p

Kiedy ciało mówi nie. Koszty ukrytego stresu - Gabor Maté

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (34,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nota do Czytelnika

Ludzie zawsze intu­icyj­nie czuli, że ciało i umysł są nie­po­dzielne. Współ­cze­śnie doszło jed­nak do nie­for­tun­nego roz­łamu mię­dzy tym, co pod­po­wiada nam orga­nizm, a tym, co umysł uważa za prawdę. Ku wła­snej zgu­bie zwy­kle kie­ru­jemy się dru­gim z tych dwóch źró­deł infor­ma­cji.

Dla­tego za przy­jem­ność i przy­wi­lej uwa­żam przed­sta­wie­nie Czy­tel­ni­kowi odkryć nowo­cze­snej nauki, potwier­dza­ją­cych intu­icję odwiecz­nej mądro­ści. Sta­no­wiło to mój nad­rzędny cel pod­czas pisa­nia tej książki. Innym było odsło­nię­cie zwier­cia­dła, w któ­rym prze­gląda się nasze napę­dzane stre­sem spo­łe­czeń­stwo -?w odbi­ciu tym widzimy, jak na nie­zli­czone mimo­wolne spo­soby poma­gamy powsta­wać nęka­ją­cym nas cho­ro­bom.

Nie jest to księga recep­tur, lecz mam nadzieję, że posłuży Czy­tel­ni­kom za kata­li­za­tor oso­bi­stych prze­mian. Recepty pocho­dzą z zewnątrz, prze­miana zacho­dzi wewnątrz. Każ­dego roku uka­zuje się wiele ksią­żek z pro­stymi zale­ce­niami doty­czą­cymi róż­nych aspek­tów naszej egzy­sten­cji - fizycz­nych, emo­cjo­nal­nych czy też ducho­wych. Nie zamie­rza­łem pisać kolej­nej. Recepty wypi­suje się z zamia­rem wyle­cze­nia kon­kret­nej dole­gli­wo­ści; wewnętrzna prze­miana zaś jest drogą do zdro­wie­nia - osią­gnię­cia har­mo­nii i zdro­wia -?ist­nie­ją­cej cało­ści. Nie prze­czę, że porady i zale­ce­nia mogą być przy­datne, ale jesz­cze cen­niej­szy jest wgląd w samego sie­bie, w dzia­ła­nie umy­słu i ciała. Ów inspi­ro­wany poszu­ki­wa­niem prawdy wgląd może sprzy­jać wewnętrz­nej prze­mianie. Ci, któ­rzy szu­kają uzdro­wie­nia, znajdą wła­ściwy prze­kaz już na samym początku, w pierw­szym stu­dium przy­padku. Jak suge­ro­wał wybitny fizjo­log Wal­ter Can­non, mądrość tkwi w naszych cia­łach. Mam nadzieję, że Kiedy ciało mówi nie pomoże Czy­tel­ni­kom wsłu­chać się w mądrość, którą wszy­scy posia­damy.

Nie­które z przed­sta­wio­nych w tej książce przy­pad­ków pocho­dzą z opu­bli­ko­wa­nych bio­gra­fii lub autobio­gra­fii zna­nych osób. Więk­szość zaczerp­ną­łem jed­nak z wła­snej prak­tyki kli­nicz­nej bądź zare­je­stro­wa­nych roz­mów z oso­bami, które zgo­dziły się na udzie­le­nie wywiadu i przy­to­cze­nie ich medycz­nej oraz oso­bi­stej histo­rii. Ze względu na ochronę pry­wat­no­ści imiona (a w nie­któ­rych sytu­acjach także inne oko­licz­no­ści) zostały zmie­nione.

Aby unik­nąć nazbyt aka­de­mic­kiego cha­rak­teru tej pracy, utrud­nia­ją­cego jej odbiór laikowi, ogra­ni­czy­łem liczbę adno­ta­cji. Przy­pisy do każ­dego roz­działu zostały zamiesz­czone na końcu książki.

Wyróż­nie­nia w tek­ście, o ile nie zazna­czono ina­czej, pocho­dzą ode mnie.

Pro­szę o prze­sy­ła­nie wszel­kich uwag i komen­ta­rzy na adres [email protected], zapo­znam się z nimi z przy­jem­no­ścią.

Roz­dział 1

Trójkąt bermudzki

Mary była fili­gra­nową kobietą o indiań­skich korze­niach, tuż po czter­dzie­stce. Ta łagodna osoba o peł­nym sza­cunku spo­so­bie bycia leczyła się u mnie od ośmiu lat, wraz z mężem i trójką dzieci. W jej uśmie­chu prze­ja­wiała się nie­śmia­łość z domieszką ule­gło­ści. Lubiła się śmiać. Gdy jej mło­dzień­czo wyglą­da­jąca twarz roz­pro­mie­niała się, trudno było nie odpo­wie­dzieć tym samym. Na wspo­mnie­nie Mary moje serce wciąż rośnie, a zara­zem ści­ska się z żalu.

Nie roz­ma­wia­li­śmy wiele, dopóki nie poja­wiły się u niej pierw­sze oznaki cho­roby, która miała poło­żyć kres jej życiu. Zaczęło się bar­dzo nie­win­nie: ranka po ukłu­ciu igłą w opuszkę palca przez kilka mie­sięcy nie chciała się zagoić. Stwier­dzono, że pro­blem zwią­zany jest ze zwę­że­niem małych tęt­nic, które zaopa­trują palce w krew. Zja­wi­sko to, nazy­wane obja­wem Ray­nauda, skut­kuje nie­do­tle­nie­niem tka­nek i może pro­wa­dzić do powsta­nia zgo­rzeli, do czego, nie­stety, doszło w przy­padku Mary. Pomimo kilku hospi­ta­li­za­cji i zabie­gów chi­rur­gicz­nych ból palca stał się tak nie­zno­śny, że po roku wręcz bła­gała o ampu­ta­cję. Nim speł­niono tę prośbę, cho­roba posu­nęła się do tego stop­nia, że usta­wicz­nego cier­pie­nia nie uśmie­rzały nawet silne nar­ko­tyczne środki prze­ciw­bó­lowe.

Objaw Ray­nauda może wystą­pić nie­za­leż­nie lub wsku­tek innych zabu­rzeń. W gru­pie pod­wyż­szo­nego ryzyka znaj­dują się pala­cze, a Mary już jako nasto­latka wpa­dła w szpony nałogu. Liczy­łem na to, że kiedy zerwie z uza­leż­nie­niem, do jej pal­ców powróci pra­wi­dłowy prze­pływ krwi. Po wielu nawro­tach wresz­cie jej się to udało. Nie­stety, objaw Ray­nauda oka­zał się zwia­stu­nem znacz­nie cięż­szej przy­pa­dło­ści: u Mary zdia­gno­zo­wano twar­dzinę ukła­dową, cho­robę immu­no­lo­giczną tego samego rodzaju, do któ­rego należą reu­ma­to­idalne zapa­le­nie sta­wów, wrzo­dzie­jące zapa­le­nie jelita gru­bego, toczeń rumie­nio­waty ukła­dowy (TRU) i wiele innych scho­rzeń -?takich jak cukrzyca, stward­nie­nie roz­siane i praw­do­po­dob­nie nawet cho­roba Alzhe­imera. Za ich genezę nie zawsze uznaje się zabu­rze­nia auto­im­mu­no­lo­giczne, ich wspólną cechą są jed­nak ata­ko­wa­nie orga­ni­zmu przez jego wła­sny układ odpor­no­ściowy i wywo­łane tym uszko­dze­nia sta­wów, tkanki łącz­nej i wła­ści­wie wszyst­kich narzą­dów -?oczu, ner­wów, skóry, jelit, wątroby i mózgu. W prze­biegu twar­dziny ukła­do­wej (jej inna nazwa to skle­ro­der­mia, pocho­dząca od grec­kich słów ozna­cza­ją­cych stward­niałą skórę) samo­bój­czy atak układu odpor­no­ścio­wego skut­kuje usztyw­nie­niem skóry, prze­łyku, serca, tka­nek płuc­nych i wielu innych obsza­rów ciała.

Co przy­czy­nia się do roz­pę­ta­nia w ciele wojny domo­wej?

Sta­no­wi­sko domi­nu­jące w pod­ręcz­ni­kach medycz­nych wska­zuje na stricte bio­lo­giczny cha­rak­ter zja­wi­ska. W kilku odosob­nio­nych przy­pad­kach za czyn­niki spraw­cze uznaje się tok­syny, lecz na ogół zakłada się, że za cho­roby auto­im­mu­no­lo­giczne odpo­wia­dają w dużej mie­rze pre­dys­po­zy­cje gene­tyczne. To ści­śle fizyczne, wąskie podej­ście odzwier­cie­dla prak­tyka medyczna. Żad­nemu spe­cja­li­ście -?ani mnie, jako jej leka­rzowi rodzin­nemu -?nie przy­szło na myśl, by roz­wa­żyć inne przy­czyny cho­roby Mary, takie, które wyni­ka­łyby z jej indy­wi­du­al­nych doświad­czeń. Nikt z nas nie zain­te­re­so­wał się jej sta­nem psy­chicz­nym przed zacho­ro­wa­niem ani jego wpły­wem na prze­bieg cho­roby i jej osta­teczny rezul­tat. Sku­pia­li­śmy się na lecze­niu poszcze­gól­nych symp­to­mów fizycz­nych w miarę ich poja­wia­nia się: prze­pi­sy­wa­li­śmy leki prze­ciw­za­palne i prze­ciw­bó­lowe; wyko­ny­wa­li­śmy zabiegi popra­wia­jące ukrwie­nie i ope­ra­cje usu­wa­nia ognisk zgo­rzeli; sto­so­wa­li­śmy fizjo­te­ra­pię mającą na celu przy­wró­ce­nie spraw­no­ści moto­rycz­nej.

Pew­nego dnia w odpo­wie­dzi na pod­szept intu­icji naka­zu­jący wysłu­cha­nie Mary nie­mal odru­chowo zapro­si­łem ją na godzinne spo­tka­nie, by opo­wie­działa mi o sobie i swoim życiu. Jej zwie­rze­nia stały się dla mnie obja­wie­niem. Pod maską łagod­no­ści i nie­śmia­ło­ści kryły się potężne złoża tłu­mio­nych od dawna emo­cji. Mary była dziec­kiem mal­tre­to­wa­nym, wie­lo­krot­nie porzu­ca­nym i prze­no­szo­nym z jed­nego domu zastęp­czego do dru­giego. Wspo­mi­nała, jak w wieku sied­miu lat kuliła się na stry­chu, tuląc w ramio­nach młod­sze sio­stry, pod­czas gdy pię­tro niżej jej przy­brani rodzice kłó­cili się i bili pod wpły­wem alko­holu. "Bez prze­rwy strasz­li­wie się bałam, lecz jako sied­mio­latka musia­łam chro­nić sio­stry. Ale mnie nikt nie chro­nił" -?wyznała. Ni­gdy wcze­śniej nie wyja­wiła tych traum, nawet swemu mężowi, choć żyła z nim od dwu­dzie­stu lat. Nauczyła się nie zdra­dzać uczuć przed nikim; także przed sobą. Uze­wnętrz­nia­nie się, oka­zy­wa­nie wraż­li­wo­ści i kwe­stio­no­wa­nie cze­go­kol­wiek -?każde z tych dzia­łań w dzie­ciń­stwie mogło sta­no­wić dla niej zagro­że­nie. Jej bez­pie­czeń­stwo opie­rało się na uwzględ­nia­niu uczuć innych ludzi, ni­gdy wła­snych. W doro­słym życiu wciąż była uwię­ziona w roli narzu­co­nej jej jako dziecku, nie­świa­doma, że sama ma prawo do opieki, bycia wysłu­chaną i braną pod uwagę.

Mary opi­sy­wała sie­bie jako osobę nie­zdolną do wyra­ża­nia odmowy, w kom­pul­sywny spo­sób przej­mu­jącą odpo­wie­dzial­ność za zaspo­ka­ja­nie potrzeb innych ludzi. Nawet gdy jej cho­roba czy­niła zastra­sza­jące postępy, ona mar­twiła się głów­nie o męża i pra­wie doro­słe już dzieci. Czy jej ciało wyko­rzy­stało twar­dzinę ukła­dową jako metodę na osta­teczne zerwa­nie z tą wszech­ogar­nia­jącą obo­wiąz­ko­wo­ścią?

Być może ciało Mary robiło to, do czego jej umysł nie był zdolny: odrzu­cało bez­względne ocze­ki­wa­nia sta­wia­nia potrzeb innych ponad wła­snymi, któ­rymi naj­pierw obar­czono ją w dzie­ciń­stwie, a które potem - tym razem już sama -?nało­żyła na sie­bie jako doj­rzała kobieta. Zasu­ge­ro­wa­łem to, gdy w 1993 roku opi­sa­łem przy­pa­dek Mary w swoim pierw­szym felie­to­nie medycz­nym dla "The Globe and Mail". "Jeśli oto­cze­nie unie­moż­li­wiło nam naucze­nie się mówie­nia "nie", nasze ciała mogą powie­dzieć to za nas" -?stwier­dzi­łem. Powo­ła­łem się przy tym na lite­ra­turę medyczną, przy­ta­cza­jąc przy­kłady nega­tyw­nego wpływu stresu na układ odpor­no­ściowy.

Kon­cep­cja, zgod­nie z którą forma radze­nia sobie z emo­cjami może być czyn­ni­kiem istot­nym dla roz­woju twar­dziny ukła­do­wej bądź innych cho­rób prze­wle­kłych, jest przez część leka­rzy postrze­gana jako here­zja. Pewna reu­ma­to­lożka, spe­cja­listka z dużego kana­dyj­skiego szpi­tala, wysłała do redak­cji zja­dliwy list, w któ­rym potę­piła nie tylko mój arty­kuł, lecz także gazetę za opu­bli­ko­wa­nie go. Zarzu­ciła mi brak doświad­cze­nia i nie­prze­pro­wa­dze­nie badań.

Zane­go­wa­nie przez spe­cja­li­stę faktu ist­nie­nia związku pomię­dzy umy­słem a cia­łem nie sta­no­wiło dla mnie zasko­cze­nia. Dualizm -?roz­sz­cze­pia­nie na dwoje tego, co sta­nowi jed­ność -?rzu­tuje na wszyst­kie nasze prze­ko­na­nia doty­czące zdro­wia i cho­roby. Sta­ramy się pojąć ciało w ode­rwa­niu od umy­słu. Pró­bu­jemy opi­sy­wać istoty ludz­kie -?zdrowe czy nie -?tak, jakby funk­cjo­no­wały nie­za­leż­nie od śro­do­wi­ska, w któ­rym się roz­wi­jają, żyją, pra­cują, bawią się, kochają i umie­rają. Tego rodzaju typowe, ukryte uprze­dze­nia wyni­kają z medycz­nej orto­dok­sji, a więk­szość leka­rzy przy­swaja je w pro­ce­sie kształ­ce­nia, by potem kie­ro­wać się nimi w prak­tyce.

W odróż­nie­niu od wielu innych nauk medy­cyna nie przy­swo­iła jesz­cze waż­nej lek­cji, jaka pły­nie z teo­rii względ­no­ści Ein­ste­ina: poło­że­nie obser­wa­tora wpływa na obser­wo­wane zja­wi­sko i na wyniki obser­wa­cji. Węgier­sko-kana­dyj­ski pio­nier w dzie­dzi­nie bada­nia stresu Hans Selye zwró­cił uwagę, że nie­spraw­dzone zało­że­nia naukowca w rów­nym stop­niu deter­mi­nują, co ogra­ni­czają jego odkry­cia. "Wydaje mi się, że więk­szość ludzi nie uświa­da­mia sobie w pełni, do jakiego stop­nia bada­nia naukowe i wnio­ski z nich wysnu­wane zależą od oso­bi­stych poglą­dów bada­cza -?napi­sał w książce Stress życia. -?Jestem prze­ko­nany, że obec­nie, w wieku tak bar­dzo uza­leż­nio­nym od nauki i naukow­ców, ta zasad­ni­cza sprawa zasłu­guje na szcze­gólną uwagę"q1. W tej szcze­rej opi­nii -?będą­cej jed­no­cze­śnie samo­oceną -?Selye, który sam był leka­rzem, wyra­ził prawdę rzadko poj­mo­waną nawet teraz, wiele lat póź­niej.

Im bar­dziej wyspe­cja­li­zo­wani stają się leka­rze, tym wię­cej wie­dzą o kon­kret­nej czę­ści ciała lub narzą­dzie, a zara­zem tym mniej rozu­mieją istotę ludzką, w któ­rej ciele znaj­duje się przed­miot ich zain­te­re­so­wa­nia. Pacjenci, z któ­rymi prze­pro­wa­dzi­łem wywiady na potrzeby niniej­szej publi­ka­cji, nie­mal jed­no­gło­śnie twier­dzili, że ani opie­ku­jący się nimi spe­cja­li­ści, ani leka­rze rodzinni nie zachę­cali ich do wyja­wie­nia oso­bi­stej i subiek­tyw­nej natury ich życia. W więk­szo­ści swych kon­tak­tów ze śro­do­wi­skiem medycz­nym odno­sili raczej wra­że­nie, że dia­log tego rodzaju uwa­żany jest za zbędny. Roz­ma­wia­jąc z moimi kole­gami spe­cja­li­stami na temat tych samych pacjen­tów, dosze­dłem do wnio­sku, że nawet po wielu latach opieki i tera­pii lekarz może pra­wie nie znać szcze­gó­łów życia cho­rego ani jego doświad­czeń wykra­cza­ją­cych poza wąskie gra­nice leczo­nej przy­pa­dło­ści.

W książce tej posta­no­wi­łem przed­sta­wić kwe­stię wpływu stresu na zdro­wie czło­wieka. Rzecz doty­czy zwłasz­cza stresu ukry­tego, poja­wia­ją­cego się u wszyst­kich ludzi na sku­tek wcze­snych uwa­run­ko­wań i sta­no­wią­cego wzo­rzec tak głę­boki, a zara­zem tak sub­telny, że zdaje się być czę­ścią nas samych. Odwo­łuję się do tylu dowo­dów nauko­wych, ile uzna­łem za roz­sądne wska­zać w pracy prze­zna­czo­nej dla laików, lecz sedno książki - przy­naj­mniej z mojego punktu widze­nia -?two­rzą indy­wi­du­alne histo­rie, któ­rymi dzielę się na jej łamach z czy­tel­ni­kami. Tak się przy tym składa, że rela­cje te będą zapewne postrze­gane za naj­mniej prze­ko­nu­jące przez tych, któ­rzy uznają tego rodzaju prze­słanki za "nie­po­twier­dzone".

Tylko inte­lek­tu­alny lud­dy­sta mógłby zaprze­czyć ogrom­nym korzy­ściom, jakie przy­nio­sło ludz­ko­ści skru­pu­latne sto­so­wa­nie metod nauko­wych. Nie każdą cenną infor­ma­cję da się jed­nak potwier­dzić labo­ra­to­ryj­nie lub przy uży­ciu narzę­dzi sta­ty­stycz­nych, tak jak nie każdy aspekt cho­roby można spro­wa­dzić do fak­tów zwe­ry­fi­ko­wa­nych w podwój­nie śle­pych pró­bach czy z wyko­rzy­sta­niem nawet naj­bar­dziej rygo­ry­stycz­nych pro­ce­dur. Iwan Iljicz w książce Limits to Medi­cine (Gra­nice medy­cyny) napi­sał: "Medy­cyna mówi nam tyle samo o isto­cie uzdra­wia­nia, cier­pie­nia i umie­ra­nia, co ana­liza che­miczna o este­tycz­nej war­to­ści cera­miki". Wyrzu­ca­jąc poza nawias uzna­nego dorobku wie­dzy wkład ludz­kiego doświad­cze­nia i wglądu, ogra­ni­czamy się w isto­cie do bar­dzo wąskiej sfery.

Coś utra­ci­li­śmy. W 1892 roku Kana­dyj­czyk Wil­liam Osler, jeden z naj­wy­bit­niej­szych leka­rzy wszech cza­sów, wyra­ził przy­pusz­cze­nie, że reu­ma­to­idalne zapa­le­nie sta­wów -?scho­rze­nie o etio­lo­gii zbli­żo­nej do twar­dziny ukła­do­wej -?może być powią­zane ze stre­sem. Dzi­siej­sza reu­ma­to­lo­gia na dobrą sprawę igno­ruje ten aspekt pomimo prze­ma­wia­ją­cych za nim dowo­dów nauko­wych, które gro­ma­dzono przez ponad sto lat, a więc od chwili, gdy Osler opu­bli­ko­wał swoje spo­strze­że­nia. Wła­śnie do tego spro­wa­dziło prak­tykę medyczną wąskie podej­ście naukowe. Pod­no­sząc współ­cze­sną naukę do rangi osta­tecz­nego arbi­tra naszych cier­pień, nazbyt pochop­nie odrzu­ci­li­śmy mądrość minio­nych epok.

Jak zauwa­żył ame­ry­kań­ski psy­cho­log Ross Buck, do czasu poja­wie­nia się nowo­cze­snej tech­no­lo­gii medycz­nej i far­ma­ko­lo­gii nauko­wej leka­rze musieli pole­gać na efek­cie pla­cebo. Koniecz­no­ścią było wzbu­dze­nie w każ­dym pacjen­cie prze­ko­na­nia o jego wła­snej, wewnętrz­nej zdol­no­ści zdro­wie­nia. Chcąc być sku­tecz­nym, lekarz musiał wysłu­chać pacjenta, nawią­zać z nim kon­takt i zaufać swo­jej intu­icji. Wydaje się, iż leka­rze zarzu­cili tego rodzaju dzia­ła­nia, odkąd zaczę­li­śmy bazo­wać nie­mal wyłącz­nie na "obiek­tyw­nych" pomia­rach, opar­tych na tech­no­lo­gii meto­dach dia­gno­stycz­nych oraz "nauko­wych" tera­piach.

Kry­tyka ze strony wspo­mnia­nej wcze­śniej reu­ma­to­lożki nie sta­no­wiła zatem nie­spo­dzianki. Znacz­nie więk­szą oka­zał się kolejny list -?tym razem ze sło­wami popar­cia -?który przy­szedł do redak­cji kilka dni póź­niej. Jego autor, Noel B. Her­sh­field, pro­fe­sor medy­cyny kli­nicz­nej na Uni­wer­sy­te­cie w Cal­gary, napi­sał: "Nowa dys­cy­plina wie­dzy, psy­cho­neu­ro­im­mu­no­lo­gia, doj­rzała do punktu, w któ­rym poja­wiły się zebrane przez naukow­ców z róż­nych dzie­dzin prze­ko­nu­jące dowody na ist­nie­nie bli­skich związ­ków mię­dzy mózgiem a ukła­dem odpor­no­ścio­wym (...). Kon­struk­cja emo­cjo­nalna jed­nostki oraz jej reak­cja na cią­gły stres rze­czy­wi­ście mogą sta­no­wić przy­czynę wielu cho­rób, które medy­cyna leczy, nie zna­jąc jed­nak jesz­cze ich etio­lo­gii -?takich jak twar­dzina ukła­dowa, ogromna więk­szość cho­rób reu­ma­tycz­nych, nie­swo­iste zapa­le­nie jelit, cukrzyca, stward­nie­nie roz­siane i wiele innych scho­rzeń, zna­nych każ­dej medycz­nej spe­cja­li­za­cji (...)".

Zasko­cze­nie w owym liście sta­no­wiła dla mnie wzmianka o ist­nie­niu nowej gałęzi medy­cyny. Czym jest psy­cho­neu­ro­im­mu­no­lo­gia? Dowie­dzia­łem się, iż jest to nic innego, jak nauka o zależ­no­ściach mię­dzy umy­słem a cia­łem; nie­ro­ze­rwal­nej jed­no­ści emo­cji i fizjo­lo­gii czło­wieka w pro­ce­sie roz­woju trwa­ją­cym całe jego życie -?rów­nież w okre­sach cho­roby. To znie­chę­ca­jąco skom­pli­ko­wane słowo ozna­cza po pro­stu, że dys­cy­plina ta bada spo­soby, jakimi psy­chika -?umysł i jego treść emo­cjo­nalna -?głę­boko oddzia­łuje na układ ner­wowy orga­ni­zmu oraz jak funk­cjo­no­wa­nie ich obu ści­śle wiąże się z dzia­ła­niem naszego układu odpor­no­ścio­wego. Nie­któ­rzy nazy­wają tę nową dzie­dzinę psy­cho­neu­ro­im­mu­no­en­do­kry­no­lo­gią, chcąc pod­kre­ślić rolę apa­ratu endo­kryn­nego, czy też hor­mo­nal­nego, w pro­ce­sach prze­bie­ga­ją­cych w całym orga­ni­zmie. Inno­wa­cyjne bada­nia pozwa­lają ana­li­zo­wać te zależ­no­ści aż do poziomu komór­ko­wego. Pozna­jemy naukowe pod­stawy tego, co wie­dzie­li­śmy już wcze­śniej, lecz -?z wielką stratą dla nas samych -?zapo­mnie­li­śmy.

W ciągu dzie­jów wielu leka­rzy rozu­miało, że emo­cje mają ogromny wpływ zarówno na powsta­wa­nie cho­rób, jak i powrót pacjenta do zdro­wia. Pro­wa­dzili w związku z tym bada­nia, pisali książki i kwe­stio­no­wali panu­jącą dok­trynę medyczną, lecz ich kon­cep­cje, eks­pe­ry­menty i spo­strze­że­nia po wie­le­kroć ginęły w czymś w rodzaju medycz­nego trój­kąta ber­mudz­kiego. Wie­dza o zależ­no­ściach mię­dzy umy­słem a cia­łem, zdo­by­wana przez poprzed­nie poko­le­nia leka­rzy i naukow­ców, zni­kała bez śladu, jakby ni­gdy nie ist­niała.

W arty­kule wstęp­nym sierp­nio­wego wyda­nia cza­so­pi­sma "New England Jour­nal of Medi­cine" z 1985 roku zade­kla­ro­wano buń­czucz­nie, iż "nad­szedł czas, by w dużej mie­rze wło­żyć mię­dzy bajki wiarę w cho­robę jako bez­po­śred­nie odzwier­cie­dle­nie stanu men­tal­nego"q2.

Takiego podej­ścia nie spo­sób dłu­żej bro­nić. Psy­cho­neu­ro­im­mu­no­lo­gia, nowa gałąź wie­dzy wspo­mniana przez dr. Her­sh­fielda w liście do "The Globe and Mail", okrze­pła, nawet jeśli jej odkry­cia nie zako­rze­niły się jesz­cze w świe­cie prak­tyki medycz­nej.

Wystar­czy pobieżny prze­gląd mate­ria­łów zgro­ma­dzo­nych w biblio­te­kach medycz­nych lub na spe­cja­li­stycz­nych stro­nach inter­ne­to­wych, by dostrzec rosnącą falę popu­lar­no­ści publi­ka­cji nauko­wych, arty­ku­łów i pod­ręcz­ni­ków przed­sta­wia­ją­cych wie­dzę z tej nowej dzie­dziny. Upo­wszech­nia się ona stop­niowo także za pośred­nic­twem maga­zy­nów i ksią­żek popularnonauko­wych. Laiccy odbiorcy, któ­rzy pod wie­loma wzglę­dami wyprze­dzają spe­cja­li­stów i nie są tak mocno przy­wią­zani do orto­dok­syj­nych teo­rii, mniej oba­wiają się odstą­pie­nia od pro­stych podzia­łów doty­czą­cych ludz­kiego orga­ni­zmu czy zaak­cep­to­wa­nia, że jego cudowna całość jest czymś wię­cej niż zale­d­wie sumą czę­ści.

Aktyw­ność ludz­kiego układu odpor­no­ścio­wego nie jest ode­rwana od naszych codzien­nych doświad­czeń. Wyka­zano na przy­kład, że mecha­ni­zmy obronne, które u zdro­wych mło­dych ludzi dzia­łają spraw­nie w zwy­kłych oko­licz­no­ściach, słabną w wyniku pre­sji, jaka poja­wia się w cza­sie sesji egza­mi­na­cyj­nych. Stwier­dzono, że jesz­cze więk­szy wpływ na przy­szłe zdro­wie i dobro­stan wywiera samot­ność -?u naj­bar­dziej wyalie­no­wa­nych stu­den­tów naj­więk­szego uszczerbku doznała spraw­ność układu immu­no­lo­gicz­nego. Na podob­nej zasa­dzie izo­la­cja została sko­ja­rzona ze zmniej­szoną aktyw­no­ścią tego układu u pacjen­tów hospi­ta­li­zo­wa­nych ze wzglę­dów psy­chia­trycz­nych. Fakty te nale­ża­łoby wziąć pod uwagę, nawet gdyby nie ist­niały żadne inne dowody naukowe na dłu­go­ter­mi­nowe skutki chro­nicz­nego stresu -?choć jest ich wiele. Pre­sja towa­rzy­sząca egza­mi­nom jest oczy­wi­sta i krót­ko­trwała, jed­nak wielu ludzi nie­świa­do­mie pro­wa­dzi życie w taki spo­sób, jakby nie­ustan­nie znaj­do­wali się pod okiem potęż­nego, osą­dza­ją­cego ich egza­mi­na­tora, któ­rego należy za wszelką cenę zado­wo­lić. Wielu z nas, nawet jeśli nie doświad­cza samot­no­ści, trwa w emo­cjo­nal­nie dys­funk­cyj­nych związ­kach, w któ­rych nasze naj­waż­niej­sze potrzeby nie są dostrze­gane lub sza­no­wane. Wyob­co­wa­nie i stres rzu­tują także na dobro­stan osób prze­ko­na­nych, że ich życie jest cał­ko­wi­cie satys­fak­cjo­nu­jące.

Jak stres może się prze­obra­zić w cho­robę? Stres sta­nowi skom­pli­ko­waną kaskadę fizycz­nych i bio­che­micz­nych reak­cji na silne bodźce emo­cjo­nalne. W uję­ciu fizjo­lo­gicz­nym emo­cje mają cha­rak­ter impul­sów elek­trycz­nych, che­micz­nych i hor­mo­nal­nych w ukła­dzie ner­wo­wym czło­wieka. Wpły­wają one - przy czym zależ­ność ta jest dwu­kie­run­kowa -?na funk­cjo­no­wa­nie głów­nych orga­nów, spój­ność układu odpor­no­ścio­wego oraz dzia­ła­nie wielu krą­żą­cych w orga­ni­zmie sub­stan­cji bio­lo­gicz­nych, odgry­wa­ją­cych istotne role w regu­lo­wa­niu jego stanu fizycz­nego. Tłu­mie­nie emo­cji -?jak musiała to robić Mary, gdy jako dziecko poszu­ki­wała bez­pie­czeń­stwa -?skut­kuje roz­bro­je­niem mecha­ni­zmów chro­nią­cych orga­nizm przed cho­robą. Wypar­cie - oddzie­le­nie emo­cji od świa­do­mo­ści i zepchnię­cie ich do sfery nieświa­do­mo­ści -?dez­or­ga­ni­zuje i dez­orien­tuje fizjo­lo­giczne mecha­ni­zmy obronne do tego stop­nia, że u nie­któ­rych osób zaczy­nają one szwan­ko­wać i zamiast stać na straży zdro­wia, stają się jego nisz­czy­cie­lami.

Pra­cu­jąc przez sie­dem lat na sta­no­wi­sku koor­dy­na­tora medycz­nego Oddziału Opieki Palia­tyw­nej w szpi­talu w Van­co­uver, pozna­łem wielu cier­pią­cych na cho­roby prze­wle­kłe ludzi, któ­rych emo­cjo­nalna prze­szłość przy­po­mi­nała doświad­cze­nia życiowe Mary. Podobne mecha­ni­zmy i spo­soby radze­nia sobie ze stre­sem prze­ja­wiali rów­nież przy­jeż­dża­jący do nas na zabiegi palia­tywne pacjenci z nowo­two­rami lub bory­ka­jący się z pro­ce­sami zwy­rod­nie­nio­wymi, takimi jak stward­nie­nie zani­kowe boczne (zwane w Ame­ryce Pół­noc­nej cho­robą Lou Geh­riga, od nazwi­ska wybit­nego ame­ry­kań­skiego base­bal­li­sty, który zmarł w jej wyniku; w Wiel­kiej Bry­ta­nii z kolei jest ono okre­ślane cho­robą neu­ronu rucho­wego). W mojej prak­tyce leka­rza rodzin­nego obser­wo­wa­łem te same wzorce zacho­wań u osób zma­ga­ją­cych się ze stward­nie­niem roz­sia­nym, z dole­gli­wo­ściami zapal­nymi jelit -?jak wrzo­dzie­jące zapa­le­nie jelita gru­bego czy cho­roba Leśniow­skiego-Crohna -?zespo­łem prze­wle­kłego zmę­cze­nia, zabu­rze­niami auto­im­mu­no­lo­gicz­nymi, fibro­mial­gią, migreną, cho­robami skóry, endo­me­triozą i wie­loma innymi scho­rze­niami. Pra­wie żaden z moich ciężko cho­rych pacjen­tów nie potra­fił odma­wiać w kwe­stiach doty­czą­cych waż­nych sfer życia. Nawet jeśli oso­bo­wo­ści niektó­rych ludzi oraz ich sytu­acje życiowe były na pierw­szy rzut oka inne niż w przy­padku Mary, zawsze kryły się za nimi te same emo­cjo­nalne mecha­ni­zmy wypar­cia.

Wśród moich nie­ule­czal­nie cho­rych pacjen­tów znaj­do­wał się męż­czy­zna w śred­nim wieku, będący dyrek­to­rem gene­ral­nym firmy, która sprze­da­wała chrząstkę rekina jako spe­cy­fik prze­ciw­ra­kowy. Nim został przy­jęty na nasz oddział, jego nie­wiele wcze­śniej zdia­gno­zo­wany nowo­twór zdą­żył się roz­prze­strze­nić po całym orga­ni­zmie. Nie­mal do ostat­niego dnia życia czło­wiek ten jadł chrząstkę rekina, choć już nie dla­tego, że wie­rzył w jej sku­tecz­ność. Cuch­nęła paskud­nie -?odra­ża­jący smród wyczu­wało się z daleka -?i mogłem sobie jedy­nie wyobra­żać, jak sma­kuje. "Nie­na­wi­dzę tego jeść -?wyznał mi -?ale mój part­ner biz­ne­sowy byłby bar­dzo roz­cza­ro­wany, gdy­bym prze­stał". Prze­ko­na­łem go, że ma pełne prawo dożyć swo­ich dni bez poczu­cia odpo­wie­dzial­no­ści za czy­jeś roz­cza­ro­wa­nie.

Posta­wie­nie hipo­tezy, zgod­nie z którą spo­sób przy­sto­so­wa­nia czło­wieka do życia mógłby sta­no­wić czyn­nik cho­ro­bo­twór­czy, wymaga deli­kat­no­ści. Kore­la­cje mię­dzy postę­po­wa­niem a póź­niej­szym zacho­ro­wa­niem w przy­padku, dajmy na to, pale­nia tyto­niu i raka płuc są oczy­wi­ste dla wszyst­kich - może z wyjąt­kiem poten­ta­tów prze­my­słu tyto­nio­wego. Jed­nak powią­za­nia mię­dzy emo­cjami a poja­wie­niem się stward­nie­nia roz­sia­nego, raka piersi czy zapale­nia sta­wów są już trud­niej­sze do udo­wod­nie­nia. Pacjent nie tylko cierpi w wyniku cho­roby, lecz także odnosi wra­że­nie, że jest obwi­niany o bycie takim, a nie innym czło­wie­kiem. "Po co piszesz taką książkę? -?zapy­tała mnie pięć­dzie­się­cio­dwu­let­nia pro­fe­sorka uni­wer­sy­tetu, zma­ga­jąca się z nowo­two­rem piersi. -?Zacho­ro­wa­łam na raka ze względu na uwa­run­ko­wa­nia gene­tyczne, a nie dla­tego, że coś zro­bi­łam" -?powie­działa gniew­nie.

"Trak­to­wa­nie cho­roby i śmierci jako oso­bi­stej porażki jest wyjąt­kowo nie­for­tunną formą obar­cza­nia winą ofiary -?oskar­żał wstęp­niak w cza­so­pi­śmie "New England Jour­nal of Medi­cine" z 1985 roku. -?Gdy pacjent jest już obcią­żony cho­robą, nie należy dodat­kowo pognę­biać go ocze­ki­wa­niem, że weź­mie na sie­bie odpo­wie­dzial­ność za jej wystą­pie­nie".

Do draż­li­wej kwe­stii domnie­ma­nej winy jesz­cze wrócę, tym­cza­sem zazna­czę jedy­nie, że nie cho­dzi tu o winę ani porażkę. Takie okre­śle­nia zaciem­niają obraz sytu­acji. Jak posta­ram się wkrótce wyka­zać, obwi­nia­nie cier­pią­cego -?poza tym, że jest nie­etyczne -?z nauko­wego punktu widze­nia nie ma żad­nych pod­staw.

W arty­kule zamiesz­czo­nym w "NEJM" winę prze­mie­szano z odpo­wie­dzial­no­ścią. Choć wszy­scy oba­wiamy się obcią­że­nia odpo­wie­dzial­no­ścią, każdy z nas zapewne życzyłby sobie czę­ściej być odpo­wie­dzial­nym za wyda­rze­nia we wła­snym życiu, a więc świa­do­mie nimi kie­ro­wać, a nie tylko reago­wać w spo­sób odru­chowy. Chcemy roz­po­rzą­dzać swoim życiem; być odpo­wie­dzial­nymi i zdol­nymi do podej­mo­wa­nia wła­snych decy­zji wpły­wa­ją­cych na sprawy dla nas istotne. Praw­dziwa odpo­wie­dzial­ność nie ist­nieje jed­nak w ode­rwa­niu od świa­do­mo­ści. Jedną ze sła­bo­ści zachod­niego podej­ścia do medy­cyny jest uczy­nie­nie z leka­rza jedy­nego auto­ry­tetu, z pacjenta zaś -?najczę­ściej pasyw­nego obiektu tera­pii lub odbiorcy leku. Ludzie zostali pozba­wieni moż­li­wo­ści bycia praw­dzi­wie odpo­wie­dzial­nymi. Nikt nie powi­nien być obar­czany winą za wła­sną cho­robę bądź śmierć. Mogą one przy­paść w udziale każ­demu, w dowol­nej chwili, ale im wię­cej wiemy na swój temat, tym łatwiej unik­niemy sta­wa­nia się bier­nymi ofia­rami swo­ich przy­pa­dło­ści.

Rela­cje mię­dzy umy­słem a cia­łem należy dostrze­gać w celu zro­zu­mie­nia nie tylko cho­roby, lecz także zdro­wia. Dok­tor Robert Maun­der z wydziału psy­chia­trii na Uni­wer­sy­te­cie w Toronto pisał o roli komu­ni­ka­cji umysł-ciało w cza­sie cho­roby. "Próba zro­zu­mie­nia i roz­wią­za­nia pro­blemu stresu daje więk­sze szanse na zdro­wie niż igno­ro­wa­nie go" -?powie­dział mi w wywia­dzie. W prze­biegu tera­pii każda infor­ma­cja, każda cząstka prawdy mogą mieć nie­ba­ga­telne zna­cze­nie. Jeśli ist­nieje zwią­zek mię­dzy emo­cjami a fizjo­lo­gią, prze­mil­cze­nie tego faktu pozba­wia pacjenta potęż­nej broni do walki z cho­robą.

W tym miej­scu docie­ramy do pro­blemu nie­ade­kwat­no­ści języka. Samo roz­pra­wia­nie o powią­za­niach mię­dzy umy­słem a cia­łem każe sądzić, że są to dwa odrębne, jedy­nie w jakimś zakre­sie współ­pra­cu­jące byty. W rze­czy­wi­sto­ści takie roz­gra­ni­cze­nie nie ist­nieje; nie ma ciała, które nie byłoby umy­słem, i nie ma umy­słu, który nie byłby cia­łem. Nie­któ­rzy suge­rują wpro­wa­dze­nie ter­minu mind­body (umysł-ciało), który lepiej oddaje praw­dziwy stan rze­czy.

Nawet w kra­jach Zachodu myśle­nie o związ­kach umysł-ciało nie jest zupeł­nie nowe. W jed­nym z Dia­lo­gów Pla­tona Sokra­tes przy­ta­cza kry­tykę, jaką tracki lekarz wygło­sił pod adre­sem swych grec­kich kole­gów: "Wła­śnie dla­tego leka­rzom u Hel­le­nów wymyka się tak wiele cho­rób, że nie znają tej cało­ści, o którą tro­skli­wie dbać potrzeba (...). Teraz wła­śnie, mówi, to jest ten błąd roz­po­wszech­niony mię­dzy ludźmi, że bez jed­nego i bez dru­giego1 nie­je­den pró­buje być leka­rzem"q3. Umy­słu od ciała oddzie­lić nie spo­sób -?Sokra­tes wie­dział to nie­mal dwa i pół tysiąc­le­cia przed poja­wie­niem się psy­cho­neu­ro­im­mu­no­en­do­kry­no­lo­gii!

Pisa­nie książki Kiedy ciało mówi nie zaowo­co­wało nie tylko potwier­dze­niem nie­któ­rych spo­strze­żeń, które po raz pierw­szy wyra­zi­łem w arty­kule doty­czą­cym przy­padku twar­dziny ukła­do­wej u Mary. Przy oka­zji wiele się nauczy­łem i głę­boko doce­ni­łem pracę setek leka­rzy, naukow­ców, psy­cho­lo­gów i bada­czy, któ­rzy nakre­ślili zarysy nie­zna­nej wcze­śniej dzie­dziny rela­cji umysł-ciało. Praca nad tą książką stała się dla mnie przy tym wewnętrzną eks­plo­ra­cją spo­so­bów, na jakie sam tłu­mi­łem emo­cje. Do odby­cia tej oso­bi­stej podróży skło­niło mnie pyta­nie, które usły­sza­łem od psy­cho­te­ra­peuty z Bri­tish Colum­bia Can­cer Agency, dokąd uda­łem się w celu zba­da­nia roli wypie­ra­nia emo­cji w roz­woju raka. Jak się wydaje, wiele osób ze zdia­gno­zo­waną cho­robą nowo­two­rową odru­chowo tłumi cier­pie­nie psy­chiczne i fizyczne, a także nie­przy­jemne emo­cje, takie jak gniew, smu­tek czy poczu­cie odrzu­ce­nia. "Jaki jest twój oso­bi­sty zwią­zek z tym pro­ble­mem? -?zapy­tał mnie tera­peuta. -?Co cię przy­ciąga do tego kon­kret­nego tematu?".

Pyta­nie to wydo­było z mojej pamięci wspo­mnie­nie wyda­rze­nia sprzed sied­miu lat. Pew­nego wie­czoru poje­cha­łem do domu opieki, w któ­rym prze­by­wała moja sie­dem­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nia wów­czas matka. Cier­piała na postę­pu­jącą dys­tro­fię mię­śniową, dzie­dziczną cho­robę powo­du­jącą zanik mię­śni, która wystę­puje w naszej rodzi­nie. Ponie­waż scho­rze­nie wynisz­czyło jej ciało do tego stop­nia, że nie mogła już nawet usiąść bez pomocy, nie była w sta­nie samo­dziel­nie funk­cjo­no­wać we wła­snym domu. Ja i moi dwaj bra­cia odwie­dza­li­śmy ją wraz z rodzi­nami aż do jej śmierci, która cza­sowo zbie­gła się z roz­po­czę­ciem przeze mnie pracy nad niniej­szą publi­ka­cją.

Idąc kory­ta­rzem domu opieki, lekko uty­ka­łem. Tego samego ranka prze­sze­dłem ope­ra­cję uszko­dzo­nej chrząstki kola­no­wej, któ­rej musia­łem się pod­dać na sku­tek igno­ro­wa­nia licz­nych sygna­łów, jakie moje ciało wysy­łało mi języ­kiem bólu za każ­dym razem, gdy bie­ga­łem po beto­nie. Gdy tylko otwo­rzy­łem drzwi do pokoju mamy i ruszy­łem się z nią przy­wi­tać, odru­chowo nada­łem swoim kro­kom zwy­kłą non­sza­lan­cję. Impuls do ukry­cia kuś­ty­ka­nia nie był świa­domy -?posłu­cha­łem go, nim zda­łem sobie z tego sprawę. Dopiero póź­niej zaczą­łem się zasta­na­wiać, co skło­niło mnie do pod­ję­cia tak -?nomen omen -?zbęd­nych kro­ków. Zbęd­nych, ponie­waż moja matka z pew­no­ścią cał­ko­wi­cie spo­koj­nie przy­ję­łaby infor­ma­cję, że jej ponad­pięć­dzie­się­cio­letni syn kuleje nie­spełna dwa­na­ście godzin po ope­ra­cji kolana.

Co zatem mną powo­do­wało? Odruch, by ochro­nić matkę przed smut­kiem, nawet w tak nie­win­nej sytu­acji, był głę­boko wdru­ko­wany i wyni­kał z instynktu, który miał nie­wiele wspól­nego z naszymi obec­nymi potrze­bami. Był oparty na wspo­mnie­niach -?sta­no­wił rekon­struk­cję reak­cji wyry­tej w moim roz­wi­ja­ją­cym się mózgu, zanim zyska­łem jej świa­do­mość.

Oca­la­łem z nazi­stow­skiej apo­ka­lipsy, lecz w jakimś stop­niu jestem także jej dziec­kiem -?więk­szość pierw­szego roku swego życia spę­dzi­łem w Buda­pesz­cie pod nie­miecką oku­pa­cją. Moich dziad­ków ze strony matki zgła­dzono w Auschwitz, kiedy mia­łem pięć mie­sięcy; ciotka rów­nież została depor­to­wana i słuch po niej zagi­nął. Ojciec tra­fił do bata­lionu prac przy­mu­so­wych w służ­bie armii nie­miec­kiej i węgier­skiej. Wraz z matką ledwo prze­ży­li­śmy mie­siące spę­dzone w buda­pesz­teń­skim get­cie. Na kilka tygo­dni musiała się nawet ze mną roz­stać, sta­no­wiło to bowiem jedyny spo­sób na ura­to­wa­nie mnie przed śmier­cią gło­dową albo cho­robą. Nie trzeba wiel­kiej wyobraźni, by zro­zu­mieć, że w jej sta­nie umy­słu i pod nie­ludzką pre­sją stre­sów, jakie towa­rzy­szyły jej każ­dego dnia, matka rzadko zdo­by­wała się na czuły uśmiech i nie­po­dzielną uwagę, nie­zbędne do utrwa­le­nia poczu­cia bez­pie­czeń­stwa i bez­wa­run­ko­wej miło­ści u roz­wi­ja­ją­cego się nie­mow­lę­cia. Opo­wia­dała mi zresztą o wielu sytu­acjach, w któ­rych prze­peł­niała ją roz­pacz tak wielka, że jedyną moty­wa­cją do wsta­nia z łóżka była koniecz­ność opieki nade mną. Wcze­śnie nauczy­łem się, że muszę zasłu­żyć na jej uwagę i stać się dla niej jak naj­mniej­szym cię­ża­rem, a wła­sne lęki i cier­pie­nia naj­le­piej stłu­mić.

W zdro­wych rela­cjach tro­ska matki nie wymaga od nie­mow­lę­cia zapra­co­wy­wa­nia na to, co otrzy­muje. Moja matka nie potra­fiła zapew­nić mi tej bez­wa­run­ko­wej opieki -?a ponie­waż nie była ani święta, ani dosko­nała, nie­wy­klu­czone, że nie uda­łoby się jej to w pełni nawet bez kosz­maru, jakiego doświad­czyła nasza rodzina.

W takich oko­licz­no­ściach sta­łem się obrońcą swo­jej matki -?chro­ni­łem ją przede wszyst­kim przed świa­do­mo­ścią mojego cier­pie­nia. Obronny odruch, który wykształ­cił się u nie­mow­lę­cia, wkrótce prze­isto­czył się w utrwa­lony wzo­rzec oso­bo­wo­ści, po pięć­dzie­się­ciu jeden latach wciąż skła­nia­jący mnie do ukry­wa­nia przed nią nawet naj­mniej­szego fizycz­nego dys­kom­fortu.

Nie roz­wa­ża­łem pisa­nia książki Kiedy ciało mówi nie w takich kate­go­riach. Trak­to­wa­łem ją raczej jak inte­lek­tu­alną podróż; bada­nie inte­re­su­ją­cej teo­rii, która pomo­głaby rzu­cić świa­tło na kwe­stie ludz­kiego orga­ni­zmu w sta­nie zdro­wia i cho­roby. Ścieżkę tę przedep­tali przede mną inni, ale zawsze prze­cież zostaje coś do odkry­cia. Pyta­nie tera­peuty skło­niło mnie do zmie­rze­nia się z pro­ble­mem wypar­cia emo­cjo­nal­nego we wła­snym życiu. Dzięki temu uświa­do­mi­łem sobie, że masko­wa­nie uty­ka­nia jest jedy­nie małym jego przy­kła­dem.

Z tego wła­śnie powodu chcę podzie­lić się nie tylko wie­dzą czer­paną od innych czy z facho­wych cza­so­pism, lecz także obser­wa­cjami z wła­snego życia. Mecha­nizm wypar­cia działa u każ­dego z nas. Wszy­scy do pew­nego stop­nia coś negu­jemy i oszu­ku­jemy sami sie­bie, na ogół w spo­sób, któ­rego nie jeste­śmy świa­domi bar­dziej niż ja, gdy "posta­no­wi­łem" zama­sko­wać swoje uty­ka­nie. O zdro­wiu czy cho­ro­bie decy­duje jedy­nie kwe­stia skali tych zja­wisk bądź obec­no­ści albo braku innych czyn­ni­ków -?takich jak dzie­dzicz­ność czy zagro­że­nia śro­do­wi­skowe -?które sprzy­jają wystę­po­wa­niu okre­ślo­nych scho­rzeń. Poka­zu­jąc, że wypar­cie sta­nowi główną przy­czynę stresu i jest istot­nym czyn­ni­kiem cho­ro­bo­twór­czym, nie wyty­kam nikogo pal­cem za "roz­cho­ro­wa­nie się na wła­sną prośbę". Celem tej książki są sze­rze­nie wie­dzy i roz­po­wszech­nia­nie infor­ma­cji o moż­li­wo­ściach lecze­nia, a nie przy­spa­rza­nie winy i wstydu, które w naszej kul­tu­rze pano­szą się aż zanadto. Być może jestem nad­mier­nie wyczu­lony na kwe­stię poczu­cia winy, lecz nie róż­nię się pod tym wzglę­dem od więk­szo­ści ludzi. Wstyd jest naj­głęb­szą z "nega­tyw­nych emo­cji" -?zro­bimy nie­mal wszystko, by go unik­nąć. Nie­stety, usta­wiczny strach przed wsty­dem zabu­rza naszą zdol­ność trzeź­wej oceny rze­czy­wi­sto­ści.

Pomimo usil­nych sta­rań wielu leka­rzy po ośmiu latach od uzy­ska­nia dia­gnozy Mary zmarła w szpi­talu w Van­co­uver na sku­tek powi­kłań zwią­za­nych z twar­dziną ukła­dową. Do końca zacho­wała łagodny uśmiech, choć jej serce było słabe, a oddech stał się ciężki. Raz na jakiś czas pro­siła mnie o długą pry­watną wizytę -?nawet w szpi­talu, w ostat­nich dniach życia. Chciała po pro­stu poroz­ma­wiać o spra­wach poważ­nych i bła­hych. "Jesteś jedy­nym czło­wie­kiem, który mnie kie­dy­kol­wiek słu­chał" - wyznała kie­dyś.

Cza­sami zasta­na­wiam się, jak mogłoby się uło­żyć życie Mary, gdyby ktoś ją dostrzegł, wysłu­chał i zro­zu­miał, kiedy była małą dziew­czynką - mal­tre­to­waną, wystra­szoną i ugi­na­jącą się pod pre­sją odpo­wie­dzial­no­ści za młod­sze sio­stry. Być może gdyby miała wów­czas przy sobie kogoś, na kim nie­za­wod­nie mogłaby się oprzeć, nauczy­łaby się cenić sie­bie, wyra­żać swoje uczu­cia i oka­zy­wać gniew w razie naru­sze­nia jej fizycz­nych i emo­cjo­nal­nych gra­nic. Czy żyłaby na­dal, jeśli tak poto­czy­łyby się jej losy?

Cho­dzi o głowę i resztę ciała (przyp. tłum.). [wróć]

Roz­dział 2

Dziewczynka zbyt dobra, by mogła być prawdziwa

Stwier­dze­nie, że wio­sną i latem 1996 roku życie Nata­lie obfi­to­wało w stresy, byłoby nie­do­po­wie­dze­niem. W marcu jej szes­na­sto­let­niego syna wypusz­czono z ośrodka odwy­ko­wego po pół­rocz­nym poby­cie. W ciągu dwóch poprzed­nich lat wie­lo­krot­nie wyrzu­cano go ze szkoły za uży­wa­nie nar­ko­ty­ków i alko­holu. "Mie­li­śmy szczę­ście, że zna­la­zło się dla niego miej­sce na tera­pii sta­cjo­nar­nej -?mówi Nata­lie, pięć­dzie­się­cio­trzy­let­nia była pie­lę­gniarka. -?Nie­długo po jego powro­cie do domu zdia­gno­zo­wano mojego męża, a potem mnie". W lipcu jej mąż Bill prze­szedł ope­ra­cję zło­śli­wego guza jelita gru­bego. Po ope­ra­cji leka­rze powie­dzieli mu, że nowo­twór objął także wątrobę.

Nata­lie doskwie­rały nie­ustanne zmę­cze­nie, spo­ra­dyczne dzwo­nie­nie w uszach i zawroty głowy, lecz były one krót­ko­trwałe i ustę­po­wały bez lecze­nia. Na rok przed roz­po­zna­niem cho­roby czuła się bar­dziej zmę­czona niż zwy­kle. Po gwał­tow­nym napa­dzie zawro­tów głowy została skie­ro­wana na tomo­gra­fię kom­pu­te­rową, bada­nie niczego jed­nak nie wyka­zało. Wyko­nany dwa mie­siące póź­niej rezo­nans magne­tyczny mózgu Nata­lie ujaw­nił nato­miast nie­pra­wi­dło­wo­ści cha­rak­te­ry­styczne dla stward­nie­nia roz­sia­nego: ogni­ska sta­nów zapal­nych, w obrę­bie któ­rych stwier­dzono uszko­dze­nia i bli­zno­wa­ce­nie mie­liny -?zbu­do­wa­nej z tkanki tłusz­czo­wej osłonki chro­nią­cej komórki ner­wowe.

Stward­nie­nie roz­siane jest naj­częst­szym z tak zwa­nych scho­rzeń demie­li­ni­za­cyj­nych, które upo­śle­dzają dzia­ła­nie komó­rek ośrod­ko­wego układu ner­wo­wego. Towa­rzy­szące mu objawy są uza­leż­nione od miejsc obję­tych sta­nem zapal­nym i bli­zno­wa­ce­niem. Cho­roba ata­kuje naj­czę­ściej rdzeń krę­gowy, pień mózgu i nerw wzro­kowy, będący wiązką włó­kien ner­wo­wych prze­no­szą­cych infor­ma­cje z gałek ocznych do mózgu. W przy­padku uszko­dzeń zlo­ka­li­zo­wa­nych w obrę­bie rdze­nia krę­go­wego symp­tomy obej­mują drę­twie­nie, ból i inne nie­przy­jemne odczu­cia poja­wia­jące się w koń­czy­nach lub tuło­wiu. Nie­kiedy docho­dzi do mimo­wol­nego napię­cia czy osła­bie­nia mię­śni. Degra­da­cja osło­nek mie­li­no­wych w dol­nej czę­ści mózgu może skut­ko­wać podwój­nym widze­niem, pro­ble­mami z mową bądź trud­no­ścią z utrzy­ma­niem rów­no­wagi. Pacjenci z zapa­le­niem nerwu wzro­ko­wego bory­kają się z przej­ściową utratą wzroku. Bar­dzo czę­stym obja­wem jest zmę­cze­nie - poczu­cie przy­tła­cza­ją­cego wyczer­pa­nia, znacz­nie wykra­cza­jące poza typowe osła­bie­nie.

Nata­lie uskar­żała się na zawroty głowy przez całą jesień i wcze­sną zimę, a więc w trak­cie opieki nad mężem pod­czas jego rekon­wa­le­scen­cji po ope­ra­cji jelita i trwa­ją­cej dwa­na­ście tygo­dni che­mio­te­ra­pii. Potem Bill na pewien czas wró­cił do swo­jej pracy w cha­rak­te­rze agenta nie­ru­cho­mo­ści. Następ­nie w maju 1997 roku został pod­dany ope­ra­cji usu­nię­cia guzów zlo­ka­li­zo­wa­nych w wątro­bie.

"Po resek­cji, pole­ga­ją­cej na usu­nię­ciu sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cent wątroby, u Billa doszło do zakrzepu krwi w żyle wrot­nej1. Zator mógł się oka­zać śmier­telny -?wspo­mina Nata­lie. -?Mąż stał się zagu­biony i wojow­ni­czy". Bill zmarł w 1999 roku, przed­tem jed­nak nara­ził żonę na ogrom emo­cjo­nal­nego cier­pie­nia, jakiego nie była w sta­nie prze­wi­dzieć.

Bada­cze z Kolo­rado przyj­rzeli się stu oso­bom ze stward­nie­niem roz­sia­nym o postaci rzu­towo-remi­syj­nej, w któ­rej nawroty cho­roby nastę­pują naprze­mien­nie z okre­sami bez­ob­ja­wo­wymi. Wła­śnie taki typ cho­roby roz­wi­nął się u Nata­lie. U pacjen­tów zagro­żo­nych skraj­nie sil­nymi czyn­ni­kami stre­so­gen­nymi, takimi jak poważne trud­no­ści w związku lub nie­sta­bil­ność finan­sowa, do nasi­le­nia obja­wów docho­dziło pra­wie czte­ro­krot­nie czę­ściejq4.

-?W Boże Naro­dze­nie 1996 roku zawroty głowy doku­czały mi bar­dzo czę­sto, ale potem nie­mal cał­ko­wi­cie doszłam do sie­bie -?opo­wiada Nata­lie. - Tylko tro­chę nie­zgrab­nie cho­dzi­łam. I pomimo wielu pro­ble­mów zwią­za­nych z resek­cją wątroby u Billa -?mię­dzy lip­cem a sierp­niem aż cztery razy zabie­ra­łam go na szpi­talny oddział ratun­kowy -?nic mi nie dole­gało. Wyglą­dało na to, że mąż wraca do zdro­wia, i mie­li­śmy nadzieję, że nie doj­dzie do kolej­nych kom­pli­ka­cji. Póź­niej moja cho­roba po raz kolejny się pogłę­biła.

Zaostrze­nie nastą­piło w chwili, gdy Nata­lie uznała, że może się tro­chę odprę­żyć, ponie­waż nie musi już trwać w cią­głym pogo­to­wiu.

-?Mój mąż nale­żał do ludzi, któ­rzy uwa­żają, że jeśli nie chcą cze­goś robić, to nie muszą. Zawsze taki był. Gdy zacho­ro­wał, nie miał zamiaru nic z tym zro­bić. Sie­dział na kana­pie i pstry­kał pal­cami, a kiedy to robił, pod­ska­ki­wa­łam. Iry­to­wał tym nawet dzieci. W końcu jesie­nią, kiedy mu się polep­szyło, wysła­łam go na kilka dni za mia­sto z przy­ja­ciółmi. Powie­dzia­łam sobie: "Powi­nien gdzieś wyjść, potrze­bu­jesz tego".

-?A czego ty potrze­bo­wa­łaś? -?zapy­ta­łem.

-?Mia­łam dość. Popro­si­łam jego przy­ja­ciela: "Zabierz go gdzieś, gdzie będzie­cie mogli przez parę dni pograć w golfa". I fak­tycz­nie, przy­je­chał i go zabrał. Dwie godziny póź­niej poczu­łam zaostrze­nie obja­wów cho­roby.

Jakie wnio­ski mogła wycią­gnąć z tego doświad­cze­nia?

-?Cóż -?rze­kła z waha­niem Nata­lie. -?Takie, że powin­nam była wie­dzieć, w któ­rym momen­cie wyjść z trybu poma­ga­nia. Ale po pro­stu nie umiem; kiedy wiem, że ktoś potrze­buje pomocy, czuję się w obo­wiązku pomóc.

-?Nie­za­leż­nie od tego, co się z tobą dzieje?

-?Tak. Minęło pięć lat, a ja wciąż nie nauczy­łam się hamo­wać. Moje ciało czę­sto pro­te­stuje, a ja mimo to prę przed sie­bie. Niczego mnie to nie uczy.

W trak­cie trwa­nia mał­żeń­stwa orga­nizm Nata­lie miał wiele powo­dów do buntu. Bill był alko­ho­li­kiem i czę­sto wpra­wiał ją w zakło­po­ta­nie. "Gdy tro­chę sobie pofol­go­wał z piciem, robił się trudny do znie­sie­nia - opo­wia­dała. -?Sta­wał się kłó­tliwy, agre­sywny, tra­cił pano­wa­nie nad sobą. Jeśli coś go zde­ner­wo­wało na impre­zie, bez wyraź­nego powodu naska­ki­wał na ludzi w miej­scach publicz­nych. Odwra­ca­łam się wtedy i odcho­dzi­łam, a on wście­kał się na mnie, że go nie wspie­ram. Już po dwóch dniach od stwier­dze­nia u mnie stward­nie­nia roz­sia­nego wie­dzia­łam, że nie mogę na niego liczyć".

Po powro­cie z gol­fo­wego wyjazdu Bill na kilka mie­sięcy odzy­skał wigor. Wdał się w romans z kobietą, która była przy­ja­ciółką rodziny. "Pomy­śla­łam sobie wtedy: zobacz, co dla cie­bie zro­bi­łam -?mówi Nata­lie. -?Nara­zi­łam na szwank wła­sne zdro­wie. Opie­ko­wa­łam się tobą całe lato. Byłeś u progu śmierci, a ja tkwi­łam w szpi­talu przez trzy doby, cze­ka­jąc na wyrok: wyzdro­wiejesz czy umrzesz? Zaj­mo­wa­łam się tobą, gdy wró­ci­łeś do domu. A ty tak mi się odwdzię­czasz. Jak­bym dostała w pysk".

Kon­cep­cja uzna­jąca stres psy­chiczny za jeden z czyn­ni­ków zwięk­sza­ją­cych ryzyko stward­nie­nia roz­sia­nego nie jest nowa. Pełny kli­niczny obraz tej cho­roby jako pierw­szy przed­sta­wił fran­cu­ski neu­ro­log Jean-Mar­tin Char­cot. W wykła­dzie wygło­szo­nym w 1869 roku nad­mie­nił on, iż "dłu­go­trwały żal lub zgry­zota" łączą się z wystą­pie­niem cha­rak­te­ry­stycz­nych dla nich obja­wów. Pięć lat póź­niej pewien bry­tyj­ski lekarz opi­sał przy­pa­dek stward­nie­nia roz­sia­nego, który rów­nież miał zwią­zek ze stre­sem: "W roz­wa­ża­niach o aspek­cie etio­lo­gicz­nym należy wspo­mnieć o infor­ma­cji, jaką ta nie­szczę­sna pacjentka pouf­nie prze­ka­zała pie­lę­gniarce, a mia­no­wi­cie, że przy­czyną jej cho­roby było przy­ła­pa­nie męża w łóżku z inną kobietą"q5.

Na potrzeby tej książki prze­pro­wa­dzi­łem wywiady z dzie­wię­cioma oso­bami cho­rymi na stward­nie­nie roz­siane, w tym ośmioma kobie­tami. (Cho­roba ta w mniej wię­cej 60 pro­cen­tach przy­pad­ków dotyka kobiety). Wzorce emo­cjo­nalne widoczne w histo­rii Nata­lie można zaob­ser­wo­wać u każ­dej z tych osób, nawet jeśli nie zawsze w tak skraj­nej for­mie.

Dowody zgro­ma­dzone dzięki tym wywia­dom pokry­wają się z wyni­kami badań. "Wielu kli­nicz­nych bada­czy tej cho­roby wyra­ziło opi­nię, że stres emo­cjo­nalny może mieć zwią­zek z genezą stward­nie­nia roz­sia­nego" - stwier­dzono w arty­kule opu­bli­ko­wa­nym w 1970 rokuq6. Nad­mierne przy­wią­za­nie do rodzica, brak nie­za­leż­no­ści psy­chicz­nej, prze­można potrzeba miło­ści i przy­wią­za­nia oraz nie­zdol­ność do odczu­wa­nia lub wyra­ża­nia gniewu od dawna są uwa­żane przez bada­czy za moż­liwe czyn­niki natu­ral­nego roz­woju oma­wia­nej cho­roby. Opra­co­wa­nia z 1958 roku wska­zały, że w bli­sko 90 pro­cen­tach przy­pad­ków "przed wystą­pie­niem obja­wów (...) pacjenci doświad­czyli trau­ma­tycz­nych prze­żyć, zagra­ża­ją­cych ich "sys­te­mowi bez­pie­czeń­stwa""q7.

W prze­pro­wa­dzo­nym w 1969 roku bada­niu przyj­rzano się zna­cze­niu pro­ce­sów psy­chicz­nych u trzy­dzie­stu dwóch pacjen­tów z Izra­ela i ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. U 85 pro­cent z nich objawy -?zdia­gno­zo­wane w póź­niej­szym cza­sie jako skutki stward­nie­nia roz­sia­nego -?poja­wiły się w następ­stwie nie­daw­nego sil­nie stre­su­ją­cego wyda­rze­nia. Były to bodźce o bar­dzo zróż­ni­co­wa­nym cha­rak­te­rze -?od śmierci lub cho­roby kogoś bli­skiego przez nagłą groźbę utraty środ­ków do życia aż po sytu­acje rodzinne powo­du­jące trwałą zmianę w życiu bada­nego i wyma­ga­jące ela­stycz­no­ści bądź adap­ta­cji wykra­cza­ją­cej poza moż­li­wo­ści kon­kret­nej osoby. Jed­nym z takich źró­deł stresu oka­zał się dłu­go­trwały kon­flikt mał­żeń­ski, a innym rosnąca odpo­wie­dzial­ność w miej­scu pracy. Auto­rzy bada­nia skon­klu­do­wali: "Cechą wspólną są stop­niowo nara­sta­jąca świa­do­mość nie­moż­no­ści pora­dze­nia sobie z trudną sytu­acją (...) i rodzące się na tym tle poczu­cie nie­udol­no­ści lub porażki"q8. Stresy tego rodzaju wystę­pują u ludzi we wszyst­kich kul­tu­rach.

Pod­czas innego bada­nia porów­ny­wano pacjen­tów cier­pią­cych na stward­nie­nie roz­siane ze zdro­wymi oso­bami sta­no­wią­cymi grupę kon­tro­lną. Wśród cho­rych sil­nie stre­su­jące zda­rze­nia były dzie­się­cio­krot­nie częst­sze, z czego same kon­flikty mał­żeń­skie -?pię­cio­krot­nieq9.

Spo­śród ośmiu moich roz­mów­czyń ze stward­nie­niem roz­sia­nym tylko jedna była na­dal w swoim pierw­szym dłu­go­trwa­łym związku; reszta roz­stała się lub roz­wio­dła. Cztery z nich były przed zacho­ro­wa­niem mal­tre­to­wane fizycz­nie bądź psy­chicz­nie przez swych part­ne­rów. W pozo­sta­łych przy­pad­kach part­ne­rzy byli emo­cjo­nal­nie zdy­stan­so­wani i nie­przy­stępni.

U dzien­ni­karki o imie­niu Lois stward­nie­nie roz­siane zdia­gno­zo­wano w 1974 roku; miała wów­czas dwa­dzie­ścia cztery lata. Kilka mie­sięcy po krót­kim epi­zo­dzie podwój­nego widze­nia zaczęła doświad­czać mro­wie­nia w nogach. Poprzed­nie dwa lata spę­dziła w malut­kiej zamiesz­ka­nej przez auto­chto­nów osa­dzie w Ark­tyce, z męż­czy­zną o dzie­więć lat od niej star­szym - arty­stą, któ­rego obec­nie opi­suje jako czło­wieka nie­zrów­no­wa­żo­nego psy­chicz­nie. Tra­fił on potem do szpi­tala z roz­po­zna­niem cho­roby mania­kalno-depre­syj­nej.

-?Ubó­stwia­łam go -?wspo­mina Lois. -?Był nie­zwy­kle uta­len­to­wany i czu­łam się przy nim mała. Może nawet tro­chę się go bałam.

Życie na Ark­tyce oka­zało się dla niej nie­zmier­nie trudne.

-?Dla cho­wa­nej pod klo­szem dziew­czyny z Zachod­niego Wybrzeża to było jak prze­pro­wadzka do Tim­buktu. Wiele lat póź­niej usły­sza­łam od psy­cho­loga: "Mia­łaś szczę­ście, że wyszłaś stam­tąd żywa". To odosob­nione miej­sce było nazna­czone alko­ho­li­zmem, mor­der­stwami i śmier­cią. Nie ist­nieją tam drogi. Bałam się swo­jego part­nera, jego osą­dów i gniewu. Ten letni romans powi­nien się skoń­czyć po kilku mie­sią­cach, a tym­cza­sem cią­gnął się kilka lat. Pró­bo­wa­łam się trzy­mać naj­le­piej, jak umia­łam, lecz wresz­cie mój chło­pak się mnie pozbył.

Warunki bytowe były złe.

-?Mie­li­śmy wycho­dek, ale przy minus czter­dzie­stu czy minus czter­dzie­stu pię­ciu stop­niach to był dra­mat. Potem mój part­ner się pod­dał i zdo­był prze­no­śną toa­letę, jeśli można to tak nazwać, do któ­rej mogłam zała­twiać się w nocy -?bo kobiety siu­siają czę­ściej niż męż­czyźni, prawda?

-?Trak­to­wał to jak ustęp­stwo? -?zapy­ta­łem.

-?Zga­dza się. Musie­li­śmy ją wyno­sić w celu opróż­nie­nia, ale on nie chciał tego robić. Pew­nej nocy cisnął toa­letę w śnieg i kazał mi sko­rzy­stać z wychodka. Musia­łam też nosić wodę, gdyż nie było dostępu do bie­żą­cej. Nie mia­łam wyj­ścia. Jeśli chcia­łam z nim być, musia­łam się z tym pogo­dzić.

Pamię­tam, jak mówi­łam mu, że naj­waż­niej­szą rze­czą, jakiej od niego ocze­kuję, jest sza­cu­nek. Nie wiem dla­czego, ale było to dla mnie nie­zwy­kle istotne. Pra­gnę­łam tego tak bar­dzo, że byłam w sta­nie wiele znieść.

Lois wyznała, że roz­pacz­liwa potrzeba apro­baty cecho­wała także jej wcze­śniej­sze rela­cje, zwłasz­cza te z matką.

-?W jakiś spo­sób uosa­biał dla mnie matkę, która zawsze kon­tro­lo­wała moje życie (...) od samego początku mówiła mi, jak mam się ubie­rać czy urzą­dzić pokój. Byłam dziew­czynką zbyt dobrą, by mogła być praw­dziwa. Ozna­czało to, że mar­gi­na­li­zo­wa­łam wła­sne pra­gnie­nia i potrzeby za cenę czy­jejś apro­baty. Zawsze sta­ra­łam się być taka, jaką chcieli widzieć mnie rodzice.

Bar­bara, psy­cho­te­ra­peutka -?sądząc po repu­ta­cji, zna­ko­mita -?leczy wiele osób cier­pią­cych na cho­roby prze­wle­kłe. Sama zapa­dła na stward­nie­nie roz­siane. Upo­rczy­wie sprze­ci­wia się suge­stii, jakoby jej stany zapalne i zbli­zno­wa­ce­nia leżące u pod­staw tej cho­roby miały cokol­wiek wspól­nego z wypie­ra­niem emo­cji w dzie­ciń­stwie. Stward­nie­nie roz­siane ujaw­niło się u niej osiem­na­ście lat temu. Pierw­sze symp­tomy dały o sobie znać tuż po tym, jak na dwa tygo­dnie zapro­siła do sie­bie socjo­pa­tycz­nego męż­czy­znę, z któ­rym pra­co­wała w zakła­dzie popraw­czym.

-?Prze­szedł długą tera­pię i cho­dziło o to, by dać mu nową szansę - opo­wiada.

Pacjent ów zasiał w jej domu i mał­żeń­stwie chaos i spu­sto­sze­nie. Zapy­ta­łem Bar­barę, czy nie sądzi, iż zapro­sze­nie do domu osoby z poważ­nymi pro­ble­mami sta­no­wiło rażące naru­sze­nie jej wła­snych gra­nic.

-?Cóż, tak i nie. Zda­wało mi się, że ponie­waż umowa doty­czyła dwóch tygo­dni, wszystko będzie w porządku. Oczy­wi­ście ni­gdy wię­cej już cze­goś takiego nie zro­bię. Jestem teraz tak dobra w wyzna­cza­niu swo­ich gra­nic, że jedna z moich pacjen­tek nazywa mnie kró­lową gra­nic -?a ponie­waż ona także jest tera­peutką, żar­tu­jemy sobie z tego. Nie­stety, ode­bra­łam bole­sną lek­cję. Cza­sami myślę, że moje stward­nie­nie roz­siane jest karą za głu­potę.

Uzna­nie cho­roby za rodzaj kary wiąże się z bar­dzo istotną kwe­stią, a mia­no­wi­cie taką, że prze­wle­kle cho­ru­jące osoby czę­sto są oskar­żane -?lub zarzu­cają same sobie -?że w jakiś spo­sób zasłu­żyły na wła­sne nie­szczę­ście. Gdyby teo­ria wypar­cia/stresu istot­nie suge­ro­wała, że cho­roba jest karą, zgo­dził­bym się ze sta­no­wi­skiem Bar­bary, która ją odrzuca. Jed­nak próby nauko­wego zro­zu­mie­nia nie da się pogo­dzić z mora­li­zo­wa­niem i osą­dem. Stwier­dze­nie, że nie­roz­ważna decy­zja o zapro­sze­niu do domu poten­cjal­nie tok­sycz­nego czło­wieka oka­zała się źró­dłem stresu i przy­czy­niła się do roz­woju cho­roby, sta­nowi jedy­nie wska­za­nie na zwią­zek mię­dzy stre­sem a cho­robą. Cho­dzi o omó­wie­nie ewen­tu­al­nych kon­se­kwen­cji -?nie w kon­tek­ście kary, lecz fizjo­lo­gicz­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Bar­bara utrzy­muje, że z rodzi­cami łączyły ją zdrowe rela­cje, pełne wza­jem­nej miło­ści.

-?Zna­ko­mi­cie doga­dy­wa­łam się z mamą. Zawsze były­śmy sobie bar­dzo bli­skie.

-?Wyzna­cza­nia gra­nic uczymy się we wcze­snych latach kształ­to­wa­nia oso­bo­wo­ści -?powie­dzia­łem. -?Dla­czego więc musia­łaś się nauczyć tego póź­niej, na pod­sta­wie bole­snych doświad­czeń?

-?W odróż­nie­niu od mojej matki ja zna­łam swoje gra­nice. Tego zresztą doty­czyła więk­szość naszych kłótni. Spie­ra­ły­śmy się o jej nie­zdol­ność do oce­nia­nia, gdzie ona się koń­czy, a ja zaczy­nam.

Fakt, iż Bar­bara przy­jęła do swego domu nie­sta­bil­nego emo­cjo­nal­nie i nie­bez­piecz­nego męż­czy­znę, nauka uzna­łaby za silny stre­sor, lecz poprze­dza­jący to wyda­rze­nie chro­niczny stres wyni­ka­jący ze słabo wyzna­czo­nych gra­nic nie jest już tak łatwy do ziden­ty­fi­ko­wa­nia. Zatar­cie gra­nic emo­cjo­nal­nych w dzie­ciń­stwie staje się istot­nym źró­dłem przy­szłego stresu fizjo­lo­gicz­nego u osoby doro­słej. Ma ono cią­gły nega­tywny wpływ na układ hor­mo­nalny i odpor­no­ściowy orga­ni­zmu, ponie­waż ludzie ze słabo okre­ślo­nymi gra­nicami oso­bi­stymi funk­cjo­nują w sta­nie chro­nicz­nego stresu -?prze­kra­cza­nie tych gra­nic przez innych jest sta­łym ele­men­tem ich codzien­nych doświad­czeń. Nauczyli się oni jed­nak usu­wać tę prawdę ze świa­do­mo­ści.

W sza­no­wa­nym pod­ręcz­niku inter­ni­stycz­nym pada stwier­dze­nie, że przy­czyny stward­nie­nia roz­sia­nego pozo­stają nie­znaneq10. Więk­szość badań odrzuca etio­lo­gię zakaźną, mimo iż wpływ wirusa nie jest wyklu­czony. Cho­roba ta ma praw­do­po­dob­nie pod­łoże gene­tyczne; do wnio­sku tego pro­wa­dzi fakt, iż nie­które grupy etniczne wydają się od niej wolne -?na przy­kład Inu­ici w Ame­ryce Pół­noc­nej czy Bantu z połu­dnio­wej Afryki. Geny nie wyja­śniają jed­nak, kto i dla­czego może zacho­ro­wać. "Choć można odzie­dzi­czyć gene­tyczną podat­ność na stward­nie­nie roz­siane, nie da się odzie­dzi­czyć samej cho­roby -?pisze neu­ro­log Louis J. Rosner, były kie­row­nik Kli­niki Stward­nie­nia Roz­sia­nego na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim w Los Ange­les. -?Na stward­nie­nie roz­siane nie zawsze zapa­dają nawet osoby, u któ­rych wystę­puje kom­plet pre­dys­po­nu­ją­cych do tego genów. Zda­niem eks­per­tów cho­roba musi być wywo­ły­wana czyn­ni­kami śro­do­wi­sko­wymi"q11.

Sprawę dodat­kowo kom­pli­kują bada­nia metodą rezo­nansu magne­tycz­nego (MRI) oraz autop­sje, pod­czas któ­rych wycho­dzą na jaw cha­rak­te­ry­styczne objawy demie­li­ni­za­cji w ośrod­ko­wym ukła­dzie ner­wo­wym osób, u któ­rych ni­gdy nie wystę­po­wały jawne symp­tomy cho­roby. Dla­czego część ludzi z takimi zmia­nami neu­ro­pa­to­lo­gicz­nymi unika zacho­ro­wa­nia, a część nie? Jakie "czyn­niki śro­do­wi­skowe", o któ­rych wspo­mina dr Rosner, mogą wcho­dzić w grę? W swym zna­ko­mi­tym skąd­inąd pod­ręcz­niku doty­czą­cym stward­nie­nia roz­sia­nego dr Rosner zasad­ni­czo odrzuca stres emo­cjo­nalny jako czyn­nik wpły­wa­jący na wystą­pie­nie cho­roby. Docho­dzi do wnio­sku, że praw­do­po­dob­nie naj­le­piej tłu­ma­czą ją kwe­stie auto­im­mu­no­lo­giczne. "Czło­wiek staje się uczu­lony na wła­sną tkankę -?wyja­śnia -?i wytwa­rza prze­ciw­ciała ata­ku­jące zdrowe komórki". Igno­ruje tym samym obszerną lite­ra­turę medyczną łączącą pro­cesy auto­im­mu­no­lo­giczne ze stre­sem i z oso­bo­wo­ścią -?tym­cza­sem jest to ważny zwią­zek, który zosta­nie omó­wiony bli­żej w kolej­nych roz­dzia­łach.

W 1994 roku na wydziale neu­ro­lo­gii Szpi­tala Uni­wer­sy­tetu w Chi­cago prze­pro­wa­dzono eks­pe­ry­ment bada­jący inte­rak­cje mię­dzy ukła­dem ner­wo­wym a ukła­dem odpor­no­ścio­wym oraz ich poten­cjalną rolę w prze­biegu stward­nie­nia roz­sia­negoq12. Na przy­kła­dzie szczu­rów poka­zano, że sztucz­nie wywo­łana cho­roba auto­im­mu­no­lo­giczna pogłę­biała się, gdy zablo­ko­wano u nich reak­cję walki lub ucieczki. Gdyby reak­cja ta nie została zabu­rzona, zwie­rzęta ochro­ni­łaby zdol­ność do natu­ral­nego reago­wa­nia na stres.

Pacjenci ze stward­nie­niem roz­sia­nym opi­sani w lite­ra­tu­rze na temat stresu, a także wszy­scy, z któ­rymi prze­pro­wa­dzi­łem wywiady, zna­leźli się w sytu­acjach podob­nych do tych będą­cych udzia­łem nie­szczę­snych zwie­rząt labo­ra­to­ryj­nych w chi­ca­gow­skim eks­pe­ry­men­cie: ze względu na uwa­run­ko­wa­nia wynie­sione z dzie­ciń­stwa byli nara­żeni na ostry, prze­wle­kły stres, przy czym nie­zbędna zdol­ność do natu­ral­nego prze­cho­dze­nia w tryb "ucie­kaj albo walcz" była u nich zabu­rzona. Pod­sta­wo­wym pro­ble­mem nie jest stres zewnętrzny, taki jak wyda­rze­nia życiowe przed­sta­wione w bada­niach, lecz uwa­run­ko­wana śro­do­wi­skowo bez­rad­ność, która nie pozwala na pra­wi­dłową reak­cję walki lub ucieczki. Powstały wewnętrzny stres jest wtedy stłu­miony, a w rezul­ta­cie nie­wi­doczny. Po pew­nym cza­sie nie­za­spo­ko­jone potrzeby wła­sne bądź sku­pie­nie na zaspo­ka­ja­niu potrzeb innych prze­stają być postrze­gane jako stre­su­jące. Orga­nizm uznaje je za nor­malne -?czło­wiek zostaje roz­bro­jony.

U trzy­dzie­sto­trzy­let­niej Véronique stward­nie­nie roz­siane stwier­dzono trzy lata temu. "Prze­ży­łam poważny epi­zod, z któ­rego praw­dzi­wej natury nie zda­wa­łam sobie sprawy -?opo­wiada. -?Ból w sto­pach, drę­twie­nie i mro­wie­nie się­ga­jące gór­nej czę­ści klatki pier­sio­wej i stop­niowo cofa­jące się w dół. Trwało to jakieś trzy dni. Uzna­łam to nawet za zabawne - mogłam się ude­rzyć i nic nie czu­łam! Wtedy nikomu nic o tym nie mówi­łam". Dopiero póź­niej kole­żanka prze­ko­nała ją, by zgło­siła się do leka­rza.

-?Czu­łaś odrę­twie­nie i ból od stóp do gór­nej czę­ści klatki pier­sio­wej i nikomu o tym nie powie­dzia­łaś? Dla­czego?

-?Nie sądzi­łam, że warto komu­kol­wiek się z tego zwie­rzać. A gdy­bym przy­znała się rodzi­com, tylko bym ich zde­ner­wo­wała.

-?A gdy­byś usły­szała od kogoś, że odczuwa drę­twie­nie i ból od stóp do połowy klatki pier­sio­wej, puści­ła­byś to mimo uszu?

-?Nie, zago­ni­ła­bym taką osobę do leka­rza.

-?To dla­czego trak­to­wa­łaś sie­bie gorzej niż kogoś innego? Masz jakiś pomysł?

-?Nie.

Naj­bar­dziej poucza­jąca wypo­wiedź Véronique pada w związku z pyta­niem o poten­cjal­nie stre­su­jące doświad­cze­nia, które poprze­dziły wystą­pie­nie stward­nie­nia roz­sia­nego.

-?Nic szcze­gól­nie złego się nie działo -?odparła. -?Jestem adop­to­wa­nym dziec­kiem. Po pięt­na­stu latach naci­sków ze strony przy­bra­nej matki odszu­ka­łam w końcu swoją bio­lo­giczną rodzinę, choć tego nie chcia­łam. Ale zawsze łatwiej było mi ulec żąda­niom mamy, niż się o nie wykłó­cać, zawsze!

Odna­la­złam ich więc, spo­tka­li­śmy się i w pierw­szym odczu­ciu uzna­łam, że to, do licha, nie­moż­liwe, aby­śmy byli spo­krew­nieni. Pozna­nie pery­pe­tii mojej rodziny oka­zało się stre­su­jące; nie potrze­bo­wa­łam na przy­kład infor­ma­cji, że praw­do­po­dob­nie zosta­łam poczęta w wyniku kazi­rod­czego gwałtu. A przy­naj­mniej na to wygląda, bo nikt nie opo­wie­dział mi całej histo­rii, moja bio­lo­giczna matka nabrała zaś wody w usta.

Ponadto w tam­tym cza­sie byłam bez­ro­botna i cze­ka­łam na przy­zna­nie zasiłku. A kilka mie­sięcy wcze­śniej z hukiem roz­sta­łam się ze swoim chło­pa­kiem, bo nie dawa­łam rady dłu­żej zno­sić jego alko­ho­li­zmu. Szkoda mi było zdro­wia.

Wymie­nione stresy ta młoda kobieta okre­śliła jako nie­szcze­gól­nie złe: cią­głe naci­ski ze strony przy­bra­nej matki, która wbrew życze­niu Véronique ocze­ki­wała od niej odszu­ka­nia dys­funk­cyj­nej bio­lo­gicz­nej rodziny i spo­tka­nia się z jej człon­kami; odkry­cie, że może być dziec­kiem z kazi­rod­czego gwałtu (doko­na­nego przez kuzyna, gdy bio­lo­giczna matka Véronique miała szes­na­ście lat); pro­blemy finan­sowe i roz­sta­nie z nad­uży­wa­ją­cym alko­holu chło­pa­kiem.

Véronique iden­ty­fi­kuje się ze swoim przy­bra­nym ojcem.

-?Jest moim boha­te­rem -?mówi. -?Zawsze był dla mnie opar­ciem.

-?Dla­czego nie zwró­ci­łaś się do niego o pomoc, czu­jąc pre­sję ze strony matki?

-?Ni­gdy nie udało mi się z nim poroz­ma­wiać w cztery oczy. Zawsze mia­łam pośred­niczkę w jej oso­bie.

-?A co na to twój ojciec?

-?Obser­wo­wał wszystko z boku. Domy­śla­łam się jed­nak, że nie jest tym zachwy­cony.

-?To dobrze, że czu­jesz bli­ską więź z ojcem, ale być może powin­naś zna­leźć sobie nowego boha­tera -?takiego, który będzie wzo­rem pew­no­ści sie­bie. Aby wró­cić do zdro­wia, zapewne sama powin­naś zostać dla sie­bie boha­terką.

Jacqu­eline du Pré, uta­len­to­wana bry­tyj­ska wio­lon­cze­listka, zmarła na sku­tek powi­kłań stward­nie­nia roz­sia­nego w 1987 roku, w wieku czter­dzie­stu dwóch lat. Gdy póź­niej jej sio­stra Hil­lary zasta­na­wiała się, czy cho­roba Jac­kie mogła być wyni­kiem stresu, neu­ro­lo­dzy sta­now­czo zapew­nili ją, że czyn­nik ten nie wcho­dził w rachubę.

Od tam­tego czasu orto­dok­syjna myśl medyczna nie­wiele się zmie­niła. "Stres nie wywo­łuje stward­nie­nia roz­sia­nego -?infor­muje pacjen­tów bro­szura wydana nie­dawno przez kli­nikę stward­nie­nia roz­sia­nego na Uni­wer­sy­te­cie w Toronto -?choć cho­rym zaleca się jego uni­ka­nie". Przy­to­czone stwier­dze­nie jest mylące. To oczy­wi­ste, że stres nie powo­duje stward­nie­nia roz­sia­nego -?żaden poje­dyn­czy czyn­nik za to nie odpo­wiada. Wystą­pie­nie cho­roby bez wąt­pie­nia zależy od kilku współ­ist­nie­ją­cych oko­licz­no­ści. Ale czy praw­dziwa jest teo­ria mówiąca, że stres w dużym stop­niu się do niej nie przy­czy­nia? Bada­nia naukowe oraz życie osób, któ­rym się przyj­rze­li­śmy, zde­cy­do­wa­nie suge­rują, że ma on istotne zna­cze­nie. Świad­czy o tym także histo­ria Jacqu­eline du Pré, któ­rej cho­roba i śmierć są wręcz pod­ręcz­ni­kową ilu­stra­cją nisz­czy­ciel­skich skut­ków stresu zwią­za­nego z emo­cjo­nal­nym wypar­ciem.

Na kon­cer­tach du Pré ludzie nie­jed­no­krot­nie pła­kali. Jeden ze słu­cha­czy zauwa­żył, że jej kon­takt z publicz­no­ścią "zapie­rał dech w pier­siach i ocza­ro­wy­wał". Grała z wielką namięt­no­ścią, cza­sami wręcz trudną w odbio­rze pasją. Poru­szała w słu­cha­czach naj­czul­sze struny. Ina­czej niż w sfe­rze pry­wat­nej, jej oso­bo­wość sce­niczna cecho­wała się cał­ko­wi­tym nie­skrę­po­wa­niem -?roz­wiane włosy i roz­ko­ły­sane ciało bar­dziej paso­wały do roc­kan­drol­lo­wych eks­tra­wa­gan­cji niż kla­sycz­nej powścią­gli­wo­ści. "Wyglą­dała na słodką, skromną wiej­ską dziew­czynę, ale kiedy się­gała po wio­lon­czelę, coś w nią wstę­po­wało"q13.

Nie­które z nagra­nych wyko­nań du Pré, zwłasz­cza Kon­certu wio­lon­cze­lo­wego Elgara, do dziś nie mają sobie rów­nych -?i zapewne tak już pozo­sta­nie. Było to ostat­nie ważne dzieło tego wybit­nego kom­po­zy­tora, two­rzone w cie­niu przy­gnę­bie­nia wywo­ła­nego pierw­szą wojną świa­tową. "Wszystko, co dobre i ładne, czy­ste, świeże i słod­kie, jest odle­głe i ni­gdy nie powróci" -?pisał Edward Elgar w 1917 roku. Wkra­czał wła­śnie w siódmą dekadę życia, zbli­ża­jąc się powoli do jego kresu. "Jedną z nad­zwy­czaj­nych i nie­wy­tłu­ma­czal­nych zdol­no­ści Jac­kie była umie­jęt­ność zilu­stro­wa­nia muzyką emo­cji męż­czy­zny będą­cego w jesieni życia" -?napi­sała jej sio­stra Hilary du Pré w książce A Genius in the Family (Geniusz w rodzi­nie)q14.

Nad­zwy­czaj­nych, ow­szem, ale czy nie­wy­tłu­ma­czal­nych? Nie­ko­niecz­nie. Choć w wieku dwu­dzie­stu lat Jacqu­eline du Pré nie zda­wała sobie z tego sprawy, sama także znaj­do­wała się u schyłku życia. Cho­roba, która poło­żyła kres jej muzycz­nej karie­rze, miała nadejść w ciągu zale­d­wie kilku lat. Wielką część emo­cjo­nal­nych prze­żyć Jacqu­eline sta­no­wiły żal, poczu­cie straty i rezy­gna­cja. Rozu­miała Elgara, bo przy­pa­dło jej w udziale takie samo cier­pie­nie. Jego por­tret zawsze budził w niej nie­po­kój. "Miał marne życie, Hil, i cho­ro­wał, lecz dzięki temu jego dusza pro­mie­niała i wła­śnie to czuję w jego muzyce" -?wyznała sio­strze.

Opis ten od samego początku paso­wał do Jac­kie. Jej matka Iris, będąc z nią jesz­cze na oddziale położ­ni­czym, mocno prze­żyła śmierć wła­snego ojca. Rela­cja mię­dzy matką a córką nabrała cech sym­bio­tycz­nej zależ­no­ści, z któ­rej żadna strona nie potra­fiła się uwol­nić. Mała Jac­kie nie mogła ani być dziec­kiem, ani doro­snąć.

Była wraż­liwa, cicha i nie­śmiała; cza­sami tylko psotna. Nazy­wano ją oazą spo­koju -?z wyjąt­kiem chwil, gdy gry­wała na wio­lon­czeli. Nauczy­ciel muzyki wspo­mina "nie­zwy­kle uprzejmą i dobrze wycho­waną" sze­ścio­latkę. Świat widział w wir­tu­ozce osobę miłą i potulną. Sekre­tarka z żeń­skiej szkoły, do któ­rej cho­dziła Jac­kie, zapa­mię­tała ją jako szczę­śliwe i pogodne dziecko. Kole­żanka z liceum zaś uwa­żała ją za "sym­pa­tyczną, wesołą dziew­czynę, która potra­fiła się odna­leźć w towa­rzy­stwie".

Wewnętrzne życie Jac­kie było zupeł­nie inne. Hilary opo­wiada, jak któ­re­goś dnia sio­stra wybuch­nęła pła­czem. "W szkole nikt mnie nie lubi. To okropne. Wszy­scy mi doku­czają". Pod­czas pew­nego wywiadu Jacqu­eline opi­sała sie­bie jako "jedno z tych dzieci, któ­rych rówie­śnicy nie mogą znieść. Takie, co to daw­niej two­rzyły gangi i śpie­wały okropne rze­czy". W wieku kil­ku­na­stu lat była spe­cy­ficzna, spo­łecz­nie nie­po­radna, nie wyka­zy­wała zain­te­re­so­wań aka­de­mic­kich ani więk­szych chęci do wyra­ża­nia wła­snego zda­nia. Według słów sio­stry zawsze miała trud­no­ści z wer­balną eks­pre­sją. "Spo­strze­gaw­czy przy­ja­ciele zauwa­żali pod jej pogodną powierz­chow­no­ścią początki melan­cho­lii" -?pisze o Jac­kie jej bio­grafka Eli­za­beth Wil­son w książce Jacqu­eline du Préq15.

Przez całe życie, aż do chwili zacho­ro­wa­nia, Jac­kie ukry­wała swoje uczu­cia przed matką. Hilary wspo­mina upiorną sytu­ację, gdy sio­stra z peł­nym emo­cji wyra­zem twa­rzy szep­nęła tajem­ni­czo: "Hil, nie mów nic mamie, ale... kiedy doro­snę, nie będę mogła cho­dzić ani się poru­szać". Jak rozu­mieć tę prze­ra­ża­jącą prze­po­wied­nię? Moim zda­niem w kate­go­riach nie­sa­mo­wi­to­ści bądź pro­jek­cji tego, jak naprawdę -?w głębi nie­świa­do­mo­ści -?czuła się mała Jac­kie: jako nie­zdolna do wyko­na­nia samo­dziel­nego ruchu, skrę­po­wana, ze spa­ra­li­żo­wa­nym żywot­nym ja. A "nie mów nic mamie"? Brzmi to jak wyraz rezy­gna­cji kogoś, kto już zdaje sobie sprawę z darem­no­ści prób opo­wie­dze­nia o swym bólu, stra­chu i nie­po­koju - o ich mrocz­nej stro­nie -?rodzi­cowi, który nie jest w sta­nie pojąć tego rodzaju komu­ni­katu. Znacz­nie póź­niej, już cho­ru­jąc na stward­nie­nie roz­siane, Jac­kie dawała upust trwa­ją­cej przez całe życie nie­chęci do matki w wul­gar­nych wybu­chach nie­kon­tro­lo­wa­nej wście­kło­ści. Z potul­nego dziecka wyrósł prze­peł­niony gnie­wem doro­sły.

Choć Jacqu­eline du Pré kochała wio­lon­czelę i łak­nęła gry, coś w niej opie­rało się roli wir­tu­ozki. Oso­bo­wość maestry blo­ko­wała jej praw­dziwe ja. Stała się zara­zem dla niej jedy­nym try­bem komu­ni­ka­cji emo­cjo­nal­nej i wyłącz­nym spo­so­bem sku­pia­nia na sobie uwagi matki. Stward­nie­nie roz­siane oka­zało się środ­kiem pozwa­la­ją­cym na odrzu­ce­nie tej roli -?tak­tyką ciała na powie­dze­nie "nie".

Sama Jacqu­eline nie potra­fiła wprost odrzu­cać ocze­ki­wań, jakie miał wobec niej świat. W wieku osiem­na­stu lat, będąc już na oczach opi­nii publicz­nej, tęsk­nie zazdro­ściła innej mło­dej wio­lon­cze­li­stce, która prze­ży­wała wów­czas kry­zys. "Ma szczę­ście -?oce­niła w roz­mo­wie z przy­ja­ciółką. -?Mogłaby odpu­ścić sobie muzy­ko­wa­nie, gdyby zechciała. Ja nie mogę się pod­dać, bo zbyt wiele osób zain­we­sto­wało we mnie mnó­stwo pie­nię­dzy". Gra na wio­lon­czeli pozwo­liła jej wznieść się na trudne do wyobra­że­nia wyżyny, lecz jed­no­cze­śnie stała się kulą u nogi. Choć Jacqu­eline bała się piętna, jakie odci­śnie na niej kariera muzyczna, zaspo­ka­jała potrzeby człon­ków rodziny, ule­ga­jąc pre­sji na wyko­rzy­sty­wa­nie jej talentu.

Mówiąc o sio­strze, Hilary wspo­mina o "gło­sie wio­lon­czeli". Ponie­waż bez­po­śred­nie środki wyra­ża­nia emo­cji zostały u Jac­kie wcze­śnie stłu­mione, jej gło­sem stała się wio­lon­czela. Całą swą emo­cjo­nal­ność, ból, rezy­gna­cję -?wresz­cie całą wście­kłość -?prze­le­wała w muzykę. Jak traf­nie zauwa­żył jeden z jej nauczy­cieli instru­mentu, już będąc nasto­latką, Jac­kie wyko­rzy­sty­wała grę na wio­lon­czeli do wyra­ża­nia swej wewnętrz­nej agre­sji. Pod­czas muzy­ko­wa­nia oży­wały w niej emo­cje, stłu­mione lub nie­obecne w każ­dym innym aspek­cie życia. To dla­tego jej występy oglą­dało się z taką fascy­na­cją, a słu­chało czę­sto z bólem, "nie­le­d­wie z prze­ra­że­niem" -?jak wyra­ził się rosyj­ski wio­lon­czelista Mischa Maisky.

Dwa­dzie­ścia lat po swym dzie­cię­cym debiu­cie cier­piąca na stward­nie­nie roz­siane Jac­kie opo­wie­działa przy­ja­ciółce, co czuła, zna­la­zł­szy się na sce­nie po raz pierw­szy. "Było to tak, jakby wcze­śniej miała przed sobą ceglany mur, blo­ku­jący komu­ni­ka­cję ze świa­tem. Z chwilą roz­po­czę­cia wystę­pów dla publicz­no­ści mur znik­nął, a ona poczuła, że wresz­cie zyskała zdol­ność eks­pre­sji. To uczu­cie towa­rzy­szące wystę­pom ni­gdy jej nie opu­ściło". Jako osoba doro­sła miała napi­sać w pamięt­niku, że ni­gdy nie potra­fiła wyra­żać się sło­wami, a jedy­nie za pośred­nic­twem muzyki.

Ostatni etap życia Jacqu­eline du Pré, zanim jesz­cze stward­nie­nie roz­siane poło­żyło kres grze na wio­lon­czeli, zdo­mi­no­wało mał­żeń­stwo z Danie­lem Baren­bo­imem. Dora­sta­jący w Izra­elu kosmo­po­li­tyczny argen­tyń­ski Żyd, czło­wiek kul­tu­ralny i ujmu­jący, oka­zał się super­nową w mię­dzy­na­ro­do­wej muzycz­nej galak­tyce. Był roz­chwy­ty­wa­nym pia­ni­stą kon­cer­to­wym i kame­ra­li­stą; zyskał także sławę jako dyry­gent. Spo­tka­nia du Pré i Baren­bo­ima cecho­wały się spon­ta­nicz­nie elek­try­zu­jącą, namiętną czy wręcz mistyczną komu­ni­ka­cją za pomocą muzyki. Flirt i mał­żeń­stwo były nie­unik­nione. Wio­dąca baśniowy romans para błysz­czała w świe­cie muzyki kla­sycz­nej.

Nie­stety, w mał­żeń­stwie Jac­kie nie mogła być bar­dziej sobą niż w swym rodzin­nym domu. Jej bli­scy zna­jomi szybko zauwa­żyli, że zaczęła wypo­wia­dać się z dziw­nym, "nie­okre­ślo­nym" środ­ko­wo­atlan­tyc­kim akcen­tem. To nie­świa­dome prze­ję­cie spo­sobu mówie­nia męża sygna­li­zo­wało zla­nie się jej toż­sa­mo­ści z inną, bar­dziej domi­nu­jącą. Hilary pisze, że Jac­kie kolejny raz dopa­so­wała się do czy­ichś potrzeb i ocze­ki­wań. "Poza two­rze­niem muzyki nie miała wielu oka­zji do wyra­ża­nia roz­le­głego kra­jo­brazu swej oso­bo­wo­ści. Musiała być taką Jac­kie, jakiej wyma­gała sytu­acja".

Kiedy jesz­cze nie­zdia­gno­zo­wana, postę­pu­jąca cho­roba neu­ro­lo­giczna zaczęła dawać poważne objawy, takie jak osła­bie­nie czy upadki, Jacqu­eline zacho­wy­wała wyuczone w ciągu całego życia mil­cze­nie. Zamiast zaalar­mo­wać męża, ukry­wała swoje pro­blemy i uda­wała, że zwol­nie­nie tempa wymu­siły na niej inne oko­licz­no­ści.

"Cóż, mogę jedy­nie stwier­dzić, że nie wygląda to na stres" - odpo­wie­działa na początku mał­żeń­stwa, zapy­tana przez Hilary, jak radzi sobie z napię­ciem zarówno w oso­bi­stej, jak i zawo­do­wej rela­cji z mężem. "Uwa­żam się za bar­dzo szczę­śliwą osobę. Kocham muzykę, kocham mojego męża i wydaje mi się, że mam wystar­cza­jąco dużo czasu dla jed­nego i dru­giego". Nie­długo potem ucie­kła i od niego, i od kariery. Doszła do wnio­sku, że mąż stoi mię­dzy nią a jej praw­dzi­wym ja. Na krótko roz­stała się z Baren­bo­imem, w poczu­ciu nie­szczę­ścia wda­jąc się w romans z wła­snym szwa­grem -?to kolejny przy­kład jej nie­pew­no­ści co do oso­bi­stych gra­nic. Pogrą­żona w głę­bo­kiej depre­sji przez pewien czas nie chciała mieć nic wspól­nego z wio­lon­czelą. Stward­nie­nie roz­siane stwier­dzono u niej nie­długo po powro­cie do mał­żeń­stwa i muzyki.

Głos wio­lon­czeli pozo­stał jedy­nym gło­sem Jacqu­eline du Pré. Hilary nazy­wała wio­lon­czelę sio­stry jej zba­wie­niem. Nie­słusz­nie. To, co dzia­łało na publicz­ność, nie sprzy­jało jej samej. Ludzie uwiel­biali jej pełne pasji wyko­na­nia, lecz nie słu­chał jej nikt, kto naprawdę się dla niej liczył. Publicz­ność pła­kała, a kry­tycy wychwa­lali ją pod nie­biosa, ale nikt jej nie sły­szał. Nie­stety, ona sama rów­nież oka­zała się głu­cha na swoje praw­dziwe ja. Eks­pre­sja arty­styczna jest tylko formą oka­zy­wa­nia emo­cji, ale nie pro­wa­dzi auto­ma­tycz­nie do ich prze­pra­co­wa­nia.

Po śmierci sio­stry Hilary wysłu­chała nagra­nego przez BBC w 1973 roku kon­certu Elgara pod dyrek­cją Zubina Mehty. Był to ostatni publiczny występ Jac­kie w Wiel­kiej Bry­ta­nii. "Parę chwil stro­je­nia, krótka pauza... i zaczęła. Nagle aż pod­sko­czy­łam. Zwal­niała tempo. Jesz­cze kilka tak­tów i dotarło to do mnie z całą mocą. Dosko­nale wie­dzia­łam, co się dzieje. Jac­kie, jak zawsze, mówiła przez wio­lon­czelę. A ja sły­sza­łam jej prze­kaz... Pra­wie widzia­łam łzy w jej oczach. Żegnała się, gra­jąc wła­sne requ­iem".

Żyła wrotna jest głów­nym naczy­niem trans­por­tu­ją­cym krew z narzą­dów jamy brzusz­nej do wątroby. [wróć]

Roz­dział 3

Stres i kompetencja emocjonalna

Od zara­nia życia w pre­hi­sto­rycz­nych oce­anach toczył się nie­ustanny pro­ces wza­jem­nego oddzia­ły­wa­nia mię­dzy żywą mate­rią a jej nie­oży­wio­nym oto­cze­niem, mię­dzy jedną a drugą żywą istotą" -?zauwa­żył Hans Selye w książce Stress życiaq16. Inte­rak­cje z innymi ludźmi -?zwłasz­cza na pozio­mie emo­cjo­nal­nym -?nie­mal w każ­dym momen­cie życia rzu­tują na nasze bio­lo­giczne funk­cjo­no­wa­nie na nie­zli­czone sub­telne spo­soby. Jak zosta­nie poka­zane w niniej­szej publi­ka­cji, są one waż­nymi wyznacz­ni­kami zdro­wia. Zro­zu­mie­nie deli­kat­nej rów­no­wagi wza­jem­nych rela­cji mię­dzy dyna­miką psy­chiki, śro­do­wi­skiem emo­cjo­nal­nym a fizjo­lo­gią ma ogromne zna­cze­nie dla naszego dobro­stanu. "Na pierw­szy rzut oka wydaje się to dziwne -?pisał Selye -?można bowiem odnieść wra­że­nie, iż mię­dzy zacho­wa­niem się naszych komó­rek (np. w cza­sie zapa­le­nia) a naszym postę­po­wa­niem w życiu codzien­nym nie ma żad­nej prze­ko­nu­ją­cej zależ­no­ści. Nie zga­dzam się z tym"q17.

Pomimo pro­wa­dze­nia badań nauko­wych przez ponad sześć dekad, jakie upły­nęły od uka­za­nia się prze­ło­mo­wej pracy Sely­ego, wpływ emo­cji na fizjo­lo­gię wciąż nie został w pełni doce­niony. Medyczne podej­ście do zdro­wia i cho­roby na­dal opiera się na zało­że­niu, że ciało i umysł można oddzie­lić zarówno od sie­bie nawza­jem, jak i od śro­do­wi­ska, w któ­rym funk­cjo­nują. Owe błędne zało­że­nia poparte są ponadto nazbyt wąską i uprosz­czoną defi­ni­cją stresu.

Z czy­sto medycz­nej per­spek­tywy stres postrze­gany jest zwy­kle jako zja­wi­sko bar­dzo nie­po­ko­jące, lecz odizo­lo­wane; wiąże się na przy­kład z nagłą utratą pracy, roz­pa­dem mał­żeń­stwa czy ze śmier­cią kogoś bli­skiego. Te poważne wypadki istot­nie sta­no­wią dla wielu osób źró­dło sil­nego stresu, życie jed­nak obfi­tuje też w codzienne chro­niczne napię­cia - bar­dziej pod­stępne i szko­dliw­sze pod wzglę­dem dłu­go­fa­lo­wych następstw bio­lo­gicz­nych. Wewnętrzne napię­cia odbi­jają się na zdro­wiu, mimo iż wydają się czymś zwy­czaj­nym.

U osób od wcze­snego dzie­ciń­stwa przy­wy­kłych do wyso­kiego poziomu stresu jego brak wywo­łuje nie­po­kój, nudę i poczu­cie bez­sensu. Hans Selye zauwa­żył, że ludzie mogą się uza­leż­nić od wła­snych hor­mo­nów stresu - adre­na­liny i kor­ty­zolu. Dla takich osób stres staje się czymś pożą­da­nym, a jego braku sta­rają się uni­kać.

Ludzie uwa­ża­jący się za zestre­so­wa­nych zwy­kle mają na myśli ner­wowe pobu­dze­nie, jakiego doświad­czają pod wpły­wem nad­mier­nej pre­sji zewnętrz­nej, poja­wia­ją­cej się naj­czę­ściej w pracy zawo­do­wej, rela­cjach z bli­skimi, sfe­rze finan­sów lub zdro­wia. Jed­nak napię­cie ner­wowe ani nie okre­śla stresu, ani też -?ści­śle rzecz ujmu­jąc -?nie w każ­dym przy­padku jest odczu­wane przez osoby zestre­so­wane. Stres, zgod­nie z tym, jak go defi­niu­jemy, nie jest kwe­stią subiek­tyw­nych odczuć, lecz sta­nowi zbiór mie­rzal­nych, obiek­tyw­nych zja­wisk fizjo­lo­gicz­nych, jakie zacho­dzą w orga­ni­zmie -?mię­dzy innymi w mózgu, ukła­dzie hor­mo­nal­nym, odpor­no­ścio­wym i wielu innych narzą­dach. Zarówno zwie­rzęta, jak i ludzie mogą doświad­czać skut­ków stresu w spo­sób zupeł­nie nie­świa­domy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Hans Selye, Stress życia, tłum. Jan W. Guzek i Roman Rem­biesa, Pań­stwowy Zakład Wydaw­nictw Lekar­skich, War­szawa 1960, s. 6. [wróć]

M. Angell, Dise­ase as a Reflec­tion of the Psy­che, "New England Jour­nal of Medi­cine" 13 czerwca 1985. [wróć]

Pla­ton, Char­mi­des, tłum. Wła­dy­sław Witwicki, War­szaw­skie Towa­rzy­stwo Filo­zo­ficzne, War­szawa 1937. [wróć]

G.M. Fran­klin, Stress and Its Rela­tion­ship to Acute Exa­cer­ba­tions in Mul­ti­ple Scle­ro­sis, "Jour­nal of Neu­ro­lo­gi­cal Reha­bi­li­ta­tion" 1988, nr 2 (1). [wróć]

I. Grant, Psy­cho­so­ma­tic-Soma­top­sy­chic Aspects of Mul­ti­ple Scle­ro­sis, [w:] U. Hal­brie­cha (red.), Mul­ti­ple Scle­ro­sis: A Neu­rop­sy­chia­tric Disor­der, nr 37, seria "Pro­gress in Psy­chia­try", Ame­ri­can Psy­chia­tric Press, Washing­ton/Lon­don. [wróć]

V. Mei-Tal, The Role of Psy­cho­lo­gi­cal Pro­cess in a Soma­tic Disor­der: Mul­ti­ple Scle­ro­sis, "Psy­cho­so­ma­tic Medi­cine" 1970, nr 32 (1), s. 68. [wróć]

G.S. Phi­lip­po­po­ulous, The Etio­lo­gic Signi­fi­cance of Emo­tio­nal Fac­tors in Onset and Exa­cer­ba­tions of Mul­ti­ple Scle­ro­sis, "Psy­cho­so­ma­tic Medi­cine" 1958, nr 20, s. 458-474. [wróć]

Mei-Tal, The Role of Psy­cho­lo­gi­cal Pro­cess..., s. 73. [wróć]

I. Grant, Seve­rely Thre­ate­ning Events and Mar­ked Life Dif­fi­cul­ties Pre­ce­ding Onset or Exa­cer­ba­tion of Mul­ti­ple Scle­ro­sis, "Jour­nal of Neu­ro­logy, Neu­ro­sur­gery and Psy­chia­try" 1989, nr 52, s. 8-13. Sie­dem­dzie­siąt sie­dem pro­cent pacjen­tów cho­rych na stward­nie­nie roz­siane -?i tylko 35 pro­cent osób z grupy kon­tro­l­nej -?doświad­czyło poważ­nych prze­ciw­no­ści życio­wych w roku poprze­dza­ją­cym wystą­pie­nie cho­roby. "Prze­si­le­nie życio­wych stre­sów uwi­dacz­niało się naj­bar­dziej w ciągu sze­ściu mie­sięcy przed zacho­ro­wa­niem (...). O bar­dzo poważ­nych wyda­rze­niach mówiło 24 spo­śród 39 pacjen­tów ze stward­nie­niem roz­sia­nym (62 pro­cent), w porów­na­niu z 6 oso­bami z 40-oso­bo­wej grupy kon­tro­l­nej (15 pro­cent) (...). Zna­cząco więk­sza liczba cho­rych niż osób z grupy kon­tro­l­nej prze­cho­dziła kry­zysy w mał­żeń­stwie (49 pro­cent ver­sus 10 pro­cent) (...). U 18 pacjen­tów spo­śród 23, u któ­rych cho­roba wystą­piła po raz pierw­szy, oraz u 12 pacjen­tów spo­śród 16, u któ­rych doszło do nawrotu, mówiło się o zna­czą­cych życio­wych nie­po­wo­dze­niach". [wróć]

J.D. Wil­son (red.), Har­ri­son's Prin­ci­ples of Inter­nal Medi­cine, 12th ed., McGraw-Hill, New York 1999, s. 2039. [wróć]

L.J. Rosner, Mul­ti­ple Scle­ro­sis: New Hope and Prac­ti­cal Advice for People with MS and Their Fami­lies, Fire­side Publi­shers, New York 1992, s. 15. [wróć]

E. Chel­micka-Schorr i B.G. Arna­son, Nervous Sys­tem-Immune Sys­tem Inte­rac­tions and Their Role in Mul­ti­ple Scle­ro­sis, "Annals of Neu­ro­logy" 1994, suple­ment do tomu 36, s. 29-32. [wróć]

Eli­za­beth Wil­son, Jacqu­eline du Pré, Faber and Faber, Lon­don 1999, s. 160. [wróć]

Hilary du Pré i Piers du Pré, A Genius in the Family: An Inti­mate Memoir of Jacqu­eline du Pré, Vin­tage, New York 1998. [wróć]

Wil­son, Jacqu­eline du Pré. [wróć]

Selye, Stress życia, s. ix. [wróć]

Ibid., s. 345. [wróć]