotuję się teraz", "będę przygotowywać się na bieżąco", "wejdę w ten sprawdzian po swojemu". I będę budować swoją rezyliencję. A kiedy sprawdzian minie, skończy się, będę żyć. Żyć bez sprawdzania oceny, bo nie o nie tu chodzi. Dobrze żyć i nażywać się życiem, tak jak napisałam w swojej pierwszej książce2.

Ta książka jest hymnem pochwalnym na cześć rezyliencji i odporności psychicznej. To opowieść o tym, jak zbudować w sobie mięsień (a raczej mięśnie) odporności psychicznej i mieć siłę do radzenia sobie z przeciwnościami, ale też do powstawania po bolesnych upadkach i do dawania sobie kolejnych szans. Szans, z których będziemy bezczelnie korzystać.

Chcę tą książką zmienić twoje nastawienie do rezyliencji, siły i odporności psychicznej i pokazać ci, że proces wzmacniania siebie to nie tylko "pot i łzy", ale też dobre życie, celebrowanie codzienności i cieszenie się tym, co przynosi los albo ty przynosisz sobie. Odsłonić przed tobą, że w rezyliencji jest miejsce na wrażliwość, chwile zawahania i odczuwanie słabości, ale też czułość i miłość do siebie. Tak bardzo rezyliencja i odporność psychiczna kojarzy nam się z twardzielstwem, niezłomnością - zmieńmy to. Zmieńmy to razem.

Ale ta książka to również opowieść o bezradności, doświadczając której, chcemy właśnie chrzanić wszystko, być może chrzanić też rezyliencję, wyrzucić do kosza wszelkie teorie psychologiczne, wyśmiewać "przemądrzałe i przemądre głowy", które mówią o tym, że wszystko w życiu jest szansą czy też kwestią organizacji, dobrego planowania bądź praktykowania wdzięczności. Ja taką przemądrzałą głową nie jestem. Na pewno nie chcę nią być. Jestem raczej praktyczką niż teoretyczką. Jestem towarzyszką kobiet w budowaniu rezyliencji, odporności psychicznej i tego, co nazywam czułą odwagą.

Jestem taka jak ty. Też czasem chcę wszystko chrzanić. A potem zamykam oczy, biorę głęboki wdech i jeszcze głębszy wydech i mówię sobie: "wejdę w to - to ja sprawdzę, co tu się wydarza, rozgoszczę się w tej sytuacji po swojemu, z czułością i odwagą. I każdego dnia będę czynić swoje życie lepszym".

I do tego chcę cię zaprosić.

Byś razem ze mną uczyła się, jak uporczywie czynić swoje życie lepszym pomimo tego, co nas spotyka. Pomimo tego, jak często i niespodziewanie życie mówi nam "sprawdzam".

***

Mam jeszcze dla ciebie pewną uwagę techniczną związaną ze sposobem napisania tej książki. Będę się w niej czasem powtarzać, wracać po kilka razy do tych samych tematów, przeplatać te same kwestie w różnych rozdziałach. Jest to mój świadomy zabieg. Tematy, które poruszam w tej książce, są ze sobą połączone - one nie są rozdzielne, psychologia nie powkładała ich w odrębne, szczelne szufladki. Są połączone ze sobą niteczkami, czasami naprawdę mocnymi szwami, i ja nie chcę ich rozcinać. Czasem powtarzam się, by podkreślić dla ciebie ważność niektórych tematów i ich spójność ze sobą. Czasem powtarzam się, by coś lepiej wyjaśnić, zobrazować. Bądź więc wyrozumiała, trafiając na powtórzenia, i nie dziw się im. Rezyliencja, czuła odwaga to gęsty gar pełen wielu składników, a przepis na łączenie tych składników wcale nie jest prosty, choć ja chcę go uprościć najbardziej, jak się da. Dla ciebie. Dla nas!

1Wziąć siebie i swoje życie mocno w ramiona

"Nie bierz się w garść...

weź siebie mocno w ramiona".

Filip Cembala3

"Chrzanić to!", "chrzanić życie", "chrzanić rezyliencję", "pieprzyć te wszystkie mądre podcasty", "olać nadzieję na to, że będzie lepiej", "olać siebie, bo już ze sobą nie mogę wytrzymać". Ten ciąg słów, ciąg pełen żalu i bezsilności, to słowa Kingi4, jednej z moich Klientek. Kingi, około czterdziestoletniej matki, żony, kierowniczki, kobiety pracującej, niektórzy by powiedzieli "kobiety sukcesu", która w drodze do i z pracy codziennie słuchała jakichś mądrych podcastów o psychologii, rezyliencji czy o odporności psychicznej (jeszcze wyjaśnię te pojęcia), świadomym życiu i dobrostanie. Pewnie słuchała jednego z nich, jadąc do mnie na sesję kontraktującą. Może nawet słuchała i mojego podcastu, "Urzeczywistnij swoje JA".

A nie, nie, co ja piszę. Mój błąd. Przepraszam, na sesji kontraktującej spotkałyśmy się online. Kinga nie mogła do mnie przyjechać. Nie miała czasu. Bo przecież my nigdy nie mamy czasu, szczególnie dla siebie. Nie mogła wyrwać tego czasu dla siebie, choć po ten czas dla siebie zgłosiła się na coaching ze mną. Musiała tę pierwszą, zapoznawczą sesję odbyć szybko, w przerwie pomiędzy spotkaniami. Znasz to? W gonitwie, w jakiej utknęła i trwała od lat.

No i odbyłyśmy ją online. Rozmawiałyśmy konkretnie i na temat, bo Kinga chciała tak rozmawiać, licząc, że kiedy zapanuje nad przebiegiem rozmowy, nie odsłoni się zanadto. Nie odsłoni, choć tak bardzo tego chciała. Ale Kinga nie musiała specjalnie się odsłaniać, byśmy i tak poznały się bliżej. Poznałyśmy się z Kingą, a ja na pewno poznałam się z jej żalem, bólem i ogromnym zmęczeniem. Widziałam to wszystko w niej. Chociaż chciała, to już nie mogła tego bardziej ukrywać i mieścić w sobie, choć naprawdę wiele potrafiła pomieścić. Jak my wszystkie. Tyle potrafimy pomieścić, wierząc, naiwnie ufając, że to mieszczenie jest właśnie dowodem odporności psychicznej. A to błąd, bolesny błąd, a wręcz ból, które wszystkie (i wszyscy) sobie zadajemy. Ona też go sobie zadawała, dlatego tak bardzo nie mogła ze sobą wytrzymać. Miałam wrażenie, że coś rozrywa ją od środka, nie daje szans poczuć spokoju. Kinga była przede wszystkim tak bardzo zmęczona i przytłoczona.

Pamiętam jej szarą cerę, oklapnięte, choć piękne i gęste włosy i szary gruby sweter, w którym niemal się chowała. Sweter też był piękny, choć tak bardzo ją ukrywał. Bo po to został wybrany. Miał ukryć. Miał pomóc zniknąć. Takie odniosłam wrażenie, patrząc na nią, czule i uważnie się jej przyglądając. Gdy chrzaniła życie i rezyliencję też (!!), gdy pieprzyła wszystkie mądre podcasty, tak naprawdę próbowała odzyskać kontrolę nad swoim życiem, które już od wielu lat było kontrolowane tylko przez niekończące się

O - obowiązki, O - oczekiwania i ogromną O - odpowiedzialność, którą nosiła w życiu i w pracy. Trzy razy O - Oczywiste Ograniczenia wielu kobiet.

Ale mężczyzn pewnie też... Tylko oni często mają żony, które wiele zdejmują z ich barków. Ale teraz nie o tym.

A do czego Kinga potrzebowała rezyliencji? Miała wrażenie, że wszystkie te obowiązki, oczekiwania i ogromna odpowiedzialność ją przytłaczają. Miała poczucie, że każde kolejne wyzwania wprowadzają ogromną dezorganizację w niej, w jej emocjach, ale i w pracy, i w życiu. Dlatego napisałam, że chrzanienie było dla niej próbą odzyskania kontroli, bo rezyliencja de facto jest o kontroli. Jest o tym, by mieć poczucie, że pomimo tego, co nas spotyka, że pomimo tego, że życie mówi nam "sprawdzam", to my nasze życie nadal nieustająco kontrolujemy, najlepiej jak potrafimy. Choć nigdy nie w pełni, co czasem trudno zaakceptować. Ale możemy je kontrolować.

W szczególności możemy kontrolować - czy raczej wybierać - naszą odpowiedź na to, co nas spotyka.

Kinga miała poczucie, że już nie potrafi, choć pamiętała, że kiedyś potrafiła. Moim zadaniem było pomóc jej to sobie przypomnieć. Przywrócić moc potrafienia. Moc świadomej, czułej i już nieprzemocowej wobec siebie kontroli.

Jak ja zareagowałam na jej słowa?

Nie zrobiłam oczu pełnych zdziwienia. Nie zabroniłam jej przeklinać. Wręcz doceniłam, że te wszystkie przekleństwa dają wyraz jej emocjom i tak mocno uciskanym, a jednak odczuwanym potrzebom. Nie zbulwersowało mnie jej wzburzenie, nie twierdziłam, że "złość urodzie szkodzi", bo w moim odczuciu złość bywa nam, kobietom, bardzo potrzebna i ostatecznie urody, a może i czasem uroku dodaje. A na pewno dodaje sił, mocy tak potrzebnych zmianie, rodzi bunt. Zrobiłam to, czego Kinga potrzebowała i co podpowiedziała mi intuicja. Co ja poczułam, że ona potrzebuje.

Spojrzałam na nią swoimi tzw. soft eyes. Tak my, psycholodzy, nazywamy oczy pełne zrozumienia, życzliwości i wyrozumiałości (po już 20 latach bycia psycholożką, coachycą i trenerką potrafię odważnie powiedzieć, że je mam, mam swoje soft eyes). Słuchałam. Słuchałam. Słuchałam. Pozwoliłam jej być sobą. Bez pozowania. Bez maski mocarnej kobiety, którą próbowała być. Dałam jej przestrzeń, by mogła być autentycznie rozżalona, zła, ale i smutna. Pod jej złością kryło się wtedy bardzo dużo smutku. Smutku, że nie daje rady tak, jak tego od siebie oczekiwała, choć tak naprawdę dawała. Widziałam, że Kinga dawała radę najmocniej i najlepiej, jak potrafiła. Była smutna, bo powoli docierało do niej, że nie może być taka, jaka założyła, że będzie, choć tak naprawdę jej założenia były po prostu nierealne. Może w tym smutku chowało się także jej rozczarowanie sobą, życiem, pracą... wszystkim. Ale zamiast tak żywo się posmucić, zamiast opłakać to, co nieosiągalne, wolała skierować na siebie ostry miecz złości i pogardy. Złość wydawała się jej bezpieczniejsza i bardziej adekwatna niż smutek, który jest przecież tak bliski współczuciu. Kinga w takim podejściu wobec siebie nie była, nie jest, nie będzie jedyna. Wszystkie to sobie robimy. A ty pod złością też czasem ukrywasz smutek? Co jeszcze ukrywasz? Może poczucie winy? Zapytaj siebie. Proszę...

Ja jednak wolałam ten smutek w niej zobaczyć. Pozwoliłam jej być taką, jaką nie mogła być przy innych, jaką bała się być przy samej sobie. Bała się, bo przeczuwała, że spotkanie z tymi emocjami zmusi ją do wzięcia odpowiedzialności za nie i za ich przyczyny. A na to nie była gotowa. Po tę gotowość przyszła do mnie. Ale podczas tamtej sesji kontraktującej właśnie taka była, była autentyczna i była przy sobie. Bardzo chciałam, by pozwoliła sobie taką być. Z każdą kolejną minutą stawała się coraz bardziej żywa w swoich emocjach. A nie zamrożona w rolach, które dzielnie dzierżyła i zawodowo, i osobiście. Tak, świadomie użyłam słowa "dzierżyć". Bo myślę, że Kinga mocno i zaciekle trzymała w swoich dłoniach role kierowniczki w korporacji, matki, żony, przyjaciółki, córki, siostry, sąsiadki... tylko w tych rolach już nie było jej. W jej rękach, w jej zmęczonych ramionach były role i to, co czuła, że je stanowi, czyli obowiązki, oczekiwania i odpowiedzialność, ale nie było życia. Nie, w jej dłoniach, w jej ramionach nie było miejsca na Kingę, na nią taką, jaka jest. Na tę prawdziwą Kingę, która pomiędzy chrzanieniem i pieprzeniem tak naprawdę chciała mi powiedzieć: "Marta, nie mam sił. Nie mam już sił, bo znikłam. Jak może mieć siły ktoś, kto już znikł? Tak bardzo chciałam kontrolować życie, pracę, że straciłam kontrolę nad tym, kim jestem i jaka jestem. Ja, Kinga. Ja".

Czy zaczęłyśmy proces z Kingą? Tak.

Czy był łatwy? Był taki, jaki miał być. Bywało łatwo, bywało trudno i najtrudniej. Wymaga to ogromnej odwagi, aby stanąć oko w oko z samą sobą.

O czym przede wszystkim był ten proces? O tym, co ważne w jej życiu i dla niej, wbrew oczekiwaniom, odpowiedzialności i obowiązkom.

Ale przede wszystkim był o wyrozumiałości dla siebie.

Bez wyrozumiałości dla siebie nie ma rezyliencji. Powiem więcej: bez miłości do siebie nie ma rezyliencji.

Ale po kolei. Zacznijmy od wyrozumiałości dla siebie. Czym jest?

Najwięcej o wyrozumiałości dla siebie wiemy z badań Kristin Neff5, amerykańskiej badaczki, która odważnie przyznaje się do tego, że wyrozumiałość dla siebie uratowała jej życie, jej macierzyństwo i pewnie dodała jej rezyliencji. Czym jest wyrozumiałość dla siebie? Czym jest współczucie dla siebie (ang. self-compassion), bo takiego określenia używa ta badaczka6. Wyrozumiałość, współczucie dla siebie, to spojrzenie na siebie wspomnianymi soft eyes. A nie oczami pełnymi surowości i ostrej oceny. Kinga tak na siebie patrzyła. Jeszcze. Jeszcze nie potrafiła spojrzeć na siebie soft eyes, do tego miała w tamtym momencie mnie. "Jeszcze" to podstawowe i kluczowe słowo w budowaniu rezyliencji, w uczeniu się tego, co dla nas ważne. A to surowe, oceniające spojrzenie miała opanowane do mistrzostwa, dlatego tak bardzo była zaskoczona tym, że ja na nią tak nie spojrzałam. Patrzyłam na nią tak, jak chciałam, by ona nauczyła się patrzeć na siebie. Z życzliwością, z szacunkiem, z ciekawością tego, jak się naprawdę czuje.

Jednym z filarów wyrozumiałości dla siebie jest właśnie uznanie tego, jak się naprawdę, ale tak naprawdę czuję. Ja. Naprawdę i szczerze.

Zacząć czuć i być uważną na swoje emocje i potrzeby. Uszanować je. Zrozumieć. Dać sobie do nich prawo. Wiem, tak cholernie łatwo to wszystko napisać, ale tak trudno to zrobić. Wdrożyć w życie. Nasze spotkania z Kingą miały służyć wdrożeniu. Zaraz, to słowo brzmi zbyt "korporacyjnie". Może lepiej - doświadczaniu wyrozumiałości w swoim życiu.

Zrobieniu czułego kroku w kierunku uważnego czucia, a nie tylko myślenia i rozważania o rezyliencji. To jest istota rezyliencji. Rezyliencja to nie tylko myśli, ale i doświadczanie jej, wiara w nią.

Myślę też, że to całe chrzanienie i pieprzenie Kingi było właśnie jej próbą czucia, na które sobie w końcu pozwoliła. To było przejście z teorii, której się nasłuchała, do praktyki, bez której nie ma rezyliencji.

Bo rezyliencja i odporność psychiczna to "czasowniki". Tak, wiem, że to rzeczowniki, ale je się "robi". Przede wszystkim odpowiadają na pytania, co się dzieje, jak się je buduje, niż tylko czym są. Podobnie jak wyrozumiałość. Ją się robi, ją się czuje, ją się czyni.

Kiedy więc ona tak zaciekle chrzaniła i pieprzyła, a ja patrzyłam na nią moimi soft eyes i słuchałam jej, to ona mogła doświadczyć przepływu wyrozumiałości. Tak, to jeszcze nie była jej wyrozumiałość dla siebie, to nie była jeszcze wyrozumiałość Kingi dla Kingi, ale doświadczenie jej ode mnie, doświadczenie jej w relacji było ziarenkiem rzuconym ku temu, by i ona niebawem nauczyła się patrzeć na siebie soft eyes. I nie tylko patrzeć, ale też mówić do siebie w duchu soft. Bo wyrozumiałość, współczucie dla siebie według Kristin Neff to także, a może przede wszystkim, bycie łagodną w podejściu do siebie i traktowanie siebie bez oceny. To mówienie do siebie przyjacielskim tonem. To mówienie do siebie tak, jak mówimy do zranionej przez partnera przyjaciółki, do dziecka, które właśnie zdarło sobie kolano, do psa przestraszonego fajerwerkami w sylwestra. Tak, pewnie masz teraz myśl, że do psa, kota, rybek i kanarka mówimy bardziej po przyjacielsku, mówimy bardziej życzliwie niż do siebie. Niech rzuci kamieniem ta z nas, która nigdy samej siebie w chwili zagubienia, upadku, zmęczenia czy napięcia nie obrzuciła obelgami. Każda z nas to sobie robi. W surowości dla siebie miewamy czarny pas. A ja bardzo chciałam, by Kinga ten pas poluzowała. By go puściła, odłożyła na dno szafy. Koniec z pasami, koniec z gorsetami w jej życiu. Chciałam, by Kinga założyła miękkie dresy albo ciepłą piżamę i grube, kolorowe skarpety, by usiadła na sofie z kubkiem herbaty i powiedziała do siebie czule: "Kinga, możesz tak się czuć. To, że czujesz się słaba, zmęczona i przytłoczona, nie jest o tym, że jesteś słaba. Jesteś silna, ale masz prawo być tą siłą zmęczona. Masz prawo czuć przytłoczenie tymi wszystkimi rolami, które próbujesz uporczywie dzierżyć. Masz prawo! Poczuj to wszystko i zapytaj siebie, czego ty tak naprawdę potrzebujesz".

Bo do tego jest nam potrzebna wyrozumiałość. Do tego potrzebujemy współczucia dla siebie! Do tego, by mądrze, uważnie i życzliwie rozpoznać to, czego potrzebujemy, i dać sobie to, co będzie w tej sytuacji najlepsze.

Ale do tego potrzebujemy się zatrzymać. Usiąść na sofie. Zawinąć się w koc. Musimy dawać sobie prawo do siadania, tak samo mocno, jak poganiamy się w codziennej gonitwie przez nasze zawiłe rzeczywistości.

Często na warsztatach z "czułej odwagi" (tak nazywam odwagę, w której jest dużo miejsca na czułość i wyrozumiałość dla siebie, w przeciwieństwie do forsującej odwagi7, w której też miewamy czarne pasy) wyświetlam slajd, na którym widnieją takie słowa: "Wyrozumiałość dla siebie to zauważenie tego, z czym się mierzymy, uszanowanie tego i zobowiązanie się do tego, by zadbać o siebie najlepiej, jak potrafimy. To zrobić coś, by rozwiązać problem, z którym się mierzymy. A to wymaga odwagi... i z pewnością nie jest słabością". Napisałam te słowa, powołując się na Mary Welford8, i bardzo je cenię.

Zawsze, ale to zawsze będę powtarzać, że wyrozumiałość dla siebie nie jest lenistwem, nie jest odpuszczaniem czy lekceważeniem problemów. Jest odważnym i uważnym badaniem tego, co się z nami naprawdę dzieje, by znaleźć rozwiązanie, by okazać sobie wsparcie, mądre wsparcie. Czasami wyrazem wyrozumiałości dla siebie jest płacz pod prysznicem. Czasem krzyk rozpaczy, na który pozwolisz sobie w samotności, na leśnej polanie. Czasem jest to stanięcie w swojej obronie, gdy ktoś przekracza nasze granice. Albo też poproszenie o pomoc, gdy problem, z którym się mierzysz, cię przerasta. Wyrozumiałość to rozpoznanie, uczciwe rozpoznanie problemu i towarzyszących mu emocji i myśli.

Trudno leczyć chorobę, której się nie rozpozna. A wyrozumiałość dla siebie to okazanie sobie rozpoznania pełnego życzliwości i ciekawości.

Ale wyrozumiałość dla siebie to także zrozumienie i uznanie, że "o! nie tylko ja tak mam!!", że "wszyscy jesteśmy podobni". To poczucie wspólnoty z innymi. To poczucie bliskie ulgi, które pozwala nam odkryć, że cierpienie, przeżywanie wielu trudnych emocji, upadanie i powstawanie, gubienie drogi i jej odnajdywanie jest częścią bycia człowiekiem. A my, odsłaniając tę człowieczą prawdę o sobie, patrząc na siebie z wyrozumiałością, możemy uczyć się od siebie, wspierać się nawzajem. Wspierać, przyjmując empatię. Bo wyrozumiałość jest też o tym. By przyjąć empatię innych bez umniejszania. Tak, to też cholernie trudne (i o tym też na pewno jeszcze napiszę).

Ale wrócę na moment do stwierdzenia: "o! nie tylko ja tak mam!!". To ono wywarło na Kindze piorunujące wrażenie. Kinga, jak wiele moich Klientek rozpoczynających współpracę ze mną, powiedziała do mnie na wstępie: "Na pewno jestem najgorszym przypadkiem, a ty nigdy tak trudnego nie miałaś, bo nikt nigdy tak źle się nie traktował, bo nikt nigdy nie zapędził się w taki ciemny zaułek jak ja". Słysząc te słowa, od razu pomyślałam o czarnej d*pie, bo to określenie częściej pada na moich sesjach i warsztatach. Ale skoro Kinga mówiła o ciemnym zaułku, to pewnie nie było jeszcze najgorzej. Wtedy ja, zamiast zapewniać ją o tym, że miałam do czynienia z podobnymi przypadkami, wzięłam książkę, którą trzymam pod ręką w swoim gabinecie, i przeczytałam jej kilka zdań. Oto one:

"Kiedy bohaterka mówi "nie" kolejnym heroicznym zadaniom, pojawia się potworny dyskomfort. Uważa się, że jedyną alternatywą dla heroizmu jest folgowanie sobie, pasywność i nieważność. W tej kulturze oznacza to śmierć i rozpacz. Nasza kultura wspiera ścieżkę prowadzącą do zdobycia pozycji: więcej, lepiej, szybciej. Większość ludzi boi się, że przeciwnością pychy jest niewidzialność, i nie wie, jak ma postępować. Kiedy kobieta przestaje działać, musi nauczyć się, w jaki sposób po prostu być. Bycie nie jest luksusem, jest dyscypliną. Bohaterka musi odważnie słuchać swojego prawdziwego, odważnego głosu. Oznacza to uciszenie innych głosów, lękliwie powtarzających, co powinna zrobić. Musi być gotowa, by wytrzymać w napięciu, aż wyłoni się nowa forma. Inaczej ucina wzrost, uniemożliwia zmianę i odwraca transformację. Bycie wymaga odwagi i poświęcenia"9.

Przeczytałam je, by wzmocnić Kingę w poczuciu, że nie tylko ona utknęła w heroicznych próbach spełniania wszystkich oczekiwań, obowiązków i odpowiedzialności. Skoro ktoś już o tym napisał, to oznacza, że nie tylko ona cierpi i potrzebuje powiedzieć głośne i stanowcze "nie". Nie tylko ona, jesteśmy w tym cierpieniu wszystkie, razem i obok siebie. I wtedy na twarzy Kingi rozlała się ulga, pojawił się uśmiech, a nawet śmiech. Powiedziała, że może nie powinna jeszcze chrzanić rezyliencji czy też pieprzyć mądrych podcastów, tylko powinna częściej przyznawać się do tego, jak jest u niej i z nią naprawdę, czyli z wyrozumiałością robić to, co właśnie wydarzyło się między nami.

Kinga zdecydowała się na proces ze mną. To już wiecie. Ale jak skończył się ten proces? W mojej pracy, czy to indywidualnej, czy warsztatowej, dużo jest kreatywności. Wiem bowiem, że do integrowania nowej wiedzy o sobie i świeżo zadomowionych w naszych sercach odczuć potrzebujemy sztuki, tworzenia, eksperymentowania i robienia czegoś rękami, a nie tylko głową. W trakcie sesji czy warsztatów często korzystam z kart metaforycznych, czyli zdjęć albo grafik, których interpretacja rozszerza perspektywę patrzenia na analizowane doświadczenia, problemy czy wyzwania. Ale metaforę i prace kreatywne wplatam też w prace domowe, które zadaję moim Klientkom. I taką pracę domową zadałam też Kindze. Jej zadaniem było stworzenie kolażu. Kolażu z wycinków gazet bądź obrazków zebranych z internetu, kolażu wyrażającego to, co dla niej, Kingi, staje się (a może zawsze było, ale o tym zapomniała) ważne, naprawdę ważne w jej dążeniu do większej odporności psychicznej i życia życiem, którym chce, a nie tylko musi żyć. Pamiętam, że kolaż Kingi był gęsty, soczysty i kolorowy. Nie było na nim śladu po szarym, grubym swetrze. Szarość stała się wspomnieniem. Kinga, okazując sobie życzliwość, pytając siebie o to, czego potrzebuje, co może dodać jej sił w zmaganiach z rzeczywistością, odkryła, że bardzo potrzebuje ruchu, natury, kolorów i ładnych form. Jest bowiem estetką. Tylko tyle albo aż tyle. Ale tak łatwo powiedzieć, tak trudno to sobie dać. Kinga, musisz uwierzyć mi na słowo, zaczęła to wszystko sobie dawać. Jak? Małą łyżeczką. Zawsze, ale to zawsze będę powtarzać, że zmiany prowadzące nas ku dobremu życiu czy do nażywania się życiem, o czym pisałam w swojej pierwszej książce, muszą zaczynać i być dawkowane małą łyżeczką. Wielkie rewolucje i ambitne plany skazane są na porażki. Często mawiam: "Ambitne już byłyśmy, teraz bądźmy łagodne i cierpliwe".

A jak wyglądał kolaż? W jego centralnym miejscu było wklejone zdjęcie kobiety, w sumie podobnej do Kingi. Kobiety w artystycznie wygniecionej, mocno niebieskiej, lnianej letniej sukience. Kobiety trzymającej w ramionach kilka soczystych, dorodnych, dojrzałych pomarańczy. Kobieta ściskała te pomarańcze jak skarb, ale przy tym się szczerze uśmiechała, miała radosne, otwarte oczy. Kinga powiedziała, że to ona trzymająca samą siebie w ramionach, a dorodne pomarańcze to metafora jej i tego, co jest dla niej ważne, najważniejsze. Już o tym nie zapomni. Już będzie o tym pamiętać, pamiętając, że rezyliencja to przede wszystkim bycie wierną sobie i bycie dobrą dla siebie. A wyrozumiałość dla siebie jest pierwszym krokiem w tym procesie. Czasami ten krok zaczyna się od zamknięcia oczu i powiedzenia sobie mantry:

"To jest chwila cierpienia.

Cierpienie jest częścią życia.

W tej chwili chcę być dla siebie życzliwa.

Niech okażę sobie współczucie, którego potrzebuję"10.

Mogłam zobaczyć ten kolaż, ponieważ Kinga na każdą kolejną sesję przyjeżdżała już osobiście. Znalazła czas dla siebie i na siebie. Już siebie nie pomijała. Nauczyła się "wyrywać" ten czas dla siebie, a z podróży do i z mojego gabinetu uczyniła część procesu. Ważną część, pozwalającą jej na swobodne przetwarzanie myśli i emocji, jakie uruchamiały nasze spotkania. Na to też dawała sobie czas, a ten czas stawał się dla niej czułym sposobem odzyskiwania kontroli nad swoim życiem. Ta kontrola nie była już przemocowa, forsująca, na zasadzie "wszystko albo nic". Obok kontroli pojawiła się też przestrzeń na zwolnienie, na spontaniczność, na swobodę, na zmianę planów. Och! Jak ona tego potrzebowała.

A dzięki Kindze powiedzenie "chrzanić to! chrzanić wszystko! chrzanić życie! chrzanić rezyliencję" stało się i moim ulubionym powiedzeniem, zwłaszcza wtedy, kiedy w moim życiu zrobiło się szczególnie trudno. I jeszcze ci o tym napiszę.

Ja, psycholożka od rezyliencji, też kiedyś chciałam chrzanić rezyliencję i pieprzyć te wszystkie mądre teorie psychologiczne i nawet nagrywane przez siebie podcasty.

Też chciałam być większa i silniejsza, choć wcale nie musiałam taka być, by poradzić sobie z czymś trudnym. Chciałam mieć święty spokój, nie akceptowałam tego, że on rzadko jest częścią przygody zwanej życiem. Też jeszcze nie rozumiałam tego, że rezyliencja nie chroni nas przed utratą równowagi, ale pomaga do niej wrócić, gdy ją utracimy.

1 Rick Hanson, Forrest Hanson, Rezyliencja. Jak ukształtować fundament spokoju, szczęścia i siły, przeł. Anna Sawicka-Chrapkowicz, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2018, str. 10.

2 Marta Polkowska-Iwanowska, #nażyćsię. Jak zacząć nażywać się od dziś, pamiętać o tym jutro i już nigdy o sobie nie zapomnieć, Grupa Wydawnicza Relacja, 2022.

3 Weź siebie mocno w ramiona. Rozmowa z Filipem Cembalą. https://manufakturarozwoju.pl/ja-kobieta37_wez-siebie-mocno-w-ramiona-rozmowa-z-filipem-cembala/ [dostęp: 12 XII 2024].

4 Imiona i szczegóły charakteryzujące moje Klientki, kobiety, z którymi pracuję, oczywiście są zmienione. A przytoczone przykłady przeszły przez świadomy filtr mojej interpretacji i modyfikacji, byś ty, droga Czytelniczko, mogła utożsamić się z danym przykładem postaw, przekonań i zachowań. Zobaczyć w tych historiach przede wszystkim siebie. A jednocześnie po to, by zatroszczyć się o anonimowość kobiet, które miałam zaszczyt spotkać na swojej drodze.

5 Kristin Neff, Jak być dobrym dla siebie, przeł. Krzysztof Sołowiej, Studio Astropsychologii, 2018, str. 69.

6 Choć Kristin Neff używa określenia "współczucie dla siebie" / "współczucie sobie", to ja w swojej praktyce używam go synonimicznie do określenia "wyrozumiałość dla siebie", jednocześnie zauważając, że to drugie jest "lepiej" przyjmowane przez osoby, z którymi pracuję. Przynajmniej takie mam doświadczenie. Dlatego też w tej książce częściej znajdziesz określenie "wyrozumiałość dla siebie".

7 O czułej i forsującej odwadze napisałam już w mojej pierwszej książce #nażyćsię. I na pewno jeszcze do tych terminów wrócę na kolejnych stronach.

8 Mary Welford, Budowanie pewności siebie. Podejście skoncentrowane na współczuciu, przeł. Anna Sawicka-Chrapkowicz, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2021, str. 27.

9 Maureen Murdock, Podróż bohaterki, przeł. Emilia Tołkaczew, Instytut Studiów Kulturowych Raven, 2020, str. 133.

10 Kristin Neff, op.cit., str. 187.