p

Jedz i bądź piękna! Zdrowa dieta na każdą porę roku - Dorota Augustyniak-Madejska, Bożena Biernot

Kup ebooka

39.00 zł
21.45 zł (19,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część I

A Ty jak rozumiesz to przykazanie?

Moje życie układało się tak, że nie nabyłam nawyku oglądania telewizji. Nie ma więc nic wyjątkowego w tym, że i moi domownicy nie uzależnili się od obcowania z włączonym telewizorem - wszechobecnym pochłaniaczem bezcennego skarbu, jakim jest czas. Nasz, nawet bez TV, wypełniamy po brzegi. Nie znaczy to, że nieważny jest relaks. Każdy z nas ma swoje metody na wyciszanie się i łapanie koniecznego dystansu. Jeśli chodzi o mnie, obok innych małych przyjemności uwielbiam swoją wersję prasówki. To zwykle jeden wieczór kanapowego zalegania w miesiącu. W zależności od aury - przy kominkowym ogniu lub nie. Z kolejnymi kubkami herbaty, z całą stertą magazynów z ostatnich tygodni (systematycznie dostarczanych mi przez siostrę w obawie przed tym, bym na wsi pod lasem zupełnie nie zdziczała). To lubię!

Moją uwagę w największym stopniu zajmują wywiady z interesującymi ludźmi, a w szczególności wyławianie z nich zdań, sformułowań, które zabieram do swojego życia. Wiele z nich notuję. O niektórych, mimo zapisków, zapominam. Kiedy natrafiam na nie za czas jakiś, nie kryję zdumienia, że skreśliła je moja ręka. Pewnego błogiego, późnojesiennego wieczoru znalazłam wypowiedź znanego reżysera zmagającego się z chorobą nowotworową. Jego słowa zrobiły na mnie ogromne wrażenie, były czymś na kształt gromu z jasnego nieba.

Bez względu na to, w co wierzymy, niemal każdy przynajmniej słyszał o przykazaniu: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Pan Krzysztof Krauze we wspomnianym wywiadzie mówi: Nie wierzę za bardzo w to przykazanie, bo my nie kochamy siebie. Karmimy swoje ego, ale to nie jest miłość. Nie szanujemy siebie, jesteśmy pełni kompleksów, cały czas czujemy się niespełnieni, a niespełniony człowiek siebie nie kocha.

Zdarzyło Ci się choć przez chwilę się zastanawiać, jak to jest z Twoją miłością do... siebie?

Jeżeli zarywając noce, nie dajesz własnemu ciału szansy na regenerację, to kochasz siebie? Skoro toksyczne używki w nadmiarze to Twoja codzienność, to kochasz siebie? Kiedy raz po raz sięgasz po to, co zamiast Cię odżywiać, truje, to kochasz siebie?

A jeśli:

otaczasz się ludźmi, z którymi wcale być nie chcesz, większość czasu spędzasz w hałasie, "karmisz się" relacjami z katastrof, wypadków i wojen,

to czy jeszcze ciągle siebie kochasz?

Mną odwołanie się do tego przykazania porządnie wstrząsnęło.

A Ty jak je rozumiesz?

PS

Czy nie kochając siebie, można emanować prawdziwym pięknem?

Co nagle, to po diable!

Decyzja o zmianie wyglądu bardzo często zapada nagle. By postanowić, iż nadszedł najwyższy czas na odchudzanie, wystarczą pierwsze promienie wiosennego słońca albo ubranie, które nie leży już tak ładnie jak kiedyś. Nie wspomnę o niby niewinnej uwadze koleżanki, która oglądając Cię na zdjęciach z wakacji sprzed kilku lat, nie może uwierzyć, że to naprawdę Ty. To akurat mogła zachować dla siebie. Przecież masz lustro i widzisz, co zdążyło się zmienić.

Z postanowieniem o rozprawieniu się z nadwagą często jest jak z natychmiastową chęcią skrócenia włosów: już, teraz, w tej chwili, bo jutro będzie za późno. I tak jak może się okazać, że z tą nową fryzurą nie całkiem Ci do twarzy, tak wynaleziona naprędce metoda odchudzania też może nie wyjść na dobre. Pomyśl więc, czy do wypracowania doskonalszej formy nie lepiej przygotować się solidnie i z głową? Może warto zgłębić tajemnice swojego ciała i postarać się zrozumieć jego potrzeby? Chociażby po to, by nie potrzebować odchudzania z każdą kolejną wiosną.

Oczywiście samo zgłębienie i zrozumienie nie wystarczy. Pozostaje jeszcze wprowadzenie nowej wiedzy w życie.

Każdy dzień jest pełen wyborów. Aby dokonywać właściwych w dziedzinie tak ważnej jak zdrowie (a w efekcie uroda), warto wiedzieć, jak się do tego zabrać i na czym oprzeć. Przecież wiesz, że co nagle, to po diable, prawda?

Powtórka z lekcji biologii

Kiedy w księgarni staję przed regałami uginającymi się pod ciężarem poradników z zakresu odchudzania, niezmiennie mam nieodpartą chęć złapania się za głowę. Niezmiennie również zadaję sobie pytanie: skąd ktoś, kto chce schudnąć, zachowując pełnię zdrowia (lub próbując ją odzyskać), ma wiedzieć, co wybrać? Dlatego by uniknąć podejmowania zbyt pochopnych, a w konsekwencji nietrafionych decyzji, warto rozumieć, jak działa ludzki organizm. On przecież nie przestraja się wraz ze zmieniającymi się trendami czy modą. Funkcjonuje identycznie jak przed wiekami. Natomiast na pewno zmieniła się ilość i jakość dostarczanego mu paliwa.

Być może szkolna ławka to już dla Ciebie odległa przeszłość. Może wówczas temat trawienia po prostu nie wydawał Ci się istotny. Może nawet nauczyciel pasjonat wspaniale go przedstawiał, ale po latach niewiele z tego pamiętasz. Jeśli teraz z racji troski o wygląd i zdrowie to zagadnienie zyskało na znaczeniu, pozwól, że pomogę Ci w odświeżeniu tego, co warto wiedzieć. By przypomnieć podstawową wiedzę z zakresu trawienia, o zabranie głosu w tej sprawie poprosiłam doświadczoną dietetyczkę, technologa żywności i żywienia człowieka, fizjologa żywienia człowieka - p. Ewę Mirkowicz.

Trawienie to temat rzeka. Można pisać o nim obszerne prace, omawiać go przy użyciu mądrze brzmiących słów. Pozwól jednak, że na potrzeby tego opracowania posłużymy się słownictwem prostym i możliwie najbardziej obrazowym.

Trawienie to proces mający na celu doprowadzenie do rozpadu większych struktur pożywienia do na tyle małych, by mogły zostać wchłonięte. Żeby tak się stało, do pracy trzeba zaprząc enzymy. To takie specjalne "nożyczki", które wyłącznie w dozwolonych miejscach "potną" białka, węglowodany i tłuszcze. Wyobraź sobie, że za chwilę zjesz kanapkę z jajkiem. Załóżmy, że bardzo ją lubisz, więc na samą myśl cieknie Ci ślinka. Podobna reakcja może się pojawić na widok lub zapach takiego przysmaku. Dlaczego tak się dzieje? Czy ma to jakieś znaczenie? Zdecydowanie tak. Ta chwilowa nadprodukcja śliny jest sposobieniem się organizmu do trawienia. Równocześnie, choć w mniejszym stopniu, zaczyna się zwiększone wydzielanie soku żołądkowego. Organizm nie lubi niespodzianek. Woli być zawsze przygotowany. Dlatego dedukuje: to, co znalazło się w jamie ustnej, zapewne zaraz trafi do żołądka. A skoro tak, trzeba działać!

Przyjrzyjmy się Twojej, leżącej na pięknym talerzu, kanapce.

Wszystko, co wchodzi w jej skład (bułka kajzerka, masło i jajko), reprezentuje jeden z trzech głównych składników odżywczych. Jajko to białko, masło - tłuszcz, a bułka jest przedstawicielką węglowodanów. To oczywiście pewnego rodzaju skrót myślowy, bo proteiny nie stanowią 100% jajka, w maśle obok tłuszczu znajdziemy wodę, a w bułce gluten, czyli nic innego jak roślinne białko. Takie uproszczenie ułatwi nam jednak przyglądanie się kolejnym etapom procesów trawiennych.

Zatem zaczynajmy. Odgryzasz kęs, który pod wpływem dokładnego żucia staje się jednolitą papką. Mimo że już nie odróżniasz poszczególnych elementów kanapki, struktury budujące zjadane produkty ciągle jeszcze tam są. Zdążył się jedynie zmienić ich wygląd. Sprawiła to ślina. To spec od niezwykle ważnych zadań. Jako że jest pierwszą barierą detoksykacyjną, do niej należy wyjałowienie tego, co jesz. Niestety, nie możesz liczyć na to, że unieszkodliwi ona 100% bakterii. Na pewno jednak zdecydowanie ograniczy ich liczbę.

Do tłuszczu i węglowodanów docierają enzymy, czyli nasze "nożyczki". Zaraz zaczną odcinać ich konkretne fragmenty. Jeżeli teraz nie pokroją, jak należy (np. z powodu braku czasu na solidne przeżucie), ich "kuzynki" działające w żołądku czy dwunastnicy będą zmuszone pracować znacznie ciężej. Bardzo prawdopodobne, że wówczas nie uda się przygotować poszczególnych składników odżywczych tak, by mogły zostać wchłonięte. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że dla enzymów działających w jamie ustnej ten etap to wyścig z czasem. Powodem niemałego zamieszania jest nie tylko szybkie jedzenie. Ogromnym utrudnieniem w tych zmaganiach są przyjmowane podczas jedzenia napoje.

W ślinie rozcieńczonej płynami enzymy mają wielki problem, by dostać się do miejsca swego przeznaczenia. Stają się bezużyteczne. Pomyśl: częściej ułatwiasz im pracę czy niweczysz ich wysiłek? Czy na pewno dokładnie żujesz każdy kęs? Jak często jesz w pośpiechu? Może posilając się, masz zwyczaj popijać? Może myślisz, że trudno nie sięgać po napój, skoro suchość w ustach przeszkadza? Niestety, to dość marne tłumaczenie. Zgodzę się z tym, że są stany, gdy niedobór śliny rzeczywiście bywa dotkliwy (w ciężkiej chorobie), ale z reguły jej niewystarczająca ilość wiąże się po prostu z nawykiem popijania pokarmu. Organizm zwyczajnie kalkuluje. Po co się trudzić, zużywać energię i wodę na produkcję wydzieliny, z której i tak nie korzystasz? To czysta i bardzo życiowa ekonomia.

Ale wróćmy do Twojej kanapki... Wszystkie składniki zostały rozdrobnione i nasączone śliną. Bułka i masło (nadtrawione) w towarzystwie jajka (jedynie rozdrobnionego) w postaci papki trafiają do żołądka. Tam mieszają się z kwaśnym, bogatym w kwas solny sokiem, który nigdy i pod żadnym pozorem nie powinien wydostawać się poza obręb tego organu. Nie każdy rozumie, na czym polega trawienie, ale chyba każdy wie, że kwas solny jest żrący.

W takim razie jak to możliwe, że HCl jeszcze nie uszkodził Twojego żołądka? Jest tak dlatego, że jego ściany chroni pokrywająca je cienka warstwa śluzu. Niestety, takiej osłony nie posiada przełyk. Z tego właśnie powodu, gdy kwaśna treść pokarmowa jest do niego zarzucana (zgaga, wymioty, refluks), może dojść do poparzenia jego nabłonka. Następstwa takiego powtarzającego się "procederu" mogą być wyjątkowo przykre. A co się stanie, kiedy nadmiar kwasu trafi do sąsiadującej z żołądkiem dwunastnicy? Być może zdarzyło Ci się słyszeć, że ktoś cierpi z powodu jej owrzodzenia. To właśnie jedna z konsekwencji obecności żrącego kwasu w miejscu, w którym być go nie powinno. Możesz całkiem słusznie zapytać: Skoro kwas solny jest tak niebezpieczny, co w takim razie robi w żołądku? Nic, co przewidziała dla nas Matka Natura, nie jest przypadkowe, więc i ta żrąca substancja ma swoje bardzo odpowiedzialne zadania. Jej rola jest nieoceniona. W procesie trawienia pełni aż trzy ważne funkcje. Po pierwsze, podobnie jak ślina, detoksykuje. Po drugie, zmieniając struktury białka, ułatwia do nich dostęp enzymom. Po trzecie, wprawia w ruch "nożyczki" tnące proteiny.

Trawienie w żołądku jest dużo bardziej skomplikowane niż to, które miało miejsce w jamie ustnej. Tam w rozprawianiu się z kanapką brały udział zaledwie dwa rodzaje "nożyczek". Jedne zajmowały się węglowodanami, drugie - tłuszczami. W żołądku znowu mamy do czynienia z dwoma enzymami. Jednakże tym razem węglowodany zostają odsunięte na dalszy tor, a trawienie dotyczy jedynie białka i tłuszczu, ze zdecydowanym naciskiem na białko. Żeby łatwiej zrozumieć, co się z nim dzieje, można je sobie wyobrazić jako poskręcane ze sobą i zwinięte w kłębek sznury koralików. Celem trawienia jest oddzielenie od siebie każdego z paciorków. To bardzo trudne zadanie. Aby enzymowe "nożyczki" mogły poodcinać odpowiednie koraliki, zawartość kłębka trzeba rozplątać i doprowadzić do postaci długiego sznura składającego się z aminokwasów. Do tego potrzeba zaangażowania właśnie kwasu solnego. W żołądku odcinane są tylko wybrane koraliki. To znaczy, że zachodzi tu jedynie nadtrawianie. Zajmuje się tym wyłącznie jeden enzym (pepsyna). Tu również, podobnie jak w przypadku śliny, pracę utrudnia mu niedokładne rozdrobnienie pokarmu i zbyt duże rozcieńczenie płynami. Sam czas trawienia jest już od człowieka niezależny. W jamie ustnej możesz go kontrolować, np. poprzez szybkie przełknięcie kęsa. Na to, jak długo pokarm zostanie w żołądku, nie masz wpływu. Im bogatsze jest pożywienie w białko czy tłuszcz, tym dłużej będzie pozostawało w żołądku. Wypełnienie tego narządu to sygnał dla mózgu, że kolejna dostawa jedzenia jest zbędna. W miejsce głodu pojawia się uczucie sytości. To dlatego, że pokarmy białkowe lub tłuste mają tzw. większą wartość sytną niż węglowodanowe. To znaczy, że stek na dłużej zaspokoi Twój głód niż jabłko.

Z żołądka nadtrawiona papka wędruje do dwunastnicy. Tutaj szybko miesza się z żółcią i sokiem trzustkowym. Zaczyna się trawienie zasadnicze. Ale zanim powiemy o nim coś więcej, na chwilę zatrzymajmy się przy żółci. To trzecia i ostatnia już bariera detoksykacyjna. Jeśli jakiemuś intruzowi udało się przetrwać działanie śliny i kwasu solnego, teraz powinien zginąć. Niestety, często jest tak, że w wyniku np. popijania jedzenia całkowita odpowiedzialność za wyjałowienie tego, co jesz, spada właśnie na żółć. A przecież oczyszczanie z patogenów to tylko jedna z jej ról. Kolejna, niezmiernie ważna, to jej udział w trawieniu tłuszczu. Wcale nie tak łatwo się z nim rozprawić. Choć był już poddawany obróbce, ciągle jeszcze nie nadaje się do wchłonięcia. Jego rozłożenie jest problematyczne, ponieważ odbywa się w środowisku wodnym. A przecież wiesz, że tłuszcz nie rozpuszcza się w wodzie, prawda?

Skoro tak, to co się stanie z masłem z Twojej kanapki? Nie ma innego wyjścia, jak tylko rozbić tłuszcz ze smarowidła na wiele małych kropelek. To zwiększy jego powierzchnię, a tym samym pole działania enzymów. Rozbijanie kropel tłuszczu na mniejsze (ich emulgowanie) należy do żółci. Wyprodukowana w wątrobie, w pęcherzyku żółciowym, czeka na sygnał do działania. Zbyt długie jej stacjonowanie w tym miejscu działa na Twoją niekorzyść. Wszelkie zastoje mogą tworzyć kamienie. Dlatego warto jeść regularnie. Jednorazowo zaserwowany sobie wieczorny posiłek po intensywnym dniu nie spowoduje katastrofy, ale jeśli taki tryb jedzenia wejdzie Ci w nawyk, wcześniej czy później możesz spodziewać się kłopotów. Przyjmijmy jednak wersję bardziej optymistyczną. Jesteś osobą światłą i rozsądną, dlatego zdajesz sobie sprawę z wagi regularnych posiłków. Zaproszona do współpracy przez żółć cała gromada enzymów trzustkowych doprowadza do powstania drobnych, najmniejszych i gotowych już do wchłonięcia cząsteczek, m.in. wolnych kwasów tłuszczowych.

A co z bułką?

Przy niej pełne ręce roboty ma amylaza trzustkowa. Jeśli białko wyobrażaliśmy sobie jako sznur koralików zwinięty w kłębek, węglowodany można przedstawić jako paciorki budujące struktury na kształt drzewa. Dotyczy to węglowodanów złożonych, np. skrobi (ziemniaki, makaron etc.). Obok "drzewka" występują zdecydowanie prostsze połączenia w pary lub trójki (tzw. cukry proste, m.in. cukier mleczny, czyli laktoza, a także sacharoza, znana jako tzw. cukier stołowy). Amylaza trzustkowa zajmuje się jedynie tymi rozgałęzionymi. Te małe dwu- czy trzycukry zostawia innym enzymowym "nożyczkom". Tak więc nasza bułka również została pocięta. Ciągle jednak jeszcze niewystarczająco dokładnie.

A jak się mają sprawy z jajkiem?

W żołądku białkowy sznur koralików został rozplątany i podzielony. Teraz następuje kontynuacja wielkiego cięcia. Podobnie jak w przypadku tłuszczu w dwunastnicy w ten "proceder" zaangażowane są już nie pojedyncze enzymy, ale cała ich ekipa. Ponieważ trawią białka, a więc budulec trzustki i przewodu, którym sok dociera do dwunastnicy, są produkowane, lecz pozostają nieczynne. Do ich aktywacji dochodzi dopiero w jelicie, gdzie kończą swe dzieło (tną na tzw. peptydy, czyli cząstki zbudowane z aminokwasów). Zatem w dwunastnicy całkowitemu rozłożeniu uległ jedynie tłuszcz.

Kolejny, ostatni etap to trawienie końcowe, zachodzące w dalszych odcinkach jelita cienkiego. Tu do głosu dochodzą enzymy zawarte w soku jelitowym. Jego zadaniem jest sfinalizowanie trawienia i przygotowanie składników odżywczych do wchłonięcia. Trawienie to zachodzi przy powierzchni kosmków jelitowych, polipowatych wypustek zwiększających obszar wchłaniania składników odżywczych.

Ich długotrwałe zlepienie lub uszkodzenie może skutkować niedożywieniem, a nawet śmiercią (jeśli powierzchnia wchłaniania jest niewielka, zbyt mało składników odżywczych dociera do komórek, które na skutek niedożywienia obumierają).

W wyniku działania enzymów jelitowych powstają m.in. aminokwasy (elementy gotowe do wchłonięcia i przyswojenia). Jeśli chodzi o enzymy trawiące węglowodany, wymienia się przede wszystkim sacharazę (rozkładającą sacharozę), maltazę (rozprawiającą się z obecną w piwie maltozą) oraz laktazę (działającą na laktozę, czyli cukier mleczny, źle tolerowany przez 80 - 90% dorosłych). Jak widzisz, nazwy enzymów pochodzą od cukru, który trawią. Zmienia się tylko końcówka (-oza dla cukrów, -aza dla enzymów). Produktami rozkładu cukrów są m.in. gotowe do wchłonięcia i wykorzystania glukoza, fruktoza i galaktoza. Sok jelitowy zawiera ponadto trehelazę, fosfatazę, izomaltazę, polinukleutydazę i nukleozydazy. W tym momencie proces trawienia dobiega końca.

Co zostało z bułki, masła i jajka?

Powstały: glukoza, wolne kwasy tłuszczowe i aminokwasy. Oczywiście produktów rozkładu jest zdecydowanie więcej, ale skoro umówiliśmy się na pewne uproszczenia, pozostańmy przy nich.

W jelicie cienkim prócz trawienia zachodzi również wchłanianie. Co prawda można zaobserwować je także w żołądku, ale ma ono tam miejsce w niewielkim stopniu (z wyjątkiem wchłaniania etanolu). Na to, co zostanie zaabsorbowane, ma wpływ nie tylko stopień strawienia pokarmu, ale także stan mikroflory jelitowej. W jelitach, szczególnie w grubym, prócz bakterii patogennych bytują te odpowiadające m.in. za produkcję niektórych witamin (B12 czy K). Dobrze jest, gdy jedne i drugie pozostają w równowadze. Problemy (gazy, biegunki, zaparcia) pojawiają się w momencie, kiedy dochodzi do jej zaburzenia. To częsta konsekwencja zażywania antybiotyków, niesterydowych leków przeciwzapalnych, ale i długotrwałego narażenia na stres. Może być skutkiem niewłaściwej diety, zbyt bogatej w cukry proste (cukier, syrop glukozowo-fruktozowy) czy białko (to idealna pożywka dla bakterii w jelicie grubym).

Pamiętaj!

O mikroflorę jelitową należy dbać nie tylko w obawie przed gazami i wzdęciami. Jest ona ważną składową odporności. Zabezpiecza również szczelność jelit, nie pozwalając na pokonanie tej bariery intruzom. Warto pamiętać o tym, że do jelit dostaje się nie tylko to, co odżywia, ale i to, co truje. Jeśli są nieszczelne, wchłania się jedno i drugie. Nic więc dziwnego, że tego typu upośledzenie może leżeć u podstaw nie tylko schorzeń układu pokarmowego. Do chorób związanych z tzw. przeciekającym jelitem należą: alergie pokarmowe, zakażenia przewodu pokarmowego, choroba trzewna, przewlekłe nieswoiste zapalenie jelit, mukowiscydoza, reumatoidalne zapalenie stawów, urazy wielonarządowe, a nawet alkoholizm czy AIDS. Jak widać, szczelności jelit nie wolno bagatelizować. Należy o nią dbać, w szczególności poprzez odpowiednią dietę (minimum cukru i sztucznych dodatków, możliwie najwięcej przeciwutleniaczy), suplementację bakteriami probiotycznymi i to, co wydaje się najtrudniejsze, czyli styl życia o ograniczonej ekspozycji na stres.

W jelitach prócz składników odżywczych i, nie daj Boże, substancji szkodliwych wchłaniane są również elektrolity i witaminy oraz woda. W jelicie cienkim pokarm jest trawiony i wchłaniany, natomiast w grubym zachodzi już wyłącznie wchłanianie. Na tym odcinku zaczynają formować się masy kałowe. Ich zapach i konsystencja zależą od sprawności trawienia oraz rodzaju namnażających się na nich bakterii. Nadmiar białka jest pożywką dla bakterii produkujących cuchnące gazy (indol czy skatol). Ale nie tylko o gazy tu chodzi. Dla zdrowia podstawą jest odpowiednie zatrzymanie mas kałowych w jelicie grubym: nie za długie i nie za krótkie. Zbyt długo zalegające wysychają, a na ich powierzchni dochodzi do namnażania się patogennej mikroflory, produkującej m.in. substancje rakotwórcze. Natomiast zbyt szybkie pozbywanie się stolca stwarza niebezpieczeństwo ograniczonego wchłaniania witamin grożące niedożywieniem. Nie jest chyba dla Ciebie zaskoczeniem informacja, że na jakość tego, co wydalasz, największy wpływ ma dieta. Ta bogata w wodę i błonnik pokarmowy reguluje tempo prze­mieszczania się treści pokarmowej i ułatwia codzienną defekację.

Na etapie wydalenia tego, co zbędne, zakończyła się historia podróży kanapki. Co miało zostać strawione, zostało wchłonięte i przyswojone, a co nie uległo trawieniu - zostało usunięte z organizmu.

Podsumujmy

Teraz, kiedy znasz już poszczególne etapy tego niezwykle ważnego procesu, czas na małe podsumowanie.

Pamiętaj, że po to, by układ pokarmowy miał się dobrze:

1. Należy jadać regularnie, najlepiej co 3 - 4 godziny. Długie odstępy między posiłkami sprzyjają powstawaniu kamieni żółciowych, wrzodów żołądka i dwunastnicy. Pamiętaj o tym, że przewód pokarmowy nigdy nie jest pusty! Brak jedzenia nie oznacza nieobecności soków trawiennych. Kiedy nie mają czym się zająć, zajmują się... narządami.

2. Warto jeść powoli, dokładnie żując każdy kęs (minimum 20 razy). Im bardziej rozdrobnisz pokarm, tym lepiej strawisz.

3. Nie można popijać jedzenia. Rozcieńczone soki trawienne nie działają wówczas, jak należy.

4. Bezpośrednio po odejściu od stołu nie uprawiaj intensywnego sportu. To nie czas na bieganie. Pozwól ciału w spokoju strawić.

5. Pomiędzy posiłkami należy pić wodę. To główny składnik wszystkich soków trawiennych. Każdej doby Twój organizm musi wyprodukować ich nawet 10 litrów!

Dla zainteresowanych i wnikliwych

W telegraficznym skrócie o poszczególnych sokach trawiennych:

ŚLINA (jama ustna)

Produkowana jest przez ślinianki w ilości ok. 1500 ml na dobę. 99,5% jej składu stanowi woda. Zawiera 2 główne enzymy: ?-amylazę ślinową trawiącą węglowodany oraz lipazę językową trawiącą tłuszcze. W jej skład wchodzą również: mocznik, kwas moczowy, cholesterol, sód, potas, wapń, magnez, chlor, fosfor. Jest pierwszą barierą detoksykacyjną organizmu (dzięki m.in. mucynom, lizozymie, immunoglobulinie A, laktoferrynie). Odpowiada za higienę jamy ustnej, formowanie kęsa, nawilżanie aparatu mowy. Wykazuje zasadowe pH.

SOK ŻOŁĄDKOWY (żołądek)

Produkowany jest przez błonę śluzową żołądka w ilości ok. 2500 ml na dobę. 97 - 99% jego składu stanowi woda. 0,2 - 0,5% jego składu to kwas solny (HCl), dzięki czemu jego pH wynosi ok. 1,0 (środowisko silnie kwaśne). Zawiera (w zależności od wieku człowieka) 2 - 3 enzymy trawienne: pepsynę trawiącą białko oraz lipazę trawiącą tłuszcze i renninę (podpuszczkę) trawiącą białko mleka u niemowląt. Zawiera także Na+, K+, Mg2+, HPO42-, SO42-, śluz, czynnik wewnętrzny (niezbędny do prawidłowego wchłaniania witaminy B12). Jest drugą barierą detoksykacyjną organizmu (HCl).

ŻÓŁĆ (dwunastnica)

Produkuje ją wątroba. Magazynowana jest w pęcherzyku żółciowym. Umożliwia trawienie tłuszczu. Zobojętnia kwaśną treść żołądkową. Jest trzecią i ostatnią barierą detoksykacyjną organizmu. Zawiera min. 80% wody, sole kwasów tłuszczowych, barwniki żółciowe, cholesterol, sole kwasów nieorganicznych, kwasy tłuszczowe, lecytynę, tłuszcze.

SOK TRZUSTKOWY (dwunastnica)

Produkowany jest przez trzustkę. Ma odczyn zasadowy. W 99% składa się z wody. Zawiera Na+, K+, Ca2+, Mg2+ HPO42-, SO42-, HCO3-, Cl- . Zawiera enzymy rozkładające białka (trypsyna, chymotrypsyna, elastaza, karboksypeptydaza), tłuszcze (lipaza trzustkowa) i węglowodany (amylaza trzustkowa).

SOK JELITOWY (jelito cienkie)

Wydzielany jest przez gruczoły dwunastnicze i jelitowe. Ma odczyn zasadowy. Zawiera enzymy kończące trawienie (takie jak: aminopeptydaza, dipeptydazy, sacharaza, maltaza, laktaza, trehalaza, fosfataza, izomaltaza, polinukleotydaza, nukleozydazy, fosfolipaza), dzięki czemu możliwe jest rozłożenie składników pokarmowych do postaci, w której mogą zostać wchłonięte i przyswojone.

- Ewa Mirkowicz

Dlaczego to takie ważne?

Po solidnej porcji wiedzy z zakresu trawienia zastanówmy się, co jeszcze warto wiedzieć, by w poszukiwaniu zewnętrznego piękna nie stracić bezcennego zdrowia. Niezwykle rzadko używam słów: każdy, zawsze, wszyscy. Tym razem jednak "każda" będzie chyba jak najbardziej na miejscu. Otóż... myślę, że każda z nas chce być piękna. Doskonale też wiemy, że jeśli nawet natura nie była zbyt hojna, dbaniem o siebie można zdziałać naprawdę wiele. Czy jednak determinacja, by wyglądać dobrze, jest zawsze wystarczająco silna? A co wtedy, gdy na wszystko, z czym trzeba się zmierzyć każdego dnia, zwyczajnie brakuje sił?

Nie wiem, czy Tobie również, ale mnie niejednokrotnie zdarzyło się spotkać kogoś, kto od dawna bardzo źle się czuje. Sytuacja ta trwa już tak długo, że przynajmniej w jakimś stopniu osoba ta zdążyła przyzwyczaić się do świadomości, iż niewiele albo właściwie nic nie może z tym zrobić. Bada, szuka, sprawdza. Papieru na istnienie problemu jak nie było, tak nie ma. On sam natomiast, nie pytając, czy może, zwyczajnie i po prostu jest. Kolejni specjaliści ignorują komunikaty pacjenta, wskazują na "nieznaną etiologię" bądź zrzucają na "taką jego urodę". Mniej cierpliwi sugerują wizytę u psychiatry.

A biedak jak cierpiał, tak cierpi.

Skoro wszystkie standardowe wskaźniki oscylują w granicach normy, co może być przyczyną utrzymującego się fatalnego samopoczucia?

Ci, którzy na własnej skórze przekonali się, czym jest alergia pokarmowa, wiedzą, po czym mogą się spodziewać gwałtownej i niebezpiecznej reakcji. W takiej sytuacji komunikat jest prosty: Nigdy więcej! Sięganie po dany produkt oznacza kłopoty. Natomiast, mimo że coraz częściej niedomagamy, niewielu spośród nas zdaje sobie sprawę z istnienia zjawiska, jakim jest nie alergia na pokarm, a pokarmowa... nietolerancja. Tej drugiej może towarzyszyć wiele nieprzyjemnych objawów i zaburzeń o charakterze, nie jak w przypadku tej pierwszej, nagłym i krótkotrwałym. Nietolerowanie pokarmu objawia się niedomaganiami przybierającymi na sile stopniowo. Prawdziwy problem polega na tym, że efekt spożycia jakiegoś przysmaku może stać się odczuwalny dopiero po upływie ok. 72 godzin, a nawet później. Jak wówczas dojść do tego, który składnik pokarmu nie jest dobrym wyborem? Jeśli chleb zjedzony w poniedziałkowy ranek spowoduje ból stawów w środę wieczorem, zidentyfikowanie przyczyny dyskomfortu może być bardzo trudne. Nietolerancja, w przeciwieństwie do alergii, raczej nie stanowi zagrożenia życia. Za to z pewnością jest ograniczeniem, które sprawia, że korzystanie w pełni z danego czasu pozostaje raczej w sferze marzeń.

Chyba zgodzisz się ze mną, że jeśli uporczywe zapalenie zatok czy nawracające ataki migrenowe to nasza codzienność, bardziej skupiamy się na przetrwaniu kolejnej doby niż na tym, jakie możliwości niesie nowy dzień. Kilka lat temu miałam na konsultacji młodą, śliczną kobietę, która w nieskończoność zwlekała z ustaleniem daty ślubu. Powód był prozaiczny. Wiedziała, że nie jest w stanie przewidzieć, czy w tym szczególnym dniu po raz już nie wiadomo który w najmniej odpowiednim momencie nie dos­tanie właśnie ataku migreny. Ciągle zbyt wiele osób myśli, że migrena = ból głowy. A to zjawisko znacznie bardziej skomplikowane. Niestety, z autopsji wiem, jak udręczony może być człowiek, którego dolegliwości nie da się określić na papierze ani wykazać podczas jakichkolwiek standardowych badań. Jeszcze gorzej, jeśli jest się posądzanym o symulowanie.

Pamiętam, że dawno temu w jednym z opracowań traktujących o badaniach nad tą przypadłością przeczytałam, iż jest to choroba nie genetyczna, a rodzinna. Niestety, mimo intensywnych poszukiwań nie znalazłam na ten temat żadnych bardziej precyzyjnych informacji. To, że kwalifikowano ją tak, a nie inaczej, niczego nie zmieniało. Nadal w mojej rodzinie z jej powodu cierpiały trzy pokolenia. Szkoda, że wtedy nikt jeszcze nie wiedział, iż spożywany codziennie pokarm może nie być tolerowany przez organizm. Kiedy teraz, po latach, słyszę, że ktoś "w spadku" dostał chorobę genetyczną (miała ją babcia, mama i on czy ona też ją ma), mówię o swoim przypuszczeniu, iż jej źródła bardziej niż w genach należy doszukiwać się w zawartości wspólnych w rodzinie... patelni i garnków.

O przyczynach nietolerancji pokarmowej prawdopodobnie za jakiś czas dowiemy się więcej. Teraz mówi się, że jej powodów należy upatrywać przede wszystkim w niedostatecznym trawieniu. Jednym ze sposobów reagowania organizmu na to, co otrzymuje w żywności, jest wytwarzanie przeciwciał typu IgG (w alergii IgE). To właśnie one łącząc się z białkami zawartymi w pokarmach, tworzą bardzo niepożądane tzw. kompleksy immunologiczne. Jeśli nie ma ich zbyt wiele, układ odpornościowy poradzi sobie z ich wyeliminowaniem. Jeżeli jednak zostanie nimi przeciążony, to one zaczną grać pierwsze skrzypce. Zamiast opuścić ciało, znajdą sobie w nim wygodne dla siebie przestrzenie (np. stawy) i je zasiedlą.

Testy identyfikujące nietolerowane produkty są u nas dostępne od niedawna. Dlatego również od niedawna łatwiej spotkać kogoś, komu dzięki tej dość prostej metodzie diagnostycznej udało się rozwiązać problemy trwające całymi latami. Czasem aż trudno uwierzyć, jak przedziwnie może reagować ustrój na składnik pożywienia, z którym za nic nie umie sobie poradzić, mimo iż ma z nim kontakt każdego dnia.

Jak się w najprostszy sposób dowiedzieć, których pokarmów lepiej unikać?

Testów wskazujących na produkty spożywcze źle tolerowane jest pewnie co najmniej kilka. Na sobie i swojej rodzinie sprawdziłam ten o nazwie FoodDetective. W przypadku kiedy trudno ustalić przyczynę wyjątkowo dokuczliwego problemu zdrowotnego, proponuję skorzystać z opcji na co najmniej 120 albo nawet 200 składników (tę możliwość daje Food Print). Czasami zdarza się, że nietolerancja dotyczy dużej liczby produktów, które do tej pory w naszym codziennym żywieniu zajmowały wiele miejsca. Kiedy nagle dowiadujemy się, że niemal wszystko, do czego zdążyliśmy przywyknąć, nam szkodzi, sytuacja staje się wyjątkowo niekomfortowa. Wówczas pierwsze kroki najlepiej skierować do doświadczonego dietetyka, który fachowo nas poprowadzi i pokaże nam, że nawet z najtrudniejszych zawirowań w tej sferze też da się wyjść. A co najważniejsze, że da się odzyskać dobre samopoczucie i w konsekwencji zdrowie.

Jakiś czas temu na temat tychże analiz w rozmowie z p. Ewą Mirkowicz, która już się pojawiła i jeszcze dwukrotnie zagości na łamach tej książki, usłyszałam: Propozycję współpracy z firmą, która ma w swojej ofercie te testy, otrzymałam już kilka lat temu. Długo nie byłam przekonana, czy powinnam wprowadzić je do swojego gabinetu. Zdanie zmieniłam dopiero wówczas, kiedy trafił do mnie mężczyzna od wielu lat usiłujący schudnąć przy pomocy najróżniejszych diet i metod. Mimo że zainwestował w to mnóstwo czasu i środków, nie uzyskał nawet minimalnych efektów. Waga nie drgnęła również wtedy, kiedy postępował zgodnie z moimi zaleceniami. Wtedy zaproponowałam mu przeprowadzenie testu mającego określić, jakich produktów spożywczych jego organizm nie toleruje. Zastosowanie się do wskazówek, które przygotowałam mu po uzyskaniu wyniku, zadziałało niemal jak dotyk przysłowiowej czarodziejskiej różdżki. Wtedy zrozumiałam, jak wielki ma to sens. Teraz już wiem na pewno, że jeśli nie rozumiemy przyczyny problemu, warto sprawdzić, czy organizm nie zmaga się z czymś, czego nawet nie podejrzewamy o to, że mogłoby nam szkodzić.

PS

W dwumiesięczniku, który pojawił się na naszym rynku w 2013 r. (na licencji brytyjskiej, tworzonym głównie przez lekarzy, światowej sławy pionierów w zakresie medycyny żywienia), zatytułowanym "O czym lekarze ci nie powiedzą", jest bardzo ciekawy artykuł o zmaganiach dr Carole Kelly (ogłoszonej w 1997 r. w Wielkiej Brytanii Lekarzem Roku) z całe lata niezidentyfikowanym, ale wyjątkowo dokuczliwym wrogiem, jakim była nietolerancja pszenicy i mleka. To zapoczątkowało cały szereg problemów, które doprowadziły ją do prawdziwego kryzysu zdrowotnego. Gorąco polecam lekturę artykułu Całe życie miałam nietolerancję pokarmową i nie zdawałam sobie z tego sprawy (nr 2/2014, s. 79 - 81).

To nie moda, to konieczność

Jedną z najbardziej brzemiennych w skutkach nietolerancją, której przebieg u różnych osób może nie wykazywać żadnych podobieństw (to jedna z przyczyn tego, że długo nie podejmuje się właściwych działań diagnostycznych), jest ta na gluten.

Celiakia jest chorobą autoimmunologiczną, w której ścisłej diety bezglutenowej trzeba przestrzegać całe życie. Szczęściarzem jest ten, u którego choroba ta została zdiagnozowana możliwie najwcześniej. Jednak u wielu osób, u których schorzenie to wykluczono, występuje właśnie (zdarza się, że przemijająca) nietolerancja glutenu. Problem tkwi w tym, że białko to z racji właściwości klejących i wiążących jest szczególnie chętnie wykorzystywane w przemyśle spożywczym. Tym sposobem znajduje się nie tylko w produktach naturalnie je zawierających. Nie jest niespodzianką, że źródłem problemu może być pieczywo. Jednak już wcale nie tak oczywiste jest, że gluten czai się chociażby w serach, wędlinach, wszelkich przetworach puszkowanych, gotowych sosach, musztardzie, słodyczach, deserach, a nawet przyprawach czy alkoholach.

Jak w dużym uproszczeniu i największym skrócie można pokazać, w jaki sposób gluten rujnuje zdrowie osobie go nietolerującej?

Zdrowe jelito pokryte jest... wyrostkami. To kosmki jelitowe. Te maleństwa odgrywają w organizmie człowieka niebagatelną rolę.

Jeśli kosmki nie mogą działać prawidłowo, człowiek ma poważne kłopoty. Dzieje się tak dlatego, że to właśnie ich rolą jest absorbowanie z pożywienia składników odżywczych. Jednym z pierwszych niepokojących sygnałów może być szybka utrata wagi. Możesz pomyśleć: pozbywanie się kilogramów, w dodatku szybkie, czemu nie? Niestety, w zdecydowanej większości przypadków zamiast powodem do radości zjawisko to jest przyczyną bardzo poważnego niepokoju i niemałej troski.

Wyobraź sobie sytuację młodziutkiej kobiety, dwudziestoletniej studentki. Jak większości bardzo zależy jej nie tylko na dobrym samopoczuciu, ale i możliwie najlepszym wyglądzie. Niestety, zmaga się ona z takim problemem jak ten opisany poniżej. Skóra zdrowej do niedawna dziewczyny pokrywa się swędzącymi plamami na łokciach, pośladkach, pod kolanami, na tylnej stronie nóg, a także w okolicy lędźwiowo-krzyżowej. Długotrwałe leczenie dermatologiczne nie daje najmniejszych rezultatów, za to dołącza sporo działań ubocznych. Kiedy jej desperacja zaczyna sięgać zenitu, pojawia się cień szansy. W okolicznościach, w których zupełnie nie spodziewa się, że mogą mieć aż tak pozytywny wpływ na powrót do zdrowia, dowiaduje się, na jak wiele sposobów może objawiać się nietolerancja glutenu, składnika w żywności niemal wszechobecnego. Po badaniach stwierdzających, że sprawcą jej problemów jest rzeczywiście to toksyczne białko, przechodzi na ścisłą dietę i wszystko wraca do normy. Wtedy dowiaduje się, że jej stosunkowo rzadka dolegliwość to Dermatitis herpetiformis, czyli opryszczkowe zapalenie skóry, nazywane również skórną manifestacją celiakii.

Od czasu do czasu zdarza mi się słyszeć o tym, że dieta bezglutenowa jest modna. Przyznaję, że czuję wtedy spory dyskomfort. Mam nadzieję, że po lekturze poniższych historii zrozumiesz, co jest jego przyczyną. Jeśli czyjaś świadomość wzrosła na tyle, iż mimo tolerowania glutenu decyduje się na jego wyeliminowanie, szczerze podziwiam i gratuluję. Natomiast osobom postrzegającym takie praktyki jako przejaw mody radziłabym powściągliwość, zwłaszcza w obecności osób, dla których absolutnie ścisła dieta bezglutenowa jest jedynym ratunkiem i szansą na normalne życie. Czujność muszą zachowywać zawsze i wszędzie, ponieważ najmniejsze odstępstwa mogą być źródłem niemałych kłopotów. Jeśli nie masz w swoim otoczeniu kogoś, kto zmaga się z takim problemem, masz prawo nie wiedzieć, na czym on polega. Pamiętaj jednak, że jeżeli zdarzy Ci się znaleźć w towarzystwie kogoś na diecie bezglutenowej, jedną z największych przykrości, jaką możesz mu sprawić, jest powiedzenie: Nie przesadzaj. Nic ci nie będzie, jak raz zjesz to co wszyscy. Mniej więcej tak samo zadziała zwrócenie się do gościa słowami: Nie mam nic dla ciebie, bo właściwie nie wiem, co jadasz. O niebo lepsze będzie jedno z dwóch wyjść: albo nie zapraszaj, albo po prostu się dowiedz. To drugie rozwiązanie z pewnością zostanie bardzo docenione.

Dzięki uprzejmości osoby współtworzącej Polskie Stowarzyszenie Osób z Celiakią i na Diecie Bezglutenowej, p. Pauliny Sabak-Huzior, udało mi się zaprosić do podzielenia się swoim doświadczeniem trzy dzielne, wspaniałe kobiety.

Jestem Milena. W kierunku celiakii zostałam zdiagnozowana w marcu 2011. Doszło do tego wreszcie po niezliczonej ilości wizyt u lekarzy i wielu przykrych słowach, które od nich usłyszałam. Kilka lat wstecz miałam w swoim życiu bardzo burzliwy okres. Jego skutkiem była nagła utrata 15 kilogramów wagi. Doszło do tego zaledwie w ciągu miesiąca. Jadłam wtedy bardzo nieregularnie albo wcale. Cały czas towarzyszyły mi bóle brzucha, a także bardzo silne nerwobóle od pasa po obojczyki. Gorący czas minął, moje życie uspokoiło się. Miałam nadzieję, że teraz już będzie dobrze. Ale niestety, coś zaczęło się dziać z moim zdrowiem. We wrześniu 2010 r. zaczęłam odczuwać silne kłucia w sercu, ucisk w okolicy mostka, dokuczały mi związane z tym "zadyszki". Wyniki EKG, krwi i inne - książkowe. Lekarka rodzinna stwierdziła, że to nerwy, więc powinnam brać ziołowe tabletki na uspokojenie. Mimo zaskoczenia postąpiłam według zaleceń. Objawy na chwilę ustąpiły. Po Świętach Bożego Narodzenia zaczęłam zażywać kwas foliowy. W styczniu pojawiły się ostre kłucia w sercu, mocny ucisk w okolicy mostka i bardzo silne mdłości. Niestety, to nie była ciąża, choć początkowo tak z mężem myśleliśmy. Kolejna wizyta u lekarza nie była przyjemna. Usłyszałam, że wymyślam sobie choroby (dosłownie!). Miałam wrażenie, że na odczepnego, na tzw. "zapchaj dziurę", dostałam skierowanie na badanie na obecność Helicobacter pylori. Wynik okazał się pozytywny. Otrzymałam zalecenie przejścia na dietę jak przy refluksie przełykowym. Kolejne etapy postępowania to badanie przełyku u laryngologa i gastroskopia. Badającą mnie lekarkę zaniepokoił stan mojej dwunastnicy. Pobrano wycinki. W międzyczasie miałam atak kolki nerkowej i ostre zapalenie tchawicy. Wynik gastroskopii pokazał obraz odpowiadający chorobie trzewnej - niewielka liczba kosmków, maksymalna wysokość 1/3 normalnej. Poza tym stan zapalny. Wielkie kolejne zaskoczenie czekało mnie w gabinecie znanej mi już lekarki rodzinnej. Powiedziała (cytuję): "Histopatologia kłamie". Uznała, że jeśli już chcę, to na jakieś 3 miesiące mogę przejść na dietę bezglutenową, że mi to nie zaszkodzi. Dostałam kolejne skierowanie do gastrologa. W celu potwierdzenia choroby trzewnej musiałam zrobić badanie z krwi (wynik tTg dodatni: 31,30 AU/ml). Przez wiele miesięcy zastanawiałam się, czy moja celiakia została odziedziczona. Moi bliscy i ja mieliśmy podejrzenia, że chorobę niesie moja babcia (zaawansowana anemia, osteoporoza, chora tarczyca itp.). I rzeczywiście. Dopiero po trzech latach dała się namówić na badania krwi. Okazało się, że mieliśmy rację.

W momencie przejścia na inne żywienie świat mój i moich bliskich wywrócił się do góry nogami. Wszystko trzeba było zmienić. Jednak dość szybko oswoiliśmy się z tematem. Dostępność bezglutenowych produktów z roku na rok jest coraz większa. Odkąd jestem na diecie, bóle ustąpiły, przybrałam na wadze i czuję się spokojniejsza - wiem, co mi jest i, co najważniejsze, co mam robić, by czuć się dobrze.

- Milena z Olsztyna

Jestem Daria, mam 24 lata. Moja przygoda z dietą bezglutenową zaczęła się 10 lat temu. Celiakia została u mnie wykryta przypadkiem. Jako dziecko nie miałam jej typowych objawów. Zawsze byłam szczupła i niska. Bolały mnie kości, miałam afty i później niż koleżanki dojrzewałam.

Nikt jednak nie wpadł na to, że powodem może być celiakia. Z początkiem roku 2004 trafiłam na oddział reumatologiczny. Mamę niepokoiły moje silne bóle kości. W tym samym czasie z powodu niskiego wzrostu mojego brata mama wędrowała z nim od lekarza do lekarza. W końcu endokrynolog polecił przebadać go pod kątem celiakii. Wtedy mama postanowiła zbadać i mnie. Badania krwi wykazały, że brat jest zdrowy, a to ja mam celiakię. Zrobiono mi również biopsję wycinka jelita cienkiego, potwierdzającą diagnozę: celiakia, III stopień zaniku kosmków jelitowych w skali Marsha, dieta bezglutenowa do końca życia.

Dla mnie, czternastoletniej dziewczynki, zabrzmiało to wtedy jak wyrok. Przepłakałam wiele godzin. Jak mam zrezygnować z jedzenia chleba, pizzy, ciast? Po pewnym czasie zaczęłam zauważać, że dieta zaczyna mi pomagać. Dzięki niej przede wszystkim zaczęłam dojrzewać. W ciągu dwóch lat przytyłam 12 kg i urosłam 12 cm. Ustały bóle kości i zniknął problem aft. Po 3 latach ścisłej diety, po kolejnych badaniach krwi, lekarka skierowała mnie na półroczną prowokację, dając mi nadzieję, że dotychczasowe ograniczenia nie będą konieczne. Przez pół roku jadłam więc "normalnie" i czułam się świetnie. Po sześciu miesiącach trafiłam do prof. Karczewskiej, której na wieść o prowokacji opadły ręce. Ponowne badania z krwi potwierdziły celiakię. Niedługo później zostałam przez p. profesor objęta programem badającym, czy dana osoba ma gen, który odpowiada za występowanie celiakii. Owszem, mam taki gen.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że celiakia przyniosła mi wiele pozytywów. Prócz tego, że odczułam dużą poprawę zdrowotną, zaczęłam bardziej zwracać uwagę na to, co jem. Czytanie składu produktów szybko weszło mi w nawyk. Po jakichś dwóch, trzech latach od przejścia na dietę zapisałam się do Polskiego Stowarzyszenia Osób z Celiakią i na Diecie Bezglutenowej. Poznałam tam sympatyczne, otwarte osoby, zaangażowane w to, co robią. Zobaczyłam, że z celiakią da się normalnie żyć. Jeździłam na wszelkie możliwe spotkania, warsztaty, konferencje. W miarę swoich możliwości zaczęłam angażować się w życie Stowarzyszenia, co sprawia mi ogromną radość. Nawiązałam i nadal nawiązuję ważne dla mnie kontakty. Najpierw przez forum internetowe, później w świecie realnym. Niektóre trwają już dobre 6 lat.

- Pozdrawiam serdecznie, Daria

Odkąd pamiętam, czułam się źle. Już jako dziecko miałam problemy z przewodem pokarmowym. Jednak wtedy nikt nie wiązał tego z glutenem. Na wszelkie niestrawności najlepszym "lekarstwem" była... biała, czerstwa bułka! Z roku na rok było coraz gorzej. Do objawów gastrologicznych doszły neurologiczne, silne i częste migreny z zaburzeniami widzenia, trudności z koncentracją, luki w pamięci, bóle głowy. Do tego te odwieczne problemy trawienne. I to wszystko u dziecka. Kiedy osiągnęłam wiek dorosły, studia prawnicze powodowały rzeczywiście silny stres i właśnie wtedy moja celiakia pokazała swe pełne oblicze. Przez niemal dwa lata codzienne biegunki, przeplatane mdłościami i wymiotami, bólami głowy, zapaleniem stawu kolanowego, wypadające garściami włosy, apatia, senność, depresja, spadek wagi o prawie 10 kilogramów. W ostatnim etapie, na chwilę przed diagnozą, porażenie nerwu twarzowego. Znużona tym wszystkim praktycznie przestałam jeść. Zdiagnozowanie problemu zajęło prawie 2 lata. Wędrówki od gabinetu do gabinetu. Szereg badań, wśród których niestety zabrakło tego jednego, właściwego. Czułam, że tracę czas. Od kolejnych lekarzy słyszałam, że taka moja uroda, bo wszystkie wyniki są prawidłowe. A przecież wiedziałam, że coś mi jest i już nie mam siły na takie funkcjonowanie. Nikt przecież nie spędza życia w toalecie... Trafiłam wreszcie na lekarza, który po przejrzeniu wszystkich moich wyników badań zasugerował określenie przeciwciał w kierunku celiakii. To był strzał w dziesiątkę! Tyle zmarnowanego czasu, doprowadzenie do organizmu do takiego wycieńczenia. Porażenie nerwu twarzowego szczęśliwie się cofnęło, kiedy problem był tylko jeden. Jednak lekarstwem na niego z pewnością nie była czerstwa pszenna bułka. Gluten dał mi mocno w kość. I wcale nie od razu po jego wycofaniu z mojego pożywienia było lepiej. Bym wreszcie mogła poczuć się jak normalny, zdrowy człowiek, musiał upłynąć prawie rok ścisłej diety bezglutenowej.

- Paulina

Jak widzisz, niewiele ma to wspólnego z modą. Dla niektórych to bezwzględna konieczność.

Jak trwoga, to do... dr Dąbrowskiej

Jednym z lekarzy, których świadomość znaczenia żywienia pozbawionego glutenu jest przeogromna, jest osoba, o której napiszę w tym rozdziale.

Pierwszą książeczkę (przy tak niewielkich rozmiarach to chyba adekwatne określenie) autorstwa dr Ewy Dąbrowskiej nabyłam kilka lat temu w poznańskiej księgarni w okolicach Starego Browaru. W oczekiwaniu na zakończenie wakacyjnych tanecznych zajęć naszych córek przechadzałam się między regałami wypełnionymi mnóstwem poradników, spośród których wybrałam Przywracać zdrowie żywieniem. Przywiozłam go do domu, odłożyłam i... zapomniałam o nim. Co jakiś czas przy porządkowaniu biblioteki na moment trafiał w moje ręce, by po otarciu z kurzu z powro­tem powędrować na półkę. W jakich okolicznościach obok niego stanęła książka Ciało i ducha ratować żywieniem - już nie kojarzę. Pięć lat później, na skutek pewnego splotu wydarzeń, moje zainteresowanie tematem poruszanym na łamach obu publikacji stało się na tyle żywe, iż nie wystarczyła już jedynie lektura. Oboje z Mężem postanowiliśmy na sobie sprawdzić, co tak naprawdę oznacza coraz bardziej znana i chyba już nawet słynna dieta owocowo-warzywna. Przeczytaliśmy, co było do przeczytania, wysłuchaliśmy, co było do wysłuchania, i wyposażeni w nową wiedzę pewnego sierpniowego dnia wyruszyliśmy na Kaszuby.

Kto trafia do ośrodków, w których nadzór medyczny sprawuje dr Dąbrowska?

Zjeżdżają tu ci, których świadomość prozdrowotna ciągle wzrasta. Dzięki temu zaczynają rozumieć to, co do niedawna wcale nie było tak jasne. Chorujący przewlekle, nauczeni własnym doświadczeniem, wiedzą, że leczenie farmakologiczne podtrzymuje życie i je przedłuża. Jednak nie liczą już na to, że leczenie to sprawi, iż problem, z którym się zmagają, przestanie istnieć. W ośrodkach położonych wśród malowniczych jezior i lasów spędzają swoje urlopy także ci, którzy nie chcą powtórzyć smutnego losu swoich ciężko chorych krewnych. Na dwa czy więcej tygodni lokują się w nich osoby świadome, że dla długiego, dobrego życia o wiele ważniejsza niż ta zewnętrzna jest "uroda" od wewnątrz. Podczas swojego pierwszego krótkiego pobytu spot­kaliśmy tam też ludzi, którym wystarczyła jedynie rekomendacja innych. Nawet bez zagłębiania się w to, na czym polega ten szczególny sposób na zdrowie, zdecydowali się poddać kuracji, która przynajmniej na jakiś czas fantastycznie odświeży ich ciało i umysł. Za rok znów tu przyjadą. Za dwa lata zapewne też. Kuracjusze przybywają zewsząd. Zaledwie w ciągu kilku dni mieliśmy przyjemność spotkać (prócz mieszkańców naszego kraju) gości z wielu stron świata, od państw europejskich, przez Izrael, aż po Stany Zjednoczone i Kanadę.

Na czym polega metoda opatentowana przez dr Ewę Dąbrowską?

To, najprościej rzecz ujmując, takie "sterowanie" organizmem, by pozbył się zalegających w nim niepotrzebnych, szkodliwych dla zdrowia złogów. "Przypomnienie mu" za pomocą bardzo specjalnej (choć jedynie krótkotrwałej, stosowanej okresowo) diety, jak ogromne tkwią w nim możliwości samoregeneracji, a dzięki temu powrotu do zdrowia.

Doktor Dąbrowska jest lekarzem klinicznym chorób wewnętrznych. Z pewnością inni doświadczeni interniści również doskonale wiedzą, iż w przypadku choroby przewlekłej leki farmakologiczne sprawiają, że ustępują jedynie jej objawy, a nie ona sama. Schorzenie nie znika. Ono zostaje i... postępuje. Ponieważ farmakologia nie jest dla organizmu obojętna, a często silnie toksyczna, kłopoty ze zdrowiem z upływem lat zamiast być niwelowane, narastają. Niby powszechnie to wiadomo, ale co z tego? Pani doktor nie zamiata problemu pod przysłowiowy dywan. Nie tylko wyraźnie o tym mówi, ale także podaje konkretne i, co najważniejsze, skuteczne rozwiązania.

Będąc w sile wieku, rzadko myślimy, jak będzie za lat dwadzieścia. A przecież nie tak trudno to przewidzieć. Przyszedł mi właśnie do głowy pomysł z lekka szalony. Gdyby tak z okazji urodzin sprawić sobie dość szczególny prezent? Co powiesz na to, by na tę wyjątkową okoliczność wygospodarować ze trzy godziny i spędzić je... pod drzwiami gabinetu internisty? Wolisz kardiologa? Hipertensjologa (to lekarz od wysokiego ciśnienia! W Polsce mamy tę specjalność od 2006 r.)? A diabetolog? O! Ten ostatni będzie w sam raz. Może już nawet potrafisz sobie wyobrazić, kogo tam spotkasz i jakich rozmów będziesz świadkiem? Jakie tematy będą przeważały w dyskusjach ludzi oczekujących na kolejną, nie wiadomo już którą wizytę? Jeśli trafisz na osoby ze stopą cukrzycową zakwalifikowaną do amputacji, powinno zadziałać. Szczególnie głębokim refleksjom sprzyja moment wkraczania w kolejną dekadę. Pomyśl: czy taki prezent na okrągłe urodziny (zwłaszcza w wieku tzw. średnim) nie jest doskonałą inwestycją w dobrą, zdrową przyszłość?

Ale wróćmy do wspomnianego wcześniej "sterowania" ustrojem. Na czym ono polega? Cóż to za mechanizm? Jak on działa? Co i kiedy robimy nie tak, że działamy przeciwko sobie? Tym, co, jak i dlaczego, zajmiemy się w kolejnym rozdziale. Wszystko to w dużym uproszczeniu, bo patent na co i jak ma niezwykła osoba, o której tu mowa. A ja zapraszam Cię do lektury niewielkiego szkicu, zaledwie namiastki, wręcz śladowych ilości wiedzy, którą z wielkim poświęceniem i nieprawdopodobną charyzmą propaguje dr Dąbrowska.

Czym jest odżywianie endogenne?

Co takiego radzi dr Ewa Dąbrowska? Co łączy ją ze szwajcarskim lekarzem sprzed stu lat? Co sprawia, że kiedyś dr Bircher-Benner z Zurychu, a w naszych czasach ona to osoby dokonujące niemal cudów? Co takiego dzieje się w ludzkim ciele, że dla obojga przywracanie zdrowia żywieniem stało się nie tylko wielką pasją, ale i swego rodzaju misją?

Organizm człowieka to najwspanialsza machina dążąca do utrzymania równowagi. Jeśli sam zainteresowany tej niewiarygodnie genialnej konstrukcji starałby się przynajmniej nie przeszkadzać, wszystko miałoby szansę działać bez zarzutu. Ale czy działa? Gołym okiem widać, że nie. Wystarczy przyjrzeć się niemającym końca kolejkom do lekarzy specjalistów bądź porozmawiać z kimś, kto jest w trakcie chemioterapii. Niech opowie o tym, co widzi na szpitalnych korytarzach, o tym, jak wiele osób każdego dnia korzysta z tej formy walki z zaawansowaną chorobą. Skoro ludzki organizm jest geniuszem absolutnym, skąd się bierze rosnąca z roku na rok fala przeróżnych problemów?

Bez wątpienia przyczyn tego stanu rzeczy trzeba upatrywać między innymi, a może przede wszystkim, w dość szczególnej zuchwałości człowieka. W tym, że w celu przechytrzenia natury spreparował niezliczoną ilość trucizn, które teraz kpią z niego, osłabiając go i niszcząc. Poprzez opracowywanie i ciągłe, w jego mniemaniu, udoskonalanie skomplikowanych procesów chemicznych sprawił, że pokarm (biotwórczy, czyli rozwijający życie, i bioaktywny - podtrzymujący je), który dodając zdrowia, miał mu służyć, z racji tego, że jest toksyczny i martwy (biostatyczny - zwalniający procesy życiowe, biobójczy - niszczący życie), konsekwentnie go rujnuje.

Wróćmy jednak do pytania zawartego w tytule.

Czym jest odżywianie endogenne? To kolejna szansa, którą dostajemy od wszechwiedzącej Matki Natury. To proces zmierzający do odnowy organizmu. Jest inicjowany na skutek odcięcia lub poważnego ograniczenia dopływu pożywienia z zewnątrz, radykalnego zmniejszenia dowozu węglowodanów, białek i tłuszczów, a w konsekwencji kalorii. Kiedy dostawa pokarmu zostanie przerwana lub mocno zredukowana, ustrój człowieka, by przetrwać, musi zacząć czerpać z wnętrza ciała. Żeby utrzymać prawidłowy skład krwi, sięga do... własnych tkanek! Niesamowite jest to, że w swej absolutnej doskonałości wie, od czego zacząć. Najpierw zużywa to, czego jest w nim za dużo. Zaczyna od wydalenia nadmiaru wody, dzięki czemu ustępują obrzęki. Wiele osób słysząc, że miałyby przez jakiś czas czerpać składniki odżywcze jedynie z warzyw i owoców, jako pierwszy argument przeciw podaje niedobór białka. Nie wiedzą o tym, że właśnie w tej sytuacji celem staje się wszystko, co ma w sobie proteiny. To coś, o czym na co dzień raczej nie myślimy, coś, co na pewno nie jest ani trochę piękne. To wszelkie skrzepy, złogi (dr Dąbrowska podaje, że chory na miażdżycę ma w swoim ciele dodatkowych 6 kg białka), blizny, ogniska bakteryjne, łuski, narośla, włókniaki, przerośnięte tkanki czy zwyrodniałe komórki. Ponieważ dieta owocowo-warzywna zawiera pięć razy mniej protein aniżeli odżywianie standardowe, organizm sięga właśnie po białko i je zużywa. Czy można wyobrazić sobie doskonalszy mechanizm?

Załóżmy, że do tej pory ten temat był Ci zupełnie obcy. Chociażby dzięki temu, co tu czytasz, powoli zaczynasz się z nim oswajać. Rodzi się jednak pewna wątpliwość. Masz prawo przypuszczać, że jeśli jadłospis skonstruowany jest tak, by dzienna wartość energetyczna pokarmu oscylowała pomiędzy 400 a 800 kcal (i ani jednej więcej), może temu towarzyszyć głód. Owszem, pierwsze dwa, trzy dni nie są łatwe. Zwłaszcza w przypadku osób, które zupełnie nie bacząc na konsekwencje zdrowotne, przez wiele lat dogadzały przede wszystkim swojemu podniebieniu. Jeśli nie mają one za sobą nawet niewielkich epizodów oczyszczających organizm, rzeczywiście mogą czuć się kiepsko. Możliwe, że konieczne będzie nawet pozostawanie w łóżku. Jednak kiedy ten krótkotrwały kryzys minie, będzie już tylko lepiej. Nie jedynie dlatego, że nastąpi naturalne zjawisko wyłączenia ośrodka głodu. Czyż to nie genialne, że organizm naprawiając to, co wskutek zaniedbań zostało uszkodzone, zapewnia jeszcze komfort nieodczuwania łaknienia? Jeśli ktoś jest na tyle niezdyscyplinowany, że dojada (wystarczą słodkie owoce), cały proces zostaje przerwany, a głód wraca. Wtedy ciało zaczyna się domagać ilości standardowej, czyli co najmniej dwóch tysięcy kalorii.

Czy to nie cudowne, że dostając szansę na odnowę bez użycia skalpela, w trakcie trwania kuracji jako szczególny rodzaj bonusu otrzymujesz doskonałe samopoczucie? Ile jest w Twoim otoczeniu osób, które korzystają z dobrodziejstwa tej metody? Twoi znajomi nigdy o tym nie słyszeli? W porządku. A jeśli dzięki Tobie taką wiedzę posiądą? Jak wielu z nich nie tylko postanowi, ale i podejmie działania, by własnemu ciału przywrócić pełnię możliwości?

W wypowiedziach niektórych dietetyków postrzegających odżywianie przez pryzmat tylko i wyłącznie wiedzy tzw. oficjalnej zauważyłam niemało niedomówień i nieścisłości. Jeśli jako jedyny wyznacznik do oceny diety miałaby posłużyć liczba dostarczonych kalorii (od 400 do 800), to rzeczywiście taki sposób żywienia można uznać za niewystarczający, bo wyraźnie niedoborowy. Gdyby chodziło tylko o to, każdy, kto spożywa 400 kcal, z obawy o utratę energii powinien leżeć w łóżku, najlepiej bez przewracania się z boku na bok. Przecież w szkole uczono nas, że nawet najmniejsza aktywność zużywa energię! To prawda. Tyle że w tym przypadku jest zupełnie inaczej. Osoby jedzące warzywa i owoce o najniższej wartości odżywczej są po przespanej nocy tak pełne wigoru, że jeszcze przed śniadaniem potrafią przejechać na rowerze ok. 30 kilometrów. W dodatku po ścieżkach prowadzących przez całkiem spore wzniesienia. Na tym zwykle nie koniec. W ciągu dnia również mają całe mnóstwo wysiłku. Pływają, ćwiczą w sali i na powietrzu, spacerują, a bywa, że jeszcze wieczorami tańczą. To nie żaden wyjątek. To standard.

W ostatnich latach dużo mówi się o przeładowaniu naszych ciał toksynami. Również o tym, że to one są przyczyną wszystkich chorób. Bez znaczenia jest, czy są to trucizny biochemiczne, bakteryjne, czy może wspomniane już kompleksy immunologiczne. Warto wiedzieć, że toksyny trafiające do organizmu mają zdolność upośledzania funkcji znajdujących się w Twoim "wyposażeniu" trzech układów regulujących (hormonalnego, immunologicznego i nerwowego). Kiedy w Twoim wnętrzu są toksyny, działanie systemów powołanych do utrzymania równowagi zostaje zaburzone. Być może zdarzyło Ci się słyszeć, że układ immunologiczny to Twój najlepszy osobisty lekarz. Nie wiem, czy lekarz, z pewnością jednak to centrum zawiadujące rozpoznawaniem zagrożenia i naprawą. Eliminuje wszystko, co obce. Nie tylko bakterie czy wirusy. Również wszelkie zwyrodnienia, wszystko, co nie jest Twoje. Sprawny układ obronny toleruje to, co własne, i wspiera regenerację. Czy nie wydaje Ci się niezwykłe to, że mając świadomość pewnych mechanizmów, możesz przywrócić działanie enzymu (delta 6-desaturazy), który już dawno został wyłączony? Enzymu arcyważnego, bo mającego zdolność sprawić, że to, co przestało już działać, znów zacznie funkcjonować. Mimo ogromnej roli, jaką odgrywa w organizmie, zostaje zablokowany na skutek spożywania wysoko przetworzonych olejów roślinnych, tłuszczów zwierzęcych, nadmiaru cukru i alkoholu.

Koncepcja leczenia dietą owocowo-warzywną, a właściwie szczególnym rodzajem postu, jest wspólna dla każdej specjalności medycznej. To naturalne wspieranie systemów regulacyjnych przez oczyszczanie organizmu ze śmieci i trucizn. Twój układ obronny potrafi zniszczyć, co trzeba, i co trzeba, odtworzyć. Skoro w swojej absolutnej doskonałości jest w stanie przywrócić równowagę zapisaną w genach, możemy mówić tu o czymś tak niesamowitym jak immunorekonstrukcja.

Jak już wspomniałam, sposób na zdrowie propagowany przez dr Dąbrowską nie jest dietą do stosowania na co dzień. Jest metodą leczenia, terapią, z której można korzystać jedynie okresowo. Nie zadziała, jeśli będzie stosowana zbyt krótko. Zadziała niewłaściwie, jeżeli będziesz ją kontynuować ponad przewidzianą normę. W tym drugim przypadku będzie miało szansę sprawdzić się powiedzenie: Co za dużo, to niezdrowo.

Zanim wprowadzisz dietę-post, nie tylko warto, ale koniecznie trzeba możliwie dokładnie zapoznać się z jej założeniami i zasadami. To niezwykle ważne, gdyż najmniejsze odstępstwo może spowodować przerwanie odżywiania endogennego, a w konsekwencji niedożywienie. Efektem odpowiednio przeprowadzonej diety owo­cowo-warzywnej opatentowanej przez dr Ewę Dąbrowską jest rewitalizacja organizmu, jego wewnętrzne odmłodzenie. Jeśli chcesz doświadczyć niesamowitego dobrodziejstwa tej metody, przynajmniej po raz pierwszy dobrze jest zrobić to w specjalizującym się w niej ośrodku. (Dotyczy to zwłaszcza osób zażywających leki, których nie można odstawić bez konsultacji z lekarzem. Im nie tylko odradzam działanie na własną rękę, ale i przed nim przestrzegam). Po takim preludium znacznie łatwiej przeprowadzić kolejne kuracje w domu. Choć nasi nowi znajomi doskonale poradzili sobie z postem sześciotygodniowym (z czego aż 28 dni w warunkach domowych), my po powrocie wytrwaliśmy zaledwie tydzień. Fakt, że od początku właśnie takie było założenie. Poza tym jak w każdym działaniu i tu potrzebna jest wystarczająco silna motywacja. My potraktowaliśmy to raczej w kategoriach eksperymentu. W tym roku z wielką przyjemnością jeden letni tydzień zrobiliśmy sobie owocowo-warzywny, rzecz jasna z zachowaniem wszelkich zasad. Już w drugim dniu odczuliśmy niezwykłą wdzięczność naszych organizmów w postaci wielkiego przypływu energii.

Dość ciekawą sprawą w trakcie odżywiania endogennego są tzw. kryzysy ozdrowieńcze. To takie niesamowite momenty, w których organizm w dość szczególny sposób przypomina, co się zdarzyło dawno temu, a z jakiegoś powodu nie zostało wyleczone do końca. Teraz daje on znać, że odnalazł to felerne miejsce, i przystępuje do usunięcia problemu. Jak wspomniałam, my pojechaliśmy przyjrzeć się metodzie, na sobie sprawdzić jej działanie. Dowiedzieć się, czy przeprowadzenie takiego postu jest trudne. Jak powinno się zrobić to poprawnie? Co w trakcie takiej kuracji może się zdarzyć? I ku wielkiemu naszemu zaskoczeniu zdarzyło się u nas obojga. Dostaliśmy po jednym przypomnieniu sprzed wielu lat. Dolegliwości, o których dawno zdążyliśmy zapomnieć, znów z ogromną siłą dały o sobie znać. Jeśli mielibyśmy postawić na jakieś niedomagania, na pewno nie przywołalibyśmy właśnie tego, co tam nas dopadło. Pozwolisz, że opis tych bolesnych incydentów Ci daruję, natomiast wspomnę o czymś, co również bardzo nas zaskoczyło.

Pamiętam, że do wyjazdu do Gołubia przymierzałam się już przynajmniej kilka lat wcześniej. Jednym z ważnych powodów tego, że wówczas nie zdecydowałam się na udział w turnusie, było zapoznanie się z przykładowym menu na stronie internetowej ośrodka. Szczególnie dużo było w nim jabłek. Od kiedy sięgam pamięcią, w moim organizmie był jakiś defekt, na skutek którego na sam zapach świeżego owocu robiło mi się niedobrze. O jedzeniu nie było absolutnie mowy. Po ubiegłorocznej kuracji, a właściwie już w jej trakcie okazało się, że sąsiedztwo osoby ze smakiem zajadającej jabłko o dziwo nie stanowi już dla mnie żadnego problemu, a i sama mogę je zjeść bez nieprzyjemnych następstw.

W publikacjach dr Dąbrowskiej jest wiele arcyciekawych historii powrotu do zdrowia. Komuś, kto nie rozumie mechanizmu wykorzystanego w tej metodzie, wszystkie one mogą się wydawać zupełnie nieprawdopodobne. A jednak! Cudowny geniusz, w którego absolutnie wyjątkowym towarzystwie (rzadko mając tego świadomość) idziemy przez życie, potrafi znacznie więcej, niż jest w stanie objąć umysł człowieka. Dlatego zamiast tracić czas i energię na spieranie się z tym, czy to możliwe, warto z tych wręcz niesamowitych i doskonale udokumentowanych odkryć po prostu korzystać. Serdecznie zapraszam do sięgania do źródeł, gdzie na konkretnych przykładach pokazana jest ta, chwilami wydawać by się mogło, niewiarygodna inteligencja ciała człowieka. Do przypadków spisanych przez samą dr Dąbrowską (tysiące ludzi z niecierpliwością oczekują na kolejne jej publikacje) od siebie dorzucam coś jeszcze. Poprosiłam osobę, którą poznałam właśnie na turnusie w Gołubiu, o opowiedzenie własnej historii. Jeśli wiesz, czym jest tak ciężka choroba jak zaawansowane reumatoidalne zapalenie stawów, przeczytaj to opowiadanie z wielką uwagą. Jeżeli nie znasz tego schorzenia, poszerzenie horyzontów zapewne również Ci się przyda.

Zaczęłam chorować jako ośmiolatka. Chociaż żartuję, że trwa to już pół wieku, rzeczywiście to prawda. Mam 58 lat. Jako dziecko często się przeziębiałam. Zapadałam na niekończące anginy. Z leczeniem był problem, ponieważ byłam uczulona na penicylinę prokainową, najczęściej stosowany w tamtych czasach środek na większość chorób dziecięcych. Później sytuacja zaczęła się komplikować. Często miałam podwyższoną temperaturę (nawet do ponad 39°C). Bywało, że utrzymywała się przez dwa miesiące (niestety, zwykle wakacyjne). Moje OB było wtedy bardzo wysokie, morfologia słaba (tendencja do anemii), po czym wszystko wracało do normy. Taka sytuacja powtarzała się rokrocznie. Podczas którychś kolejnych wakacji w przyśrodkowej części moich przedramion pojawiły się czerwone, miękkie guzy. Nie były bolesne. Po dwóch tygodniach, bez jakiejkolwiek interwencji lekarskiej, zniknęły. Mimo iż wielokrotnie leżałam w szpitalu (powiatowym i wojewódzkim), żadne sensowne rozpoznanie choroby nie było postawione. Podczas następnych wakacji, po upadku z roweru, spuchł mi nadgarstek. Opuchlizna utrzymywała się wyjątkowo długo. Wówczas po raz pierwszy padło podejrzenie, przyczyną moich kłopotów ze zdrowiem może być jakaś choroba o podłożu reumatycznym. Skłaniano się ku młodzieńczej postaci reumatoidalnego zapalenia stawów. Trafiłam do Instytutu Reumatologicznego, gdzie diagnoza została potwierdzona. Leczono mnie głównie salicylanami (polopiryna). Dolegliwości to nasilały się, to słabły. Były krótsze lub dłuższe okresy remisji. Niestety, stany podgorączkowe utrzymywały się cały czas. Ponieważ rodzice starali się zapewnić mi możliwie najlepszą opiekę medyczną, konsultowali się w również ze specjalistami z innych placówek (m.in. z warszawskiego szpitala wojskowego przy ul. Szaserów). Próbowano różnych metod leczenia, zwłaszcza że każdy następny rzut był silniejszy i gościec atakował kolejne moje stawy (kolana - wysięki, biodra itd.). Byłam leczona m.in. 2-procentowym solganalem (złoto w zastrzykach domięśniowych). Po nim okres remisji trwał wyjątkowo długo. To pozwoliło mi skończyć studia, zdobyć zawód, wyjść za mąż i urodzić dziecko. Choroba poczyniła jednak wielkie spustoszenie. Mimo ciągłej rehabilitacji, wielokrotnego leczenia sanatoryjnego (Busko-Zdrój) w moich stawach, na skutek wstrzykiwanych w nie sterydów, doszło do znacznych zwyrodnień. Zniszczenie chrząstki stawowej bardzo utrudniało mi samodzielne poruszanie się. Dlatego konieczne okazało się operacyjne wmontowanie endoprotezy stawu biodrowego, a następnie kolanowego.

Moi najbliżsi, by zapobiec postępowi choroby, uciekali się do stosowania znanych w tamtych czasach ludowych metod. Były więc parafinowe kąpiele dłoni i kolan, picie naparów z ziół wg receptur ojca Klimuszki, nalewki z miodu, cytryny i czosnku, okłady z pogniecionych liści kapusty, spanie na materacu z gorczycy lub kasztanów, suche kąpiele w liściach brzozy (usuwanie toksyn z potem), smarowanie żywicą, maściami z prawoślazem lub propolisem, terapie jadem pszczelim i wiele innych. Wszystkie te zabiegi przynosiły ulgę, ale nie dawały całkowitego wyzdrowienia, którego tak bardzo pragnęłam. Mój organizm bardzo źle reaguje na przesilenie pracą (jestem ciągle czynna zawodowo), długotrwały stres, brak odpowiedniej ilości snu. Na skutek wielu lat życia z ciężką chorobą stwierdzono u mnie zmiany w tkance łącznej narządów wewnętrznych, np. serca (niedomykalność trzech zastawek), pojawiła się arytmia. Od 2008 r., kiedy weszłam w okres menopauzy, dolegliwości znów się nasiliły. Ponownie przez pięć lat aplikowano mi sterydy (Metypret, Metotrexat). To jedna z najpowszechniejszych metod leczenia chorób autoimmunologicznych. Początkowo leczenie było skuteczne, ale nie na tyle, by je w którymś momencie zakończyć. Z biegiem czasu pożądana efektywność działania leków znacznie zmalała, natomiast zaczęły dawać o sobie znać objawy uboczne w postaci problemów z widzeniem (mętnienie płynu w gałce ocznej i odklejanie się siatkówki). Spotkałam się też z przypadkiem znacznych ubytków słuchu na skutek długiego przyjmowania Metotrexatu. Po wiosennym przeziębieniu znowu doszło do znacznego zaostrzenia objawów RZS-u. Znów pojawiła się wysoka gorączka i utrudniający chodzenie znaczny obrzęk kolan (z wysiękami). Seria trzech antybiotyków nie przyniosła ulgi, za to doszło do zatrucia wątroby (wzrósł poziom transaminaz). Byłam bezradna. Nie widziałam dla siebie żadnego wyjścia. Mój organizm nie przyjmował już posiłków. Nawet picie wody było problemem. Moja skóra zmieniła zabarwienie. Odczuwałam niewielkie, trudne do precyzyjnego umiejscowienia, tępe bóle brzucha. Zalecono mi wykonanie kolonoskopii. Badanie nie wniosło nic nowego. Stwierdzono, iż podłożem fatalnego stanu mojego zdrowia jest silne zapalenie stawu kolanowego. Otrzymałam skierowanie na wykonanie zabiegu chirurgicznego (endoplastyka).

W tym czasie w Gołubiu Kaszubskim w ramach profilaktyki na dwutygodniowym turnusie pod patronatem medycznym dr Ewy Dąbrowskiej była moja przyjaciółka z mężem. Po wysłuchaniu wykładu dotyczącego wpływu sposobu odżywiania na przebieg i leczenie chorób autoimmunologicznych kazała mi tam natychmiast przyjeżdżać. Zrezygnowałam z terminu zabiegu operacyjnego i na sobie postanowiłam sprawdzić działanie postu owocowo-warzywnego. W ośrodku poddałam się testom na nietolerancję pokarmową. Okazało się, że na określenie jej stopnia w odniesieniu do glutenu i kurzych jaj dla mnie zabrakło skali.

Po wyłączeniu z jadłospisu zakazanych produktów oraz po 6-tygo­dniowym okresie stosowania diety oczyszczającej, po początkowym, przewidzianym okresowym pogorszeniu (intensywne pozbywanie się toksyn), nastąpiła znaczna poprawa. Ustąpiły obrzęki, bolesność oraz poranna sztywność stawów. Poprawiła się ostrość widzenia i wreszcie spadła gorączka. Po raz pierwszy od bardzo dawna moje ciało osiągało temperaturę 36,6°C. Aż trudno było w to uwierzyć. Teraz, po upływie roku, czuję się dobrze. Wreszcie się wysypiam. Nie bez znaczenia jest też to, że pozbyłam się 13 kilogramów. Mimo że zrezygnowałam ze sterydów i Metotreksatu, nie odczuwam bólu. Poprawę mojego stanu zdrowia potwierdzają również wyniki badań (OB z 40 spadło do ok. 15, do normy wrócił także poziom transaminaz). Ze swojego żywienia wyeliminowałam produkty zawierające gluten i jaja, jem dużo owoców i warzyw, a jedynie okazjonalnie produkty wysoko przetworzone. Dbam o regenerację wątroby. Suplementuję się naturalnego pochodzenia witaminami z grupy B, witaminą C i D3 oraz nienasyconymi kwasami tłuszczowymi omega-3. Stawy smaruję koloidalnym roztworem złota lub maścią z jadem pszczelim. Ostatnio poddałam się zabiegowi hirudoterapii, piję organiczny krzem i napar z pokrzywy. Do sałatek dosypuję sporo oregano, ze względu na jego właściwości przeciwzapalne, i zakwaszam je octem jabłkowym. W mojej kuchni jest dużo surowej i kwaszonej kapusty, jabłek i zieleniny (pietruszka, liście rzodkiewki, sałata, jarmuż). Są również pestki dyni, orzechy i migdały. Bardzo ograniczyłam nabiał (źródłem wapnia jest dla mnie mielony mak i sezam), mięso i węglowodany (zboża). Po roku od wprowadzenia tych radykalnych zmian widzę, w jak dużej mierze przyczyną mojej choroby było niewłaściwie odżywianie. Zachęcam wszystkich chorych do stosowania naturalnych metod leczenia, nawet w przypadku tych przewlekłych, zastarzałych problemów ze zdrowiem. Każdemu, kto za moją radą podejmie takie działania, życzę powodzenia i za każdego trzymam kciuki.

- Elżbieta P. z Warszawy

PS

W diecie owocowo-warzywnej wg dr Dąbrowskiej uwzględniamy jedynie owoce i warzywa ubogie w substancje odżywcze (buraki, seler, rzodkiew, cebulę, czosnek, surową marchew, pory, ogórki świeże i kiszone, sałaty, pomidory, paprykę, jabłka, grejpfruty, cytryny i zioła). Absolutnie nie wchodzą w grę zboża, orzechy, ziemniaki, rośliny strączkowe, oliwa, mięso, nabiał czy słodkie owoce. Ich wartość odżywcza jest zbyt duża, dlatego spalanie złogów nie jest możliwe. Jeśli zaczniesz prawidłowo, a w chwili słabości zjesz np. jogurt, nastąpi przerwanie procesu odżywiania wewnętrznego. Istotne jest również to, co wydarzy się po zakończeniu postu. Jeżeli nastąpi powrót do zgubnych nawyków, które doprowadziły do problemów zdrowotnych, z czasem znajdziesz się w punkcie wyjścia.

Wiadomo, że nie każdy może pozwolić sobie na spędzenie kilku tygodni na turnusie w ośrodku specjalizującym się w tej terapii. Natomiast jeden "oczyszczający" dzień w tygodniu jest już możliwy dla wielu osób. Pani doktor proponuje postny piątek, natomiast ja poniedziałek. Biorąc pod uwagę, że koniec tygodnia to zwykle czas spotkań towarzyskich, a niekiedy i odreagowywania tego, co zdarzyło się w ostatnich dniach, zachowanie postu może być trudne. Myślę, że po niedzielnym ciastku czy lodach bardziej powściągliwy początek tygodnia przyda się niemal każdemu. Oczywiście to jedynie sugestia. A Ty jaką masz propozycję?

Jak dużo? Czy na pewno?

Doktor Dąbrowska podczas swoich wykładów zwraca uwagę na szalenie istotne zjawiska zachodzące w organizmie, na których na co dzień skupiamy się raczej rzadko. Kiedy myślimy o pięknie w kategoriach wyglądu, często skojarzenia krążą wokół sylwetki. Jeśli chcemy prezentować się naprawdę świetnie, bez walki z nadwagą podejmowanej na nowo każdej kolejnej wiosny, warto pomyśleć i o tym.

Znasz kogoś, o kim z niewielką przesadą można powiedzieć, że odchudza się całe życie? Kogoś, kto tabele z zawartością kaloryczną poszczególnych produktów zna niemal na pamięć? Osobę, która da się "pokroić" za to, że tym razem już na pewno schudnie? Przecież jak poprzednio ograniczyła liczbę kalorii, jej waga leciała na łeb, na szyję. Tamte chwile wspomina niemal z rozrzewnieniem. Jednocześnie bijąc się w piersi, przyznaje, że wielkim błędem było to świąteczne czy urlopowe obżarstwo. Ale jak się powstrzymać, kiedy tyle pyszności na wyciągnięcie ręki? Grzechem byłoby nie skosztować! Za to teraz, nauczona wcześniejszym doświadczeniem, na pewno sobie poradzi. To już naprawdę nie problem. Podchodzi do tematu po raz już nie wiadomo który z rzędu. Znów chudnie, po czym jej waga się zatrzymuje, a następnie idzie w górę. Po otarciu łez, któremu towarzyszy najadanie się głównie słodyczami, robi kolejne podejście. Tym razem już na pewno się uda. Poprzednio nie wyszło, ale przecież problemy w pracy, no i ten kłopot w domu. Kto by to wytrzymał! Musiała odreagować jedzeniem. A co, miała zacząć pić? Ale teraz już bierze się w garść. Jest silna. Da radę.

Po trzech tygodniach okazuje się, że liczba kalorii zastosowana poprzednio nie daje już tak spektakularnego efektu. Nie ma więc innego wyjścia, jak zmniejszyć ich dzienną dostawę. Tylko o ile? Może 20%? Tak, to powinno wystarczyć. To doskonały pomysł! A głód? Hmm... Na pewno nie będzie zbyt dokuczliwy. Może tylko na początku? Ale przecież i do tego można się przyzwyczaić. Ludzie nie takie problemy mają. Skoro chcę ładnie wyglądać, muszę się z tym zmierzyć. Przecież mam silną wolę. Dziewczyny będą mnie podziwiać, że tak potrafię, a koledzy zaczną się zastanawiać, czy wreszcie kogoś mam.

Pomogło. Mocno przykręcony kaloryczny "kurek" zadziałał. Znów świat jest piękny. Waga spada. Za chwilę jednak zatrzymuje się, po to by po jakimś czasie poszybować na wyżyny. I tak w kółko. Po kolejnym takim cyklu przestaje być wesoło. Duże wahania nastroju coraz częstsze, a jeśli dojdą inne powody przygnębienia, których mało komu brakuje, pozostaje wizyta u... psychiatry. Tyle że to też sprawy nie załatwia. Czasami desperacja jest tak duża, że taka osoba sięga po sposoby, o których wiadomo, że są niebezpieczne. Być może liczy na to, że skutki uboczne jakoś szczęśliwie ją ominą.

Jak myślisz, dlaczego tak wiele osób upiera się, by tkwić w błędnym kole naprzemiennej utraty i odzyskiwania wagi? Być może się mylę, ale według mnie powodem jest to, że jeszcze mają w pamięci swoje chwile chwały, poczucia panowania nad własnym ciałem, smak krótkotrwałego wprawdzie, ale jednak zwycięstwa.

Skoro jednak ta metoda na dłuższą metę nie działa, zastanówmy się, jak to jest z tymi kaloriami. Co z nimi nie tak? Dlaczego droga usłana nieustannym ich liczeniem w rzeczywistości prowadzi donikąd? Przecież do utraty wagi tą metodą zachęcają lekarze, skrupulatne obliczenia czynią dietetycy, a fachowe podręczniki naszpikowane są informacjami o tym, że świat kaloriami stoi. Przecież tyle autorytetów nie może się mylić! To jedna strona tego dietetycznego medalu. Po drugiej są specjaliści mający wystarczającą liczbę dowodów na to, że najwyższy czas zawrócić z tej ścieżki, krętej i niezupełnie bezpiecznej. Efekt? Bywają ośmieszani, a nawet odsądzani od czci i wiary. (Dawno temu zdecydowałam, że moją misją będzie sianie dobra. Dlatego pominę wywody na temat tego, komu i dlaczego zależy na tym, by zachodni świat myślał, iż oficjalnie propagowana wiedza jest jedyną słuszną, niepodważalną, więc nie podlega dyskusji).

Jak już zostało powiedziane na początku, zanim podejmiesz wyzwanie uporania się z niedodającymi urody i zdrowia nadmiarami, warto się do tego solidnie przygotować. Warto to przede wszystkim zrozumieć.

Zagadnienie naprzemiennego zrzucania i odzyskiwania kilogramów z nawiązką doskonale ilustruje pewien schemat autorstwa dra Michela Montignaca.

Co oznaczają te górki i doliny?

Ni mniej, ni więcej, tylko to, że osoba, która zaczęła się odchudzać, mając od dłuższego czasu stabilną masę ciała (tu 90 kg), przy konsekwentnym pomniejszaniu liczby kalorii będzie tyć. Jedząc coraz mniej, zamiast odzyskać lub zyskać ładną sylwetkę, z czasem doprowadzi się do jeszcze większej nadwagi bądź nawet otyłości. Jak to możliwe?

Podczas stosowania diety niskokalorycznej mamy trzy jej fazy. W pierwszej waga spada, w konsekwencji czego ciało pozbywa się nadmiarów. Druga faza to czas stabilizowania. Teraz nic się nie dzieje. Nie ubywa i nie przybywa. I trzecia faza, najbardziej frustrująca, bo w niej następuje tycie. Dla osoby, która wkłada w całe przedsięwzięcie mnóstwo wysiłku, szczególnie przykre jest to, że po każdym kolejnym epizodzie naznaczonym wyrzeczeniami dodatkowych kilogramów jest coraz więcej. Swego rodzaju dramatem jest to, że ktoś, kto tak wielką wagę (w swoim rozumieniu) przywiązuje do dbania o siebie, po wielu latach stosowania, bądź co bądź drastycznych, diet (zwykle z gatunku "cudownych"), nie tylko nie może pochwalić się nienaganną sylwetką, ale także mimo dużej nadwagi jest... niedożywiony. Bez względu na to, czy się z tym zgadza, czy nie, prawda jest okrutna. Skoro organizm od dawna nie otrzymuje wystarczającej porcji witamin i minerałów, a o tym, czym są niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe, zdążył zapomnieć, desperacji związanej z wyglądem towarzyszy chroniczne zmęczenie i całe mnóstwo innych problemów zdrowotnych. Nierzadko w końcu pojawia się również depresja.

Dlaczego tak się dzieje?

Ustrój człowieka ma w sobie coś, co możemy nazwać instynktem przetrwania. Jeśli ciału przyzwyczajonemu do 2500 kalorii uszczkniemy 500, zdezorientowane będzie chciało ten niedobór uzupełnić. Potrzebne składniki znajdzie w rezerwach tłuszczowych. Nastąpi przyjemny, tak oczekiwany i pożądany moment chudnięcia. Jeżeli dowóz kalorii przez dłuższy czas pozostawimy na poziomie 2000, w końcu waga się ustabilizuje. Jej spadek zostanie zahamowany. Jeśli satysfakcja nie jest wystarczająca, odchudzający się stwierdza, że uszczuplając zasoby energetyczne o kolejnych 500 kalorii, już na pewno osiągnie sukces. Organizm odbiera to jako zagrożenie. Wpada w panikę. Było 2500. Jest o cały tysiąc mniej. Pojawia się sygnał alarmowy: źle się dzieje, trzeba gromadzić zapasy. I gromadzi. Zamiast oczekiwanego ubytku znów tu i ówdzie tworzą się mięciutkie poduszki. W dotyku może i przyjemne, ale przecież nie tak miało być. Co teraz? Kolejne kaloryczne cięcie? A co dalej? Przyznasz, że zaczyna to przypominać błędne koło? Wychodzisz z taką osobą do restauracji i dziwisz się, że zamawia tyle, co kot napłakał. Przyglądasz się jej w różnych sytuacjach. Za każdym razem jest podobnie. Zaczynasz podejrzewać, że wstydząc się swojej nadwagi, najada się, kiedy nikt nie widzi. A ona naprawdę je bardzo mało. Nie rozumiejąc, co się dzieje, nadal liczy kalorie, nadal konsekwentnie ogranicza ich liczbę i nadal... tyje!

Wróćmy do pytania zadanego nieco wcześniej: O co chodzi z tymi kaloriami, co z nimi jest nie tak? Na pewno ma sens zastanowienie się, czy wartość kaloryczna danego produktu jest zawsze taka sama. Jeśli do tej pory wydawało Ci się, że tak, masz rację - tylko Ci się wydawało. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Otóż jego potencjał energetyczny zmienia się w zależności od tego, czy spożywamy go na surowo, po ugotowaniu, czy wówczas gdy na talerz powędrował prosto z piekarnika. Nie bez znaczenia jest to, w jakim towarzystwie wędruje do przewodu pokarmowego. Jeśli jego kompanem jest tłuszcz, wartość kaloryczna zmienia się diametralnie. Załóżmy, że tabela podaje, iż w 100 gramach mięsa wołowego dostarczonych organizmowi jest X kalorii. Okazuje się jednak, że ogromne znaczenie dla zawartości energetycznej tego przysmaku ma stosunek białka do tłuszczu, na co z kolei ma wpływ to, z jakiej hodowli pochodzi zwierzę. Istotny jest również rodzaj obróbki kulinarnej, której poddasz sztukę mięsa, bo chyba nie masz zamiaru zjeść jej na surowo. Czy razem z tym rarytasem w posiłku znajdą się produkty o dużej zawartości błonnika, czy w spożytym daniu nie będzie go w ogóle? Od tego zależy, co wydarzy się w jelicie. Ważne będzie także to, czy posiłek o takim, a nie innym składzie zjesz rano czy wieczorem, latem czy zimą, po dniu, w którym był czas na relaks, czy wówczas, kiedy poziom stresu sięgał zenitu. Wreszcie niebagatelne znaczenie ma to, czy od dawna odżywiasz się "z głową", czy właśnie jesteś po siódmej diecie cud. Kalorie kaloriami, ale przecież ważne w tym całym procesie jest przyswajanie. Jest duże prawdopodobieństwo, że posiłek spożyty w miłym, przyjaznym towarzystwie, bez pośpiechu zostanie strawiony sprawniej i lepiej, aniżeli wówczas, kiedy na samą myśl o tym, z kim zasiądziesz do stołu, odczuwasz ból żołądka. Wpływ na to ma również Twoja grupa krwi (szerzej temat ten został omówiony w książce Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi).

To, że masa ciała zależy od liczby spożywanych na co dzień kalorii, w przypadku wielu osób jest wręcz wrzeźbione w świadomość do tego stopnia, że tłumaczenie, iż to inne czynniki są znacznie ważniejsze, na niewiele się zdaje. To trochę tak jak w przykładach pokazywanych przez dr Dąbrowską. W jednym z wykładów opowiada o pacjentce, która zgłosiła się na turnus, by schudnąć przed operacją kolana. Kiedy pani dr usiłowała jej wytłumaczyć, że ze względu na możliwość szybkiego zregenerowania chrząstki stawowej dzięki diecie może uniknąć zabiegu, kobieta odpowiedziała: "Tak, tak, wiem, ale ja mam już termin operacji". Jak widzisz, utrwalone przekonania są jak fortyfikacje i zasieki, przez które trudno się przedostać.

Czy to znaczy, że liczba dostarczanych organizmowi kalorii nie jest ważna?

Owszem, są sytuacje, w których przekroczenie pewnej puli może nie być dobrym wyjściem. Jedną z takich okoliczności jest odżywianie endogenne, o którym mowa w poprzednim rozdziale. Ale to zupełnie inna kwestia. To metoda leczenia. Wtedy ważne jest nie tylko co, ale również jak dużo. Jeśli chcesz schudnąć zdrowo i trwale, pamiętaj, że jak tłuszcz tłuszczowi, woda wodzie, tak samo kaloria kalorii absolutnie nie jest równa. O ile gołym okiem widać efekty określonego postępowania, nie każda osoba chcąca schudnąć zdaje sobie sprawę z faktu istnienia zjawiska dotyczącego głównie kobiet, czyli tzw. hiperplazji. To proces będący odpowiedzią na ograniczenie ilości pokarmu, polegający na tworzeniu zupełnie nowych komórek tłuszczowych. Skoro dostawy jedzenia są coraz mniejsze, zaniepokojony organizm musi zadbać o to, by miał gdzie składować zapasy tłuszczu. Podejmując rozsądne działania żywieniowe, objętość komórek tłuszczowych można zmniejszyć. Niestety, nie da rady zredukować ich liczby. Oczywiście mam na myśli jedynie procesy naturalnie zachodzące w ustroju człowieka. W tej publikacji nie interesują nas operacje ani inne ingerencje. Zajmujemy się tylko tym, co możemy zdziałać, zaprzęgając do pracy zasoby i możliwości własnego ciała.

Zatem jeśli nie kalorie, to co? Co w Twoim żywieniu sprawia, że tyjesz bądź chudniesz?

Jeśli nie kalorie, to co?

Jeżeli ktoś je dużo i tyje, ciąg przyczynowo-skutkowy jest logiczny, więc zrozumiały. Dlaczego tłuszczem obrasta ten, kto ciągle się odchudza, wiesz z poprzedniego rozdziału. Ale co z tym, kto mimo że je nie tylko dużo, ale i bardzo niezdrowo, pozostaje szczupły? Jak każde zjawisko w przyrodzie to również da się uzasadnić. Taka sytuacja jest możliwa, ale niestety nie będzie trwała w nieskończoność. Takie postępowanie będzie uchodziło na sucho jedynie do czasu. Jak za wszystko w życiu, także za ten komfort przyjdzie w końcu zapłacić. W przypadku zobowiązania mocno odroczonego, kiedy już nadejdzie czas jego uregulowania, odsetki będą niestety baaaardzo wysokie.

Być może zastanawiasz się, dlaczego jeden musi swoje należności uiszczać od razu, a inny nie potrzebuje się spieszyć. Biorąc pod uwagę, że smaczne jedzenie potrafi być źródłem niemałej przyjemności, ta druga opcja jest całkiem kusząca. Możesz pomyśleć: Skoro w przeciwieństwie do moich znajomych, którzy są wiecznie na diecie, mogę folgować sobie bez obaw o to, że tu i ówdzie mi przybędzie, to czemu nie? A że rozliczenie przyjdzie za 20 lat? Kto by się tym przejmował! Jak mawiała Scarlett O'Hara: Pomyślę o tym jutro. Ewentualnie w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Kim jest persona, która mimo kiepskiego "prowadzenia się" w kwestii odżywiania wygląda całkiem dobrze i w ogóle ma się nie najgorzej? To najprawdopodobniej szczęściarz, który przyszedł na świat z wyjątkowo silną trzustką. Gruczołem w niektórych przypadkach aż nadto tolerancyjnym. Takim, który zanim powie: Dość, wystarczy!, całkiem dzielnie będzie znosić wszelkie, nawet najbardziej ekstremalne fanaberie. Jednak tak jak zostało już powiedziane, jedynie do czasu. Nie bez powodu tuż po czterdziestce niejedna osoba, która dotąd nie miała żadnych problemów z nadwagą, zaczyna tyć. Jeśli nie zreflektuje się, że czas przestać znęcać się nad własnym ciałem, i nie zmieni sposobu odżywiania, znajdzie się w poważnych tarapatach.

Pomyśl, jak wielu młodych ludzi, którzy szczęśliwie nie doświadczyli cukrzycy I typu, a anatomia nie jest ich mocną stroną, w ogóle uświadamia sobie, że ma trzustkę. Serce, żołądek, wątrobę - to i owszem. Ale to na "t"? (Z pewnością z istnienia trzustki zdało sobie sprawę przynajmniej na chwilę wiele osób, gdy świat obiegła wieść o śmierci Steve'a Jobsa, a dokładnie trzy lata później naszej rodzimej aktorki, Ani Przybylskiej). Trzustka nie tylko jest, ale także odgrywa w organizmie przeogromną rolę.

Warto wiedzieć, że zgrabna sylwetka wcale nie musi oznaczać głodowania. Raz na zawsze trzeba przyjąć do wiadomości, że uroda (ładne kształty, przyjemna cera, dobry nastrój, jasny umysł) i zdrowie nie wypływają z ograniczania ilości pożywienia, a z tego, co jemy. W tym "co" niezwykle istotne jest, jak zjadany pokarm oddziałuje na podwyższenie stężenia cukru we krwi.

Dlaczego to takie ważne?

Nie przybywa nam dlatego, że jemy dużo. Obrastamy tłuszczem, bo nawet minimalna zawartość talerza może doprowadzać do niemałego zamieszania w organizmie. Jeśli ignorując sygnały ciała, jemy nie to, co należy, w dłuższej perspektywie możemy spodziewać się prawdziwej katastrofy. Jej efekty mogą być bardzo trudne do odwrócenia bądź nawet, jeśli sprawy zaszły za daleko, niemożliwe.

Jak to się dzieje? Co ma z tym wspólnego trzustka? Czym ona się zajmuje? Za co odpowiada? Gruczoł ten wytwarza m.in. hormon, którego zadaniem jest obniżanie wzrastającego we krwi poziomu glukozy. To insulina. Jest ona niejako przewodnikiem i jednocześnie środkiem transportu dla glukozy (powszechnie zwanej cukrem), która dla zrealizowania ważnych zadań musi trafić do komórki. Produkcja insuliny uzależniona jest od stężenia cukru, pozostającego w ścisłym związku z tym, co nazywamy dobrymi i złymi węglowodanami. Jeśli glukozy jest niewiele, trzustka powierzoną jej misję każdego dnia realizuje bez zarzutu.

Jeżeli cukru we krwi jest dużo, zaangażowanie gruczołu jest znacznie większe. Zdeterminowany dokłada starań i jeszcze sobie radzi, ale powoli zaczynają być widoczne coraz słabsze efekty jego wzmożonego wysiłku.

To, co pokazuje pierwszy z trzech poniższych schematów, dotyczy osoby o smukłej sylwetce. Jeśli natomiast czyjaś waga jest dużo za duża, przestaje być tak idealnie.

Kiedy poziom glukozy osiąga maksimum i dzieje się tak raz za razem, narząd przestaje dawać radę. Mimo że stara się jak zawsze, nie może utrafić z ilością insuliny. Produkuje jej albo za dużo, albo za mało. Maszyneria ulega rozregulowaniu i zaczynają się kłopoty.

Z czasem rozchwianie w wytwarzaniu insuliny mającej pomagać w zagospodarowywaniu glukozy bywa tak wielkie, że nawet gdy posiłek został doskonale skomponowany, reakcja trzustki jest nieadekwatna do sytuacji. Jeszcze nie tak dawno naukowcy byli przekonani, że wysoki poziom insuliny to skutek nadwagi i otyłości. Bliższa prawdy okazała się hipoteza postawiona przez dra Michela Montignaca, twierdzącego, że jest to nie rezultatem, a przyczyną.

Zanim przejdziemy do tego, co zrobić, by do takiej sytuacji nie dopuścić, a jeśli już stała się faktem, doprowadzić do pozytywnej odmiany, jeszcze jedna uwaga. Być może i Ty masz w tym względzie co porządkować. Jeżeli tak, prócz zmian, które bezwzględnie należy wprowadzić w żywieniu, warto sięgnąć po pierwiastek, którego w diecie (ze względu na bezlitosne poczynania przemysłu rolno-spożywczego) prowadzącej do wyczerpania możliwości trzustki jest zdecydowanie zbyt mało. To chrom, koniecznie w postaci organicznej (o wartościowości +3). Pomaga on zwiększyć skuteczność insuliny. Sprawia, że wydajniej transportuje ona glukozę do komórek.

A teraz wracamy do naszego pytania: Co zrobić, jakie działania podjąć, by poradzić sobie z nadwagą czy otyłością?

Tu kłania się wskaźnik, który już całkiem niedługo będzie mógł świętować swoje czterdzieste urodziny. To indeks glikemiczny. Parametr ten dotyczy węglowodanów. Szczególnie korzystne dla zdrowia (a tym samym masy ciała) są produkty o niskim IG. Dużo krzywdy wyrządzają pokarmy mające wysoki IG (powyżej 50). Nie jest tajemnicą, że regularne spożywanie fast foodów powoduje tycie. Nic dziwnego, skoro jednym z podstawowych składników, na których bazują przybytki oferujące tego typu dania, jest obecna w hamburgerach, hot dogach, kanapkach, ciastkach czy pizzy wysoko oczyszczona biała mąka (IG 95). Kolejnym jest jej wszechobecny kompan. Też w bieli. Niejaki cukier (IG 70). Może nam się wydawać, że do spotkania z nim dochodzi jedynie, kiedy pijemy coca-colę i inne gazowane napoje, czy wówczas, gdy w celu poprawienia nastroju sięgamy po słodycze i ciasta. To byłoby zbyt piękne! Warto wiedzieć, że jest on również w ketchupie, musztardzie i właściwie każdym produkcie poddanym utrwaleniu. Pod względem wysokości IG sam cukier przewyższa raczej niebudzący słodkich skojarzeń popcorn (IG 85). Natomiast wszelkie rekordy w tym zakresie bije piwo (IG 110). Bardzo istotne są różnice IG dla produktów poddawanych jakiejkolwiek obróbce. Nie tylko przemysłowej. Również kulinarnej. Klasycznym przykładem jest marchew. IG surowej to zaledwie 35, natomiast gotowanej aż o 50 więcej (85). Podobnie rzecz ma się z ziemniakami. Wprawdzie różnica między ugotowanymi w mundurkach (IG 65) a pieczonymi i frytkami (IG 95) nie jest aż tak duża jak w przypadku marchewki, ale jednak znacząca. Jak więc widzisz, aby osiągnąć satysfakcjonującą wagę i ją utrzymać, nie wystarczy zamiana deserów z bitą śmietaną na warzywa. To, jak duży wpływ na wygląd i stan Twojego zdrowia będą miały te drugie, zależy od tego, w jaki sposób je przyrządzisz.

Dietetyczną ciekawostką jest z pewnością... makaron. Makaron i szczupła sylwetka - dobre sobie! Takie połączenie może się wydawać wyjątkowo nietrafione. Okazuje się jednak, że wcale tak być nie musi. To, czy osobie odchudzającej się zaszkodzi, czy wręcz przeciwnie, pomoże, w dużym stopniu zależy od tego, jakiego surowca użyto do produkcji makaronu i jakiemu procesowi został on poddany. Kiedyś myślałam, że Włosi (podobno w większości mający nie najlepiej trawiącą zboża grupę krwi 0), przynajmniej ci zajadający się spaghetti, powinni być dość korpulentni. Jednak Italia ma dla swoich obywateli sprawdzone sposoby na zachowanie ładnych kształtów. Prawdziwe włoskie makarony wytwarzane są ze zbóż innych niż chleb, bogatszych zarówno w białko, jak i błonnik. Dzięki temu ich IG wcale nie jest wysoki. Ponadto... o ile raczej kojarzymy, czym jest włoska pasta, już mniej wiemy o samej... pastyfikacji. To nic innego jak proces wytwarzania makaronu (zwłaszcza spaghetti) pod wysokim ciśnieniem. Powoduje on powstawanie wokół tego produktu ochronnej błonki, mającej znaczenie w trakcie gotowania. Jej rolą jest zabezpieczenie przed zmianą struktury skrobi. Warto też pamiętać, że niską wartość IG ma jedynie makaron al dente, czyli gotowany nie dłużej niż 5 - 6 minut. Znaczenie ma również fakt, czy przed podaniem zostanie schłodzony. Tu z kolei mamy do czynienia z tzw. retrogresją (cofaniem się do stanu sprzed). Mimo że ugotowany makaron osiągnął już wyższy wskaźnik IG, dzięki potraktowaniu go zimną wodą jesteśmy w stanie tę wartość obniżyć. Jeśli zostanie spożyty w rozsądnych ilościach z dużym dodatkiem warzyw, niespiesznie, z pogodnym nastawieniem i w dobrym towarzystwie, raczej nie przysporzy dodatkowych kilogramów. We Włoszech, prawdziwym raju dla osób na diecie bezglutenowej, powszechna dostępność produktów (również dań w restauracjach) bez tego toksycznego białka jest czymś tak oczywistym jak bagietki w Paryżu (tych akurat nie polecam). To ogromna wartość dodana dla osób, którym zależy na mądrym odżywianiu. U nas tak dobrze jeszcze nie jest. Miejmy jednak nadzieję, że świadomość (również restauratorów) w tym obszarze z roku na rok będzie wzrastać. Obserwując niezwykle prężne działania Stowarzyszenia Osób z Celiakią i na Diecie Bezglutenowej, głęboko w to wierzę.

O glukozie i insulinie słyszał niemal każdy. Ale już o tym, że wydzielaniu tej drugiej towarzyszy uwalnianie związku zwanego IGF, wiedzą nieliczni. To insulinopodobny czynnik wzrostu. Może przemknęła Ci właśnie myśl: A ten co za jeden? Co takiego robi w organizmie? Jak sama nazwa wskazuje, za jego sprawą coś wzrasta. Odżywiając tkanki, cukier powoduje, że rosną szybciej. Jakby tego było mało, wpływ na rozrost mają również insulina i właśnie przedstawiony Ci jej towarzysz, IGF. Wszystkie one nie tylko stymulują wzrost komórek, będąc odżywką dla guzów, ale i prowokują stany zapalne. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Badania prowadzone nad tym zjawiskiem zakończono wnioskiem o konieczności stworzenia nowego rodzaju leków, które zmniejszałyby wydzielanie do krwi insuliny i IGF. Uważam, że znacznie skuteczniejsze byłoby uświadamianie społeczeństw, że osoby dbające o zdrowie i te, które pragną je odzyskać (zwłaszcza w przypadku choroby nowotworowej), powinny zapomnieć o istnieniu produktów mających wysoki indeks glikemiczny. Najprawdopodobniej nic takiego niestety nie nastąpi.

Czy wiesz, że...

Stosowane w diagnostyce onkologicznej badania typu PET często polegają na znalezieniu w ciele obszarów pochłaniających najwięcej glukozy. Jeśli jakiś jego fragment wyróżnia się wchłanianiem zbyt dużej ilości cukru, bardzo możliwe, że przyczyną tego zjawiska jest właśnie nowotwór.

Być może myślisz: Wszystko to ciekawe i pewnie ważne, ale nic mi nie jest. Zależy mi przede wszystkim na ładnym wyglądzie. W porządku. Piszę o tym nie bez powodu. Jeśli chcesz dobrze wyglądać, zapewne bierzesz też pod uwagę kondycję swojej cery. Okazuje się, że są na świecie społeczności (m.in. na wyspach Kitavan w Nowej Gwinei i Indianie z plemienia Ache w Paragwaju), które nie znają zjawiska trądziku. Dla nas ta dolegliwość stała się normą. Nikogo nie dziwi, że młody człowiek na progu dorosłości ma problemy ze skórą. Dotyczy to tak wielu, że wydaje się, iż tak ma być i po prostu trzeba przez to przejść. Wygląda jednak na to, że takie rozumowanie to poważny błąd.

Badania wyraźnie pokazały, że dieta wspomnianych populacji w ogóle nie zawiera cukru i białej mąki. Ma to ścisły związek z wydzielaniem insuliny i czynnika IGF. We krwi tych młodych ludzi (zapewne dzieci i dorosłych podobnie, ale badano jedynie młodzież) nie zarejestrowano żadnych nagłych skoków tych dwóch czynników.

Prowokatorem dużego zamieszania w organizmie jest również wytwór przemysłu spożywczego, upychany wszędzie, gdzie się da, czyli syrop glukozowo-fruktozowy. Ponieważ bywa on wyjątkowo oporny na działanie insuliny, staje się dla organizmu toksyczny. Robiąc zakupy, poświęć trochę czasu na poczytanie składów zamieszczonych na opakowaniach. Zobaczysz, w jak wielu produktach jest komponent, którego się nie spodziewasz. Nic więc dziwnego, że wszystko, co zostało poddane przetworzeniu, ma wysoki IG. Nawet pomidory, których spożycie w stanie naturalnym nie spowoduje szczególnego skoku insuliny, po zamknięciu w puszce ze swoim pierwowzorem mają już niewiele wspólnego.

Mam nadzieję, że udało mi się pomóc odpowiedzieć przynajmniej na niektóre Twoje pytania. Może jedynie przypomnieć o tym, co już wcześniej było wiadome, a niepostrzeżenie zostało pokryte kurzem upływającego czasu? Jeśli do tej pory na Twojej lodówce główne miejsce zajmowała tabela z kaloriami, czym prędzej zamień ją na łatwiejszy do przyswojenia (zapamiętania) indeks glikemiczny. Nie czekaj, aż organizm skapituluje, zostawiając Ci dużą nadwagę albo, jeszcze gorzej, obwieszczając towarzyszącą jej cukrzycę. Od dziś poświęcaj więcej uwagi swojej trzustce i nie zapominaj o roli insuliny. Koniecznie pamiętaj, że znacznie ważniejsze od tego, "jak dużo", jest "co".

Co z produktami typu light?

Wiemy już, jak to jest z kaloriami. Jednak przemysł spożywczy nie daje za wygraną. By utwierdzić nas w przekonaniu, że to jedynie słuszna droga, zafundował nam kolejny wynalazek. Ten, dzięki wszechobecnej, wyjątkowo natarczywej reklamie, szybko wdarł się do świadomości osób pragnących cieszyć się szczupłą sylwetką.

Produkty typu light? Co to takiego? Czy warto po nie sięgać? O odpowiedź na te pytania poprosiłam specjalistkę z zakresu technologii żywności i żywienia człowieka, osobę, która tłumaczyła nam zawiłe procesy związane z trawieniem, p. Ewę Mirkowicz.

Czym właściwie są produkty light? Niestety, nie ma polskich regulacji prawnych dotyczących tego rodzaju wyrobów. Opieramy się na prawie Unii Europejskiej, definiującym produkt light jako ten, którego wartość energetyczna (lub ilość danego składnika) została obniżona o minimum 30% w stosunku do odpowiednika tradycyjnego. Musimy jednak koniecznie pamiętać, że ograniczenie tłuszczów czy eliminacja cukru (to ich zawartość jest modyfikowana w celu zmniejszenia kaloryczności) pociągają za sobą zmianę składu, niekoniecznie pożądaną. Jak to wygląda w praktyce, rozpatrzmy na przykładzie coca-coli oraz coca-coli light. Zacznijmy od ich wartości odżywczej (na 100 ml).

Coca-cola

Coca-cola light

Wartość energetyczna (kcal)

42

0,2

Białko (g)

0

0,01

Węglowodany (g)

10,6

0

Cukry (g)

10,6

0

Tłuszcz (g)

0

0

Sód

0

0

Różnica w kaloryczności jest naprawdę bardzo duża. Ale przyjrzyjmy się, skąd się ona wzięła. Odpowiedź znajdziemy w składzie produktów. Coca-cola: woda, cukier, dwutlenek węgla, barwnik - karmel E150d, kwas fosforowy, naturalne aromaty, w tym kofeina. Coca-cola light: woda, dwutlenek węgla, barwnik karmel E150d, kwas fosforowy, substancje słodzące - cyklaminian sodu, acesulfam K, aspartam, aromaty, w tym kofeina, regulator kwasowości (kwas cytrynowy). Podejrzewam, że dla osoby, która nie interesuje się tą tematyką, wszystkie te nazwy brzmią dość tajemniczo. Chociażby E150d, czyli karmel amoniakalno-siarczynowy. Różnica w kaloryczności sprowadza się do zastosowanego źródła słodkiego smaku. W coca-coli jest zwyczajny cukier, czyli sacharoza. Spożycie jej podnosi stężenie glukozy we krwi. Glukoza to jedyne źródło energii dla krwinek czerwonych i podstawowe dla mózgu. Gdy jej stężenie idzie w górę, organizm się cieszy. Wpadasz w błogostan. Niestety, nadmiar glukozy, którego Twoje ciało nie jest w stanie spożytkować w danej chwili na np. pracę mózgu, odkładany jest w postaci tkanki tłuszczowej. Dodatkowo niesione ze słodkim smakiem kalorie w nadmiarze również zaczną się odkładać. Zatem co zrobić, by produkt był słodki, w miarę smaczny i nie powodował tycia?

W coca-coli light cukier zastąpiono cyklaminianem sodu (E952), acesulfamem K (E950) i aspartamem (E951). Wszystkie te substancje są sztuczne i praktycznie nie niosą za sobą kalorii. Cyklaminian sodu jest 30 - 50 razy słodszy od sacharozy. Przy nadmiernej koncentracji daje kwaśno-metaliczny posmak. Dlatego raczej nie występuje oddzielnie. Ponadto wykazuje działanie synergiczne. Oznacza to, że jego słodycz zwiększa się przy połączeniu z innymi substancjami intensywnie słodzącymi. Innym przykładem synergizmu jest zmieszanie aspartamu z acesulfamem K, co powoduje zwiększenie intensywności słodyczy o ok. 60% w stosunku do intensywności smaku słodkiego pojedynczych słodzików. Acesulfam K charakteryzuje się słodyczą 200-krotnie większą od słodyczy cukru.

Odczucie słodkiego smaku jest szybsze, zanikające powoli i utrzymujące się nieco dłużej niż w przypadku sacharozy, ale w większych stężeniach pozostawia posmak gorzki i metaliczny. Aspartam wykazuje słodycz 200 razy przewyższającą słodkość sacharozy i nie powoduje odczuwania w ustach metalu. Jest jedną z najdroższych sztucznych substancji słodzących. Niestety, ze względu na słabą rozpuszczalność jej stosowanie jest ograniczone. W literaturze możemy spotkać się z następującymi zaletami sztucznych substancji słodzących:

pomoc w walce z nadwagą i otyłością; przeciwdziałanie próchnicy; wspomaganie leczenia cukrzycy.

Niestety, nie wszystko złoto, co się świeci. Istnieje teoria mówiąca o tym, że w wyniku spożywania bezkalorycznych słodzików organizm "zapomina", iż słodycz = energia. Dochodzi do rozregulowania metabolizmu, co po spożyciu nawet małej ilości cukru skutkuje gwałtownym odkładaniem się tkanki tłuszczowej. Nie brakuje również doniesień na temat szkodliwości słodzików nie tylko w kontekście metabolizmu. Pozwolę sobie zacytować zaledwie kilka z nich:

Cyklaminian w 37% jest wchłaniany, pozostały jest wydalany w postaci niezmienionej, natomiast w niektórych przypadkach może ulegać przemianom do cykloheksyloaminy, podejrzewanej o działanie kancerogenne (kancerogenne = rakotwórcze). "W niektórych przypadkach" - nie wiem, jak Tobie, ale mnie ten zwrot ani trochę się nie podoba. Bo jeśli akurat ja będę tym "przypadkiem"?

Stwierdzono, że po konsumpcji aspartamu mogą wystąpić w organizmie człowieka różne reakcje ze strony układu nerwowego, takie jak: bóle głowy, napady padaczkowe, upośledzenie percepcji, stany podniecenia, frustracji, depresji i ogólnego zaburzenia ustroju. Wykazano również wpływ tej substancji słodzącej na rozwój guza mózgu tylko u jednego gatunku zwierząt - u szczurów. Nawet nie wiem, jak to skomentować.

Z kolei acesulfam-K nie jest metabolizowany w organizmie człowieka i ulega wydaleniu w niezmienionej postaci z moczem. Natomiast substancja ta może powodować uszkodzenia chromosomów, co w następstwie prowadzi do zmian genetycznych. W badaniu przeprowadzonym na myszach działanie genotoksyczne acesulfamu-K polegało na interakcji tego związku z DNA, która prowadziła do uszkodzenia komórek.

Podsumujmy zatem efekty, których raczej nikt z nas nie chciałby doświadczyć:

zagrożenie nowotworami; mutacje DNA; depresja, frustracja; bóle głowy; napady padaczkowe.

I żeby była jasność - nie są to informacje z jakichś podejrzanych stron internetowych. To dane z naukowych opracowań! Produkty light często przedstawiane są jako te zdrowe. Te, dzięki którym schudniemy. Powiem szczerze, że mam wątpliwości co do tego, czy obniżenie kaloryczności jest warte faszerowania się substancjami, które mogą doprowadzić do zrujnowania zdrowia. Czy sięganie po produkty light ma sens? To pozostawiam już Twojej ocenie.

- Ewa Mirkowicz

Czy pieczywo chrupkie rzeczywiście pomaga schudnąć?

Kolejnym artykułem żywnościowym, który wielu osobom kojarzy się z odchudzaniem, jest niewątpliwie chrupkie pieczywo. Skoro chcesz wiedzieć, jak się odżywiać, by w parze z urodą szło zdrowie, zapraszam Cię do zapoznania się ze stanowiskiem naszego eksperta również w sprawie tego wyrobu.

Nie ma chyba lepszego symbolu diety odchudzającej niż chrupkie pieczywo. Pierwsze, co robi wiele osób przy zmianie sposobu odżywiania, to wprowadzenie właśnie tego produktu. Bo taki lekki, bo taki niskokaloryczny, bo... - powodów jest mnóstwo. Z reguły jednak na pierwszym miejscu wymienia się niską wartość kaloryczną. Zgodnie z dietami opartymi na ograniczaniu kalorii im mniej energii dostarcza produkt, tym lepiej. Niewątpliwie pieczywo chrupkie można zaliczyć do artykułów niskokalorycznych. Czy jednak faktycznie pomaga schudnąć?

Chleb chrupki jest reprezentantem licznej grupy produktów spożywczych, jakimi są ekstrudaty. Proces ekstrudowania przebiega w specjalnie przeznaczonych do tego urządzeniach, w których np. mąkę poddaje się wysokiemu ciśnieniu i temperaturze. Kiedy mąka zaczyna się lepić, można z niej formować dowolne kształty. Po wypchnięciu jej z maszyny, w wyniku nagłego spadku ciśnienia i temperatury, produkt prawie dziesięciokrotnie zwiększa swoją objętość. Charakterystyczną cechą ekstrudatów jest to, że są chrupkie, łatwo miękną w ustach i mają specyficzny smak. Z żywieniowego punktu widzenia najważniejsza jest druga z wymienionych cech. Co to oznacza, że "łatwo mięknie w ustach"? Ni mniej, ni więcej tylko to, że bardzo szybko ulega strawieniu. Możesz zrobić mały eksperyment. Spróbuj doprowadzić w ustach do konsystencji papki kęs chleba tradycyjnego i chleba chrupkiego. Od razu widać, jak pod wpływem śliny szybko rozpuszcza się ten drugi. Praktycznie, by powstała papka, wcale nie trzeba się napracować. Efekt jest taki, że chleb chrupki bardzo szybko się trawi, a produkty tego procesu zostają równie błyskawicznie wchłonięte. Skutkuje to... gwałtownym wzrostem stężenia glukozy we krwi. Glukoza jest jedynym źródłem energii dla czerwonych krwinek i podstawowym dla mózgu. W skrócie można powiedzieć, że Twój organizm kocha świeżą glukozę - tę, którą dostarczasz mu wraz z pożywieniem, dlatego że jest mu niezbędna do prawidłowego funkcjonowania. Jednak zbyt szybki i zbyt duży wzrost stężenia tego cukru we krwi uruchamia mechanizm obronny - wyrzut insuliny. Koniecznie trzeba pamiętać, że nadmiar glukozy jest dla organizmu zabójczy. Tak jak zostało to już wcześniej powiedziane i w zabawny sposób zilustrowane, insulina produkowana jest przez trzustkę, a jej zadaniem jest wprowadzenie glukozy do komórek. Problem tkwi w tym, że insulina odkłada również tkankę tłuszczową, szczególnie tę na wysokości pępka. Ze względu na to, że po spożyciu chrupkiego pieczywa, na skutek wysokiego stężenia glukozy, następuje duży wyrzut tego hormonu, paradoksalnie produkt uznawany za sprzyjający odchudzaniu powoduje tycie!

Ale to jeszcze nie koniec problemów. Kiedy poziom glukozy jest wysoki, insulina nigdy nie "ściąga" go do poziomu wyjściowego. Sprowadza go znacznie niżej, co skutkuje stanem hipoglikemii. W tym momencie pojawia się... głód, który musisz natychmiast zaspokoić. Chlebem chrupkim nie można się najeść. Najgorsze jest to, że ciągłe sięganie po ten produkt powoduje gwałtowne wzrosty i spadki stężenia glukozy we krwi. Trzustka jest obciążona ciągłą produkcją insuliny i jej dużymi wyrzutami, a Ty nieświadomie pracujesz w ten sposób na kilka dość groźnych chorób. Jak to się dzieje?

Wróćmy jeszcze do funkcji insuliny. Jak już wspomniałam (i jak było to wyjaśnione w jednym z poprzednich rozdziałów), wprowadza ona cząsteczki glukozy do komórek. Wyobraź sobie taką sytuację: Ktoś stoi za Twoimi plecami i cały czas mówi. Mówi i mówi. W pierwszym momencie nawet przejmujesz się tym, co ma do powiedzenia. Po jakimś czasie przestajesz zwracać na niego uwagę. Wyłączasz się. Tracisz na niego wrażliwość. Przestajesz go zauważać. To samo dzieje się z komórkami, które ciągle bombardowane przez insulinę tracą wrażliwość na nią. Jest to tzw. insulinooporność komórek. Stan ten odpowiada za powstawanie otyłości brzusznej, cukrzycy typu II, nadciśnienia, miażdżycy, choroby niedokrwiennej serca - zespołu metabolicznego, z którym boryka się coraz więcej osób. Do tego stanu może właśnie przyczynić się spożywanie niskokalorycznego, tak powszechnie rekomendowanego chleba chrupkiego!

Czy oznacza to, że produkt ten jest na wskroś zły? Nie. Należy jednak mieć świadomość tego, że to, co promowane jest jako light, nie zawsze sprzyja odchudzaniu, a wartość energetyczna nie jest jedynym czynnikiem, który wpływa na to, czy uda Ci się spalić tkankę tłuszczową.

- Ewa Mirkowicz

Tłuszcz - wróg czy przyjaciel?

Wiesz już, czym są produkty typu light. Potrafisz podjąć decyzję, czy w trosce o ładną sylwetkę warto sięgać po chrupkie pieczywo. A co z tłuszczem? O wyjaśnienie tego, co ma on do zrobienia w Twoim organizmie, poprosiłam zaprzyjaźnioną panią psycholog, absolutną fankę ludzkiego mózgu.

To Agata Górska, osoba specjalizująca się w rehabilitacji neuropsychologicznej.

Czy Ty też znasz ten rytm? Bezsenna noc, przemęczenie i pojawiający się nagle kryzys. Byle by go przetrwać. Później jakoś to będzie. Niepostrzeżenie rośnie lista niezałatwionych spraw. Pojawiają się trudności z organizacją dnia. Codzienne obowiązki, które do niedawna nie stanowiły problemu, zaczynają Cię przerastać. Do tego ta nieznośna dekoncentracja! Zauważasz drobne, ale jednak coraz częstsze kłopoty z pamięcią. Przecież jeszcze dwa miesiące temu było całkiem dobrze. Zastanawiasz się, co za tym stoi. Może nawet przez chwilę zdarza Ci się pomyśleć: "No tak, przecież lat mi nie ubywa. Prawdą jest, że to, co wcześniej sprawiało tyle przyjemności, dziś bez większego żalu zamieniam na drzemkę. Wypad za miasto? Chętnie, gdyby nie podróż, którą ostatnio jakoś źle znoszę. Łatwiej niż kiedyś wpadam w złość. Irytuję się, gdy trzeba na coś czekać. Eliksir młodości? Chyba tylko w bajkach! W realnym świecie nie istnieje".

Jeśli to też Twoja rzeczywistość, zachowaj spokój. Odczuwanie takiego stanu da się wytłumaczyć. Wiele wskazuje na to, że przegrzał się mechanizm zawiadujący całym Twoim organizmem. Przestaje dawać radę, bo (z pewnością niechcący) został przez Ciebie... zagłodzony. Od dawna już jedzie na rezerwach rezerw. Dlatego zanim zasiadłszy w fotelu, zaczniesz rozmyślać o tym, co z Tobą nie tak, i może nawet zacząć żegnać się z młodością, mam dla Ciebie dobrą wiadomość. To się da naprawić. Najpierw jednak uśmiechnij się do niezwykłego skarbu, którym wciąż dysponujesz. Mam na myśli nie co innego, jak właśnie Twój mózg. A mnie pozwól pokazać Ci, jak może być dobrze, gdy już bardziej świadomie zaczniesz traktować go we właściwy sposób. Nie wiesz, czego od Ciebie potrzebuje? To można wywnioskować właśnie z Twojego samopoczucia i nastroju. To dlatego, że ten absolutnie wyjątkowy narząd kryje odpowiedzi na większość pytań dotyczących Twoich emocji, kondycji psychicznej i zdrowia. I choć nie masz możliwości, by zajrzeć do jego wnętrza, przynajmniej pobieżne poznanie budowy tego niezwykłego organu pozwoli Ci nie dopuszczać do jego osłabiania. A jeśli już takowe się zdarzy, będziesz w stanie wystarczająco szybko właściwie zareagować.

Mózg potrzebuje energii. Uzyskuje ją dzięki naczyniom krwionośnym dostarczającym komórkom tlen i glukozę. Jednak swoje istnienie zawdzięcza wodzie i... tłuszczowi. W 80% mózg zbudowany jest z wody. Natomiast aż 60% jego suchej masy to właśnie lipidy. Tak, tak, mózg to prawdziwy tłuścioch! Pokrywająca obie jego półkule pofałdowana kora, która po wygładzeniu i rozprostowaniu zajęłaby powierzchnię 2 m?, zbudowana jest przede wszystkim z tłuszczu. Podzielona na cztery płaty zarządza mnóstwem funkcji. Między innymi odbiera i przetwarza wrażenia zmysłowe: węch, wzrok, słuch i dotyk. Odpowiada za planowanie (choćby zakupów). Zawiaduje wykonywaniem ruchów, czyli wszystkim, co robisz ze swoim ciałem. To właśnie ona ma wpływ na to, w jaki sposób w tej chwili trzymasz książkę. Jej zadaniem jest kierowanie procesami poznawczymi, takimi jak myślenie, pamięć, uwaga i koncentracja (np. na tekście, który właśnie czytasz). Odpowiada również za funkcje językowe, czyli zdolność mówienia, rozumienia mowy i pisma. Mimo że trudno sobie to wyobrazić, jeden galaretowaty organ ma wpływ na Twoje samopoczucie, kondycję fizyczną, możliwości intelektualne i wygląd. Reguluje Twoje emocje (te adekwatne i nieadekwatne) i motywacje.

Jak to się dzieje?

W mózgu znajdują się substancje chemiczne zwane neurotransmiterami. Działając w różnych jego miejscach, służą do przenoszenia informacji. Dzięki ich obecności organizm działa, jak należy. Dwa spośród najważniejszych z nich to powszechnie znane jako hormony szczęścia serotonina i dopamina. Właściwy ich poziom sprawia, że nie gaśnie motywacja i zaangażowanie. Dzięki nim (hormonom) odczuwasz przyjemność i satysfakcję. Dbasz o zdrowie i wygląd. Porządnie się wysypiasz i kontrolujesz emocje. Pogoda ducha, nieschodzący z twarzy uśmiech, wiara we własne możliwości, gotowość do podejmowania wyzwań - wszystko to drzemie w Tobie. Bywa jednak, że Twój potencjał jest wygaszany. Słabnie koncentracja i pamięć. Pojawiają się zaburzenia rytmu snu i czuwania. Te, jak nietrudno się domyślić, wpływają na pogorszenie kondycji, zarówno fizycznej, jak i w sferze psyche. Wkrada się niepokój. Łatwiej o rozdrażnienie. Co więcej, dokonywanie wyborów i podejmowanie najprostszych decyzji okazuje się niemałym wysiłkiem. To wtedy rezygnujesz z dawno obranych celów. Przez spadek motywacji tracisz nadzieję i wiarę. Jakby tego było mało, zaburzenia poziomu dopaminy i serotoniny wpływają także na apetyt. Ponieważ podjadanie między głównymi posiłkami to sztu­czny sposób pobudzania mózgowych ośrodków przyjemności i nagrody, przybierasz na wadze. Kiedy jest Ci smutno, chętniej sięgasz po bogate w cukier produkty powodujące "węglowodanowy haj". Niestety, zaraz po nim następuje gwałtowny spadek serotoniny, hormonu odpowiadającego za tę chwilową ulgę i ulotne szczęście. To sprawia, że smutek się pogłębia. Obniżony napęd przekłada się na przyrost wagi lub jej drastyczny spadek. Problemy z łaknieniem wywołują lawinę zmian, które dość szybko odbijają się na urodzie. Wkrada się apatia i spadek libido. Kiedy brakuje sił, zrozumienie przyczyny doświadczanych trudności nie jest łatwe. Nie sprzyja temu przedłużający się stan kiepskiej formy. Nie pomagają też drastycznie słabnące zdolności poznawcze i intelektualne. Kiedy wszystko idzie nie tak, jak sobie życzysz, cichną emocje. Pojawia się obojętność. Warto wiedzieć, że to już istotny objaw depresji, choroby, której rozwój bardzo często jest maskowany i długo przebiega niezauważony. Poprawa nie zależy od tego, czy weźmiesz się w garść, ale od tego, czy organ zawiadujący Tobą przywrócisz do pracy na właściwym mu poziomie. Chcesz wiedzieć, jak to zrobić?

Popraw kondycję swojego mózgu. Jak już zostało powiedziane, ma ona związek z poziomem konkretnych hormonów. Pojawiła się też informacja, że duża część tego arcyważnego organu to, prócz wody, tłuszcz. A skoro tak, mózg potrzebuje wody i tłuszczu. To właśnie z niego powstają wspomniane neurotransmitery. To również dzięki niemu występują one w odpowiednich proporcjach. Zapewne zdajesz sobie sprawę, że jak woda wodzie, tak i tłuszcz tłuszczowi nierówny. W takim razie jaki jest dla Twojego mózgu najlepszy?

Ta najważniejsza z zainstalowanych w Tobie maszyn potrzebuje niezakłóconego dostępu do kwasów tłuszczowych, które w swojej nazwie mają dwa ważne określenia: nienasycone i niezbędne (Niezbędne Nienasycone Kwasy Tłuszczowe). To właśnie te terminy pomogą Ci odróżnić tłuszcze korzystne dla zdrowia od tych, które Ci nie sprzyjają. Źródłem tych, które powinny zainteresować Cię najbardziej, jest tłuszcz pokarmowy. Chodzi o kwasy omega-3 i omega-6. O pozyskanie tych drugich specjalnie starać się nie musisz. W Twojej diecie i bez szczególnego wysiłku jest ich zwykle zbyt dużo i właśnie ten nadmiar bywa problematyczny. Skoncentrujmy się zatem na tych, których zazwyczaj jest o wiele za mało, czyli omega-3. Ich reprezentantami są kwasy DHA (dekozaheksaenowy) i EPA (eikozapentaenowy). To właśnie z nimi warto nie tylko solidnie się zaznajomić, ale i zaprzyjaźnić. Najlepiej na zawsze. Nie bez powodu w pełnej nazwie kwasów omega-3 występuje przymiotnik "niezbędne". Organizm nie potrafi sam wytworzyć ich w wystarczającej ilości, a skoro tak, nie masz innego wyjścia, jak zadbać o ich regularną dostawę. Możesz pozyskać je z produktów spożywczych. Możesz też rozważyć alternatywny sposób ich dostarczania w postaci wysokiej jakości suplementu. To, czego dokonują kwasy omega-3, jest w stanie zadowolić każdego. Właśnie one stanowią 50% wszystkich tłuszczów budujących mózg. To tłumaczy ich bezpośredni wpływ na poprawę nastroju, kontrolę zachowania i dobry humor. NNKT nie tylko usprawniają pracę mózgu, ale także poprawiają wygląd. To prawdziwi strażnicy Twojego zdrowia i urody. We krwi osób chorujących na depresję i inne zaburzenia emocjonalne odnotowuje się bardzo niski poziom omega-3. Nic więc dziwnego, że w czasach antycznych lekarstwem na depresję była potrawka ze zwierzęcego... mózgu. Wyjątkowo niskie poziomy kwasu DHA we krwi występują u matek, które dotyka depresja po urodzeniu dziecka. Jeśli podczas ciąży kobieta obok niezbędnego kwasu foliowego i żelaza nie przyjmuje kwasów tłuszczowych omega-3, bez wątpienia naraża na niepotrzebne ryzyko siebie, ale przede wszystkim dziecko. To dlatego, że kwasy, o których mowa, wpływają na prawidłowy rozwój układu nerwowego, poznawczego, emocjonalnego oraz zmysłu wzroku. Przyjmowane przez mamę podczas ciąży wspomagają dojrzewający mózg i serce malucha. Również karmiąc piersią, matka ma szansę uzupełniać kwasy omega-3 w organizmie dziecka.

Jak pamiętasz, tłuszcze uczestniczą w budowie neurotransmiterów (dopaminy i serotoniny). Kwasy tłuszczowe omega-3 wydają się wpływać na wszystko. To prawda. Tajemnica ich skuteczności zawarta jest w komórkach ludzkiego organizmu. Budowa struktur mózgowych ma charakter białkowo-lipidowy. Budulec, którego im dostarczasz, i sposób, w jaki o nie dbasz, wpływają na szybkość i jakość procesów nieustannie zachodzących w ustroju. Aby zacho­wać zdrowie, zadowolenie i urodę, nie masz innego wyjścia, jak pielęgnować komórki. Dlatego zadbaj o rodzaj i jakość tłuszczu, który, jak widzisz, jest absolutnie niezbędny. Aby Twój samochód służył Ci przez lata, silnik pracował sprawnie i cicho, dbasz o najwyższą jakość paliwa. Ta sama zasada obowiązuje w przypadku mózgu.

Czy teraz już będziesz się przykładać do dbania o ten organ nad organy? Jeśli tak, to czas na zakupy. Produktem bogatym w kwasy omega-3 jest przede wszystkim mięso ryb. Niestety, nie wszystkie zawierają je w ilościach, jakich potrzebujesz. O tych hodowlanych raczej zapomnij. Potrzebujesz ryb żyjących w naturalnych zbiornikach, najlepiej zimnych morzach. Zdecydowanie najlepszym wyborem są gatunki tłuste (makrela, łosoś, sardynka). Ten dobroczynny tłuszcz posiadają również rośliny, np. orzechy włoskie i brazylijskie, siemię lniane i, o dziwo, szpinak. Z kolei owocem, który zawiera niezwykłe bogactwo NNKT omega-3, jest pochodząca z puszczy amazońskiej (robiąca w ostatnich latach furorę wśród dbających o wygląd gwiazd show-biznesu, a ze względu na niezwykłe bogactwo składników odżywczych i błonnika nazywana SUPERFOOD nr 1) jagoda acai. Wszystko to dla zdrowia i piękna. Trzeba tylko koniecznie pamiętać o odpowiednich proporcjach omega-3 i omega-6. Niestety, w polskiej kuchni obok tych pierwszych, których udział jest raczej marginalny, królują omega-6. Te znajdziesz w oleju słonecznikowym, kukurydzianym, mleku i w ogóle produktach zwierzęcych. Chociaż i te kwasy są dla zdrowia ważne, ich nadmiar może być głównym czynnikiem obniżającym poziom omega-3. To prowadzi do prowokowania stanów zapalnych, nadmiernego krzepnięcia krwi czy odkładania się tłuszczu. Idealnym stosunkiem między nimi byłby taki jak u naszych przodków, czyli 1:1. To w większości regionów świata już zamierzchła przeszłość. Podobno w naszych czasach tę "złotą" proporcję są w stanie zapewnić sobie jedynie Eskimosi i jedzący na co dzień sushi Japończycy.

Kiedy uporasz się już z niedoborami, Twoje oczy odzyskają blask, a motywacja i radość życia wypełnią Cię po brzegi. Tłuszcz: wróg czy przyjaciel? Odpowiedź to bułka z masłem dla każdego, kto ma olej w głowie. ?

- Agata Górska

PS

Dobrze, że coraz więcej mówi się o konieczności regularnych dostaw do organizmu kwasów omega-3. Już dość powszechnie wiadomo, że ich dobrym źródłem są ryby. Jednak niekoniecznie wszyscy wiedzą, że niewiele skorzystamy na ich spożywaniu, jeśli wcześniej zostaną usmażone na tłuszczu. Niestety, taka forma obróbki kulinarnej, przynajmniej w naszym kraju, jest najbardziej rozpowszechniona.

Dlaczego ryb nie należy przygotowywać w ten sposób?

Jednym z powodów jest to, że rozgrzany tłuszcz wsiąka w rybie mięso i w pierwszej kolejności przyswajasz nie ten szczególnie pożądany, a ten, na którym została usmażona. Na rybi zwykle brakuje już miejsca. Ponadto rozgrzany podnosi temperaturę wewnątrz ryby do tego stopnia, że doprowadza do rozrywania cząsteczek omega-3. Wtedy raczej nie możesz liczyć, że do komórek mózgu i całego ciała trafi ten najcenniejszy składnik. Nie jest też dobrym pomysłem przygotowanie np. pstrąga w migdałach. To ze względu na różny stosunek omega-3 do omega-6. W tej sytuacji pierwsze skrzypce zaczną grać kwasy omega-6, a przecież nie tego chcesz, prawda? Coraz więcej osób w trosce o zdrowie jada wszelkiego rodzaju pestki, nasiona czy orzechy. W ich przypadku też należy być ostrożnym. Znów chodzi o zachowanie proporcji, które w każdym z tych produktów są różne. Jeśli sięgamy po nie, to tylko po jeden rodzaj naraz, np. migdały. Kolejnego dnia pestki dyni, a następnego orzechy włoskie itd.[1]

Jeszcze słówko na temat relacji kwasów tłuszczowych.

Dobrze, że coraz więcej osób zaczyna rozumieć, iż nie jest dobrym wyjściem spożywanie produktów pszenicznych. Czynników sprawiających, że nie służą one zdrowiu, jest co najmniej kilka (wcześniej była mowa o glutenie). Że to nie najlepszy wybór, potwierdza również proporcja omega-3 do omega-6.

Tych drugich jest aż 22 razy więcej. W nasionach dyni 114, a słonecznika 312! Nie ma co przesadzać z objadaniem się migdałami, bo tu jest ich aż 2000 razy więcej! Na szczęście są też produkty, w których szala przechyla się na drugą stronę, czyli zdecydowanie na naszą korzyść. I tak w zielonych liściach sałaty kwasów omega-3 jest 2,4 raza więcej, w rukoli i sałacie rzymskiej 1,3, a w szpinaku 5,3 (informacje zaczerpnięte z http://nutritiondata.self.com/) - czyli górą... zielenina! A skoro tak, zapraszam Cię do lektury kolejnego rozdziału, w którym dowiesz się, że nie tylko z tego względu warta jest ona Twojej uwagi.

Bez niego ani rusz!

Co jeszcze możesz zrobić dla swojej urody i zdrowia?

Jak pewnie niemal każdy w różnych okolicznościach mam czasem okazję przysłuchiwać się rozmowom na temat tego, co warto jeść. W zdecydowanej większości przypadków nie mogę wyjść ze zdumienia, jak wiele szkodzących zdrowiu mitów jest jeszcze ciągle żywych. I co gorsza, nieświadomie, "w dobrej wierze" rozpowsze­chnianych. Zgadzam się z tym, że można nie wiedzieć (bo i skąd), jak zachowuje się w organizmie chrupkie pieczywo. Ale mimo że wiele zagadnień doczekało się już mnóstwa rzetelnych, ogólnodostępnych opracowań, trudno pewne przekonania (o których od dawna wiadomo, że okazały się błędne) wykorzenić.

Niewątpliwie jednym z najtrudniejszych do "wykarczowania" przekazów jest ten dotyczący nabiału. Wiele osób (również tych niemogących pochwalić się zdrowymi zębami) jak mantrę powtarza, że jest niezbędny dla mocnych kości. No cóż, jeśli dużą część ich wolnego czasu pochłania telewizja, mogą nie wiedzieć, że jest inaczej. Szkoda, że mimo iż troska o silny "stelaż" tak wiele dla nich znaczy, w ich dietetycznych poczynaniach jakoś brak konsekwencji. Widać to po zawartości sklepowych koszyków. Niezwykle często obok mleka i jego przetworów ląduje w nich to, co sprawia, że wapń, choćby najlepiej przyswajalny, nie ma szans dotrzeć tam, gdzie powinien. To dlatego, że wcześniej zostanie z organizmu wydalony. Dlaczego tak się dzieje? Czyżby o tym media też milczały?

Jednym z wielu takich mitów, którego trzymanie się na pewno nikomu nie pomaga, jest ten dotyczący białka. Od hołdowania mu przysłowiowy Kowalski nie będzie bardziej krzepki. Powszechne wyznawanie go nie poprawi też skuteczności żadnej z instytucji, przynajmniej z założenia powołanej, by wspierać zdrowie. Czy Tobie również zdarzyło się słyszeć, że w roślinach białko wprawdzie jest, ale... niepełnowartościowe?! Białko to budulec. Co do tego raczej nikt nie ma wątpliwości. Skąd je zatem pozyskać? W jakich ogólnodostępnych produktach go szukać? Podobno dr Joel Fuhrman, badacz, któremu na sercu leży zdrowie Amerykanów, pyta każdego nowego pacjenta: "Co zawiera więcej białka: 100 kalorii steku wołowego czy 100 kalorii brokułów?". Zwykle odpowiedzią jest zaskoczenie, że w ogóle w brokułach jest białko. Jeśli identycznie sformułowane pytanie pada podczas wykładów dla lekarzy i dietetyków, reakcja niezmiennie jest taka sama: "Stek!". Prawda jest jednak inna. Czy dla Ciebie to też niespodzianka? Jeżeli tak, to może inny przykład. Natknęłam się na niego już kilka lat temu w jednej z książek p. Mai Błaszczyszyn (Nie bądź skwaszony). Autorka pisze tak: Była kiedyś w mojej Przychodni pacjentka - starsza osoba, mieszkająca na wsi. Cierpiała na choroby przewodu pokarmowego: bóle żołądka, zgagę, wzdęcia, kamienie żółciowe, problemy z trzustką, zaparcia i biegunki - na zmianę. Do tego bóle kostno-stawowe, choroby skórne. Jadła duże ilości mięsa i nabiału, 3 - 4 razy dziennie, mało owoców, jeszcze mniej warzyw. Bez przerwy czuła się zmęczona, senna, przygnębiona. Gdy spytałam, dlaczego je tyle mięsa i wędlin, odpowiedziała - "żeby mieć siłę".

"A które zwierzę jest najsilniejsze?" - zapytałam.

"Kuń!" - padła natychmiastowa odpowiedź.

"A co je kuń? Mięso, wędliny?"

"No nie - trawę, siano, owies."

"A krowy, bawoły, słonie, żubry, goryle - też czerpią siłę z mięsa?"

"...!?"

No tak. Nie tylko "kuń" ani wymienione przez znaną biochemiczkę zwierzęta nie jedzą mięsa.

Nie je go też smukła żyrafa ani tak potężne stworzenie jak hipopotam. Ważący jakieś dwie i pół tony nosorożec również nie. Czy więc taka drobina jak człowiek, w przypadku gdy za mięsem nie przepada, ma szansę zbudować zdrowe, silne ciało? Jeśli tak, to w czym powinna szukać pełnowartościowego budulca? Całkiem sporą jego porcję można pozyskać, jak nie przymierzając słoń czy nosorożec, z... zieleniny. Wcale nie potrzebujemy jej zbyt wiele, a wymieszana chociażby z owocami może smakować naprawdę wybornie. Takim niezwykle szybkim sposobem na zaczerpnięcie solidnej dawki składników odżywczych jest przygotowanie doskonałego koktajlu.

Dlaczego taka postać posiłku ma szczególnie wielki sens?

Powodów jest co najmniej kilka. Jeden z ważniejszych to oczywiście fakt, że produkty użyte do jego sporządzenia są surowe. A to przecież całe bogactwo najróżniejszych enzymów. Nic nie zostało poddane obróbce termicznej, za której sprawą wartość odżywcza, co zupełnie logiczne, poważnie spada. A skoro tak, "cegiełek" do budowania zdrowia jest znacznie więcej niż np. w daniach gotowanych, pieczonych, smażonych i w każdy inny możliwy sposób wystawianych na działanie ciepła. Może zastanawiasz się, czy zamiast koktajli nie wystarczą sałatki, a właściwie surówki? W ich przygotowywaniu masz już doskonałą wprawę. No i przecież w tym przypadku też nie wchodzi w grę wysoka temperatura. W dodatku bardzo Ci smakują. A płynna konsystencja posiłku jakoś jeszcze do Ciebie nie przemawia. Przecież masz zęby!

Dlaczego jednak warto?

Jak zapewne wiesz, do wzniesienia monumentalnego, trwałego, budzącego zachwyt obiektu nie wystarczą pierwszorzędnej jakości materiały budowlane. Potrzeba równie doskonałych... narzędzi. A co jest jednym z nich na tym absolutnie szczególnym placu budowy, czyli Twoim ciele? Bez czego budowanie zdrowia może nie dać oczekiwanych, wystarczająco imponujących efektów?

Wiesz, co to jest hipochlorhydria? A achlorhydria?

Prawda, że niewiele się o nich mówi? Cóż to znowu takiego i jakie ma znaczenie dla Ciebie? Co mają z tym wspólnego posiłki w postaci świeżych koktajli? Najkrócej rzecz ujmując, można powiedzieć, że hipochlorhydria to zbyt mało narzędzi. Opcja druga to ich brak. Jak zatem zbudujesz dom, gdy do dyspozycji masz same cegły? Choćby były najwyższej jakości, to jednak wyczyn nie lada. Zaprawa, owszem, też się znajdzie. Ale jak masz ją kłaść? Gołymi rękami?

Choć bardzo możliwe, że rzadko o tym myślisz, jednym z najważniejszych instrumentów przez całe życie wspierających Twoje budowanie jest... kwas solny. Pamiętasz? Była o nim mowa w rozdziale traktującym o trawieniu. To właśnie ze względu na jego obecność żołądek wyposażony w kwas jest drugą (po ślinie, a przed żółcią) barierą detoksykacyjną. Właśnie tu powinny ginąć wszelkie intruzy, które niepostrzeżenie z jedzeniem przedostały się do Twojego wnętrza, bo nie dała im rady ślina. A co, jeśli kwasu jest zbyt mało? A jeżeli nie ma go w ogóle? Skoro Twój żołądek nie wytwarza go w wystarczającej ilości, trzeba zdawać sobie sprawę nie tylko z niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą fakt otwartych wrót dla patogenów. Ryzyko rozprzestrzenienia po Twoim ciele groźnych szkodników to jedno. Ale jest coś jeszcze. Kiedy produkcja tego niezwykle ważnego czynnika jest zbyt mała, nie możesz spodziewać się właściwego... przyswajania. Niestety! Mimo Twoich usilnych starań rzeczywisty efekt może być zaledwie mizerny.

I znów - jakie w tym wszystkim znaczenie ma picie owocowo-warzywnych koktajli?

Nie jest tajemnicą, że bogactwo składników roślinnych działa na ludzkie ciało niczym balsam. Jest jednak pewne "ale". Otóż okazuje się, że komórki roślin (przynajmniej z kilku względów, które nie umknęły uwadze Matki Natury) mają bardzo silną, otaczającą je ścianę. Dostępu do przebogatych zasobów, wyprodukowanych dzięki wspaniałej komitywie flory ze słońcem, broni całkiem solidny "mur". Co to oznacza dla Ciebie? Ano to, że dla dobrania się do nich i ich wykorzystania trzeba tę barierę pokonać. Jeśli chcesz, by te roślinne zasoby miały szansę działać na Twoją korzyść, nie masz innego wyjścia, jak to, co jesz, starannie, misternie, rozdrobnić. Zastanów się, czy jedząc chociażby natkę pietruszki, gryziesz ją i przeżuwasz do momentu uzyskania konsystencji... kremu. Może akurat Ty jesteś tym absolutnym wyjątkiem? Chcesz wiedzieć, jak jest ze mną? Przyznaję, że mimo dużej świadomości nigdy nie udało mi się tego osiągnąć. Kiedy na mój talerz trafia doskonale doprawiona sałatka z surowych warzyw (rzadziej owoców), z zachwytu nad jej walorami za każdym razem dzieje się inaczej, niż pierwotnie zamierzam. Kiedy zdam sobie sprawę, że przecież jednym z kluczy otwierających drzwi do zdrowia jest wielokrotne przeżuwanie, mój talerz jest pusty. A jak to wygląda u Ciebie? Tylko szczerze! Czy przypadkiem nie podobnie?

Skoro surowa zielenina wymaga precyzyjnej obróbki w postaci rozdrobnienia, a Ty niespecjalnie się do tego przykładasz, co z bogatego w nią posiłku zaabsorbuje Twój organizm? Jak sądzisz: gdyby przyjrzeć się temu dokładnie, bilans byłby zadowalający? Niby takie bogactwo witamin, minerałów, enzymów, aminokwasów, przeciwutleniaczy, chlorofilu, bezcennego błonnika, tak ważnych nienasyconych kwasów tłuszczowych (jak już zostało to wcześniej powiedziane, są one nie tylko w rybach, lecz również w zieleninie), a efekt od pożądanego raczej daleki. Czy nie powinno być inaczej? Przecież to wielki dar niezwykle hojnej natury. Podarunek, który masz na wyciągnięcie ręki. Został Ci dany, by pielęgnować Twoje wnętrze, by dawać Ci siłę do codziennego mierzenia się z wyzwaniami, które stawia przed Tobą życie. Powtórzę raz jeszcze: aby to, co masz na talerzu, Twoje ciało miało szansę wykorzystać, musi zostać rozdrobnione. Skoro dokładne gryzienie nie wchodzi w grę (a wiadomo, że nie), potrzebujesz najważniejszego narzędzia "budowlanego", jakim jest kwas solny. Jeśli nie dysponujesz nim w ilościach wystarczających, masz kłopoty. Nawet jeżeli będziesz inwestować w doskonałej jakości produkty, rezultaty będą takie sobie.

Przyzwyczailiśmy się do tego, że większość ludzi na pewnym etapie życia intensywnie siwieje. Wiesz dlaczego? Prawdopodobnie przyczyną jest właśnie to, że z wiekiem, z racji coraz mniejszych ilości produkowanego przez żołądek kwasu chlorowodorowego, pożywienie nie zostaje rozdrobnione na tyle, by mogło być efektywnie zaabsorbowane. Skoro organizm nie ma możliwości skutecznego wykorzystania zawartych w nim składników odżywczych, witamin, minerałów, enzymów i innych cegiełek budujących zdrowie, ciało niedomaga. Jednym z objawów tego stanu rzeczy są właśnie włosy w kolorze srebra.

W porządku. Przyjmujesz to do wiadomości. Niby wiadomo, co masz robić. Tylko że Ty i tak już nie wiesz, w co najpierw ręce włożyć. Zwłaszcza w porannej zawierusze. Więc niby skąd masz brać czas na... żucie?

Ponieważ jestem od podpowiadania tego, co ma ułatwić Ci codzienne życie, namawiam do "przyjaźni" z blenderem. Zwyczajnie dlatego, że to proste urządzenie doskonale poradzi sobie z tym, z czym Ty z różnych, mniej czy bardziej racjonalnych powodów, nie tyle nie chcesz, co nie bardzo dajesz radę. Skoro tak, to niełatwe zadanie możesz po prostu oddelegować. Twój mechaniczny pomocnik w Twoim imieniu "pogryzie", co trzeba. Tobie pozostaje jedynie wykorzystanie tej niebywałej możliwości.

Sądzę, że zgodzisz się ze mną co do tego, jak nieprawdopodobne wręcz bogactwo oferuje nam świat roślin. Dlatego choć na chwilę zatrzymajmy się przy jednym składniku. Podejrzewam, że o nim również myślisz zbyt rzadko. Zdarza Ci się zastanawiać, dlaczego rośliny są zielone? A jeśli tak, dumasz czasami nad tym, co Ty z tego masz? Możesz pomyśleć, że przecież to tylko chlorofil. Zwykły barwnik. Jeśli kwas solny jest narzędziem, które sprawia, że z dobrej jakości cegieł powstanie Twój piękny dom, to zieloną krew roślin możemy potraktować jak najdoskonalszą, najbardziej perfekcyjną, najlepiej wykwalifikowaną domową pomoc. Taką, która mimo że z ulicy przez każdy otwór wdziera się kurz, nawet najmniejszy pyłek usunie, zanim zdąży on osiąść na Twoich pięknych meblach. Taką, dzięki której Twoje lokum pachnące czystością robi wrażenie i na gościach, i na domownikach, na co dzień funkcjonujących w tak przyjaznym otoczeniu. Chlorofil nie tylko radzi sobie z toksynami. Zmniejsza również zakwaszenie (toksycznego kwasu nie myl z bezcennym kwasem chlorowodorowym produkowanym przez żołądek). Eliminuje nieprzyjemne zapachy. Łagodzi stany zapalne i bóle. Dostarcza żelaza, zwiększa liczbę czerwonych krwinek, radzi sobie z anemią. Intensyfikuje produkcję mleka u kobiet, które karmią piersią. Jest prawdziwym balsamem dla naczyń krwionośnych. Ma zdolność poprawiania wzroku. Dzięki temu, że potrafi tak wiele, uwielbiają go wszystkie Twoje narządy. W kontakcie z nim czują się jak na najwspanialszych wakacjach.

Przyznasz, że mało kto rozprawia o znaczeniu chlorofilu? Na szczęście coraz więcej słychać o powszechnym, wywołującym całą masę problemów, przekwaszeniu. I tu znów z pomocą przychodzi nam zielenina. Bo żywy zielony pokarm rodzi życie. A martwy?

Jeśli chcesz wspomóc swoje ciało, które masz tylko w jednym, niepowtarzalnym egzemplarzu, weź sobie to wszystko do serca. Jednak koniecznie o czymś pamiętaj. To ważne. Zielenina w Twoich koktajlach powinna być różnorodna. Chcesz wiedzieć dlaczego? Matka Natura wyposażyła każdy zielony liść na naszej planecie w minimalną ilość... trucizny. Powodów ku temu miała najprawdopodobniej co najmniej kilka. My natomiast, by sobie nie zaszkodzić, powinniśmy o tym wiedzieć. Ta trucizna to alkaloidy. W kilku gałązkach natki pietruszki czy jarmużu jest ich niewiele. Ta ilość jest zupełnie bezpieczna. Nie tylko nie czyni nam szkody, ale i stymuluje układ immunologiczny, wzmacniając naszą odporność. Jeśli natomiast uprzesz się, by przez pół roku każdego dnia zjadać jej po trzy pęczki, może się okazać, że wyjdziesz na tym jak Zabłocki na mydle. Jak widzisz, powiedzenie: co za dużo, to nie zdrowo, również tu ma swoje uzasadnienie.

Jako że mowa o koktajlach, jeszcze słówko w sprawie blendera. Są już na rynku doskonałej jakości maszyny, których zakup wiąże się ze sporym wydatkiem. Uważam, że zwłaszcza na początek w zupełności wystarczy taki (o mocy 700 W), który rozdrobni, co trzeba, w wystarczająco krótkim czasie. I co nie mniej ważne, umycie go nie zajmie więcej niż minutę. Czy to nie doskonałe wyjście na nasze zbyt szybkie, absorbujące tysiącem spraw życie? Wspaniałe jest również to, że po zaaplikowaniu sobie na dzień dobry takiego cudownie odżywczego napoju przestaje przychodzić ochota na posiłki o wątpliwej wartości odżywczej, niesłużące ani urodzie, ani zdrowiu. Pamiętaj, Twoje ciało jest świątynią! Traktuj je właśnie tak, by ta niezwykła, absolutnie wyjątkowa, bo niepowtarzalna budowla z czasem nie tylko nie ulegała niszczeniu, ale także piękniała. Przecież to właśnie w niej manifestuje się rozwój Twojego umysłu i ducha. A Tobie na tym zależy, prawda?

No i koniecznie pamiętaj, że dla wykorzystania całego dobrodziejstwa, które u Twoich stóp w postaci roślin składa Matka Natura, potrzebujesz jednego z najdoskonalszych narzędzi, jakim jest kwas solny. Bez niego ani rusz!

PS

Żeby stopniowo pozbywać się siwizny, trzeba brać pod uwagę spożywanie każdego dnia co najmniej litra koktajlu. W pierwszym momencie może Ci się wydawać, że to dużo. Ale wierz mi, nie jest to ilość nie do wypicia. Dwie szklanki rano, kolejna np. po powrocie z pracy i jedna wieczorem. Tyle spokojnie się zmieści.

Oczywiście możesz dostosować to dowolnie do swojego planu dnia. Biorąc pod uwagę, że zawartość czterech porcji wielokierunkowo zadba o Twoje zdrowie i dodatkowo doda urody, myślę, że warto się do tego przyłożyć. Niewątpliwie jest to jeden z najszybszych do przygotowania posiłków. A skoro tak...

PS

Na dobry początek kilka prostych propozycji smacznych koktajli, sprawdzonych w moim domu.

Koktajl pietruszkowy

Składniki:

1/2 cytryny pęczek pietruszki (30 g) 375 ml wody 5 łyżeczek miodu

Wykonanie:

Cytrynę obierz ze skórki. Wszystkie składniki zmiksuj razem w blenderze. Poczekaj, aż piana opadnie, i przelej napój do szklanek.

Koktajl ze szpinakiem

Składniki:

1 czerwony grejpfrut 2 kwaśne jabłka łodyga selera naciowego garść szpinaku 375 ml wody 1 łyżeczka miodu (opcjonalnie)

Wykonanie:

Jabłka i grejpfruta obierz ze skórki. Wszystkie składniki zmiksuj w blenderze.

Słodki koktajl szpinakowy

Składniki:

1 dojrzały banan 1 pomarańcza garść szpinaku 250 ml wody

Wykonanie:

Wszystkie składniki zmiksuj w blenderze.

Czerwony koktajl z malinami

Składniki:

1 czerwony grejpfrut 1 jabłko 3/4 szklanki malin miód woda

Wykonanie:

Wszystkie owoce zmiksuj w blenderze. Uzupełnij wodą i dosłódź miodem. Poza sezonem użyj mrożonych malin.

Zielony koktajl ze spiruliną

Składniki:

1 jabłko 1 banan sok z 1/2 cytryny 1 łyżeczka spiruliny w proszku 250 ml wody

Wykonanie:

Wszystkie składniki zmiksuj na jednolity płyn. Z czasem koktajl gęstnieje.

Czyżby jednak eliksir?

Skoro mowa tu o działaniach na rzecz zdrowia i urody, nie mogę nie podzielić się z Tobą czymś jeszcze. Jeśli zgłębiasz ten poradnik rozdział po rozdziale, o odżywianiu wiesz już całkiem dużo.

Wiesz już także, co masz robić. Mimo to może jednak po cichutku myślisz sobie: "No dobrze. Mam kilka prostych wskazówek. Wezmę się za siebie. Tylko jest pewien problem. Po prostu brak mi cierpliwości. Gdyby tak istniał jakiś eliksir! Coś, co dodane do rozsądnych poczynań przyspieszyłoby oczekiwany efekt". Nie wyobrażaj sobie, że pogrożę Ci palcem. Nic z tych rzeczy. Wcale się nie dziwię. Myślę, że każdemu, nawet jeśli wydaje się ignorantem, a może nawet z niego abnegat, zależy na wyglądzie. Zaniedbaniem w ubiorze można coś manifestować, ale kto by nie chciał, by jego cera była gładka i blaskiem jaśniały oczy, pod którymi nie będzie krępujących sińców. Jeśli i Ty nie masz nic przeciwko temu, pozwól, że coś Ci opowiem.

Do 35. roku życia nie pamiętam wielu momentów, kiedy czułam się naprawdę dobrze. Myślałam, że tak już musi być. Sądziłam, że widocznie i w tym względzie jedni mają więcej szczęścia, inni mniej. Tak się złożyło, że moją opcją była ta druga. Oczywiście są tacy, którzy mają gorzej, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie było łatwo. Wspomniany 35. rok mojej wędrówki po tym świecie stał się przełomem. Wiele szczęśliwych "zbiegów okoliczności" sprawiło, że rozpoczęłam wyprawę w poszukiwaniu zdrowia. Nie tylko braku objawów choroby, z polekowymi skutkami ubocznymi, a zdrowia. Najprawdziwszego. Z jasnym umysłem, dobrą energią, chęcią do pracy, nauki i życia w ogóle.

Jak zapewne wiesz (chociażby z teorii, ale mam nadzieję, że nie tylko), kiedy człowiek rzeczywiście szuka, w końcu znajduje. Krok po kroku docierałam do kolejnych ważnych informacji. Spotykałam właściwych ludzi. Kiedy już wiedziałam całkiem sporo i miałam za sobą dobre efekty dietetycznych eksperymentów, trafiłam na ciekawy tekst. Pan Jacek Skarbek, Polak mieszkający w Niemczech, w swojej książce Noni. Owoc zdrowia przywołuje wiele przykładów wyjścia z poważnych problemów zdrowotnych, m.in. 42-letniej Urszuli. Tak się złożyło, że sok z noni zaczęła pić ze względu na toczące się w jej ciele bardzo poważne i wyjątkowo przykre w przebiegu stany zapalne. Szczęśliwie udało się je pokonać. Jedynym skutkiem ubocznym kuracji było to, że od tego momentu Urszula więcej musi wydawać na fryzjera. To dlatego, że jej włosy rosną jak szalone. Natomiast ekstrabonusem, którego zupełnie się nie spodziewała, były wypowiedzi dwóch osób, które nie widziały jej od dłuższego czasu. Obie (niezależnie od siebie) zapytały ją o to, gdzie robiła operację plastyczną. Nie "czy", a "gdzie".

Tego mi było trzeba. Skoro to czyni aż takie cuda, dlaczego nie mam spróbować i ja. Więcej argumentów nie potrzebowałam. Wszak jestem kobietą! Akurat zbliżał się planowany miesięczny pobyt w górach. Uznałam, że to najlepszy moment, by przynajmniej trochę zająć się swoją urodą. Od naszych południowych sąsiadów sprowadziłam porcję soku z noni (w Polsce nie był jeszcze osiągalny). Nie było tego wiele (946 ml), ale zawsze coś. Pogoda na południu tego lata była wyjątkowo marna. Burzom i ulewom nie było końca. Po przeczytaniu dzieciom wszystkich zabranych ze sobą książek postanowiliśmy wracać. Noni jednak zdążyłam wypić. Zużyłam tę skromną porcję i... zapomniałam o tym. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że spektakularne zmiany nie zaszły. Urody nie przybyło. Aczkolwiek, w miarę upływu czasu, odkrywaliśmy z Mężem różne mniejsze i większe odmiany, w sumie składające się na sporą metamorfozę. Pierwszym zaskoczeniem było to, że nie mam już potrzeby sypiania w skarpetkach. Skarpetki skarpetkami, ale to sygnał, że coś pozytywnego zadziało się w moim układzie krążenia. A ten zawsze niedomagał. Kolejną niespodzianką było to, że poszły w zapomnienie wyjątkowo przykre stany napięcia przedmiesiączkowego. Ból ciała to jedno. Ale ból... duszy był nie do zniesienia. Pozbycie się go to najlepszy prezent, jaki noni mogła sprawić mojej rodzinie. Nie muszę Ci chyba tłumaczyć, jak trudno wytrzymać w domu (nawet jeśli to tylko kilka dni w miesiącu) z kimś, kto tonąc w morzu łez, za żadne skarby nie jest w stanie wydostać się z kłębowiska najczarniejszych myśli. I choć tego nie chce, "kąsa" boleśniej niż okropny, złośliwy owad. Mijały tygodnie, a my co jakiś czas dochodziliśmy do kolejnego optymistycznie nastrajającego odkrycia. Ale to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to wypowiedź znajomej lekarki. Po dwóch miesiącach przerwy we wrześniu przyjechała poprowadzić organizowany przez nas wykład medyczny. Pierwsze słowa, które ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu wypowiedziała, stając w otwartych drzwiach pociągu, brzmiały: "Pijesz noni". Na moje: "Skąd wiesz?", usłyszałam: "Przecież widzę". Na potwierdzenie jej opinii nie musiałam czekać zbyt długo. Podczas jednej z wizyt u fryzjera podeszła do mnie nieco młodsza ode mnie kobieta i spytała, czy możemy porozmawiać. Powiedziała mniej więcej tak: "Pamiętam panią jeszcze ze szkoły. Zawsze miała pani mocno podkrążone oczy z takimi sińcami. Później czasami widywałam panią na ulicy i było podobnie. Teraz mam możliwość przyjrzeć się z bliska. Sińców nie ma, a twarz wygląda zupełnie inaczej. Co takiego pani zrobiła?". Nie było wprawdzie pytania o to, gdzie "poprawiałam Pana Boga", ale dobre i to. ?

Jasne, że możemy leczyć swoje dolegliwości farmakologią (leki organotropowe celują w problem konkretnego organu). Jednak nawet jeśli będzie ona najdoskonalsza, raczej nie możemy liczyć na to, że niwelując niedomaganie ciała, pozytywnie dotknie też... ducha. A i z ciałem zadziała nie do końca, bo najczęściej to jedynie objaw, a prawdziwa przyczyna nękającego kłopotu tkwi znacznie głębiej. Bywa, że właśnie w duszy. Jednak działanie noni (Morinda citripholia) to nie żaden cud. W wychodzeniu z problemów duchowych może pomóc zawarta w niej m.in. prokseronina, kseronina czy damnacanthal. Wiele jest w stanie zdziałać uwalniający się w organizmie tlenek azotu. Ale nie sposób nie wspomnieć o wspomagającej pracę szyszynki skopoletynie. To ona, zwiększając poziom serotoniny i melatoniny, chroni przed częstymi zmianami nastroju. I co wcale nie mniej ważne, cudownie wpływa na biologiczny rytm snu i czuwania. Jej zasługi są znacznie większe, ale jeśli weźmiemy pod uwagę chociażby te wymienione, będzie już całkiem dużo. Zwłaszcza że coraz więcej osób cierpi na bezsenność. Z pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że dawno przestaliśmy żyć zgodnie z rytmem przyrody. Coraz częściej burzymy jej naturalny biorytm, będący najlepszym mechanizmem wyzwalania zdrowego, głębokiego snu. To sprawia, że niektórzy funkcjonują na dwóch rodzajach pigułek: jedne - żeby nie spać, drugie - by w końcu zasnąć. W takich przypadkach skopoletyna będzie miała "pełne ręce roboty", ale da radę. To dzięki manewrowi zamiany serotoniny w melatoninę, która przywraca zdrowy sen ze wszystkimi właściwymi mu fazami. Zdarza się, że osoby, które od lat nie miały marzeń sennych, znów śnią. A ci, którzy na skutek długotrwałego zażywania ciężkich leków (również bardzo młodzi, np. w przypadku młodzieńczej postaci reumatoidalnego zapalenia stawów, ze względu na wyjątkowo przerażające koszmary senne) bali się zasnąć, uwolnieni od lęku spokojnie śpią. Dzięki temu ich umęczony organizm ma szansę na regenerację. A skóra? Pięknieje nie tylko na skutek uporządkowania rytmu snu i czuwania. To właśnie ona stanowi jeden z dwóch magazynów niezwykle cennego składnika, jakim jest prokseronina. To taki surowiec w razie potrzeby przekształcany na właściwy materiał (kseroninę) służący do "reperowania" nie najlepiej mających się komórek. Jeśli niedomaga Twoje "opakowanie", noni zadziała podawana zarówno od wewnątrz, jak i zewnętrznie.

Kiedyś wierzono, że tyle dobra powoduje mieszkający w drzewie duch. Tak się składa, że żyjemy w tej części świata, która ufa jedynie "szkiełku i oku". By coś do wiadomości przyjąć, trzeba najpierw udowodnić. A skoro tak, zachodnia nauka zabrała się do mierzenia i ważenia tego, co kryje się w noni. Badacze złapawszy się za swoje mądre głowy, potwierdzili, że to nie sprawka niematerialnej istoty. Że mieszała w tym palce "jedynie" przyroda. Lista wspaniale oddziałujących na człowieka składników biologicznie czynnych jest bardzo długa. (Na tej, która leży w tej chwili na moim biurku, jest ich aż 144. Podobno kolejne substancje czekają jeszcze na zbadanie i nazwanie). O owocu noni mówi się, że to prawdziwa bomba proteinowo-enzymatyczna. I prawdopodobnie właśnie w tym tkwi tajemnica jej niezwykłego działania. W literaturze (i w życiu) możemy znaleźć wiele ciekawych opinii naukowców i lekarzy, których pacjenci za sprawą noni uzyskali spektakularne efekty. Postanowiłam jednak przytoczyć taki, w którym niby nie ma nic wielkiego, a jednak. Jego autorem jest dyplomowany dietetyk kliniczny, dr Jeff Marrongell. Pisze on: Choćbyśmy byli najbardziej pracowici i najbardziej sprytni, nie wymyślilibyśmy takiego zestawu środków odżywczych, jakie znajdują się w noni. Zdaje się, że dużo w tym prawdy. Choć człowiek potrafi już naprawdę wiele ("kij" tych możliwości często ma dwa końce), ciągle daleko mu do wszechwiedzy Matki Natury. Noni (z racji swoich właściwości adaptogennych - pozwalających przystosować się do trudnej sytuacji) pomaga w odzyskaniu równowagi, również wewnętrznej. A ta, w naszych niełatwych czasach, jest bezcenna. Swoją drogą to jednak dość niezwykłe, że istnieje roślina, która jest w stanie zrobić dla człowieka aż tak wiele. Może to jednak eliksir?

Bo tu przecież chodzi o Ciebie!

Czy Tobie też zdarza się nie wytrwać w tym, czego się podejmujesz? Jeżeli w tym względzie nie masz potrzeby niczego zmieniać, możesz przejść do następnego rozdziału. Jeśli natomiast uważasz, że przydałoby się w tej sprawie zrobić coś więcej, proponuję Ci spotkanie z niezwykłą kobietą. Osobą zajmującą się nie tylko terapią, ale i wspieraniem ludzi znajdujących się na rozdrożu w swej wędrówce przez życie. Osobą, która psychologię traktuje zarówno jako obszar pracy zawodowej, jak i pasję, w której bezgranicznie się zanurza.

Tak więc, zostawiam Cię w doskonałym towarzystwie...

Przypuszczam, że skoro spotykamy się właśnie w tym miejscu, zdrowie jest dla Ciebie ważne. Być może wiesz już, co i jak chcesz w tym zakresie osiągnąć. Niewykluczone, że po sporej porcji wspaniałych podpowiedzi Twoja wyobraźnia krąży już wokół przepisów na zdrowe pyszności. Ilekroć dowiaduję się, że kolejna osoba decyduje się na inwentaryzację zawartości swojego talerza, cieszę się jak dziecko. Szczególnie gdy postanowienia w tym zakresie podejmowane są z wyboru, a nie przymusu. Nie jestem tu po to, by pokazywać najlepszy sposób dojścia do celu. Nie do mnie należy instruowanie Ciebie i projektowanie Twojej przyszłości. Natomiast to, co Ci proponuję, możesz potraktować jako przygodę lub możliwość gromadzenia refleksji. Nie ingerując zatem w Twoje decyzje, chcę zaprosić Cię w podróż do mojego świata, o dziwo, odkrytego całkiem niedawno. Daję Ci możliwość czerpania z moich doświadczeń. Być może to, czego za chwilę się dowiesz, okaże się kluczem do drzwi, które zamierzasz otworzyć?

Przestrzeń i ja

Decyzja związana z przewartościowaniem jadłospisu należy do bardzo ważnych, bo dotyczy Ciebie. Od tego, jak się odżywiasz i żyjesz, zależą Twoje emocje i to, jak radzisz sobie z codziennością.

Będąc małą dziewczynką, uwielbiałam stąpać po obroszonej trawie. Rozkładając szeroko ramiona, nabierałam tyle powietrza, ile tylko mogłam. Czułam się wolna. Moją przestrzeń po brzegi wypełniała nieposiadająca granic swoboda, a myśli krążyły wyjątkowo sprawnie i zarazem spokojnie. Kiedy w dorosłym życiu rzeczywistość nabrała nieco innego wymiaru, poczułam, że ważne transformacje chcę rozpoczynać od przywołania tamtych dziecięcych odczuć. Moim pierwszym krokiem ku nowemu było zapewnienie sobie przestrzeni, w której będzie mogła dojrzewać moja zmiana.

Szybko dostrzegłam, że to, co dzieje się ze mną, wcale nie jest obojętne dla tych, którzy wiele dla mnie znaczą. Być może dobrym pomysłem jest upewnienie się czy ci, na których Tobie zależy, mają świadomość, do czego dążysz i jak to jest dla Ciebie ważne? Poinformowanie ich o tym może zapewnić Ci nie tylko komfort, ale i niezbędne wsparcie. Kto wie, być może spotka Cię nawet miła niespodzianka? Kiedy kolejny raz udało mi się osiągnąć cel, okazało się, że mam wielu bacznych "obserwatorów", z których każdy dostrzega co innego. Jednym imponuje moja energia, innym smukła sylwetka, a jeszcze komuś innemu nieschodzący z twarzy uśmiech. Co powiesz na niejako mimowolne stanie się dla najbliższych inspiratorem, a następnie przewodnikiem? Oczywiście tylko od Ciebie zależy, czy zechcesz znaleźć się w tej roli. Dzielę się z Tobą moją refleksją, gdyż mnie towarzystwo w mojej drodze dostarczyło dodatkowej siły i motywacji. Co więcej, na dobre upewniłam się, że podążam we właściwym kierunku.

Rozmowa z przyjacielem

Podróżując ku nowemu, często zastanawiałam się, na którym etapie właśnie jestem. Mimo doskonałej orientacji w planie działań czułam, że coś pomijam. Uwierało mnie to jak kamyk w bucie. Niby nic wielkiego, a jednak. Pewnego dnia usiadłam do ponownego rozpisania mojej koncepcji. Wiesz, co wtedy odkryłam? To, że długo żyłam w błędnym przekonaniu. Myślałam, że z racji dużego doświadczenia w biznesie o planowaniu wiem prawie wszystko. Przecież potwierdzali to zadowoleni klienci, z moim wsparciem osiągający cele i podejmujący coraz śmielsze wyzwania. No tak, zapewne znasz powiedzenie o szewcu, co bez butów chodzi. Może nie było ze mną aż tak źle. Okazało się jednak, że moje buty były co najmniej niedokładnie zasznurowane. To sprawiało, że za każdym razem, usiłując żwawo pokonać jakiś dystans, potykałam się o własne stopy. Pochylając się nad kartką, spodziewałam się, że naszkicuję schemat kolejnych działań bądź stworzę listę mających się spełnić życzeń. Tymczasem jedyne, co z tego wyrastało, to owszem, lista, ale moich słabości. Mimo wzbierającego we mnie niezadowolenia i żalu, nie mogłam pozwolić sobie na utratę sensu zainicjowanej zmiany. Musiałam coś z tym zrobić. Tym, co pozwoliło mi pójść dalej, była szczera rozmowa z przyjacielem, czyli... sobą. Dzięki niej indeks swoich niedoskonałości zamieniłam na mapę obszarów ja, które warto otoczyć szczególnymi względami. Pojęłam, że to, co zobaczyłam, to nie ugór, na którym nic już nie urośnie. Wiedziałam natomiast, że teraz potrzebuję ogrodnika. Takiego, który sprawi, że te miejsca się zazielenią, a ja będę zaglądać do nich częściej, korzystając z możliwości, jakie oferują. Tę kartkę przypominającą mi, jak wiele znaczy szczera rozmowa ze sobą, przechowuję do dziś.

Nie traktuj tego jako koniecznego etapu w dążeniu do celu. Natomiast jeśli czujesz, że mogłoby to przynieść wymierne korzyści, znajdź chwilę i stwórz swoją listę obszarów, które warto zacząć pielęgnować. One są w Tobie. Posiadasz wszystkie niezbędne zasoby mogące pomóc Ci osiągnąć to, czego pragniesz. Wystarczy, że je odnajdziesz, zaakceptujesz i docenisz.

Windą do nieba

Skąd czerpię motywację? Gdzie jest jej źródło? Pamiętam, że te pytania wracały do mnie niczym bumerang. Nie dlatego, że trudno było mi na nie odpowiedzieć. Czułam jednak, że w moich rozważaniach jest jakieś drugie dno, które mnie w równym stopniu intryguje, co niepokoi. Postanowiłam odnaleźć w sobie ducha Ariadny i dzięki nitce trafić do kłębka. O dziwo, pierwsze kroki były dość oczywiste. Powiedziałam sobie: Moja motywacja bierze się z potrzeby zmiany, chęci bycia zdrową i szczęśliwą. I ani trochę się nie myliłam. Szybko jednak pojawiło się kolejne pytanie: Skąd czerpię do tego odwagę i siłę? Z marszu zdołałam wymienić zaledwie trzy ze swoich mocnych stron. Do tamtej chwili pytanie to wydawało mi się tak banalne, że nigdy nie poświęciłam na nie więcej czasu, niż trwa wypowiedzenie słów: "Przecież to oczywiste!". Kłopot w tym, że te trzy wyrazy zawierały w sobie wszystko i nic. Skąd zatem miałam brać pewność, że wykorzystuję cały swój potencjał? Nazajutrz kupiłam notes z najbardziej kolorową okładką. Obiecałam sobie, że codziennie znajdę coś, co wspiera mnie w mojej drodze, i zapiszę to w notatniku, symbolicznie nazwanym "windą do nieba". W miarę zapełniania się go nie mogłam się nadziwić, jak powierzchownie siebie postrzegałam. Każda kolejna warstwa mojego ja była coraz ciekawsza. Co więcej, uzupełniała postrzeganą przeze mnie rzeczywistość, czyniąc ją pełniejszą i bardziej wyrazistą. Była to jedna z piękniejszych przygód, jaka przydarzyła się podczas mojej drogi. Pomyśl: może i dla Ciebie to, co znasz pod pojęciem mocnych stron, mogłoby się stać naturalną rezerwą siły, witalności i motywacji?

"Puchatkowy" zawrót głowy

Planując swoją drogę, doskonale wiedziałam, czego nie chcę. Byłam też przekonana, że za wszelką cenę pragnę jak najdłużej cieszyć się swoim sukcesem, odczuwając pełnię satysfakcji z każdego zakończonego etapu. Był to czas, kiedy moja młodsza córka przeżywała głęboką fascynację najpopularniejszym mieszkańcem Stumilowego Lasu. Pewnego ranka, gdy po raz kolejny szczerze dotrzymywałam jej towarzystwa w śledzeniu jego przygód, moją uwagę zwróciła jedna z mądrości, z których słynął Kubuś zwany Puchatkiem. Zmęczony w takim samym stopniu poszukiwaniem swoich ulubionych słodkości jak i ich jedzeniem wymamrotał, że "w jedzeniu miodku najprzyjemniejsza jest chwila tuż przed jego zjedzeniem". Długo nie mogłam przestać myśleć o tym, jak bardzo ta bajkowa sentencja odnosi się do tego, co właśnie planowałam. Wtedy postanowiłam, że zrobię wszystko, aby moment przed rozpoczęciem mojej podróży nie był bardziej emocjonujący niż każdy jej kolejny etap.

Szybko się okazało, że start jest dużo łatwiejszy do zaplanowania niż określenie krańca mojej wędrówki. Zastanawiałam się wtedy, skąd będę wiedziała, że to już. Po czym poznam, że mój cel został osiągnięty, a to, co czuję, stanowi absolutnie maksimum satysfakcji, jaką mogę sobie sprawić? Przez chwilę nawet żałowałam, że nie jestem Kubusiem Puchatkiem. On przynajmniej wiedział, kiedy znalazł to, czego szukał. Mój cel, choć równie upragniony, niczym nie przypominał miodku. Zrozumiałam, że jeśli nie odpowiem sobie na te ważne pytania, mogę skazać się na dążenie do czegoś, co być może nie istnieje. Z podróżnika szybko mogłam stać się uczestniczką biegu, którego dystansu nikt nie jest w stanie określić. Meta stałaby się czymś mało realnym, co mogłoby spowodować moją frustrację i rezygnację. Korzystając z okazji, że moja córcia w dalszym ciągu pozostawała w błogim "puchatkowym" letargu, oczyma wyobraźni postanowiłam zobaczyć ten szczególny moment, jakim jest dotarcie do upragnionego celu. Wyobraziłam sobie, co w takiej chwili mogłabym czuć i myśleć oraz jaka byłaby reakcja moich najbliższych. Świat wokół mnie "obejrzałam" w pełnym wymiarze, z każdej strony. Kiedy wróciłam do rzeczywistości, poczułam spokój. Miałam wrażenie, że teraz wiedząc, jak rozdysponować swoje siły przed kolejnymi etapami i wyzwaniami, od razu zwolniłam kroku.

A czy Ty już wiesz, jak ma wyglądać Twoje dotarcie na linię mety? Jeśli nie, zachęcam Cię do podobnej jak moja, magicznej wyprawy w przyszłość, która może być bliższa, niż myślisz. Potraktuj to jako chwilę relaksu, podczas której puszczając wodze fantazji, sprawisz swoim zmysłom prawdziwą ucztę.

Śladami gejszy

Mam nadzieję, że to, czego dowiesz się teraz, pozwoli Ci uniknąć kroków niepotrzebnie wydłużających czekający Cię dystans. A skoro o krokach mowa...

Pamiętam pewien zimowy poranek. Zanim na dobre rozpędziłam swój dzień, miałam wrażenie, że mam już za sobą wyjątkowo wyczerpujący bieg. Był to czas, kiedy pragnęłam, by moje życie wyglądało inaczej. Ponieważ jedna zmiana prowadzi do kolejnej, co rusz wyrastały przede mną nowe możliwości. Jako że należę do kobiet dość energicznych, wszystkie zmiany chciałam wprowadzić od razu. Mój wewnętrzny głos niczym woźnica popędzał mnie, wmawiając mi, że taka okazja może się nie powtórzyć. A ja nie potrafiłam odmawiać sobie korzystania ze wszystkich pojawiających się szans. Podejmowałam się nowych wyzwań, brałam na siebie kolejne zobowiązania. Kiedy brakowało czasu, wstawałam godzinę wcześniej, iluzorycznie wydłużając dobę. Tamtego ranka poczułam się jak na 21. kilometrze maratonu. Kłopot w tym, że przebiegłam ten dystans jak sprinter, a na drugie tyle nie miałam już siły. I co teraz? Rezygnacja z biegu? Nie wchodzi w grę! Przecież świadomość porażki boli bardziej niż torturowane wysiłkiem ciało. Tego dnia moja młodsza córka widząc mnie siedzącą nad kolejną filiżanką kawy, zapytała, dlaczego jestem tak zmęczona i smutna, skoro jest dopiero 8 rano. Chcąc mnie rozbawić, z racji czekającego ją w tym dniu balu ubrana w upragniony japoński strój, zaczęła naśladować wdzięczne ruchy gejszy. Patrzyłam, jak porusza się w skupieniu i z rozwagą. W pewnej chwili zatrzymała się, zmarszczyła brwi i zapytała: "Mamusiu, czy wiesz dlaczego kimono gejszy jest tak obcisłe?". Bardzo byłam ciekawa odpowiedzi. Mała uśmiechnęła się i powiedziała: "Panie, które je noszą, muszą robić małe kroczki. Dlatego chodzą powoli i nigdy się nie przewrócą". Początkowo jej tłumaczenie wydało mi się zabawne. Po chwili jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że od własnego dziecka otrzymałam jedną z najlepszych lekcji w życiu. Nie potrafiłam uwierzyć, że przez nieuwagę byłam o krok od konieczności rezygnacji ze wszystkiego, do czego tak usilnie dążyłam. Chciałam za dużo i za szybko. Dzięki tej krótkiej rozmowie postanowiłam, że planując kolejne zmiany, skorzystam z zasady małych kroków.

Od tamtej pory czas przeznaczony na realizację celu dzielę na małe etapy. Dbam o to, by każdy mój kolejny krok był na tyle duży, na ile nie spowoduje zmęczenia czy zniechęcenia.

A jak duże kroki Ty stawiasz? Na ile rozważnie pokonujesz swoją drogę, skupiając się nie tylko na realizacji kolejnych jej etapów, ale także na sobie i swoich odczuciach? Krocząc powoli, zyskujesz czas na obserwację i refleksję. Czas pozwalający Ci elastycznie reagować na Twoje zmieniające się potrzeby i oczekiwania wobec tego, do czego dążysz.

Nagroda albo psikus

To, co przekażę Ci teraz, dotyczy odpowiedzi na pytanie, które być może uznasz za jedno z najważniejszych. Pytanie, które na łamach tej książki pojawia się już po raz drugi, czyli: Jak bardzo kochasz siebie? Zauważ, że nie interesuje mnie, czy w ogóle darzysz się tym uczuciem, lecz jaki jest jego rozmiar. Od dawna nie mogę się nadziwić reakcjom osób o to pytanych. Jedne milkną, przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Tak jakby nie rozumiejąc pytania, prosiły o powtórzenie. Niektórzy się dziwią. Zdarzają się też tacy, którzy dość szybko zaczynają rozumieć, jak jest to ważne, i podejmują próbę głośnej refleksji. Nie ma znaczenia, do której grupy należysz. Ważniejsze jest, czy chcesz znaleźć odpowiedź. Wiem natomiast, jak decyzja o obdarzeniu siebie bezwarunkową miłością była istotna dla mnie. Właściwie od niej wszystko się zaczęło. Ponieważ jednym z obszarów wymagających szybkiego reagowania było moje zdrowie, pozwól, że pokrótce Ci o tym opowiem.

Mimo że moje ciało od dawna prosiło o chwilę uwagi, w pogoni za pracą i innymi zobowiązaniami zupełnie przestałam go słuchać. Jego potrzeby w hierarchii priorytetów odkładałam na ostatnią z półek. Liczyły się sukcesy, których już nie świętowałam, i kolejne wyzwania, których nawet nie liczyłam. Zapewne nic by się nie zmieniło, gdyby mój organizm nie postanowił zaprotestować. Aż nadto wyraźnie usłyszałam jego "NIE". Bardzo ważne słowo, którego sama nie potrafiłam wypowiedzieć stale pojawiającym się okazjom, szansom i możliwościom. Wiesz, w jaki sposób objawił się ten bunt? Zupełnie nieoczekiwanie zostałam pozbawiona dostępu do "narzędzia", które w mojej pracy jest absolutną podstawą. Pewnej niedzieli obudziłam się i nie byłam w stanie płynnie wypowiedzieć jednego słowa. Jąkałam się tak bardzo, że skontaktowanie się z kimkolwiek było barierą nie do pokonania. Wyobrażasz sobie moją bezradność, niemoc, przerażenie? Do nich dołączył strach, że już nigdy nie będę w pełni sprawna. Czekały mnie godziny spędzone na konsultacjach z lekarzami różnych specjalności i lęk przed werdyktem. Kiedy okazało się, że z medycznego punktu widzenia poważne zagrożenie nie istnieje, najpierw poczułam ulgę, a później żal.

Zrozumiałam, do jak tragicznego posunięcia zmusiłam własne ciało. Ten desperacki krok mojego organizmu sprawił, że przypomniałam sobie, kim jestem dla samej siebie. Wymuszono na mnie przyjęcie roli widza w spektaklu ze mną w roli głównej. Trwało to 6 tygodni. Mowa wracała stopniowo, a ja uczyłam się żyć wolniej, dokładniej. Czy lepiej? Na pewno inaczej. Teraz kocham siebie i doceniam. Każdy, nawet najmniejszy swój sukces świętuję. Celebruję zdrowe i szczęśliwe życie. A Ty kiedy zamierzasz siebie nagrodzić? Może warto to zrobić od razu, zanim życie sprawi Ci psikusa?

Zaprosiłam Cię w tę krótką podróż do swojego świata, by uświadomić Ci, że warto podejmować wyzwania. Pokazałam Ci, że też jestem człowiekiem szukającym szczęścia i błądzącym. Podarowałam Ci kawałek siebie. Garść wybranych wspomnień, doświadczeń i emocji. Jeśli znasz swoje potrzeby, oczekiwania i pragnienia - ufaj sobie i trwaj w postanowieniu. Być może zdarzy się, że ktoś będzie chciał przekonać Cię do innych wyborów. Słuchaj tego, co świat ma Ci do powiedzenia, jednak decyzję podejmuj zawsze w zgodzie ze sobą. Zasmakuj w świecie wolnym od schematów, stereotypów i uprzedzeń. Przecież masz w sobie doskonałość i prawdziwe piękno. Podążaj swoją drogą, czerpiąc z przeszłości, ciesząc się teraźniejszością i patrząc w przyszłość. Jeśli pragniesz dać szczęście najbliższym, najpierw poczuj je w sobie. Nasza wspólna podróż dobiega końca. Czas już samodzielnie wyruszyć na spotkanie swoim celom i przygodom. Wierzę, że nasze drogi mogą się jeszcze przeciąć. Wystarczy, że kiedyś przypomnisz sobie którąś część mojej historii. Być może zaprosisz mnie wtedy do świata swoich refleksji? Ale nade wszystko pamiętaj, że w Twoim życiu chodzi przede wszystkim o... Ciebie!

- Karolina Hajdukiewicz

Prawda, że piękne przesłanie?

Za chwilę przejdziesz do pełnej praktycznych podpowiedzi części II. Pozwól, że zanim zaproszę Cię do solidnego pobuszowania po niej, jeszcze co nieco dodam. Mimo że to książka o służącym urodzie zdrowym odżywianiu, mam potrzebę podzielenia się z Tobą pewną myślą.

Doskonale wiesz, że zdrowie ciała i umysłu jest arcyważne. Ale do emanowania prawdziwym, niegasnącym pięknem potrzebujesz czegoś jeszcze. We wstępie zacytowałam poruszającą dla mnie wypowiedź znanego reżysera. Teraz, kończąc swoje spotkanie z Tobą, chcę pokazać Ci inną odkrytą przed laty prawdziwą perełkę. Tę znalazłam w jednej z uwielbianych przeze mnie książek Wiesława Myśliwskiego.

Nawet jeśli czasem masz ochotę zamknąć się na leżącym na końcu świata odludziu, tak naprawdę łakniesz kontaktu z drugim człowiekiem. Zwłaszcza bezinteresownie życzliwym, zwyczajnie i po prostu dobrym. Takim, któremu warto poświęcić swój cenny czas. I... słowa. Nie żałuj więc słów. Szczególnie tych, które uskrzydlają. Bo jak przeczytasz w powieści Kamień na kamieniu: (...) słowa to wielka łaska. Cóż ma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wieczne milczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać za najmarniejszym słowem. I każdego słowa nie wypowiedzianego na tym świecie do siebie będziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno. A ileż takich słów nie wypowiedzianych zostaje w każdym człowieku i umiera razem z nim, i gnije z nim, i ani mu potem w cierpieniu nie służy, ani w pamięci. To po co jeszcze sami sobie zadajemy milczenie?

(Kończę ten akapit. Zastanawiam się, czy powinien tu zostać. Próbuję wyobrazić sobie Twoją reakcję. Robię przerwę. Daję sobie chwilę na przemyślenie. Parzę herbatę. Na chybił trafił otwieram biografię Anny Dymnej. Mój wzrok pada na fragment, który zamieszczam poniżej).

Słowo wyróżnia nas spośród innych stworzeń, jest naszym największym skarbem (...). Pozwala nam wyrazić myśli, nazwać i przekazać nasze uczucia, spostrzeżenia i doświadczenia innym. (...) Dobrze użyte pomaga i ratuje. Jest naszym najlepszym lekarzem i przyjacielem. Jeśli opowie się komuś swój ból, lęk, wątpliwości - słowa przynoszą ulgę, uspokojenie. (...) Słowo zbliża ludzi.

(Podejmuję decyzję. Cytat z Myśliwskiego zostaje).

Nie wiem, jakie są Twoje doświadczenia. Wiem natomiast, co dzieje się ze mną, kiedy pod czyimś adresem wypowiadam słowa dobre, budujące i pełne uznania. Wtedy bardziej czuję, niż widzę, że w oczach mam... gwiazdy.

Co jeszcze prócz dobrych słów możesz ofiarować innym i... sobie?

Żyjącą niemal 99 lat wybitną aktorkę Irenę Kwiatkowską na okoliczność 97. urodzin zapytano o tajemnicę jej długowieczności, ciągle jasnego umysłu i niebywałej wprost żywotności. Wiesz, jaki czynnik wymieniła jako najważniejszy i zdaje się, że jedyny? Czyste sumienie! Wyobrażasz sobie, jak szczęśliwy byłby świat, gdyby z takiego założenia wychodziła przynajmniej większość z nas? Prawda, że to nie tylko zaskakujące, ale i zwyczajnie piękne przesłanie?

To już naprawdę finał. Pozwól, że zanim się rozstaniemy, przekażę Ci jeszcze swoje życzenia, nie tylko zdrowia i urody. Również otwartości na to, co dobre i piękne. Na to, co ciągle czeka na przyzwolenie, by na zawsze zagościć w Twoim życiu. I jak najczęściej... gwiazd w oczach. ?

- Dorota Augustyniak-Madejska

PS

Na łamach tej książki doszło do Twojego spotkania z kilkoma wyjątkowymi kobietami. Mam nadzieję, że przynajmniej w jakimś stopniu wykorzystasz ich wiedzę i doświadczenie. Będzie mi miło, jeśli zechcesz się tym ze mną podzielić. Jeżeli poczujesz taką potrzebę, po prostu pisz ([email protected] lub [email protected]).

1 Informacje w post scriptum zaczerpnięte są z wykładu naszego żywieniowego eksperta, Ewy Mirkowicz. Całości wystąpienia możesz wysłuchać tu: http://www.zdrowiedlaciebie.pl/czy-to-co-jemy-wplywa-na-nasza-pamiec/.