p
Nota do Czytelnika
Ludzie zawsze intuicyjnie czuli, że ciało i umysł są niepodzielne.
Współcześnie doszło jednak do niefortunnego rozłamu między tym, co
podpowiada nam organizm, a tym, co umysł uważa za prawdę. Ku własnej
zgubie zwykle kierujemy się drugim z tych dwóch źródeł informacji.
Dlatego za przyjemność i przywilej uważam przedstawienie Czytelnikowi
odkryć nowoczesnej nauki, potwierdzających intuicję odwiecznej mądrości.
Stanowiło to mój nadrzędny cel podczas pisania tej książki. Innym było
odsłonięcie zwierciadła, w którym przegląda się nasze napędzane stresem
społeczeństwo -?w odbiciu tym widzimy, jak na niezliczone mimowolne
sposoby pomagamy powstawać nękającym nas chorobom.
Nie jest to księga receptur, lecz mam nadzieję, że posłuży Czytelnikom
za katalizator osobistych przemian. Recepty pochodzą z zewnątrz,
przemiana zachodzi wewnątrz. Każdego roku ukazuje się wiele książek z prostymi zaleceniami dotyczącymi różnych aspektów naszej egzystencji -
fizycznych, emocjonalnych czy też duchowych. Nie zamierzałem pisać
kolejnej. Recepty wypisuje się z zamiarem wyleczenia konkretnej
dolegliwości; wewnętrzna przemiana zaś jest drogą do zdrowienia -
osiągnięcia harmonii i zdrowia -?istniejącej całości. Nie przeczę, że
porady i zalecenia mogą być przydatne, ale jeszcze cenniejszy jest wgląd
w samego siebie, w działanie umysłu i ciała. Ów inspirowany
poszukiwaniem prawdy wgląd może sprzyjać wewnętrznej przemianie. Ci,
którzy szukają uzdrowienia, znajdą właściwy przekaz już na samym
początku, w pierwszym studium przypadku. Jak sugerował wybitny fizjolog
Walter Cannon, mądrość tkwi w naszych ciałach. Mam nadzieję, że Kiedy
ciało mówi nie pomoże Czytelnikom wsłuchać się w mądrość, którą wszyscy
posiadamy.
Niektóre z przedstawionych w tej książce przypadków pochodzą z opublikowanych biografii lub autobiografii znanych osób. Większość
zaczerpnąłem jednak z własnej praktyki klinicznej bądź zarejestrowanych
rozmów z osobami, które zgodziły się na udzielenie wywiadu i przytoczenie ich medycznej oraz osobistej historii. Ze względu na
ochronę prywatności imiona (a w niektórych sytuacjach także inne
okoliczności) zostały zmienione.
Aby uniknąć nazbyt akademickiego charakteru tej pracy, utrudniającego
jej odbiór laikowi, ograniczyłem liczbę adnotacji. Przypisy do każdego
rozdziału zostały zamieszczone na końcu książki.
Wyróżnienia w tekście, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą ode mnie.
Proszę o przesyłanie wszelkich uwag i komentarzy na adres
[email protected], zapoznam się z nimi z przyjemnością.
Rozdział 1
Trójkąt bermudzki
Mary była filigranową kobietą o indiańskich korzeniach, tuż po czterdziestce. Ta łagodna osoba o pełnym
szacunku sposobie bycia leczyła się u mnie od ośmiu lat, wraz z mężem i trójką dzieci. W jej uśmiechu przejawiała się nieśmiałość z domieszką
uległości. Lubiła się śmiać. Gdy jej młodzieńczo wyglądająca twarz
rozpromieniała się, trudno było nie odpowiedzieć tym samym. Na
wspomnienie Mary moje serce wciąż rośnie, a zarazem ściska się z żalu.
Nie rozmawialiśmy wiele, dopóki nie pojawiły się u niej pierwsze oznaki
choroby, która miała położyć kres jej życiu. Zaczęło się bardzo
niewinnie: ranka po ukłuciu igłą w opuszkę palca przez kilka miesięcy
nie chciała się zagoić. Stwierdzono, że problem związany jest ze
zwężeniem małych tętnic, które zaopatrują palce w krew. Zjawisko to,
nazywane objawem Raynauda, skutkuje niedotlenieniem tkanek i może
prowadzić do powstania zgorzeli, do czego, niestety, doszło w przypadku
Mary. Pomimo kilku hospitalizacji i zabiegów chirurgicznych ból palca
stał się tak nieznośny, że po roku wręcz błagała o amputację. Nim
spełniono tę prośbę, choroba posunęła się do tego stopnia, że
ustawicznego cierpienia nie uśmierzały nawet silne narkotyczne środki
przeciwbólowe.
Objaw Raynauda może wystąpić niezależnie lub wskutek innych zaburzeń. W grupie podwyższonego ryzyka znajdują się palacze, a Mary już jako
nastolatka wpadła w szpony nałogu. Liczyłem na to, że kiedy zerwie z uzależnieniem, do jej palców powróci prawidłowy przepływ krwi. Po wielu
nawrotach wreszcie jej się to udało. Niestety, objaw Raynauda okazał się
zwiastunem znacznie cięższej przypadłości: u Mary zdiagnozowano
twardzinę układową, chorobę immunologiczną tego samego rodzaju, do
którego należą reumatoidalne zapalenie stawów, wrzodziejące zapalenie
jelita grubego, toczeń rumieniowaty układowy (TRU) i wiele innych
schorzeń -?takich jak cukrzyca, stwardnienie rozsiane i prawdopodobnie
nawet choroba Alzheimera. Za ich genezę nie zawsze uznaje się zaburzenia
autoimmunologiczne, ich wspólną cechą są jednak atakowanie organizmu
przez jego własny układ odpornościowy i wywołane tym uszkodzenia stawów,
tkanki łącznej i właściwie wszystkich narządów -?oczu, nerwów, skóry,
jelit, wątroby i mózgu. W przebiegu twardziny układowej (jej inna nazwa
to sklerodermia, pochodząca od greckich słów oznaczających stwardniałą
skórę) samobójczy atak układu odpornościowego skutkuje usztywnieniem
skóry, przełyku, serca, tkanek płucnych i wielu innych obszarów ciała.
Co przyczynia się do rozpętania w ciele wojny domowej?
Stanowisko dominujące w podręcznikach medycznych wskazuje na stricte
biologiczny charakter zjawiska. W kilku odosobnionych przypadkach za
czynniki sprawcze uznaje się toksyny, lecz na ogół zakłada się, że za
choroby autoimmunologiczne odpowiadają w dużej mierze predyspozycje
genetyczne. To ściśle fizyczne, wąskie podejście odzwierciedla praktyka
medyczna. Żadnemu specjaliście -?ani mnie, jako jej lekarzowi rodzinnemu
-?nie przyszło na myśl, by rozważyć inne przyczyny choroby Mary, takie,
które wynikałyby z jej indywidualnych doświadczeń. Nikt z nas nie
zainteresował się jej stanem psychicznym przed zachorowaniem ani jego
wpływem na przebieg choroby i jej ostateczny rezultat. Skupialiśmy się
na leczeniu poszczególnych symptomów fizycznych w miarę ich pojawiania
się: przepisywaliśmy leki przeciwzapalne i przeciwbólowe; wykonywaliśmy
zabiegi poprawiające ukrwienie i operacje usuwania ognisk zgorzeli;
stosowaliśmy fizjoterapię mającą na celu przywrócenie sprawności
motorycznej.
Pewnego dnia w odpowiedzi na podszept intuicji nakazujący wysłuchanie
Mary niemal odruchowo zaprosiłem ją na godzinne spotkanie, by
opowiedziała mi o sobie i swoim życiu. Jej zwierzenia stały się dla mnie
objawieniem. Pod maską łagodności i nieśmiałości kryły się potężne złoża
tłumionych od dawna emocji. Mary była dzieckiem maltretowanym,
wielokrotnie porzucanym i przenoszonym z jednego domu zastępczego do
drugiego. Wspominała, jak w wieku siedmiu lat kuliła się na strychu,
tuląc w ramionach młodsze siostry, podczas gdy piętro niżej jej
przybrani rodzice kłócili się i bili pod wpływem alkoholu. "Bez przerwy
straszliwie się bałam, lecz jako siedmiolatka musiałam chronić siostry.
Ale mnie nikt nie chronił" -?wyznała. Nigdy wcześniej nie wyjawiła tych
traum, nawet swemu mężowi, choć żyła z nim od dwudziestu lat. Nauczyła
się nie zdradzać uczuć przed nikim; także przed sobą. Uzewnętrznianie
się, okazywanie wrażliwości i kwestionowanie czegokolwiek -?każde z tych
działań w dzieciństwie mogło stanowić dla niej zagrożenie. Jej
bezpieczeństwo opierało się na uwzględnianiu uczuć innych ludzi, nigdy
własnych. W dorosłym życiu wciąż była uwięziona w roli narzuconej jej
jako dziecku, nieświadoma, że sama ma prawo do opieki, bycia wysłuchaną
i braną pod uwagę.
Mary opisywała siebie jako osobę niezdolną do wyrażania odmowy, w kompulsywny sposób przejmującą odpowiedzialność za zaspokajanie potrzeb
innych ludzi. Nawet gdy jej choroba czyniła zastraszające postępy, ona
martwiła się głównie o męża i prawie dorosłe już dzieci. Czy jej ciało
wykorzystało twardzinę układową jako metodę na ostateczne zerwanie z tą
wszechogarniającą obowiązkowością?
Być może ciało Mary robiło to, do czego jej umysł nie był zdolny:
odrzucało bezwzględne oczekiwania stawiania potrzeb innych ponad
własnymi, którymi najpierw obarczono ją w dzieciństwie, a które potem -
tym razem już sama -?nałożyła na siebie jako dojrzała kobieta.
Zasugerowałem to, gdy w 1993 roku opisałem przypadek Mary w swoim
pierwszym felietonie medycznym dla "The Globe and Mail". "Jeśli
otoczenie uniemożliwiło nam nauczenie się mówienia "nie", nasze ciała
mogą powiedzieć to za nas" -?stwierdziłem. Powołałem się przy tym na
literaturę medyczną, przytaczając przykłady negatywnego wpływu stresu na
układ odpornościowy.
Koncepcja, zgodnie z którą forma radzenia sobie z emocjami może być
czynnikiem istotnym dla rozwoju twardziny układowej bądź innych chorób
przewlekłych, jest przez część lekarzy postrzegana jako herezja. Pewna
reumatolożka, specjalistka z dużego kanadyjskiego szpitala, wysłała do
redakcji zjadliwy list, w którym potępiła nie tylko mój artykuł, lecz
także gazetę za opublikowanie go. Zarzuciła mi brak doświadczenia i nieprzeprowadzenie badań.
Zanegowanie przez specjalistę faktu istnienia związku pomiędzy umysłem a ciałem nie stanowiło dla mnie zaskoczenia. Dualizm -?rozszczepianie na
dwoje tego, co stanowi jedność -?rzutuje na wszystkie nasze przekonania
dotyczące zdrowia i choroby. Staramy się pojąć ciało w oderwaniu od
umysłu. Próbujemy opisywać istoty ludzkie -?zdrowe czy nie -?tak, jakby
funkcjonowały niezależnie od środowiska, w którym się rozwijają, żyją,
pracują, bawią się, kochają i umierają. Tego rodzaju typowe, ukryte
uprzedzenia wynikają z medycznej ortodoksji, a większość lekarzy
przyswaja je w procesie kształcenia, by potem kierować się nimi w praktyce.
W odróżnieniu od wielu innych nauk medycyna nie przyswoiła jeszcze
ważnej lekcji, jaka płynie z teorii względności Einsteina: położenie
obserwatora wpływa na obserwowane zjawisko i na wyniki obserwacji.
Węgiersko-kanadyjski pionier w dziedzinie badania stresu Hans Selye
zwrócił uwagę, że niesprawdzone założenia naukowca w równym stopniu
determinują, co ograniczają jego odkrycia. "Wydaje mi się, że większość
ludzi nie uświadamia sobie w pełni, do jakiego stopnia badania naukowe i wnioski z nich wysnuwane zależą od osobistych poglądów badacza -?napisał
w książce Stress życia. -?Jestem przekonany, że obecnie, w wieku tak
bardzo uzależnionym od nauki i naukowców, ta zasadnicza sprawa zasługuje
na szczególną uwagę"q1. W tej szczerej opinii -?będącej
jednocześnie samooceną -?Selye, który sam był lekarzem, wyraził prawdę
rzadko pojmowaną nawet teraz, wiele lat później.
Im bardziej wyspecjalizowani stają się lekarze, tym więcej wiedzą o konkretnej części ciała lub narządzie, a zarazem tym mniej rozumieją
istotę ludzką, w której ciele znajduje się przedmiot ich
zainteresowania. Pacjenci, z którymi przeprowadziłem wywiady na potrzeby
niniejszej publikacji, niemal jednogłośnie twierdzili, że ani opiekujący
się nimi specjaliści, ani lekarze rodzinni nie zachęcali ich do
wyjawienia osobistej i subiektywnej natury ich życia. W większości swych
kontaktów ze środowiskiem medycznym odnosili raczej wrażenie, że dialog
tego rodzaju uważany jest za zbędny. Rozmawiając z moimi kolegami
specjalistami na temat tych samych pacjentów, doszedłem do wniosku, że
nawet po wielu latach opieki i terapii lekarz może prawie nie znać
szczegółów życia chorego ani jego doświadczeń wykraczających poza wąskie
granice leczonej przypadłości.
W książce tej postanowiłem przedstawić kwestię wpływu stresu na zdrowie
człowieka. Rzecz dotyczy zwłaszcza stresu ukrytego, pojawiającego się u wszystkich ludzi na skutek wczesnych uwarunkowań i stanowiącego wzorzec
tak głęboki, a zarazem tak subtelny, że zdaje się być częścią nas
samych. Odwołuję się do tylu dowodów naukowych, ile uznałem za rozsądne
wskazać w pracy przeznaczonej dla laików, lecz sedno książki -
przynajmniej z mojego punktu widzenia -?tworzą indywidualne historie,
którymi dzielę się na jej łamach z czytelnikami. Tak się przy tym
składa, że relacje te będą zapewne postrzegane za najmniej przekonujące
przez tych, którzy uznają tego rodzaju przesłanki za "niepotwierdzone".
Tylko intelektualny luddysta mógłby zaprzeczyć ogromnym korzyściom,
jakie przyniosło ludzkości skrupulatne stosowanie metod naukowych. Nie
każdą cenną informację da się jednak potwierdzić laboratoryjnie lub przy
użyciu narzędzi statystycznych, tak jak nie każdy aspekt choroby można
sprowadzić do faktów zweryfikowanych w podwójnie ślepych próbach czy z wykorzystaniem nawet najbardziej rygorystycznych procedur. Iwan Iljicz w książce Limits to Medicine (Granice medycyny) napisał: "Medycyna mówi
nam tyle samo o istocie uzdrawiania, cierpienia i umierania, co analiza
chemiczna o estetycznej wartości ceramiki". Wyrzucając poza nawias
uznanego dorobku wiedzy wkład ludzkiego doświadczenia i wglądu,
ograniczamy się w istocie do bardzo wąskiej sfery.
Coś utraciliśmy. W 1892 roku Kanadyjczyk William Osler, jeden z najwybitniejszych lekarzy wszech czasów, wyraził przypuszczenie, że
reumatoidalne zapalenie stawów -?schorzenie o etiologii zbliżonej do
twardziny układowej -?może być powiązane ze stresem. Dzisiejsza
reumatologia na dobrą sprawę ignoruje ten aspekt pomimo przemawiających
za nim dowodów naukowych, które gromadzono przez ponad sto lat, a więc
od chwili, gdy Osler opublikował swoje spostrzeżenia. Właśnie do tego
sprowadziło praktykę medyczną wąskie podejście naukowe. Podnosząc
współczesną naukę do rangi ostatecznego arbitra naszych cierpień, nazbyt
pochopnie odrzuciliśmy mądrość minionych epok.
Jak zauważył amerykański psycholog Ross Buck, do czasu pojawienia się
nowoczesnej technologii medycznej i farmakologii naukowej lekarze
musieli polegać na efekcie placebo. Koniecznością było wzbudzenie w każdym pacjencie przekonania o jego własnej, wewnętrznej zdolności
zdrowienia. Chcąc być skutecznym, lekarz musiał wysłuchać pacjenta,
nawiązać z nim kontakt i zaufać swojej intuicji. Wydaje się, iż lekarze
zarzucili tego rodzaju działania, odkąd zaczęliśmy bazować niemal
wyłącznie na "obiektywnych" pomiarach, opartych na technologii metodach
diagnostycznych oraz "naukowych" terapiach.
Krytyka ze strony wspomnianej wcześniej reumatolożki nie stanowiła zatem
niespodzianki. Znacznie większą okazał się kolejny list -?tym razem ze
słowami poparcia -?który przyszedł do redakcji kilka dni później. Jego
autor, Noel B. Hershfield, profesor medycyny klinicznej na Uniwersytecie
w Calgary, napisał: "Nowa dyscyplina wiedzy, psychoneuroimmunologia,
dojrzała do punktu, w którym pojawiły się zebrane przez naukowców z różnych dziedzin przekonujące dowody na istnienie bliskich związków
między mózgiem a układem odpornościowym (...). Konstrukcja emocjonalna
jednostki oraz jej reakcja na ciągły stres rzeczywiście mogą stanowić
przyczynę wielu chorób, które medycyna leczy, nie znając jednak jeszcze
ich etiologii -?takich jak twardzina układowa, ogromna większość chorób
reumatycznych, nieswoiste zapalenie jelit, cukrzyca, stwardnienie
rozsiane i wiele innych schorzeń, znanych każdej medycznej specjalizacji
(...)".
Zaskoczenie w owym liście stanowiła dla mnie wzmianka o istnieniu nowej
gałęzi medycyny. Czym jest psychoneuroimmunologia? Dowiedziałem się, iż
jest to nic innego, jak nauka o zależnościach między umysłem a ciałem;
nierozerwalnej jedności emocji i fizjologii człowieka w procesie rozwoju
trwającym całe jego życie -?również w okresach choroby. To zniechęcająco
skomplikowane słowo oznacza po prostu, że dyscyplina ta bada sposoby,
jakimi psychika -?umysł i jego treść emocjonalna -?głęboko oddziałuje na
układ nerwowy organizmu oraz jak funkcjonowanie ich obu ściśle wiąże się
z działaniem naszego układu odpornościowego. Niektórzy nazywają tę nową
dziedzinę psychoneuroimmunoendokrynologią, chcąc podkreślić rolę aparatu
endokrynnego, czy też hormonalnego, w procesach przebiegających w całym
organizmie. Innowacyjne badania pozwalają analizować te zależności aż do
poziomu komórkowego. Poznajemy naukowe podstawy tego, co wiedzieliśmy
już wcześniej, lecz -?z wielką stratą dla nas samych -?zapomnieliśmy.
W ciągu dziejów wielu lekarzy rozumiało, że emocje mają ogromny wpływ
zarówno na powstawanie chorób, jak i powrót pacjenta do zdrowia.
Prowadzili w związku z tym badania, pisali książki i kwestionowali
panującą doktrynę medyczną, lecz ich koncepcje, eksperymenty i spostrzeżenia po wielekroć ginęły w czymś w rodzaju medycznego trójkąta
bermudzkiego. Wiedza o zależnościach między umysłem a ciałem, zdobywana
przez poprzednie pokolenia lekarzy i naukowców, znikała bez śladu, jakby
nigdy nie istniała.
W artykule wstępnym sierpniowego wydania czasopisma "New England Journal
of Medicine" z 1985 roku zadeklarowano buńczucznie, iż "nadszedł czas,
by w dużej mierze włożyć między bajki wiarę w chorobę jako bezpośrednie
odzwierciedlenie stanu mentalnego"q2.
Takiego podejścia nie sposób dłużej bronić. Psychoneuroimmunologia, nowa
gałąź wiedzy wspomniana przez dr. Hershfielda w liście do "The Globe and
Mail", okrzepła, nawet jeśli jej odkrycia nie zakorzeniły się jeszcze w świecie praktyki medycznej.
Wystarczy pobieżny przegląd materiałów zgromadzonych w bibliotekach
medycznych lub na specjalistycznych stronach internetowych, by dostrzec
rosnącą falę popularności publikacji naukowych, artykułów i podręczników
przedstawiających wiedzę z tej nowej dziedziny. Upowszechnia się ona
stopniowo także za pośrednictwem magazynów i książek popularnonaukowych.
Laiccy odbiorcy, którzy pod wieloma względami wyprzedzają specjalistów i nie są tak mocno przywiązani do ortodoksyjnych teorii, mniej obawiają
się odstąpienia od prostych podziałów dotyczących ludzkiego organizmu
czy zaakceptowania, że jego cudowna całość jest czymś więcej niż
zaledwie sumą części.
Aktywność ludzkiego układu odpornościowego nie jest oderwana od naszych
codziennych doświadczeń. Wykazano na przykład, że mechanizmy obronne,
które u zdrowych młodych ludzi działają sprawnie w zwykłych
okolicznościach, słabną w wyniku presji, jaka pojawia się w czasie sesji
egzaminacyjnych. Stwierdzono, że jeszcze większy wpływ na przyszłe
zdrowie i dobrostan wywiera samotność -?u najbardziej wyalienowanych
studentów największego uszczerbku doznała sprawność układu
immunologicznego. Na podobnej zasadzie izolacja została skojarzona ze
zmniejszoną aktywnością tego układu u pacjentów hospitalizowanych ze
względów psychiatrycznych. Fakty te należałoby wziąć pod uwagę, nawet
gdyby nie istniały żadne inne dowody naukowe na długoterminowe skutki
chronicznego stresu -?choć jest ich wiele. Presja towarzysząca egzaminom
jest oczywista i krótkotrwała, jednak wielu ludzi nieświadomie prowadzi
życie w taki sposób, jakby nieustannie znajdowali się pod okiem
potężnego, osądzającego ich egzaminatora, którego należy za wszelką cenę
zadowolić. Wielu z nas, nawet jeśli nie doświadcza samotności, trwa w emocjonalnie dysfunkcyjnych związkach, w których nasze najważniejsze
potrzeby nie są dostrzegane lub szanowane. Wyobcowanie i stres rzutują
także na dobrostan osób przekonanych, że ich życie jest całkowicie
satysfakcjonujące.
Jak stres może się przeobrazić w chorobę? Stres stanowi skomplikowaną
kaskadę fizycznych i biochemicznych reakcji na silne bodźce emocjonalne.
W ujęciu fizjologicznym emocje mają charakter impulsów elektrycznych,
chemicznych i hormonalnych w układzie nerwowym człowieka. Wpływają one -
przy czym zależność ta jest dwukierunkowa -?na funkcjonowanie głównych
organów, spójność układu odpornościowego oraz działanie wielu krążących
w organizmie substancji biologicznych, odgrywających istotne role w regulowaniu jego stanu fizycznego. Tłumienie emocji -?jak musiała to
robić Mary, gdy jako dziecko poszukiwała bezpieczeństwa -?skutkuje
rozbrojeniem mechanizmów chroniących organizm przed chorobą. Wyparcie -
oddzielenie emocji od świadomości i zepchnięcie ich do sfery
nieświadomości -?dezorganizuje i dezorientuje fizjologiczne mechanizmy
obronne do tego stopnia, że u niektórych osób zaczynają one szwankować i zamiast stać na straży zdrowia, stają się jego niszczycielami.
Pracując przez siedem lat na stanowisku koordynatora medycznego Oddziału
Opieki Paliatywnej w szpitalu w Vancouver, poznałem wielu cierpiących na
choroby przewlekłe ludzi, których emocjonalna przeszłość przypominała
doświadczenia życiowe Mary. Podobne mechanizmy i sposoby radzenia sobie
ze stresem przejawiali również przyjeżdżający do nas na zabiegi
paliatywne pacjenci z nowotworami lub borykający się z procesami
zwyrodnieniowymi, takimi jak stwardnienie zanikowe boczne (zwane w Ameryce Północnej chorobą Lou Gehriga, od nazwiska wybitnego
amerykańskiego baseballisty, który zmarł w jej wyniku; w Wielkiej
Brytanii z kolei jest ono określane chorobą neuronu ruchowego). W mojej
praktyce lekarza rodzinnego obserwowałem te same wzorce zachowań u osób
zmagających się ze stwardnieniem rozsianym, z dolegliwościami zapalnymi
jelit -?jak wrzodziejące zapalenie jelita grubego czy choroba
Leśniowskiego-Crohna -?zespołem przewlekłego zmęczenia, zaburzeniami
autoimmunologicznymi, fibromialgią, migreną, chorobami skóry,
endometriozą i wieloma innymi schorzeniami. Prawie żaden z moich ciężko
chorych pacjentów nie potrafił odmawiać w kwestiach dotyczących ważnych
sfer życia. Nawet jeśli osobowości niektórych ludzi oraz ich sytuacje
życiowe były na pierwszy rzut oka inne niż w przypadku Mary, zawsze
kryły się za nimi te same emocjonalne mechanizmy wyparcia.
Wśród moich nieuleczalnie chorych pacjentów znajdował się mężczyzna w średnim wieku, będący dyrektorem generalnym firmy, która sprzedawała
chrząstkę rekina jako specyfik przeciwrakowy. Nim został przyjęty na
nasz oddział, jego niewiele wcześniej zdiagnozowany nowotwór zdążył się
rozprzestrzenić po całym organizmie. Niemal do ostatniego dnia życia
człowiek ten jadł chrząstkę rekina, choć już nie dlatego, że wierzył w jej skuteczność. Cuchnęła paskudnie -?odrażający smród wyczuwało się z daleka -?i mogłem sobie jedynie wyobrażać, jak smakuje. "Nienawidzę tego
jeść -?wyznał mi -?ale mój partner biznesowy byłby bardzo rozczarowany,
gdybym przestał". Przekonałem go, że ma pełne prawo dożyć swoich dni bez
poczucia odpowiedzialności za czyjeś rozczarowanie.
Postawienie hipotezy, zgodnie z którą sposób przystosowania człowieka do
życia mógłby stanowić czynnik chorobotwórczy, wymaga delikatności.
Korelacje między postępowaniem a późniejszym zachorowaniem w przypadku,
dajmy na to, palenia tytoniu i raka płuc są oczywiste dla wszystkich -
może z wyjątkiem potentatów przemysłu tytoniowego. Jednak powiązania
między emocjami a pojawieniem się stwardnienia rozsianego, raka piersi
czy zapalenia stawów są już trudniejsze do udowodnienia. Pacjent nie
tylko cierpi w wyniku choroby, lecz także odnosi wrażenie, że jest
obwiniany o bycie takim, a nie innym człowiekiem. "Po co piszesz taką
książkę? -?zapytała mnie pięćdziesięciodwuletnia profesorka
uniwersytetu, zmagająca się z nowotworem piersi. -?Zachorowałam na raka
ze względu na uwarunkowania genetyczne, a nie dlatego, że coś zrobiłam"
-?powiedziała gniewnie.
"Traktowanie choroby i śmierci jako osobistej porażki jest wyjątkowo
niefortunną formą obarczania winą ofiary -?oskarżał wstępniak w czasopiśmie "New England Journal of Medicine" z 1985 roku. -?Gdy pacjent
jest już obciążony chorobą, nie należy dodatkowo pognębiać go
oczekiwaniem, że weźmie na siebie odpowiedzialność za jej wystąpienie".
Do drażliwej kwestii domniemanej winy jeszcze wrócę, tymczasem zaznaczę
jedynie, że nie chodzi tu o winę ani porażkę. Takie określenia
zaciemniają obraz sytuacji. Jak postaram się wkrótce wykazać, obwinianie
cierpiącego -?poza tym, że jest nieetyczne -?z naukowego punktu widzenia
nie ma żadnych podstaw.
W artykule zamieszczonym w "NEJM" winę przemieszano z odpowiedzialnością. Choć wszyscy obawiamy się obciążenia
odpowiedzialnością, każdy z nas zapewne życzyłby sobie częściej być
odpowiedzialnym za wydarzenia we własnym życiu, a więc świadomie nimi
kierować, a nie tylko reagować w sposób odruchowy. Chcemy rozporządzać
swoim życiem; być odpowiedzialnymi i zdolnymi do podejmowania własnych
decyzji wpływających na sprawy dla nas istotne. Prawdziwa
odpowiedzialność nie istnieje jednak w oderwaniu od świadomości. Jedną
ze słabości zachodniego podejścia do medycyny jest uczynienie z lekarza
jedynego autorytetu, z pacjenta zaś -?najczęściej pasywnego obiektu
terapii lub odbiorcy leku. Ludzie zostali pozbawieni możliwości bycia
prawdziwie odpowiedzialnymi. Nikt nie powinien być obarczany winą za
własną chorobę bądź śmierć. Mogą one przypaść w udziale każdemu, w dowolnej chwili, ale im więcej wiemy na swój temat, tym łatwiej
unikniemy stawania się biernymi ofiarami swoich przypadłości.
Relacje między umysłem a ciałem należy dostrzegać w celu zrozumienia nie
tylko choroby, lecz także zdrowia. Doktor Robert Maunder z wydziału
psychiatrii na Uniwersytecie w Toronto pisał o roli komunikacji
umysł-ciało w czasie choroby. "Próba zrozumienia i rozwiązania problemu
stresu daje większe szanse na zdrowie niż ignorowanie go" -?powiedział
mi w wywiadzie. W przebiegu terapii każda informacja, każda cząstka
prawdy mogą mieć niebagatelne znaczenie. Jeśli istnieje związek między
emocjami a fizjologią, przemilczenie tego faktu pozbawia pacjenta
potężnej broni do walki z chorobą.
W tym miejscu docieramy do problemu nieadekwatności języka. Samo
rozprawianie o powiązaniach między umysłem a ciałem każe sądzić, że są
to dwa odrębne, jedynie w jakimś zakresie współpracujące byty. W rzeczywistości takie rozgraniczenie nie istnieje; nie ma ciała, które
nie byłoby umysłem, i nie ma umysłu, który nie byłby ciałem. Niektórzy
sugerują wprowadzenie terminu mindbody (umysł-ciało), który lepiej
oddaje prawdziwy stan rzeczy.
Nawet w krajach Zachodu myślenie o związkach umysł-ciało nie jest
zupełnie nowe. W jednym z Dialogów Platona Sokrates przytacza krytykę,
jaką tracki lekarz wygłosił pod adresem swych greckich kolegów: "Właśnie
dlatego lekarzom u Hellenów wymyka się tak wiele chorób, że nie znają
tej całości, o którą troskliwie dbać potrzeba (...). Teraz właśnie, mówi,
to jest ten błąd rozpowszechniony między ludźmi, że bez jednego i bez
drugiego1 niejeden próbuje być lekarzem"q3. Umysłu od
ciała oddzielić nie sposób -?Sokrates wiedział to niemal dwa i pół
tysiąclecia przed pojawieniem się psychoneuroimmunoendokrynologii!
Pisanie książki Kiedy ciało mówi nie zaowocowało nie tylko
potwierdzeniem niektórych spostrzeżeń, które po raz pierwszy wyraziłem w artykule dotyczącym przypadku twardziny układowej u Mary. Przy okazji
wiele się nauczyłem i głęboko doceniłem pracę setek lekarzy, naukowców,
psychologów i badaczy, którzy nakreślili zarysy nieznanej wcześniej
dziedziny relacji umysł-ciało. Praca nad tą książką stała się dla mnie
przy tym wewnętrzną eksploracją sposobów, na jakie sam tłumiłem emocje.
Do odbycia tej osobistej podróży skłoniło mnie pytanie, które usłyszałem
od psychoterapeuty z British Columbia Cancer Agency, dokąd udałem się w celu zbadania roli wypierania emocji w rozwoju raka. Jak się wydaje,
wiele osób ze zdiagnozowaną chorobą nowotworową odruchowo tłumi
cierpienie psychiczne i fizyczne, a także nieprzyjemne emocje, takie jak
gniew, smutek czy poczucie odrzucenia. "Jaki jest twój osobisty związek
z tym problemem? -?zapytał mnie terapeuta. -?Co cię przyciąga do tego
konkretnego tematu?".
Pytanie to wydobyło z mojej pamięci wspomnienie wydarzenia sprzed
siedmiu lat. Pewnego wieczoru pojechałem do domu opieki, w którym
przebywała moja siedemdziesięciosześcioletnia wówczas matka. Cierpiała
na postępującą dystrofię mięśniową, dziedziczną chorobę powodującą zanik
mięśni, która występuje w naszej rodzinie. Ponieważ schorzenie
wyniszczyło jej ciało do tego stopnia, że nie mogła już nawet usiąść bez
pomocy, nie była w stanie samodzielnie funkcjonować we własnym domu. Ja
i moi dwaj bracia odwiedzaliśmy ją wraz z rodzinami aż do jej śmierci,
która czasowo zbiegła się z rozpoczęciem przeze mnie pracy nad niniejszą
publikacją.
Idąc korytarzem domu opieki, lekko utykałem. Tego samego ranka
przeszedłem operację uszkodzonej chrząstki kolanowej, której musiałem
się poddać na skutek ignorowania licznych sygnałów, jakie moje ciało
wysyłało mi językiem bólu za każdym razem, gdy biegałem po betonie. Gdy
tylko otworzyłem drzwi do pokoju mamy i ruszyłem się z nią przywitać,
odruchowo nadałem swoim krokom zwykłą nonszalancję. Impuls do ukrycia
kuśtykania nie był świadomy -?posłuchałem go, nim zdałem sobie z tego
sprawę. Dopiero później zacząłem się zastanawiać, co skłoniło mnie do
podjęcia tak -?nomen omen -?zbędnych kroków. Zbędnych, ponieważ moja
matka z pewnością całkowicie spokojnie przyjęłaby informację, że jej
ponadpięćdziesięcioletni syn kuleje niespełna dwanaście godzin po
operacji kolana.
Co zatem mną powodowało? Odruch, by ochronić matkę przed smutkiem, nawet
w tak niewinnej sytuacji, był głęboko wdrukowany i wynikał z instynktu,
który miał niewiele wspólnego z naszymi obecnymi potrzebami. Był oparty
na wspomnieniach -?stanowił rekonstrukcję reakcji wyrytej w moim
rozwijającym się mózgu, zanim zyskałem jej świadomość.
Ocalałem z nazistowskiej apokalipsy, lecz w jakimś stopniu jestem także
jej dzieckiem -?większość pierwszego roku swego życia spędziłem w Budapeszcie pod niemiecką okupacją. Moich dziadków ze strony matki
zgładzono w Auschwitz, kiedy miałem pięć miesięcy; ciotka również
została deportowana i słuch po niej zaginął. Ojciec trafił do batalionu
prac przymusowych w służbie armii niemieckiej i węgierskiej. Wraz z matką ledwo przeżyliśmy miesiące spędzone w budapeszteńskim getcie. Na
kilka tygodni musiała się nawet ze mną rozstać, stanowiło to bowiem
jedyny sposób na uratowanie mnie przed śmiercią głodową albo chorobą.
Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zrozumieć, że w jej stanie umysłu i pod nieludzką presją stresów, jakie towarzyszyły jej każdego dnia, matka
rzadko zdobywała się na czuły uśmiech i niepodzielną uwagę, niezbędne do
utrwalenia poczucia bezpieczeństwa i bezwarunkowej miłości u rozwijającego się niemowlęcia. Opowiadała mi zresztą o wielu sytuacjach,
w których przepełniała ją rozpacz tak wielka, że jedyną motywacją do
wstania z łóżka była konieczność opieki nade mną. Wcześnie nauczyłem
się, że muszę zasłużyć na jej uwagę i stać się dla niej jak najmniejszym
ciężarem, a własne lęki i cierpienia najlepiej stłumić.
W zdrowych relacjach troska matki nie wymaga od niemowlęcia
zapracowywania na to, co otrzymuje. Moja matka nie potrafiła zapewnić mi
tej bezwarunkowej opieki -?a ponieważ nie była ani święta, ani
doskonała, niewykluczone, że nie udałoby się jej to w pełni nawet bez
koszmaru, jakiego doświadczyła nasza rodzina.
W takich okolicznościach stałem się obrońcą swojej matki -?chroniłem ją
przede wszystkim przed świadomością mojego cierpienia. Obronny odruch,
który wykształcił się u niemowlęcia, wkrótce przeistoczył się w utrwalony wzorzec osobowości, po pięćdziesięciu jeden latach wciąż
skłaniający mnie do ukrywania przed nią nawet najmniejszego fizycznego
dyskomfortu.
Nie rozważałem pisania książki Kiedy ciało mówi nie w takich
kategoriach. Traktowałem ją raczej jak intelektualną podróż; badanie
interesującej teorii, która pomogłaby rzucić światło na kwestie
ludzkiego organizmu w stanie zdrowia i choroby. Ścieżkę tę przedeptali
przede mną inni, ale zawsze przecież zostaje coś do odkrycia. Pytanie
terapeuty skłoniło mnie do zmierzenia się z problemem wyparcia
emocjonalnego we własnym życiu. Dzięki temu uświadomiłem sobie, że
maskowanie utykania jest jedynie małym jego przykładem.
Z tego właśnie powodu chcę podzielić się nie tylko wiedzą czerpaną od
innych czy z fachowych czasopism, lecz także obserwacjami z własnego
życia. Mechanizm wyparcia działa u każdego z nas. Wszyscy do pewnego
stopnia coś negujemy i oszukujemy sami siebie, na ogół w sposób, którego
nie jesteśmy świadomi bardziej niż ja, gdy "postanowiłem" zamaskować
swoje utykanie. O zdrowiu czy chorobie decyduje jedynie kwestia skali
tych zjawisk bądź obecności albo braku innych czynników -?takich jak
dziedziczność czy zagrożenia środowiskowe -?które sprzyjają występowaniu
określonych schorzeń. Pokazując, że wyparcie stanowi główną przyczynę
stresu i jest istotnym czynnikiem chorobotwórczym, nie wytykam nikogo
palcem za "rozchorowanie się na własną prośbę". Celem tej książki są
szerzenie wiedzy i rozpowszechnianie informacji o możliwościach
leczenia, a nie przysparzanie winy i wstydu, które w naszej kulturze
panoszą się aż zanadto. Być może jestem nadmiernie wyczulony na kwestię
poczucia winy, lecz nie różnię się pod tym względem od większości ludzi.
Wstyd jest najgłębszą z "negatywnych emocji" -?zrobimy niemal wszystko,
by go uniknąć. Niestety, ustawiczny strach przed wstydem zaburza naszą
zdolność trzeźwej oceny rzeczywistości.
Pomimo usilnych starań wielu lekarzy po ośmiu latach od uzyskania
diagnozy Mary zmarła w szpitalu w Vancouver na skutek powikłań
związanych z twardziną układową. Do końca zachowała łagodny uśmiech,
choć jej serce było słabe, a oddech stał się ciężki. Raz na jakiś czas
prosiła mnie o długą prywatną wizytę -?nawet w szpitalu, w ostatnich
dniach życia. Chciała po prostu porozmawiać o sprawach poważnych i błahych. "Jesteś jedynym człowiekiem, który mnie kiedykolwiek słuchał" -
wyznała kiedyś.
Czasami zastanawiam się, jak mogłoby się ułożyć życie Mary, gdyby ktoś
ją dostrzegł, wysłuchał i zrozumiał, kiedy była małą dziewczynką -
maltretowaną, wystraszoną i uginającą się pod presją odpowiedzialności
za młodsze siostry. Być może gdyby miała wówczas przy sobie kogoś, na
kim niezawodnie mogłaby się oprzeć, nauczyłaby się cenić siebie, wyrażać
swoje uczucia i okazywać gniew w razie naruszenia jej fizycznych i emocjonalnych granic. Czy żyłaby nadal, jeśli tak potoczyłyby się jej
losy?
Chodzi o głowę i resztę ciała (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział 2
Dziewczynka zbyt dobra, by mogła być prawdziwa
Stwierdzenie, że wiosną i latem 1996 roku
życie Natalie obfitowało w stresy, byłoby niedopowiedzeniem. W marcu jej
szesnastoletniego syna wypuszczono z ośrodka odwykowego po półrocznym
pobycie. W ciągu dwóch poprzednich lat wielokrotnie wyrzucano go ze
szkoły za używanie narkotyków i alkoholu. "Mieliśmy szczęście, że
znalazło się dla niego miejsce na terapii stacjonarnej -?mówi Natalie,
pięćdziesięciotrzyletnia była pielęgniarka. -?Niedługo po jego powrocie
do domu zdiagnozowano mojego męża, a potem mnie". W lipcu jej mąż Bill
przeszedł operację złośliwego guza jelita grubego. Po operacji lekarze
powiedzieli mu, że nowotwór objął także wątrobę.
Natalie doskwierały nieustanne zmęczenie, sporadyczne dzwonienie w uszach i zawroty głowy, lecz były one krótkotrwałe i ustępowały bez
leczenia. Na rok przed rozpoznaniem choroby czuła się bardziej zmęczona
niż zwykle. Po gwałtownym napadzie zawrotów głowy została skierowana na
tomografię komputerową, badanie niczego jednak nie wykazało. Wykonany
dwa miesiące później rezonans magnetyczny mózgu Natalie ujawnił
natomiast nieprawidłowości charakterystyczne dla stwardnienia
rozsianego: ogniska stanów zapalnych, w obrębie których stwierdzono
uszkodzenia i bliznowacenie mieliny -?zbudowanej z tkanki tłuszczowej
osłonki chroniącej komórki nerwowe.
Stwardnienie rozsiane jest najczęstszym z tak zwanych schorzeń
demielinizacyjnych, które upośledzają działanie komórek ośrodkowego
układu nerwowego. Towarzyszące mu objawy są uzależnione od miejsc
objętych stanem zapalnym i bliznowaceniem. Choroba atakuje najczęściej
rdzeń kręgowy, pień mózgu i nerw wzrokowy, będący wiązką włókien
nerwowych przenoszących informacje z gałek ocznych do mózgu. W przypadku
uszkodzeń zlokalizowanych w obrębie rdzenia kręgowego symptomy obejmują
drętwienie, ból i inne nieprzyjemne odczucia pojawiające się w kończynach lub tułowiu. Niekiedy dochodzi do mimowolnego napięcia czy
osłabienia mięśni. Degradacja osłonek mielinowych w dolnej części mózgu
może skutkować podwójnym widzeniem, problemami z mową bądź trudnością z utrzymaniem równowagi. Pacjenci z zapaleniem nerwu wzrokowego borykają
się z przejściową utratą wzroku. Bardzo częstym objawem jest zmęczenie -
poczucie przytłaczającego wyczerpania, znacznie wykraczające poza typowe
osłabienie.
Natalie uskarżała się na zawroty głowy przez całą jesień i wczesną zimę,
a więc w trakcie opieki nad mężem podczas jego rekonwalescencji po
operacji jelita i trwającej dwanaście tygodni chemioterapii. Potem Bill
na pewien czas wrócił do swojej pracy w charakterze agenta
nieruchomości. Następnie w maju 1997 roku został poddany operacji
usunięcia guzów zlokalizowanych w wątrobie.
"Po resekcji, polegającej na usunięciu siedemdziesięciu pięciu procent
wątroby, u Billa doszło do zakrzepu krwi w żyle wrotnej1. Zator
mógł się okazać śmiertelny -?wspomina Natalie. -?Mąż stał się zagubiony
i wojowniczy". Bill zmarł w 1999 roku, przedtem jednak naraził żonę na
ogrom emocjonalnego cierpienia, jakiego nie była w stanie przewidzieć.
Badacze z Kolorado przyjrzeli się stu osobom ze stwardnieniem rozsianym
o postaci rzutowo-remisyjnej, w której nawroty choroby następują
naprzemiennie z okresami bezobjawowymi. Właśnie taki typ choroby
rozwinął się u Natalie. U pacjentów zagrożonych skrajnie silnymi
czynnikami stresogennymi, takimi jak poważne trudności w związku lub
niestabilność finansowa, do nasilenia objawów dochodziło prawie
czterokrotnie częściejq4.
-?W Boże Narodzenie 1996 roku zawroty głowy dokuczały mi bardzo często,
ale potem niemal całkowicie doszłam do siebie -?opowiada Natalie. -
Tylko trochę niezgrabnie chodziłam. I pomimo wielu problemów związanych
z resekcją wątroby u Billa -?między lipcem a sierpniem aż cztery razy
zabierałam go na szpitalny oddział ratunkowy -?nic mi nie dolegało.
Wyglądało na to, że mąż wraca do zdrowia, i mieliśmy nadzieję, że nie
dojdzie do kolejnych komplikacji. Później moja choroba po raz kolejny
się pogłębiła.
Zaostrzenie nastąpiło w chwili, gdy Natalie uznała, że może się trochę
odprężyć, ponieważ nie musi już trwać w ciągłym pogotowiu.
-?Mój mąż należał do ludzi, którzy uważają, że jeśli nie chcą czegoś
robić, to nie muszą. Zawsze taki był. Gdy zachorował, nie miał zamiaru
nic z tym zrobić. Siedział na kanapie i pstrykał palcami, a kiedy to
robił, podskakiwałam. Irytował tym nawet dzieci. W końcu jesienią, kiedy
mu się polepszyło, wysłałam go na kilka dni za miasto z przyjaciółmi.
Powiedziałam sobie: "Powinien gdzieś wyjść, potrzebujesz tego".
-?A czego ty potrzebowałaś? -?zapytałem.
-?Miałam dość. Poprosiłam jego przyjaciela: "Zabierz go gdzieś, gdzie
będziecie mogli przez parę dni pograć w golfa". I faktycznie, przyjechał
i go zabrał. Dwie godziny później poczułam zaostrzenie objawów choroby.
Jakie wnioski mogła wyciągnąć z tego doświadczenia?
-?Cóż -?rzekła z wahaniem Natalie. -?Takie, że powinnam była wiedzieć, w którym momencie wyjść z trybu pomagania. Ale po prostu nie umiem; kiedy
wiem, że ktoś potrzebuje pomocy, czuję się w obowiązku pomóc.
-?Niezależnie od tego, co się z tobą dzieje?
-?Tak. Minęło pięć lat, a ja wciąż nie nauczyłam się hamować. Moje ciało
często protestuje, a ja mimo to prę przed siebie. Niczego mnie to nie
uczy.
W trakcie trwania małżeństwa organizm Natalie miał wiele powodów do
buntu. Bill był alkoholikiem i często wprawiał ją w zakłopotanie. "Gdy
trochę sobie pofolgował z piciem, robił się trudny do zniesienia -
opowiadała. -?Stawał się kłótliwy, agresywny, tracił panowanie nad sobą.
Jeśli coś go zdenerwowało na imprezie, bez wyraźnego powodu naskakiwał
na ludzi w miejscach publicznych. Odwracałam się wtedy i odchodziłam, a on wściekał się na mnie, że go nie wspieram. Już po dwóch dniach od
stwierdzenia u mnie stwardnienia rozsianego wiedziałam, że nie mogę na
niego liczyć".
Po powrocie z golfowego wyjazdu Bill na kilka miesięcy odzyskał wigor.
Wdał się w romans z kobietą, która była przyjaciółką rodziny.
"Pomyślałam sobie wtedy: zobacz, co dla ciebie zrobiłam -?mówi Natalie.
-?Naraziłam na szwank własne zdrowie. Opiekowałam się tobą całe lato.
Byłeś u progu śmierci, a ja tkwiłam w szpitalu przez trzy doby, czekając
na wyrok: wyzdrowiejesz czy umrzesz? Zajmowałam się tobą, gdy wróciłeś
do domu. A ty tak mi się odwdzięczasz. Jakbym dostała w pysk".
Koncepcja uznająca stres psychiczny za jeden z czynników zwiększających
ryzyko stwardnienia rozsianego nie jest nowa. Pełny kliniczny obraz tej
choroby jako pierwszy przedstawił francuski neurolog Jean-Martin
Charcot. W wykładzie wygłoszonym w 1869 roku nadmienił on, iż
"długotrwały żal lub zgryzota" łączą się z wystąpieniem
charakterystycznych dla nich objawów. Pięć lat później pewien brytyjski
lekarz opisał przypadek stwardnienia rozsianego, który również miał
związek ze stresem: "W rozważaniach o aspekcie etiologicznym należy
wspomnieć o informacji, jaką ta nieszczęsna pacjentka poufnie przekazała
pielęgniarce, a mianowicie, że przyczyną jej choroby było przyłapanie
męża w łóżku z inną kobietą"q5.
Na potrzeby tej książki przeprowadziłem wywiady z dziewięcioma osobami
chorymi na stwardnienie rozsiane, w tym ośmioma kobietami. (Choroba ta w mniej więcej 60 procentach przypadków dotyka kobiety). Wzorce
emocjonalne widoczne w historii Natalie można zaobserwować u każdej z tych osób, nawet jeśli nie zawsze w tak skrajnej formie.
Dowody zgromadzone dzięki tym wywiadom pokrywają się z wynikami badań.
"Wielu klinicznych badaczy tej choroby wyraziło opinię, że stres
emocjonalny może mieć związek z genezą stwardnienia rozsianego" -
stwierdzono w artykule opublikowanym w 1970 rokuq6. Nadmierne
przywiązanie do rodzica, brak niezależności psychicznej, przemożna
potrzeba miłości i przywiązania oraz niezdolność do odczuwania lub
wyrażania gniewu od dawna są uważane przez badaczy za możliwe czynniki
naturalnego rozwoju omawianej choroby. Opracowania z 1958 roku wskazały,
że w blisko 90 procentach przypadków "przed wystąpieniem objawów (...)
pacjenci doświadczyli traumatycznych przeżyć, zagrażających ich
"systemowi bezpieczeństwa""q7.
W przeprowadzonym w 1969 roku badaniu przyjrzano się znaczeniu procesów
psychicznych u trzydziestu dwóch pacjentów z Izraela i ze Stanów
Zjednoczonych. U 85 procent z nich objawy -?zdiagnozowane w późniejszym
czasie jako skutki stwardnienia rozsianego -?pojawiły się w następstwie
niedawnego silnie stresującego wydarzenia. Były to bodźce o bardzo
zróżnicowanym charakterze -?od śmierci lub choroby kogoś bliskiego przez
nagłą groźbę utraty środków do życia aż po sytuacje rodzinne powodujące
trwałą zmianę w życiu badanego i wymagające elastyczności bądź adaptacji
wykraczającej poza możliwości konkretnej osoby. Jednym z takich źródeł
stresu okazał się długotrwały konflikt małżeński, a innym rosnąca
odpowiedzialność w miejscu pracy. Autorzy badania skonkludowali: "Cechą
wspólną są stopniowo narastająca świadomość niemożności poradzenia sobie
z trudną sytuacją (...) i rodzące się na tym tle poczucie nieudolności lub
porażki"q8. Stresy tego rodzaju występują u ludzi we wszystkich
kulturach.
Podczas innego badania porównywano pacjentów cierpiących na stwardnienie
rozsiane ze zdrowymi osobami stanowiącymi grupę kontrolną. Wśród chorych
silnie stresujące zdarzenia były dziesięciokrotnie częstsze, z czego
same konflikty małżeńskie -?pięciokrotnieq9.
Spośród ośmiu moich rozmówczyń ze stwardnieniem rozsianym tylko jedna
była nadal w swoim pierwszym długotrwałym związku; reszta rozstała się
lub rozwiodła. Cztery z nich były przed zachorowaniem maltretowane
fizycznie bądź psychicznie przez swych partnerów. W pozostałych
przypadkach partnerzy byli emocjonalnie zdystansowani i nieprzystępni.
U dziennikarki o imieniu Lois stwardnienie rozsiane zdiagnozowano w 1974
roku; miała wówczas dwadzieścia cztery lata. Kilka miesięcy po krótkim
epizodzie podwójnego widzenia zaczęła doświadczać mrowienia w nogach.
Poprzednie dwa lata spędziła w malutkiej zamieszkanej przez autochtonów
osadzie w Arktyce, z mężczyzną o dziewięć lat od niej starszym -
artystą, którego obecnie opisuje jako człowieka niezrównoważonego
psychicznie. Trafił on potem do szpitala z rozpoznaniem choroby
maniakalno-depresyjnej.
-?Ubóstwiałam go -?wspomina Lois. -?Był niezwykle utalentowany i czułam
się przy nim mała. Może nawet trochę się go bałam.
Życie na Arktyce okazało się dla niej niezmiernie trudne.
-?Dla chowanej pod kloszem dziewczyny z Zachodniego Wybrzeża to było jak
przeprowadzka do Timbuktu. Wiele lat później usłyszałam od psychologa:
"Miałaś szczęście, że wyszłaś stamtąd żywa". To odosobnione miejsce było
naznaczone alkoholizmem, morderstwami i śmiercią. Nie istnieją tam
drogi. Bałam się swojego partnera, jego osądów i gniewu. Ten letni
romans powinien się skończyć po kilku miesiącach, a tymczasem ciągnął
się kilka lat. Próbowałam się trzymać najlepiej, jak umiałam, lecz
wreszcie mój chłopak się mnie pozbył.
Warunki bytowe były złe.
-?Mieliśmy wychodek, ale przy minus czterdziestu czy minus czterdziestu
pięciu stopniach to był dramat. Potem mój partner się poddał i zdobył
przenośną toaletę, jeśli można to tak nazwać, do której mogłam załatwiać
się w nocy -?bo kobiety siusiają częściej niż mężczyźni, prawda?
-?Traktował to jak ustępstwo? -?zapytałem.
-?Zgadza się. Musieliśmy ją wynosić w celu opróżnienia, ale on nie
chciał tego robić. Pewnej nocy cisnął toaletę w śnieg i kazał mi
skorzystać z wychodka. Musiałam też nosić wodę, gdyż nie było dostępu do
bieżącej. Nie miałam wyjścia. Jeśli chciałam z nim być, musiałam się z tym pogodzić.
Pamiętam, jak mówiłam mu, że najważniejszą rzeczą, jakiej od niego
oczekuję, jest szacunek. Nie wiem dlaczego, ale było to dla mnie
niezwykle istotne. Pragnęłam tego tak bardzo, że byłam w stanie wiele
znieść.
Lois wyznała, że rozpaczliwa potrzeba aprobaty cechowała także jej
wcześniejsze relacje, zwłaszcza te z matką.
-?W jakiś sposób uosabiał dla mnie matkę, która zawsze kontrolowała moje
życie (...) od samego początku mówiła mi, jak mam się ubierać czy urządzić
pokój. Byłam dziewczynką zbyt dobrą, by mogła być prawdziwa. Oznaczało
to, że marginalizowałam własne pragnienia i potrzeby za cenę czyjejś
aprobaty. Zawsze starałam się być taka, jaką chcieli widzieć mnie
rodzice.
Barbara, psychoterapeutka -?sądząc po reputacji, znakomita -?leczy wiele
osób cierpiących na choroby przewlekłe. Sama zapadła na stwardnienie
rozsiane. Uporczywie sprzeciwia się sugestii, jakoby jej stany zapalne i zbliznowacenia leżące u podstaw tej choroby miały cokolwiek wspólnego z wypieraniem emocji w dzieciństwie. Stwardnienie rozsiane ujawniło się u niej osiemnaście lat temu. Pierwsze symptomy dały o sobie znać tuż po
tym, jak na dwa tygodnie zaprosiła do siebie socjopatycznego mężczyznę,
z którym pracowała w zakładzie poprawczym.
-?Przeszedł długą terapię i chodziło o to, by dać mu nową szansę -
opowiada.
Pacjent ów zasiał w jej domu i małżeństwie chaos i spustoszenie.
Zapytałem Barbarę, czy nie sądzi, iż zaproszenie do domu osoby z poważnymi problemami stanowiło rażące naruszenie jej własnych granic.
-?Cóż, tak i nie. Zdawało mi się, że ponieważ umowa dotyczyła dwóch
tygodni, wszystko będzie w porządku. Oczywiście nigdy więcej już czegoś
takiego nie zrobię. Jestem teraz tak dobra w wyznaczaniu swoich granic,
że jedna z moich pacjentek nazywa mnie królową granic -?a ponieważ ona
także jest terapeutką, żartujemy sobie z tego. Niestety, odebrałam
bolesną lekcję. Czasami myślę, że moje stwardnienie rozsiane jest karą
za głupotę.
Uznanie choroby za rodzaj kary wiąże się z bardzo istotną kwestią, a mianowicie taką, że przewlekle chorujące osoby często są oskarżane -?lub
zarzucają same sobie -?że w jakiś sposób zasłużyły na własne
nieszczęście. Gdyby teoria wyparcia/stresu istotnie sugerowała, że
choroba jest karą, zgodziłbym się ze stanowiskiem Barbary, która ją
odrzuca. Jednak próby naukowego zrozumienia nie da się pogodzić z moralizowaniem i osądem. Stwierdzenie, że nierozważna decyzja o zaproszeniu do domu potencjalnie toksycznego człowieka okazała się
źródłem stresu i przyczyniła się do rozwoju choroby, stanowi jedynie
wskazanie na związek między stresem a chorobą. Chodzi o omówienie
ewentualnych konsekwencji -?nie w kontekście kary, lecz fizjologicznej
rzeczywistości.
Barbara utrzymuje, że z rodzicami łączyły ją zdrowe relacje, pełne
wzajemnej miłości.
-?Znakomicie dogadywałam się z mamą. Zawsze byłyśmy sobie bardzo
bliskie.
-?Wyznaczania granic uczymy się we wczesnych latach kształtowania
osobowości -?powiedziałem. -?Dlaczego więc musiałaś się nauczyć tego
później, na podstawie bolesnych doświadczeń?
-?W odróżnieniu od mojej matki ja znałam swoje granice. Tego zresztą
dotyczyła większość naszych kłótni. Spierałyśmy się o jej niezdolność do
oceniania, gdzie ona się kończy, a ja zaczynam.
Fakt, iż Barbara przyjęła do swego domu niestabilnego emocjonalnie i niebezpiecznego mężczyznę, nauka uznałaby za silny stresor, lecz
poprzedzający to wydarzenie chroniczny stres wynikający ze słabo
wyznaczonych granic nie jest już tak łatwy do zidentyfikowania. Zatarcie
granic emocjonalnych w dzieciństwie staje się istotnym źródłem
przyszłego stresu fizjologicznego u osoby dorosłej. Ma ono ciągły
negatywny wpływ na układ hormonalny i odpornościowy organizmu, ponieważ
ludzie ze słabo określonymi granicami osobistymi funkcjonują w stanie
chronicznego stresu -?przekraczanie tych granic przez innych jest stałym
elementem ich codziennych doświadczeń. Nauczyli się oni jednak usuwać tę
prawdę ze świadomości.
W szanowanym podręczniku internistycznym pada stwierdzenie, że przyczyny
stwardnienia rozsianego pozostają nieznaneq10. Większość badań
odrzuca etiologię zakaźną, mimo iż wpływ wirusa nie jest wykluczony.
Choroba ta ma prawdopodobnie podłoże genetyczne; do wniosku tego
prowadzi fakt, iż niektóre grupy etniczne wydają się od niej wolne -?na
przykład Inuici w Ameryce Północnej czy Bantu z południowej Afryki. Geny
nie wyjaśniają jednak, kto i dlaczego może zachorować. "Choć można
odziedziczyć genetyczną podatność na stwardnienie rozsiane, nie da się
odziedziczyć samej choroby -?pisze neurolog Louis J. Rosner, były
kierownik Kliniki Stwardnienia Rozsianego na Uniwersytecie
Kalifornijskim w Los Angeles. -?Na stwardnienie rozsiane nie zawsze
zapadają nawet osoby, u których występuje komplet predysponujących do
tego genów. Zdaniem ekspertów choroba musi być wywoływana czynnikami
środowiskowymi"q11.
Sprawę dodatkowo komplikują badania metodą rezonansu magnetycznego (MRI)
oraz autopsje, podczas których wychodzą na jaw charakterystyczne objawy
demielinizacji w ośrodkowym układzie nerwowym osób, u których nigdy nie
występowały jawne symptomy choroby. Dlaczego część ludzi z takimi
zmianami neuropatologicznymi unika zachorowania, a część nie? Jakie
"czynniki środowiskowe", o których wspomina dr Rosner, mogą wchodzić w grę? W swym znakomitym skądinąd podręczniku dotyczącym stwardnienia
rozsianego dr Rosner zasadniczo odrzuca stres emocjonalny jako czynnik
wpływający na wystąpienie choroby. Dochodzi do wniosku, że
prawdopodobnie najlepiej tłumaczą ją kwestie autoimmunologiczne.
"Człowiek staje się uczulony na własną tkankę -?wyjaśnia -?i wytwarza
przeciwciała atakujące zdrowe komórki". Ignoruje tym samym obszerną
literaturę medyczną łączącą procesy autoimmunologiczne ze stresem i z osobowością -?tymczasem jest to ważny związek, który zostanie omówiony
bliżej w kolejnych rozdziałach.
W 1994 roku na wydziale neurologii Szpitala Uniwersytetu w Chicago
przeprowadzono eksperyment badający interakcje między układem nerwowym a układem odpornościowym oraz ich potencjalną rolę w przebiegu
stwardnienia rozsianegoq12. Na przykładzie szczurów pokazano,
że sztucznie wywołana choroba autoimmunologiczna pogłębiała się, gdy
zablokowano u nich reakcję walki lub ucieczki. Gdyby reakcja ta nie
została zaburzona, zwierzęta ochroniłaby zdolność do naturalnego
reagowania na stres.
Pacjenci ze stwardnieniem rozsianym opisani w literaturze na temat
stresu, a także wszyscy, z którymi przeprowadziłem wywiady, znaleźli się
w sytuacjach podobnych do tych będących udziałem nieszczęsnych zwierząt
laboratoryjnych w chicagowskim eksperymencie: ze względu na
uwarunkowania wyniesione z dzieciństwa byli narażeni na ostry,
przewlekły stres, przy czym niezbędna zdolność do naturalnego
przechodzenia w tryb "uciekaj albo walcz" była u nich zaburzona.
Podstawowym problemem nie jest stres zewnętrzny, taki jak wydarzenia
życiowe przedstawione w badaniach, lecz uwarunkowana środowiskowo
bezradność, która nie pozwala na prawidłową reakcję walki lub ucieczki.
Powstały wewnętrzny stres jest wtedy stłumiony, a w rezultacie
niewidoczny. Po pewnym czasie niezaspokojone potrzeby własne bądź
skupienie na zaspokajaniu potrzeb innych przestają być postrzegane jako
stresujące. Organizm uznaje je za normalne -?człowiek zostaje
rozbrojony.
U trzydziestotrzyletniej Véronique stwardnienie rozsiane stwierdzono
trzy lata temu. "Przeżyłam poważny epizod, z którego prawdziwej natury
nie zdawałam sobie sprawy -?opowiada. -?Ból w stopach, drętwienie i mrowienie sięgające górnej części klatki piersiowej i stopniowo cofające
się w dół. Trwało to jakieś trzy dni. Uznałam to nawet za zabawne -
mogłam się uderzyć i nic nie czułam! Wtedy nikomu nic o tym nie
mówiłam". Dopiero później koleżanka przekonała ją, by zgłosiła się do
lekarza.
-?Czułaś odrętwienie i ból od stóp do górnej części klatki piersiowej i nikomu o tym nie powiedziałaś? Dlaczego?
-?Nie sądziłam, że warto komukolwiek się z tego zwierzać. A gdybym
przyznała się rodzicom, tylko bym ich zdenerwowała.
-?A gdybyś usłyszała od kogoś, że odczuwa drętwienie i ból od stóp do
połowy klatki piersiowej, puściłabyś to mimo uszu?
-?Nie, zagoniłabym taką osobę do lekarza.
-?To dlaczego traktowałaś siebie gorzej niż kogoś innego? Masz jakiś
pomysł?
-?Nie.
Najbardziej pouczająca wypowiedź Véronique pada w związku z pytaniem o potencjalnie stresujące doświadczenia, które poprzedziły wystąpienie
stwardnienia rozsianego.
-?Nic szczególnie złego się nie działo -?odparła. -?Jestem adoptowanym
dzieckiem. Po piętnastu latach nacisków ze strony przybranej matki
odszukałam w końcu swoją biologiczną rodzinę, choć tego nie chciałam.
Ale zawsze łatwiej było mi ulec żądaniom mamy, niż się o nie wykłócać,
zawsze!
Odnalazłam ich więc, spotkaliśmy się i w pierwszym odczuciu uznałam, że
to, do licha, niemożliwe, abyśmy byli spokrewnieni. Poznanie perypetii
mojej rodziny okazało się stresujące; nie potrzebowałam na przykład
informacji, że prawdopodobnie zostałam poczęta w wyniku kazirodczego
gwałtu. A przynajmniej na to wygląda, bo nikt nie opowiedział mi całej
historii, moja biologiczna matka nabrała zaś wody w usta.
Ponadto w tamtym czasie byłam bezrobotna i czekałam na przyznanie
zasiłku. A kilka miesięcy wcześniej z hukiem rozstałam się ze swoim
chłopakiem, bo nie dawałam rady dłużej znosić jego alkoholizmu. Szkoda
mi było zdrowia.
Wymienione stresy ta młoda kobieta określiła jako nieszczególnie złe:
ciągłe naciski ze strony przybranej matki, która wbrew życzeniu
Véronique oczekiwała od niej odszukania dysfunkcyjnej biologicznej
rodziny i spotkania się z jej członkami; odkrycie, że może być dzieckiem
z kazirodczego gwałtu (dokonanego przez kuzyna, gdy biologiczna matka
Véronique miała szesnaście lat); problemy finansowe i rozstanie z nadużywającym alkoholu chłopakiem.
Véronique identyfikuje się ze swoim przybranym ojcem.
-?Jest moim bohaterem -?mówi. -?Zawsze był dla mnie oparciem.
-?Dlaczego nie zwróciłaś się do niego o pomoc, czując presję ze strony
matki?
-?Nigdy nie udało mi się z nim porozmawiać w cztery oczy. Zawsze miałam
pośredniczkę w jej osobie.
-?A co na to twój ojciec?
-?Obserwował wszystko z boku. Domyślałam się jednak, że nie jest tym
zachwycony.
-?To dobrze, że czujesz bliską więź z ojcem, ale być może powinnaś
znaleźć sobie nowego bohatera -?takiego, który będzie wzorem pewności
siebie. Aby wrócić do zdrowia, zapewne sama powinnaś zostać dla siebie
bohaterką.
Jacqueline du Pré, utalentowana brytyjska wiolonczelistka, zmarła na
skutek powikłań stwardnienia rozsianego w 1987 roku, w wieku
czterdziestu dwóch lat. Gdy później jej siostra Hillary zastanawiała
się, czy choroba Jackie mogła być wynikiem stresu, neurolodzy stanowczo
zapewnili ją, że czynnik ten nie wchodził w rachubę.
Od tamtego czasu ortodoksyjna myśl medyczna niewiele się zmieniła.
"Stres nie wywołuje stwardnienia rozsianego -?informuje pacjentów
broszura wydana niedawno przez klinikę stwardnienia rozsianego na
Uniwersytecie w Toronto -?choć chorym zaleca się jego unikanie".
Przytoczone stwierdzenie jest mylące. To oczywiste, że stres nie
powoduje stwardnienia rozsianego -?żaden pojedynczy czynnik za to nie
odpowiada. Wystąpienie choroby bez wątpienia zależy od kilku
współistniejących okoliczności. Ale czy prawdziwa jest teoria mówiąca,
że stres w dużym stopniu się do niej nie przyczynia? Badania naukowe
oraz życie osób, którym się przyjrzeliśmy, zdecydowanie sugerują, że ma
on istotne znaczenie. Świadczy o tym także historia Jacqueline du Pré,
której choroba i śmierć są wręcz podręcznikową ilustracją
niszczycielskich skutków stresu związanego z emocjonalnym wyparciem.
Na koncertach du Pré ludzie niejednokrotnie płakali. Jeden ze słuchaczy
zauważył, że jej kontakt z publicznością "zapierał dech w piersiach i oczarowywał". Grała z wielką namiętnością, czasami wręcz trudną w odbiorze pasją. Poruszała w słuchaczach najczulsze struny. Inaczej niż w sferze prywatnej, jej osobowość sceniczna cechowała się całkowitym
nieskrępowaniem -?rozwiane włosy i rozkołysane ciało bardziej pasowały
do rockandrollowych ekstrawagancji niż klasycznej powściągliwości.
"Wyglądała na słodką, skromną wiejską dziewczynę, ale kiedy sięgała po
wiolonczelę, coś w nią wstępowało"q13.
Niektóre z nagranych wykonań du Pré, zwłaszcza Koncertu
wiolonczelowego Elgara, do dziś nie mają sobie równych -?i zapewne tak
już pozostanie. Było to ostatnie ważne dzieło tego wybitnego
kompozytora, tworzone w cieniu przygnębienia wywołanego pierwszą wojną
światową. "Wszystko, co dobre i ładne, czyste, świeże i słodkie, jest
odległe i nigdy nie powróci" -?pisał Edward Elgar w 1917 roku. Wkraczał
właśnie w siódmą dekadę życia, zbliżając się powoli do jego kresu.
"Jedną z nadzwyczajnych i niewytłumaczalnych zdolności Jackie była
umiejętność zilustrowania muzyką emocji mężczyzny będącego w jesieni
życia" -?napisała jej siostra Hilary du Pré w książce A Genius in the
Family (Geniusz w rodzinie)q14.
Nadzwyczajnych, owszem, ale czy niewytłumaczalnych? Niekoniecznie. Choć
w wieku dwudziestu lat Jacqueline du Pré nie zdawała sobie z tego
sprawy, sama także znajdowała się u schyłku życia. Choroba, która
położyła kres jej muzycznej karierze, miała nadejść w ciągu zaledwie
kilku lat. Wielką część emocjonalnych przeżyć Jacqueline stanowiły żal,
poczucie straty i rezygnacja. Rozumiała Elgara, bo przypadło jej w udziale takie samo cierpienie. Jego portret zawsze budził w niej
niepokój. "Miał marne życie, Hil, i chorował, lecz dzięki temu jego
dusza promieniała i właśnie to czuję w jego muzyce" -?wyznała siostrze.
Opis ten od samego początku pasował do Jackie. Jej matka Iris, będąc z nią jeszcze na oddziale położniczym, mocno przeżyła śmierć własnego
ojca. Relacja między matką a córką nabrała cech symbiotycznej
zależności, z której żadna strona nie potrafiła się uwolnić. Mała Jackie
nie mogła ani być dzieckiem, ani dorosnąć.
Była wrażliwa, cicha i nieśmiała; czasami tylko psotna. Nazywano ją oazą
spokoju -?z wyjątkiem chwil, gdy grywała na wiolonczeli. Nauczyciel
muzyki wspomina "niezwykle uprzejmą i dobrze wychowaną" sześciolatkę.
Świat widział w wirtuozce osobę miłą i potulną. Sekretarka z żeńskiej
szkoły, do której chodziła Jackie, zapamiętała ją jako szczęśliwe i pogodne dziecko. Koleżanka z liceum zaś uważała ją za "sympatyczną,
wesołą dziewczynę, która potrafiła się odnaleźć w towarzystwie".
Wewnętrzne życie Jackie było zupełnie inne. Hilary opowiada, jak
któregoś dnia siostra wybuchnęła płaczem. "W szkole nikt mnie nie lubi.
To okropne. Wszyscy mi dokuczają". Podczas pewnego wywiadu Jacqueline
opisała siebie jako "jedno z tych dzieci, których rówieśnicy nie mogą
znieść. Takie, co to dawniej tworzyły gangi i śpiewały okropne rzeczy".
W wieku kilkunastu lat była specyficzna, społecznie nieporadna, nie
wykazywała zainteresowań akademickich ani większych chęci do wyrażania
własnego zdania. Według słów siostry zawsze miała trudności z werbalną
ekspresją. "Spostrzegawczy przyjaciele zauważali pod jej pogodną
powierzchownością początki melancholii" -?pisze o Jackie jej biografka
Elizabeth Wilson w książce Jacqueline du Préq15.
Przez całe życie, aż do chwili zachorowania, Jackie ukrywała swoje
uczucia przed matką. Hilary wspomina upiorną sytuację, gdy siostra z pełnym emocji wyrazem twarzy szepnęła tajemniczo: "Hil, nie mów nic
mamie, ale... kiedy dorosnę, nie będę mogła chodzić ani się poruszać". Jak
rozumieć tę przerażającą przepowiednię? Moim zdaniem w kategoriach
niesamowitości bądź projekcji tego, jak naprawdę -?w głębi
nieświadomości -?czuła się mała Jackie: jako niezdolna do wykonania
samodzielnego ruchu, skrępowana, ze sparaliżowanym żywotnym ja. A "nie
mów nic mamie"? Brzmi to jak wyraz rezygnacji kogoś, kto już zdaje sobie
sprawę z daremności prób opowiedzenia o swym bólu, strachu i niepokoju -
o ich mrocznej stronie -?rodzicowi, który nie jest w stanie pojąć tego
rodzaju komunikatu. Znacznie później, już chorując na stwardnienie
rozsiane, Jackie dawała upust trwającej przez całe życie niechęci do
matki w wulgarnych wybuchach niekontrolowanej wściekłości. Z potulnego
dziecka wyrósł przepełniony gniewem dorosły.
Choć Jacqueline du Pré kochała wiolonczelę i łaknęła gry, coś w niej
opierało się roli wirtuozki. Osobowość maestry blokowała jej prawdziwe
ja. Stała się zarazem dla niej jedynym trybem komunikacji emocjonalnej i wyłącznym sposobem skupiania na sobie uwagi matki. Stwardnienie rozsiane
okazało się środkiem pozwalającym na odrzucenie tej roli -?taktyką ciała
na powiedzenie "nie".
Sama Jacqueline nie potrafiła wprost odrzucać oczekiwań, jakie miał
wobec niej świat. W wieku osiemnastu lat, będąc już na oczach opinii
publicznej, tęsknie zazdrościła innej młodej wiolonczelistce, która
przeżywała wówczas kryzys. "Ma szczęście -?oceniła w rozmowie z przyjaciółką. -?Mogłaby odpuścić sobie muzykowanie, gdyby zechciała. Ja
nie mogę się poddać, bo zbyt wiele osób zainwestowało we mnie mnóstwo
pieniędzy". Gra na wiolonczeli pozwoliła jej wznieść się na trudne do
wyobrażenia wyżyny, lecz jednocześnie stała się kulą u nogi. Choć
Jacqueline bała się piętna, jakie odciśnie na niej kariera muzyczna,
zaspokajała potrzeby członków rodziny, ulegając presji na
wykorzystywanie jej talentu.
Mówiąc o siostrze, Hilary wspomina o "głosie wiolonczeli". Ponieważ
bezpośrednie środki wyrażania emocji zostały u Jackie wcześnie
stłumione, jej głosem stała się wiolonczela. Całą swą emocjonalność,
ból, rezygnację -?wreszcie całą wściekłość -?przelewała w muzykę. Jak
trafnie zauważył jeden z jej nauczycieli instrumentu, już będąc
nastolatką, Jackie wykorzystywała grę na wiolonczeli do wyrażania swej
wewnętrznej agresji. Podczas muzykowania ożywały w niej emocje,
stłumione lub nieobecne w każdym innym aspekcie życia. To dlatego jej
występy oglądało się z taką fascynacją, a słuchało często z bólem,
"nieledwie z przerażeniem" -?jak wyraził się rosyjski wiolonczelista
Mischa Maisky.
Dwadzieścia lat po swym dziecięcym debiucie cierpiąca na stwardnienie
rozsiane Jackie opowiedziała przyjaciółce, co czuła, znalazłszy się na
scenie po raz pierwszy. "Było to tak, jakby wcześniej miała przed sobą
ceglany mur, blokujący komunikację ze światem. Z chwilą rozpoczęcia
występów dla publiczności mur zniknął, a ona poczuła, że wreszcie
zyskała zdolność ekspresji. To uczucie towarzyszące występom nigdy jej
nie opuściło". Jako osoba dorosła miała napisać w pamiętniku, że nigdy
nie potrafiła wyrażać się słowami, a jedynie za pośrednictwem muzyki.
Ostatni etap życia Jacqueline du Pré, zanim jeszcze stwardnienie
rozsiane położyło kres grze na wiolonczeli, zdominowało małżeństwo z Danielem Barenboimem. Dorastający w Izraelu kosmopolityczny argentyński
Żyd, człowiek kulturalny i ujmujący, okazał się supernową w międzynarodowej muzycznej galaktyce. Był rozchwytywanym pianistą
koncertowym i kameralistą; zyskał także sławę jako dyrygent. Spotkania
du Pré i Barenboima cechowały się spontanicznie elektryzującą, namiętną
czy wręcz mistyczną komunikacją za pomocą muzyki. Flirt i małżeństwo
były nieuniknione. Wiodąca baśniowy romans para błyszczała w świecie
muzyki klasycznej.
Niestety, w małżeństwie Jackie nie mogła być bardziej sobą niż w swym
rodzinnym domu. Jej bliscy znajomi szybko zauważyli, że zaczęła
wypowiadać się z dziwnym, "nieokreślonym" środkowoatlantyckim akcentem.
To nieświadome przejęcie sposobu mówienia męża sygnalizowało zlanie się
jej tożsamości z inną, bardziej dominującą. Hilary pisze, że Jackie
kolejny raz dopasowała się do czyichś potrzeb i oczekiwań. "Poza
tworzeniem muzyki nie miała wielu okazji do wyrażania rozległego
krajobrazu swej osobowości. Musiała być taką Jackie, jakiej wymagała
sytuacja".
Kiedy jeszcze niezdiagnozowana, postępująca choroba neurologiczna
zaczęła dawać poważne objawy, takie jak osłabienie czy upadki,
Jacqueline zachowywała wyuczone w ciągu całego życia milczenie. Zamiast
zaalarmować męża, ukrywała swoje problemy i udawała, że zwolnienie tempa
wymusiły na niej inne okoliczności.
"Cóż, mogę jedynie stwierdzić, że nie wygląda to na stres" -
odpowiedziała na początku małżeństwa, zapytana przez Hilary, jak radzi
sobie z napięciem zarówno w osobistej, jak i zawodowej relacji z mężem.
"Uważam się za bardzo szczęśliwą osobę. Kocham muzykę, kocham mojego
męża i wydaje mi się, że mam wystarczająco dużo czasu dla jednego i drugiego". Niedługo potem uciekła i od niego, i od kariery. Doszła do
wniosku, że mąż stoi między nią a jej prawdziwym ja. Na krótko rozstała
się z Barenboimem, w poczuciu nieszczęścia wdając się w romans z własnym
szwagrem -?to kolejny przykład jej niepewności co do osobistych granic.
Pogrążona w głębokiej depresji przez pewien czas nie chciała mieć nic
wspólnego z wiolonczelą. Stwardnienie rozsiane stwierdzono u niej
niedługo po powrocie do małżeństwa i muzyki.
Głos wiolonczeli pozostał jedynym głosem Jacqueline du Pré. Hilary
nazywała wiolonczelę siostry jej zbawieniem. Niesłusznie. To, co
działało na publiczność, nie sprzyjało jej samej. Ludzie uwielbiali jej
pełne pasji wykonania, lecz nie słuchał jej nikt, kto naprawdę się dla
niej liczył. Publiczność płakała, a krytycy wychwalali ją pod niebiosa,
ale nikt jej nie słyszał. Niestety, ona sama również okazała się głucha
na swoje prawdziwe ja. Ekspresja artystyczna jest tylko formą okazywania
emocji, ale nie prowadzi automatycznie do ich przepracowania.
Po śmierci siostry Hilary wysłuchała nagranego przez BBC w 1973 roku
koncertu Elgara pod dyrekcją Zubina Mehty. Był to ostatni publiczny
występ Jackie w Wielkiej Brytanii. "Parę chwil strojenia, krótka pauza...
i zaczęła. Nagle aż podskoczyłam. Zwalniała tempo. Jeszcze kilka taktów
i dotarło to do mnie z całą mocą. Doskonale wiedziałam, co się dzieje.
Jackie, jak zawsze, mówiła przez wiolonczelę. A ja słyszałam jej
przekaz... Prawie widziałam łzy w jej oczach. Żegnała się, grając własne
requiem".
Żyła wrotna jest głównym naczyniem transportującym krew z narządów jamy brzusznej do wątroby. [wróć]
Rozdział 3
Stres i kompetencja emocjonalna
Od zarania życia w prehistorycznych
oceanach toczył się nieustanny proces wzajemnego oddziaływania między
żywą materią a jej nieożywionym otoczeniem, między jedną a drugą żywą
istotą" -?zauważył Hans Selye w książce Stress życiaq16.
Interakcje z innymi ludźmi -?zwłaszcza na poziomie emocjonalnym -?niemal
w każdym momencie życia rzutują na nasze biologiczne funkcjonowanie na
niezliczone subtelne sposoby. Jak zostanie pokazane w niniejszej
publikacji, są one ważnymi wyznacznikami zdrowia. Zrozumienie delikatnej
równowagi wzajemnych relacji między dynamiką psychiki, środowiskiem
emocjonalnym a fizjologią ma ogromne znaczenie dla naszego dobrostanu.
"Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne -?pisał Selye -?można bowiem
odnieść wrażenie, iż między zachowaniem się naszych komórek (np. w czasie zapalenia) a naszym postępowaniem w życiu codziennym nie ma
żadnej przekonującej zależności. Nie zgadzam się z tym"q17.
Pomimo prowadzenia badań naukowych przez ponad sześć dekad, jakie
upłynęły od ukazania się przełomowej pracy Selyego, wpływ emocji na
fizjologię wciąż nie został w pełni doceniony. Medyczne podejście do
zdrowia i choroby nadal opiera się na założeniu, że ciało i umysł można
oddzielić zarówno od siebie nawzajem, jak i od środowiska, w którym
funkcjonują. Owe błędne założenia poparte są ponadto nazbyt wąską i uproszczoną definicją stresu.
Z czysto medycznej perspektywy stres postrzegany jest zwykle jako
zjawisko bardzo niepokojące, lecz odizolowane; wiąże się na przykład z nagłą utratą pracy, rozpadem małżeństwa czy ze śmiercią kogoś bliskiego.
Te poważne wypadki istotnie stanowią dla wielu osób źródło silnego
stresu, życie jednak obfituje też w codzienne chroniczne napięcia -
bardziej podstępne i szkodliwsze pod względem długofalowych następstw
biologicznych. Wewnętrzne napięcia odbijają się na zdrowiu, mimo iż
wydają się czymś zwyczajnym.
U osób od wczesnego dzieciństwa przywykłych do wysokiego poziomu stresu
jego brak wywołuje niepokój, nudę i poczucie bezsensu. Hans Selye
zauważył, że ludzie mogą się uzależnić od własnych hormonów stresu -
adrenaliny i kortyzolu. Dla takich osób stres staje się czymś pożądanym,
a jego braku starają się unikać.
Ludzie uważający się za zestresowanych zwykle mają na myśli nerwowe
pobudzenie, jakiego doświadczają pod wpływem nadmiernej presji
zewnętrznej, pojawiającej się najczęściej w pracy zawodowej, relacjach z bliskimi, sferze finansów lub zdrowia. Jednak napięcie nerwowe ani nie
określa stresu, ani też -?ściśle rzecz ujmując -?nie w każdym przypadku
jest odczuwane przez osoby zestresowane. Stres, zgodnie z tym, jak go
definiujemy, nie jest kwestią subiektywnych odczuć, lecz stanowi zbiór
mierzalnych, obiektywnych zjawisk fizjologicznych, jakie zachodzą w organizmie -?między innymi w mózgu, układzie hormonalnym, odpornościowym
i wielu innych narządach. Zarówno zwierzęta, jak i ludzie mogą
doświadczać skutków stresu w sposób zupełnie nieświadomy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Hans Selye, Stress życia, tłum. Jan W. Guzek i Roman Rembiesa, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, Warszawa 1960, s. 6. [wróć]
M. Angell, Disease as a Reflection of the Psyche, "New England Journal of Medicine" 13 czerwca 1985. [wróć]
Platon, Charmides, tłum. Władysław Witwicki, Warszawskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 1937. [wróć]
G.M. Franklin, Stress and Its Relationship to Acute Exacerbations in Multiple Sclerosis, "Journal of Neurological Rehabilitation" 1988, nr 2 (1). [wróć]
I. Grant, Psychosomatic-Somatopsychic Aspects of Multiple Sclerosis, [w:] U. Halbriecha (red.), Multiple Sclerosis: A Neuropsychiatric Disorder, nr 37, seria "Progress in Psychiatry", American Psychiatric Press, Washington/London. [wróć]
V. Mei-Tal, The Role of Psychological Process in a Somatic Disorder: Multiple Sclerosis, "Psychosomatic Medicine" 1970, nr 32 (1), s. 68. [wróć]
G.S. Philippopoulous, The Etiologic Significance of Emotional Factors in Onset and Exacerbations of Multiple Sclerosis, "Psychosomatic Medicine" 1958, nr 20, s. 458-474. [wróć]
Mei-Tal, The Role of Psychological Process..., s. 73. [wróć]
I. Grant, Severely Threatening Events and Marked Life Difficulties Preceding Onset or Exacerbation of Multiple Sclerosis, "Journal of Neurology, Neurosurgery and Psychiatry" 1989, nr 52, s. 8-13. Siedemdziesiąt siedem procent pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane -?i tylko 35 procent osób z grupy kontrolnej -?doświadczyło poważnych przeciwności życiowych w roku poprzedzającym wystąpienie choroby. "Przesilenie życiowych stresów uwidaczniało się najbardziej w ciągu sześciu miesięcy przed zachorowaniem (...). O bardzo poważnych wydarzeniach mówiło 24 spośród 39 pacjentów ze stwardnieniem rozsianym (62 procent), w porównaniu z 6 osobami z 40-osobowej grupy kontrolnej (15 procent) (...). Znacząco większa liczba chorych niż osób z grupy kontrolnej przechodziła kryzysy w małżeństwie (49 procent versus 10 procent) (...). U 18 pacjentów spośród 23, u których choroba wystąpiła po raz pierwszy, oraz u 12 pacjentów spośród 16, u których doszło do nawrotu, mówiło się o znaczących życiowych niepowodzeniach". [wróć]
J.D. Wilson (red.), Harrison's Principles of Internal Medicine, 12th ed., McGraw-Hill, New York 1999, s. 2039. [wróć]
L.J. Rosner, Multiple Sclerosis: New Hope and Practical Advice for People with MS and Their Families, Fireside Publishers, New York 1992, s. 15. [wróć]
E. Chelmicka-Schorr i B.G. Arnason, Nervous System-Immune System Interactions and Their Role in Multiple Sclerosis, "Annals of Neurology" 1994, suplement do tomu 36, s. 29-32. [wróć]
Elizabeth Wilson, Jacqueline du Pré, Faber and Faber, London 1999, s. 160. [wróć]
Hilary du Pré i Piers du Pré, A Genius in the Family: An Intimate Memoir of Jacqueline du Pré, Vintage, New York 1998. [wróć]
Wilson, Jacqueline du Pré. [wróć]
Selye, Stress życia, s. ix. [wróć]
Ibid., s. 345. [wróć]