Piątek, 20 września
Spanie pod trzema kołdrami wymagało wprawy. Z moich doświadczeń wynikało, że mało kto to wytrzymywał. Ja nie wytrzymałabym spania pod jedną. Musiałam mieć trzy. Takie dziwactwo. Tak samo jak kolekcjonowanie szczurzych figurek.
Zaraz z rana wybrałam się po kajzerki i żółty ser. Te nieskomplikowane produkty stały się podstawą mojego żywienia, odkąd zostałam singielką.
Wracając, zobaczyłam zgarbioną postać, majstrującą kluczem w drzwiach do mieszkania obok. Usłyszawszy moje kroki, postać odwróciła się. Był to starszy mężczyzna o niezbyt przyjemnej fizjonomii, ubrany w obszerny długi płaszcz; przestraszyłam się, czy przypadkiem nie jest ekshibicjonistą.
- Witam panią, jestem nowym sąsiadem. - Wyciągnął do mnie dłoń. - Zenon Kropidlak, kłaniam się.
Niechętnie podałam mu rękę i też się przedstawiłam. Moja podejrzliwa natura nie pozwalała mi zapomnieć o skojarzeniu z ekshibicjonistą. Mógł być zresztą jakimś innym zboczeńcem, nigdy nie wiadomo.
Po przywitaniu się z Kropidlakiem prędko zamknęłam się we własnym mieszkaniu. Zaraz jednak rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Uchyliłam je nieznacznie i ujrzałam nowego sąsiada, już bez płaszcza, za to z jakąś torebką w ręku. Znowu się wystraszyłam. Zaraz wróciły do mnie myśli o najróżniejszej maści dewiantach, którzy w papierowych torebkach przenoszą narzędzia tortur lub kawałki ciał swoich ofiar. Albo jedno i drugie.
- Winogronka - oznajmił sąsiad.
- Słucham?!
- Dla pani, tak na rozpoczęcie sąsiedzkiej znajomości. Winogrona z mojej działki.
- Aha... No... Dziękuję - odrzekłam skonsternowana, z pewnym lękiem biorąc od niego pakunek. Ponieważ nie próbował się na mnie rzucić ani siłą wedrzeć do mieszkania, ośmieliłam się dodać: - To miło z pana strony.
- Jeśli ma pani ochotę, to zapraszam na herbatkę z lipy, właśnie zaparzyłem.
- Nie, teraz nie mogę, może innym razem... - odparłam pośpiesznie.
- No tak, młodzi ludzie są ciągle tacy zaganiani...
- Właśnie, właśnie...
- Gdyby pani miała kiedyś chęć...
- Tak, może kiedyś - zapewniłam. - Dziękuję za winogrona.
- Już pani dziękowała - zauważył. - Mam nadzieję, że będą smakować.
- Na pewno. - Zmusiłam się do uśmiechu. - Do widzenia.
Nie zamierzałam jeść tych winogron. Kto wie, czy nie były naszpikowane jakąś trucizną. Może i robiłam się przewrażliwiona, ale wystarczyło włączyć telewizor i posłuchać wiadomości, by moje przewrażliwienie zyskało pełne uzasadnienie. Nie takie rzeczy się działy! I nie zamierzałam zaprzyjaźniać się z Kropidlakiem. Nawet jeśli był tylko starszym panem o niekorzystnym wyglądzie. Ja po prostu nie należałam do zbyt przyjacielskich osób.
Kiedy po krótkiej chwili znów rozbrzęczał się dzwonek, postanowiłam udawać, że mnie nie ma, pewna, że to znowu nadaktywny sąsiad. Zaraz jednak usłyszałam zza drzwi nawoływania, których autorem był mój rodzony brat.
- Co jest? Dzwonię i dzwonię - oznajmił na powitanie.
- Udawałam, że mnie nie ma.
- Przecież wiem, że jesteś, auto stoi.
- Mogłam wyjść do sklepu.
- Ale nie wyszłaś.
Tak właśnie rozmawiało się z Przemkiem.
- O, winogrona. Mogę? - spytał, pakując sobie całą kiść do ust.
- Możliwe, że są zatrute.
- Nie szkodzi. - Wziął owoce i usadowił się na wielkim czerwonym pufie, na razie jedynym meblu stojącym w salonie.
- Mnie by przeszkadzało... - zauważyłam, siadając po turecku na podłodze.
- Skręcę sobie, okej? - spytał, a właściwie oznajmił, gdy już się nasycił plonami z ogrodu mojego sąsiada.
Wzruszyłam ramionami, świadoma, że i tak to zrobi.
- No i co tam, Kasandra? Jak się mieszka? - zainteresował się, zaciągając substancją prawnie zakazaną.
- Chyba nie ma sensu prosić, żebyś mnie tak nie nazywał, co? Z dwojga złego wolę już swoje prawdziwe imię.
- Twoim prawdziwym imieniem mogę cię nazywać dopiero jak skończysz sześćdziesiątkę. Wtedy będzie pasowało.
- No co ja poradzę...? - burknęłam bezradnie.
- Ciesz się, że nie nazwali cię po tej drugiej prababce, tej... no, jak jej tam było? Tuberkuloza?
- Eee, chyba Tuberoza... Coś z "roza" w każdym razie.
- Może Psychoza?
- Co ty wygadujesz? I czemu w ogóle zawracasz mi tym głowę?
- Ej, siostra, ty zawsze taka zestresowana jesteś. Chcesz przyjarać?
- Dzięki, wystarczy, że ty wpadasz do mnie spalić sobie skręta.
- No przecież nie będę jarał przy matce, nie? A tak w ogóle, to właśnie miałem cię pytać...
- O co? - przerwałam mu, pełna najgorszych przeczuć.
- Może mógłbym z tobą zamieszkać, co? Masz taką fajną chatę.
- Zapomnij!
- Ale matka mi ciągle truje, wiesz, jak jest... Poza tym jak długo można łazić z łatką blokersa? Ty masz tu high life.
- Możesz wpadać, kiedy chcesz. - Poszłam na kompromis, bo argument o matce podziałał. - Ale nie wytrzymałabym mieszkania z tobą. Zaraz pojawiliby się kumple, panienki, dużo zioła i browaru.
- Z panienek ewentualnie mógłbym zrezygnować. No zgódź się, masz w końcu trzy pokoje.
- Właśnie: ja mam. I wszystkie zajęte: w jednym pracuję, w drugim sypiam, a w trzecim trzymam buty. Nie ma dla ciebie miejsca.
W tym momencie w mieszkaniu rozległ się dźwięk sygnalizujący, że ktoś kolejny pragnie się do niego dostać. Co za ranek! Ja przecież chciałam tylko w spokoju zjeść bułkę z serem. Przemek rzucił się otwierać.
- To pewnie Duldo - wyjaśnił. - Powiedziałem, żeby wpadł.
- Już zapraszasz kumpli do mojego mieszkania?! Widzisz, właśnie o tym mówiłam!
- Ej, Kasandra, wyluzuj. Ja mam dziś wolne, ty jesteś bezrobotna, możemy sobie posiedzieć. Zadzwoń jeszcze po Lizkę i zrobimy mały chillout.
Właściwie czemu nie?