p

Jedyna z archipelagu - Kristin Hannah

Kup ebooka

36.50 zł
28.94 zł (25,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wcze­snym wie­czo­rem spadł deszcz. W zapa­da­ją­cym mroku ulice Seat­tle wyglą­dały jak lustrzane wstęgi pomię­dzy wie­żow­cami.

To spo­kojne mia­sto zmie­niła rewo­lu­cja inter­ne­towa i nawet teraz, po zacho­dzie, roz­brzmie­wało łosko­tem i kuciem, odgło­sami budowy, nie­prze­rwa­nie wybi­ja­ją­cymi jeden rytm. Budynki wyra­stały nie­mal w ciągu jed­nej nocy, wspi­na­jąc się coraz wyżej ku prze­siąk­nię­temu wil­go­cią niebu. Mło­dzi z czer­wo­nymi fry­zu­rami i kol­czy­kami w nosach, ubrani po łach­ma­niar­sku, prze­my­kali przez cen­trum w nowiu­sień­kich jaskra­wo­czer­wo­nych fer­rari.

Na naroż­nym placu w mod­nej ostat­nio dziel­nicy Bel­l­town przy­cup­nął drew­niany budy­nek, w któ­rego sąsiedz­twie kie­dyś było cał­kiem pusto. Dom posta­wiono pra­wie sto lat temu, kiedy rzadko kto chciał miesz­kać tak daleko od środka mia­sta.

Wła­ści­ciele sta­cji radio­wej KJZZ jed­nak nie przej­mo­wali się tym, że nie pasują do mod­nego oto­cze­nia. Nada­wali z tego placu od pięć­dzie­się­ciu lat. Z małego byle jakiego lokal­nego radia stali się naj­więk­szą roz­gło­śnią w sta­nie Washing­ton.

Obecny okres powo­dze­nia zawdzię­czali w dużej mie­rze Norze Bridge, naj­mod­niej­szej rewe­la­cyj­nej autorce pro­gramu radio­wego.

Wpraw­dzie "Odnowa duchowa z Norą" gościła na ante­nie róż­nych sta­cji nie­cały rok, lecz stała się już praw­dzi­wym prze­bo­jem. Firmy rekla­mowe i roz­gło­śnie nie nadą­żały z wypi­sy­wa­niem cze­ków. Rów­nież coty­go­dniowa rubryka porad Nory w gaze­cie, zaty­tu­ło­wana "Nora wie naj­le­piej", jesz­cze ni­gdy się nie cie­szyła taką popu­lar­no­ścią. Uka­zy­wała się w ponad dwóch tysią­cach sze­ściu­set gaze­tach w całym kraju.

Nora roz­po­częła karierę, udzie­la­jąc porad domo­wych w gaze­cie pro­win­cjo­nal­nej, ale dzięki cięż­kiej pracy i umie­jęt­no­ściom wspięła się wyżej. Jej wyjąt­kowe zaan­ga­żo­wa­nie i wysoki poziom etyczny odkryły naj­pierw miesz­kanki Seat­tle, a wkrótce potem kobiety w całym kraju.

Recen­zenci utrzy­my­wali, że autorka porad potrafi zna­leźć roz­wią­za­nie każ­dego kon­fliktu uczu­cio­wego, czę­sto też zwra­cali uwagę na czy­stość jej serca.

Ale się mylili. Wio­dło jej się dzięki nie­czy­sto­ści serca. Była zwy­kłą kobietą, która popeł­niała nie­zwy­kłe błędy. Dosko­nale rozu­miała wszel­kie prze­ży­cia zwią­zane z pro­ble­mem uczu­cia nie­speł­nie­nia i pro­ble­mem uczu­cia straty.

Sama bowiem ni­gdy ani na chwilę nie potra­fiła zapo­mnieć, co stra­ciła. Co odrzu­ciła. Codzien­nie wie­czo­rem wypo­wia­dała do mikro­fonu wła­ści­wie wła­sne żale i z tej studni smutku czer­pała pocie­sze­nie.

O swoją karierę dbała z lase­rową pre­cy­zją, ostroż­nie udo­stęp­nia­jąc pra­sie tylko to ze swo­jej prze­szło­ści, co mogło być dobrze przy­jęte. Nawet w ubie­głym tygo­dniu maga­zyn "People", który umie­ścił jej zdję­cie na okładce, nie publi­ko­wał dokład­nej histo­rii jej życia. Sta­ran­nie zatarła ślady. Ow­szem, jej wiel­bi­cielki wie­działy, że prze­żyła roz­wód i ma doro­słe córki. Ale wszel­kie inne szcze­góły na szczę­ście pozo­sta­wały tajem­nicą.

Dziś wie­czo­rem Nora jak zwy­kle pro­wa­dziła audy­cję. Przy­cią­gnęła krze­sło na kół­kach bli­żej mikro­fonu i popra­wiła słu­chawki. Na ekra­nie kom­pu­tera widziała listę ocze­ku­ją­cych roz­mów tele­fo­nicz­nych. Wci­snęła połą­cze­nie dru­gie, przy któ­rym wid­niała infor­ma­cja: "Marge, pro­blemy matka-córka".

- Dobry wie­czór, Marge, jesteś na ante­nie z Norą Bridge. Co cię nur­tuje?

- Dobry wie­czór... Noro - słu­chaczka zawa­hała się, lekko zdzi­wiona, że nagle sły­szy swój głos na ante­nie, bo cze­kała na roz­mowę pra­wie godzinę.

Nora się uśmiech­nęła, cho­ciaż mógł to dostrzec tylko reali­za­tor. Wie­działa z doświad­cze­nia, że jej wiel­bi­cielki odczu­wają nie­po­kój. Zni­żyła więc głos, by stał się deli­kat­niej­szy.

- Przy­ja­ciółko, jak mogę ci pomóc?

- Mam mały pro­blem z córką, Suki. - Słu­chaczka spłasz­czała w wymo­wie samo­gło­ski, po czym można było poznać, że pocho­dzi ze Środ­ko­wego Zachodu.

- Ile Suki ma lat?

- W listo­pa­dzie skoń­czy sześć­dzie­siąt sie­dem.

- Chyba pewne sprawy zawsze są takie same - roze­śmiała się Nora.

- Mię­dzy mat­kami i cór­kami, tak. Suki zawdzię­czam pierw­szy siwy włos w wieku trzy­dzie­stu lat. Teraz wyglą­dam jak puł­kow­nik San­ders.

Tym razem Nora roze­śmiała się ciszej. Mając czter­dzie­ści dzie­więć lat, nie uwa­żała siwych wło­sów za coś zabaw­nego.

- Marge, więc jaki masz pro­blem z Suki?

- A więc... - Marge prych­nęła. - W ubie­głym tygo­dniu wybrała się w rejs dla osób stanu wol­nego... wiesz, taki, co to wszy­scy ubie­rają się w hawaj­skie spód­niczki i piją czer­wone kok­tajle. Nie­ważne. A dzi­siaj mi mówi, że znów wycho­dzi za mąż za kogoś, kogo poznała na tym statku. W jej wieku! - Znów prych­nęła. - Wiem, że chciała, bym się razem z nią cie­szyła, ale czy ja mogłam? Suki jest trzpiotką. My z Tom­mym byli­śmy mał­żeń­stwem przez sie­dem­dzie­siąt lat.

Nora zasta­na­wiała się, co odpo­wie­dzieć. Oczy­wi­ście, że Marge wie­działa, iż obie z Suki nie są już młode i że czas ściera na proch naj­lep­sze inten­cje. Nie było więc sensu ude­rzać w rzewny ton i mówić o tym. Toteż spy­tała tylko:

- Kochasz swoją córkę?

- Zawsze ją kocha­łam. - W gło­sie Marge zabrzmiało łka­nie. - Nie masz poję­cia, Noro, jak to jest, kiedy tak bar­dzo się kocha córkę... i widzi się, jak ona prze­staje cię potrze­bo­wać. Co będzie, kiedy wyj­dzie za tego męż­czy­znę i cał­kiem o mnie zapo­mni?

Nora zamknęła oczy i usi­ło­wała oczy­ścić umysł ze zbęd­nych myśli. Opa­no­wała tę sztukę dawno temu, słu­chaczki bowiem nie­zmien­nie mówiły o czymś, co ją samą doty­kało do żywego. Musiała się więc nauczyć, jak dawać upust bólowi.

- Marge, każda matka tego się boi. Ale jedy­nym spo­so­bem zatrzy­ma­nia przy sobie dzieci jest wypusz­cze­nie ich w świat. Pozwól Suki zabrać ze sobą całą twoją miłość i niech będzie dla niej takim świa­tłem jak to, które zawsze paliło się w jej rodzin­nym domu. Jeżeli będzie czer­pała z tego siłę, ni­gdy za bar­dzo się nie oddali.

Marge cichutko pła­kała.

- Może do niej zadzwo­nię... i popro­szę, by przy­pro­wa­dziła swego męż­czy­znę na kola­cję.

- To byłby wspa­niały począ­tek. Powo­dze­nia, Marge. I koniecz­nie daj nam znać, jak się wszystko poto­czy. - Odchrząk­nęła i wyłą­czyła się. - Posłu­chaj­cie - powie­działa do mikro­fonu - pomóżmy Marge. Wiem, że wiele z was napra­wiło swoje sto­sunki w rodzi­nie. Dzwoń­cie! Przy­po­mnij­cie Marge i mnie, że miłość nie jest taka kru­cha, jak się cza­sem wydaje.

Oparła się o krze­sło i patrzyła, jak zapa­lają się kolejne połą­cze­nia tele­fo­niczne. Kło­poty rodzi­ciel­skie to zawsze popu­larny temat, zwłasz­cza gdy doty­czy rela­cji: matka-córka. Na moni­to­rze poka­zał się napis: "linia czwarta, pro­blem z pasier­bicą, Ginny". Ode­brała połą­cze­nie.

- Witaj, Ginny. Jesteś na ante­nie z Norą Bridge.

- Hm, cześć. Uwiel­biam twoją audy­cję.

- Dzięki. Jak sprawy w two­jej rodzi­nie?

Przez następne dwie i pół godziny Nora wkła­dała serce i duszę w porady dla słu­cha­czek. Ni­gdy nie uda­wała, że zna wszyst­kie roz­wią­za­nia ani że jest kimś w rodzaju leka­rza czy tera­peutki rodzin­nej. Chciała tylko oka­zać przy­ja­zne zain­te­re­so­wa­nie tym znę­ka­nym kło­po­tami zwy­czaj­nym ludziom, któ­rych nawet nie znała.

Po zakoń­cze­niu audy­cji jak zwy­kle powró­ciła do swo­jego pokoju. Tam zajęła się odpi­sy­wa­niem na listy oso­bom, które zosta­wiły swoje adresy u pro­du­centa pro­gramu, skła­da­jąc im podzię­ko­wa­nia. Zawsze robiła to sama, nie powie­rzała tej pracy sekre­tarce, która by tylko powie­lała jej pod­pis. Niby była to drob­nostka, ale Nora uwa­żała, że to naprawdę ważne. Każdy, kto miał dość odwagi, by publicz­nie ją pro­sić o radę, zasłu­gi­wał na oso­bi­ste podzię­ko­wa­nie.

Kiedy skoń­czyła, już była spóź­niona.

Chwy­ciła teczkę firmy Fendi i pobie­gła do samo­chodu. Na szczę­ście do szpi­tala było tylko kilka kilo­me­trów. Zapar­ko­wała na pod­ziem­nym par­kingu i weszła do sztucz­nie oświe­tlo­nego holu.

Minęła godzina odwie­dzin, ale w tym małym pry­wat­nym szpi­talu nagięto nie­które prze­pisy dla bar­dzo zaję­tej Nory, ponie­waż od mie­siąca kogoś w nim odwie­dzała regu­lar­nie w soboty i wtorki. Jak widać, nie zaszko­dziło jej to, że jest znaną osobą i że pie­lę­gniarki uwiel­biają jej audy­cję.

Idąc kory­ta­rzem do pokoju Erica, uśmie­chała się na widok zna­jo­mych twa­rzy. Pod jego drzwiami jed­nak przy­sta­nęła i wzięła się w garść.

Wpraw­dzie czę­sto go widy­wała, lecz te wizyty ni­gdy nie były łatwe. Erica Slo­ana trak­to­wała jak wła­snego syna, patrze­nie więc na jego walkę z rakiem było nie do znie­sie­nia. Tym bar­dziej że oprócz Nory nie miał nikogo. Jego rodzice dawno spi­sali go na straty, nie akcep­tu­jąc jego wybo­rów życio­wych, a uko­chany młod­szy brat Dean rzadko miał czas na odwie­dziny.

Kiedy otwo­rzyła drzwi do pokoju, zoba­czyła, że Eric śpi. Leżał w łóżku, zwró­cony twa­rzą do okna. Jego wychu­dłe ciało opa­tu­lone było kolo­rową chu­stą w kwa­draty, którą Nora wła­sno­ręcz­nie zro­biła na dru­tach.

Pra­wie pozba­wiony wło­sów, z głę­boko zapad­nię­tymi policz­kami i otwar­tymi ustami wyglą­dał jak sta­rzec poko­nany przez cho­robę. A nie skoń­czył jesz­cze trzy­dzie­stu jeden lat.

Przez chwilę miała wra­że­nie, jakby widziała go po raz pierw­szy. Cho­ciaż obser­wo­wała te cią­głe zmiany na gor­sze, to tak naprawdę ich nie dostrze­gała. Dopiero teraz ją ude­rzyły - uwi­docz­niły się na twa­rzy jej przy­ja­ciela, pod­czas gdy ona nie­mą­drze uda­wała, że jesz­cze będzie dobrze.

Ale nie będzie. W tej chwili zro­zu­miała, co usi­ło­wał jej prze­ka­zać, i prze­jęło ją to takim bólem - który dotych­czas potra­fiła sobie dzie­lić na moż­liwe do prze­łknię­cia por­cje - aż się prze­ra­ziła, czy go znie­sie. W tej jed­nej chwili, nie dłuż­szej niż ude­rze­nie serca, nadzieja, którą miała, nagle ją opu­ściła. A jeśli dla niej ten brak nadziei był taki bole­sny, to jak Eric może się z tym wszyst­kim upo­rać?

Pode­szła i deli­kat­nie pogła­skała łysy czu­bek jego głowy. Kilka cien­kich kosmy­ków, cie­niut­kich jak paję­czyna, poła­sko­tało jej palce.

Spoj­rzał na nią zaspa­nym wzro­kiem, siląc się na chło­pięcy uśmiech, co mu się nie­mal udało.

- Mam dobre i złe wie­ści - powie­dział.

Dotknąw­szy jego ramie­nia, poczuła, jaki jest kru­chy. Jaki nie­po­dobny do tego wyso­kiego chło­paka o buj­nych wło­sach, który dźwi­gał jej zakupy do domu...

- To zacznijmy od dobrych - odparła wesoło, zawie­sza­jąc głos.

- Już koniec zabie­gów.

Zbyt mocno uchwy­ciła go za ramię - kości się pod­dały, zupeł­nie jak u ptaka, więc natych­miast polu­zo­wała chwyt.

- A złe wie­ści?

Patrzył na nią wzro­kiem bez wyrazu.

- Już koniec zabie­gów. - I dodał: - To decy­zja dok­tora Calo­mela.

Ski­nęła tępo głową, szu­ka­jąc dosta­tecz­nie waż­kich słów, lecz prze­cież przez te jede­na­ście mie­sięcy, odkąd posta­wiono mu dia­gnozę, wszystko już sobie powie­dzieli. Spę­dzili kil­ka­na­ście nocy na oma­wia­niu wła­śnie tej sytu­acji. Nawet sobie wyobra­żała, że jest na nią przy­go­to­wana - na ten począ­tek końca - ale teraz zro­zu­miała, jaka była naiwna. Ni­gdy nie jest się przy­go­to­wa­nym na śmierć, zwłasz­cza gdy cho­dzi o kogoś, kogo się kocha. Jed­nak infor­ma­cja mimo wszystko do niej dotarła, bo przez cały czas obser­wo­wała, jak rak zabiera jej przy­ja­ciela.

Kiedy zamknął oczy, zasta­na­wiała się, czy on usi­łuje teraz zoba­czyć sie­bie jako zdro­wego, peł­nego życia, rado­snego mło­dego czło­wieka... nauczy­ciela uwiel­bia­nego przez uczniów... czy też przy­po­mina sobie, jak kilka lat temu jego part­ner Char­lie leżał w szpi­talu w takim samym łóżku, bez­sku­tecz­nie wal­cząc z AIDS...

W końcu spoj­rzał na nią i usi­ło­wał się uśmiech­nąć, co spra­wiło, że łzy sta­nęły jej w oczach. W tej samej chwili zoba­czyła obrazy z całego jego życia. Widziała go u sie­bie przy kuchen­nym stole jako ośmio­latka pochła­nia­ją­cego chrupki, potar­ga­nego, pie­go­wa­tego chłopca z poobi­ja­nymi kola­nami i uszami wiel­kimi jak cho­chle.

- Wra­cam do domu - powie­dział cicho. - Hospi­cjum będzie poma­gać...

- Wspa­niale - odparła ochry­płym gło­sem i uśmiech­nęła się zbyt rado­śnie, usi­łu­jąc uda­wać, że mówią o tym, gdzie zamie­rza zamiesz­kać, a nie o tym, gdzie posta­no­wił umrzeć. - Napi­sa­łam z wyprze­dze­niem kilka felie­to­nów do mojej rubryki w gaze­cie, więc wezmę tydzień wol­nego i w ciągu dnia będę do cie­bie przy­cho­dzić. Nie­stety wie­czo­rami muszę być w radio, ale...

- Mia­łem na myśli to, że wra­cam na wyspę, do domu.

- Zadzwo­nisz do rodziny? - Nie­na­wi­dziła jego decy­zji, że sam będzie sobie radził z rakiem, ale był nie­ugięty. Zabro­nił Norze mówić o swo­jej cho­ro­bie, a ona, cho­ciaż się z tym nie zga­dzała, nie miała innego wyboru, tylko zasto­so­wać się do jego życze­nia.

- Pew­nie. Bar­dzo mi dotych­czas poma­gała.

- To co innego niż przy­znać się do swo­jej orien­ta­cji, i dobrze o tym wiesz. Czas zadzwo­nić do Deana i do rodzi­ców.

Spoj­rzał na nią z wyra­zem takiej bez­na­dziej­no­ści w oczach, że miała ochotę się odwró­cić.

- Co będzie, jeśli powiem mamie, że umie­ram, a ona mimo to nie przy­je­dzie?

Nora pojęła. Nie chciał ryzy­ko­wać, nawet jeśli praw­do­po­do­bień­stwo, że tak mogłoby się stać, byłoby mini­malne.

- Zadzwoń cho­ciaż do brata. Daj mu szansę.

- Zasta­no­wię się.

- O to cię pro­szę. - Uśmiech­nęła się z przy­mu­sem. - Jeżeli możesz pocze­kać do wtorku, odwiozę cię...

Deli­kat­nie dotknął jej ręki.

- Mam nie­wiele czasu. Usta­li­łem, że polecę samo­lo­tem. Lot­tie jest już w domu i wszystko szy­kuje.

Mam nie­wiele czasu. O ile gorzej było usły­szeć te słowa gło­śno wypo­wie­dziane! Z tru­dem prze­łknęła ślinę.

- Nie możesz być sam.

- Dość - prze­rwał to mięk­kim tonem, a spoj­rze­nie miał jesz­cze bar­dziej mięk­kie, lecz w jego gło­sie pobrzmie­wały nuty daw­nej siły. Przy­po­mi­nał jej, co nie­kiedy było konieczne, że jest doro­słym, doj­rza­łym męż­czy­zną. - No - powie­dział, klasz­cząc w dło­nie - pro­wa­dzimy roz­mowę jak z jakiejś prze­klę­tej sztuki Ibsena. Zaj­mijmy się czymś innym. Słu­cha­łem dziś two­jej audy­cji. Matki i córki. To dla cie­bie nie­ła­twy temat.

Ot tak, po pro­stu spro­wa­dził ich twardo na zie­mię. Jak zwy­kle zdu­miał ją swoją pręż­no­ścią. Wie­działa, że kiedy życie go prze­ra­stało, dzie­lił je na cząstki do prze­łknię­cia. Nor­malne sprawy... zwy­czajne roz­mowy były jego ratun­kiem.

Przy­cią­gnęła krze­sło i usia­dła.

- Ni­gdy nie wiem, co powin­nam powie­dzieć, a kiedy już wypo­wia­dam jakąś poradę, czuję się jak naj­więk­sza hipo­krytka na tej pla­ne­cie. Jak czu­łaby się Marge, gdyby wie­działa, że przez jede­na­ście lat nie roz­ma­wia­łam z wła­sną córką?

Eric nie odpo­wie­dział na to reto­ryczne pyta­nie. Mię­dzy innymi za tę jego cechę kochała go tym bar­dziej. Ni­gdy nie pokrze­piał jej kłam­stwami. Ale rozu­miał, jak bole­sna jest dla niej myśl o młod­szej córce, i dzięki temu było jej lżej.

- Cie­kawa jestem, co teraz pora­bia.

Czę­sto się nad tym zasta­na­wiali i bez końca spe­ku­lo­wali.

Eri­cowi udało się roze­śmiać.

- Jeśli cho­dzi o Ruby, wszystko jest moż­liwe. Może je teraz lunch ze Ste­ve­nem Spiel­ber­giem, a może wła­śnie prze­kłuwa sobie język.

- Kiedy ostat­nio roz­ma­wia­łam z Caro­line, mówiła, że Ruby ufar­bo­wała się na nie­bie­sko. - Nora zaśmiała się i nagle zamil­kła. Nie było to zabawne. - Ruby zawsze miała takie ładne włosy...

Eric się pochy­lił i spoj­rzał na nią z nie­spo­dzie­wa­nym prze­ję­ciem.

- Prze­cież ona żyje, Noro!

- Wiem. - Ski­nęła głową. - I przez cały ten czas to jest moją nadzieją.

- No, a teraz - sze­roko się uśmiech­nął - wycią­gaj trik-traka. Mam ochotę złoić ci tyłek.

Był dopiero drugi tydzień czerwca, a tem­pe­ra­tura się­gała pra­wie czter­dzie­stu stopni. Nie­by­wała fala upa­łów - mówiono w lokal­nych wia­do­mo­ściach - pogoda, jaka bywała w połu­dnio­wej Kali­for­nii na ogół o wiele póź­niej.

Upały dopro­wa­dzały ludzi do sza­leń­stwa. Budzili się w mokrej pościeli i ruszali na poszu­ki­wa­nie szklanki wody, a kiedy tro­chę przy­tom­nieli, ze zdu­mie­niem stwier­dzali, że trzy­mają w ręce broń wycią­gniętą z biblio­teczki. Dzieci pła­kały przez sen i nawet płyn Tyle­nol nie chło­dził ich roz­pa­lo­nej skóry. W całym mie­ście ptaki spa­dały z prze­wo­dów tele­fo­nicz­nych i leżały na spra­gnio­nych wody traw­ni­kach.

W taką pogodę nikt nie był w sta­nie spać, a Ruby Bridge wcale nie sta­no­wiła wyjątku. Leżała roz­cią­gnięta na łóżku, prze­ście­ra­dło zrzu­ciła na pod­łogę, a na czole poło­żyła sobie okład z lodu.

Minuty mijały, jedna po dru­giej odmie­rzane poję­ki­wa­niem okien­nej kli­ma­ty­za­cji, która tylko mełła gorące powie­trze.

Ruby była sama. Przed kil­koma dniami rzu­cił ją chło­pak, Max. Po pię­ciu wspól­nie prze­ży­tych latach po pro­stu wyszedł z jej życia jak hydrau­lik, który zakoń­czył przy­krą robotę.

Pozo­sta­wił po sobie kilka byle jakich mebli i liścik.

Kochana Ruby!

Ni­gdy nie mia­łem zamiaru odko­chać się w Tobie (ani zako­chać w Angie). Ale takie cho­ler­stwo się zda­rza. Wiesz, jak to jest. Chcę być wolny. Zresztą, do dia­bła, oboje wiemy, że ni­gdy i tak mnie nie kocha­łaś.

Trzy­maj się.

Max

Zabawne było to (cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie nie tak zabawne, by pękać ze śmie­chu), że pra­wie nie odczu­wała braku Maxa. Ow­szem, było jej brak dru­giego tale­rza na nakry­tym do kola­cji stole, dru­giego ciała w łóżku, które jakby się teraz powięk­szyło. Naj­bar­dziej bra­ko­wało jej pozoru, że jest zako­chana.

Max był... nadzieją. Ucie­le­śnie­niem prze­ko­na­nia, że potrafi kochać i być kochana.

O siód­mej zadzwo­nił budzik. Ruby zsu­nęła się z łóżka, spo­cona, jakby śli­zgała się po ślu­zie śli­maka. Roz­chwiane wez­gło­wie ude­rzyło o ścianę. Biu­sto­nosz i figi lepiły jej się do ciała. Się­gnęła po szklankę wody przy łóżku, przy­tknęła ją do zagłę­bie­nia pomię­dzy pier­siami i poszła do łazienki, gdzie wzięła letni prysz­nic.

Zanim zdą­żyła się wytrzeć, znów oblał ją pot. Wes­tchnęła umę­czona; poszła do kuchni i zapa­rzyła dzba­nek kawy. Nalała sobie fili­żankę, szczo­drze doda­jąc śmie­tanki. Na powierzch­nię wypły­nęły białe grudki, ukła­da­jąc się w kształt krzyża.

Ktoś pew­nie by pomy­ślał, że śmie­tanka skwa­śniała, ale Ruby uznała, że to znak. Jakby potrzebne jej były nad­przy­ro­dzone znaki, by zro­zu­mieć, że utknęła w wirówce życia.

Wylała płyn do zlewu i wró­ciła do sypialni, zbie­ra­jąc z pod­łogi rzu­cone tam czarne, polie­ste­rowe, popla­mione tłusz­czem spodnie i białą baweł­nianą bluzkę. Spo­cona, lecz poga­niana bólem głowy i potrzebą dostar­cze­nia orga­ni­zmowi kofe­iny, ubrała się i wyszła w obez­wład­nia­jący żar.

Na ulicy stał jej poobi­jany volks­wa­gen gar­bus rocz­nik 1970. Po kilku pró­bach zapa­lił i ruszyła do Sie­ka­nych Spe­cja­łów Irmy, mod­nej restau­ra­cyjki przy Wenec­kiej Plaży, gdzie pra­co­wała pra­wie trzy lata.

Ni­gdy nie zamie­rzała zostać kel­nerką, miała to być tym­cza­sowa praca, dzięki któ­rej mogła pła­cić rachunki do czasu aż sta­nie na nogi, wzbu­dzi sen­sa­cję w jed­nym z oko­licz­nych klu­bów kome­diowo-saty­rycz­nych, wystąpi gościn­nie w tele­wi­zyj­nym talk-show Jaya Leno i wresz­cie dosta­nie pro­po­zy­cję zagra­nia we wła­snym sit­co­mie, któ­rego traf­nie zaty­tu­łuje "Ruby!". Zawsze wyobra­żała sobie ten tytuł z wykrzyk­ni­kiem, podobny do rewio­wych w Vegas, jakie uwiel­biała bab­cia.

Lecz mając dwa­dzie­ścia sie­dem lat, nie była już trak­to­wana jako osoba młoda. Zda­rzało jej się sły­szeć, że jest "za stara", pra­wie od dzie­się­ciu lat, kiedy to sta­rała się zro­bić karierę jako autorka i wyko­naw­czyni tek­stów humo­ry­stycz­nych. Według powszech­nej opi­nii, jeżeli nie uda ci się do trzy­dziestki, to już po tobie. Ruby więc doszła do wnio­sku, że powinna się uwa­żać za ura­to­waną w ostat­niej chwili.

Wje­chała na par­king w stylu lat pięć­dzie­sią­tych. przed restau­ra­cją i usi­ło­wała zna­leźć miej­sce, manew­ru­jąc mię­dzy sta­rymi autami combi i busami volks­wa­gena. Ze wszyst­kich moż­li­wych stron samo­cho­dów były umo­co­wane deski sur­fin­gowe; zde­rzaki oble­piono nalep­kami tak, że nie­mal nie widać było lakieru. Wybla­kła na słońcu reklama słyn­nego omletu Irmy z sze­ściu jaj przy­wę­dro­wała z dale­kiego wschod­niego wybrzeża. Ruby zapar­ko­wała koło mini­busu, który mógłby rów­nie dobrze wziąć się z filmu Bez­tro­skie lata w Rid­ge­mont High.

Wymu­siła na twa­rzy uśmiech i skie­ro­wała się do restau­ra­cji. Kiedy otwo­rzyła drzwi, nad jej głową wesoło roz­dzwo­nił się dzwo­ne­czek.

Irma ruszyła w jej stronę, toru­jąc sobie drogę trzy­pię­trową fry­zurą w kształ­cie ula. Jak zwy­kle pędziła, pochy­lona do przodu niby dziób toną­cego statku, po czym gwał­tow­nie zatrzy­mała się przed Ruby. Przy­mru­żyła mocno uma­lo­wane oczy, co dało Ruby powód do zasta­no­wie­nia się, czy kie­dyś wiek ludzi dzięki maki­ja­żowi będzie trzeba okre­ślać metodą węgla radio­ak­tyw­nego.

- Według gra­fiku mia­łaś pra­co­wać wczo­raj wie­czo­rem.

- O, cho­lera! - skrzy­wiła się Ruby.

Irma skrzy­żo­wała ręce.

- Zwal­niam cię. Nie możemy na cie­bie liczyć. Debby musiała wczo­raj obsłu­gi­wać za dwie osoby. W kasie czeka na cie­bie osta­teczne roz­li­cze­nie. Mun­du­rek masz zwró­cić jutro. Wyprany.

Usta Ruby zadrżały w bun­cie. Na myśl, że musi pro­sić o tę gów­nianą pracę, aż zebrało jej się na mdło­ści.

- Irmo, co ty, prze­cież muszę mieć tę robotę.

- Przy­kro mi, naprawdę. - Irma odwró­ciła się i ode­szła.

Ruby stała tak z minutę, wdy­cha­jąc zna­jomy zapach syropu klo­no­wego zmie­sza­nego z tłusz­czem, po czym chwy­ciła czek z kasy i wyszła z restau­ra­cji.

Wsia­dła do samo­chodu i odje­chała. Bez celu krą­żyła po uli­cach, a kiedy poczuła się tak, jakby jej twarz się roz­pły­wała, zapar­ko­wała w dziel­nicy han­dlo­wej. W mod­nych kli­ma­ty­zo­wa­nych buti­kach widziała dzie­siątki pięk­nych rze­czy, na które nie mogła sobie pozwo­lić, sprze­da­wane przez dziew­czyny o połowę od niej młod­sze. Pomy­ślała, że się­gnęła samego dna. Nagle dostrze­gła wywieszkę w skle­pie dla zwie­rząt: "Potrzebna pomoc".

Nie ma mowy! Dość już miała poda­wa­nia odpa­dów woło­wych rodzi­nie Butt. Niech ją dia­bli, jeżeli zde­cy­duje się na sprze­da­wa­nie im wszyst­kim fre­tek.

Wró­ciła do samo­chodu i odje­chała, pędząc do celu. Kiedy zna­la­zła się na bul­wa­rze Wil­shire, przy­sta­nęła przed wie­żow­cem i zapar­ko­wała.

Nim zdą­żyła sobie wyper­swa­do­wać całą eska­padę, już jechała windą na ostat­nie pię­tro. Drzwi się otwo­rzyły, powi­tało ją słod­kie chłodne powie­trze, osu­sza­jąc pot na jej policz­kach.

Poma­sze­ro­wała kory­ta­rzem do biura swo­jego agenta i wpa­dła do środka przez dwu­skrzy­dłowe drzwi prze­szklone mro­żo­nym szkłem.

Recep­cjo­nistka Mau­deen Wach­smith sie­działa z nosem utkwio­nym w roman­sie. Uśmiech­nęła się, led­wie pod­no­sząc wzrok.

- Cześć, Ruby. Jest dziś zajęty. Musisz się spe­cjal­nie umó­wić.

Ruby prze­le­ciała koło Mau­deen i szarp­nąw­szy, otwo­rzyła drzwi.

Jej agent, Valen­tine Light­ner, sie­dział za błysz­czą­cym sze­ro­kim biur­kiem. Pod­niósł wzrok. Kiedy zoba­czył, że to ona, uśmiech zastą­piła zmarszczka na czole.

- Ruby... nie byli­śmy umó­wieni... prawda?

Mau­deen wypa­dła zza ple­ców Ruby.

- Prze­pra­szam, panie Light­ner...

- Nic nie szko­dzi, Mau­deen - powie­dział, pod­no­sząc szczu­płą rękę. I opie­ra­jąc się o krze­sło, spy­tał: - O co cho­dzi, Ruby?

Odcze­kała, aż Mau­deen wyj­dzie, i pode­szła do biurka. Z upo­ko­rze­niem myślała o tym, że ma na sobie strój z restau­ra­cji i że widać, jak się poci pod pachami.

- Czy jest jesz­cze ta robota na statku wyciecz­ko­wym?

Trzy mie­siące temu śmiała się z tej pro­po­zy­cji - statki wyciecz­kowe grze­bią wszel­kie talenty - ale teraz nie wyda­wała jej się poni­ża­jąca, wręcz prze­ciw­nie: o wiele prze­wyż­sza­jąca jej moż­li­wo­ści.

- Sta­ra­łem się ci to zała­twić, Ruby. Piszesz zabaw­nie, ale prawda jest taka, że jest to do niczego. I nikt tu nie chce przy­szy­wać ci łatek, ale cho­dzi o to, że powstała olbrzy­mia zapora. Spa­li­łaś za sobą zbyt wiele mostów. Nikt nie chce z tobą współ­pra­co­wać.

- Ktoś...

- Nikt. Pamię­tasz tę pracę, którą ci zała­twi­łem przy sit­co­mie? Opóź­ni­łaś pro­duk­cję pierw­szego tygo­dnia i wszy­scy dosta­wali fioła przez twoje poprawki.

- Moja boha­terka była idiotką. W jej roli nie było ani jed­nej zabaw­nej linijki.

Val spoj­rzał na nią; lodo­wato nie­bie­skie oczy powoli zwę­żały się w szparki.

- Mam ci przy­po­mnieć, że ten show na­dal jest nada­wany, i inna... mniej uta­len­to­wana aktorka... zara­bia na każ­dym odcinku trzy­dzie­ści tysięcy dola­rów, mówiąc to, co ma powie­dzieć?

- To gów­niany show. - Ruby padła na obite zamszem krze­sło przed jego biur­kiem. Dopiero po chwili udało jej się skło­nić do pokory wła­sne ego. - Nie mam gro­sza. Irma w restau­ra­cji mnie zwol­niła.

- Możesz chyba zadzwo­nić do matki.

Przy­mknęła na chwilę oczy i wzięła głę­boki oddech.

- Val, nie wkra­czaj na ten teren - powie­działa ze spo­ko­jem.

- Wiem, wiem, straszna z niej cho­lera. Ale widzia­łem ten arty­kuł o niej w "People". Jest sławna i bogata. Może by ci pomo­gła.

- Ty też jesteś sławny i bogaty i nie możesz mi pomóc. A poza tym już dość mi pomo­gła. Odro­bina wię­cej mat­czy­nej tro­ski może spra­wić, że wylą­duję na Oddziale B, przy­wią­zana do stołu, śpie­wa­jąc, że muszę być sobą. - Ruby wstała, co kosz­to­wało ją wiele wysiłku, bo wła­ści­wie miała ochotę tylko na to, by zwi­nąć się w kłę­bek i spać. - Dzięki ci za nic, Val.

- Cho­ler­nie łatwo ci pomóc dzięki tej two­jej iskrzą­cej oso­bo­wo­ści. - Wes­tchnął. - Spró­buję w Azji. Lubią tam humor ze Sta­nów. Może mogła­byś pra­co­wać w klu­bie noc­nym.

Na samą myśl o tym zro­biło jej się mdło.

- Mam opo­wia­dać kawały tłu­ma­czowi? - Skrzy­wiła się, wyobra­ża­jąc sobie sie­bie w jed­nym z tych męskich barów, gdzie kobiety skrę­cają się na błysz­czą­cych srebr­nych drąż­kach za jej ple­cami. Już spę­dziła tro­chę czasu na takich nume­rach. Cała mło­dość minęła jej w cie­niu reflek­to­rów oświe­tla­ją­cych kogoś innego. - Może czas, bym się pod­dała. Ska­so­wała. Przy­znała się do porażki.

Val spoj­rzał na nią.

- A co będziesz robić?

Nie powie­dział: "Ruby, nie rób tego, jesteś zbyt uta­len­to­wana, by się pod­dać". Tak twier­dził sześć lat temu.

- Doszłam na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim do połowy dyplomu z lite­ra­tury angiel­skiej. Może więc dostanę robotę kie­row­niczki w Bur­ger Kingu.

- Pew­nie, zde­cy­do­wa­nie nada­jesz się do służby publicz­nej.

Nie potra­fiła się nie roze­śmiać. Od dawna współ­pra­co­wała z Valem, od swo­ich pierw­szych dni w Skle­pie z Humo­rem. Zawsze był jej mistrzem, naj­więk­szym wiel­bi­cie­lem, ale przez ostat­nie lata go roz­cza­ro­wała, co w pew­nym sen­sie było gor­sze niż roz­cza­ro­wać sie­bie. Stała się trudna we współ­pracy, wybu­chowa, nie bar­dzo było wia­domo, co może robić, ale przy tym wszyst­kim prze­stała być zabawna. Wszyst­kie inne prze­szkody Val mógłby poko­nać. Ona sama też nie wie­działa, co się z nią dzieje. Chyba że pro­ble­mem była złość, która tra­wiła ją przez cały ten czas. Powinna wyha­mo­wać.

- Bar­dzo ci dzię­kuję za wszystko, co dla mnie zro­bi­łeś. Wiem, że trudno jest zała­twić pracę pri­ma­don­nie bez talentu.

Gdy tylko wypo­wie­działa te słowa, usły­szała ich pod­tekst. Wyra­żały waha­nie i strach, ale prze­cież się żegnała. Naj­gor­sze jed­nak było to, że Val też sły­szał pod­tekst tych słów i nie zaopo­no­wał: "Nie, nie rób tego, jesz­cze daleko nam do końca". Powie­dział coś innego:

- Zasad­ni­czo masz duży talent. Od two­jego uśmie­chu może się w pokoju zro­bić jasno, a dow­cip masz cięty. - Pochy­lił się w jej stronę. - Ale chcę cię o coś spy­tać: Kiedy prze­sta­łaś się uśmie­chać?

Oczy­wi­ście, znała odpo­wiedź. Stało się to w pierw­szej kla­sie liceum, ale nie chciała wspo­mi­nać tego okresu, nawet gdyby nie miała Valowi o nim odpo­wie­dzieć.

"Przed­mioty odbite w lustrze znaj­dują się bli­żej, niż się wydaje". Podob­nie jest ze wspo­mnie­niami. Lepiej im się nie przy­glą­dać.

- Nie wiem - odparła cicho, uni­ka­jąc jego wzroku. Żało­wała, że nie może się zdra­dzić przed Valem, jak bar­dzo się boi i jak się czuje samotna. Pomy­ślała, że gdyby choć raz potra­fiła oka­zać swą kru­chość przed kimś zna­jo­mym, może to by ją ura­to­wało.

Ale nie potra­fiła. Nawet kiedy mocno się sta­rała, nie potra­fiła nie mieć się na bacz­no­ści. Uczu­cia miała bar­dzo głę­boko scho­wane i her­me­tycz­nie zamknięte, więc każda rana i wspo­mnie­nie pozo­sta­wały świeże.

- No więc - ode­zwała się w końcu, pro­stu­jąc ramiona i wypi­na­jąc do przodu nie­oka­załą pierś. Przez sekundę miała uczu­cie, że wygląda absur­dal­nie, jak zra­niony wró­bel, który usi­łuje zro­bić wra­że­nie na sokole wędrow­nym. - Chyba sobie pójdę. Jeżeli mam się wybrać na połów, to muszę gdzieś dorwać sieci i puszkę przy­nęty.

Val blado się uśmiech­nął.

- Będę dzwo­nił w spra­wie Azji. Poga­damy za kilka dni.

- Jestem ci wdzięczna. - Powie­dzia­łaby wię­cej, może nawet by się odro­binę popłasz­czyła przed nim, ale w gar­dle jakby jej coś spu­chło.

Val obszedł biurko i zna­lazł się przy niej. W jego spoj­rze­niu dostrze­gła smu­tek i żal.

- Zgu­bi­łaś się - stwier­dziła cicho.

- Wiem.

- Posłu­chaj, Ruby. Wiem, jak to jest z zagu­bie­niem. Trzeba zacząć od nowa.

Z tru­dem prze­łknęła ślinę. Tego rodzaju szcze­rość jest bar­dziej zwy­czajna w innych rejo­nach kraju, tam gdzie czas mie­rzy się porami roku czy przy­pły­wami. Tutaj, w Los Ange­les, czas ula­tuje w trzy­dzie­sto­se­kun­do­wych spo­tach rekla­mo­wych. W takim tem­pie nie roz­wi­jają się praw­dziwe uczu­cia.

- Val, nie martw się o mnie. Dam sobie radę. Teraz idę do domu uczyć się japoń­skiego.

- Taką cię lubię. - Ści­snął jej ramię.

- Sajo­nara. - Poma­chała mu, wygi­na­jąc palce w kali­for­nij­skim "pa, kocha­nie", i wyfru­nęła z biura. Nie było łatwo fru­wać w mokrym od potu stroju kel­nerki, więc gdy tylko zna­la­zła się za drzwiami, zre­zy­gno­wała ze sztucz­nego uśmie­chu. Weszła do windy, zje­chała do holu i ruszyła do samo­chodu. Volks­wa­gen wyglą­dał jak pół­żywy czerw­cowy żuk, porzu­cony przy par­ko­me­trze. Kiedy do niego wsia­dła, aż się skrzy­wiła, bo sie­dze­nie parzyło.

Na przed­niej szy­bie zoba­czyła kwit par­kin­gowy.

Opu­ściła szybę i wycią­gnęła go spod zardze­wia­łej wycie­raczki. Skrę­ciła papier w kulkę i wyrzu­ciła przez okno. Według niej żąda­nie zapłaty za tego grata i ocze­ki­wa­nie, że ona nastąpi, było niczym pozo­sta­wie­nie rachunku do zapłaty na poduszce w schro­ni­sku dla bez­dom­nych.

Zanim kwit par­kin­gowy wylą­do­wał na jezdni, ona już zapa­liła sil­nik i odje­chała od kra­węż­nika; po chwili porwały ją ze sobą sznury samo­cho­dów jadą­cych bul­wa­rem Wil­shire.

W Stu­dio City ruch był mniej­szy. Kil­koro dzieci leni­wie bawiło się w małych fron­to­wych ogród­kach. Z powodu zagro­że­nia poża­ro­wego nie mar­no­wało się wody na zjeż­dżal­nie i spry­ski­wa­cze traw­ni­ków.

Ruby prze­je­chała ostroż­nie koło dużego obśli­nio­nego psa świę­tego Ber­narda, śpią­cego pośrodku ulicy, i zapar­ko­wała przy kra­węż­niku przed swoim osie­dlem.

Z czoła ciur­kiem spły­wał jej pot, gdy ruszyła po scho­dach. Nikt nie wyszedł się przy­wi­tać - było zbyt gorąco. Sąsie­dzi pew­nie zbili się w rodzinne kokony przy urzą­dze­niach kli­ma­ty­za­cyj­nych w oknach miesz­kań - tak współ­cze­śnie wyglą­dało w Los Ange­les życie, któ­rego pier­wo­wzo­rem było życie jaski­niow­ców sku­pio­nych wokół cudow­nego ognia.

Zanim dotarła na swoje pię­tro, zasa­pała się, jak Shel­ley Win­ters po kąpieli w Tra­ge­dii "Posej­dona" i była pra­wie tak samo mokra. Pot spły­wał jej z czoła i zale­wał rzęsy, zacie­ra­jąc obraz wszyst­kiego.

Chwilę trwało, zanim zdo­łała otwo­rzyć drzwi. Tak było zawsze. Wzdłuż progu zwi­nął się znisz­czony chod­nik. W końcu udało jej się pchnąć drzwi i poty­ka­jąc się, wpa­dła do środka.

Stała zady­szana. Patrzyła na nie­szczę­sne meble w zdu­mie­wa­jąco małym miesz­ka­niu i nagle poczuła gorące ukłu­cie łez.

Przy­szła jej do głowy absur­dalna myśl: gdyby tak spadł deszcz!

Cały dzień mógłby ina­czej wyglą­dać, gdyby ta cho­lerna pogoda była inna.

2

Czer­wiec w Seat­tle był trud­nym mie­sią­cem. Wła­śnie wtedy, gdy po raz ostatni ode­zwały się szkolne dzwonki i kwi­tły peonie oraz ostróżki, miesz­kańcy mia­sta zaczęli narze­kać, że zostali oszu­kani. Desz­cze padały od paź­dzier­nika - jak zwy­kle przy­się­gano wów­czas, że po raz pierw­szy przy­szły tak wcze­śnie - toteż w ostat­nim tygo­dniu maja nawet przy­zwy­cza­jeni do mete­oro­lo­gicz­nych dzi­wactw zaakli­ma­ty­zo­wani oby­wa­tele mia­sta mieli dość. Z namasz­cze­niem oglą­dali wia­do­mo­ści, a w nich pierw­sze zada­jące katu­sze zdję­cia ludzi kąpią­cych się w cie­płych wodach gdzieś dalej na połu­dnie. Dzwo­nili krewni i przez tele­fony komór­kowe dono­sili, że wła­śnie urzą­dzają przy­ję­cie z gril­lem. Lato zawi­tało już do wszyst­kich innych zakąt­ków Ame­ryki.

Miesz­kańcy mia­sta patrzyli na to w kate­go­riach spra­wie­dli­wo­ści. Prze­cież nale­żało im się lato. Przez dzie­więć bitych mie­sięcy zno­sili ponurą pogodę i dawno powinno świe­cić słońce.

Nie było to więc żadne zasko­cze­nie, że w dniu pięć­dzie­sią­tych uro­dzin Nory Bridge padał deszcz. Lecz nie uznała, że ta pogoda może być oznaką czy zapo­wie­dzią pecha.

Patrząc z per­spek­tywy czasu, jed­nak powinna.

Ale ona po pro­stu myślała: deszcz. Oczy­wi­ście. Pra­wie zawsze padało w jej uro­dziny.

Stała w oknie swo­jego biura, popi­ja­jąc ulu­biony napój - szam­pana Mumm's z pla­ster­kiem brzo­skwini - i przy­glą­da­jąc się ruchowi ulicz­nemu na ulicy. Była czwarta trzy­dzie­ści po połu­dniu. Godzina szczytu w mie­ście, które już dzie­sięć lat temu roz­ro­sło się poza sys­tem auto­strad.

Dzie­siątki kart uro­dzi­no­wych usta­wio­nych na para­pe­cie uło­żyły się w wachlarz na tle widzia­nej z góry korony klonu.

Dostała karty i pre­zenty od wszyst­kich, któ­rzy pra­co­wali przy jej audy­cji radio­wej. Wszyst­kie były odpo­wied­nie i ładne, ale naj­cen­niej­szą otrzy­mała od star­szej córki, Caro­line.

Oczy­wi­ście, radość Nory przy­ćmie­wał fakt, że i w tym roku Ruby nie przy­słała jej kartki.

- Jutro poczu­jesz się dobrze - powie­działa cicho do wła­snego odbi­cia w zala­nej desz­czem szy­bie.

Pozwo­liła sobie na kilka chwil żalu i bólu, że nie dostała tej kartki, po czym wzięła się w garść. Pięt­na­ście lat tera­pii nauczyło ją, jak prze­cho­wy­wać prze­ży­cia w osob­nych prze­gród­kach.

Przez ostat­nie lata wresz­cie udało jej się upo­rać z burz­li­wymi uczu­ciami. Zała­ma­nia i depre­sje, które kie­dyś były plagą jej życia, teraz stały się tylko odle­głymi bole­snymi wspo­mnie­niami.

Odwró­ciła się od okna i spoj­rzała na krysz­ta­łowy zegar na biurku. Wska­zy­wał czwartą trzy­dzie­ści osiem.

Wszy­scy krzą­tali się na dole w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Roz­kła­dali sma­ko­łyki, roz­sta­wiali butelki szam­pana, tale­rze z pla­ster­kami brzo­skwiń. Asy­stenci, publi­cy­ści, redak­to­rzy, pro­du­cenci przy­go­to­wy­wali się, by spę­dzić godzinę swo­jego cen­nego pry­wat­nego czasu na przy­ję­ciu urzą­dzo­nym jako "nie­spo­dzianka" dla naj­now­szej gwiazdy radio­wej.

Odsta­wiła na biurko kie­li­szek po szam­pa­nie i otwo­rzyła szu­fladę, by wyjąć z niej małą czarną puder­niczkę Cha­nel. Popra­wiła maki­jaż i wyszła z pokoju.

Na kory­ta­rzach pano­wał nie­zwy­kły spo­kój. Pew­nie wszy­scy poma­gali urzą­dzać przy­ję­cie. Dokład­nie o czwar­tej czter­dzie­ści pięć Nora weszła do sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Była pusta.

Długi stół nie był nakryty, nie roz­sta­wiono na nim jedze­nia, na pod­ło­dze nie widać było kolo­ro­wych dro­bi­nek kon­fetti. Na lam­pach pod sufi­tem zawie­szono trans­pa­rent z życze­niami uro­dzi­no­wymi. Wyglą­dało to tak, jakby ktoś zaczął urzą­dzać przy­ję­cie i nagle zre­zy­gno­wał.

Dopiero po chwili zauwa­żyła, że po lewej stoją dwaj męż­czyźni: Bob Whar­ton, wła­ści­ciel i dyrek­tor sta­cji, oraz Jason Close, jej główny praw­nik.

Na twa­rzy Nory poja­wił się cie­pły uśmiech.

- Witaj, Bob. Witaj, Jason - powie­działa, pod­cho­dząc do nich. - Cie­szę się, że jeste­ście.

Męż­czyźni szybko wymie­nili spoj­rze­nia. Poczuła się nie­swojo.

- Bob, o co cho­dzi?

Pełna twarz Boba, na którą posta­rza­jąco wpły­nęły lun­che zakra­piane dwoma mar­tini i papie­rosy wypa­lane w licz­bie dwu­dzie­stu sztuk dzien­nie, w wyra­zie zasę­pie­nia wyglą­dała jesz­cze bar­dziej pomarsz­czona.

- Mamy złe wia­do­mo­ści.

- Złe wia­do­mo­ści?

Jason prze­su­nął się obok Boba i pod­szedł do Nory. Sta­lo­wo­szare włosy miał ide­al­nie ucze­sane. W czar­nym gar­ni­tu­rze Arma­niego wyglą­dał niczym czter­dzie­sto­letni szef mafii.

- Bob ode­brał dziś tele­fon od nie­ja­kiego Vince'a Corella.

Poczuła się tak, jakby ktoś ją spo­licz­ko­wał. Zabra­kło jej powie­trza.

- Twier­dził, że kiedy byłaś mężatką, miał z tobą romans. Żądał zapłaty za mil­cze­nie.

- Ależ, Noro! - wybeł­ko­tał z wście­kło­ścią Bob. - Pozwo­li­łaś sobie na jakiś cho­lerny romans, kiedy dzieci były jesz­cze małe! Powin­naś nam o tym powie­dzieć.

Tysiące razy powta­rzała czy­tel­nicz­kom i słu­chacz­kom, żeby były silne. "Ni­gdy nie pozwól, by ktoś widział, że się boisz. Wierz w sie­bie, a wtedy inni też będą w cie­bie wie­rzyć". Ale teraz jej samej zabra­kło tej siły.

- Mogła­bym powie­dzieć, że kła­mie - zauwa­żyła, ale sły­sząc swój nie­pewny, prze­stra­szony głos, aż się skrzy­wiła.

Jason otwo­rzył teczkę i wycią­gnął brą­zową kopertę.

- Pro­szę.

Kiedy Nora otwie­rała kopertę, trzę­sły jej się ręce.

W środku były czarno-białe zdję­cia. Zaczęła wycią­gać kartkę papieru. Kiedy wysu­nęła ją do połowy, już wie­działa, co to jest.

- Boże! - szep­nęła. Się­gnęła po naj­bli­żej sto­jące krze­sło i ucze­piła się żela­znego opar­cia. Nie osu­nęła się na kolana tylko dzięki sile woli. Wepchnęła zdję­cia z powro­tem do koperty.

- Musi być jakiś spo­sób, żeby do tego nie dopu­ścić. - Spoj­rzała na Jasona. - Zakaz prawny. To są pry­watne zdję­cia.

- Zga­dza się. Ale jego. Prze­cież wie­dzia­łaś... że je robiono. Pozu­jesz. Pew­nie cze­kał, aż sta­niesz się sławna. Ode­zwał się po tym arty­kule w "People".

Nabrała powie­trza w płuca.

- Ile chce?

Minęła nabrzmiała ciszą chwila, po czym Jason przy­su­nął się bli­żej.

- Pół miliona dola­rów.

- Mogę zdo­być tę sumę...

- Pie­nią­dze ni­gdy nie zała­twiają do końca takich spraw. Sama to wiesz. Prę­dzej czy póź­niej znów wyj­dzie.

Natych­miast zro­zu­miała.

- Aha, odmó­wi­łeś mu - powie­działa drew­nia­nym gło­sem. - Zwró­cił się z tym do bru­kow­ców.

Jason ski­nął pota­ku­jąco.

- Przy­kro mi, Noro.

- Potra­fię to wytłu­ma­czyć swoim wiel­bi­ciel­kom - zapew­niła. - Bob? One zrozu...

- Udzie­lasz rad z dzie­dziny moral­no­ści. - Bob potrzą­snął głową. - Wybuch­nie pie­kielny skan­dal. Pro­mu­jemy cię jako nowo­cze­sną wer­sję Matki Teresy. A teraz oka­zuje się, że masz na sumie­niu takie sprawy.

- Bob, to nie fair! - żach­nęła się.

- Zapew­niam cię - powie­dział Jason - że nie­za­możne wiel­bi­cielki z małych mia­ste­czek nie zro­zu­mieją, że ich idolka potrze­bo­wała wol­no­ści.

- A kiedy wie­ści o tych zdję­ciach tra­fią na antenę, natych­miast stra­cimy reklamy - zawtó­ro­wał mu Bob.

Nora kla­snęła w dło­nie, usi­łu­jąc zacho­wać pozory spo­koju. Ale wie­działa, że to na nic.

- Więc co zro­bimy? - spy­tała.

Mil­cze­nie. Spoj­rze­nie.

- Weź wolne na jakiś czas - ode­zwał się Jason.

Wszystko to za szybko na nią spa­dło. Nie mogła jasno myśleć. Wie­działa tylko tyle, że nie może się pod­dać. Miała jedy­nie swoją karierę.

- Nie mogę...

Jason pod­szedł i deli­kat­nie dotknął jej ramie­nia.

- Przez ostat­nie dzie­sięć lat zaj­mo­wa­łaś się udzie­la­niem porad innym ludziom, by prze­strze­gali zobo­wią­zań i na pierw­szym miej­scu sta­wiali swoje rodziny. Jak myślisz, ile czasu zaj­mie pra­sie odkry­cie, że od roz­wodu nie roz­ma­wia­łaś z córką? Potem twoje porady będą pustym brzmie­niem.

- Prasa nie zostawi na tobie suchej nitki - zawtó­ro­wał mu Bob. - Nie dla­tego, że ci się to należy, ale dla­tego, że tak może zro­bić. Bru­kowce uwiel­biają pisać o zna­nych oso­bach, które popa­dły w kło­poty... w dodatku kiedy mają sek­sowne zdję­cia. Cho­lera, długo nie odpusz­czą.

W jed­nej chwili wła­sne życie wymknęło się Norze z rąk.

- Burza minie - szep­nęła, w głębi serca wie­dząc, że to nie­prawda, a nawet gdyby tak się stało, w osta­tecz­nym roz­ra­chunku nie to byłoby istotne. Nie­które wia­try mają siłę hura­ganu i nisz­czą wszystko na swo­jej dro­dze. - Wezmę kilka tygo­dni wol­nego. Zoba­czymy, jak się wszystko poto­czy. Pomy­ślę o jakimś oświad­cze­niu.

- Żeby nie było wąt­pli­wo­ści - ode­zwał się Jason - to będzie pla­no­wany urlop. Nie przy­znamy się, że ma coś wspól­nego z tym skan­da­lem.

- Dzię­kuję.

- Mam nadzieję, że jakoś przez to przej­dziesz - powie­dział Jason. - Wszy­scy mamy nadzieję.

Jason i Bob zaczęli mówić razem, potem zapa­dła dziwna cisza. Nora tylko usły­szała, że prze­cho­dzą obok niej. Po chwili roz­legł się jesz­cze trzask drzwi, które za sobą zamknęli.

Stała zupeł­nie sama, jej oczy zale­wały się łzami, któ­rych już nie potra­fiła powstrzy­mać. Skoń­czyło się! Po jede­na­stu latach pracy sie­dem­dzie­siąt godzin tygo­dniowo.

Paf! Życie znik­nęło, roz­trza­skane w drobny mak z powodu kilku zdjęć zro­bio­nych jej nago przed wie­kami. Świat zoba­czy, jaką była hipo­krytką, zoba­czą to rów­nież... jej córki.

W końcu dowie­dzą się, że ich matka miała romans i że kła­mała, porzu­ca­jąc dom.

Ruby okrop­nie bolała głowa. Spała z prze­rwami przez cały dzień.

W końcu pokuś­ty­kała do kuchni i pode­szła do lodówki. Kiedy otwo­rzyła drzwiczki, flu­ory­zu­jące świa­tło ośle­piło jej bolące oczy. Mru­żąc je, chwy­ciła sok poma­rań­czowy i zaczęła pić wprost z opa­ko­wa­nia. Płyn pociekł jej po bro­dzie. Wytarła ją wierz­chem dłoni.

W dużym pokoju prze­zna­czo­nym do spę­dza­nia czasu w ciągu dnia - co wyda­wało jej się teraz żar­tem, bo miesz­ka­nie w tym pustym pokoju mogło tylko ozna­czać, że jest się albo umie­ra­ją­cym, albo za głu­pim, by na­dal oddy­chać - oparła się o szorstką ścianę i zsu­nęła tak nisko, aż usia­dła, pro­stu­jąc nogi. Wie­działa, że powinna zejść do skle­piku po gazetę, ale ode­chciało jej się tego na myśl, że będzie musiała prze­glą­dać oferty pracy. Robota u Irmy była nie­szcze­gólna, wręcz okropna, ale przy­naj­mniej ją miała. Nie musiała stać w kolejce i bła­gać o szansę: "Naprawdę jestem autorką komi­kiem". Jakby była kimś spe­cjal­nym, nie kolejną nie­zgułą w kolejce męż­czyzn i kobiet, przy­by­wa­ją­cych do Hol­ly­wood z tanim bile­tem w jedną stronę i marze­niem, które miało kie­dyś się speł­nić.

Zadzwo­nił tele­fon.

Nie chciała ode­brać. Trudno było liczyć na dobre wie­ści. W naj­lep­szym razie mogła dzwo­nić Caro­line, prze­wyż­sza­jąca ją we wszyst­kim japi­szonka, dzia­ła­jąca jako wolon­ta­riuszka na rzecz Junior League, sio­stra, która miała dwoje ide­al­nych dzieci i męża osiłka.

A może przy­po­mniał sobie o niej tata, ale było to wąt­pliwe. Odkąd powtór­nie się oże­nił i miał drugą rodzinę, bar­dziej go inte­re­so­wały kar­mie­nia o pół­nocy niż wyda­rze­nia w życiu doro­słej córki. Szcze­rze mówiąc, nawet nie pamię­tała, kiedy ostatni raz się ode­zwał.

Tele­fon dzwo­nił i dzwo­nił.

W końcu prze­czoł­gała się po szma­tła­wym dywa­nie i pod­nio­sła słu­chawkę.

- Halo? - powie­działa, a wła­ści­wie wark­nęła, z czego zaraz zdała sobie sprawę. Ale czy to ważne? Była w złym humo­rze i nie­istotne, kto się o tym dowie­dział.

- Oj, nie odgryź mi głowy!

- Val? - Ruby nie mogła uwie­rzyć.

- Tak, to ja, kocha­nie, twój ulu­biony agent.

- Wesoło ci, do cho­lery! - Zmarsz­czyła czoło. - Pew­nie moja kariera wła­śnie spływa z wodą w klo­ze­cie.

- Ow­szem, jest mi wesoło. Mam eks­tra donie­sie­nia. Wczo­raj obdzwo­ni­łem wszyst­kich, żeby zna­leźć ci robotę. Ale... nie­zmier­nie mi przy­kro z tego powodu... nikt cię nie chciał. Jedyne bra­nie, jakie mia­łem, to ten gów­niany, szaj­so­waty sta­tek wyciecz­kowy. Chcą cię na lato, ale pod warun­kiem, że nie będziesz uży­wać obraź­li­wego języka... i zgo­dzisz się wystę­po­wać w poma­rań­czo­wej mini obszy­tej ceki­nami, żebyś po swoim nume­rze mogła w niej poma­gać magi­kowi.

Ruby jesz­cze moc­niej roz­bo­lała głowa. Potarła skro­nie.

- Niech no zgadnę. Dzwo­nisz z wia­do­mo­ścią, że facet, który nazywa się Duży Flet, ma dla mnie nocną pracę na Hol­ly­wood i Vine.

Val wybuch­nął śmie­chem. Wspa­nia­łym dono­śnym śmie­chem, bez ukry­tych pół­to­nów, do któ­rych była przy­zwy­cza­jona. Klient powi­nien roz­po­zna­wać sub­telne odcie­nie entu­zja­zmu - to była umie­jęt­ność, któ­rej naby­wało się, będąc na samym dnie i na końcu łań­cu­cha pokar­mo­wego.

- Nie uwie­rzysz - ode­zwał się w końcu. - Bo ja sam, do dia­bła, nie mogę uwie­rzyć, a prze­cież ode­bra­łem ten tele­fon. Zgad­nij, kto dziś zadzwo­nił.

- Heidi Fle­iss.

Zapa­dło zna­mienne mil­cze­nie, kiedy Ruby tylko sły­szała, jak Val wypusz­cza z ust papie­ro­sowy dym.

- Joe Cochran - wydu­sił z sie­bie.

- Ten ze "Zgiełku"? Nie rób sobie żar­tów. Jestem tro­chę...

- Dzwo­nił do mnie Joe Cochran. Nie zale­wam. Ktoś mu nagle zre­zy­gno­wał. Chce cię zare­zer­wo­wać do show na jutro wie­czór.

Jak świat może tak wiro­wać? Wczo­raj Ruby była jak leżący na dnie wrak, a dziś anga­żuje ją Joe Cochran! Gospo­darz naj­go­ręt­szego, naj­bar­dziej krę­cą­cego talk-show w całym kraju. Robio­nego na wzór "Poli­tycz­nej nie­po­praw­no­ści". Ale ponie­waż "Zgiełk" był emi­to­wany w kablu, to namie­rzano w nim wszystko, co naj­bar­dziej aktu­alne - i pozwa­lano uży­wać obraź­li­wego języka. Dla mło­dej autorki komika to marze­nie. Nawet jeżeli Ruby już nie zali­czano do mło­dych.

- Daje ci dwie minuty na dow­cipy. Wła­ści­wie to tyle. Radzę ci zacząć próby. Jutro rano o jede­na­stej przy­sy­łam po cie­bie samo­chód.

- Dzięki, Val.

- Nie ma za co, kocha­nie. Naprawdę. Zawdzię­czasz to sobie. Powo­dze­nia!

- Pocze­kaj. To show na jaki temat? - zdą­żyła spy­tać, bo już chciała odło­żyć słu­chawkę.

- No tak. - Sły­szała, jak prze­kłada papiery. - Nazywa się "Zbrod­nia i kara. Czy mama z tatą są wszyst­kiemu winni?".

Powinna była się domy­ślić.

- Chcą mnie, bo jestem j e j córką.

- To ważne dla cie­bie, dla­czego?

- Nie. - I mówiła prawdę. Nie obcho­dziło jej, dla­czego Joe Cochran zadzwo­nił do agenta. Teraz miała swoją szansę. Wresz­cie po latach wystę­po­wa­nia w jakichś cha­łach, w zady­mio­nych salach baro­wych w mia­stach, któ­rych nazw nawet nie pamię­tała, miał ją oglą­dać cały kraj.

Jesz­cze raz podzię­ko­wała Valowi i odło­żyła słu­chawkę. Serce biło jej tak mocno, że miała zamęt w gło­wie. Nawet pusty pokój wydał się ład­niej­szy. Prze­cież nie­długo już tu pomieszka. Jutro zabły­śnie dow­ci­pem, będzie gwiazdą.

Pobie­gła do sypialni i otwo­rzyła na oścież ażu­rowe drzwi szafy. Wszyst­kie ciu­chy miała czarne.

Nie mogła sobie pozwo­lić na kupno niczego nowego...

Nagle przy­po­mniała sobie o czar­nym swe­trze z kasz­mi­ro­wej wełny. Dostała go od matki; był ukryty w pudle przy­sła­nym przez Caro­line na Boże Naro­dze­nie dwa lata temu. Wpraw­dzie zawsze odsy­łała matce pre­zenty będące wyra­zem jej poczu­cia winy, nawet ich nie otwie­ra­jąc, ale ten ją uwiódł. Kiedy dotknęła pięk­nej wełny, już nie potra­fiła ode­słać upo­minku.

Zerwała z ramiączka czarny swe­ter z wycię­ciem w serek i rzu­ciła na łóżko.

Jutro włoży do niego sznu­reczki kora­li­ków, żeby wyglą­dać bar­dziej jaz­zowo, czarną skó­rzaną mini­spód­niczkę i czarne raj­stopy. Bar­dzo w stylu Jane­ane Garo­falo.

Kiedy skoń­czyła wybie­rać stroje, zatrza­snęła nogą drzwi sypialni. W wąskim, dłu­gim lustrze zoba­czyła sie­bie w obra­mo­wa­niu ze zło­tego pla­stiku.

Trudno było patrzeć na sie­bie poważ­nie, ubraną w ojcow­ską starą bluzę do gry w piłkę i w czer­wone mechate pod­ko­la­nówki. Krót­kie czarne włosy pod­czas wczo­raj­szej gorą­cej jak łaź­nia parowa nocy uło­żyły jej się w ide­alną imi­ta­cję tego, co miał na gło­wie Johnny Rot­ten. Bladą twarz wciąż zna­czyły po nocy różowe odgnie­ce­nia. Wokół oczu widać było resztki wczo­raj­szego maki­jażu.

- Jestem Ruby Bridge - powie­działa, chwy­ta­jąc z toa­letki szczotkę do wło­sów i uży­wa­jąc jej jako mikro­fonu. - Macie rację, jeżeli nazwi­sko wam się koja­rzy. Jestem jej córką, Nory Bridge, guru Ame­ryki Środ­ko­wej. - Wypchnęła w bok bio­dro, wyobra­ża­jąc sobie, jak będzie wyglą­dała jutro: włosy zro­bione pianką kolo­ry­zu­jącą na nie­bie­sko, szyja poobwi­jana dzie­siąt­kami sznur­ków kora­li­ków, obci­słe czarne ciu­chy i mocny czarny maki­jaż. - Spójrz­cie na mnie! Czy ta kobieta powinna wam radzić, jak wycho­wy­wać dzieci? To zupeł­nie jak na tych rekla­mach, w któ­rych różne znane osoby radzą wam, byście dla swo­jego dziecka byli men­to­rami. A kogo wybiera Hol­ly­wood na tych dorad­ców? Bandę ano­rek­ty­czek, alko­ho­li­ków, nar­ko­ma­nów i kolej­nych żon czy mężów. Ludzi, któ­rzy od lat nie spę­dzili z dziec­kiem ani dzie­się­ciu minut. I oni wam radzą, jak być rodzi­cem. Zupeł­nie jakby...

Zadzwo­nił tele­fon.

- Cho­lera! - Ruby popę­dziła do pokoju i wyrwała prze­wód ze ściany. Nie wolno jej prze­szka­dzać przez następne dwa­dzie­ścia cztery godziny. Nic nie miało zna­cze­nia, oprócz przy­go­to­wań do występu.

San Fran­ci­sco, podob­nie jak wszyst­kie inne mia­sta, wyglą­dało pięk­nie wie­czo­rem. W cen­trum róż­no­ko­lo­rowe świa­tła two­rzyły jakby neo­nową deko­ra­cję zawie­szoną wzdłuż czar­nej zatoki.

Dean Sloan spoj­rzał przez wiel­kie na całą ścianę okno, w któ­rego obra­mo­wa­niu widać było pano­ramę mia­sta. Nie­stety, nie mógł się ruszyć z miej­sca; jak zwy­kle przy­gważ­dżały go dobre maniery.

W prze­ła­do­wa­nej ozdo­bami sali balo­wej rezy­den­cji Rus­sian Hill roz­sta­wiono kil­ka­na­ście sto­li­ków, z któ­rych każdy udra­po­wano błysz­czą­cym zło­tym mate­ria­łem, wykoń­czo­nym od góry gir­landą opa­li­zu­ją­cego jedwa­biu. Nakry­cia były z bia­łej por­ce­lany z pla­ty­no­wym obrze­żem. Przy każ­dym stole sie­działy cztery pary i pro­wa­dziły nie­zo­bo­wią­zu­jącą roz­mowę. Kobiety miały na sobie dro­gie dłu­gie suk­nie, a męż­czyźni smo­kingi. Gospo­dyni przy­ję­cia, nale­żąca do miej­sco­wego towa­rzy­stwa, wła­sno­ręcz­nie spo­rzą­dziła listę gości spo­śród naj­bo­gat­szych rodzin San Fran­ci­sco. Dochód z tego dobro­czyn­nego przy­ję­cia był prze­zna­czony dla opery i na pewno będzie zna­czący, cho­ciaż Dean się zasta­na­wiał, ilu gości rze­czy­wi­ście inte­re­suje się muzyką. Głów­nie cho­dziło im o to, by się poka­zać, a co jesz­cze waż­niej­sze - by się poka­zać, robiąc to, co wła­ściwe.

Part­nerka Deana - blada, wyjąt­ko­wej urody i ele­gan­cji kobieta, która nazy­wała się Sarah Bri­ght­man-Eding­ton - prze­su­nęła ręką po jego udzie. Wie­dział, że już za długo mil­czy, więc z od dawna wyćwi­czoną swo­bodą odwró­cił się do niej i uśmiech­nął w spo­sób dobrze udo­ku­men­to­wany przez miej­scowe media zaj­mu­jące się lokalną śmie­tanką.

- To były piękne słowa, nie sądzisz? - powie­działa cichym gło­sem, wypi­ja­jąc odro­binę szam­pana.

Dean nie miał poję­cia, o czym ona mówi, ale szyb­kie spoj­rze­nie po sali roz­ja­śniło mu w gło­wie. Przy ste­in­wayu w kolo­rze kości sło­nio­wej stała star­sza, ale zadbana kobieta w złud­nie pro­stej nie­bie­skiej sukni. Nie­wąt­pli­wie wypo­wie­działa na temat opery pełne poetyc­kiego poloru słowa i z góry podzię­ko­wała swoim gościom za szczo­dre wspar­cie. Bogaci niczego tak nie uwiel­biali, jak uda­wać, że są szczo­drzy.

Wie­dział, że to ofi­cjalny począ­tek końca wie­czoru. Potem będą tańce, sporo poga­wę­dek i jesz­cze wię­cej plo­tek, ale nie­ba­wem z grzecz­no­ści będzie nale­żało wyjść.

Roz­legł się szmer lek­kich okla­sków i szu­ra­nie odsu­wa­nych krze­seł.

Dean wziął Sarah za rękę. Razem wsu­nęli się w szep­czący tłum. Orkie­stra grała coś cichego i roman­tycz­nego, chyba jakąś zna­jomą melo­dię.

Na par­kie­cie przy­cią­gnął Sarah do sie­bie, zsu­nął dłoń po jej nagich ple­cach, poczuł, że drży pod jego doty­kiem.

Wokół nich tłum krę­cił się i wiro­wał. Nad gło­wami tysiące świa­te­łek pobły­ski­wało jak gwiazdy. W powie­trzu roz­cho­dził się lekki słodki zapach róż.

A może to był zapach pie­nię­dzy...

Spoj­rzał w dół na pod­nie­sioną twarz Sarah, po raz pierw­szy widząc, jakie ma ładne szare oczy. Bez zasta­no­wie­nia nieco się pochy­lił i poca­ło­wał ją, czu­jąc posmak szam­pana na jej ustach. Ten poca­łu­nek wiele mówił, dokąd może ich zapro­wa­dzić ta nad­cho­dząca noc. Sarah będzie go chciała. Gdyby miał ochotę, mógłby wziąć ją za rękę, wypro­wa­dzić z tego ści­sku i zabrać do swo­jego łóżka. Nie sprze­ci­wia­łaby się. Potem by zadzwo­nił i pew­nie jesz­cze kilka razy by się prze­spali. A póź­niej by o niej zapo­mniał. W ubie­głym roku miej­scowy maga­zyn obwo­łał go naj­mniej pożą­daną par­tią, bo sły­nął z bły­ska­wicz­nych roman­sów. Tak było naprawdę; sypiał z dzie­siąt­kami naj­pięk­niej­szych kobiet w mie­ście.

Lecz dzien­ni­karz, który o tym pisał, nie wie­dział, nawet sobie nie wyobra­żał, jak bar­dzo Dean był tym wszyst­kim zmę­czony. Miał nie­spełna dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, a już czuł się stary. Pie­nią­dze. Wła­dza. Kobiety na zawo­ła­nie. Wystar­czyło, że usły­szały jego nazwi­sko, a natych­miast mię­kły jak wil­gotna glina. Od ponad roku miał uczu­cie, że coś jest nie w porządku z jego życiem. Cze­goś w nim bra­kuje.

Począt­kowo myślał, że pro­blem doty­czy pracy, więc ponow­nie jej się oddał, spę­dza­jąc w Har­co­urt i Syno­wie ponad osiem­dzie­siąt godzin tygo­dniowo. Udało mu się jed­nak zaro­bić jesz­cze więk­sze pie­nią­dze i naba­wić ostrzej­szego egzy­sten­cjal­nego bólu.

Usi­ło­wał roz­ma­wiać o tym z ojcem, ale jak zwy­kle oka­zało się to bez­ce­lowe. Edward Sloan był teraz - podob­nie jak zawsze - cza­ru­ją­cym, fry­wol­nym play­boyem, któ­rym dyry­go­wała żona. To wła­śnie matka prze­jęła całą ambi­cję w tym związku i ni­gdy zbyt­nio się nie przej­mo­wała czymś takim jak speł­nie­nie czy satys­fak­cja. Jej komen­tarz więc brzmiał tak, jak Dean tego ocze­ki­wał: "Pro­wa­dzi­łam tę firmę przez trzy­dzie­ści lat. Teraz kolej na cie­bie. Jęcze­nie zabro­nione".

Uwa­żał, że matka zasłu­żyła sobie na to. Pod jej żela­znymi rzą­dami rodzinna firma, którą zało­żył jej dzia­dek i roz­wi­nął ojciec, stała się przed­się­bior­stwem war­tym sto milio­nów dola­rów. Matce to wystar­czało. Niczego wię­cej nie pra­gnęła. Ale to, co dla niej było suk­ce­sem, Dean odczu­wał jako jakąś pustkę.

Usi­ło­wał też roz­ma­wiać o tym z przy­ja­ciółmi, ale cho­ciaż wyra­zili chęć pomocy, nikt z nich nie rozu­miał jego odczuć. Wła­ści­wie nie było się czemu dzi­wić. Wpraw­dzie pocho­dzili z podob­nych rodzin, lecz Dean wyrósł w innym świe­cie niż jego zna­jomi.

Wyspa Lopeza. Wyspa Lata.

Na wyspach San Juan spę­dził dzie­sięć wspa­nia­łych lat. Tam obaj z bra­tem Eri­kiem żyli krótko jak zwy­kli chłopcy. Te wyspy ukształ­to­wały i okre­śliły Deana, stały się miej­scem, w któ­rym czuł się speł­niony.

Oczy­wi­ście, była tam Ruby, która, zanim osza­lała i wszystko znisz­czyła, nauczyła go, co to jest miłość.

A potem mu poka­zała, jak łatwo ją się nisz­czy.

Dean wes­tchnął z żalem, że Ruby mu się przy­po­mniała, kiedy trzyma w ramio­nach piękną i chętną kobietę...

Nagle poczuł się zmę­czony. Po pro­stu nie miał siły spę­dzić nocy z kolejną kobietą, która go nie obcho­dziła.

- Nie czuję się dobrze - powie­dział, zasta­na­wia­jąc się przez chwilę, czy to kłam­stwo, czy nie­zu­peł­nie.

Uśmiech­nęła się, poka­zu­jąc kom­plet ide­al­nie bia­łych zębów. Prze­su­nęła ręką po jego ramie­niu, kła­dąc mu zabor­czo dłoń na karku. Zawsze są zabor­cze - pomy­ślał znu­żony. A może tylko on tak to odczu­wał.

- Ja też nie bar­dzo - zamru­czała. - Miesz­kam za rogiem.

Się­gnął po jej rękę i deli­kat­nie uca­ło­wał w kłyk­cie.

- Nie, ja naprawdę nie czuję się dobrze. I o świ­cie będę miał tele­fo­niczną kon­fe­ren­cję z Tokio. Jeżeli nie masz nic prze­ciwko temu, odpro­wa­dzę cię do domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki