Rozdział 2
Vincenzo
- Coś ty, kurwa, zrobił?! - Usłyszałem krzyk ojca i poczułem, jak szarpnął mną tak ostro, że aż zrobiło mi się niedobrze.
W głowie mi huczało. Całe moje ciało było zdrętwiałe, a mięśnie drżały przy każdej, nawet najmniejszej próbie wykonania jakiegokolwiek ruchu. Było mi niedobrze - czułem jak cała treść z żołądka podchodzi mi do gardła. W ustach miałem Saharę tak męczącą, że nawet śliną nie byłem w stanie zabić pragnienia. Musiałem się czegoś napić. Byłem zdezorientowany. Nie miałem pojęcia, co się działo dookoła mnie.
Powoli, bardzo powoli, zmusiłem się do ostrożnego ruchu. Uchyliłem, nie bez wysiłku, powieki i zobaczyłem twarz taty, która wyrażała wszystkie najgorsze emocje świata. Jego oczy były opuchnięte i zaczerwienione, a ja ze zdziwieniem zauważyłem, że ledwo powstrzymywał łzy. Na pierwszy rzut oka widziałem, jak bardzo teraz cierpiał.
I nagle - jakby za sprawą uderzenia młotem prosto w moją głowę - wróciły wspomnienia wszystkich obrzydliwych czynów, których się dopuściłem. Mój żołądek skręcił się, powodując jeszcze większe mdłości, a serce ścisnęło mi się boleśnie na samą myśl o tym, co zrobiłem. Przypomniałem sobie każde słowo; każdą krzywdę, jaką wyrządziłem Anie. Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu zapłakałem; zawyłem żałośnie, czując, jak rozrywało mi się serce, jak łamała mi się dusza.
Dlaczego?! Jak?! Nie miałem pojęcia! Wiedziałem doskonale, co uczyniłem, tylko dlaczego?!
Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na te pytania. Wiedziałem, co zrobiłem, widziałem to przed oczami; te migawki okropnych wspomnień, okrutnych czynów, których się dopuściłem. Nie wiedziałem tylko, jak do tego doszło. Skąd w mojej porąbanej głowie pojawiła się myśl o skrzywdzeniu żony? Kobiety, która była całym moim światem. Moim promykiem szczęścia w tym szalonym świecie, w którym przyszło nam żyć.
Złapałem się za głowę, ciągnąc włosy z całych sił; modliłem się, by te straszne wspomnienia zniknęły, chciałem je wydrapać, zniszczyć, wyrzucić. Wyłem, skomlałem, modląc się w myślach, by to wszystko okazało się jebanym koszmarem, marą senną, chorym wyobrażeniem, a nie pierdoloną rzeczywistością!
Ojciec odsunął się nagle i podszedł do ściany, uderzając w nią z całych sił pięścią. W progu sypialni stali Carlos, Petro i Luigi, wpatrując się we mnie z nienawiścią i odrazą w oczach. Byli wściekli.
- Gdzie ona jest?! - jęknąłem głośno, patrząc na nich z niemą prośbą w oczach.
- Opatruje ją lekarz. Nie pójdziesz teraz do niej! Nie ma mowy! Wytłumacz, kurwa, wszystko! - wydarł się ojciec, wpatrując się we mnie z żądzą mordu wymalowaną na twarzy.
- Pamiętam, że byłem w Imperium. Poszedłem do baru, a kolejnym wspomnieniem jest moment, kiedy zacząłem... Ja ją zgwAAA... - ryknąłem, nie kończąc słowa i popatrzyłem na pościel, która była cała we krwi mojej żony i to ja, właśnie ja byłem powodem jej ran.
Zerwałem się z łóżka i pobiegłem do łazienki, bo nagle poczułem, jak do ust podeszła mi cała treść z żołądka. Zwymiotowałem wprost do muszli klozetowej.
Co ja, kurwa, zrobiłem?! Kim ja, do cholery, jestem?! - myślałem gorączkowo, a moim ciałem targały torsje agonii i psychicznego bólu.
- Ty będziesz powodem, przez który ją stracisz - odezwał się nagle Luigi, podchodząc bliżej i stając obok mnie. - Dokładnie to powiedział tamten zdrajca.
Odwróciłem głowę w jego stronę, przypominając sobie tamto zdarzenie.
- Ktoś musiał cię naćpać i wprowadzić w jakąś hipnozę czy coś. To było zaplanowane, to tak miało się skończyć! - wykrzyczał, wkurwiony do granic możliwości, a na jego twarzy odbiła się cała paleta emocji, od wściekłości po współczucie.
Siedziałem na zimnych kafelkach, odczuwając tysiąckroć silniejszy ból niż kiedykolwiek wcześniej w życiu. Siedziałem, przypominając sobie każdą krzywdę, którą jej wyrządziłem.
- Idę do Any, a ty się ogarnij - rozkazał swoim najbardziej zimnym głosem ojciec, wychodząc z pokoju.
Wszedłem pod prysznic posłusznie jak nigdy dotąd i zacząłem płakać jak mały chłopczyk, zmywając z siebie jej krew. Wpatrywałem się tępo w brodzik, po którym spływała zabarwiona czerwienią woda - jednak nie było w tym żadnej metafory; nie oznaczało to wcale tego, że mogłem puścić wszystko w niepamięć. Nie. Wolałbym po stokroć umierać w męczarniach, przeżywać niekończące się tortury; przez wieczność smażyć się w piekle, byleby tylko móc cofnąć czas. Byleby tylko nie spotkać jej w Hawanie, bo od tego właśnie wszystko się zaczęło. Nie spotkałbym jej i nie zakochałbym się; nie byłaby moja i nie byłbym takim szczęśliwym skurwysynem dzięki temu, ale - co najważniejsze - nie mógłbym jej wtedy wyrządzić żadnej, nawet najmniejszej, krzywdy. Ściągnąłem na nią niebezpieczeństwo; zagładę, którą sam byłem. Byłem Jeźdźcem jej wewnętrznej Apokalipsy. Stałem się jej zniszczeniem, stałem się zniszczeniem dla samego siebie. Zniszczyłem NAS.
Upadłem na kolana i zacząłem przeraźliwie wyć, zdzierając sobie gardło. Tak bardzo bolało. Rozdzierało mnie to wszystko od środka. Byłem śmieciem. Nic. Niewartym. Gnojem.
- Ogarnij się, Enzo - warknął mój przyjaciel, spoglądając na mnie z góry. - Musisz zrobić wszystko, by ci wybaczyła. To nie była tylko twoja wina. - Ostatnie słowa wypowiedział niemal szeptem.
Wstałem i wyszedłem z kabiny, po czym popchnąłem go tak mocno, aż uderzył plecami o ścianę.
- Zwyzywałem ją od najgorszych! Skatowałem i zgwałciłem! Sam sobie tego nie wybaczę, a co dopiero ona! - Znów załkałem, szarpiąc włosy.
Rzucił mi ręcznik, po czym wyszedł na chwilę z łazienki i wrócił kilka sekund później z moimi ubraniami.
- Ona cię kocha, kiedyś ci wybaczy. Zrób wszystko, żeby to "kiedyś" nastało jak najszybciej - dodał i odszedł, zostawiając mnie samego w łazience.
Wytarłem się i ubrałem, po czym podszedłem do umywalki. Uniosłem wzrok, spoglądając na swoje odbicie w lustrze i poczułem jak, po raz kolejny, zbiera mi się na wymioty. Nie potrafiłem na siebie patrzeć, przez co niesiony wściekłością uderzyłem pięścią w szklaną taflę, rozbijając ją na setki kawałków. Spojrzałem na blat, gdzie mieniły się odłamki szkła, zabarwione krwią. Moja dusza była w podobnym stanie - roztrzaskała się na drobne kawałeczki, dokładnie jak lustro. Skoro sam nie potrafiłem na siebie spojrzeć, to jak miała to zrobić Ana?
Wyszedłem z pomieszczenia i nawet nie byłem w stanie skierować wzroku na zakrwawione łóżko, gdy obok niego przechodziłem. Zamykając za sobą drzwi do mieszkania, ponownie miałem przeraźliwą ochotę, żeby zawyć żałośnie, widząc jej krew na podłodze.
Zbiegłem czym prędzej na dół, gdzie - od razu po przekroczeniu progu - zaatakowała mnie L?a, krzycząc i szarpiąc moim ciałem jak workiem treningowym. Nie broniłem się. Wręcz pragnąłem, by się na mnie wszyscy wyżyli. Chciałem ponieść karę za to, co uczyniłem, wtedy może miałbym szansę na zadośćuczynienie. Nico jednak odciągnął ją ode mnie dość szybko, szepcząc jej do ucha uspokajające słowa. W końcu nie powinna się denerwować, przecież była w ciąży; nosiła pod sercem małego człowieczka, a ja przyczyniłem się do jej stresów.
Ruszyłem do skrzydła szpitalnego, po czym stanąłem przed drzwiami, zaraz obok rodziców i braci. Wszyscy mieli wymalowane na twarzach cierpienie, a matka ledwo trzymała się na nogach z rozpaczy. Oparłem się o ścianę i zjechałem po niej w dół, czując jak do oczu znowu napłynęły mi łzy.
- Ja naprawdę nie wiem, dlaczego jej to zrobiłem - zacząłem się tłumaczyć, mówiąc chyba bardziej do siebie niż do nich.
Ojciec usiadł obok i przytulił mnie do piersi, a ja przylgnąłem do niego ufnie jak jakiś pieprzony nastolatek. Nie byliśmy teraz mafiozami - on nie był donem, a ja nie byłem jego dziedzicem. To był moment, w którym on był zwykłym tatą i pocieszał swojego syna.
- Jak ona się tu znalazła? - zapytałem cicho.
- Tony usłyszał jej płacz. Leżała zwinięta w kłębek przed waszym mieszkaniem. Wpadła w histerię i trzeba było ją uśpić, by nie zrobiła sobie jeszcze większej krzywdy. August ją opatrzył i wezwał ginekologa - odpowiedział, po czym nabrał głęboko powietrza, aby po chwili wypuścić drżący oddech.
Nie był w stanie mówić dalej, a ja chyba nie chciałem słyszeć już nic więcej. Wyrządziłem jej niewyobrażalną krzywdę, a to tak cholernie bolało! Nie miałem najmniejszego pojęcia, co mogła myśleć i czuć Ana...
Po chwili z jej pokoju wyszła jakaś lekarka, na której skupiłem całą swoją uwagę. Kobieta popatrzyła na nas wszystkich ze złością i odrazą.
- Pacjentka teraz potrzebuje spokoju. Za kilka dni przyjdę na kontrolę - powiedziała zimnym głosem, pełnym pogardy, skierowanej szczególnie w moją stronę.
Sam sobą gardziłem.
- Może pani powie coś więcej o jej stanie - warknął ojciec w jej kierunku głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Oprócz tego, że nosi ślady bardzo brutalnego gwałtu, ma rany i obtarcia, to jest jeszcze w szóstym tygodniu ciąży. Na razie wszystko jest w porządku, ale w tak wczesnej fazie ciąży stres, który przeżyła, może spowodować poronienie lub obumarcie płodu - wysyczała, po czym odeszła, a August odprowadził ją, rozmawiając jeszcze o czymś.
Boże! Zabij mnie! - błagałem w myślach, łkając żałośnie.
Ona nosiła moje dziecko, a ja uczyniłem jej najgorszą krzywdę na świecie. Wyłem głośno, niezdolny do opanowania emocji. Chciałem do niej pójść. Nie, ja musiałem do niej pójść! Podniosłem się i ruszyłem w kierunku drzwi, za którymi znajdowała się moja żona. Antonio i Lorenzo przytrzymali mnie jednak siłą, nie pozwalając mi wejść do środka.
- Chcę ją zobaczyć! - błagałem ich bezradnie.
- Ona musi mieć spokój. Na razie śpi po lekach. Jak się obudzi, wtedy zobaczymy, w jakim jest stanie psychicznym. Masz zakaz zbliżania się do niej. Dla jej własnego dobra. - Ostatnie zdanie ojciec wypowiedział łagodnie, patrząc mi głęboko w oczy.
On i L?a weszli do jej pokoju, a ja znów upadłem bezsilnie na kolana. Tym razem mama usiadła obok mnie i tuliła do piersi, kołysząc w ramionach jak małe dziecko.
Nie wiedziałem, ile czasu tak spędziliśmy, ale zerwałem się z miejsca, jak tylko usłyszałem krzyk i płacz Anastazji. Chłopaki starali się mnie przytrzymać, jednak udało mi się im wyrwać i kopnąć drzwi, a następnie spojrzeć na nią. Zamilkła z przerażenia, gdy tylko mnie zobaczyła. Jej piękną twarz szpeciły siniaki i rany, do których ja się przyczyniłem. Ja, tylko ja.
- Ana! Kocham cię! Nie chciałem tego! Kochanie, przepraszam! - krzyczałem i starałem się wyrwać chłopakom; chciałem ją przytulać, przepraszać i błagać o wybaczenie.
Tak bardzo pragnąłem ją dotknąć, poczuć jej ciepło, jej zapach i utonąć w jej magicznych oczach. Ona jednak zamknęła z całych sił powieki i skuliła się, drżąc ze strachu. Bała się mnie, brzydziła się mną. Zapłakałem kolejny raz tego dnia.
- Enzo, musisz dać jej czas! Proszę cię, synu, odejdź na razie. - Ojciec położył dłoń na moim ramieniu i lekko ścisnął.
Spojrzałem jeszcze raz na Anę i z niemałym trudem wycofałem się, kierując się czym prędzej do naszego mieszkania. Stanąłem w progu sypialni i od razu przypomniałem sobie jej wzrok, gdy wczoraj patrzyła na mnie z przerażeniem. Zacząłem rozwalać wszystko, co miałem pod ręką. Przewróciłem wszystkie meble, szarpiąc się z nimi, jakbym chciał, żeby mi oddały. Potargałem tą cholerną pościel, na której widniała jej krew; jej roztrzaskana dusza. Uderzałem pięściami w ściany, nie przejmując się krwawieniem z kostek, które z każdą chwilą coraz bardziej się potęgowało. Potrzebowałem poczuć fizyczny ból, by choć na chwilę przytłumił ten wewnątrz mnie, który rozdzierał mnie na pół.
Po jakimś czasie przyszedł do mnie ojciec. Usiadł na podłodze tuż obok i popatrzył ze współczuciem wprost w moje oczy. Lepiej by było, jakby po prostu mnie zastrzelił, bo na to w pełni zasłużyłem.
- Ana na razie zatrzyma się u nas w mieszkaniu. Enzo, musisz się trzymać od niej z daleka, póki co. - Spojrzałem na niego błagalnie, żeby cofnął właśnie wypowiedziane słowa
- Nie dam rady - wyszeptałem.
- Musisz. Najbliższe dni, a może nawet tygodnie będą najcięższe. Pamiętaj, że ona jest w ciąży.
Zacisnąłem szczękę z całych sił, zgrzytając mocno zębami. Od jakiegoś czasu zachowywała się inaczej niż zwykle, ale nie pomyślałem nawet, że powodem tego mogła być ciąża. Byłem pewny, że to przez jej wcześniejszą chorobę i osłabienie.
Tak bardzo potrzebowałem się do niej przytulić i ucałować jej brzuch. Powiedzieć, że ze wszystkim sobie poradzimy.
Tej i kolejnej nocy nie spałem. Ilekroć zamknąłem oczy, widziałem to wszystko, czego się dopuściłem. Nie byłem zdolny do tego, by przełknąć chociażby jeden mały łyk wody. Mógłbym utopić smutki w alkoholu, ale postanowiłem już nigdy go nie tknąć. Może gdyby nie tamten drink, nic by się nie stało. Gdyby nie tamta noc, teraz spałaby obok mnie, wtulając się ufnie w mój tors.
Chciałem zacząć szukać tego, który był odpowiedzialny za to wszystko, ale nie byłem w stanie.
Any już więcej nie widziałem. Wiedziałem, że była teraz w mieszkaniu ojca. Cały czas ktoś przy niej był - L?a albo moja matka, ojciec lub któryś z braci.
Przytulałem i zaciągałem się zapachem jej ciuchów, bo tylko to mi po niej pozostało, a dzięki temu - choć na chwilę - oszukiwałem umysł, czując wtedy jej bliskość. Przypominałem sobie każdą wspólnie spędzoną chwilę i zastanawiałem się, jak to możliwe, że teraz to wszystko wyglądało tak, jak wyglądało.
Trzeciego dnia po tym ohydnym zdarzeniu, po kolejnej nieprzespanej nocy, zszedłem w końcu na dół na śniadanie. Byłem osłabiony, a nie miałem zamiaru być kolejnym problemem. Usiadłem na swoim miejscu i popatrzyłem na puste krzesło, które zawsze zajmowała Ana. Westchnąłem, ukrywając twarz w dłoniach.
- Jak ona się czuje? - zapytałem cicho, wpatrując się w ojca.
- Raczej bez większych zmian - odpowiedział, nabierając haust powietrza. - Dzwoniłem już po zaufanego psychologa. Od jutra zacznie do niej przychodzić.
Przymknąłem oczy i wypuściłem drżący oddech.
- Państwo Ignatiev proszą o pozwolenie na wjazd na posesję. - Nagle podszedł do nas jeden z ochroniarzy.
Kurwa!
Spojrzałem na ojca, który także się zdenerwował, ale skinął ochroniarzowi głową na znak zgody. Wstał od stołu i skierował się do wyjścia. Ruszyłem od razu za nim, zaczynając coraz bardziej panikować. Bałem się, że Ivan mógłby ją od nas zabrać.
Nie! Nie! Nie! - myślałem, gorączkowo rozglądając się po pomieszczeniu, tak jakby na którejś ze ścian miało pojawić się rozwiązanie mojej chorej sytuacji.
Może sama Ana po nich zadzwoniła? Może nie chciała mieć ze mną i z moją rodziną nic wspólnego?! - myślałem, wpatrując się w drzwi wejściowe do domu.
- Dzień dobry - odezwał się Ivan, wchodząc razem z żoną do środka. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy. Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale chcieliśmy odwiedzić córkę. Od wesela się z nią nie widzieliśmy.
Przełknąłem ciężko ślinę, gdy wyciągnął w moim kierunku dłoń na przywitanie. Wymieniłem się z nim uściskiem, nie odzywając się w ogóle, bo miałem zbyt ściśnięte gardło, żeby przeszło przez nie jakiekolwiek słowo.
- Gdzie Anastazja? - zapytała teściowa, rozglądając się dookoła ze zmarszczonymi brwiami.
Już miałem coś odpowiedzieć, ale usłyszałem nagle głos Any, która stała u szczytu schodów.
- Tutaj jestem.
Była ubrana w o kilka rozmiarów za dużą bluzę i spodnie dresowe. Na jej twarzy nadal widniały sińce i rany, które spowodowały mocne bicie mojego serca. Powoli zaczęła schodzić w dół, przytrzymując się poręczy.
- Co ci się stało?! Kto ci to zrobił?! - krzyknął jej ojciec, posyłając mi zabójcze spojrzenie.
- Nikt - odpowiedziała spokojnym tonem. - Spadłam ze schodów - dodała, zbliżając się do nas.
Moje serce jeszcze bardziej przyspieszyło, a kolana prawie się pode mną ugięły. Mogłem znów ją zobaczyć i usłyszeć jej głos. Mogłem w końcu poczuć jej zapach, gdy znajdowała się coraz bliżej mnie.
- Nie rób ze mnie idioty! - syknął w jej stronę Ivan, na co ona lekko odskoczyła i zadrżała.
Chciałem do niej podejść i ją przytulić, a Ignatieva poczęstować kulką prosto w łeb.
- Pakuj się, zabieram cię do domu - rozkazał, patrząc jej w oczy chłodnym i stanowczym wzrokiem.
Ona jednak nie ugięła się pod jego naciskiem, a zamiast tego podeszła do mnie i stanęła obok. Nawet na mnie nie spojrzała, ale ja nie spuściłem z niej wzroku nawet na nanosekundę, chłonąc jej obecność całym swoim ciałem, duszą i sercem.
- Nie - odpowiedziała, a jej głos nawet nie zadrżał. - Moje miejsce jest przy mężu - dodała, patrząc na niego hardym wzrokiem.
Wkurwił się i to bardzo. Widziałem, jak w jego oczach pojawiły się niebezpieczne ogniki furii, a dłonie momentalnie zacisnęły się w pięści. Zmierzył nas wszystkich wściekłym spojrzeniem i wyszedł szybko, ciągnąc za ramię matkę Any.
Jak tylko zamknęły się za nimi drzwi, Anastazja odskoczyła ode mnie z przerażeniem w oczach i wtuliła się w mojego ojca.
- Ana, kochanie, proszę - jęknąłem żałośnie, podchodząc do nich powoli.
Ona odwróciła głowę w moją stronę i aż przystanąłem. Zobaczyłem w jej oczach strach, przerażenie, żal i smutek, który mnie prawie sparaliżował. Nie mogłem jednak nie podjąć próby rozmowy z nią. Wyciągnąłem powoli dłoń w jej kierunku, a ona prawie natychmiast oderwała się od mojego ojca i rzuciła biegiem z powrotem na górę, potykając się o własne, drżące i słabe jeszcze nogi, gdy wbiegała po schodach co drugi stopień. Tak, jakby gonił ją sam diabeł. Tak, jakbym według niej był tym diabłem.
Czy uda mi się kiedyś za to wszystko odpokutować? - zapytałem sam siebie, z bólem spoglądając na jej plecy, znikające na piętrze domu.