Prolog
Weronika
styczeń 2019 r.
Tato zmarł tydzień po sylwestrze, zaskoczywszy wszystkich swoim odejściem. Zarówno rodzinę, przyjaciół, jak i pracowników firmy, którą przejął po swoim teściu, a moim dziadku. Pozostawił w żałobie również kolegów z uczelni. Mimo prowadzenia biznesu nigdy nie porzucił pracy naukowej, będącej jego drugą pasją, i konsekwentnie pokonywał kolejne szczeble kariery naukowej. "Odszedł wybitny profesor chemii, który rozsławił imię uniwersytetu, a swoimi osiągnięciami przyczynił się do jego rozwoju", przeczytałam w nekrologu będącym laurką dla profesora Sambora Jaremy, mojego ojca.
Dla mnie jednak i moich braci, Krzesimira i Jędrzeja, był najlepszym tatą, człowiekiem, na którego zawsze mogliśmy liczyć, chociaż rozliczne obowiązki nie pozwalały nam spędzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy chcieli. Ale wbrew ogólnie panującej modzie na rozluźnianie rodzinnych więzów nasza familia należała do wyjątkowo zgranych. Wszyscy mieszkaliśmy w tym samym mieście i celebrowaliśmy nasze rocznice, spędzając również wspólnie święta.
Sześć lat temu opłakiwaliśmy mamę i wspieraliśmy tatę po jej stracie. Całe życie byli sobie wierni i oddani dzieciom, wykształcili całą naszą trójkę i nie szczędzili grosza, kiedy nadszedł czas na usamodzielnianie się. Osiem lat starszy ode mnie Krzesimir podjął pracę w firmie taty i zamieszkał w domu po dziadkach sąsiadującym z naszą rodzinną posesją, a wraz z nim jego żona Daria i wówczas pierwszy syn Rysiu, do którego wkrótce dołączył Misiek, a siedem lat później Majka.
Jędrzej, nasz rodzinny obieżyświat, też dostał swoje - dwupokojowe mieszkanko na nieodległym osiedlu. Postanowił urządzić je w stylu loftowym, wziąwszy mnie na konsultantkę, a nawet na projektantkę łamaną przez kierownika budowy.
- Siostra, przecież prowadzisz galerię sztuki, więc chyba zadanie cię nie przerośnie? - zapytał, drukując bilety do Frankfurtu, z którego kolejne loty prowadziły w stronę Somalii. Wybierał się tam, by "spróbować czegoś nowego" i napisać o tym reportaż.
Uśmiechałam się z powątpiewaniem, czy znajdzie wydawcę, a jeżeli tak, to czy honorarium pokryje koszt przelotu w obie strony, ale znałam swojego brata i nie dyskutowałam. Nikt ani nic nie było w stanie powstrzymać go przed kolejnym wyjazdem.
- Niczym się nie martw. - Zobowiązałam się przygotować mu odlotowy loft. Tym bardziej że z przyjemnością podejmowałam nowe wyzwania. - Ale pamiętaj, następnym razem zabierasz mnie ze sobą! - ostrzegłam nie po raz pierwszy, a on jak zwykle gorliwie przyklasnął.
- Siostra, kiedy tylko zechcesz - odparł, kłaniając się teatralnie. - Upchnij tylko gdzieś Jasia - wspomniał mojego dwuletniego synka - i w drogę!
Żartowaliśmy, ale echo naszych rozmów dudniło w duszy. Też miałam ochotę na wyjazdy, nie tylko wakacyjne. Marzyłam o innym świetle, innych krajobrazach, o twarzach, które mogłabym fotografować. Ale na razie musiałam odłożyć plany na dalszą przyszłość. Kilkuletnie dzieci wymagały opieki, a galeria, którą prowadziłam z Anielą, moją przyjaciółką, wymagała pańskiego oka.
W naszym tandemie to Aniela studiowała sztuki piękne. Ja byłam absolwentką socjologii, którą wybrałam bez głębszego namysłu. Jak się okazało po studiach, z pracą było krucho, więc Aniela zaproponowała mi otwarcie niewielkiego sklepiku z obrazami i rękodziełem. W naszym mieście nie brakowało artystów, którzy chętnie wystawiali u nas swoje dzieła, a tato zobowiązał się płacić czynsz, dopóki nie staniemy na nogi. Tym sposobem zyskałam własną zawodową przystań, miłą kanciapkę na starówce i doborowe towarzystwo Anieli. A że czasami gnało w świat?
Z marzeń nie zwierzałam się mężowi. Paweł, informatyczna mrówka, dużo pracował, również dla firmy ojca, a dziecko było małe. W głębi duszy wiedziałam jednak, że kiedyś na wszystko przyjdzie czas.
Porzuciłam zamiar wyremontowania własnej kuchni w mieszkaniu, które kilka lat temu kupili nam rodzice, i przy wsparciu Anieli urządziłam Jędrzejowi przytulny azyl. Nie mogłam się doczekać jego powrotu i podziwu dla mojego dzieła.
Wyprawa zajęła mu trochę czasu. Tak dużo, że mama zdążyła zachorować; droga do śmierci zajęła jej niecałe dwa miesiące. Mimo telefonów i komunikatorów nie udało się nam namierzyć brata, który, jak się później okazało, przemierzał amazońską dżunglę pozbawiony zasięgu i trwał w niewiedzy, podczas gdy nasza mama żegnała się ze światem, pragnąc przytulić syna po raz ostatni.
Byłam na niego wściekła. Ocierałam łzy na cmentarzu, nie tylko z powodu odejścia mamy, ale i nieobecności brata. W myślach wyzywałam go od egoistów i samolubów. Szykowałam ciężkie działa na jego przyjazd.
I jak zwykle jedno słowo przeprosin, kiedy przyjechał kilka dni po pogrzebie mamy, nieskrywana skrucha i żal rozkleiły moje serce. Wybaczyłam.
Tamtego wieczoru upiliśmy się jak norki. Łkaliśmy z tęsknoty za dzieciństwem, użalaliśmy się nad sobą, alkohol potęgował emocje. Zamroczeni niemal nie usłyszeliśmy dzwonka do drzwi.
- Spodziewasz się kogoś? - Nagle otrzeźwiałam.
- Nie. To pewnie sąsiad. Przycisz muzykę - poprosił Jędrzej i poszedł do przedpokoju otworzyć.
W drzwiach stanął Krzesimir.
W pierwszym momencie wpadłam w popłoch. Nasz starszy brat zawsze był correct i zapewne pojawił się, by wytknąć nam niestosowność popijawy w obliczu śmierci mamy. Nieco spięta przyjęłam jego nieoczekiwany uścisk, ale po chwili zobaczyłam flaszkę wódki, którą postawił na stole.
Nieporadnie rozejrzał się wokół, szukając, jak się miało okazać, barku. Nierozeznany w nowym wystroju w końcu go znalazł i sięgnął po trzy kieliszki do wódki.
- Nie mogłem usiedzieć w domu. Za mamę, żeby jej tam - polał i spojrzał w górę - było dobrze.
Ostatnie słowo rozmyło się we łzach.
Nie tylko jego, naszych również. Stanęliśmy spleceni ramionami, ledwie panując nad emocjami.
Mama znalazła się w lepszym ze światów, jak sądzą niektórzy, a my wciąż tkwiliśmy w miejscu i próbowaliśmy złapać oddech. Nawet nam się udało. Zamówiliśmy pizzę i każdy próbował podnieść na duchu każdego.
Nie wiem, jak wróciłam do domu, ale Janek już spał. Paweł doprowadził mnie do łóżka.
Następnego dnia miałam wyrzuty sumienia z powodu balangi, ale w moim sercu zapanował względny spokój i narodził się plan działania. Musiałam zająć się tatą, który stracił na śmierci mamy najwięcej - wieloletnie małżeństwo, zawsze zgodne i bez skazy. Wzór cnót i okazywanej sobie miłości. Obserwowałam siebie i Pawła, więc zdawałam sobie sprawę, jak wielki lej pozostawił po sobie wybuch bomby w życiu taty. Trzymał się dobrze, ale wiedziałam, że cierpi. Musiałam być silna dla niego i bardzo się starałam, chociaż wizyty w rodzinnym domu, a już szczególnie w kuchni, która wciąż pachniała mamą, a każdy sprzęt ją przypominał, nie należały do najprzyjemniejszych. Chociaż nie wyobrażałam sobie przy ojcu innej kobiety, nie raz w akcie desperacji, widząc jego przygnębienie, miałam na końcu języka radę, by znalazł sobie partnerkę.
Uciekł w pracę i znalazł ukojenie. I zapewne właśnie ona, dawkowana bez umiaru, go zabiła. Skończyło się niespodziewanym zawałem serca.
Chcieliśmy skromnego pogrzebu, w gronie najbliższej rodziny, ale się nie udało - profesor Sambor Jarema musiał być pochowany w glorii i chwale. Przystaliśmy na prośbę rektora i pozwoliliśmy uniwersytetowi oddać tacie należny hołd, zachowując dla siebie intymność stypy, na której spotkałam się z braćmi, rodziną Krzeska (bo Jędrzej wciąż był singlem), ciotką Konstancją, bliźniaczą siostrą mamy. Przybył brat taty, wuj Waldemar z żoną, ciotką Marią, najbliższy przyjaciel ojca, a jednocześnie jego prawnik, czyli wuj Marian. Zaprosiłam też Anielę z Leszkiem, a Krzesimir swoich przyjaciół, Anetę i Marka, których dobrze znałam.
Po tym, jak sześć lat wcześniej przeżyłam pogrzeb mamy, myślałam, że nic gorszego nie może mnie spotkać. A jednak życie potrafi nas niemiło zaskakiwać. Kolejne dni bez taty raniły. Łapałam się na tym, żeby do niego zadzwonić, ale jego już nie było.
Nie miałam siły, by wykasować z listy kontaktów numer telefonu, który tak często wybierałam, czasami nawet nie zwracając uwagi na porę dnia. Tata zawsze odbierał, bez względu na grafik zajęć. Nieraz słyszałam, jak przerywa ważne spotkanie, bym mogła przekazać mu jakąś bzdurę.
Dla niego kontakt ze mną był ważny. Byłam jego kochaną córeczką.
I tak się czułam.
Teraz telefon zamilkł na zawsze.
Po stypie wuj Marian poprosił naszą trójkę o spotkanie na osobności. Usiedliśmy w bibliotece taty i zamieniliśmy się w słuch.
- Zapraszam was do notariusza - powiedział. - W najbliższy wtorek o godzinie jedenastej. - Podał nam adres kancelarii na starówce. - Wasz ojciec zostawił testament, z którym będziecie mogli się zapoznać.
Spojrzeliśmy po sobie zdezorientowani. Krzesimir, najbardziej z nas odpowiedzialny, wyraził zdziwienie.
- Nie rozumiem. Po co testament?
Wuj Marian potarł czoło, jak zwykle, kiedy był zdenerwowany.
- Zapraszam na spotkanie u notariusza - powtórzył. - Zabierzcie z sobą panią Konstancję, której, o ile wiem, też coś zapisał. Nic więcej nie powiem.
Pozostawił nas w zadziwieniu i niepewności. Przykry to czas, kiedy żałobę wypiera myśl o spadku.
Wątpliwościami podzieliłam się z mężem.
- Pawełku, o co tu może chodzić? Dlaczego tato spisał testament?
- Nie mam pojęcia. - Mój informatyk oderwał się od komputera. - Może chciał przeznaczyć jakieś środki na cele charytatywne? Albo ukrywał przed nami kochankę?
- Jak możesz stroić sobie żarty w takich okolicznościach?! - zawołałam. Nie pozwoliłam na obłaskawienie przytulankami. - Idę spać - rzuciłam i wściekła na Pawła wybrałam kierunek łazienka.
Długo nie mogłam zasnąć, zastanawiając się nad słowami męża i tłumiąc niepokój. Krzesek słusznie pytał. Dlaczego tato zrobił swoim prawowitym spadkobiercom taki numer?
Na wizytę u notariusza włożyłam granatowy taliowany kostium i białą bluzkę. Czułam się jak maturzystka, ale okazja wymagała schludnego wyglądu i pokory. Powtarzałam sobie w duchu, że cokolwiek się wydarzy, zachowam kamienną twarz i przyjmę wolę taty. Jeśli chciał przeznaczyć część majątku na dobroczynność, nie będę mieć nic przeciwko.
Uzbrojona w kostium, koszulę i złoty łańcuszek z serduszkiem, który dostałam od rodziców na osiemnastkę, stawiłam się przed kancelarią.
Zastałam tam Krzesimira i Jędrzeja. Starszy brat był wyraźnie zdenerwowany, młodszy popalał papierosa, przytupując i rozcierając ramiona w obronie przed mrozem, który tego właśnie dnia postanowił przypuścić atak.
Weszliśmy do środka, gdzie dołączyliśmy do ciotki Konstancji.
Sekretarka dopełniła formalności: imię, nazwisko, PESEL, adres, i znaleźliśmy się w wyłożonym ciemnym drewnem gabinecie z ogromnym dębowym biurkiem, za którym zasiadał poważny pan.
Przyznam, że poczułam się niepewnie. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego teraz siedzę przed obcym człowiekiem, który ma nam obwieścić wolę taty. Przecież to tato powinien nas z nią zapoznać.
Głos notariusza przywołał mnie do rzeczywistości. A potem usłyszałam treść testamentu.
Temu to, temu to, tej to.
Znużona tyradą ocknęłam się, kiedy padło nieznane mi nazwisko.
- Przekazuję przedsiębiorstwo w równych częściach moim dzieciom: Krzesimirowi, Jędrzejowi i Weronice, a pozostałe składniki majątku w równych częściach: Krzesimirowi, Jędrzejowi, Weronice i mojej córce Dobrosławie Kuszewskiej.
Spojrzeliśmy zdezorientowani. To nie może być prawda. Jakiej córce?
Notariusz mówił coś jeszcze o zapisie windykacyjnym dotyczącym firmy, ale nie mogłam się skupić na jego słowach. Usłyszałam jedynie, że zgodnie z tym zapisem wszyscy troje staliśmy się właścicielami Fabryki Syntezy.
Nie miałam pojęcia, czym to będzie skutkować, ponieważ w mojej głowie huczała wyłącznie myśl o drugiej córce mojego ojca.