p

Kacper - Gabriela Gargaś

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Wy­rządził jej krzyw­dę i to był fakt. Ale te­raz... Tak bar­dzo za nią tęsk­nił. Boże, nie wie­dział, że fa­cet może tak bar­dzo tęsk­nić za ko­bie­tą.

Tęsk­nił za jej spoj­rze­niem, do­ty­kiem, za jej uśmie­chem.

Za wszyst­kim. Bo ona była jego wszyst­kim. A on po­zwo­lił jej ode­jść.

Po­wi­nien ją prze­pro­sić, a może na­wet bła­gać o wy­ba­cze­nie.

Ale prze­cież po­wie­dzia­ła, że na wszyst­ko jest już za pó­źno.

A może ko­bie­ty tak mó­wią, a w skry­to­ści du­cha chcą, by fa­cet o nie jesz­cze tro­chę po­wal­czył?

Fa­ce­ci mają to do sie­bie, że nie do­ce­nia­ją ko­bie­ty, kie­dy ona jest tuż obok nich.

Swo­ją obo­jęt­no­ścią, bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia, kłam­stwem po­py­cha­ją ją w ra­mio­na in­ne­go.

I ka­żdy fa­cet so­bie my­śli: nie, nie ona, sko­ro jest tak bar­dzo we mnie za­ko­cha­na, nie odej­dzie.

A ona w ko­ńcu od­cho­dzi...

Bo chce być szczęśli­wa.

Ko­bie­ty dużo zno­szą i jesz­cze wi­ęcej wy­ba­cza­ją, ale mają też swo­ją gra­ni­cę wy­trzy­ma­ło­ści.

***

Na­brzmia­łe chmu­ry prze­su­wa­ły się po nie­bie. Czu­ła, że za­raz za­cznie pa­dać. Spoj­rza­ła do góry, nie­bo było po­sza­rza­łe, jak­by zmęczo­ne. Ona też była zmęczo­na.

Wrze­sień to pi­ęk­ny mie­si­ąc. Mie­si­ąc soku ma­li­no­we­go, spa­da­jących li­ści. To mie­si­ąc wes­tchnień, no­stal­gicz­nych my­śli. Mie­si­ąc, kie­dy z paw­la­cza wyj­mu­je się pu­cha­te koce.

Po­win­na się za­chwy­cać. Ale była smut­na, tęsk­ni­ąca i roz­wa­lo­na na kil­ka ka­wa­łków.

Dwa dni temu na­pi­sa­ła do nie­go list. Były w nim za­war­te roz­pacz, tęsk­no­ta i wie­le in­nych emo­cji.

Może nie po­win­na o nich pi­sać?

Dzie­li­ło ich wszyst­ko. A przede wszyst­kim ki­lo­me­try.

Co mogę Ci na­pi­sać?

Że tęsk­nię?

Że moje ży­cie to ocze­ki­wa­nie na Cie­bie?

To po­wro­ty i roz­sta­nia...

Łączą nas chwi­le, małe i wi­ęk­sze sa­mot­no­ści i na­dzie­ja.

Bo gdy kie­dyś któ­re­muś z nas za­brak­nie na­dziei, to wszyst­ko ru­nie jak do­mek z kart.

Cza­sa­mi się za­sta­na­wiam, komu z nas jest trud­niej.

Mnie tu­taj ze swo­im zwy­kłym ży­ciem czy To­bie tam, z ży­ciem, o któ­rym nie mam po­jęcia, któ­re trud­no mi so­bie wy­obra­zić?

Mu­sisz być sil­ny.

Nie, co ja pi­szę! Ja mu­szę być.

Ty je­steś.

***

To było ry­zy­kow­ne przy­je­żdżać do Pol­ski po osiem­na­stu mie­si­ącach. A może nie? Może spra­wa nie była tak świe­ża, jak się jej wy­da­wa­ło na po­cząt­ku? Przy­je­cha­ła wy­na­jętym sa­mo­cho­dem. Usta­wi­ła się za gra­ni­cą na tyle, że było ją stać. Pra­cę do­sta­ła na czar­no, ale za do­brą kasę. Sprząta­ła szko­łę.

Czy była szczęśli­wa? Sama nie wie­dzia­ła.

A może nie po­tra­fi­ła już być szczęśli­wa?

"Może nie ka­żdy może być w ży­ciu szczęśli­wy?" - po­my­śla­ła. "A może szczęśli­wym się bywa?"

Już dru­gi dzień ob­ser­wo­wa­ła dom. Na gło­wie mia­ła kap­tur, a na no­sie oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Poza tym dużo schu­dła, a jej krót­kie wło­sy były po­far­bo­wa­ne na ró­żo­wo. Nikt by jej nie po­znał.

Piła wodę, kie­dy zo­ba­czy­ła, że z domu wy­cho­dzi ko­bie­ta, a za nią mężczy­zna. Jej ser­ce za­częło bić dużo szyb­ciej. Jej od­dech przy­śpie­szył. Bała się, że do­sta­nie ata­ku pa­ni­ki. Mężczy­zna się po­sta­rzał, ko­bie­ta wy­gląda­ła na zmęczo­ną. Szli obok sie­bie, ale za­cho­wy­wa­li dy­stans.

"To prze­ze mnie" - po­my­śla­ła. "Tych dwo­je jest nie­szczęśli­wych prze­ze mnie".

Po­czu­ła w ser­cu ukłu­cie. Kie­dyś we trój­kę byli bar­dzo szczęśli­wi. Mie­li wspa­nia­łą ro­dzi­nę.

Kie­dyś tak dużo się śmia­li.

Cie­szy­li ży­ciem.

A te­raz? Nie mia­ła od­wa­gi, by wy­si­ąść z sa­mo­cho­du i do nich po­de­jść.

A może nie chcia­ła. Może nie mia­ła ocho­ty. Nie, to nie to.

Ona się bała.

Od­je­cha­ła. Spod ciem­nych oku­la­rów po jej po­licz­kach za­częły pły­nąć łzy.

Je­cha­ła tak kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów, a po­tem się za­trzy­ma­ła, żeby się po­rząd­nie wy­pła­kać.

Wyła. Jęcza­ła. Gry­zła za­ci­śni­ęte pi­ęści.

Gdy nie­co ochło­nęła, od­je­cha­ła, zo­sta­wiw­szy za sobą prze­szło­ść na za­wsze.

***

Po­do­ba­ła mu się. Nie ukry­wał tego. Zna­la­zł ją na fej­sie. Dużo zdjęć mia­ła ukry­tych. Ale część mógł obej­rzeć. Była ma­gne­tycz­na. Je­śli miał coś o niej po­wie­dzieć, to wła­śnie to, że przy­ci­ąga­ła jak ma­gnes.

Wpi­sał jej dane do wy­szu­ki­war­ki i wy­świe­tli­ło mu się coś dziw­ne­go.

Prze­czy­tał je­den ar­ty­kuł, po­tem dru­gi i nie­do­wie­rzał. Czy­żby cho­dzi­ło o Kse­nię Ja­ro­sze­wicz? Tę Kse­nię?

Pie­lęgniar­ka po­pe­łni­ła ka­ry­god­ny błąd, przez co zo­sta­ła zwol­nio­na z pra­cy. Tego sa­me­go dnia jej cór­ka za­gi­nęła, a ona dwa ty­go­dnie pó­źniej tar­gnęła się na swo­jej ży­cie.

Czy­tał ar­ty­kuł za ar­ty­ku­łem:

Co spra­wi­ło, że do­świad­czo­na pie­lęgniar­ka po­pe­łni­ła taki błąd? Dla­cze­go jej cór­ka ucie­kła z domu? Co się dzia­ło w ich domu? Jak wy­ja­śnić ten de­spe­rac­ki gest? Co nią po­wo­do­wa­ło?

ROZ­DZIAŁ 1

Kse­nia sie­dzia­ła przy sto­le i pa­trzy­ła na bu­tel­kę wina. I chcia­ła, żeby ten kosz­mar już się sko­ńczył. Od dwóch lat jej ro­dzi­na na siłę chcia­ła po­ka­zać, że jest ze sobą tak bli­sko. I do tego wspie­ra się, ko­cha i ro­zu­mie. Nie­ste­ty w rze­czy­wi­sto­ści była to tyl­ko gra po­zo­rów. Kse­nia mia­ła do­bry kon­takt z sio­strą, ale już szwa­gra nie zno­si­ła. Nie lu­bi­ła też swo­je­go ojca. Ko­cha­ła go, ale nie lu­bi­ła. Jej mat­ka z ko­lei wtrąca­ła się we wszyst­ko. Oj­ciec za­wsze był dla Kse­ni wy­ma­ga­jący. Ale wy­ma­gał od niej w ja­kiś dziw­ny spo­sób, jak­by nie chciał jej roz­wo­ju, tyl­ko tego, by była przy­kład­ną i grzecz­ną dziew­czyn­ką, bo w jego mnie­ma­niu dziew­czyn­ki ta­kie po­win­ny być.

Łu­kasz na­pi­sał SMS-a, że wró­ci pó­źniej, a Kse­nia do­sta­ła bia­łej go­rącz­ki.

- Czy twój mąż za­wsze wra­ca tak pó­źno z pra­cy? - syk­nęła mat­ka Kse­ni przez za­ci­śni­ęte usta.

- Coś mu wy­pa­dło.

Oj­ciec wy­pił ko­lej­ne­go drin­ka.

- Wiesz, kie­dy fa­ce­to­wi o pó­źnej po­rze coś wy­pa­da, to z re­gu­ły jest to ko­bie­ta.

- Tato, daj spo­kój - po­wie­dzia­ła Ana­sta­zja. - Nie wiesz, że nie ka­żdy fa­cet jest taki jak ty? - Sio­stra Kse­ni spio­ru­no­wa­ła ojca wzro­kiem. Swo­je­go cza­su ich oj­ciec miał ko­chan­kę, do któ­rej się wy­pro­wa­dził, po­zo­sta­wiw­szy żonę i dwie cór­ki na pa­stwę losu. Bo ani się spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wał dzie­ćmi, ani nie czuł się w obo­wi­ąz­ku da­wać swo­jej żo­nie pie­ni­ędzy na ich utrzy­ma­nie.

- Ja zro­zu­mia­łem swój błąd i po­wró­ci­łem na łono ro­dzi­ny - po­wie­dział oj­ciec.

- Łu­kasz mnie nie zdra­dza - ode­zwa­ła się Kse­nia, ści­ska­jąc moc­niej kie­li­szek. A jed­nak w jej gło­wie po­ja­wi­ła się myśl "a co, je­śli?".

Ich ży­cie ma­łże­ńskie było na­praw­dę nud­ne i mo­no­ton­ne, ale prze­cież się ko­cha­li. A mi­ło­ść wszyst­ko za­ła­twia. Nie­praw­da.

***

Nie spo­dzie­wa­ła się. Ta­kie rze­czy zda­rza­ją się wszyst­kim do­ko­ła, ale jak mo­gły się przy­da­rzyć jej? Kse­nia mia­ła trzy­dzie­ści osiem lat, dwu­dzie­sto­jed­no­let­nią cór­kę. Była zwy­czaj­ną ko­bie­tą, po­wie­dzia­ła­by o so­bie, że wręcz nud­ną. Jesz­cze trzy lata temu pra­co­wa­ła jako pie­lęgniar­ka, ale ko­le­je losu spra­wi­ły, że mu­sia­ła się prze­bra­nżo­wić i za­trud­nić w urzędzie. Nie cier­pia­ła jej, ale mia­ła sta­łe go­dzi­ny, etat. I po tym wszyst­kim, co jej się przy­da­rzy­ło, po tym ca­łym bólu, jaki prze­ży­ła, po jej ży­cio­wych za­krętach tak było chy­ba naj­le­piej. Ni­g­dy nie była ty­pem ka­rie­ro­wicz­ki, ale też nie chcia­ła całe ży­cie ro­bić cze­goś, cze­go nie cier­pi.

Jej cór­ka Olga była jak Łu­kasz - żąd­na przy­gód, sko­ków ad­re­na­li­ny. Upra­wia­ła chy­ba ka­żdy mo­żli­wy sport. A trzy lata temu za­częła nowe ży­cie z dala od domu, bo prze­cież mia­ła już osiem­na­ście lat i wszyst­ko mo­gła. Niby mo­gła, ale dla Kse­ni ta mło­da ko­bie­ta wci­ąż mia­ła w so­bie tyle dziew­częcej nie­win­no­ści i na­iw­no­ści.

I kie­dy tak roz­my­śla­ła, za­dzwo­nił jej te­le­fon. Uśmiech­nęła się pod no­sem, bo na wy­świe­tla­czu po­ja­wił się na­pis "Miszcz". Jej mąż był jej Misz­czem. Po­zna­ła go na za­wo­dach ka­ra­te dwa­dzie­ścia dwa lata temu i dla niej był nie­kwe­stio­no­wa­nym Misz­czem.

- Cze­ść. - Uśmiech­nęła się.

- Słu­chaj... - za­czął ja­ki­mś dziw­nym to­nem. Od­chrząk­nął i kon­ty­nu­ował. - Może zje­dli­by­śmy ko­la­cję na mie­ście? - za­pro­po­no­wał.

- Uma­wiasz się ze mną na rand­kę? - Kse­nia nie kry­ła pod­eks­cy­to­wa­nia. Łu­kasz z re­gu­ły nie był ro­man­tycz­ny i dla­te­go tak bar­dzo ją za­sko­czył. Po­zy­tyw­nie.

- Przy­je­dź do Pa­bla, zje­my ja­kiś ma­ka­ron, wy­pi­je­my po kie­lisz­ku wina.

Re­stau­ra­cja U Pa­bla była ich ulu­bio­ną wło­ską knajp­ką, do któ­rej kie­dyś często za­gląda­li. Ostat­ni raz byli tam chy­ba z rok temu. W ogó­le ostat­nio ni­g­dzie ra­zem nie by­wa­li. To przez to, że... Nie­wa­żne. Nie chcia­ła my­śleć o swo­jej sa­mot­no­ści. A cza­sa­mi wy­da­wa­ło jej się, że jest naj­sa­mot­niej­szą ko­bie­tą pod sło­ńcem.

- Z przy­jem­no­ścią. I może wy­pi­je­my wi­ęcej niż po jed­nej lamp­ce wina?

- Mu­szę ko­ńczyć - po­wie­dział i się roz­łączył.

Kse­nię coś za­nie­po­ko­iło w gło­sie Łu­ka­sza, ale za­raz od­rzu­ci­ła od sie­bie złe my­śli. Od kil­ku mie­si­ęcy był prze­męczo­ny, za­pra­co­wa­ny, a ona jak zwy­kle wy­my­śla­ła. Cie­szy­ła się na wspól­ny wie­czór.

***

Łu­kasz od razu zo­ba­czył żonę. Kie­dy wcho­dzi­ła do re­stau­ra­cji, trzy­mał słu­chaw­kę przy uchu. Szyb­ko za­ko­ńczył roz­mo­wę. Kse­nia mach­nęła w jego stro­nę. Wy­gląda­ła ład­nie. Mu­siał przy­znać, że po­ci­ąga­jąco. Nie była ani za szczu­pła, ani za gru­ba. Mia­ła ide­al­ne ko­bie­ce kszta­łty. Czar­na su­kien­ka w drob­ne czer­wo­ne wzor­ki przy­le­ga­ła do jej cia­ła, a duży de­kolt spra­wiał, że jego wzrok skie­ro­wał się na ro­wek mi­ędzy pier­sia­mi. Łu­kasz pod­nió­sł oczy i na­po­tkał sze­ro­ki uśmiech Kse­ni. Nie był w sta­nie go od­wza­jem­nić. W jego gło­wie ko­ła­ta­ła się tyl­ko jed­na myśl: "cze­go mu było wi­ęcej do szczęścia trze­ba?".

Ko­la­cja prze­bie­ga­ła w dziw­nej at­mos­fe­rze. Kse­nia dużo mó­wi­ła, była na­zbyt oży­wio­na, a Łu­kasz z ko­lei mil­czący.

- Nie mogę uwie­rzyć, że Olgi nie ma z nami już trzy lata... - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. Za­wsze zba­cza­li na te­mat cór­ki.

Pod­nió­sł rękę.

- Ja też nie. To boli, jej ode­jście.

- Gdzieś tam jest szczęśliw­sza - oznaj­mi­ła z pe­łnym prze­ko­na­niem ko­bie­ta.

- Boże, Kse­nia, a ty da­lej swo­je! To już za­kra­wa na sza­le­ństwo.

- Olga - wy­sy­cza­ła - jest szczęśli­wa.

- Do­brze. - Mach­nął ręką, jak­by się od­ga­niał od na­tręt­nej mu­chy. - Te­raz będzie pro­ściej - po­wie­dział.

- Ale co pro­ściej? - Upi­ła łyk wina. Mia­ło do­sko­na­łą tem­pe­ra­tu­rę. Nie było ani za zim­ne, ani zbyt cie­płe.

- Roz­stać się.

- Roz­stać się? - Par­sk­nęła sztucz­nym śmie­chem, bo wła­ści­wie od lat się szcze­rze nie śmia­ła.

- Tak. - Chwy­cił kie­li­szek, pod­nió­sł go, po czym z po­wro­tem od­sta­wił na sto­lik.

- Żar­tu­jesz?

Za­ci­snął moc­niej szczęki. I Kse­nia wie­dzia­ła, że nie żar­tu­je.

- Nie ro­zu­miem. - Po­kręci­ła gło­wą.

- Kse­nia, ja ko­goś mam.

- Jak to: masz? - Nie mo­gła w to uwie­rzyć. Prze­cież by wy­czu­ła. Na pew­no by coś za­uwa­ży­ła.

- Od roku.

- Od roku? - Po­czu­ła, jak bo­le­sna gula osa­dzi­ła się w jej prze­ły­ku. - Aha... To te two­je nad­go­dzi­ny w pra­cy, kon­fe­ren­cje, even­ty to wszyst­ko ście­ma? - mó­wi­ła ci­cho, ale ostro.

- Kse­nia, ja tego nie pla­no­wa­łem. Ja się przed tym bro­ni­łem.

- Nie­wy­star­cza­jąco.

- Kse­nia...

- Kur­wa! - za­klęła. Cho­ciaż nie lu­bi­ła prze­kli­nać. - Kur­wa! - Wsta­ła od sto­li­ka.

- Przej­dzie ci. Przy­zwy­cza­isz się - po­wie­dział tak, jak­by mia­ła się przy­zwy­cza­ić do pi­cia kawy bez­ko­fe­ino­wej za­miast tej z ko­fe­iną.

Opa­rła dło­nie o brzeg sto­li­ka.

- Wal się. Wal się! - krzyk­nęła i szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła w stro­nę drzwi.

"No ja pier­do­lę!" - za­klęła ostro w du­chu. Nie mo­gła uwie­rzyć w to, że jej mąż, któ­ry po­ślu­bił ją dwa­dzie­ścia lat temu, wła­śnie oświad­czył jej, że zwi­ja ma­nat­ki. Oczy­wi­ście, że po­bra­li się mło­do. Ona za­szła w ci­ążę, ma­jąc sie­dem­na­ście lat. Wpad­ka z pierw­szą wiel­ką mi­ło­ścią. Nikt nie wró­żył im dłu­gich lat w szczęściu. Jej mat­ka po­wie­dzia­ła na­wet, że koło czter­dziest­ki za­chce jej się in­ne­go fa­ce­ta. Ale... To nie jej się za­chcia­ło fa­ce­ta, tyl­ko jemu ko­bie­ty. Cie­ka­wi­ło ją, kim ona była. Na pew­no jest młod­sza i ład­niej­sza. I bar­dziej in­te­re­su­jąca.

O nie, nie da­ru­je mu! Wie­dzia­ła, że po­stępu­je ża­ło­śnie, ale wró­ci­ła do sto­li­ka, przy któ­rym sie­dział Łu­kasz. Stu­kał coś na te­le­fo­nie.

- Ty by­dla­ku. Ty gni­do!

- Kse­nia, nie po­zna­ję cię. - Unió­sł na nią wzrok, był na­praw­dę zdzi­wio­ny. A ona chwy­ci­ła bu­tel­kę wina i wy­la­ła mu je na gło­wę.

- Osza­la­łaś! - wrza­snął.

- Pro­szę pa­ństwa! - Do sto­li­ka pod­sze­dł kel­ner z kie­row­ni­kiem sali.

Kse­nia chwy­ci­ła wia­dro z lo­dem i wy­wa­li­ła za­war­to­ść na gło­wę Łu­ka­sza, któ­ry nic nie po­wie­dział, tyl­ko wy­ma­chi­wał ręka­mi.

- Pani jest sza­lo­na - po­wie­dział osłu­pia­ły kel­ner.

- Je­stem! Ten pa­lant mnie zdra­dza! - krzy­cza­ła, a lu­dzie w re­stau­ra­cji się na nią pa­trzy­li. - Od roku!

***

Go­dzi­nę pó­źniej Kse­nia we­szła do domu. Ro­ze­bra­ła się do sta­ni­ka i maj­tek. I osu­nęła na podło­gę. Wie­dzia­ła, że za­cho­wu­je się ir­ra­cjo­nal­nie, ale mia­ła to w du­pie. Jej mąż, któ­re­go ni­g­dy nie zdra­dzi­ła, któ­re­go ko­cha­ła nad ży­cie, wła­śnie ją zo­sta­wił. I bu­jał się z ja­kąś flądrą od roku. Roku!

- Kur­wa! - To było już trze­cie "kur­wa" w ci­ągu pó­łto­rej go­dzi­ny.

W trak­cie ich ma­łże­ństwa pró­bo­wa­li ją po­de­rwać ró­żni fa­ce­ci. Ale ona była za­wsze taka lo­jal­na. Ni­g­dy na żad­ne­go nie zwró­ci­ła uwa­gi. A te­raz przed czter­dziest­ką zo­sta­ła sama.

Kim była tam­ta ko­bie­ta? Na pew­no była ko­le­żan­ką z pra­cy. Po­dob­no fa­ce­ci często się za­ko­chu­ją w ko­le­żan­kach z pra­cy, tak twier­dzi­ła jej sio­stra.

Może tak jak Łu­kasz ko­cha­ła wszyst­kie spor­ty, któ­ry­mi on się tak za­chwy­cał: wspi­nacz­kę, ka­ra­te, siat­ków­kę. Na pew­no. Nie dziw­ne, że ona wy­da­wa­ła mu się nud­na. Ukry­ła twarz w dło­niach i się roz­pła­ka­ła.

"To nie mo­gło się zda­rzyć. Tyle ra­zem prze­szli­śmy. By­li­śmy ze sobą na do­bre i na złe. I te­raz co?" - po­my­śla­ła.

Nie wy­obra­ża­ła so­bie ży­cia bez Łu­ka­sza. Łu­kasz był jej ży­ciem. I Olga.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki