Rozejrzała się po stodole i z zadowoleniem stwierdziła, że wszystko jest, jak powinno. Przygotowała stanowiska dla wszystkich uczniów i dwa dodatkowe dla opiekunów. Co prawda ci ostatni nie zawsze chcieli brać udział w zabawie. Niektóre nauczycielki na początku wymigiwały się koniecznością doglądania podopiecznych i utrzymywania porządku, ale bardzo często w trakcie warsztatów zmieniały zdanie. Widząc, że uczniowie skupiają się na pracy i są zainteresowani zajęciami, uznawały, że mogą pozwolić sobie na chwilę zabawy. Czasami opór przełamywała też przyjazna atmosfera i spod rąk opiekunów wychodziły w efekcie całkiem ciekawe dzieła. Diana cieszyła się z każdego z nich, bo dawało jej to poczucie, że potrafi także zainteresować tematem dorosłych, a to otwierało potencjalnie nowe możliwości, jak choćby organizowanie zajęć dla starszych uczestników.
Zerknęła na zegarek. Do przyjazdu grupy pozostały jeszcze dwie godziny. Poranek powoli przechodził w południe, a że niebo było pogodne, z każdą chwilą robiło się coraz cieplej.
Żal siedzieć w domu w taki piękny dzień - pomyślała. - I tak wiele czasu spędzę pod dachem, więc warto wykorzystać każdą sposobność.
Wiedziała, że cudowna jesień nie potrwa długo. Równie dobrze za kilka dni mogło zacząć padać albo ochłodzić się. Nie mówiąc o przymrozkach. Wtedy przyjdzie czas siedzenia przy piecu.
Przejdę się na wrzosową polanę - zdecydowała. - A po drodze zajrzę do pana Stacha, o ile jeszcze będzie urzędował na swoim stałym miejscu przy parkingu.
Pod koniec września zostawiła mu kolejną partię swoich kubków do sprzedania. Prosił, żeby zrobiła ich więcej niż za pierwszym razem.
- Będzie sezon na szkolne wycieczki, a dzieciaki kupują wszystko - powiedział. - Lepiej, żeby zawiozły mamie ładny kubek niż jakieś chińskie bransoletki, prawda?
Zrobiła kilkadziesiąt naczyń z motywami paproci i kwiatów wrzosu. Jej metoda odciskania roślin w glinie bardzo się podobała, a jej samej taki sposób ozdabiania także bardzo odpowiadał, więc miała nadzieję, że znajdą się kolejni kupcy na jej dzieła. Właściwie liczyła na to bardziej ze względu na pana Stacha niż na siebie. Chciała, żeby starzec zarobił jak najwięcej, bo wiedziała, że z tego, co sprzeda, będzie musiał utrzymać się przez całą zimę. To, co dla niej było jedynie dodatkiem do innych zarobków, dla niego stanowiło podstawę dochodu. Miała nadzieję, że mężczyzna bierze odpowiednio wysoką prowizję za pośrednictwo w sprzedaży, ale nadal nie udało jej się tego dowiedzieć. Pan Stach stanowczo odmawiał odpowiedzi na to pytanie, wreszcie zagroził, że jeśli będzie dopytywała, to w ogóle przestanie sprzedawać jej kubki, więc przestała dociekać.
Weszła na chwilę do domu, dopiła wystygłą już herbatę i ruszyła w stronę klasztoru.
Święta Katarzyna w jesiennej szacie prezentowała się nawet lepiej niż latem. Przede wszystkim było teraz spokojniej, przez co spacer główną ulicą był przyjemniejszy. Gwar głosów nie przeszkadzał, można było chłonąć widoki, przystanąć, żeby lepiej przyjrzeć się domom, klasztornemu murowi czy samej budowli, która górowała nad innymi, a na tle jesiennego krajobrazu wyglądała bardzo malowniczo.
Diana chętnie szłaby dużo wolniej, tym bardziej że słońce mile przygrzewało, ale wiedziała, że nie ma zbyt wiele czasu. Przyspieszyła więc i po chwili z radością dostrzegła z daleka znajomą postać.
Stach siedział na swoim składanym krzesełku przy drewnianym ogrodzeniu parkingu. Jak zawsze obok niego stał stolik, na którym mężczyzna rozkładał towar - drewniane rzeźby różnej wielkości i gliniane kubki. Za każdym razem od ich pierwszego spotkania wyglądał tak samo: długa, siwa broda, kraciasta koszula, wypłowiałe od słońca spodnie i czarny kapelusz z szerokim rondem. Dzisiaj na kraciastą koszulę pan Stach nałożył kurtkę z grubego brązowego sztruksu, podbitą sztucznym barankiem.
I on także zmienia się wraz ze zmianą pory roku - zauważyła. - Jest jakby częścią natury, dostosowuje się podobnie jak ona, nie walczy, lecz rozumie. I dzięki temu trwa wciąż niezmiennie niczym jodły w puszczy: ze zgrubiałymi konarami, smagane wiatrem, ale niezłomne i wytrwałe.
Podeszła do starca z uśmiechem.
- Dzień dobry!
- A nie najgorszy - odparł. - Nie pada, nie wieje, słoneczko przygrzewa.
- Dlatego postanowiłam zrobić sobie spacer. - Lisowska przykucnęła obok mężczyzny. - Co słychać, panie Stachu? Jak idzie sprzedaż?
- O, widzę, że będziemy rozmawiać o interesach? - Po tych słowach starzec wyjął swoją fajkę i zabrał się do jej rozpalania.
Diana czekała cierpliwie. Nauczyła się już, że pan Stach żył swoim rytmem, niespiesznie, i odpowie wtedy, kiedy uzna za stosowne. Na początku trochę ją to irytowało, ale gdy zrozumiała, że to ona chce wszystkiego zbyt szybko i od razu, napięcie odpuściło i ze spokojem dostroiła się do nowego znajomego. Wiedziała, że tu, gdzie teraz mieszkała, czas miał inną wartość niż w jej poprzednim życiu, że czas spędzany obok siebie, nawet w milczeniu, był cenniejszy niż szybka wymiana zdań.
- Zostało tyle kubków co na stoliku. - Stach wskazał ręką na naczynia. - Reszta sprzedana.
- Naprawdę? - ucieszyła się Diana. - To świetnie! Bardzo się cieszę!
- Te też pójdą do ludzi - dodał starzec. Pociągnął fajkę i wypuścił w górę kłąb aromatycznego dymu. - Ale już więcej nie rób - dodał po chwili. - Ja tylko do końca tygodnia będę tu siedział. Potem koniec sezonu - oznajmił.
- Tak? - zdziwiła się Diana. - Myślałam, że przynajmniej do końca października będą przyjeżdżały wycieczki.
- Może i będą - mężczyzna pokiwał głową - ale jak nie ma pogody, to się na dłużej nie zatrzymają. Przebiegną do kapliczki i z powrotem, żeby zaliczyć punkt programu, i odjadą.
- A może nie będzie aż tak źle - pocieszała Diana. - Na razie nie możemy narzekać na jesień. Nie wiadomo przecież, jaka pogoda będzie w przyszłym tygodniu. Poczekajmy na prognozy.
- Mnie prognozy niepotrzebne - odparł Stach. - Moje kości mi mówią, jak będzie. Słucham ich, bo nigdy się nie mylą. I właśnie czuję, że pora kończyć sezon. - Poklepał się po biodrze i pokiwał głową.
Nie było sensu dyskutować z takim stwierdzeniem, więc Diana przyjęła jego wyjaśnienie.
- W takim razie przyjdę w niedzielę - powiedziała. - Jeśli coś zostanie, to zabiorę.
- Trzeba ci przyznać, że grzeczna jesteś - roześmiał się gardłowo starzec. - Ani słowem nie wspomniałaś o rozliczeniu. To w mieście cię tak nauczyli owijać w bawełnę?
Kobieta zrobiła zakłopotaną minę.
- Jakoś tak chyba nie wypada wprost przypominać o pieniądzach... Jakbym panu nie ufała...
- Właśnie jak nie mówisz, to mi wygląda na brak zaufania. Że niby co? Obrażę się? Przecież ci się należy, to twoja praca - odparł wprost. - I nie ma co się krygować. Ja wiem, ty wiesz. Po co udawać, że jest inaczej?
Właściwie miał rację. Diana pokiwała głową.
- W takim razie przyjdę w niedzielę i się rozliczymy - powiedziała.
- To rozumiem. Tylko przyjdź, bo nie chcę zostawać z długiem na zimę. Nigdy nie wiadomo, czy nie będzie ostatnia - dodał filozoficznie.
Diana chciała zaprotestować, ale właśnie do stolika podeszła jakaś kobieta. Wzięła do ręki drewnianego świątka i obejrzała go z zainteresowaniem. Potem odłożyła figurkę i sięgnęła po kubek. Podniosła go i zbliżyła do oczu.
- Bardzo ładny - powiedziała. - To chyba kwiat wrzosu. - Wskazała na wzór.
- Ręczna robota - powiedział Stach. - A wrzos był z naszej puszczy.
Diana milczała. Nie potrafiła przyznać się przed klientką, że to ona zrobiła ten kubek. Zamiast tego przyglądała się kobiecie.
Musiała mieć około sześćdziesięciu lat, chociaż bardziej wskazywały na to zmarszczki na policzkach niż postura. Nieznajoma była szczupła i wyglądała na aktywną. Miała ufarbowane na blond włosy, choć już ze sporymi odrostami, w których widać było srebrne nitki.
Gdyby założyła czapkę zamiast opaski, to ukryłaby siwiznę i wyglądałaby młodziej - pomyślała Diana. - No i gdyby się uśmiechnęła.
To chyba najbardziej przykuło jej uwagę. Chociaż kobieta miała miły głos i widać było, że jest otwartą osobą, to jej oczy wciąż były poważne, jakby skoncentrowane na jakichś ważnych myślach, od których nie mogła się uwolnić nawet tutaj, na wycieczce, stanowiącej przecież relaks i odskocznię od codzienności.
- Skoro to dzieło lokalnego twórcy, a na dodatek takie ładne, to zatrzymam się u pana jeszcze, gdy będę wracała - powiedziała tymczasem kobieta.
- Zapraszam. - Pan Stach pokiwał głową, a gdy turystka odeszła, zapytał Dianę: - Dlaczego nie powiedziałaś, że zrobiłaś ten kubek?
Czuła, że zada to pytanie.
- Pan też nie mówi, że zrobił te rzeźby - odpowiedziała po chwili wahania. - Więc chyba pan czuje dlaczego. Nie umiem powiedzieć konkretnie, ale chyba nie potrafię zachwalać własnych prac. - Wzruszyła ramionami.
- Wciąż wydają się za mało dobre - powiedział powoli i Diana nie wiedziała, czy mówi o niej, czy o sobie. - Ciągle w duszy jest poczucie, że to nic szczególnego, ot, po prostu chwilowy nastrój ubrany w formę. Jeśli ktoś go poczuje, to kupi, a jeśli nie, to znaczy, że ten przedmiot nie dla niego. I nie chodzi o to, żeby sprzedać, ale o to, by te rzeczy trafiły w odpowiednie ręce.
Lepiej by tego nie ujęła. Mądrość starca przy każdej rozmowie robiła na niej niesamowite wrażenie. Pan Stach wszystko wiedział i na dodatek potrafił ubrać w odpowiednie słowa to wszystko, co ona zaledwie wyczuwała.
- Pójdę już. - Podniosła się i roztarła ścierpniętą łydkę. - Zasiedziałam się, a mam niedługo grupę na warsztaty - wyjaśniła. - Może zdążę chociaż do kapliczki...
- Wycieczki zawsze się spóźniają - stwierdził z uśmiechem Stach. - Zresztą na to, co potrzeba, zawsze wystarczy czasu.
Diana uniosła dłoń w pożegnalnym geście i poszła szeroką drogą w stronę wejścia do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W pewnej odległości przed nią szła nieznajoma, która niedawno oglądała kubki. Jej czerwona kurtka odcinała się barwną plamą od ciemnej zieleni jodeł.
Trzeba przyznać, że ma kondycję - pomyślała Diana. - I całkiem dobre tempo. Myślałam, że przyjechała tylko na spacer, a ona maszeruje, jakby bez problemu mogła wejść na szczyt Łysicy.