p

Karuzela - Paulina Świst

Kup ebooka

29.60 zł
23.68 zł (23,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

- Dzień dobry. Przyszłam na spotkanie z panem mecenasem Orłowskim.

- Dzień dobry. Proszę za mną.

Piękna recepcjonistka zaprowadziła mnie do małej, prywatnej hotelowej salki. Pozostali już siedzieli przy stole. Piotrek wstał i pocałował mnie w policzek.

- Czego się napijesz, Olu?

Spojrzałam na stolik, pili alkohole.

- Wino, białe.

- Chardonnay? - zapytała kelnerka, której wcześniej nie zauważyłam.

- Może być - odparłam, siadając przy stole.

Po chwili wróciła z moim winem.

- Dziękujemy bardzo. - Piotr uśmiechnął się do niej uroczo. - Jesteśmy w komplecie. Bardzo prosimy, żeby nikt nam nie przeszkadzał.

Kelnerka wyszła i zamknęła za sobą drzwi.

- Zebrałem was tu, by coś zaproponować. - Piotrek uśmiechnął się krzywo. - Coś bardzo dochodowego i bardzo nielegalnego...

Teo rozejrzał się po sali z udawaną trwogą.

- Masz tu podsłuch jak w Puchaczu i Przyjaciołach?

Piotrek nadal się uśmiechał.

- Jesteśmy w gronie profesjonalistów. Wszystko, co tu zostanie powiedziane, obejmijmy tajemnicą zawodową.

Lilka przebierała nogami z niecierpliwością.

- Mów!

- Mam propozycję. Długo już zastanawiałem się, ile jeszcze będziemy zasuwać na naszych byłych patronów za trzy tysiące złotych netto?

Piotrek popatrzył na mnie wymownie. Pociągnęłam łyk wina i uśmiechnęłam się ironicznie, wznosząc niemy toast.

- Z tego co wiem, dostajesz dużo więcej niż te trzy tysiące.

- Prawda, dostaję więcej, ale mam też większy apetyt. Zakręćmy karuzelę.

Piotr rozparł się na krześle i czekał na naszą reakcję. Teo napił się whisky, kręcąc głową.

- Czasy nie sprzyjają. Dwadzieścia pięć lat za przekręty na Vacie. Duże ryzyko.

- No risk, no fun. Ile prowadziliście vatówek? Kto zna się na tym lepiej niż my?

- Nie mamy dojść. Nie wiadomo, komu możemy nadepnąć na odcisk... - zaczęłam.

- To biorę na siebie. Nie zaprosiłbym was tu, gdybym nie miał poważnej propozycji.

- Co się teraz kręci? - zapytał Teo, wpatrując się w szklankę z whisky jak w kryształową kulę.

- Szczegóły za chwilę. Najpierw muszę wiedzieć, kto wchodzi.

Piotrek popatrzył na mnie i uniósł brew. Uśmiechnęłam się ponuro.

- Nie mam nic do stracenia. Możesz na mnie liczyć.

- Teo?

- Ile jest do wyjęcia?

- Czterdzieści dużych baniek. Potem zawijamy biznes.

- Wchodzę.

- Lilka?

Lilka się uśmiechnęła.

- Mam złe przeczucia, trzymam kciuki, ale nie wchodzę. Ktoś będzie musiał was wyciągnąć z pierdla. Bez obrazy...

Wstała i wzięła z wieszaka kurtkę.

- Nie ma żadnej obrazy. Doskonale cię rozumiem.

Piotrek podniósł się, pocałował ją w policzek i odprowadził do drzwi.

Rok później

Zerknąłem na zegarek, była 5.35. Na tarczę zachodził długi czarny włos, który owinął się wokół srebrnej bransolety mojej omegi. Uśmiechnąłem się z satysfakcją na myśl o wczorajszym wieczorze i przytuliłem do pleców śpiącej jeszcze Oli.

- Musimy wstawać? - wymruczała nieprzytomnie.

- Ja muszę, ty śpij.

Pocałowałem ją w łopatkę i poszedłem pod prysznic. Po piętnastu minutach wróciłem do sypialni, wyciągnąłem z szafy granatowe dżinsy Diesla i koszulę Tommy'ego. Dziś lajtowo. Przechodząc koło okna, zobaczyłem dwa zaparkowane granatowe dostawczaki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie drobny fakt, że w mojej kamienicy nie było żadnego sklepu. Gapiłem się na nie przez chwilę, a potem nagle dotarło do mnie, co się dzieje.

- Kurwa mać! Olka, wstawaj!

- Co jest?

- Kominiarze! Coś się posypało.

- Na mnie nic nie mają. Nie mogą... Zresztą jesteśmy w twoim mieszkaniu, więc chodzi o ciebie. Uciekaj!

Wkurwiłem się.

- Przecież cię nie zostawię!

- Właśnie, że zostawisz!

Wstała, narzuciła szlafrok na nagie ciało i wyłożyła swój plan:

- Zrobię się na zaspaną idiotkę i kupię ci trochę czasu.

Pobiegła do łazienki, odkręciła prysznic i otworzyła okno. Potem zamknęła drzwi na klucz i wrzuciła go do stojącego pod ścianą worka ze śmieciami.

- Powiem, że się kąpiesz. Leć na górę do pani Laskowik.

Wcisnęła mi do ręki klucze, które leżały na szafce na buty.

- Wczoraj przyniosła je z prośbą, żebym karmiła jej kota, bo wyjeżdża na dwa tygodnie. Szybko, rusz dupę!

- Chodź ze mną - nie dawałem za wygraną.

Spojrzałem na zegarek: 5.55. Kurwa mać, za pięć minut będą. Naloty na chatę zawsze zaczynają się chwilę po szóstej.

- Nie mogę. Sam pomyśl. Na pewno wiedzą, że jesteśmy razem. Muszą mieć rozpoznanie. Jeśli nie będzie nikogo, zaczną szukać po innych mieszkaniach. Ty jesteś w stanie wyjść przez okno na drugim piętrze i uciec przez sąsiedni balkon, ale w takie akrobacje w moim wydaniu nikt by nie uwierzył. Idź już!

Pocałowała mnie i wypchnęła za drzwi.

***

- Pani mecenas... - Prokurator patrzył na mnie ze złośliwym uśmiechem. - Nie będzie pani brakowało tego tytułu?

Uśmiechałam się nie mniej złośliwie i bezczelnie patrzyłam mu prosto w oczy. Mimo że w środku cała się trzęsłam. Miałam nadzieję, że nie mają Piotrka, że zdążył.

- Pomidor - powiedziałam pewnie. Chyba zbiłam go z tropu.

- Słucham?

- Pomidor. Tyle powiem bez adwokata.

- Ależ czy ja pani zabraniam wezwać adwokata? - Udał oburzenie. - Nawet do niej zadzwoniłem. Powinna być za chwilę. Zabijam czas luźną pogawędką, zanim przyjdzie.

- Pomidor.

- Dobrze, że pani koledzy okazali się bardziej rozmowni.

Prokurator podsunął mi wydruk protokołu przesłuchania Piotra. Na dole brakowało podpisu. W dodatku pokazał mi to przed przyjściem Lilki. Sam na sam. Z daleka cuchnęło podstępem.

- Pomidor.

Oddałam mu kartkę, nie zagłębiając się w treść. Wolałam nie mieszać sobie w głowie. "Szara magia, ja nigdy nie pękam" - powtarzałam w głowie słowa piosenki Sokoła. Uspokajała mnie. Zapatrzyłam się w okno, prokurator pochylił się nad laptopem. Piętnaście minut później w drzwiach stanęła Lilka.

- Zarzuty? - zapytała bez zbędnych wstępów.

- Oszustwa na szkodę Skarbu Państwa na... dwadzieścia pięć milionów. Zorganizowana grupa przestępcza, takie tam... Zaraz będę przedstawiał, to pani posłucha.

- Czy mogę zamienić słówko z klientką?

- Oczywiście, ale tylko w mojej obecności.

Prokurator najwyraźniej chciał wiedzieć o wszystkim. Nie miał jednak pojęcia, że znamy się z Lilką od lat i potrafimy tak rozmawiać, że nikt nie łapie, o co chodzi.

- Co tam na fejsie? - zapytałam nonszalancko.

- Wiktor zdrowy - odpowiedziała.

Lilka usiadła obok mnie i wlepiłyśmy wzrok w prokuratora. Na mojej twarzy rozkwitł uśmiech. Prokurator był wściekły. Tym samym poinformowała mnie, że nie mają Piotrka i że jego rzekome zeznania, które mi pokazał, to ściema. A to przecież on, bez cienia wątpliwości, miał mieć postawiony zarzut z artykułu 258 paragraf 3 Kodeksu karnego - kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji