p

Kancelaria. Bałagan w papierach - Gabriela Gargaś

Kup ebooka

42.99 zł
33.94 zł (33,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Są w naszym życiu ludzie, któ­rych spo­ty­kamy za wcze­śnie, i tacy, z któ­rymi nasze drogi krzy­żują się za późno. A może wszystko dzieje się w swoim cza­sie? Tylko w nas rodzi się nie­zgoda na pewne zda­rze­nia i zna­jo­mo­ści, któ­rych nie powinno się dalej roz­wi­jać. I jakoś żału­jemy, że życie uło­żyło nam się tak, a nie ina­czej. Bo gdyby wcze­śniej... albo póź­niej...

Albo jedną decy­zję wstecz.

Emi­lia nalała do kie­liszka wina. Czer­wo­nego, wytraw­nego. Lubiła jego cierpki smak. Puściła gło­śno pio­senkę:

Cie­bie wię­cej chcę, musi mi to przejść i minąć...

Nie potrze­buję słów, mówi­łem ci to już.

Dopłyną doni­kąd. To tylko słowa.

Tylko albo aż słowa...

Myślała o nim. O tych momen­tach, gdzie chciała wszyst­kiego.

Kie­dyś powie­działa mu, że dla niego mogłaby zro­bić wszystko.

Zapy­tał:

-?Wszystko?

Odpo­wie­działa:

-?No dobra, pół wszyst­kiego.

Spoj­rzał na nią tymi swo­imi cud­nymi czar­nymi oczami i powie­dział:

-?Ile to jest pół wszyst­kiego?

Uśmiech­nęła się:

-?Uwierz mi, to naprawdę dużo.

Zaczął ją łasko­tać, a potem poca­ło­wał.

Tęsk­niła do niego. Do tych roz­mów, spa­ce­rów, chwil, w któ­rych byli tylko ona i on, i nikt wię­cej.

Fran­ce­sco też o niej myślał. Gdyby oboje wie­dzieli, że myślą o sobie, może by im było jakoś lżej na sercu. A może nie? Może to wszystko pogłę­bi­łoby jesz­cze bar­dziej ich tęsk­noty? Tęsk­noty bolą i mają taki gorzko-cierpki smak, który spływa po prze­łyku, zaty­ka­jąc go. A potem two­rzy się taka klu­cha, któ­rej czło­wiek za cho­lerę nie może prze­łknąć. Taki stwór z roz­cza­ro­wań, nostal­gii i ze smut­ków zapi­ja­nych winem.

On też słu­chał muzyki. Odgrze­bał jakiś utwór Myslo­vitz z Bar­to­sie­wicz:

Świat wypadł mi z moich rąk.

Jakoś tak nie jest mi nawet żal...

Czy ty wiesz, jak chciał­byś żyć? Bo ja też...

Chyba tak chcia­łem przez cały czas, lecz...

Jeśli muszę i wybrać będę mógł, jak odejść,

To prze­cież dobrze, dobrze o tym wiem,

Chciał­bym umrzeć przy tobie...

Ile razy wali nam się świat... Roz­pada się na kawałki. Nawet zmie­nia poło­że­nie.

A Ty...

...łatwo tak zgo­dzi­łaś na to się i...

Zamknął oczy i przy­po­mniał sobie ten czuły gest, kiedy wziął jej twarz w dło­nie i spoj­rzeli sobie w oczy. Nic wię­cej... Cza­sem o takich okru­chach chwil pamięta się dłu­żej. I takie momenty sie­dzą nam gdzieś głę­boko pod skórą, w głębi duszy.

Bo to były takie momenty, w cza­sie któ­rych wstrzy­muje się oddech, traci racjo­nalne myśle­nie. Chwile, które wspo­mi­namy potem z roz­rzew­nie­niem.

Ale też takie, które spra­wiają nam ból.

Do gabi­netu wszedł Maks.

-?Co ci jest? -?zapy­tał.

-?Czło­wiek zaczyna doce­niać takie utwory naj­czę­ściej wtedy, kiedy w życiu zaczyna mu się pier­do­lić.

-?Albo kiedy mocno za kimś tęskni.

-?Albo, albo... -?wes­tchnął. -?Z czym przy­sze­dłeś, Maks?

-?Posłu­chać z tobą muzyki. Jest coś nie­sa­mo­wi­tego w tym utwo­rze. Dyna­mika, emo­cjo­nal­ność.

-?Jak dobre bzy­kanko.

-?Te ostat­nie trzy sekundy przed orga­zmem.

Zaczęli się śmiać.

Rozdział 1

Nor­berto wszedł do ogródka kawiar­nia­nego. Ośle­piło go słońce. Spoj­rzał na zega­rek, za kilka godzin miał samo­lot. Posta­no­wił, że usią­dzie gdzieś w restau­ra­cji i coś zamówi. Popstryka w tele­fon. Był wła­ści­cie­lem sieci kawia­re­nek we Wło­szech. Miej­sce z duszą -?to była jego sieć. Nie lubił sie­ció­wek, ale sam taką stwo­rzył. Każda z powsta­łych kafe­jek była jed­nak inna od poprzed­niej, miała nie­po­wta­rzalny kli­mat i kawę, która była mocna, aro­ma­tyczna, a nie sma­ko­wała jak lura zabar­wiona na czarno. Nie lubił pół­środ­ków ani niczego na pół gwizdka. Był uparty i dążył do celu.

I kochał matkę, która poświę­ciła mu wszystko. A ten drań, ojciec, wyrzą­dził im krzywdę. Nie pamię­tał nawet, kiedy jego syn ma uro­dziny. Nie wie­dział o nim nic, ale się dowie. Nor­berto zaci­snął zęby. Ojciec zabrał mu wszystko, co cenne i co kochał. Przez niego stał się nie­czu­łym dra­niem. Psy­cho­te­ra­peutka powie­działa, że to, co prze­ży­wamy w dzie­ciń­stwie, ma wpływ na nasze doro­słe życie. Ale on był już doro­słym czło­wie­kiem, który świa­do­mie podej­muje decy­zje i który nie potrafi upo­rać się ze swo­imi emo­cjami. Nie chciał słu­chać tych bredni.

Prze­le­ciał ją kilka razy. Skoń­czyli tera­pię. Ona chciała się dla niego roz­wieść, a on od niej uciekł. Nie zno­sił kobiet, które narzu­cają się face­tom. Gar­dził nimi. Jego matka ni­gdy taka nie była. Sza­no­wał ją wła­śnie za to, że mogła mieć wszystko, czego zapra­gnęła dusza, a mimo wszystko z tego zre­zy­gno­wała. Dla niej liczył się tylko on, jej syn. Nie chciała, by stał się taki jak ojciec. A jaki był? Nie chciał tego ana­li­zo­wać, bo bał się, co sam mógłby o sobie pomy­śleć. Ale wie­dział, że chce do sie­bie dotrzeć. Chce poznać ojca, a potem tutaj wróci, by poznać brata.

Nor­berto odło­żył fili­żankę na tale­rzyk. Był sma­ko­szem, a tej kawy nie dało się pić -?palona z kiep­skich zia­ren i zbyt słaba. A powinna być mocna, jak mocna jest miłość, tak powta­rzał bari­stom w kawiar­niach, któ­rych był wła­ści­cie­lem. Uśmie­chał się pod nosem do sie­bie, bo wie­dział, że to banał. Ale czy to, co naj­bar­dziej banalne, nie pociąga ludzi?

Ski­nął ręką na kel­nerkę. Młoda śliczna dziew­czyna o ruda­wor­dza­wych wło­sach i wiel­kich nie­bie­skich oczach pode­szła do sto­lika. Spoj­rzał w te jej wiel­kie śle­pia. I powie­dział łagod­nym gło­sem:

-?Ta kawa to nie kawa...

-?Prze­pra­szam pana naj­moc­niej, może pomy­li­łam zamó­wie­nia -?była wyraź­nie spe­szona. Ręce zaczęły jej drżeć.

-?Nie pomy­li­łaś. Zama­wia­łem podwójne espresso. A dosta­łem lurę. To nie twoja wina, ale chciał­bym cię pro­sić o przy­nie­sie­nie mojej kawy.

Dziew­czyna prze­pro­siła go jesz­cze kilka razy, po czym ode­szła. Nor­berto roz­parł się na krze­śle. Sie­dział w ogródku. Była druga połowa wrze­śnia, ale pogoda roz­piesz­czała. Z drzew zaczęły spa­dać kolo­rowe liście, na sto­li­kach stały doniczki z wrzo­sami. Podo­bało mu się tutaj wszystko oprócz smaku kawy.

Się­gnął po stary zeszyt, który był pamięt­ni­kiem matki. Wię­cej w nim było jej prze­my­śleń niż wspo­mnień, ale czy­tał je z zapar­tym tchem. Pamięt­nik dostał dwa tygo­dnie temu od ciotki, która zmarła tydzień póź­niej. Dała mu dzien­nik matki dopiero teraz, bo czuła, że nad­szedł czas, by przeczy­tał prze­my­śle­nia Renaty. Zasta­na­wiał się, czy matka chciała, by przeczy­tał jej słowa. A może jej dzien­nik nie był do wglądu? Tego się wła­ści­wie ni­gdy już nie dowie. Spoj­rzał na pożół­kłą kartkę i chło­nął słowa:

Chcę ucho­dzić za silną kobietę i może nawet nią jestem, ale wiem, że jestem też pogu­biona, powie­dzia­ła­bym nawet, że zagu­biona.

Gubię się w codzien­no­ści i mojej ucieczce.

Moje życie to nie­do­mó­wie­nia. To prawda napi­sana od nowa. Moje życie to mój syn.

Nor­berto prze­rwał czy­ta­nie. Poczuł ogromny ból. Pomy­ślał o ojcu. Zaci­snął szczęki. Są ludzie, któ­rzy odda­dzą ci serce, i tacy, któ­rzy spier­dolą ci życie -?pomy­ślał gorzko. Ludzie, któ­rzy przy­cho­dzą do cie­bie w naj­pięk­niej­szych snach, i osoby, które spo­ty­kasz w kosz­ma­rach. Ludzie, któ­rzy chcą ci pomóc, rezy­gnu­jąc cza­sem z sie­bie, i tacy, któ­rzy na oślep zadają cier­pie­nia, byle tylko zoba­czyć rany u dru­giego czło­wieka. Nisz­czą, a ból innej osoby spra­wia im jakąś durną, dziką satys­fak­cję.

A może wszy­scy jeste­śmy tak naprawdę mocno porą­bani i zdolni do naj­więk­szych świństw?

Jego ojciec był osobą, która znisz­czyła życie jemu i jego matce. Nor­berto go nie­na­wi­dził. Bo wie­dział, że ten czło­wiek jest winny śmierci Renaty.

-?Pana kawa -?powie­działa kel­nerka, wyry­wa­jąc go z zamy­śle­nia i sta­wia­jąc przed nim małą białą fili­ża­neczkę z kawą.

-?Dzię­kuję -?zamo­czył w niej usta. Kawa była moc­niej­sza, ale dalej mu nie sma­ko­wała.

-?I jak? -?zapy­tała dziew­czyna, a on miał wra­że­nie, że jeśli powie prawdę, ona się roz­pła­cze.

-?Powie­dzieć prawdę czy chce pani, bym panią oszu­kał? -?zapy­tał.

Dziew­czyna zamru­gała oczami, popra­wiła włosy i wytarła mokre ręce w czarny far­tu­szek.

-?Nie wiem.

-?Ludzie czę­sto boją się doko­nać wyboru, a prze­cież do odważ­nych świat należy.

-?Nie jestem odważna -?powie­działa cichutko jak ta myszka, która boi się, że kot dosię­gnie ją pazu­rami.

-?Przez brak odwagi możesz dużo stra­cić.

-?Moż­liwe -?wzru­szyła ramio­nami.

-?Odpo­wiesz mi?

-?Niech pan powie prawdę.

Nor­berto uśmiech­nął się.

-?Prawda może boleć -?powie­dział, przy­gryzł wargę, a dziew­czyna pomy­ślała, że jest sza­le­nie przy­stojny i że pro­wa­dzi z nią jakąś dziwną grę.

-?Wiem. Nie­raz usły­sza­łam bole­sną prawdę -?powie­działa but­nie, on zaś pomy­ślał: No w końcu, mała, poka­zu­jesz, na co cię stać. Każda kobieta powinna poka­zać męż­czyź­nie swoje silne obli­cze.

-?Na­dal nie sma­kuje mi ta kawa, cho­ciaż bar­dziej ją lubię niż poprzed­nią. Tanie ziarna nadają jej kwa­sko­waty posmak.

-?Jestem pod wra­że­niem, że zna się pan tak dobrze na kawie.

Uśmiech­nął się. Wyjął port­fel, poło­żył na sto­liku wizy­tówkę.

-?Pocho­dzę z Włoch, jestem wła­ści­cie­lem sieci kawiarni, jeśli kie­dyś posta­no­wisz opu­ścić Pol­skę, powo­łaj się na mnie. U mnie nauczysz się parzyć naj­lep­szą kawę. A Wło­chy są piękne.

Dziew­czyna była zdez­o­rien­to­wana, mru­gała szybko powie­kami.

-?A tutaj... -?poło­żył na sto­liku zwi­tek bank­no­tów -?napi­wek dla cie­bie, odej­mij rachu­nek za te dwie paskudne kawy, za które nie powi­nie­nem zapła­cić, ale niech będzie.

-?Ale... to sporo kasy.

-?Spodo­bała mi się twoja odpo­wiedź. To twój dzień. Wyko­rzy­staj go.

Wstał od sto­lika i mru­gnął do niej. Dziew­czyna poczuła, jak w dole brzu­cha poja­wiają się motyle. Cóż to za facet...

Nor­berto był wyso­kim i przy­stoj­nym męż­czy­zną. Miał czarne oczy i takiego samego koloru włosy, zacze­sane do tyłu i zało­żone za ucho. Podo­bał się kobie­tom. Sza­le­nie. Są tacy męż­czyźni, na któ­rych lecą nie­mal wszyst­kie babki. I nie cho­dzi tutaj tylko o urodę. Roz­ta­czają wokół sie­bie jakąś magię i przy­cią­gają do sie­bie płeć prze­ciwną jak magnes. Wie­dzą, co powie­dzieć, co prze­mil­czeć albo jak rzu­cić jakieś nie­do­mó­wie­nie, które zawi­śnie w powie­trzu, zagęsz­cza­jąc atmos­ferę.

Wszedł do prze­szklo­nego budynku. Kiedy stał przy win­dzie, pode­szła do niego kobieta.

-?Dzień dobry, Nor­berto -?powie­działa dość oschle, cho­ciaż on wie­dział, jaką ma do niego sła­bość.

Odwró­cił głowę. Obok niego stała śliczna pani mece­nas o rudych, krę­co­nych wło­sach, zebra­nych na karku w fiku­śny koczek poprze­ty­kany spin­kami.

-?Dzień dobry, pani mece­nas -?powie­dział, po czym naci­snął przy­cisk windy. Ponow­nie na nią spoj­rzał. Miała na sobie gar­ni­tur: jasno­szare sze­ro­kie spodnie, białą koszu­lową bluzkę i mary­narkę, też jasno­szarą. Pod szyją zawią­zała różową apaszkę. Wyglą­dała powab­nie, ale już na niego nie dzia­łała. Ponoć miał to w genach. "Jesteś jak twój ojciec, masz to w genach. Miłość do kobiety poja­wia się szybko i szybko ci prze­cho­dzi" - powie­działa mu kie­dyś z wyrzu­tem ciotka, która opie­ko­wała się nim po śmierci matki. A on nie chciał być taki jak ojciec. Nie­na­wi­dził go, tak bar­dzo go nie­na­wi­dził. Co to za facet, który źle trak­tuje kobiety. Dla­czego więc był taki jak on?

-?Myśla­łam, że prze­szli­śmy na "ty" -?powie­działa Liliana Brze­ska.

Był u niej osiem tygo­dni temu po poradę prawną. Potem spo­tkał ją w jakimś klu­bie. Przy­szła tam z kum­pelą, on ze zna­jo­mymi. Kole­żanka pocie­szała rudo­włosą panią mece­nas, kiedy ta roz­czu­liła się przy pio­sence gra­nej przez pia­ni­stę. Pod­szedł do niej i powie­dział naj­bar­dziej banalny tekst, jaki kie­dy­kol­wiek wypowie­dział, by zacią­gnąć kobietę do łóżka: "Szkoda łez na tego dupka, przez któ­rego pani pła­cze, pani mece­nas". Wypili kilka kie­lisz­ków wina. Ona była pora­niona, on miał na nią chęć i wylą­do­wali w łóżku. Liliana miała tak silną potrzebę kocha­nia kogo­kol­wiek, że zako­chała się w nim. Odbyli kilka ran­dek i kilka sto­sun­ków, ale nie była kobietą, z którą chciałby zostać na dłu­żej. Bo Nor­berto kochał tylko trzy kobiety w życiu. Dwie z nich - matka i pierw­sza żona -?zmarły, a z córką miał rzadki kon­takt. Cza­sami zasta­na­wiał się, czy jest z niego taki wyprany już z uczuć skur­wiel, który nie jest w sta­nie poko­chać żad­nej kobiety, czy to wyda­rze­nia w jego życiu dopro­wa­dziły do tego, że miał serce jak głaz.

-?Liliana... Masz piękne imię -?potra­fił cza­ro­wać sło­wami. Kie­dyś jakaś kobieta powie­działa mu, że mógłby się nie odzy­wać, a i tak połowa dam­skiej popu­la­cji by na niego pole­ciała. Ale on wolał się ode­zwać i mieć je wszyst­kie. Był zdo­bywcą, który nie potra­fił kochać. Już nie. Zresztą z tej całej miło­ści nic dobrego nie wycho­dzi. I facet mięk­nie. A męż­czy­zna powi­nien być prze­cież twardy.

-?Kie­dyś już mi to powie­dzia­łeś. Co tu robisz? -?winda przy­je­chała, drzwi się otwo­rzyły. Weszli do środka.

-?Szu­kam cie­bie.

-?Nie jestem już zain­te­re­so­wana -?stwier­dziła z bólem w sercu. Sama do końca nie wie­działa, czy to prawda. Zało­żyła za ucho pukiel wło­sów. I przy­gry­zła wargę. Zro­biła to celowo. Chce być uwo­dzi­ciel­ska - pomy­ślał. Czyli nie mówi tego, co myśli.

-?Przy­sze­dłem po poradę -?zaśmiał się sztucz­nie.

Kobieta naci­snęła guzik stopu. Winda szarp­nęła i zatrzy­mała się.

-?Jesteś sza­lona.

-?Zerżnij mnie.

-?Słu­cham? -?sam nie mógł uwie­rzyć w to, co przed chwilą usły­szał. Liliana prze­cież taka nie była. A może każdy z nas ma ukryte w sobie demony, które wycho­dzą z nas w róż­nych momen­tach życia.

-?Chcia­ła­bym, żebyś mnie zerżnął. Czego nie zro­zu­mia­łeś?

Pode­szła do niego i zarzu­ciła mu ręce na szyję.

-?Nie chcesz tego. Znam cię. Jesteś wraż­liwą kobietą, która potrze­buje miło­ści, a nie seksu w win­dzie.

-?Nie pomogę ci, jeśli mnie nie prze­le­cisz.

Deli­kat­nie ją ode­pchnął.

-?Nie, Liliano. Nie zro­bię tego.

-?To -?ponow­nie prze­su­nęła się w jego stronę, wspięła na palce i nachy­liła w kie­runku jego ucha -?wypier­da­laj.

Naci­snął guzik. Winda ruszyła. Drzwi otwo­rzyły się na siód­mym pię­trze. Liliana wysia­dła z windy. A on poje­chał na dół.

Czuł nie­smak, który nie był spo­wo­do­wany zacho­wa­niem kobiety, ale świa­do­mo­ścią, że ją kie­dyś zra­nił. Naprawdę przy­szedł po poradę prawną. Chciał się dowie­dzieć, jak mógłby pozba­wić ojca majątku. Nie, nie potrze­bo­wał jego pie­nię­dzy, po pro­stu chciał go znisz­czyć, tak jak ojciec znisz­czył kie­dyś jego, pozba­wia­jąc go naj­więk­szej miło­ści. Matki.

Oczy­wi­ście, że mógł wybrać inną kan­ce­la­rię. Może chciał ją zoba­czyć?

Lubił ją. Kie­dyś jej pożą­dał, ale to wszystko minęło. A teraz ją zra­nił. Znowu.

Prze­cież nie chciała tego seksu. Bar­dziej pra­gnęła bli­sko­ści.

Skąd o tym wie­dział?

Bo był taki jak ona. Spra­gniony cie­pła dru­giego czło­wieka.

***

Liliana weszła do gabi­netu i ciężko opa­dła na krze­sło obro­towe. Była bar­dzo zde­ner­wo­wana i trzę­sły jej się ręce. Z karafki znaj­du­ją­cej się na biurku nalała do szklanki wody. Wypiła dusz­kiem. Wes­tchnęła głę­boko. Są tacy męż­czyźni, któ­rych należy uni­kać jak ognia. Bo kobieta zawsze się spa­rzy. Nawet jeśli przez krótki moment będzie jej się wyda­wało, że może się przy nim ogrzać, to wcze­śniej czy póź­niej się popa­rzy i będzie bolało. Zako­chała się w nim, mimo że już na początku ich rela­cji Nor­berto jasno okre­ślił, że nie chce się wią­zać i nic jej nie obie­cuje. Powie­dział, że we Wło­szech ma żonę oraz córkę i ich nie zostawi. Potem oka­zało się, że to żona go zosta­wiła. I ona uwie­rzyła, że skoro się spo­ty­kają, sypiają ze sobą i miło spę­dzają razem czas, to z tego wszyst­kiego może wyjść jakaś obiet­nica. Nie wyszło nic, a ona pozo­stała ze zła­ma­nym ser­cem. Długo się po nim leczyła. A kiedy jej prze­szło, on poja­wił się w win­dzie. Miała na niego ochotę, ale Nor­berto miał rację - nie zale­żało jej tylko na odby­ciu sto­sunku. Oparła głowę na dło­niach. Tęsk­niła za męż­czy­zną w swoim życiu.

Rozdział 2

Wstał sło­neczny pora­nek. Taki pora­nek, któ­rego nie chcesz -?nie chcesz, by był taki piękny, bo jego cudow­ność nie współ­gra z twoim humo­rem. Powinno lać i wiać. Pierw­sze pro­mie­nie wdarły się niczym nie­pro­szony gość do sypialni. Emi­lia prze­tarła oczy. Była wykoń­czona nie­prze­spaną nocą. Sie­działa nad pozwem do czwar­tej rano. Ziew­nęła i dotknęła wło­sów. Nie miała ochoty myć głowy. Pomy­ślała, że spry­ska ją suchym szam­po­nem, żeby jakoś wyglą­dać.

Z tru­dem pod­nio­sła się z łóżka i poczła­pała w stronę eks­presu do kawy. Spoj­rzała na tele­fon. Nic. Nie wie­działa, na co w ogóle czeka. Miała nadzieję na jakąś czułą wia­do­mość. Kobiety uwiel­biają czule zaczy­nać dzień i czule go koń­czyć. Zresztą Emi­lia była prze­ko­nana, że nie tylko kobiety. Męż­czyźni też lubią czu­ło­ści.

Igor od niej odszedł, a Fran­ce­sco... Z Fran­ce­sco to było skom­pli­ko­wane. Roz­stali się, bo to w ich przy­padku było naj­lep­sze wyj­ście. Kochała go i wciąż za nim tęsk­niła, ale wie­działa, że nie może z nim być. On robił szem­rane inte­resy, pocho­dził z rodziny, która nie cie­szyła się dobrą opi­nią, a ona, pani mece­nas... Stali po prze­ciw­nej stro­nie bary­kady. Takie miło­ści zda­rzają się i pozo­stają na długo w pamięci. Tylko że w nie­któ­rych wypad­kach naj­le­piej posłu­chać rozumu.

Znowu była sama, co nie zna­czy, że samotna. Bra­ko­wało jej tej dru­giej osoby. Cie­pła, dotyku, roz­mowy. Tego, co czło­wiek dostaje, będąc w związku.

Zadzwo­nił tele­fon. Pod­sko­czyła na dźwięk dzwonka. Pierw­sze, co jej przy­szło do głowy, to żeby jak naj­szyb­ciej pozbyć się tej iry­tu­ją­cej melo­dyjki.

-?Ada. I jak? -?zapy­tała Emi­lia. Jej przy­ja­ciółka, z którą znały się od dzie­cię­cych lat, miała lada dzień rodzić. Każdy tele­fon od niej był jak bomba, która mogła wła­śnie wybu­chać.

-?Jesz­cze nic.

-?Ufff... Nie strasz mnie, kobito.

-?Nie prze­szka­dzam ci?

-?Nie, wła­śnie się zasta­na­wiam, dla­czego znowu jestem sama.

-?Bo jeden z tobą zerwał, a z dru­gim ty nie chcesz mieć do czy­nie­nia. Chyba nie masz czego roz­k­mi­niać. To tak jak ze mną, za kilka chwil uro­dzę dziecko kochanka, z mężem się roz­sta­łam i też nie mam nad czym gdy­bać.

-?Niby tak, ale jakoś mi smutno.

-?Mnie też. Ale może nic nie dzieje się bez przy­czyny? I pewne rze­czy muszą się skoń­czyć, żeby poja­wiły się inne.

-?Gadasz jak jakiś potłu­czony filo­zof.

-?W tej ciąży jakoś mi się na filo­zo­fo­wa­nie zebrało.

Zaczęły się śmiać.

-?Cza­sem się zasta­na­wiam, czy to nie moja wina, że wszy­scy ode mnie odcho­dzą.

-?Emi, no co ty. To we trzy były­by­śmy jakieś wybra­ko­wane -?powie­działa Ada, mając na myśli jesz­cze ich przy­ja­ciółkę Bognę. -?Upie­kłam bezę z bitą śmie­taną, wpa­daj. Zasło­dzimy się i będzie nam lepiej.

-?Od tygo­dnia nie jem sło­dy­czy.

-?Żel­ków też nie pod­ja­dasz? -?zapy­tała Ada. Emi­lia była uza­leż­niona od mali­no­wych żel­ków, które pochła­niała w hur­to­wych ilo­ściach. A kiedy się dener­wo­wała, poże­rała je na tony.

-?Żelki to nie sło­dy­cze, to spo­sób życia -?stwier­dziła z powagą w gło­sie pani mece­nas.

Zaśmiały się.

-?Skoro jesz żelki, to kawa­łek Pavlovy ci nie zaszko­dzi.

-?Za dwie godziny muszę być w sądzie.

-?To możesz o mnie zaha­czyć.

-?W sumie mogę...

Roz­łą­czyły się. Ada sprząt­nęła ze stołu brudne miski po owsiance. Justyna, jej star­sza córka, wyszła do pracy o szó­stej rano, a młod­sza córka, Maja, przed chwilą zatrza­snęła za sobą drzwi. Maja tak tęsk­niła za ojcem, że wycho­dziła przed dom dobre kilka minut przed jego przy­jaz­dem. Adam bar­dzo czę­sto odwo­ził córkę do szkoły. Ada była zado­wo­lona, że jej były mąż ma z dziećmi taki świetny kon­takt. Zawsze był dobrym mężem i ojcem. Ale coś się syp­nęło. W życiu jest tak, że coś się sypie, i cza­sami można to odbu­do­wać, a innym razem zostają tylko zglisz­cza. Wdała się w romans, zaszła w ciążę z kochan­kiem i jej rodzina runęła jak domek z kart. W ogóle Adzie życie się skom­pli­ko­wało. Kocha­nek ją rzu­cił, co było do prze­wi­dze­nia. Filip był od niej o dzie­sięć lat młod­szy. Poznali się w barze. Ona nudziara, on wieczny stu­dent, który kochał życie. I chyba to ją w nim zafa­scy­no­wało. Ta radość życia ją urze­kła. Bo ona, stara wariatka, chciała latać z nim balo­nem.

Mąż wystą­pił o roz­wód. Gotowy był jej wyba­czyć zdradę, ale kiedy poja­wiła się ciąża, nie potra­fił się z tym fak­tem pogo­dzić. I Ada mu się nie dzi­wiła, a nawet go rozu­miała, tylko szkoda jej było tych wspól­nych lat, które musieli pogrze­bać. Romanse poja­wiają się w mał­żeń­skim życiu z jakichś powo­dów. Nie bez przy­czyny. Bo coś nie styka, bo bra­kuje czu­ło­ści, seksu, zaan­ga­żo­wa­nia. Bo mał­żon­ków dobija szara rze­czy­wi­stość. Bo rachunki, dzieci, bo chwile, które nie sprzy­jają intym­no­ści.

Rutyna dnia codzien­nego, przy­ziemne plany, które ukła­dały się dzień za dniem w jakąś mono­to­nię, zabiły ten zwią­zek. Nuda i obo­jęt­ność są zabój­cami każ­dego związku.

Adam nie wcho­dził do domu, w któ­rym kie­dyś oboje miesz­kali, i to Adę bar­dzo bolało. Razem go budo­wali, razem wypeł­niali bibe­lo­tami, książ­kami, wspo­mnie­niami. Dom two­rzą rodzina, kubki zbie­rane w szaf­kach przez lata, tale­rzyki, kom­plety sztuć­ców, poduszki, wytarte obi­cia foteli, obrazki, zdję­cia, pamiątki... Zapach proszku do pra­nia, waszego ulu­bio­nego. Dzieci, zwie­rzęta. Dom to chwile. I te tra­giczne, i te budu­jące. To wylane łzy i uśmie­chy, cho­wa­jące się gdzieś pomię­dzy firan­kami. To ostoja. To był ich port, do któ­rego przy­pły­wali. Ale to ona pierw­sza odpły­nęła swoim sta­tecz­kiem na wzbu­rzone morze. A potem zro­bił to też Adam. Dziew­czynki obwi­niały ją za roz­pad rodziny. Maja mniej, cho­ciaż Ada widziała w jej oczach smu­tek. Za to Justyna nie mogła prze­żyć tego, że jej matka zaszła w ciążę z kochan­kiem. Ich rela­cje były napięte, cza­sem nie­zno­śne.

***

Emi­lia usia­dła przy dębo­wym stole w kuchni Ady. Dło­nią prze­je­chała po bla­cie. Od zawsze podo­bał jej się ten stół.

-?Mam spo­tka­nie z klien­tem w sądzie o dwu­na­stej -?powie­działa, zer­ka­jąc na zega­rek. -?Dzi­siaj mam taki humor, że w ogóle naj­chęt­niej odwo­ła­ła­bym wszyst­kie spo­tka­nia -?dodała zgod­nie z tym, co czuła.

-?Wie­rzę -?Ada posta­wiła przed Emi­lią tale­rzyk z kawał­kiem cia­sta.

Emi­lia się­gnęła po wide­lec i zaczęła jeść.

-?Niebo w gębie -?mruk­nęła. -?Że też ci się jesz­cze chce piec. Prze­cież już się toczysz.

-?Dzięki za słowa uzna­nia i te o tocze­niu też -?zaśmiała się Ada. -?I dla­tego, że się toczę, piekę. To mnie odpręża, relak­suje i nie sku­piam się tak bar­dzo na tym, że niczym kula śnie­gowa toczę się po poko­jach i kuchni.

-?Jak dziew­czynki? -?zapy­tała Emi­lia.

-?Maja spę­dza dużo czasu u Adama. Cza­sami jest mi przy­kro, ale ją rozu­miem. Zro­biła się z niej taka przy­lepa. Do mnie też czę­sto się przy­tula, dużo ze mną roz­ma­wia. To mnie cie­szy. Ale widzę, jak bar­dzo jest roz­darta mię­dzy nami. A Justyna? Osten­ta­cyj­nie mnie o wszystko obwi­nia. To już młoda kobieta i wyda­wało mi się, że mnie zro­zu­mie.

-?Dla doro­słych dzieci roz­pad mał­żeń­stwa rodzi­ców też jest szo­kiem. Dla nich byli­ście mał­żeń­stwem od zawsze i nagle bum, wszystko się roz­padło.

-?I obwi­nia mnie -?Ada wzru­szyła ramio­nami. -?Gdyby nie ten romans...

-?Ada, gdy­byś była szczę­śliwa w mał­żeń­stwie, to na pewno nie doszłoby do zdrady.

-?Wiesz co, Emi, już sama nie wiem, co mną kie­ro­wało. Może jakaś chęć zabi­cia rutyny. I jest w czło­wieku jakaś prze­kora, ma rutynę, chce sza­leń­stwa. Kiedy prze­żyje już chwilę sza­leń­stwa, tęskni za rutyną i tak w kółko.

-?Moż­liwe. Ale nie ma co teraz ana­li­zo­wać prze­szło­ści i roz­dra­py­wać sta­rych ran. Tęsk­nisz za Ada­mem?

-?Cza­sami wydaje mi się, że tak. Innym razem sobie myślę, że dobrze się stało, jak się stało. Bo cze­goś mi bra­ko­wało. Ale tęsk­nię za nim jak za przy­ja­cie­lem, który wsparł dobrym sło­wem, z któ­rym dzie­li­li­śmy się obo­wiąz­kami. Mam z nim cudne dzieci, on jest wspa­nia­łym ojcem. I było mi z nim dobrze, tylko czy to wszystko?

-?A może wła­śnie na tym polega zwią­zek? Wiesz, ten doj­rzały. Bo prze­cież motyle wcze­śniej czy póź­niej odfru­wają i zostaje nam szara rze­czy­wi­stość. I może ta przy­jaźń, to wspar­cie, ta codzien­ność, roz­mowa to jest ta doj­rza­łość. A nie cią­głe poszu­ki­wa­nie?

-?Moż­liwe. Nie wiem. Acz­kol­wiek roz­wód był dla mnie porażką.

-?Sądzę, że dla każ­dego jest. Ludzie się pobie­rają i myślą, że to na zawsze, a na zawsze oka­zuje się na chwilę.

-?Zauwa­ży­łaś, że teraz jest plaga roz­wo­dów? -?Ada nało­żyła sobie na tale­rzyk kawa­łek Pavlo­vej. Doło­żyła też Emi­lii. Całość posy­pała mali­nami.

-?Ostat­nio w kan­ce­la­rii gości­li­śmy pew­nego pro­fe­sora i roz­ma­wia­li­śmy wła­śnie o roz­wo­dach. Wywią­zała się burz­liwa dys­ku­sja na temat roz­stań. Pro­fe­sor argu­men­to­wał, że roz­wody są potrzebne i to nie jest tak, że daw­niej ludzie by się ze sobą tak chęt­nie nie roz­wo­dzili. Bo by się chęt­nie roz­wie­dli, ale bali się reak­cji oto­cze­nia i naj­bliż­szej rodziny. Bo roz­wód nie doty­czy tylko dwójki doro­słych ludzi, ale też innych osób w rodzi­nie, dla któ­rych jest on bole­snym roz­sta­niem. Ale cza­sami lepiej się rozejść. Przez jakiś czas było nam ze sobą dobrze, ale w któ­rymś momen­cie nasze drogi się roze­szły i już tak dobrze nie jest. Miłość wygasa, roz­wój mał­żon­ków jest na innym pozio­mie, dla­tego trzeba iść dalej. I cza­sami tę dal­szą drogę warto poko­ny­wać samot­nie.

-?Tylko że nie­któ­rzy roz­wo­dzą się, jakby to była trans­ak­cja zakupu i sprze­daży. I naj­bar­dziej cier­pią na tym dzieci.

-?Naj­bar­dziej. Tylko że dzieci, które patrzą na nie­szczę­śli­wych rodzi­ców na co dzień, też są nie­szczę­śliwe. I jaki one przy­kład związku wyniosą z domu? Cią­głe kłót­nie, brak miło­ści, nie­odzy­wa­nie się do sie­bie. Życie obok. I potem takie dzieci wcho­dzą w zwią­zek i myślą, że mil­cze­nie jest codzien­no­ścią związku, a to jest pasywna agre­sja.

-?I tak źle, i tak nie­do­brze. Zawsze ktoś cierpi i to w róż­no­raki spo­sób. A dużo masz spraw roz­wo­do­wych? -?zapy­tała Ada, po czym ugry­zła kawa­łek ciastka.

-?Śmie­jemy się, że jeśli teraz chcesz dobrze żyć jako adwo­kat, to bierz roz­wody. Sta­tystki są nie­ubła­gane. Tylko w pierw­szym kwar­tale 2021 roku w Pol­sce roz­wio­dło się 16 tysięcy par, 200 zde­cy­do­wało się na sepa­ra­cję. Jed­no­cze­śnie zawarto 13,3 tysiąca mał­żeństw. Czyli liczba roz­wo­dów prze­wyż­sza liczbę zawar­tych związ­ków mał­żeń­skich.

-?Odbie­ga­jąc tro­chę od sta­ty­styk, cie­szę się, że mój roz­wód prze­biegł szybko i bez orze­ka­nia o winie.

-?Tak jak ci mówi­łam, takie roz­wody z orze­ka­niem o winie to pra­nie bru­dów, cią­gną się latami. Nikomu nie jest to potrzebne.

-?Tylko że wina była moja.

-?Ada, zawsze jest jakieś dru­gie dno. Oczy­wi­ście, wiem, że ty nie chcia­ła­byś znisz­czyć Ada­sia, ale ludzie posu­wają się do takich kłamstw, że aż mi ich szkoda. I jed­nej, i dru­giej strony. Oooo, nawet ostat­nio mia­łam taką sprawę: oka­zało się, że na zakup domu jedna moja klientka dostała pie­nią­dze od rodziny. Oczy­wi­ście to było kłam­stwo, jed­nak chciała wyka­zać za wszelką cenę, że te środki nie wcho­dzą do podziału majątku. Albo inna sprawa: poczciwy chłop ją zdra­dzał, pod­czas gdy to ona dora­biała mu rogi. Ale za wszelką cenę udo­wad­niała, że obiad z kon­tra­hentką był randką. Mimo że na domnie­ma­nej randce byli jesz­cze dyrek­to­rzy i pre­zesi.

-?Emi, po co ludzie to sobie robią? Prze­cież sam roz­wód jest klę­ską.

-?Bo czują się zra­nieni, bo chcą się ode­grać za wszyst­kie lata, kiedy żyli bez miło­ści albo nie zaspo­ka­jali swo­ich potrzeb w związku. Jest masa powo­dów, dla któ­rych ludzie wza­jem­nie sie­bie krzyw­dzą. I z każ­dego z nas potrafi wyjść drań.

Rozdział 3

Ada miała coś odpo­wie­dzieć, ale do miesz­ka­nia wpa­dła matka Ady, Lud­miła. Kobieta po sześć­dzie­siątce, pełna pozy­tyw­nej ener­gii, uśmie­chu, nie­po­skro­miona. Tak, Emi­lia powie­dzia­łaby o pani Lud­mile, że jest nie­po­skro­miona.

-?Dziew­czynki, a wy co tak sie­dzi­cie? -?zapy­tała, wita­jąc się z nimi.

-?Mamo, mnie już nic nie pozo­stało jak sie­dze­nie -?Ada gestem ręki wska­zała na brzuch.

-?Możesz się zawsze toczyć.

-?Wolę jed­nak posie­dzieć.

-?Przy­nio­słam ci botwinkę i owoce.

-?Mamo, potra­fię sobie zro­bić sama zakupy.

-?Zawsze to ty wszyst­kich dookoła niań­czy­łaś, teraz ktoś może o cie­bie zadbać -?pani Lud­miła rzu­ciła córce cie­płe spoj­rze­nie. Choć kobiety róż­niły się od sie­bie jak ogień i woda, czę­sto się też ze sobą sprze­czały, to jed­nak czuć było mię­dzy nimi głę­bię uczu­cia.

-?Ma pani rację, Ada wszyst­kich dookoła zawsze roz­piesz­czała, teraz ona powinna być roz­piesz­czana -?powie­działa Emi­lia.

-?Wiesz, dobrze, że pogo­ni­łaś tego swo­jego męża -?stwier­dziła star­sza kobieta.

-?Mamo, już ci mówi­łam, że go wcale nie pogo­ni­łam, to on mnie zosta­wił.

-?Bo mia­łaś romans.

-?Wła­śnie, bo mia­łam romans.

-?Cze­goś ci bra­ko­wało i dla­tego wyszło, jak wyszło -?stwier­dziła Lud­miła, a Ada prze­wró­ciła oczami.

-?Rozumu chyba.

-?Daj spo­kój, pierw­szy mąż jak nale­śnik, trzeba wyrzu­cić do kosza. Lubi­łam Adama, nawet go kocha­łam, ale widzia­łam, że mię­dzy wami ostat­nio nie iskrzy.

-?Mamo, a w któ­rym związku po latach iskrzy?

-?Zga­dzam się z tobą, z bie­giem lat nie ma już takiego iskrze­nia jak kie­dyś. Ale są inne emo­cje, któ­rymi mał­żon­ko­wie rekom­pen­sują sobie brak dzi­kiego pożą­da­nia. A was łączyły kre­dyt i dzieci. To za mało.

-?A czy tak nie jest w dłu­go­let­nim związku, że wła­śnie to ludzi łączy?

-?No co ty... Popatrz na mnie i Euge­niu­sza -?Lud­miła zachi­cho­tała niczym pod­lo­tek.

-?Mamo, Gie­niu jest twoim mężem od trzech lat.

-?Bo to mój czwarty mąż. I z Gie­niem łączy nas dobry seks.

Emi­lia zaczęła się śmiać.

-?To chyba dobrze -?wtrą­ciła.

-?Mnie jest dobrze, zło­ciutka, i chyba to się liczy.

-?Jeste­śmy tak różne, mamo -?Ada nie mogła uwie­rzyć, że jej matka tak otwar­cie mówi o sek­sie.

-?A mimo wszystko kochamy się. Pomogę ci, dobrze? -?Lud­miła zaczęła roz­pa­ko­wy­wać zakupy.

-?Dzięki.

Przy­tu­liły się, a Emi­lia pomy­ślała, że zazdro­ści Adzie, ale tak pozy­tyw­nie, tego, że wciąż ma u boku mamę. Jej mama ode­szła kil­ka­na­ście lat temu i choć jej ojciec, mece­nas Wroń­ski, był naj­wspa­nial­szym ojcem na świe­cie, bra­ko­wało jej kobie­cej ręki w domu. Tych roz­mów matki z córką. Czu­ło­ści, deli­kat­no­ści...

Emi­lia dosko­nale pamię­tała matkę. Jej uśmiech i to, że dużo roz­ma­wiały. Jej mama poka­zy­wała jej świat i opo­wia­dała naj­wspa­nial­sze histo­rie. Zmarła na raka, a w sercu Emi­lii pozo­stała już na zawsze wielka wyrwa.

Lud­miła została u Ady przez kilka dni. Ada dotych­czas myślała, że nie rozu­miały się z matką zbyt dobrze. Miały inne podej­ście do życia: Lud­miła brała życie za rogi i wyci­skała z niego, ile tylko się dało. Ada była zawsze tą roz­ważną -?do czasu, jak widać. Ada się zdrzem­nęła, a w tym cza­sie matka zro­biła pra­nie, posprzą­tała w miesz­ka­niu. A teraz piły razem her­batę. Lud­miła ugo­to­wała zupę mar­chew­kową i nalała talerz Adzie.

-?Dzięki, że przy­je­cha­łaś -?zwró­ciła się do matki.

-?Cokol­wiek sobie tam myślisz, zawsze cię kocha­łam i chcę dla cie­bie dobrze.

-?Boję się.

-?Czego?

-?Że sobie nie pora­dzę. Trze­cia ciąża. Teraz jestem sama.

-?Nie jesteś sama -?Lud­miła z czu­ło­ścią dotknęła policzka córki. -?Masz mnie.

***

Było duszne popo­łu­dnie. Jedno z tych, pod­czas któ­rych nie ma czym oddy­chać. Sprzą­taczka czuła, że pot spływa jej ciur­kiem po ple­cach. Wyfro­te­ro­wała tylko pod­łogę, a już czuła się zmę­czona i spo­cona. Otwo­rzyła okna, ale powie­trza nie poru­szał naj­lżej­szy powiew wia­tru. W willi pano­wała abso­lutna cisza. Pani Maryla sprzą­tała górę domu, a jej przy­padł dół. Spoj­rzała na zega­rek, docho­dziła pięt­na­sta. Miała godzinę na posprzą­ta­nie gabi­netu pana Calierno. Weszła do środka. Posta­wiła wia­dro z wodą na środku pokoju, mop oparła o ścianę. Z kie­szeni far­tu­cha wyjęła szmatkę, którą zaczęła ście­rać kurze z maho­nio­wego regału. Pomy­ślała, że chcia­łaby mieć kie­dyś taki piękny mebel, pousta­wia­łaby na nim wszyst­kie książki, które dostała od dziadka. Poda­ro­wał jej naprawdę piękną kolek­cję, która była dla niej naj­więk­szym skar­bem.

Pod­nio­sła mosiężny świecz­nik, spoj­rzała w bok i wrza­snęła na całe gar­dło.

-?Niech pani nie krzy­czy -?powie­dział łagod­nym gło­sem Fran­ce­sco, który sie­dział na szez­longu usta­wio­nym we wnęce pokoju.

-?Prze­pra­szam pana -?Kamila odsta­wiła świecz­nik. Czuła, jak wali jej serce.

-?Nic się nie stało.

-?O tej porze mia­łam posprzą­tać gabi­net -?dziew­czyna była wyraź­nie zde­ner­wo­wana.

-?I pani sprząta.

-?Miało pana tutaj nie być. Gdy­bym wie­działa... -?roz­ło­żyła bez­rad­nie ręce.

-?Miało mnie nie być, ale jestem -?uśmiech­nął się. -?Powi­nie­nem uprze­dzić panią Marylkę.

-?To co mam teraz robić? -?Kamila czuła, że serce zaraz wysko­czy jej z gar­dła.

-?Poroz­ma­wiaj ze mną.

-?Słu­cham?

-?Odłóż to i poroz­ma­wiaj ze mną. Zro­bić ci drinka? -?zapy­tał Fran­ce­sco, a Kamila pokrę­ciła głową. Nie była pewna, czy ją spraw­dza, czy naprawdę chce z nią wypić drinka. Drżała ze zde­ner­wo­wa­nia.

-?Nie, dzię­kuję.

-?Boisz się mnie?

-?A mam czego?

-?Nie masz. Ale się trzę­siesz.

-?Bo powin­nam posprzą­tać, bo chcę, żeby pan mi zapła­cił, a jestem tu nowa. Pana jako pana się nie boję. Boję się, że stracę robotę, a jej potrze­buję.

-?A po co ci praca sprzą­taczki?

-?Po to, by zaro­bić kasę. W tygo­dniu się uczę, w week­endy sprzą­tam. Ale pan tego nie zro­zu­mie.

-?Dla­czego tak myślisz? -?Fran­ce­sco wstał i nalał do szklanki soku jabł­ko­wego. Dodał kilka kostek lodu.

-?Bo ma pan wszystko i może pan sobie leżeć.

Uśmiech­nął się. Podo­bała mu się but­ność dziew­czyny.

-?Każdy może mieć to, czego zapra­gnie.

-?Nie.

-?Co nie?

-?Nie dosta­jemy od życia tego, czego pra­gniemy. I dobrze, bo byśmy wszy­scy byli za bar­dzo przez życie roz­piesz­czeni.

-?Coś w tym jest. Potrze­bu­jesz tej pracy?

-?Tak. Nie jest to praca marzeń, ale jej potrze­buję.

-?Masz chło­paka?

-?O, nie, nie -?zama­chała rękoma -?nie bawię się w spon­so­ring.

-?Tak tylko pytam.

-?Serio?

-?Serio.

-?Muszę posprzą­tać.

-?Zapłacę ci potrójną stawkę, żebyś nie sprzą­tała.

-?Jest pan dzi­wa­kiem -?dziew­czyna zmie­rzyła Fran­ce­sco wzro­kiem. Był przy­stojny, ale jak dla niej za stary, ona kochała Michała. Do sza­leń­stwa. Nie była bla­charą i nie raj­co­wało ją to, ile kto ma hajsu. Jej zna­jome z klasy były inne. Aspi­ra­cją wielu było to, by wybić się w mediach spo­łecz­no­ścio­wych i zostać dziew­czyną jakie­goś nadzia­nego gacha. Ona była starą duszą w mło­dym ciele. Kochała czy­tać książki, grać w kosza i cho­dzić na grzyby.

Męż­czy­zna roze­śmiał się w głos.

-?Jestem. To co, umowa stoi?

-?Tak.

-?Sia­daj, gdzie chcesz. Poga­damy. Na pewno nie napi­jesz się drinka?

-?Nie. Dzięki.

Dziew­czyna usia­dła w skó­rza­nym fotelu. Rozej­rzała się po gabi­ne­cie.

-?Podoba ci się u mnie?

-?Śred­nio. Tylko regał budzi we mnie miłe sko­ja­rze­nia.

-?Dobre i to. Czyli masz chło­paka i nie szu­kasz spon­sora.

-?Wła­śnie.

-?Co cię w nim urze­kło?

-?To, że jest nie­obli­czalny.

-?To zna­czy? -?Fran­ce­sco się uśmiech­nął. Miał zły dzień, a ta dziew­czyna spra­wiła, że humor zaczął mu się popra­wiać.

-?To zna­czy, że lubię sza­lo­nych face­tów. Jest bar­dzo przy­stojny i połowa lasek ze szkoły za nim sza­leje, a wybrał mnie. Kocha Lema, podob­nie jak ja. I inte­re­suje się teatrem.

-?Szczę­ściara.

-?Wiem. A ja mogę o coś pana zapy­tać? -?ośmie­liła się.

-?Pytaj.

-?Po co panu taki wielki dom, skoro mieszka pan tu sam?

-?Po czym wnio­sku­jesz, że sam?

-?Mogła­bym pana oszu­kać i powie­dzieć, że zga­dy­wa­łam, ale Marylka mi powie­działa... -?Kamila zro­biła pauzę, żeby w nic nie wko­pać Marylki.

-?Ach, ta Marylka. Lubię ją, ale strasz­nie dużo gada. Miesz­kam sam, bo żadna kobieta mnie nie chce.

-?Może to przez to, że w sobotę sie­dzi pan na tym dziw­nym czymś i kon­tem­pluje jak dzia­ders, zamiast wziąć dupę w troki i zro­bić coś sza­lo­nego.

Fran­ce­sco gło­śno się zaśmiał.

-?Moż­liwe.

-?A serio?

-?Naprawdę nie ma kan­dy­da­tek.

Dziew­czyna przy­gry­zła dolną wargę.

-?A mnie się wydaje, że są, ale żadna nie jest w sta­nie spro­stać pana ocze­ki­wa­niom.

-?To nie tak. Może ja nie pozna­łem takiej, która zechcia­łaby ze mną zostać na dłu­żej. Kocha­łem bar­dzo pewną kobietę i ona mnie chyba też, ale nasze drogi się roze­szły.

-?Jak miała na imię?

-?Emi­lia.

-?Emi... Piękne imię -?stwier­dziła dziew­czyna.

Fran­ce­sco naj­chęt­niej opo­wie­działby jej o wszyst­kim. O swo­jej byłej miło­ści, która w jego sercu wcale nie prze­mi­nęła. Ale wie­dział, że nie powi­nien zamę­czać tej dziew­czyny swoją histo­rią.

-?Tęsk­nię za nią.

-?To czemu pan do niej nie zadzwoni? -?zapy­tała dziew­czyna i popra­wiła sobie kucyk.

-?Może dla­tego, że... -?nie mógł zebrać myśli.

-?Boi się pan odrzu­ce­nia. Ale kto nie ryzy­kuje, nie pije szam­pana.

Rozdział 4

Bogna pomy­ślała, że są takie skom­pli­ko­wane histo­rie, w które czło­wiek pakuje się z pełną pre­me­dy­ta­cją i potem nie wie, co ma ze sobą zro­bić. I jakoś trudno okieł­zać uczu­cia. A może jest tak, że nie wiemy, co zro­bić z emo­cjami po tych histo­riach? I są w naszym życiu tacy ludzie, któ­rzy co jakiś czas się w nim poja­wiają. Nie wia­domo, dla­czego stają na naszej dro­dze i zabu­rzają spo­kój ducha. Bo już sobie coś tam w gło­wie, sercu i duszy prze­ro­bi­li­śmy, a tutaj bach! I od nowa trzeba się z życiem ukła­dać. Dziwne związki łączą nas cza­sem z ludźmi. Nie­które z nich nawet trudno nazwać związ­kami. To jest taka nie­ro­ze­rwalna więź. Cza­sami jest to przy­jaźń, innym razem pewien rodzaj miło­ści. Zna­jo­mość, która jest pod­szyta jaki­miś wyła­do­wa­niami, eks­cy­ta­cją czy innymi tego typu emo­cjami. I są róż­nego rodzaju przy­wią­za­nia. Jest fascy­na­cja i jakiś żar, który gdzieś się w nas tli. Nie­za­spo­ko­jone potrzeby z tym, a nie innym czło­wiekiem. I spo­ty­kamy się z tą drugą osobą -?cza­sem z nadzieją, że może coś nam wyj­dzie, albo po pro­stu lubimy jego czy jej towa­rzy­stwo. I bywa nam nie­kiedy dziw­nie. Tak, słowo "dziw­nie" dosko­nale tutaj pasuje. Bo czło­wiek jest dziw­nie sko­ło­wany i nie wie, co ma począć. I jest roz­bity.

Szy­mona znała od małego. Ostat­nio widziała go rok temu, na pogrze­bie taty, i teraz cze­kała na niego w kawiarni. Łapali się po dro­dze, mię­dzy jed­nym związ­kiem a dru­gim. Mię­dzy jego lotem do Azji, gdy miał prze­siadkę w War­sza­wie. Kie­dyś Bogna myślała, że to facet dla niej. Gdy się spo­ty­kali, nie mogli się ze sobą naga­dać. Roz­ma­wiali dosłow­nie o wszyst­kim. Śmiali się i cie­szyli swoim towa­rzy­stwem. Ale zawsze kiedy się spo­ty­kali, jedno z nich było w związku, a cza­sami oboje. Tylko gdzieś w powie­trzu można było wyczuć lek­kie napię­cie. Zresztą seks wszystko kom­pli­kuje -?pomy­ślała Bogna. Ludzie stają się wobec sie­bie zupeł­nie inni, kiedy już doj­dzie do kon­sump­cji. Może po sek­sie chcą od tego dru­giego czło­wieka cze­goś wię­cej? A może kiedy w grę wcho­dzą emo­cje, to po pto­kach i dwoje ludzi nie ma już wobec sie­bie takiego luzu, jaki mieli przed pój­ściem ze sobą do łóżka?

Rok temu Szy­mon przy­le­ciał na pogrzeb taty Bogny. Co bar­dzo ją zdzi­wiło. Nie mieli wtedy ze sobą kon­taktu jakieś trzy lata. A tu nagle takie spo­tka­nie.

Sie­działa w kościele. Wypła­kała już morze łez. Zaczęła roz­glą­dać się po ludziach. I wtedy go zoba­czyła. Co on tutaj robi? -?zasta­na­wiała się. Oczy­wi­ście jego rodzice i jej dobrze się znali. Szy­mon był czę­stym gościem w jej domu, ale to było kie­dyś. Poza tym miesz­kał na sło­necz­nej Flo­ry­dzie, więc przy­jazd do Pol­ski był sporą wyprawą. Serce zaczęło jej galo­po­wać jak osza­lałe. Stał po pra­wej stro­nie oparty o kolumnę. Miał na sobie ciem­no­szarą mary­narkę, białą koszulę i ciemne spodnie. I nagle ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Patrzyli sobie w oczy przez dłuż­szą chwilę, jakby w wymow­nym mil­cze­niu chcieli sobie coś prze­ka­zać: "Jesteś tu? Jestem tu, dla cie­bie". Odwró­ciła głowę, zanim jej oczy mogły zdra­dzić coś wię­cej.

Po pogrze­bie żałob­nicy ruszyli na stypę. Bogna próżno wypa­try­wała Szy­mona. Zro­biło jej się jesz­cze cię­żej na sercu po tym, jak sio­stra powie­działa jej, że syn Moraw­skich też został zapro­szony, ale jakoś ni­gdzie go nie widzi. Bogna poczuła roz­cza­ro­wa­nie.

Kiedy stała z tale­rzy­kiem, na któ­rym miała kanapkę i kore­czek, ktoś zła­pał ją za rękę.

-?Przy­kro mi z powodu two­jego taty.

Odwró­ciła się i spoj­rzała na Szy­mona. Miała ochotę rzu­cić mu się w ramiona i powie­dzieć: "Dobrze, że jesteś".

-?Dzięki.

-?Lubi­łem gościa -?powie­dział, a Bogna się uśmiech­nęła. To cały Szy­mon, mówił to, co myślał, bez wytar­tych fra­ze­sów i ozdob­ni­ków.

-?Pamię­tasz, kiedy przy­ła­pał nas, jak się cało­wa­li­śmy? -?sama nie wie­działa, dla­czego zadała to pyta­nie.

-?Pamię­tam. Słu­chaj... -?Szy­mon rozej­rzał się dookoła. -?Może spo­tka­li­by­śmy się potem? Tutaj jest gwarno, tłoczno...

-?Gdzie?

-?Na Wichro­wych Wzgó­rzach. Czę­sto tam cho­dzi­li­śmy... kie­dyś... - zawie­sił głos w pół zda­nia.

Bogna wpa­try­wała się w niego jak urze­czona. Wichrowe Wzgó­rza były usy­paną górką, która zaro­sła krze­wami i trawą. Cho­dzili tam jako dzie­ciaki, a póź­niej nasto­latki. Tam też pierw­szy raz się poca­ło­wali. Jak mogłaby zapo­mnieć o tym miej­scu?

-?Wiesz, nie mam poję­cia, kiedy się to wszystko skoń­czy. Musimy też zająć się mamą -?odpo­wie­działa Bogna. Tak bar­dzo chciała się z nim spo­tkać, jed­nak wie­działa, że mama też jej potrze­buje.

-?Rozu­miem. Ale może na jakąś godzinkę zdo­ła­ła­byś się wyrwać? -?zapy­tał z nadzieją w gło­sie i dorzu­cił: -?Zadzwoń do mnie.

-?Dobrze -?uśmiech­nęła się do niego.

O dzie­więt­na­stej Szy­mon wszedł na górkę, z któ­rej roz­ta­czał się z jed­nej strony widok na mia­sto, a z dru­giej na pobli­skie łąki i las. To miej­sce wciąż ma duszę -?pomy­ślał. Godzinę temu zadzwo­niła do niego Bogna. Nie krył rado­ści. Cze­kał na ten tele­fon od czter­na­stej. Sam nie wie­dział dla­czego. A może wie­dział, ale nie chciał się do tego przy­znać.

Uśmiech­nął się do wspo­mnień. Pamię­tał dosko­nale, jak tutaj, na tej górce pierw­szy raz się cało­wali. Potem u Bogny w domu przez chwilę byli parą, a potem stwier­dzili, że naj­le­piej będzie, jeśli zostaną przy­ja­ciółmi. Może to on się bał wcho­dzić w zwią­zek, byli jesz­cze tacy mło­dzi. A potem uświa­do­mił sobie, że w każ­dej kolej­nej kobie­cie szu­kał jej, ale żadna nią nie była. Szy­mon spoj­rzał na zega­rek. Była dzie­więt­na­sta pięć. Umó­wili się na dzie­więt­na­stą trzy­dzie­ści. Zapa­lił papie­rosa, odwró­cił głowę. I wtedy zoba­czył Bognę, która szła w jego stronę. Też była przed cza­sem. Twarz miała ozło­coną świa­tłem z pobli­skiej latarni. Prze­brała się w sprane dżinsy, botki i długi poma­rań­czowy cie­pły swe­ter, w któ­rym wyglą­dała naprawdę uro­czo. Czuł, jak jego serce tłu­cze się o żebra.

-?Cześć -?podała mu rękę, kiedy wspi­nała się na pobli­ski głaz.

-?Cześć.

-?Przy­sze­dłeś za wcze­śnie.

-?Ty też.

-?Chcia­łam pobyć sama.

-?A ja to zepsu­łem.

-?Jak zwy­kle wszystko psu­jesz.

Zaczęli się śmiać.

-?Przejdźmy się po naszej górce.

-?Z przy­jem­no­ścią.

Ruszyli w prawą stronę, tak jak robili to kil­ka­na­ście lat temu. Szli nie­spiesz­nie, a wiatr roz­wie­wał włosy Bogny. Szy­mon pomy­ślał, że z chę­cią zanu­rzyłby w nich palce.

W końcu doszli do ławeczki, którą ota­czały niskie krzewy. Usie­dli na niej.

-?To co u cie­bie? -?zapy­tała Bogna.

Mówił o podró­żach po Sta­nach, pracy i tym, jaką książkę ostat­nio prze­czy­tał. I o tym, że jadł stek z kan­gura. Bogna go słu­chała i uśmie­chała się raz po raz.

-?A jakaś ona? -?szturch­nęła go w bok. -?Na pewno jest jakaś kobieta.

-?Jest.

-?Opo­wiedz mi o niej.

Szy­mon się­gnął po kolej­nego papie­rosa. Czuł, że jest zde­ner­wo­wany, ręce mu drżały.

-?Nie powi­nie­neś tyle palić.

-?Dener­wuję się.

-?Czemu?

-?Jakoś tak... nie wiem -?wzru­szył ramio­nami. Dosko­nale wie­dział, dla­czego jest zde­ner­wo­wany. Bogna go peszyła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki