1
Wczesnym wieczorem spadł deszcz. W zapadającym mroku ulice Seattle
wyglądały jak lustrzane wstęgi pomiędzy wieżowcami.
To spokojne miasto zmieniła rewolucja internetowa i nawet teraz, po
zachodzie, rozbrzmiewało łoskotem i kuciem, odgłosami budowy,
nieprzerwanie wybijającymi jeden rytm. Budynki wyrastały niemal w ciągu
jednej nocy, wspinając się coraz wyżej ku przesiąkniętemu wilgocią
niebu. Młodzi z czerwonymi fryzurami i kolczykami w nosach, ubrani po
łachmaniarsku, przemykali przez centrum w nowiusieńkich
jaskrawoczerwonych ferrari.
Na narożnym placu w modnej ostatnio dzielnicy Belltown przycupnął
drewniany budynek, w którego sąsiedztwie kiedyś było całkiem pusto. Dom
postawiono prawie sto lat temu, kiedy rzadko kto chciał mieszkać tak
daleko od środka miasta.
Właściciele stacji radiowej KJZZ jednak nie przejmowali się tym, że nie
pasują do modnego otoczenia. Nadawali z tego placu od pięćdziesięciu
lat. Z małego byle jakiego lokalnego radia stali się największą
rozgłośnią w stanie Washington.
Obecny okres powodzenia zawdzięczali w dużej mierze Norze Bridge,
najmodniejszej rewelacyjnej autorce programu radiowego.
Wprawdzie "Odnowa duchowa z Norą" gościła na antenie różnych stacji
niecały rok, lecz stała się już prawdziwym przebojem. Firmy reklamowe i rozgłośnie nie nadążały z wypisywaniem czeków. Również cotygodniowa
rubryka porad Nory w gazecie, zatytułowana "Nora wie najlepiej", jeszcze
nigdy się nie cieszyła taką popularnością. Ukazywała się w ponad dwóch
tysiącach sześciuset gazetach w całym kraju.
Nora rozpoczęła karierę, udzielając porad domowych w gazecie
prowincjonalnej, ale dzięki ciężkiej pracy i umiejętnościom wspięła się
wyżej. Jej wyjątkowe zaangażowanie i wysoki poziom etyczny odkryły
najpierw mieszkanki Seattle, a wkrótce potem kobiety w całym kraju.
Recenzenci utrzymywali, że autorka porad potrafi znaleźć rozwiązanie
każdego konfliktu uczuciowego, często też zwracali uwagę na czystość jej
serca.
Ale się mylili. Wiodło jej się dzięki nieczystości serca. Była zwykłą
kobietą, która popełniała niezwykłe błędy. Doskonale rozumiała wszelkie
przeżycia związane z problemem uczucia niespełnienia i problemem uczucia
straty.
Sama bowiem nigdy ani na chwilę nie potrafiła zapomnieć, co straciła. Co
odrzuciła. Codziennie wieczorem wypowiadała do mikrofonu właściwie
własne żale i z tej studni smutku czerpała pocieszenie.
O swoją karierę dbała z laserową precyzją, ostrożnie udostępniając
prasie tylko to ze swojej przeszłości, co mogło być dobrze przyjęte.
Nawet w ubiegłym tygodniu magazyn "People", który umieścił jej zdjęcie
na okładce, nie publikował dokładnej historii jej życia. Starannie
zatarła ślady. Owszem, jej wielbicielki wiedziały, że przeżyła rozwód i ma dorosłe córki. Ale wszelkie inne szczegóły na szczęście pozostawały
tajemnicą.
Dziś wieczorem Nora jak zwykle prowadziła audycję. Przyciągnęła krzesło
na kółkach bliżej mikrofonu i poprawiła słuchawki. Na ekranie komputera
widziała listę oczekujących rozmów telefonicznych. Wcisnęła połączenie
drugie, przy którym widniała informacja: "Marge, problemy matka-córka".
- Dobry wieczór, Marge, jesteś na antenie z Norą Bridge. Co cię nurtuje?
- Dobry wieczór... Noro - słuchaczka zawahała się, lekko zdziwiona, że
nagle słyszy swój głos na antenie, bo czekała na rozmowę prawie godzinę.
Nora się uśmiechnęła, chociaż mógł to dostrzec tylko realizator.
Wiedziała z doświadczenia, że jej wielbicielki odczuwają niepokój.
Zniżyła więc głos, by stał się delikatniejszy.
- Przyjaciółko, jak mogę ci pomóc?
- Mam mały problem z córką, Suki. - Słuchaczka spłaszczała w wymowie
samogłoski, po czym można było poznać, że pochodzi ze Środkowego
Zachodu.
- Ile Suki ma lat?
- W listopadzie skończy sześćdziesiąt siedem.
- Chyba pewne sprawy zawsze są takie same - roześmiała się Nora.
- Między matkami i córkami, tak. Suki zawdzięczam pierwszy siwy włos w wieku trzydziestu lat. Teraz wyglądam jak pułkownik Sanders.
Tym razem Nora roześmiała się ciszej. Mając czterdzieści dziewięć lat,
nie uważała siwych włosów za coś zabawnego.
- Marge, więc jaki masz problem z Suki?
- A więc... - Marge prychnęła. - W ubiegłym tygodniu wybrała się w rejs
dla osób stanu wolnego... wiesz, taki, co to wszyscy ubierają się w hawajskie spódniczki i piją czerwone koktajle. Nieważne. A dzisiaj mi
mówi, że znów wychodzi za mąż za kogoś, kogo poznała na tym statku. W jej wieku! - Znów prychnęła. - Wiem, że chciała, bym się razem z nią
cieszyła, ale czy ja mogłam? Suki jest trzpiotką. My z Tommym byliśmy
małżeństwem przez siedemdziesiąt lat.
Nora zastanawiała się, co odpowiedzieć. Oczywiście, że Marge wiedziała,
iż obie z Suki nie są już młode i że czas ściera na proch najlepsze
intencje. Nie było więc sensu uderzać w rzewny ton i mówić o tym. Toteż
spytała tylko:
- Kochasz swoją córkę?
- Zawsze ją kochałam. - W głosie Marge zabrzmiało łkanie. - Nie masz
pojęcia, Noro, jak to jest, kiedy tak bardzo się kocha córkę... i widzi
się, jak ona przestaje cię potrzebować. Co będzie, kiedy wyjdzie za tego
mężczyznę i całkiem o mnie zapomni?
Nora zamknęła oczy i usiłowała oczyścić umysł ze zbędnych myśli.
Opanowała tę sztukę dawno temu, słuchaczki bowiem niezmiennie mówiły o czymś, co ją samą dotykało do żywego. Musiała się więc nauczyć, jak
dawać upust bólowi.
- Marge, każda matka tego się boi. Ale jedynym sposobem zatrzymania przy
sobie dzieci jest wypuszczenie ich w świat. Pozwól Suki zabrać ze sobą
całą twoją miłość i niech będzie dla niej takim światłem jak to, które
zawsze paliło się w jej rodzinnym domu. Jeżeli będzie czerpała z tego
siłę, nigdy za bardzo się nie oddali.
Marge cichutko płakała.
- Może do niej zadzwonię... i poproszę, by przyprowadziła swego mężczyznę
na kolację.
- To byłby wspaniały początek. Powodzenia, Marge. I koniecznie daj nam
znać, jak się wszystko potoczy. - Odchrząknęła i wyłączyła się. -
Posłuchajcie - powiedziała do mikrofonu - pomóżmy Marge. Wiem, że wiele
z was naprawiło swoje stosunki w rodzinie. Dzwońcie! Przypomnijcie Marge
i mnie, że miłość nie jest taka krucha, jak się czasem wydaje.
Oparła się o krzesło i patrzyła, jak zapalają się kolejne połączenia
telefoniczne. Kłopoty rodzicielskie to zawsze popularny temat, zwłaszcza
gdy dotyczy relacji: matka-córka. Na monitorze pokazał się napis: "linia
czwarta, problem z pasierbicą, Ginny". Odebrała połączenie.
- Witaj, Ginny. Jesteś na antenie z Norą Bridge.
- Hm, cześć. Uwielbiam twoją audycję.
- Dzięki. Jak sprawy w twojej rodzinie?
Przez następne dwie i pół godziny Nora wkładała serce i duszę w porady
dla słuchaczek. Nigdy nie udawała, że zna wszystkie rozwiązania ani że
jest kimś w rodzaju lekarza czy terapeutki rodzinnej. Chciała tylko
okazać przyjazne zainteresowanie tym znękanym kłopotami zwyczajnym
ludziom, których nawet nie znała.
Po zakończeniu audycji jak zwykle powróciła do swojego pokoju. Tam
zajęła się odpisywaniem na listy osobom, które zostawiły swoje adresy u producenta programu, składając im podziękowania. Zawsze robiła to sama,
nie powierzała tej pracy sekretarce, która by tylko powielała jej
podpis. Niby była to drobnostka, ale Nora uważała, że to naprawdę ważne.
Każdy, kto miał dość odwagi, by publicznie ją prosić o radę, zasługiwał
na osobiste podziękowanie.
Kiedy skończyła, już była spóźniona.
Chwyciła teczkę firmy Fendi i pobiegła do samochodu. Na szczęście do
szpitala było tylko kilka kilometrów. Zaparkowała na podziemnym parkingu
i weszła do sztucznie oświetlonego holu.
Minęła godzina odwiedzin, ale w tym małym prywatnym szpitalu nagięto
niektóre przepisy dla bardzo zajętej Nory, ponieważ od miesiąca kogoś w nim odwiedzała regularnie w soboty i wtorki. Jak widać, nie zaszkodziło
jej to, że jest znaną osobą i że pielęgniarki uwielbiają jej audycję.
Idąc korytarzem do pokoju Erica, uśmiechała się na widok znajomych
twarzy. Pod jego drzwiami jednak przystanęła i wzięła się w garść.
Wprawdzie często go widywała, lecz te wizyty nigdy nie były łatwe. Erica
Sloana traktowała jak własnego syna, patrzenie więc na jego walkę z rakiem było nie do zniesienia. Tym bardziej że oprócz Nory nie miał
nikogo. Jego rodzice dawno spisali go na straty, nie akceptując jego
wyborów życiowych, a ukochany młodszy brat Dean rzadko miał czas na
odwiedziny.
Kiedy otworzyła drzwi do pokoju, zobaczyła, że Eric śpi. Leżał w łóżku,
zwrócony twarzą do okna. Jego wychudłe ciało opatulone było kolorową
chustą w kwadraty, którą Nora własnoręcznie zrobiła na drutach.
Prawie pozbawiony włosów, z głęboko zapadniętymi policzkami i otwartymi
ustami wyglądał jak starzec pokonany przez chorobę. A nie skończył
jeszcze trzydziestu jeden lat.
Przez chwilę miała wrażenie, jakby widziała go po raz pierwszy. Chociaż
obserwowała te ciągłe zmiany na gorsze, to tak naprawdę ich nie
dostrzegała. Dopiero teraz ją uderzyły - uwidoczniły się na twarzy jej
przyjaciela, podczas gdy ona niemądrze udawała, że jeszcze będzie
dobrze.
Ale nie będzie. W tej chwili zrozumiała, co usiłował jej przekazać, i przejęło ją to takim bólem - który dotychczas potrafiła sobie dzielić na
możliwe do przełknięcia porcje - aż się przeraziła, czy go zniesie. W tej jednej chwili, nie dłuższej niż uderzenie serca, nadzieja, którą
miała, nagle ją opuściła. A jeśli dla niej ten brak nadziei był taki
bolesny, to jak Eric może się z tym wszystkim uporać?
Podeszła i delikatnie pogłaskała łysy czubek jego głowy. Kilka cienkich
kosmyków, cieniutkich jak pajęczyna, połaskotało jej palce.
Spojrzał na nią zaspanym wzrokiem, siląc się na chłopięcy uśmiech, co mu
się niemal udało.
- Mam dobre i złe wieści - powiedział.
Dotknąwszy jego ramienia, poczuła, jaki jest kruchy. Jaki niepodobny do
tego wysokiego chłopaka o bujnych włosach, który dźwigał jej zakupy do
domu...
- To zacznijmy od dobrych - odparła wesoło, zawieszając głos.
- Już koniec zabiegów.
Zbyt mocno uchwyciła go za ramię - kości się poddały, zupełnie jak u ptaka, więc natychmiast poluzowała chwyt.
- A złe wieści?
Patrzył na nią wzrokiem bez wyrazu.
- Już koniec zabiegów. - I dodał: - To decyzja doktora Calomela.
Skinęła tępo głową, szukając dostatecznie ważkich słów, lecz przecież
przez te jedenaście miesięcy, odkąd postawiono mu diagnozę, wszystko już
sobie powiedzieli. Spędzili kilkanaście nocy na omawianiu właśnie tej
sytuacji. Nawet sobie wyobrażała, że jest na nią przygotowana - na ten
początek końca - ale teraz zrozumiała, jaka była naiwna. Nigdy nie jest
się przygotowanym na śmierć, zwłaszcza gdy chodzi o kogoś, kogo się
kocha. Jednak informacja mimo wszystko do niej dotarła, bo przez cały
czas obserwowała, jak rak zabiera jej przyjaciela.
Kiedy zamknął oczy, zastanawiała się, czy on usiłuje teraz zobaczyć
siebie jako zdrowego, pełnego życia, radosnego młodego człowieka...
nauczyciela uwielbianego przez uczniów... czy też przypomina sobie, jak
kilka lat temu jego partner Charlie leżał w szpitalu w takim samym
łóżku, bezskutecznie walcząc z AIDS...
W końcu spojrzał na nią i usiłował się uśmiechnąć, co sprawiło, że łzy
stanęły jej w oczach. W tej samej chwili zobaczyła obrazy z całego jego
życia. Widziała go u siebie przy kuchennym stole jako ośmiolatka
pochłaniającego chrupki, potarganego, piegowatego chłopca z poobijanymi
kolanami i uszami wielkimi jak chochle.
- Wracam do domu - powiedział cicho. - Hospicjum będzie pomagać...
- Wspaniale - odparła ochrypłym głosem i uśmiechnęła się zbyt radośnie,
usiłując udawać, że mówią o tym, gdzie zamierza zamieszkać, a nie o tym,
gdzie postanowił umrzeć. - Napisałam z wyprzedzeniem kilka felietonów do
mojej rubryki w gazecie, więc wezmę tydzień wolnego i w ciągu dnia będę
do ciebie przychodzić. Niestety wieczorami muszę być w radio, ale...
- Miałem na myśli to, że wracam na wyspę, do domu.
- Zadzwonisz do rodziny? - Nienawidziła jego decyzji, że sam będzie
sobie radził z rakiem, ale był nieugięty. Zabronił Norze mówić o swojej
chorobie, a ona, chociaż się z tym nie zgadzała, nie miała innego
wyboru, tylko zastosować się do jego życzenia.
- Pewnie. Bardzo mi dotychczas pomagała.
- To co innego niż przyznać się do swojej orientacji, i dobrze o tym
wiesz. Czas zadzwonić do Deana i do rodziców.
Spojrzał na nią z wyrazem takiej beznadziejności w oczach, że miała
ochotę się odwrócić.
- Co będzie, jeśli powiem mamie, że umieram, a ona mimo to nie
przyjedzie?
Nora pojęła. Nie chciał ryzykować, nawet jeśli prawdopodobieństwo, że
tak mogłoby się stać, byłoby minimalne.
- Zadzwoń chociaż do brata. Daj mu szansę.
- Zastanowię się.
- O to cię proszę. - Uśmiechnęła się z przymusem. - Jeżeli możesz
poczekać do wtorku, odwiozę cię...
Delikatnie dotknął jej ręki.
- Mam niewiele czasu. Ustaliłem, że polecę samolotem. Lottie jest już w domu i wszystko szykuje.
Mam niewiele czasu. O ile gorzej było usłyszeć te słowa głośno
wypowiedziane! Z trudem przełknęła ślinę.
- Nie możesz być sam.
- Dość - przerwał to miękkim tonem, a spojrzenie miał jeszcze bardziej
miękkie, lecz w jego głosie pobrzmiewały nuty dawnej siły. Przypominał
jej, co niekiedy było konieczne, że jest dorosłym, dojrzałym mężczyzną.
- No - powiedział, klaszcząc w dłonie - prowadzimy rozmowę jak z jakiejś
przeklętej sztuki Ibsena. Zajmijmy się czymś innym. Słuchałem dziś
twojej audycji. Matki i córki. To dla ciebie niełatwy temat.
Ot tak, po prostu sprowadził ich twardo na ziemię. Jak zwykle zdumiał ją
swoją prężnością. Wiedziała, że kiedy życie go przerastało, dzielił je
na cząstki do przełknięcia. Normalne sprawy... zwyczajne rozmowy były jego
ratunkiem.
Przyciągnęła krzesło i usiadła.
- Nigdy nie wiem, co powinnam powiedzieć, a kiedy już wypowiadam jakąś
poradę, czuję się jak największa hipokrytka na tej planecie. Jak czułaby
się Marge, gdyby wiedziała, że przez jedenaście lat nie rozmawiałam z własną córką?
Eric nie odpowiedział na to retoryczne pytanie. Między innymi za tę jego
cechę kochała go tym bardziej. Nigdy nie pokrzepiał jej kłamstwami. Ale
rozumiał, jak bolesna jest dla niej myśl o młodszej córce, i dzięki temu
było jej lżej.
- Ciekawa jestem, co teraz porabia.
Często się nad tym zastanawiali i bez końca spekulowali.
Ericowi udało się roześmiać.
- Jeśli chodzi o Ruby, wszystko jest możliwe. Może je teraz lunch ze
Stevenem Spielbergiem, a może właśnie przekłuwa sobie język.
- Kiedy ostatnio rozmawiałam z Caroline, mówiła, że Ruby ufarbowała się
na niebiesko. - Nora zaśmiała się i nagle zamilkła. Nie było to zabawne.
- Ruby zawsze miała takie ładne włosy...
Eric się pochylił i spojrzał na nią z niespodziewanym przejęciem.
- Przecież ona żyje, Noro!
- Wiem. - Skinęła głową. - I przez cały ten czas to jest moją nadzieją.
- No, a teraz - szeroko się uśmiechnął - wyciągaj trik-traka. Mam ochotę
złoić ci tyłek.
Był dopiero drugi tydzień czerwca, a temperatura sięgała prawie
czterdziestu stopni. Niebywała fala upałów - mówiono w lokalnych
wiadomościach - pogoda, jaka bywała w południowej Kalifornii na ogół o wiele później.
Upały doprowadzały ludzi do szaleństwa. Budzili się w mokrej pościeli i ruszali na poszukiwanie szklanki wody, a kiedy trochę przytomnieli, ze
zdumieniem stwierdzali, że trzymają w ręce broń wyciągniętą z biblioteczki. Dzieci płakały przez sen i nawet płyn Tylenol nie chłodził
ich rozpalonej skóry. W całym mieście ptaki spadały z przewodów
telefonicznych i leżały na spragnionych wody trawnikach.
W taką pogodę nikt nie był w stanie spać, a Ruby Bridge wcale nie
stanowiła wyjątku. Leżała rozciągnięta na łóżku, prześcieradło zrzuciła
na podłogę, a na czole położyła sobie okład z lodu.
Minuty mijały, jedna po drugiej odmierzane pojękiwaniem okiennej
klimatyzacji, która tylko mełła gorące powietrze.
Ruby była sama. Przed kilkoma dniami rzucił ją chłopak, Max. Po pięciu
wspólnie przeżytych latach po prostu wyszedł z jej życia jak hydraulik,
który zakończył przykrą robotę.
Pozostawił po sobie kilka byle jakich mebli i liścik.
Kochana Ruby!
Nigdy nie miałem zamiaru odkochać się w Tobie (ani zakochać w Angie).
Ale takie cholerstwo się zdarza. Wiesz, jak to jest. Chcę być wolny.
Zresztą, do diabła, oboje wiemy, że nigdy i tak mnie nie kochałaś.
Trzymaj się.
Max
Zabawne było to (chociaż zdecydowanie nie tak zabawne, by pękać ze
śmiechu), że prawie nie odczuwała braku Maxa. Owszem, było jej brak
drugiego talerza na nakrytym do kolacji stole, drugiego ciała w łóżku,
które jakby się teraz powiększyło. Najbardziej brakowało jej pozoru, że
jest zakochana.
Max był... nadzieją. Ucieleśnieniem przekonania, że potrafi kochać i być
kochana.
O siódmej zadzwonił budzik. Ruby zsunęła się z łóżka, spocona, jakby
ślizgała się po śluzie ślimaka. Rozchwiane wezgłowie uderzyło o ścianę.
Biustonosz i figi lepiły jej się do ciała. Sięgnęła po szklankę wody
przy łóżku, przytknęła ją do zagłębienia pomiędzy piersiami i poszła do
łazienki, gdzie wzięła letni prysznic.
Zanim zdążyła się wytrzeć, znów oblał ją pot. Westchnęła umęczona;
poszła do kuchni i zaparzyła dzbanek kawy. Nalała sobie filiżankę,
szczodrze dodając śmietanki. Na powierzchnię wypłynęły białe grudki,
układając się w kształt krzyża.
Ktoś pewnie by pomyślał, że śmietanka skwaśniała, ale Ruby uznała, że to
znak. Jakby potrzebne jej były nadprzyrodzone znaki, by zrozumieć, że
utknęła w wirówce życia.
Wylała płyn do zlewu i wróciła do sypialni, zbierając z podłogi rzucone
tam czarne, poliesterowe, poplamione tłuszczem spodnie i białą
bawełnianą bluzkę. Spocona, lecz poganiana bólem głowy i potrzebą
dostarczenia organizmowi kofeiny, ubrała się i wyszła w obezwładniający
żar.
Na ulicy stał jej poobijany volkswagen garbus rocznik 1970. Po kilku
próbach zapalił i ruszyła do Siekanych Specjałów Irmy, modnej
restauracyjki przy Weneckiej Plaży, gdzie pracowała prawie trzy lata.
Nigdy nie zamierzała zostać kelnerką, miała to być tymczasowa praca,
dzięki której mogła płacić rachunki do czasu aż stanie na nogi, wzbudzi
sensację w jednym z okolicznych klubów komediowo-satyrycznych, wystąpi
gościnnie w telewizyjnym talk-show Jaya Leno i wreszcie dostanie
propozycję zagrania we własnym sitcomie, którego trafnie zatytułuje
"Ruby!". Zawsze wyobrażała sobie ten tytuł z wykrzyknikiem, podobny do
rewiowych w Vegas, jakie uwielbiała babcia.
Lecz mając dwadzieścia siedem lat, nie była już traktowana jako osoba
młoda. Zdarzało jej się słyszeć, że jest "za stara", prawie od
dziesięciu lat, kiedy to starała się zrobić karierę jako autorka i wykonawczyni tekstów humorystycznych. Według powszechnej opinii, jeżeli
nie uda ci się do trzydziestki, to już po tobie. Ruby więc doszła do
wniosku, że powinna się uważać za uratowaną w ostatniej chwili.
Wjechała na parking w stylu lat pięćdziesiątych. przed restauracją i usiłowała znaleźć miejsce, manewrując między starymi autami combi i busami volkswagena. Ze wszystkich możliwych stron samochodów były
umocowane deski surfingowe; zderzaki oblepiono nalepkami tak, że niemal
nie widać było lakieru. Wyblakła na słońcu reklama słynnego omletu Irmy
z sześciu jaj przywędrowała z dalekiego wschodniego wybrzeża. Ruby
zaparkowała koło minibusu, który mógłby równie dobrze wziąć się z filmu
Beztroskie lata w Ridgemont High.
Wymusiła na twarzy uśmiech i skierowała się do restauracji. Kiedy
otworzyła drzwi, nad jej głową wesoło rozdzwonił się dzwoneczek.
Irma ruszyła w jej stronę, torując sobie drogę trzypiętrową fryzurą w kształcie ula. Jak zwykle pędziła, pochylona do przodu niby dziób
tonącego statku, po czym gwałtownie zatrzymała się przed Ruby.
Przymrużyła mocno umalowane oczy, co dało Ruby powód do zastanowienia
się, czy kiedyś wiek ludzi dzięki makijażowi będzie trzeba określać
metodą węgla radioaktywnego.
- Według grafiku miałaś pracować wczoraj wieczorem.
- O, cholera! - skrzywiła się Ruby.
Irma skrzyżowała ręce.
- Zwalniam cię. Nie możemy na ciebie liczyć. Debby musiała wczoraj
obsługiwać za dwie osoby. W kasie czeka na ciebie ostateczne
rozliczenie. Mundurek masz zwrócić jutro. Wyprany.
Usta Ruby zadrżały w buncie. Na myśl, że musi prosić o tę gównianą
pracę, aż zebrało jej się na mdłości.
- Irmo, co ty, przecież muszę mieć tę robotę.
- Przykro mi, naprawdę. - Irma odwróciła się i odeszła.
Ruby stała tak z minutę, wdychając znajomy zapach syropu klonowego
zmieszanego z tłuszczem, po czym chwyciła czek z kasy i wyszła z restauracji.
Wsiadła do samochodu i odjechała. Bez celu krążyła po ulicach, a kiedy
poczuła się tak, jakby jej twarz się rozpływała, zaparkowała w dzielnicy
handlowej. W modnych klimatyzowanych butikach widziała dziesiątki
pięknych rzeczy, na które nie mogła sobie pozwolić, sprzedawane przez
dziewczyny o połowę od niej młodsze. Pomyślała, że sięgnęła samego dna.
Nagle dostrzegła wywieszkę w sklepie dla zwierząt: "Potrzebna pomoc".
Nie ma mowy! Dość już miała podawania odpadów wołowych rodzinie Butt.
Niech ją diabli, jeżeli zdecyduje się na sprzedawanie im wszystkim
fretek.
Wróciła do samochodu i odjechała, pędząc do celu. Kiedy znalazła się na
bulwarze Wilshire, przystanęła przed wieżowcem i zaparkowała.
Nim zdążyła sobie wyperswadować całą eskapadę, już jechała windą na
ostatnie piętro. Drzwi się otworzyły, powitało ją słodkie chłodne
powietrze, osuszając pot na jej policzkach.
Pomaszerowała korytarzem do biura swojego agenta i wpadła do środka
przez dwuskrzydłowe drzwi przeszklone mrożonym szkłem.
Recepcjonistka Maudeen Wachsmith siedziała z nosem utkwionym w romansie.
Uśmiechnęła się, ledwie podnosząc wzrok.
- Cześć, Ruby. Jest dziś zajęty. Musisz się specjalnie umówić.
Ruby przeleciała koło Maudeen i szarpnąwszy, otworzyła drzwi.
Jej agent, Valentine Lightner, siedział za błyszczącym szerokim
biurkiem. Podniósł wzrok. Kiedy zobaczył, że to ona, uśmiech zastąpiła
zmarszczka na czole.
- Ruby... nie byliśmy umówieni... prawda?
Maudeen wypadła zza pleców Ruby.
- Przepraszam, panie Lightner...
- Nic nie szkodzi, Maudeen - powiedział, podnosząc szczupłą rękę. I opierając się o krzesło, spytał: - O co chodzi, Ruby?
Odczekała, aż Maudeen wyjdzie, i podeszła do biurka. Z upokorzeniem
myślała o tym, że ma na sobie strój z restauracji i że widać, jak się
poci pod pachami.
- Czy jest jeszcze ta robota na statku wycieczkowym?
Trzy miesiące temu śmiała się z tej propozycji - statki wycieczkowe
grzebią wszelkie talenty - ale teraz nie wydawała jej się poniżająca,
wręcz przeciwnie: o wiele przewyższająca jej możliwości.
- Starałem się ci to załatwić, Ruby. Piszesz zabawnie, ale prawda jest
taka, że jest to do niczego. I nikt tu nie chce przyszywać ci łatek, ale
chodzi o to, że powstała olbrzymia zapora. Spaliłaś za sobą zbyt wiele
mostów. Nikt nie chce z tobą współpracować.
- Ktoś...
- Nikt. Pamiętasz tę pracę, którą ci załatwiłem przy sitcomie? Opóźniłaś
produkcję pierwszego tygodnia i wszyscy dostawali fioła przez twoje
poprawki.
- Moja bohaterka była idiotką. W jej roli nie było ani jednej zabawnej
linijki.
Val spojrzał na nią; lodowato niebieskie oczy powoli zwężały się w szparki.
- Mam ci przypomnieć, że ten show nadal jest nadawany, i inna... mniej
utalentowana aktorka... zarabia na każdym odcinku trzydzieści tysięcy
dolarów, mówiąc to, co ma powiedzieć?
- To gówniany show. - Ruby padła na obite zamszem krzesło przed jego
biurkiem. Dopiero po chwili udało jej się skłonić do pokory własne ego.
- Nie mam grosza. Irma w restauracji mnie zwolniła.
- Możesz chyba zadzwonić do matki.
Przymknęła na chwilę oczy i wzięła głęboki oddech.
- Val, nie wkraczaj na ten teren - powiedziała ze spokojem.
- Wiem, wiem, straszna z niej cholera. Ale widziałem ten artykuł o niej
w "People". Jest sławna i bogata. Może by ci pomogła.
- Ty też jesteś sławny i bogaty i nie możesz mi pomóc. A poza tym już
dość mi pomogła. Odrobina więcej matczynej troski może sprawić, że
wyląduję na Oddziale B, przywiązana do stołu, śpiewając, że muszę być
sobą. - Ruby wstała, co kosztowało ją wiele wysiłku, bo właściwie miała
ochotę tylko na to, by zwinąć się w kłębek i spać. - Dzięki ci za nic,
Val.
- Cholernie łatwo ci pomóc dzięki tej twojej iskrzącej osobowości. -
Westchnął. - Spróbuję w Azji. Lubią tam humor ze Stanów. Może mogłabyś
pracować w klubie nocnym.
Na samą myśl o tym zrobiło jej się mdło.
- Mam opowiadać kawały tłumaczowi? - Skrzywiła się, wyobrażając sobie
siebie w jednym z tych męskich barów, gdzie kobiety skręcają się na
błyszczących srebrnych drążkach za jej plecami. Już spędziła trochę
czasu na takich numerach. Cała młodość minęła jej w cieniu reflektorów
oświetlających kogoś innego. - Może czas, bym się poddała. Skasowała.
Przyznała się do porażki.
Val spojrzał na nią.
- A co będziesz robić?
Nie powiedział: "Ruby, nie rób tego, jesteś zbyt utalentowana, by się
poddać". Tak twierdził sześć lat temu.
- Doszłam na Uniwersytecie Kalifornijskim do połowy dyplomu z literatury
angielskiej. Może więc dostanę robotę kierowniczki w Burger Kingu.
- Pewnie, zdecydowanie nadajesz się do służby publicznej.
Nie potrafiła się nie roześmiać. Od dawna współpracowała z Valem, od
swoich pierwszych dni w Sklepie z Humorem. Zawsze był jej mistrzem,
największym wielbicielem, ale przez ostatnie lata go rozczarowała, co w pewnym sensie było gorsze niż rozczarować siebie. Stała się trudna we
współpracy, wybuchowa, nie bardzo było wiadomo, co może robić, ale przy
tym wszystkim przestała być zabawna. Wszystkie inne przeszkody Val
mógłby pokonać. Ona sama też nie wiedziała, co się z nią dzieje. Chyba
że problemem była złość, która trawiła ją przez cały ten czas. Powinna
wyhamować.
- Bardzo ci dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Wiem, że trudno
jest załatwić pracę primadonnie bez talentu.
Gdy tylko wypowiedziała te słowa, usłyszała ich podtekst. Wyrażały
wahanie i strach, ale przecież się żegnała. Najgorsze jednak było to, że
Val też słyszał podtekst tych słów i nie zaoponował: "Nie, nie rób tego,
jeszcze daleko nam do końca". Powiedział coś innego:
- Zasadniczo masz duży talent. Od twojego uśmiechu może się w pokoju
zrobić jasno, a dowcip masz cięty. - Pochylił się w jej stronę. - Ale
chcę cię o coś spytać: Kiedy przestałaś się uśmiechać?
Oczywiście, znała odpowiedź. Stało się to w pierwszej klasie liceum, ale
nie chciała wspominać tego okresu, nawet gdyby nie miała Valowi o nim
odpowiedzieć.
"Przedmioty odbite w lustrze znajdują się bliżej, niż się wydaje".
Podobnie jest ze wspomnieniami. Lepiej im się nie przyglądać.
- Nie wiem - odparła cicho, unikając jego wzroku. Żałowała, że nie może
się zdradzić przed Valem, jak bardzo się boi i jak się czuje samotna.
Pomyślała, że gdyby choć raz potrafiła okazać swą kruchość przed kimś
znajomym, może to by ją uratowało.
Ale nie potrafiła. Nawet kiedy mocno się starała, nie potrafiła nie mieć
się na baczności. Uczucia miała bardzo głęboko schowane i hermetycznie
zamknięte, więc każda rana i wspomnienie pozostawały świeże.
- No więc - odezwała się w końcu, prostując ramiona i wypinając do
przodu nieokazałą pierś. Przez sekundę miała uczucie, że wygląda
absurdalnie, jak zraniony wróbel, który usiłuje zrobić wrażenie na
sokole wędrownym. - Chyba sobie pójdę. Jeżeli mam się wybrać na połów,
to muszę gdzieś dorwać sieci i puszkę przynęty.
Val blado się uśmiechnął.
- Będę dzwonił w sprawie Azji. Pogadamy za kilka dni.
- Jestem ci wdzięczna. - Powiedziałaby więcej, może nawet by się
odrobinę popłaszczyła przed nim, ale w gardle jakby jej coś spuchło.
Val obszedł biurko i znalazł się przy niej. W jego spojrzeniu dostrzegła
smutek i żal.
- Zgubiłaś się - stwierdziła cicho.
- Wiem.
- Posłuchaj, Ruby. Wiem, jak to jest z zagubieniem. Trzeba zacząć od
nowa.
Z trudem przełknęła ślinę. Tego rodzaju szczerość jest bardziej
zwyczajna w innych rejonach kraju, tam gdzie czas mierzy się porami roku
czy przypływami. Tutaj, w Los Angeles, czas ulatuje w trzydziestosekundowych spotach reklamowych. W takim tempie nie rozwijają
się prawdziwe uczucia.
- Val, nie martw się o mnie. Dam sobie radę. Teraz idę do domu uczyć się
japońskiego.
- Taką cię lubię. - Ścisnął jej ramię.
- Sajonara. - Pomachała mu, wyginając palce w kalifornijskim "pa,
kochanie", i wyfrunęła z biura. Nie było łatwo fruwać w mokrym od potu
stroju kelnerki, więc gdy tylko znalazła się za drzwiami, zrezygnowała
ze sztucznego uśmiechu. Weszła do windy, zjechała do holu i ruszyła do
samochodu. Volkswagen wyglądał jak półżywy czerwcowy żuk, porzucony przy
parkometrze. Kiedy do niego wsiadła, aż się skrzywiła, bo siedzenie
parzyło.
Na przedniej szybie zobaczyła kwit parkingowy.
Opuściła szybę i wyciągnęła go spod zardzewiałej wycieraczki. Skręciła
papier w kulkę i wyrzuciła przez okno. Według niej żądanie zapłaty za
tego grata i oczekiwanie, że ona nastąpi, było niczym pozostawienie
rachunku do zapłaty na poduszce w schronisku dla bezdomnych.
Zanim kwit parkingowy wylądował na jezdni, ona już zapaliła silnik i odjechała od krawężnika; po chwili porwały ją ze sobą sznury samochodów
jadących bulwarem Wilshire.
W Studio City ruch był mniejszy. Kilkoro dzieci leniwie bawiło się w małych frontowych ogródkach. Z powodu zagrożenia pożarowego nie
marnowało się wody na zjeżdżalnie i spryskiwacze trawników.
Ruby przejechała ostrożnie koło dużego obślinionego psa świętego
Bernarda, śpiącego pośrodku ulicy, i zaparkowała przy krawężniku przed
swoim osiedlem.
Z czoła ciurkiem spływał jej pot, gdy ruszyła po schodach. Nikt nie
wyszedł się przywitać - było zbyt gorąco. Sąsiedzi pewnie zbili się w rodzinne kokony przy urządzeniach klimatyzacyjnych w oknach mieszkań -
tak współcześnie wyglądało w Los Angeles życie, którego pierwowzorem
było życie jaskiniowców skupionych wokół cudownego ognia.
Zanim dotarła na swoje piętro, zasapała się, jak Shelley Winters po
kąpieli w Tragedii "Posejdona" i była prawie tak samo mokra. Pot
spływał jej z czoła i zalewał rzęsy, zacierając obraz wszystkiego.
Chwilę trwało, zanim zdołała otworzyć drzwi. Tak było zawsze. Wzdłuż
progu zwinął się zniszczony chodnik. W końcu udało jej się pchnąć drzwi
i potykając się, wpadła do środka.
Stała zadyszana. Patrzyła na nieszczęsne meble w zdumiewająco małym
mieszkaniu i nagle poczuła gorące ukłucie łez.
Przyszła jej do głowy absurdalna myśl: gdyby tak spadł deszcz!
Cały dzień mógłby inaczej wyglądać, gdyby ta cholerna pogoda była inna.
2
Czerwiec w Seattle był trudnym miesiącem. Właśnie wtedy, gdy po raz
ostatni odezwały się szkolne dzwonki i kwitły peonie oraz ostróżki,
mieszkańcy miasta zaczęli narzekać, że zostali oszukani. Deszcze padały
od października - jak zwykle przysięgano wówczas, że po raz pierwszy
przyszły tak wcześnie - toteż w ostatnim tygodniu maja nawet
przyzwyczajeni do meteorologicznych dziwactw zaaklimatyzowani obywatele
miasta mieli dość. Z namaszczeniem oglądali wiadomości, a w nich
pierwsze zadające katusze zdjęcia ludzi kąpiących się w ciepłych wodach
gdzieś dalej na południe. Dzwonili krewni i przez telefony komórkowe
donosili, że właśnie urządzają przyjęcie z grillem. Lato zawitało już do
wszystkich innych zakątków Ameryki.
Mieszkańcy miasta patrzyli na to w kategoriach sprawiedliwości. Przecież
należało im się lato. Przez dziewięć bitych miesięcy znosili ponurą
pogodę i dawno powinno świecić słońce.
Nie było to więc żadne zaskoczenie, że w dniu pięćdziesiątych urodzin
Nory Bridge padał deszcz. Lecz nie uznała, że ta pogoda może być oznaką
czy zapowiedzią pecha.
Patrząc z perspektywy czasu, jednak powinna.
Ale ona po prostu myślała: deszcz. Oczywiście. Prawie zawsze padało w jej urodziny.
Stała w oknie swojego biura, popijając ulubiony napój - szampana Mumm's
z plasterkiem brzoskwini - i przyglądając się ruchowi ulicznemu na
ulicy. Była czwarta trzydzieści po południu. Godzina szczytu w mieście,
które już dziesięć lat temu rozrosło się poza system autostrad.
Dziesiątki kart urodzinowych ustawionych na parapecie ułożyły się w wachlarz na tle widzianej z góry korony klonu.
Dostała karty i prezenty od wszystkich, którzy pracowali przy jej
audycji radiowej. Wszystkie były odpowiednie i ładne, ale najcenniejszą
otrzymała od starszej córki, Caroline.
Oczywiście, radość Nory przyćmiewał fakt, że i w tym roku Ruby nie
przysłała jej kartki.
- Jutro poczujesz się dobrze - powiedziała cicho do własnego odbicia w zalanej deszczem szybie.
Pozwoliła sobie na kilka chwil żalu i bólu, że nie dostała tej kartki,
po czym wzięła się w garść. Piętnaście lat terapii nauczyło ją, jak
przechowywać przeżycia w osobnych przegródkach.
Przez ostatnie lata wreszcie udało jej się uporać z burzliwymi
uczuciami. Załamania i depresje, które kiedyś były plagą jej życia,
teraz stały się tylko odległymi bolesnymi wspomnieniami.
Odwróciła się od okna i spojrzała na kryształowy zegar na biurku.
Wskazywał czwartą trzydzieści osiem.
Wszyscy krzątali się na dole w sali konferencyjnej. Rozkładali
smakołyki, rozstawiali butelki szampana, talerze z plasterkami
brzoskwiń. Asystenci, publicyści, redaktorzy, producenci przygotowywali
się, by spędzić godzinę swojego cennego prywatnego czasu na przyjęciu
urządzonym jako "niespodzianka" dla najnowszej gwiazdy radiowej.
Odstawiła na biurko kieliszek po szampanie i otworzyła szufladę, by
wyjąć z niej małą czarną puderniczkę Chanel. Poprawiła makijaż i wyszła
z pokoju.
Na korytarzach panował niezwykły spokój. Pewnie wszyscy pomagali
urządzać przyjęcie. Dokładnie o czwartej czterdzieści pięć Nora weszła
do sali konferencyjnej.
Była pusta.
Długi stół nie był nakryty, nie rozstawiono na nim jedzenia, na podłodze
nie widać było kolorowych drobinek konfetti. Na lampach pod sufitem
zawieszono transparent z życzeniami urodzinowymi. Wyglądało to tak,
jakby ktoś zaczął urządzać przyjęcie i nagle zrezygnował.
Dopiero po chwili zauważyła, że po lewej stoją dwaj mężczyźni: Bob
Wharton, właściciel i dyrektor stacji, oraz Jason Close, jej główny
prawnik.
Na twarzy Nory pojawił się ciepły uśmiech.
- Witaj, Bob. Witaj, Jason - powiedziała, podchodząc do nich. - Cieszę
się, że jesteście.
Mężczyźni szybko wymienili spojrzenia. Poczuła się nieswojo.
- Bob, o co chodzi?
Pełna twarz Boba, na którą postarzająco wpłynęły lunche zakrapiane dwoma
martini i papierosy wypalane w liczbie dwudziestu sztuk dziennie, w wyrazie zasępienia wyglądała jeszcze bardziej pomarszczona.
- Mamy złe wiadomości.
- Złe wiadomości?
Jason przesunął się obok Boba i podszedł do Nory. Stalowoszare włosy
miał idealnie uczesane. W czarnym garniturze Armaniego wyglądał niczym
czterdziestoletni szef mafii.
- Bob odebrał dziś telefon od niejakiego Vince'a Corella.
Poczuła się tak, jakby ktoś ją spoliczkował. Zabrakło jej powietrza.
- Twierdził, że kiedy byłaś mężatką, miał z tobą romans. Żądał zapłaty
za milczenie.
- Ależ, Noro! - wybełkotał z wściekłością Bob. - Pozwoliłaś sobie na
jakiś cholerny romans, kiedy dzieci były jeszcze małe! Powinnaś nam o tym powiedzieć.
Tysiące razy powtarzała czytelniczkom i słuchaczkom, żeby były silne.
"Nigdy nie pozwól, by ktoś widział, że się boisz. Wierz w siebie, a wtedy inni też będą w ciebie wierzyć". Ale teraz jej samej zabrakło tej
siły.
- Mogłabym powiedzieć, że kłamie - zauważyła, ale słysząc swój niepewny,
przestraszony głos, aż się skrzywiła.
Jason otworzył teczkę i wyciągnął brązową kopertę.
- Proszę.
Kiedy Nora otwierała kopertę, trzęsły jej się ręce.
W środku były czarno-białe zdjęcia. Zaczęła wyciągać kartkę papieru.
Kiedy wysunęła ją do połowy, już wiedziała, co to jest.
- Boże! - szepnęła. Sięgnęła po najbliżej stojące krzesło i uczepiła się
żelaznego oparcia. Nie osunęła się na kolana tylko dzięki sile woli.
Wepchnęła zdjęcia z powrotem do koperty.
- Musi być jakiś sposób, żeby do tego nie dopuścić. - Spojrzała na
Jasona. - Zakaz prawny. To są prywatne zdjęcia.
- Zgadza się. Ale jego. Przecież wiedziałaś... że je robiono. Pozujesz.
Pewnie czekał, aż staniesz się sławna. Odezwał się po tym artykule w "People".
Nabrała powietrza w płuca.
- Ile chce?
Minęła nabrzmiała ciszą chwila, po czym Jason przysunął się bliżej.
- Pół miliona dolarów.
- Mogę zdobyć tę sumę...
- Pieniądze nigdy nie załatwiają do końca takich spraw. Sama to wiesz.
Prędzej czy później znów wyjdzie.
Natychmiast zrozumiała.
- Aha, odmówiłeś mu - powiedziała drewnianym głosem. - Zwrócił się z tym
do brukowców.
Jason skinął potakująco.
- Przykro mi, Noro.
- Potrafię to wytłumaczyć swoim wielbicielkom - zapewniła. - Bob? One
zrozu...
- Udzielasz rad z dziedziny moralności. - Bob potrząsnął głową. -
Wybuchnie piekielny skandal. Promujemy cię jako nowoczesną wersję Matki
Teresy. A teraz okazuje się, że masz na sumieniu takie sprawy.
- Bob, to nie fair! - żachnęła się.
- Zapewniam cię - powiedział Jason - że niezamożne wielbicielki z małych
miasteczek nie zrozumieją, że ich idolka potrzebowała wolności.
- A kiedy wieści o tych zdjęciach trafią na antenę, natychmiast stracimy
reklamy - zawtórował mu Bob.
Nora klasnęła w dłonie, usiłując zachować pozory spokoju. Ale wiedziała,
że to na nic.
- Więc co zrobimy? - spytała.
Milczenie. Spojrzenie.
- Weź wolne na jakiś czas - odezwał się Jason.
Wszystko to za szybko na nią spadło. Nie mogła jasno myśleć. Wiedziała
tylko tyle, że nie może się poddać. Miała jedynie swoją karierę.
- Nie mogę...
Jason podszedł i delikatnie dotknął jej ramienia.
- Przez ostatnie dziesięć lat zajmowałaś się udzielaniem porad innym
ludziom, by przestrzegali zobowiązań i na pierwszym miejscu stawiali
swoje rodziny. Jak myślisz, ile czasu zajmie prasie odkrycie, że od
rozwodu nie rozmawiałaś z córką? Potem twoje porady będą pustym
brzmieniem.
- Prasa nie zostawi na tobie suchej nitki - zawtórował mu Bob. - Nie
dlatego, że ci się to należy, ale dlatego, że tak może zrobić. Brukowce
uwielbiają pisać o znanych osobach, które popadły w kłopoty... w dodatku
kiedy mają seksowne zdjęcia. Cholera, długo nie odpuszczą.
W jednej chwili własne życie wymknęło się Norze z rąk.
- Burza minie - szepnęła, w głębi serca wiedząc, że to nieprawda, a nawet gdyby tak się stało, w ostatecznym rozrachunku nie to byłoby
istotne. Niektóre wiatry mają siłę huraganu i niszczą wszystko na swojej
drodze. - Wezmę kilka tygodni wolnego. Zobaczymy, jak się wszystko
potoczy. Pomyślę o jakimś oświadczeniu.
- Żeby nie było wątpliwości - odezwał się Jason - to będzie planowany
urlop. Nie przyznamy się, że ma coś wspólnego z tym skandalem.
- Dziękuję.
- Mam nadzieję, że jakoś przez to przejdziesz - powiedział Jason. -
Wszyscy mamy nadzieję.
Jason i Bob zaczęli mówić razem, potem zapadła dziwna cisza. Nora tylko
usłyszała, że przechodzą obok niej. Po chwili rozległ się jeszcze trzask
drzwi, które za sobą zamknęli.
Stała zupełnie sama, jej oczy zalewały się łzami, których już nie
potrafiła powstrzymać. Skończyło się! Po jedenastu latach pracy
siedemdziesiąt godzin tygodniowo.
Paf! Życie zniknęło, roztrzaskane w drobny mak z powodu kilku zdjęć
zrobionych jej nago przed wiekami. Świat zobaczy, jaką była hipokrytką,
zobaczą to również... jej córki.
W końcu dowiedzą się, że ich matka miała romans i że kłamała, porzucając
dom.
Ruby okropnie bolała głowa. Spała z przerwami przez cały dzień.
W końcu pokuśtykała do kuchni i podeszła do lodówki. Kiedy otworzyła
drzwiczki, fluoryzujące światło oślepiło jej bolące oczy. Mrużąc je,
chwyciła sok pomarańczowy i zaczęła pić wprost z opakowania. Płyn
pociekł jej po brodzie. Wytarła ją wierzchem dłoni.
W dużym pokoju przeznaczonym do spędzania czasu w ciągu dnia - co
wydawało jej się teraz żartem, bo mieszkanie w tym pustym pokoju mogło
tylko oznaczać, że jest się albo umierającym, albo za głupim, by nadal
oddychać - oparła się o szorstką ścianę i zsunęła tak nisko, aż usiadła,
prostując nogi. Wiedziała, że powinna zejść do sklepiku po gazetę, ale
odechciało jej się tego na myśl, że będzie musiała przeglądać oferty
pracy. Robota u Irmy była nieszczególna, wręcz okropna, ale przynajmniej
ją miała. Nie musiała stać w kolejce i błagać o szansę: "Naprawdę jestem
autorką komikiem". Jakby była kimś specjalnym, nie kolejną niezgułą w kolejce mężczyzn i kobiet, przybywających do Hollywood z tanim biletem w jedną stronę i marzeniem, które miało kiedyś się spełnić.
Zadzwonił telefon.
Nie chciała odebrać. Trudno było liczyć na dobre wieści. W najlepszym
razie mogła dzwonić Caroline, przewyższająca ją we wszystkim japiszonka,
działająca jako wolontariuszka na rzecz Junior League, siostra, która
miała dwoje idealnych dzieci i męża osiłka.
A może przypomniał sobie o niej tata, ale było to wątpliwe. Odkąd
powtórnie się ożenił i miał drugą rodzinę, bardziej go interesowały
karmienia o północy niż wydarzenia w życiu dorosłej córki. Szczerze
mówiąc, nawet nie pamiętała, kiedy ostatni raz się odezwał.
Telefon dzwonił i dzwonił.
W końcu przeczołgała się po szmatławym dywanie i podniosła słuchawkę.
- Halo? - powiedziała, a właściwie warknęła, z czego zaraz zdała sobie
sprawę. Ale czy to ważne? Była w złym humorze i nieistotne, kto się o tym dowiedział.
- Oj, nie odgryź mi głowy!
- Val? - Ruby nie mogła uwierzyć.
- Tak, to ja, kochanie, twój ulubiony agent.
- Wesoło ci, do cholery! - Zmarszczyła czoło. - Pewnie moja kariera
właśnie spływa z wodą w klozecie.
- Owszem, jest mi wesoło. Mam ekstra doniesienia. Wczoraj obdzwoniłem
wszystkich, żeby znaleźć ci robotę. Ale... niezmiernie mi przykro z tego
powodu... nikt cię nie chciał. Jedyne branie, jakie miałem, to ten
gówniany, szajsowaty statek wycieczkowy. Chcą cię na lato, ale pod
warunkiem, że nie będziesz używać obraźliwego języka... i zgodzisz się
występować w pomarańczowej mini obszytej cekinami, żebyś po swoim
numerze mogła w niej pomagać magikowi.
Ruby jeszcze mocniej rozbolała głowa. Potarła skronie.
- Niech no zgadnę. Dzwonisz z wiadomością, że facet, który nazywa się
Duży Flet, ma dla mnie nocną pracę na Hollywood i Vine.
Val wybuchnął śmiechem. Wspaniałym donośnym śmiechem, bez ukrytych
półtonów, do których była przyzwyczajona. Klient powinien rozpoznawać
subtelne odcienie entuzjazmu - to była umiejętność, której nabywało się,
będąc na samym dnie i na końcu łańcucha pokarmowego.
- Nie uwierzysz - odezwał się w końcu. - Bo ja sam, do diabła, nie mogę
uwierzyć, a przecież odebrałem ten telefon. Zgadnij, kto dziś zadzwonił.
- Heidi Fleiss.
Zapadło znamienne milczenie, kiedy Ruby tylko słyszała, jak Val
wypuszcza z ust papierosowy dym.
- Joe Cochran - wydusił z siebie.
- Ten ze "Zgiełku"? Nie rób sobie żartów. Jestem trochę...
- Dzwonił do mnie Joe Cochran. Nie zalewam. Ktoś mu nagle zrezygnował.
Chce cię zarezerwować do show na jutro wieczór.
Jak świat może tak wirować? Wczoraj Ruby była jak leżący na dnie wrak, a dziś angażuje ją Joe Cochran! Gospodarz najgorętszego, najbardziej
kręcącego talk-show w całym kraju. Robionego na wzór "Politycznej
niepoprawności". Ale ponieważ "Zgiełk" był emitowany w kablu, to
namierzano w nim wszystko, co najbardziej aktualne - i pozwalano używać
obraźliwego języka. Dla młodej autorki komika to marzenie. Nawet jeżeli
Ruby już nie zaliczano do młodych.
- Daje ci dwie minuty na dowcipy. Właściwie to tyle. Radzę ci zacząć
próby. Jutro rano o jedenastej przysyłam po ciebie samochód.
- Dzięki, Val.
- Nie ma za co, kochanie. Naprawdę. Zawdzięczasz to sobie. Powodzenia!
- Poczekaj. To show na jaki temat? - zdążyła spytać, bo już chciała
odłożyć słuchawkę.
- No tak. - Słyszała, jak przekłada papiery. - Nazywa się "Zbrodnia i kara. Czy mama z tatą są wszystkiemu winni?".
Powinna była się domyślić.
- Chcą mnie, bo jestem j e j córką.
- To ważne dla ciebie, dlaczego?
- Nie. - I mówiła prawdę. Nie obchodziło jej, dlaczego Joe Cochran
zadzwonił do agenta. Teraz miała swoją szansę. Wreszcie po latach
występowania w jakichś chałach, w zadymionych salach barowych w miastach, których nazw nawet nie pamiętała, miał ją oglądać cały kraj.
Jeszcze raz podziękowała Valowi i odłożyła słuchawkę. Serce biło jej tak
mocno, że miała zamęt w głowie. Nawet pusty pokój wydał się ładniejszy.
Przecież niedługo już tu pomieszka. Jutro zabłyśnie dowcipem, będzie
gwiazdą.
Pobiegła do sypialni i otworzyła na oścież ażurowe drzwi szafy.
Wszystkie ciuchy miała czarne.
Nie mogła sobie pozwolić na kupno niczego nowego...
Nagle przypomniała sobie o czarnym swetrze z kaszmirowej wełny. Dostała
go od matki; był ukryty w pudle przysłanym przez Caroline na Boże
Narodzenie dwa lata temu. Wprawdzie zawsze odsyłała matce prezenty
będące wyrazem jej poczucia winy, nawet ich nie otwierając, ale ten ją
uwiódł. Kiedy dotknęła pięknej wełny, już nie potrafiła odesłać
upominku.
Zerwała z ramiączka czarny sweter z wycięciem w serek i rzuciła na
łóżko.
Jutro włoży do niego sznureczki koralików, żeby wyglądać bardziej
jazzowo, czarną skórzaną minispódniczkę i czarne rajstopy. Bardzo w stylu Janeane Garofalo.
Kiedy skończyła wybierać stroje, zatrzasnęła nogą drzwi sypialni. W wąskim, długim lustrze zobaczyła siebie w obramowaniu ze złotego
plastiku.
Trudno było patrzeć na siebie poważnie, ubraną w ojcowską starą bluzę do
gry w piłkę i w czerwone mechate podkolanówki. Krótkie czarne włosy
podczas wczorajszej gorącej jak łaźnia parowa nocy ułożyły jej się w idealną imitację tego, co miał na głowie Johnny Rotten. Bladą twarz
wciąż znaczyły po nocy różowe odgniecenia. Wokół oczu widać było resztki
wczorajszego makijażu.
- Jestem Ruby Bridge - powiedziała, chwytając z toaletki szczotkę do
włosów i używając jej jako mikrofonu. - Macie rację, jeżeli nazwisko wam
się kojarzy. Jestem jej córką, Nory Bridge, guru Ameryki Środkowej. -
Wypchnęła w bok biodro, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądała jutro:
włosy zrobione pianką koloryzującą na niebiesko, szyja poobwijana
dziesiątkami sznurków koralików, obcisłe czarne ciuchy i mocny czarny
makijaż. - Spójrzcie na mnie! Czy ta kobieta powinna wam radzić, jak
wychowywać dzieci? To zupełnie jak na tych reklamach, w których różne
znane osoby radzą wam, byście dla swojego dziecka byli mentorami. A kogo
wybiera Hollywood na tych doradców? Bandę anorektyczek, alkoholików,
narkomanów i kolejnych żon czy mężów. Ludzi, którzy od lat nie spędzili
z dzieckiem ani dziesięciu minut. I oni wam radzą, jak być rodzicem.
Zupełnie jakby...
Zadzwonił telefon.
- Cholera! - Ruby popędziła do pokoju i wyrwała przewód ze ściany. Nie
wolno jej przeszkadzać przez następne dwadzieścia cztery godziny. Nic
nie miało znaczenia, oprócz przygotowań do występu.
San Francisco, podobnie jak wszystkie inne miasta, wyglądało pięknie
wieczorem. W centrum różnokolorowe światła tworzyły jakby neonową
dekorację zawieszoną wzdłuż czarnej zatoki.
Dean Sloan spojrzał przez wielkie na całą ścianę okno, w którego
obramowaniu widać było panoramę miasta. Niestety, nie mógł się ruszyć z miejsca; jak zwykle przygważdżały go dobre maniery.
W przeładowanej ozdobami sali balowej rezydencji Russian Hill
rozstawiono kilkanaście stolików, z których każdy udrapowano błyszczącym
złotym materiałem, wykończonym od góry girlandą opalizującego jedwabiu.
Nakrycia były z białej porcelany z platynowym obrzeżem. Przy każdym
stole siedziały cztery pary i prowadziły niezobowiązującą rozmowę.
Kobiety miały na sobie drogie długie suknie, a mężczyźni smokingi.
Gospodyni przyjęcia, należąca do miejscowego towarzystwa, własnoręcznie
sporządziła listę gości spośród najbogatszych rodzin San Francisco.
Dochód z tego dobroczynnego przyjęcia był przeznaczony dla opery i na
pewno będzie znaczący, chociaż Dean się zastanawiał, ilu gości
rzeczywiście interesuje się muzyką. Głównie chodziło im o to, by się
pokazać, a co jeszcze ważniejsze - by się pokazać, robiąc to, co
właściwe.
Partnerka Deana - blada, wyjątkowej urody i elegancji kobieta, która
nazywała się Sarah Brightman-Edington - przesunęła ręką po jego udzie.
Wiedział, że już za długo milczy, więc z od dawna wyćwiczoną swobodą
odwrócił się do niej i uśmiechnął w sposób dobrze udokumentowany przez
miejscowe media zajmujące się lokalną śmietanką.
- To były piękne słowa, nie sądzisz? - powiedziała cichym głosem,
wypijając odrobinę szampana.
Dean nie miał pojęcia, o czym ona mówi, ale szybkie spojrzenie po sali
rozjaśniło mu w głowie. Przy steinwayu w kolorze kości słoniowej stała
starsza, ale zadbana kobieta w złudnie prostej niebieskiej sukni.
Niewątpliwie wypowiedziała na temat opery pełne poetyckiego poloru słowa
i z góry podziękowała swoim gościom za szczodre wsparcie. Bogaci niczego
tak nie uwielbiali, jak udawać, że są szczodrzy.
Wiedział, że to oficjalny początek końca wieczoru. Potem będą tańce,
sporo pogawędek i jeszcze więcej plotek, ale niebawem z grzeczności
będzie należało wyjść.
Rozległ się szmer lekkich oklasków i szuranie odsuwanych krzeseł.
Dean wziął Sarah za rękę. Razem wsunęli się w szepczący tłum. Orkiestra
grała coś cichego i romantycznego, chyba jakąś znajomą melodię.
Na parkiecie przyciągnął Sarah do siebie, zsunął dłoń po jej nagich
plecach, poczuł, że drży pod jego dotykiem.
Wokół nich tłum kręcił się i wirował. Nad głowami tysiące światełek
pobłyskiwało jak gwiazdy. W powietrzu rozchodził się lekki słodki zapach
róż.
A może to był zapach pieniędzy...
Spojrzał w dół na podniesioną twarz Sarah, po raz pierwszy widząc, jakie
ma ładne szare oczy. Bez zastanowienia nieco się pochylił i pocałował
ją, czując posmak szampana na jej ustach. Ten pocałunek wiele mówił,
dokąd może ich zaprowadzić ta nadchodząca noc. Sarah będzie go chciała.
Gdyby miał ochotę, mógłby wziąć ją za rękę, wyprowadzić z tego ścisku i zabrać do swojego łóżka. Nie sprzeciwiałaby się. Potem by zadzwonił i pewnie jeszcze kilka razy by się przespali. A później by o niej
zapomniał. W ubiegłym roku miejscowy magazyn obwołał go najmniej
pożądaną partią, bo słynął z błyskawicznych romansów. Tak było naprawdę;
sypiał z dziesiątkami najpiękniejszych kobiet w mieście.
Lecz dziennikarz, który o tym pisał, nie wiedział, nawet sobie nie
wyobrażał, jak bardzo Dean był tym wszystkim zmęczony. Miał niespełna
dwadzieścia dziewięć lat, a już czuł się stary. Pieniądze. Władza.
Kobiety na zawołanie. Wystarczyło, że usłyszały jego nazwisko, a natychmiast miękły jak wilgotna glina. Od ponad roku miał uczucie, że
coś jest nie w porządku z jego życiem. Czegoś w nim brakuje.
Początkowo myślał, że problem dotyczy pracy, więc ponownie jej się
oddał, spędzając w Harcourt i Synowie ponad osiemdziesiąt godzin
tygodniowo. Udało mu się jednak zarobić jeszcze większe pieniądze i nabawić ostrzejszego egzystencjalnego bólu.
Usiłował rozmawiać o tym z ojcem, ale jak zwykle okazało się to
bezcelowe. Edward Sloan był teraz - podobnie jak zawsze - czarującym,
frywolnym playboyem, którym dyrygowała żona. To właśnie matka przejęła
całą ambicję w tym związku i nigdy zbytnio się nie przejmowała czymś
takim jak spełnienie czy satysfakcja. Jej komentarz więc brzmiał tak,
jak Dean tego oczekiwał: "Prowadziłam tę firmę przez trzydzieści lat.
Teraz kolej na ciebie. Jęczenie zabronione".
Uważał, że matka zasłużyła sobie na to. Pod jej żelaznymi rządami
rodzinna firma, którą założył jej dziadek i rozwinął ojciec, stała się
przedsiębiorstwem wartym sto milionów dolarów. Matce to wystarczało.
Niczego więcej nie pragnęła. Ale to, co dla niej było sukcesem, Dean
odczuwał jako jakąś pustkę.
Usiłował też rozmawiać o tym z przyjaciółmi, ale chociaż wyrazili chęć
pomocy, nikt z nich nie rozumiał jego odczuć. Właściwie nie było się
czemu dziwić. Wprawdzie pochodzili z podobnych rodzin, lecz Dean wyrósł
w innym świecie niż jego znajomi.
Wyspa Lopeza. Wyspa Lata.
Na wyspach San Juan spędził dziesięć wspaniałych lat. Tam obaj z bratem
Erikiem żyli krótko jak zwykli chłopcy. Te wyspy ukształtowały i określiły Deana, stały się miejscem, w którym czuł się spełniony.
Oczywiście, była tam Ruby, która, zanim oszalała i wszystko zniszczyła,
nauczyła go, co to jest miłość.
A potem mu pokazała, jak łatwo ją się niszczy.
Dean westchnął z żalem, że Ruby mu się przypomniała, kiedy trzyma w ramionach piękną i chętną kobietę...
Nagle poczuł się zmęczony. Po prostu nie miał siły spędzić nocy z kolejną kobietą, która go nie obchodziła.
- Nie czuję się dobrze - powiedział, zastanawiając się przez chwilę, czy
to kłamstwo, czy niezupełnie.
Uśmiechnęła się, pokazując komplet idealnie białych zębów. Przesunęła
ręką po jego ramieniu, kładąc mu zaborczo dłoń na karku. Zawsze są
zaborcze - pomyślał znużony. A może tylko on tak to odczuwał.
- Ja też nie bardzo - zamruczała. - Mieszkam za rogiem.
Sięgnął po jej rękę i delikatnie ucałował w kłykcie.
- Nie, ja naprawdę nie czuję się dobrze. I o świcie będę miał
telefoniczną konferencję z Tokio. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu,
odprowadzę cię do domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki