p
Wstęp. Wieża psychobełkotu
Wstęp
Wieża psychobełkotu
To niezwykłe, jak prężnie rozwinęło się podejście do zdrowia
psychicznego na przestrzeni ostatnich lat. Przestało być dla nas tematem
tabu, przez co zaczęliśmy traktować je jako naturalny element ludzkiego
życia, a rozmowy o nim stały się czymś zupełnie zwyczajnym. Jeszcze
kilka dekad temu przyznanie się do zmagań z depresją, lękiem,
zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi (OCD) czy jakimikolwiek innymi
problemami psychicznymi mogło wiązać się ze znaczącymi społecznymi
konsekwencjami. Osoby szukające pomocy terapeutycznej ryzykowały, że
zostanie im przyklejona łatka "wariata" lub "psychola"; mogły być
postrzegane jako "nienormalne", a nawet jako niebezpieczne. Dziś
natomiast dzielenie się własnymi zmaganiami psychicznymi postrzegane
jest jako wyraz autentyczności i wewnętrznej siły.
W przeciwieństwie do wielu innych kontrowersyjnych tematów podejmowanych
przez dzisiejsze społeczeństwo, zdrowie psychiczne wydaje się całkowicie
wymykać wszelkim zakazom i ograniczeniom. Otwarcie dyskutuje się o nim
przy stole, w biurach, na ekranach kin i w audycjach internetowych. W mediach społecznościowych celebryci, politycy, zawodowi sportowcy, a także rzesze zwykłych ludzi swobodnie dzielą się szczegółami dotyczącymi
swojego zdrowia psychicznego i robią to publicznie, bez lęku przed
społeczną oceną. Co więcej, zdarza się, że zyskują na tym wizerunkowo,
bo dziś mówienie szczerze o psychice się opłaca. Influencerzy zdrowia
psychicznego mają olbrzymie grono obserwatorów, zarabiają, podpisują
kontrakty wydawnicze i dzielą się swoją wiedzą z milionami ludzi. Jeff
Guenther, znany w mediach społecznościowych jako @therapyjeff, przyznał
w jednym z wywiadów, że w ciągu roku zarobił prawie milion dolarów
dzięki sprzedaży produktów, współpracy z markami i subskrypcjom1. Powiedział: "Jeśli mam być szczery, to
propozycję wydania swojej książki otrzymałem częściowo dzięki zasięgom w mediach społecznościowych".
Wciąż jednak istnieją kultury i subkultury, w których rozmowy o zdrowiu
psychicznym w zasadzie nie mają miejsca albo temat ten traktowany jest
jako sprawa zbyt osobista, by poruszać go publicznie. Tymczasem w krajach zachodnich mówi się o zdrowiu psychicznym tak często i tak
otwarcie, że można już mówić wręcz o "kulturze zdrowia psychicznego".
Najprościej ujmując, kulturę zdrowia psychicznego tworzą ci, którzy
publicznie zabierają głos na jego temat, wpływając na to, w co wierzy
społeczeństwo, jakie wyznaje wartości, jak postępuje i jak mówi o psychice.
Choć o zdrowiu psychicznym mówi dziś niemal każdy, nie wszyscy mają do
tego odpowiednie przygotowanie. Zdarza się, że
twórcami takich treści są osoby z właściwymi kwalifikacjami: wykładowcy,
terapeuci czy specjaliści z doświadczeniem klinicznym, do których sam
należę; jak wielu twórców prowadzę terapię i wspieram osoby zmagające
się z trudnościami psychicznymi. Coraz częściej jednak największą
popularność w internecie zyskują treści tworzone przez entuzjastów zdrowia psychicznego, czyli osoby, które z pasją mówią o terapii, dzielą się własnymi przeżyciami, trudnościami i refleksjami związanymi z psychiką, ale nie mają formalnych kwalifikacji,
wykształcenia ani praktyki klinicznej. I w tym właśnie tkwi poważny
problem.
Wielu specjalistów w dziedzinie psychologii pracowało niestrudzenie
przez lata, by zetrzeć z tematu zdrowia psychicznego piętno tabu. Dziś
już nie tylko zniknęła stygmatyzacja, ale temat ten stał się
wszechobecny w przestrzeni publicznej. Choć ta zmiana niewątpliwie
przyniosła pewne korzyści, ma też swoje negatywne konsekwencje.
Upowszechnienie języka terapeutycznego doprowadziło do tego, że zabiera
głos coraz więcej samozwańczych ekspertów, często bez wiedzy i doświadczenia, nierzadko błędnie używając psychologicznej terminologii,
świadomie lub nie. W rezultacie szerzą oni dezinformację i, co gorsza,
często wyrządzają ludziom krzywdę.
W obliczu gwałtownego, zaskakującego i potencjalnie niebezpiecznego
wzrostu popularności kultury zdrowia psychicznego nadszedł czas, aby
zastanowić się, jak kształtujemy narrację wokół tego tematu. Musimy
oddzielić fakty od mitów i obiegowych historyjek, ale problem nie
sprowadza się tylko do błędnych przekonań i niedomówień, ale również do
tego, jak mówimy o zdrowiu psychicznym i jak upraszczamy zjawiska, które
są bardzo złożone. Dlatego też istotne jest przyjrzenie się pojęciom,
które nagle zaczęły pojawiać się w debacie publicznej i jasne
określenie, co one naprawdę znaczą. Należy
również omówić potencjalnie szkodliwe skutki nadużywanych pojęć i innych
form psychologicznej dezinformacji. Niezaprzeczalnym faktem jest, że to,
co dziś próbujemy uporządkować i zrozumieć, już dawno temu powinno
zostać jasno nazwane i omówione.
Znaczna część najpopularniejszych treści o zdrowiu psychicznym krążących
dziś po internecie, szczególnie mediach społecznościowych, wpisuje się w zjawisko znane jako "psychobełkot" (ang. psychobabble). To efektowne
określenie odnosi się do wypowiedzi osób, które posługują się językiem
psychologicznym, by stworzyć pozory autorytetu,
prawdomówności i wiarygodności. Człon psycho- wywodzi się z łacińskiego psyche, oznaczającego "ducha" lub "umysł". Z kolei
babble, czyli bełkot, pochodzi od średniowiecznego słowa babeln,
które oznaczało "mamrotać, mówić niewyraźnie, jak dziecko". Psychobełkot
to zazwyczaj efekt działalności influencerów bez odpowiednich
kwalifikacji, którzy (nad)używają języka terapeutycznego i terminologii
ze świata zdrowia psychicznego.
Słowo babble to również gra słów nawiązująca do biblijnej opowieści o wieży Babel, chociaż między tymi dwoma terminami nie ma formalnego
powiązania. Historia ta jest najbardziej znana z Księgi Rodzaju w Biblii
hebrajskiej, ale jej echa odnaleźć można w mitologiach i tradycjach
wielu innych kultur: sumeryjskiej, asyryjskiej, greckiej, rzymskiej,
afrykańskiej czy meksykańskiej. Można więc uznać ją za mit uniwersalny,
czyli opowieść kulturową, która przekracza granice epok i cywilizacji.
Chociaż istnieje wiele wersji i interpretacji tej historii, najczęściej
przyjmuje ona następującą treść:
Mieszkańcy całej ziemi mówili tym samym językiem, używali tych samych
słów i doskonale się rozumieli. Wtedy ludzie, kierowani pychą,
postanowili wznieść wieżę sięgającą nieba. Bóg, widząc ich zamiary,
sprawił, że zaczęli mówić różnymi językami, przez co nie mogli się
porozumieć ani kontynuować budowy. Niedokończona konstrukcja stała się
znana jako Wieża Babel.
Choć mity i przypowieści nie zawsze są zgodne z faktami historycznymi,
często wartość poznawczą, uczą czegoś istotnego o rzeczywistości. Zatem
jaką lekcję niesie dla nas przypowieść o Wieży Babel? Przede wszystkim
przestrzega przed pychą; przypomina, że jako ludzie nigdy nie sięgniemy
nieba, bo jesteśmy - i zawsze będziemy - tylko śmiertelnikami.
Ta lekcja szczególnie trafia do tych z nas, którzy pracują w obszarze
zdrowia psychicznego. Nie istnieje żadna forma terapii, która mogłaby
całkowicie usunąć bolesne doświadczenia z życia, bo każda ma swoje
ograniczenia. Żaden terapeuta, żadne leki, żadne pojęcie ani modne hasło
nie zdołają całkowicie uśmierzyć ludzkiego cierpienia czy w pełni
wyjaśnić złożoności ludzkiego losu. Choć niektóre tradycyjne
interpretacje przypowieści o Wieży Babel zakładają, że Bóg przerwał
budowę wieży, by ukarać ludzi za ich pychę, nie jestem tego taki pewien.
Być może jego motywacją była miłość. W końcu mówi się, że dobrymi
chęciami piekło wybrukowane; czasem trzeba powstrzymać ludzi, nawet
jeśli kierują się dobrymi intencjami, by nie zrobili krzywdy sobie ani
innym. Być może w tej opowieści Bóg próbował uchronić ludzi przed
cierpieniem, którego jeszcze nie byli świadomi.
Mit Wieży Babel uczy również, jak istotne jest wspólne zrozumienie i jasna komunikacja, kiedy stajemy przed poważnym zadaniem. Niezależnie od
tego, czy budujemy wieżę do nieba, czy kulturę zdrowia psychicznego,
warto mówić wspólnym językiem. Potrzebujemy spójnego słownictwa,
opartego na ogólnie przyjętych definicjach, oraz pojęć, których
znaczenie jest jasno rozumiane przez ogół społeczeństwa. Jeśli na
przykład słowo "trauma" zaczyna być używane zbyt często na opisanie
bardzo różnych doświadczeń (co dziś zdarza się nagminnie), ta
nieprecyzyjność wpływa w konsekwencji na inne zjawiska, od terapii
indywidualnej po sposób prowadzenia i interpretowania badań nad traumą.
Kiedy definicja zaburzeń psychicznych zostaje rozszerzona do tego
stopnia, że obejmuje niemal każdy trudny aspekt ludzkiego istnienia, jak
ma to miejsce obecnie, samo pojęcie zdrowia psychicznego zaczyna tracić
sens. Bo jeśli wszystko jest problemem psychicznym, to nic nim nie jest.
Słowa są ważne, bo ich znaczenie ma realne konsekwencje.
Kultura zdrowia psychicznego to konstrukcja, którą naprawdę warto
budować wspólnie. Na terapię powinno uczęszczać więcej osób niż obecnie.
Problemy natury psychicznej szkodzą nie tylko jednostkom, ale i całemu
społeczeństwu. Zaniedbane leczenie zaburzeń psychicznych kosztuje
amerykańską gospodarkę ponad 280 miliardów dolarów rocznie2.
Według Departamentu Sprawiedliwości USA, około 50% osadzonych w więzieniach i aresztach cierpi na jakieś zaburzenie
psychiczne3. Wciąż jesteśmy dalecy od rzeczywistości, w której każda potrzebująca tego osoba otrzymałaby właściwe wsparcie
psychiczne.
Moim zdaniem wszelki postęp zaczyna się od zmiany kultury. Każdy
systemowy rozwój w obszarze zdrowia psychicznego zależy od tego, jak o nim mówimy. Jeśli terapeuci, badacze, pisarze, twórcy internetowi i wszyscy ci, którzy współtworzą kulturę zdrowia psychicznego, nie zaczną
mówić jednym językiem, nigdy nie uda nam się stworzyć spójnego i skutecznego systemu. Brak wspólnego języka sprawi, że podobnie jak
ludzie, którzy próbowali zbudować Wieżę Babel, utkniemy w połowie drogi
i nie ukończymy tego, co wspólnie zaczęliśmy. Co gorsza, wiele osób
nadal będzie trafiać w internecie na mity i kłamstwa, co może prowadzić
do podejmowania błędnych, a nawet szkodliwych decyzji dotyczących
zdrowia i życia.
Napisałem Psychobełkot, aby pomóc rozpoznawać najczęstsze mity na
temat zdrowia psychicznego, które krążą w internecie i mediach
społecznościowych, oraz by zastąpić je rzetelną wiedzą, która pozwoli
czytelnikowi podejmować świadome decyzje dotyczące zdrowia psychicznego
i komfortu życia. Zamiast ograniczać się do przytaczania faktów, opowiem
o problemach psychicznych, z jakimi spotkałem się w swojej praktyce
terapeutycznej, by na ich przykładzie przedstawić najistotniejsze
kwestie dotyczące psychologii i leczenia zaburzeń psychicznych. Choć
każda z tych historii oparta jest na prawdziwym doświadczeniu, celowo
zmieniłem szczegóły pozwalające zidentyfikować pacjentów, by chronić ich
prywatność. Ukrywając te dane, starałem się jednocześnie zachować sedno
ich przeżyć - to, co w nich najbardziej istotne i prawdziwe w kontekście
terapii i zdrowia psychicznego. Jak powiedział Albert Camus: "Fikcja to
kłamstwo, za pomocą którego mówimy prawdę". Jeśli odnajdziesz w tych
historiach coś znajomego - coś, co przypomina ci twoje własne
doświadczenia, wiedz, że rozumiem twoje emocje i że nie jesteś jedyną
osobą o podobnych zmaganiach. Chcę cię zapewnić, że twoje przeżycia są
bardzo ludzkie, wspólne dla nas wszystkich. Właśnie ta wspólnota
doświadczenia sprawia, że czujemy się połączeni ze światem i innymi
ludźmi. W gruncie rzeczy na tym polega sens kultury zdrowia
psychicznego: dawać poczucie, że nie jesteśmy sami. Zdrowie psychiczne
to większa świadomość siebie, lepsze zrozumienie swojego życia, relacji
i świata wewnętrznego. Gdy jednak nadużywa się języka terapii lub
rozpowszechnia się błędne informacje, efekt może być odwrotny: możemy
czuć się jeszcze bardziej zagubieni, wyalienowani i niezrozumiani.
Celem tej książki nie jest stworzenie świata, w którym wszyscy -
terapeuci i pacjenci - zgadzają się co do każdego zagadnienia związanego
ze zdrowiem psychicznym. Taka jednomyślność jest po prostu niemożliwa.
Nawet doświadczeni specjaliści, tacy jak ja, nie zawsze są zgodni co do
tego, jak naprawdę powinna wyglądać rzetelna i skuteczna pomoc
psychologiczna. W dziedzinie zdrowia psychicznego, podczas nieustannych
rozmów między specjalistami, cały czas uczymy się czegoś nowego; to
oczywiste, że pojawiają się między nami filozoficzne rozbieżności. To
właśnie one napędzają dyskusje, które zbliżają nas do prawdy. Moje cele
są bardziej przyziemne - zależy mi na tym, by rozprawić się z popularnymi mitami, wskazać najgroźniejsze formy dezinformacji i doprecyzować, jak właściwie należy rozumieć pewne nadużywane pojęcia.
Tam, gdzie możliwe są różne podejścia filozoficzne, postaram się je
przedstawić, pokazując zarówno ich zalety, jak i ograniczenia. Dzięki
temu, niezależnie od twojego doświadczenia czy wiedzy, łatwiej
odnajdziesz się w gąszczu psychobełkotu, na który możesz się natknąć na
twojej drodze do zdrowia psychicznego.
Cieszę się, że żyjemy w czasach, w których zdrowie psychiczne przestaje
być tematem tabu. Mam nadzieję, że uda nam się wspólnie stworzyć świat,
w którym zaburzenia psychiczne, jak choćby zespół stresu pourazowego,
będą postrzegane na równi z innymi problemami zdrowotnymi, na przykład
cukrzycą; świat, w którym umiejętność regulowania emocji będzie ceniona
tak samo jak zastrzyk z insuliną. Jednak proces normalizacji zdrowia
psychicznego nie może się odbywać bez edukacji i odpowiedzialności. A ten wysiłek zaczyna się właśnie tutaj, właśnie teraz, od refleksji nad
tym, w jaki sposób wszyscy rozmawiamy o zdrowiu psychicznym.
Mit 1: Każdy powinien chodzić na terapię
W swojej książce I Like You Just the Way I Am (Lubię cię takim, jakim
jestem) Jenny Mollen pisze: "Są dwa typy ludzi na świecie: ci, którzy
uważają, że każdy potrzebuje terapii, i ci, którzy nigdy na niej nie
byli"4. Nawet pobieżny przegląd internetu i mediów
społecznościowych wystarczy, by zauważyć, że Mollen może mieć rację.
Przekonanie, że każdy powinien mieć terapeutę, z którym regularnie się
spotyka, zwykle wynika z dobrych intencji. Jako licencjonowany
psychoterapeuta często pracuję z osobami, które trafiają na terapię po
raz pierwszy. Mam wtedy okazję zobaczyć w ich spojrzeniu błysk
ekscytacji na myśl o nowym poziomie samoświadomości, który odkrywają
dzięki pracy nad sobą. Nic dziwnego, że potem chcą tego samego dla
wszystkich. Niestety, przekonanie, że dosłownie każdy potrzebuje
psychoterapii, przy głębszej analizie okazuje się zbytnim uproszczeniem.
To nie jest takie proste. Oczywiście niemal każdy może odnieść korzyść z terapii, o ile prowadzi ją kompetentny i etyczny specjalista, ale prawdą
jest także to, że nie każdy naprawdę tego potrzebuje.
Do takiego wniosku doszedłem już pierwszego dnia mojego stażu podczas
studiów przygotowujących do zawodu psychoterapeuty. Na początku pracy z pacjentami pod nadzorem klinicznym zazwyczaj powierza się praktykantowi
jednego lub dwóch podopiecznych, aby mógł spokojnie nabrać doświadczenia
i pewności siebie. Moja pierwsza pacjentka, Abby, nie wykazywała żadnych
wyraźnych oznak problemów psychicznych. Zgłosiła się na terapię z ciekawości. Zastanawiała się, czy jej niepokój nie ma podłoża lękowego.
Pracowaliśmy razem przez około rok i był to naprawdę owocny czas. Pod
koniec terapii Abby była bardziej samoświadoma, mniej spięta i lepiej
odnajdowała się w swoim życiu. Warto jednak podkreślić coś istotnego:
Abby poradziłaby sobie doskonale nawet bez terapii. Była bystra oraz
emocjonalnie dojrzała i jestem pewien, że potrafiłaby uporać się ze
swoimi trudnościami bez mojej pomocy. Nasza wspólna praca prawdopodobnie
przyspieszyła ten proces, ale warto pamiętać, że czym innym jest
potrzeba, a czym innym korzyść.
Dla kontrastu Bill, mój drugi pacjent, zjawił się z całą listą diagnoz
wpisanych w formularzu przyjęcia. Spóźnił się na pierwszą sesję o całą
godzinę, a spotkania trwały tylko 45 minut, więc jego wizyta przepadła.
A jednak wyraźnie było widać, że rozpaczliwie potrzebował wsparcia. Na
kolejne spotkanie przyszedł na czas, ale był roztrzęsiony i rozregulowany emocjonalnie, więc trudno mu było ująć swoje przeżycia w słowa. Pracowałem z nim ponad rok. Przez ten czas odkryliśmy, że
wcześniejsza diagnoza choroby afektywnej dwubiegunowej (postawiona przez
innego specjalistę) prawdopodobnie była błędna. W rzeczywistości miał
poważne ADHD oraz doświadczenie traumy. Skierowałem go do psychiatry,
który dostosował leczenie farmakologiczne. Bill przeszedł także terapię
traumy, dzięki czemu jego objawy wyraźnie osłabły. Gdy mój staż dobiegł
końca, przekazałem go innemu terapeucie, by mógł kontynuować leczenie.
Nie sądzę, by Bill mógł poradzić sobie bez profesjonalnej pomocy, w przeciwieństwie do Abby. Te dwie krótkie historie pacjentów ukazują
istotny fakt dotyczący zawodu psychoterapeuty: właśnie przez takie
niuanse trudno jest odróżnić rzetelne informacje o zdrowiu psychicznym
od tych wprowadzających w błąd. Bill i Abby oboje skorzystali z terapii, ale moim zdaniem tylko jedno z nich naprawdę jej potrzebowało.
Niektórzy terapeuci mogą się ze mną nie zgodzić i twierdzić, że terapia
jest potrzebna każdemu. Warto pamiętać, że to przekonanie bywa
wzmacniane przez czynniki finansowe - w końcu terapeuci utrzymują się
właśnie z oferowania swoich usług. Mimo to wielu innych specjalistów
myśli podobnie jak ja, choć część z nich nie mówi o tym głośno,
obawiając się, że mogliby zniechęcić kogoś, kto naprawdę potrzebuje
wsparcia. Sam, pisząc te słowa, odczuwam podobny niepokój.
Dyskusja wykracza jednak daleko poza samą kwestię zachęcania ludzi do
szukania pomocy. Niektórzy psychoterapeuci uważają, że problemy
psychiczne najlepiej opisywać w kategoriach choroby. Jest to podejście,
które wyrasta z medykalizacji codziennego życia, czyli skłonności do
traktowania trudnych emocji i doświadczeń jak objawów wymagających
diagnozy i leczenia. Inni specjaliści twierdzą z kolei, że problemy
natury psychicznej są zbyt powszechne i zbyt zróżnicowane, by uznawać je
za jednostki chorobowe. Część terapeutów jest zdania, że "prawdziwe"
zaburzenia psychiczne zdarzają się rzadko, dlatego unikają stawiania
diagnoz, kiedy tylko mogą. Dla tych klinicystów ludzie nie potrzebują
"leczenia choroby", lecz wsparcia w radzeniu sobie ze zwykłymi trudami
życia. Ich zdaniem za wieloma diagnozami kryją się tak naprawdę nie
zaburzenia czy choroby, lecz normalne reakcje na życiowe wyzwania, a terapia może przynieść korzyść wszystkim, także tym, którzy nie
spełniają żadnych kryteriów diagnostycznych. Wielu ludzi może skłaniać
się ku jednej lub drugiej stronie tej debaty, ale to nie znaczy, że
któraś z nich ma całkowitą rację.
Uważam, że obie te perspektywy mają sens. Choroby psychiczne naprawdę
istnieją - wiem to, bo leczyłem z nich wielu pacjentów. Z drugiej strony
rozumiem też, że lęk, depresja, OCD, zespół stresu pourazowego (PTSD) i inne zaburzenia psychiczne często bywają naturalną reakcją na życiowe
trudności, które prędzej czy później dotykają każdego z nas. Innymi
słowy: układ nerwowy każdego człowieka może reagować w sposób
spełniający kryteria diagnozy. Jeśli tracisz pracę i bankrutujesz, to
całkiem zrozumiałe, że możesz czuć głęboki smutek albo lęk. To, czy w danym momencie potrzebujesz terapii, zależy od wielu czynników, między
innymi od intensywności objawów i długości czasu, w którym występują.
Historie Abby i Billa pokazują, że nie ma jednego, uniwersalnego
podejścia - każdy pacjent wymaga innego rodzaju wsparcia. Wahałem się,
czy zdiagnozować u Abby zaburzenia lękowe, ponieważ - mimo że wydawała
się nerwowa i niepewna siebie - jej wewnętrzne przeżycia nie wskazywały
na zakłócenia w codziennym funkcjonowaniu. Innymi słowy, nie spełniała
kryteriów diagnozy. Jej terapia nie wymagała więc medykalizowania tych
przeżyć. Z kolei w przypadku Billa posługiwanie się językiem diagnozy
było konieczne, ponieważ przyjmował już leki przepisane na podstawie
wcześniejszego rozpoznania. Duża część pracy terapeutycznej polegała na
ponownej ocenie tych etykiet i odnalezieniu właściwych. (Do tematu
diagnozowania wrócę jeszcze w dalszej części książki. Dobrze postawiona
diagnoza potrafi być źródłem ogromnej ulgi).
Kiedy słyszę, że terapia rzekomo jest potrzebna każdemu, obawiam się, że
takie przekonanie odciąga ograniczone zasoby opieki psychicznej od osób
naprawdę potrzebujących, takich jak Bill, na rzecz tych, których po
prostu stać na drogiego terapeutę. Nie ma w tym nic niemoralnego ani
nieetycznego, że ktoś korzysta z terapii, nawet jeśli nie ma wyraźnej
potrzeby. Problem w tym, że być może nie mamy wystarczającej liczby
specjalistów, by zapewnić pomoc wszystkim, a to sprawia, że opieka
psychiczna staje się coraz mniej dostępna dla tych, którzy najbardziej
jej potrzebują. Jeśli dostępność jest ograniczona, to czy zasoby powinny
trafiać do najbogatszych? Jak to świadczy o naszej kulturze i o naszym
podejściu do życia, skoro jedyną uznawaną metodą rozwiązywania
codziennych trudności ma być rozmowa z psychoterapeutą? Czy nie możemy
sięgać po inne formy wsparcia, jak na przykład coaching, w radzeniu
sobie z wieloma problemami? Czy nie powinniśmy móc liczyć na pewien
poziom wsparcia ze strony bliskich?
Jeśli zastanawiasz się, czy naprawdę potrzebujesz terapii, najlepiej porozmawiaj z wykwalifikowanym specjalistą. Możesz zapytać go, jak definiuje
zaburzenia psychiczne i co jego zdaniem oznacza, że ktoś nie potrzebuje
terapii. Nie pozwól, by samo przypuszczenie, że być może nie musisz iść
na terapię, powstrzymało cię przed skorzystaniem z niej. Warto też
pamiętać, że wiele osób, które naprawdę potrzebują terapii, unika jej z obawy przed tym, czego mogliby się dowiedzieć o sobie.
Mit 1: "Każdy powinien chodzić na terapię" - trzy
fakty do zapamiętania
Choć każdy może odnieść korzyści z terapii, nie każdy jej potrzebuje.
Terapia może pomóc w codziennych trudnościach tak samo jak w zmaganiach z zaburzeniami psychicznymi.
Pamiętaj, że istnieją również inne sposoby radzenia sobie z życiowymi problemami.
Mit 2: Analizowanie własnych myśli zawsze ma sens
Już podczas pierwszej sesji z Carą dało się zauważyć, że ma za sobą
wcześniejsze doświadczenia terapeutyczne, gdyż swobodnie posługiwała się
żargonem psychologicznym i z dużą łatwością nazywała swoje emocje.
Potrafiła jasno wyjaśnić, jak jej dzieciństwo wpłynęło na to, kim się
stała jako osoba dorosła. Przez dwadzieścia minut mogła bez przerwy
opowiadać o swoim świecie wewnętrznym, chyba że wtrąciłem coś od siebie.
Mimo tak dużej samoświadomości wciąż miała trudności z codziennym
funkcjonowaniem. Nie potrafiła utrzymać pracy. Mieszkała z rodziną, od
której była zależna. Często płakała i miała kłopoty w relacjach z przyjaciółmi, współpracownikami, partnerami i innymi ludźmi. Przed
spotkaniem ze mną już przez wiele lat chodziła na terapię. Z tego, co
zrozumiałem, jej poprzedni terapeuta stosował głównie podejście
analityczne. Pomógł jej wydobyć na światło dzienne kilka wypartych
wspomnień dotyczących dziecięcych traum - wydarzeń, których wcześniej
nie była świadoma.
Cara znacznie różniła się od innego pacjenta, Daniela. Kiedy przyszedł
na terapię, był powściągliwy i niechętny, by odsłonić, co naprawdę się
dzieje w jego wnętrzu. Już na pierwszym spotkaniu zapytał, w jakich
dokładnie sytuacjach terapeuta ma obowiązek złamać zasadę poufności,
którą zazwyczaj łamie się wtedy, gdy istnieje ryzyko, że ktoś skrzywdzi
siebie albo innych. To wzbudziło moje podejrzenia, że Daniel może mieć
myśli samobójcze. Po kilku sesjach zaczął się przede mną otwierać.
Dorastał w rodzinie kucharzy, a choć sam nie poszedł tą drogą zawodową,
gotowanie było dla niego naturalnym sposobem okazywania bliskim miłości.
Ostatnio zmagał się jednak z niepokojącymi myślami. Opowiedział mi o wieczorze, gdy kroił warzywa i nagle pojawiła się w jego głowie
przerażająca myśl: "A co, jeśli użyję tego noża, żeby pociąć nim któreś
z moich dzieci?". Daniel był zszokowany. Gdy zapytałem, jak się czuł,
mając takie myśli, i czy rozważał, by wcielić je w czyn, zapewnił mnie
wielokrotnie, że nigdy nikogo by nie skrzywdził, a tym bardziej własnych
dzieci. Mimo to było mu niedobrze na samą myśl, że coś takiego pojawiło
się w jego głowie.
Pogląd, że myśli mają ukryte znaczenie, pochodzi z teorii Freuda.
Sigmund Freud, znany jako ojciec psychoanalizy, postrzegał umysł jako
dynamiczne współdziałanie świadomości i podświadomości. Mówiąc
najprościej: świadomość to wszystkie części nas, z których zdajemy sobie
sprawę, natomiast podświadomość obejmuje wszystkie te części, z których
sobie sprawy nie zdajemy. Umysł tworzy mechanizmy obronne (czasem
nazywane procesami obronnymi), aby uchronić świadomość przed bolesnymi
przeżyciami, myślami i wspomnieniami, ukrytymi w podświadomości. Mogą to
być emocje, przekonania, wspomnienia, popędy lub inne treści, które
wolimy trzymać poza świadomym doświadczeniem. W tradycyjnej
psychoanalizie rolą terapeuty jest pomóc pacjentowi uświadomić sobie to,
co zostało zepchnięte do podświadomości. Często przynosi to ulgę w doświadczanych objawach.
W przypadku Cary okazało się, że mimo przejścia przez wiele etapów
psychoanalizy nie odczuwała poprawy. Co więcej, wydawało się, że jej
"odzyskane wspomnienia" pogłębiają jej cierpienie. Przyjrzyjmy się teraz
przypadkowi Daniela. Czy gdybyś był jego terapeutą, sprawdziłbyś, czy
jego myśli o kuchennym nożu mogą mieć związek z jakimiś treściami
ukrytymi w podświadomości? Czy twoim zdaniem m skorzystałby na tym
terapeutycznie, gdyby dopuścił do siebie myśl, że gdzieś głęboko nosi w sobie nieuświadomione pragnienie skrzywdzenia własnych dzieci, nawet
jeśli sam ten pomysł budzi w nim wstyd i odrazę? Warto zaznaczyć, że
temat wypartych wspomnień budzi kontrowersje. Niektórzy uważają je za
oczywisty fakt, podczas gdy inni twierdzą, że dowody na ich istnienie są
dalece niewystarczające.
Nie istnieje tylko jeden sposób rozumienia umysłu. Freudowska
perspektywa to tylko jedna z wielu. W latach 60. XX wieku inny
psychoterapeuta Aaron Beck zauważył, że tradycyjna psychoanaliza nie
pomaga jego pacjentom. Zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście każda
myśl wypływa z nieświadomości. Coraz bardziej skłaniał się ku
przekonaniu, że zamiast analizować myśli w poszukiwaniu ukrytych treści,
lepiej uczyć pacjentów, jak patrzeć na nie z dystansem i poddawać je
krytycznej ocenie. Beck wprowadził pojęcie "myśli automatycznych", z których niektóre są zupełnie przypadkowe, inne natomiast uporczywe,
negatywne i wynikające z nieracjonalnych przekonań. Beck uważał, że
refleksja nad własnymi myślami może przynieść ulgę w objawach, jeśli
pacjenci nauczą się je świadomie rozpoznawać i lepiej rozumieć.
W przypadku Daniela skonsultowałem się z kilkoma kolegami po fachu i wspólnie uznaliśmy, że nie stanowi on zagrożenia ani dla swoich dzieci,
ani dla nikogo innego. Postanowiłem więc wyjaśnić mu, że niektóre myśli,
nawet te najbardziej niepokojące, mogą pojawiać się zupełnie przypadkowo
i wcale nie muszą mieć głębszego znaczenia. W języku psychoterapii
określa się je mianem "natrętnych". Do najczęściej występujących
natrętnych myśli należy irracjonalny lęk, że ktoś mógłby mieć skłonności
pedofilskie. Sama obecność takiej obawy nie oznacza, że dana osoba
rzeczywiście odczuwa pociąg do nieletnich. Każdemu zdarzają się
przypadkowe myśli, od negatywnych po zabawne, od dziwacznych po zupełnie
zwyczajne. To nie znaczy, że wywołany przez nie emocjonalny dyskomfort
zawsze wymaga wsparcia specjalisty. Istotą skutecznego podejścia
terapeutycznego jest odróżnienie myśli, które warto zgłębić, od tych,
które nie wymagają większej uwagi. Gdybym w pracy z Danielem obrał
bardziej analityczne podejście, nie jestem pewien, czy przyniosłoby to
pozytywny efekt.
Mimo że Cara przez wiele godzin analizowała własne myśli i szukała
rozwiązań w podświadomości, wcale nie czuła się lepiej. Co więcej, z jej
relacji wynikało, że objawy nasiliły się w trakcie wcześniejszej
terapii. Zamiast więc kontynuować kolejne analizy, zasugerowałem, byśmy
przestali wracać do przeszłości. Powiedziałem, że dzięki dotychczasowej
pracy zyskała już świadomość, jak przeszłość wpływa na jej obecne życie,
i że teraz możemy skupić się na tym, co pomoże jej iść dalej. Zaczęliśmy
więc ćwiczyć nowe umiejętności i rozważać inne sposoby radzenia sobie z codziennością niż te, które praktykowała przez ostatnie lata.
Ustaliliśmy wspólnie, co ma dla niej sens, polegając na jasno
określonych celach terapeutycznych. Z czasem, korzystając z narzędzi
zaczerpniętych z terapii behawioralnej, Cara zaczęła wykształcać nowe
wzorce reagowania.
Behawioryści patrzą na psychikę przez zupełnie inny pryzmat niż
analitycy czy teoretycy poznawczy. Interesuje ich nie to, co myślisz lub
czujesz, ale to, jak się zachowujesz i jak można to zachowanie
przeprogramować. Carę często paraliżował lęk przed robieniem nowych
rzeczy. Miała świadomość, skąd bierze się jej lęk: dorastając, była
złośliwie krytykowana - nie tyle za pomyłki, co za sukcesy. To
szczególnie podstępna forma przemocy emocjonalnej. Gdy ktoś karze cię za
błąd, przynajmniej wiesz, o co chodzi. Jednak Cara była karana nie tylko
za to, że coś jej się nie udawało, lecz również wtedy, gdy już za
pierwszym razem zrobiła coś dobrze. Ta nieprzewidywalność reakcji
otoczenia budziła w niej ogromny lęk, a nawet panikę, zwłaszcza gdy
próbowała czegoś nowego. Potrzebny był czas, aby nauczyć ją ignorowania
tych przytłaczających emocji. Za każdym razem, gdy miała spróbować
czegoś po raz pierwszy, towarzyszyło jej napięcie. Z biegiem czasu
zaczęła się z tym oswajać. Zdarzało się jednak, że stare mechanizmy
wracały, zwłaszcza w obliczu nowych sytuacji, ale razem pracowaliśmy nad
tym, by pomóc jej lepiej sobie radzić z uczuciem przytłoczenia.
Dla jasności: nie twierdzę, że psychoanaliza nigdy nie jest pomocna. Sam
mam przygotowanie analityczne i przez lata praktykowałem tzw.
psychoterapię psychodynamiczną (czyli w gruncie rzeczy współczesną
psychoanalizę). Nie trzymam się jednak sztywno jednej metody. Zawsze
dobieram podejście do potrzeb konkretnej osoby. Czasem trzeba coś
przeanalizować, czasem warto przyjrzeć się własnym myślom, a innym razem
zmienić sposób reagowania. Co najważniejsze, nie istnieje jedno
rozwiązanie dobre dla wszystkich. Warto być ostrożnym wobec porad, które
sugerują, że każda myśl ma głębokie znaczenie. To nieprawda! I całe
szczęście.
Mit 2: "Analizowanie własnych myśli zawsze ma
sens" - trzy fakty do zapamiętania
Czasami warto przyjrzeć się głębszemu znaczeniu i temu, co kryje się
w podświadomości, ale innym razem lepiej po prostu zatrzymać się na
tym, co myślisz.
Zdarza się, że dana metoda terapeutyczna przestaje działać. Jeśli
masz poczucie, że utknąłeś w procesie terapii, zapytaj swojego
terapeutę, czy nie warto spróbować innego podejścia, albo zastanów
się, czy nie nadszedł moment, by poszukać innego specjalisty.
Nie wierz we wszystko, co pomyślisz.
Mit 3: Wyrażanie emocji jest zawsze słuszne
Powie ci to prawie każdy terapeuta. Zgadzam się z tym, ale trzeba
zaznaczyć, że słowo "słuszne" często bywa źle rozumiane i wyrwane z kontekstu, co z kolei prowadzi do wielu nieporozumień, zarówno wśród
specjalistów, jak i samych pacjentów. Pojawia się więc pytanie: co to
znaczy, że wyrażanie emocji jest "słuszne"? Czy chodzi o to, że to, co
czujemy, ma logiczne podstawy? Że jest rozsądne i przekonujące? Każdy,
kto doświadczył trudnej emocjonalnie sytuacji, wie, że taka definicja
nijak ma się do rzeczywistości. Emocje, nawet te społecznie akceptowane
i przyjemne, rzadko są logiczne i uporządkowane.
Terapeuci często podkreślają wielką wagę emocji, których doświadczają
ich pacjenci. Co to oznacza w praktyce? Terapeuta daje pacjentowi
sygnał: "To, co czujesz, ma sens i zasługuje na to, by się temu
przyjrzeć. Masz prawo to czuć, a w kontekście zdrowia psychicznego
czasem wręcz musisz sobie na to pozwolić". To jednak nie jest to samo,
co stwierdzenie, że wszystkie emocje są logiczne czy pomocne albo że
należy się nimi kierować. Mimo to, jak wielu innych terapeutów, sam
także uznaję emocje pacjentów za ważne - bo wiele objawów ma swoje
źródło w tłumieniu uczuć.
Zawsze gdy myślę o tłumieniu emocji, przypomina mi się moja pacjentka
Elizabeth. Była szczęśliwą mężatką i miała troje dzieci. Nie przepadała
za swoją pracą, ale twierdziła, że "da się ją znieść". Jej małżeństwo
nie było idealne, ale kochała swojego partnera. Wychowywanie dzieci
sprawiało jej różne trudności, ale mimo wszystko naprawdę lubiła być
mamą. Dlaczego więc nieustannie dręczyły ją stres i niepokój? Już
podczas naszej pierwszej sesji zauważyłem, że Elizabeth zużywa ogromną
ilość energii na analizowanie tego, co się dzieje w jej głowie. Była
osobą bardzo racjonalną, a jej zachowanie stanowiło wręcz podręcznikowy
przykład intelektualizowania, czyli wykorzystywania racjonalnej analizy
do odseparowania się od emocji. Można być osobą refleksyjną, rozumną czy
logiczną bez uciekania się do intelektualizowania. W przypadku Elizabeth
było jednak widać, że ten sposób myślenia wynikał z jej lęku. Zamiast
powiedzieć, że złości ją pyskowanie nastoletniej córki, zaczynała
długotrwałe, nieskładne rozważania na temat sytuacji, ale ani razu nie
nazwała swojej irytacji. Gdy szef prosił ją, by została dłużej w pracy,
nie mówiła, że coś z tego powodu czuje - zamiast tego szczegółowo
analizowała, dlaczego jej zdaniem szef polega na niej bardziej niż na
innych pracownikach.
W pewnym sensie terapia Elizabeth była całkiem prosta. Dużo czasu
poświęcałem na przyglądanie się jej emocjom i dawanie jej poczucia, że
są ważne. Pomagałem jej ćwiczyć wyjście z głowy i osadzanie emocji w ciele. Skupienie się na fizycznym odczuwaniu emocji to jedna z metod,
którą terapeuci stosują, by pomóc pacjentom naprawdę przeżyć to, co
czują. W miarę jak Elizabeth ćwiczyła tę umiejętność, jej lęk się
zmniejszał. Warto zaznaczyć, że objawy lękowe mogą mieć różne źródła -
nie zawsze chodzi o tłumienie emocji. Często pierwsza interwencja
terapeutyczna nie daje spektakularnego efektu. W tym przypadku udało się
jednak już za pierwszym razem. Nasza współpraca nie trwała długo;
Elizabeth szybko opanowała narzędzia, które pozwoliły jej samodzielnie
ruszyć dalej.
Dla pacjentki takiej, jak Elizabeth, zauważanie i akceptowanie swoich
emocji było kluczowym elementem procesu terapeutycznego. Jednym ze
sposobów, w jaki rozmawiam z pacjentami o emocjach, jest porównanie ich
do danych, a ciała i mózgu do systemu, który te dane przetwarza. Dane
można interpretować na różne sposoby. Elizabeth nauczyła się, że ma
prawo mówić o swoich emocjach, na przykład o frustracji czy złości, gdy
rodzina stawia wobec niej zbyt wygórowane oczekiwania. Potrafiła wyrażać
to w sposób spokojny, odpowiedzialny i z szacunkiem dla innych. Bywały
jednak sytuacje, w których wolała nie pokazywać, co czuje. Pewnego dnia
jeden z jej współpracowników popełnił błąd, przez co Elizabeth musiała
wykonać dodatkową pracę. Poczuła złość, ale wiedziała, że wyładowanie
jej, choć mogłoby przynieść chwilową ulgę, nie rozwiąże problemu.
Zamiast działać pod wpływem emocji, pozwoliła sobie ją poczuć, świadomie
zdecydowała, że nie będzie jej okazywać, i postąpiła inaczej.
Nie każdy pacjent musi dogłębnie przeżywać swoje emocje, żeby terapia
przyniosła efekty. Frankie, jeden z moich pacjentów, przyszedł na
pierwsze spotkanie roztrzęsiony i ze łzami w oczach. Opowiedział, że
przez pomyłkę trafił nie do tego gabinetu co trzeba i poczuł się bardzo
odrzucony, kiedy recepcjonistka nie znalazła go w systemie. Czy to
normalne, że w takiej sytuacji czujemy trudne emocje? Oczywiście. Ale
czy zdrowo byłoby wyładować złość na recepcjonistce w gabinecie
stomatologicznym, gdy szuka się poradni zdrowia psychicznego?
Zdecydowanie nie. Terapia Frankiego nie polegała na długim przeżywaniu
emocji czy osadzaniu się w ciele. Mimo to mężczyzna przestał działać pod
wpływem emocji, nauczył się z nimi funkcjonować i świadomie wybierać,
jak chce reagować. Dzięki temu mniej przeżywał, a więcej rozumiał.
Na tym właśnie polegają mechanizmy obronne takie jak intelektualizacja.
Z perspektywy psychoanalizy pomagają one unikać nieprzyjemnych,
nieuświadomionych treści, w tym trudnych emocji. Same mechanizmy obronne
nie są ani dobre, ani złe, podobnie jak emocje, które wolę określać jako
przyjemne lub nieprzyjemne, a nie pozytywne czy negatywne. Niezależnie
od tego, czy mówimy o emocjach, czy o mechanizmach obronnych, wszystko
zależy od tego, co z nimi zrobimy.
Pamiętam pewną sytuację z własnego doświadczenia. Kiedyś spotykałem się
z kimś, z kim od początku doskonale się rozumieliśmy. Pewnego dnia
zauważyłem, że ta osoba ma w telefonie włączoną funkcję, która pozwala
zobaczyć, czy odczytała wiadomość. Jedna z moich wiadomości została
przeczytana, ale pozostała bez odpowiedzi. Nie ukrywam, poruszyło mnie
to, ale nie wyraziłem swoich emocji ani też ich nie stłumiłem. Nietrudno
zrozumieć, że kiedy ktoś cię ignoruje, możesz poczuć się odtrącony. W mojej głowie pojawiły się podejrzenia: "Czy ona pisze z kimś innym? Czy
już się mną znudziła? A może chciała, żebym to zobaczył, bo ze mną
pogrywa?". (Nawiązuję tu do wcześniejszego rozdziału o tym, że nie warto
wierzyć każdej swojej myśli). Trochę czasu zajęło mi uspokojenie
wewnętrznego dialogu i spojrzenie na sytuację z innej perspektywy.
Ostatecznie poruszyłem ten temat przy kolejnym spotkaniu. Okazało się,
że ta osoba właśnie tego dnia odebrała nowego iPhone'a i nawet nie
zauważyła, że wspomniana funkcja była w nim domyślnie włączona. Gdybym
wcześniej dał się ponieść emocjom albo pozwolił swoim natrętnym myślom
przejąć kontrolę, moglibyśmy uwikłać się w rozmowę, która zupełnie nie
prowadziłaby do porozumienia. Jasne, mogłem napisać w tej sprawie
wiadomość, ale wtedy inaczej zinterpretowałem swoje emocje i postanowiłem zareagować odmiennie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki