p
PROLOG
- Dzień dobry. Przyszłam na spotkanie z panem mecenasem Orłowskim.
- Dzień dobry. Proszę za mną.
Piękna recepcjonistka zaprowadziła mnie do małej, prywatnej hotelowej salki. Pozostali już siedzieli przy stole. Piotrek wstał i pocałował mnie w policzek.
- Czego się napijesz, Olu?
Spojrzałam na stolik, pili alkohole.
- Wino, białe.
- Chardonnay? - zapytała kelnerka, której wcześniej nie zauważyłam.
- Może być - odparłam, siadając przy stole.
Po chwili wróciła z moim winem.
- Dziękujemy bardzo. - Piotr uśmiechnął się do niej uroczo. - Jesteśmy w komplecie. Bardzo prosimy, żeby nikt nam nie przeszkadzał.
Kelnerka wyszła i zamknęła za sobą drzwi.
- Zebrałem was tu, by coś zaproponować. - Piotrek uśmiechnął się krzywo. - Coś bardzo dochodowego i bardzo nielegalnego...
Teo rozejrzał się po sali z udawaną trwogą.
- Masz tu podsłuch jak w Puchaczu i Przyjaciołach?
Piotrek nadal się uśmiechał.
- Jesteśmy w gronie profesjonalistów. Wszystko, co tu zostanie powiedziane, obejmijmy tajemnicą zawodową.
Lilka przebierała nogami z niecierpliwością.
- Mów!
- Mam propozycję. Długo już zastanawiałem się, ile jeszcze będziemy zasuwać na naszych byłych patronów za trzy tysiące złotych netto?
Piotrek popatrzył na mnie wymownie. Pociągnęłam łyk wina i uśmiechnęłam się ironicznie, wznosząc niemy toast.
- Z tego co wiem, dostajesz dużo więcej niż te trzy tysiące.
- Prawda, dostaję więcej, ale mam też większy apetyt. Zakręćmy karuzelę.
Piotr rozparł się na krześle i czekał na naszą reakcję. Teo napił się whisky, kręcąc głową.
- Czasy nie sprzyjają. Dwadzieścia pięć lat za przekręty na Vacie. Duże ryzyko.
- No risk, no fun. Ile prowadziliście vatówek? Kto zna się na tym lepiej niż my?
- Nie mamy dojść. Nie wiadomo, komu możemy nadepnąć na odcisk... - zaczęłam.
- To biorę na siebie. Nie zaprosiłbym was tu, gdybym nie miał poważnej propozycji.
- Co się teraz kręci? - zapytał Teo, wpatrując się w szklankę z whisky jak w kryształową kulę.
- Szczegóły za chwilę. Najpierw muszę wiedzieć, kto wchodzi.
Piotrek popatrzył na mnie i uniósł brew. Uśmiechnęłam się ponuro.
- Nie mam nic do stracenia. Możesz na mnie liczyć.
- Teo?
- Ile jest do wyjęcia?
- Czterdzieści dużych baniek. Potem zawijamy biznes.
- Wchodzę.
- Lilka?
Lilka się uśmiechnęła.
- Mam złe przeczucia, trzymam kciuki, ale nie wchodzę. Ktoś będzie musiał was wyciągnąć z pierdla. Bez obrazy...
Wstała i wzięła z wieszaka kurtkę.
- Nie ma żadnej obrazy. Doskonale cię rozumiem.
Piotrek podniósł się, pocałował ją w policzek i odprowadził do drzwi.
Rok później
Zerknąłem na zegarek, była 5.35. Na tarczę zachodził długi czarny włos, który owinął się wokół srebrnej bransolety mojej omegi. Uśmiechnąłem się z satysfakcją na myśl o wczorajszym wieczorze i przytuliłem do pleców śpiącej jeszcze Oli.
- Musimy wstawać? - wymruczała nieprzytomnie.
- Ja muszę, ty śpij.
Pocałowałem ją w łopatkę i poszedłem pod prysznic. Po piętnastu minutach wróciłem do sypialni, wyciągnąłem z szafy granatowe dżinsy Diesla i koszulę Tommy'ego. Dziś lajtowo. Przechodząc koło okna, zobaczyłem dwa zaparkowane granatowe dostawczaki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie drobny fakt, że w mojej kamienicy nie było żadnego sklepu. Gapiłem się na nie przez chwilę, a potem nagle dotarło do mnie, co się dzieje.
- Kurwa mać! Olka, wstawaj!
- Co jest?
- Kominiarze! Coś się posypało.
- Na mnie nic nie mają. Nie mogą... Zresztą jesteśmy w twoim mieszkaniu, więc chodzi o ciebie. Uciekaj!
Wkurwiłem się.
- Przecież cię nie zostawię!
- Właśnie, że zostawisz!
Wstała, narzuciła szlafrok na nagie ciało i wyłożyła swój plan:
- Zrobię się na zaspaną idiotkę i kupię ci trochę czasu.
Pobiegła do łazienki, odkręciła prysznic i otworzyła okno. Potem zamknęła drzwi na klucz i wrzuciła go do stojącego pod ścianą worka ze śmieciami.
- Powiem, że się kąpiesz. Leć na górę do pani Laskowik.
Wcisnęła mi do ręki klucze, które leżały na szafce na buty.
- Wczoraj przyniosła je z prośbą, żebym karmiła jej kota, bo wyjeżdża na dwa tygodnie. Szybko, rusz dupę!
- Chodź ze mną - nie dawałem za wygraną.
Spojrzałem na zegarek: 5.55. Kurwa mać, za pięć minut będą. Naloty na chatę zawsze zaczynają się chwilę po szóstej.
- Nie mogę. Sam pomyśl. Na pewno wiedzą, że jesteśmy razem. Muszą mieć rozpoznanie. Jeśli nie będzie nikogo, zaczną szukać po innych mieszkaniach. Ty jesteś w stanie wyjść przez okno na drugim piętrze i uciec przez sąsiedni balkon, ale w takie akrobacje w moim wydaniu nikt by nie uwierzył. Idź już!
Pocałowała mnie i wypchnęła za drzwi.
***
- Pani mecenas... - Prokurator patrzył na mnie ze złośliwym uśmiechem. - Nie będzie pani brakowało tego tytułu?
Uśmiechałam się nie mniej złośliwie i bezczelnie patrzyłam mu prosto w oczy. Mimo że w środku cała się trzęsłam. Miałam nadzieję, że nie mają Piotrka, że zdążył.
- Pomidor - powiedziałam pewnie. Chyba zbiłam go z tropu.
- Słucham?
- Pomidor. Tyle powiem bez adwokata.
- Ależ czy ja pani zabraniam wezwać adwokata? - Udał oburzenie. - Nawet do niej zadzwoniłem. Powinna być za chwilę. Zabijam czas luźną pogawędką, zanim przyjdzie.
- Pomidor.
- Dobrze, że pani koledzy okazali się bardziej rozmowni.
Prokurator podsunął mi wydruk protokołu przesłuchania Piotra. Na dole brakowało podpisu. W dodatku pokazał mi to przed przyjściem Lilki. Sam na sam. Z daleka cuchnęło podstępem.
- Pomidor.
Oddałam mu kartkę, nie zagłębiając się w treść. Wolałam nie mieszać sobie w głowie. "Szara magia, ja nigdy nie pękam" - powtarzałam w głowie słowa piosenki Sokoła. Uspokajała mnie. Zapatrzyłam się w okno, prokurator pochylił się nad laptopem. Piętnaście minut później w drzwiach stanęła Lilka.
- Zarzuty? - zapytała bez zbędnych wstępów.
- Oszustwa na szkodę Skarbu Państwa na... dwadzieścia pięć milionów. Zorganizowana grupa przestępcza, takie tam... Zaraz będę przedstawiał, to pani posłucha.
- Czy mogę zamienić słówko z klientką?
- Oczywiście, ale tylko w mojej obecności.
Prokurator najwyraźniej chciał wiedzieć o wszystkim. Nie miał jednak pojęcia, że znamy się z Lilką od lat i potrafimy tak rozmawiać, że nikt nie łapie, o co chodzi.
- Co tam na fejsie? - zapytałam nonszalancko.
- Wiktor zdrowy - odpowiedziała.
Lilka usiadła obok mnie i wlepiłyśmy wzrok w prokuratora. Na mojej twarzy rozkwitł uśmiech. Prokurator był wściekły. Tym samym poinformowała mnie, że nie mają Piotrka i że jego rzekome zeznania, które mi pokazał, to ściema. A to przecież on, bez cienia wątpliwości, miał mieć postawiony zarzut z artykułu 258 paragraf 3 Kodeksu karnego - kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą.
***
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji