p

Jak wychowywać chłopca. Potęga relacji w kształtowaniu dobrych ludzi - Michael C. Reichert

Kup ebooka

39.90 zł
35.41 zł (33,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1OGRANICZENI PRZEZ CHŁOPIĘCTWO

Kilka lat po narodzinach mojego pierworodnego syna podjąłem pracę w znanej szkole dla chłopców - Haverford School - mieszczącej się na obrzeżach Filadelfii. Szkoła od dawien dawna zajmowała się edukacją chłopców i zapewnianiem im odpowiedniej opieki, lecz prawie sto lat po powstaniu zaczęła kwestionować swoją misję. Badania rynku wskazywały na to, że wiele rodzin nieufnie podchodzi do koncepcji osobnej edukacji dla chłopców i dziewczynek, i na fali powstającego w Stanach Zjednoczonych przekonania, że szkoły dla chłopców stoją w sprzeczności z duchem równości płci, rozpoczął się ruch powrotu do szkół koedukacyjnych.

Zanim jeszcze w mojej głowie zaświtała myśl o objęciu konkretnej funkcji w tej szkole, poproszono mnie o wygłoszenie tam kilku prelekcji dla rodziców na temat podatności chłopców na uzależnienie od substancji chemicznych oraz innych zachowań ryzykownych. Były to obszary, w których specjalizowałem się w mojej praktyce klinicznej. Wkrótce potem odbyłem rozmowę z dyrektorem szkoły na temat bardzo zdolnego ucznia zmagającego się z uzależnieniem od narkotyków. Szkoła pomogła mu znaleźć specjalistyczną pomoc, dzięki której trafił do kliniki odwykowej. Na uroczystości zakończenia szkoły chłopak gorąco uściskał dyrektora, w ten sposób wyrażając swoją wdzięczność za uzyskane wsparcie i uratowanie mu życia.

Już wtedy wspierałem wielu chłopców i ich rodziny w podobnych sytuacjach, zresztą kilka lat wcześniej podobne, niezwykle bolesne doświadczenie stało się udziałem mojej rodziny. Późną wiosną roku, w którym kończyłem dwadzieścia cztery lata, mój młodszy brat zginął w wypadku samochodowym. Choć w okresie nastoletnim miewał problemy - pił, brał narkotyki, uciekał z domu i opuszczał szkołę - wydawało się, że wyszedł na prostą. W wieku osiemnastu lat zaczął dokonywać lepszych wyborów. Ten feralny wieczór spędzał z przyjacielem. Pili, być może brali też narkotyki, a on nie bacząc na ryzyko, zajął w samochodzie miejsce pasażera. Podczas jazdy z górki kierowca stracił kontrolę nad samochodem i wjechał w ogromne stare drzewo rosnące na podjeździe sąsiada. Do końca życia zapamiętam dzwonek do drzwi o drugiej nad ranem, policjanta pytającego, czy tu właśnie mieszka ten a ten oraz odmalowany przez niego obraz mojego brata i jego przyjaciela wewnątrz wraku samochodu owiniętego wokół drzewa.

Nieco wcześniej w tym samym roku podjąłem pierwszą pracę po ukończeniu studiów jako terapeuta w sądzie rodzinnym w wydziale przedwyrokowym dla nieletnich. Obrotowymi drzwiami sądu płynął wartki strumień nieletnich przedstawicieli płci męskiej winnych różnych wykroczeń: kradzieży, bójek, wagarowania, ucieczek z domu, napadów, kradzieży samochodów a nawet zabójstw. Moim zadaniem było badanie trajektorii ich życia, ocenianie mocnych i słabych stron i przygotowywanie rekomendacji decyzji dla sędziego. Przedzierałem się zatem za chwytające za serce policyjne i szkolne raporty, spotykałem się z zainteresowanymi i ich rodzinami i starałem wyobrazić sobie, jak mogliby uniknąć kłopotów w przyszłości.

W tym okresie, tuż po wypadku brata, który walczył o życie na oddziale intensywnej terapii, a moja rodzina trzymała przy jego łóżku nieustanną straż, usiłowałem zrozumieć to, co się wokół mnie działo. Opowieści mojego brata i moich klientów miały wspólny motyw przewodni. W ich życiu istniał podatny grunt pod przyszłą tragedię - i tym gruntem był fakt bycia przez nich mężczyznami. W każdym przypadku, z którym miałem styczność, pojawiała się konfuzja w odniesieniu do tego, kim się jest, różny stopień odrętwienia i nieudolności, brak więzi oraz odcięcie się na poziomie mentalnym. To stanowiło fundament męskich wyborów - począwszy od tych tylko nieco podcinających skrzydła, a skończywszy na zachowaniach autodestrukcyjnych. W połowie lat siedemdziesiątych XX wieku mało kto rozumiał to, co kanadyjski aktywista i uczony Michael Kaufman nazwał "dziwną kombinacją siły i jej braku, uprzywilejowania i bólu" charakteryzującą rozwój chłopców1. Nie było też gotowości na przyznanie, że chłopcy są przede wszystkim ludźmi, a przecież ludzie najlepiej się rozwijają w relacjach z tymi, którzy o nich dbają.

Jednak powoli acz nieubłaganie, wspierany przez sukcesy ruchu kobiet, zaczął również kiełkować ruch mężczyzn. Choć początkowo niezdarny i niesprecyzowany, opierał się na założeniu, że chłopcy i mężczyźni ponoszą niezwykle wysokie koszty. Według psychologa Williama Pollacka z Harvard Medical School wpajanie chłopcom przez opiekunów - rodziców, nauczycieli, społeczności - tradycyjnych męskich wartości skutkuje "traumatycznym ograniczaniem istnienia w chłopięcym świecie środowiska, które daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, miłości i akceptacji"2. Zbyt duża liczba chłopców bardzo wcześnie w życiu traci bliskie relacje z najbliższymi i umiejętność wyrażania własnych emocji. Pozbawieni tych relacyjnych kotwic chłopcy stają się podatni na pokusy współczesnych im czasów i tracą kontakt z prawdziwą wersją siebie.

Tego rodzaju dynamikę obserwowałem najpierw w pracy w sądzie rodzinnym, w życiu mojego własnego brata, a potem u innych młodych mężczyzn, którym pomagałem skorzystać z programów terapeutycznych. Każdego z nich toczył robak darwinowskiego męskiego kodeksu zachowania, przeszkadzając im się zdrowo rozwijać, dojrzewać, szukać wartości w życiu i osiągać samospełnienie.

Czułem się wezwany do podjęcia jakichś konstruktywnych działań. Po pogadankach dla rodziców zaproponowano mi w tej szkole posadę psychologa-konsultanta - zgodziłem się, mając nadzieję, że będzie to okazja do koncentrowania się na nowej roli w moim życiu, czyli roli ojca. Końcówka lat osiemdziesiątych, lata dziewięćdziesiąte oraz początek nowego wieku, gdy mój syn dorastał i wchodził w okres nastoletni, były dla mnie okazją do rozwijania się w tej nowej dla mnie roli. Szkoła też przechodziła zmiany. W wyniku wnikliwego procesu strategicznego planowania zaoferowała chłopcom zupełnie nowe podejście i stworzyła program "On Behalf of Boys" (W imieniu chłopców). Ruszył w 1995 roku i obejmował stworzenie narodowego komitetu doradczego, nowych programów edukacyjnych dla rodziców oraz prowadzenie zakrojonych na szeroką skalę projektów badawczych.

Szczerze? Martwiłem się o mojego syna i o to, co przyniesie mu przyszłość. W tym czasie dużo pisało się o tym, że chłopcy mają kłopoty z nauką, nie potrafią odnaleźć pasji w życiu, że "są na wojnie" i "żyją w nieustannym kryzysie"3. Narodziny drugiego syna tylko zwiększyły moje zaangażowanie w kwestię chłopięcą. Już wtedy ich mama i ja zdawaliśmy sobie sprawę, że nigdy nie uda się nam dostatecznie zewrzeć szyków, by ochronić ich przed uwodzicielskimi wpływami, unoszącymi ze sobą wielu chłopców. Mogliśmy tylko pokazywać synom - naszą postawą - że w naszym życiu stajemy w obronie wartości, niewinności i szans chłopców.

Rutynowe straty w ludziach są niewygodną prawdą dotyczącą okresu chłopięctwa. Chłopcom ze wszystkich grup społecznych nie udaje się skutecznie wejść w dorosłość, szczególnie wtedy, gdy do czynników stresogennych oprócz męskości należy jeszcze ubóstwo i rasizm. W artykule zatytułowanym "The State of American Boyhood" (Stan amerykańskiego chłopięctwa) psycholożka Judith Kleinfeld z University of Alaska wyraziła swój szczególny niepokój o "pozbawioną poczucia więzi" młodzież, czyli grupę, w której znajduje się dwukrotnie więcej chłopców niż dziewcząt, więcej czarnych niż białych. Można zmierzyć i konkretnie pokazać, że ci pozbawieni poczucia więzi chłopcy i mężczyźni nie osiągają sukcesów w nauce, pracy i życiu społecznym. Co więcej, wchodzą w dorosłość z tym bagażem braku więzi, a to z kolei wpływa na to, jak nawiązują relacje jako dojrzali mężczyźni. Do życia we współczesnym świecie bazującym na zglobalizowanych, opartych na wiedzy gospodarkach oraz równości płci chłopców trzeba przygotować się w szczególny i dobrze przemyślany sposób. Historyczny, niezmienny od wielu stuleci model męskości nijak ma się do rzeczywistości. Demograf Tom Mortenson z National Center for Public Policy and Higher Education (Narodowego Centrum Polityki Społecznej i Edukacji Wyższej), badawczej organizacji pożytku publicznego, napisał: "Mężczyźni z trudem i powoli adaptują się w tym nowym świecie. Liczna grupa mężczyzn nie adaptuje się w ogóle, a w efekcie ich życie się po prostu rozpada"4.

Co można zrobić, by zrekompensować straty poniesione w chłopięctwie? Czy możemy ochronić chłopców pozostających pod naszą opieką przed zagrożeniami będącymi nieodłączną częścią dzieciństwa? Jak upewnić się, że nasi synowie są dobrze przygotowani na wejście w wiek męski? W swojej karierze psychologa, która rozpoczęła się mniej więcej po śmierci mojego brata, rozmawiałem i pracowałem z tysiącami chłopców i młodych mężczyzn z całego świata. Prowadząc badania, zajmowałem się męskimi nadziejami i cierpieniami, sukcesami i porażkami. Wszystkie opowieści, które usłyszałem, pokazują, w jaki sposób chłopcy odczuwają własne życie - jak frustrują ich ograniczone możliwości, jak bardzo czują się osamotnieni lub pozostawieni samym sobie lub niezrozumiani i mylnie ocenieni.

W obliczu tych przekonujących narracyjnych dowodów zmieniłem zdanie i zgadzam się z brytyjską socjolożką Caroline New, według której istnieje takie zjawisko jak "systemowe złe traktowanie" chłopców, a ci z nas odpowiedzialni za jego występowanie - a nie sami chłopcy - powinni naprawić wady systemu, który sami zaprojektowali5. W chłopcach znajdziemy chętnych do współpracy partnerów, gdyż przecież bardzo pragną, by ktoś dostrzegł, kim są, i usłyszał prawdziwe bicie ich serc wytrwale pracujących pod noszoną przez nich zbroją. Jednak chcąc zreperować chłopięctwo, najpierw musimy przyjąć do wiadomości związane z nim problemy i wspólnie ustalić, z czego wynikają.

To jest trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Byłem przekonany, że program "On Behalf of Boys" spotka się z pozytywnym odzewem i zainspiruje do zastanowienia się, czego właściwie potrzebują chłopcy. Jednak już same jego początki nie były obiecujące. Tradycjonaliści ze szkolnych społeczności z pogardą odnieśli się do łączenia takich koncepcji jak płeć, dyskryminacja i chłopcy, natomiast ich członkowie o feministycznych poglądach obawiali się, że program ma na celu podbicie bębenka chłopięcej męskości. Wietrząc kontrowersje, dziennikarz z lokalnej gazety wyśmiał całą inicjatywę i odwołał się do instynktownego społecznego lęku: "Chłopcy nie muszą być odważni. Nie muszą walczyć o osiągnięcia i sukcesy. Chłopcy powinni być bardziej jak... no cóż, chyba bardziej jak dziewczynki".

Prawda jest taka, że uprzedzenia i stereotypy bardzo wcześnie zaczynają wpływać na życie chłopców i kształtują oraz wypaczają spojrzenia nawet tych z nas, którzy mają wobec nich najlepsze intencje. W zakrojonym na szeroką skalę badaniu cztero- i pięciolatków psycholożka Judy Chu ze Stanford University zaobserwowała, jak rodzice i opiekunowie ograniczają "potencjały zachowań chłopców". Była świadkiem hartowania tożsamości, zamykania możliwych opcji wyboru oraz "nadmiernego przestrzegania" norm i wpływów kulturowych i bezkrytycznego przyjmowania ich za własny punkt widzenia. Po trwającym dwa lata badaniu, w którym stała się częścią grupy chłopców, zauważyła, że otwarci i autentyczni chłopcy zamknęli się w sobie i stracili nieco na spontaniczności. Napisała: "To, co często uważa się za naturalne dla chłopców i opisuje się jako takie, de facto nie jest manifestacją ich prawdziwej natury, lecz wynikiem przystosowania do kultury, która wymaga od nich emocjonalnego stoicyzmu, agresywności oraz silnej ambicji (związanej z rywalizacją), by móc uznać ich za "prawdziwych chłopców"6.

Sam doświadczyłem tego, że stereotypy na temat męskości są wszechobecne, w dużej mierze nieświadome i wpływają na to, jak postrzegamy chłopców niemal od samego poczęcia. Kilka lat temu znajoma, nauczycielka biologii w liceum, zaszła w bliźniaczą ciążę i kiedyś powiedziała mi: "Wiem, które z nich jest chłopcem". Zaciekawiony spytałem, po czym to poznaje. Wyjaśniła: "To ten, który mnie kopie". Według Niobe Way, badaczki z New York University zajmującej się ludzkim rozwojem, powszechne przekonania na temat chłopców znajdują niewiele potwierdzenia w badaniach, a jeszcze mniej w ich prawdziwych potrzebach. Choć stereotypowo uważa się, że chłopcy stawiają na autonomię i nie są zainteresowani bliskimi relacjami, dla chłopców uczestniczących w jej badaniach brak przyjaciół oznaczałby śmierć lub postradanie zmysłów. Jej zdaniem kulturowe przesądy dotyczące chłopców wpływają na stosowanie przez rodziców i nauczycieli błędnych praktyk wychowawczych i edukacyjnych oraz są źródłem późniejszych chłopięcych problemów z nauką, izolowania się, wszelkiego rodzaju uzależnień oraz nieodpowiednich zachowań7.

We wczesnej fazie mojego ojcostwa na plan pierwszy wybijały się - czasem w bardzo przedziwny sposób - moje nieuświadomione kulturowe uprzedzenia na temat chłopców. Mieszkaliśmy wtedy na jednym z tych słynnych filadelfijskich osiedli szeregowych domków. Na końcu naszej ulicy przycupnął mały plac zabaw, na którym codziennie zjawiały się grupki chłopaków, by pograć w stickball i koszykówkę. Mój syn był zapalonym sportowcem i grał we wszystko bez wyjątku, lecz nie był przygotowany na to, co zaczęło się dziać, gdy jego koledzy weszli w wiek dojrzewania. Pomimo wieloletniej wspólnej zabawy, mnóstwa radości i jeżdżenia na wielkich samochodach-zabawkach w górę i w dół ulicy kilku z nich wyrosło na gniewnych i dość złośliwych młodych ludzi, gotowych zapomnieć o wspólnie spędzonych latach. W końcu pod ich wpływem cała grupa zwróciła się przeciwko mojemu synowi i kazała mu wynosić się z placu zabaw. I tak raz za razem wracał do domu z podkulonym ogonem.

Zamiast po prostu pozwolić mu siedzieć przed telewizorem lub samotnie grać w gry komputerowe, na początku grałem razem z nim i usiłowałem wzmocnić jego pewność siebie, by mógł wrócić na plac zabaw i spróbować raz jeszcze. Pewnego sobotniego poranka, gdy po ciężkim tygodniu dochodziłem do siebie, ponownie wrócił przybity z dworu, spotkałem go na schodach i zapowiedziałem, że nie wpuszczę go do domu. "Musisz sam wymyślić, jak to rozwiązać. Będę siedział obok ciebie tak długo, jak będziesz chciał, ale nie mogę pozwolić, byś się po prostu poddał". Usiłował przejść obok mnie. Jego upokorzenie i frustracja narastały. Wykrzyczał, że nie chce wracać na plac zabaw i całkowicie się załamał. Krzyczał, płakał i usiłował wślizgnąć się do domu, a ja konsekwentnie blokowałem mu drogę. Jak mantrę powtarzałem: "Uda ci się. Nie musisz się poddawać". Gdzieś z boku mignął mi zaniepokojony sąsiad, bo to, co działo się na naszym ganku, przypominało przemoc wobec dziecka.

Czy w ten sposób mu pomagałem, czy tylko działałem zgodnie z przekonaniem, że chłopcy nigdy nie powinni rezygnować z walki? Czy dawałem mojemu synowi tę okropną lekcję, że musi rozwiązać swoje problemy od razu, bez względu na to, jak bardzo się boi lub jak bezradny się czuje? Reagując na to, co postrzegałem jako największe zagrożenie dla przyszłości mojego syna na naszej ulicy, reagowałem również na coś głęboko we mnie. Na ile kierował mną strach przed tym, że mój syn może zostać wygnany z placu zabaw, pozbawiony przyjemności dzieciństwa i zaklasyfikowany jako jednostka gorszego sortu?

Miałem szczęście, bo znalazłem sposób, by odpowiedzieć sobie na te dręczące mnie pytania. Krótko po ukończeniu college'u dołączyłem do sieci doradztwa rówieśniczego. Był to szczęśliwy zbieg okoliczności, który odmienił moje życie i w efekcie pomógł mi wybrać pożądaną przeze mnie ścieżkę kariery. Nauczyłem się słuchać innych i zostałem wysłuchany w głęboki, cierpliwy i pełen prostoty sposób. Pracowałem z tymi zwykłymi ludźmi i wspólnie rozwiązywaliśmy napięcia oraz uprzedzenia, które przeszkadzały nam w zdrowym funkcjonowaniu. To było to - oddolny ruch na rzecz zastąpienia starych schematów relacyjnych umiejętnością bycia obecnym i kreatywnym w relacjach. Dzięki takim regularnym spotkaniom i rozmowom usuwałem zalegające we mnie pajęczyny starych doświadczeń, zmniejszałem nagromadzone we mnie napięcie i w niezwykły sposób zwiększałem zdolność do bycia szczerym z samym sobą. Dzięki praktyce słuchania innych stałem się ogólnie bardziej uważny. W ciągu kolejnych lat te okazje do spojrzenia na własne reakcje, rozeznania się we własnych uczuciach oraz myślach pomogły mi poradzić sobie między innymi ze śmiercią brata i dostrzec ograniczające moje postrzeganie świata uprzedzenia, które towarzyszyły mi już od czasu dzieciństwa. Potrafiłem nawet rozpoznać, kiedy moje reakcje na zachowania moich własnych synów miały więcej wspólnego ze mną niż z nimi.

Wracając do sytuacji na naszym ganku - po krótkim namyśle uznałem, że staram się osiągnąć trudną równowagę pomiędzy wyrażeniem smutku z powodu złośliwości jego kolegów a zbudowaniem w nim przekonania o jego wewnętrznej sile i mocy kształtowania życia pomimo napotkanych po drodze niepowodzeń. Chciałem przekazać mu ważną wiedzę, której niestety sam wcześniej nie przyswoiłem: że może wybrać własną perspektywę, bez względu na to, jak bardzo czuje się bezradny i nieistotny. Dobra chwila na tę naukę przyszła nieco później, gdy obydwaj już się uspokoiliśmy i mógł wysłuchać mnie bez zdenerwowania, strachu i frustracji. Wcześniej swoim zachowaniem tylko wzmacniałem jego już i tak emocjonalną reakcję.

Rodzice chłopców często odczuwają przymus natychmiastowego działania. Powiedzmy, że syn zachowuje się w określony sposób - niedbale w szkole, egoistycznie w domu, nieśmiało wobec rówieśników, nieżyczliwie wobec siostry lub brata, niewystarczająco agresywnie na boisku, jest niespokojny, zezłoszczony lub nieśmiały - rodzice już nie mogą tego znieść. Zmartwieni i poirytowani zdecydowanie wkraczają. Dają mu rady, a im bardziej ich nie przyjmuje, tym większa ogarnia ich frustracja.

Na szczęście mój syn i ja przetrwaliśmy tę trudną chwilę na ganku i mnóstwo innych, które po niej nastąpiły. Wyrósł na cudownego, cierpliwego nauczyciela chłopców i ciepłego ojca własnego syna. Nie jestem pewien, czy odczytał przekaz, który chciałem, by otrzymał, ale jak każdy chłopiec miał w swoim życiu wiele chwil, w których musiał przetestować swoją odporność i znaleźć w sobie odwagę do stawienia im czoła. Nasza relacja przetrwała wiele wyzwań i mam nadzieję - choć często zabieram się do tego nieco niezdarnie - że mój syn wie, iż zawsze jestem gotów pomóc mu w układaniu skomplikowanej układanki życia.

CHŁOPCY, KTÓRYCH MAMY

Rodziców nastolatków na zajęciach w grupie wsparcia poprosiłem o opowiedzenie historii o nauczycielu, trenerze, mentorze, kimś, kto w pozytywny sposób odpowiedział na potrzeby ich syna lub synów. Każdy rodzic podał dodający otuchy przykład. Gdy opowiadali, atmosfera w sali zdecydowanie się ociepliła. Wszyscy właściwie mówiliśmy to samo: wyrażaliśmy pragnienie, by nasi chłopcy wiedli szczęśliwe życie, byli bezpieczni, zapuścili gdzieś korzenie i potrafili spełniać swoje marzenia. To, że na tej drodze znalazł się ktoś, kto podał im pomocną dłoń, było największym z błogosławieństw!

Zaskoczyła mnie emocjonalna reakcja rodziców związana z tymi opowieściami. Pewien ojciec przytoczył historię o kłamstwie, którego dopuścił się jego syn przyłapany przez nauczyciela na niedozwolonym zachowaniu. Ojciec nie pochwalał zachowania syna - od dawna martwił się tym złym nawykiem dziecka i jego prawdopodobnymi zgubnymi konsekwencjami. Szczęście w nieszczęściu w kolejnym roku syn został przypisany do grupy tego samego nauczyciela na zajęcia matematyki. Zamiast jednak traktować chłopca zgodnie z tym złym wrażeniem, jakie wywarł na nim rok wcześniej, nauczyciel potraktował nieodpowiednie zachowanie jako zwykły błąd i dał mu znać, że ma czystą kartę. Zawsze udzielał chłopcu pomocy i zapewniał, że w niego wierzy. Pod koniec roku chłopiec miał znacznie wyższą ocenę z matematyki, bardziej wierzył w swoje umiejętności z tego przedmiotu, a matematyk stał się jego ulubionym nauczycielem.

Jedna z mam opowiedziała historię o przedłużonym pobycie swojego syna w szpitalu. W trakcie tego okresu nauczyciel nie tylko regularnie rozmawiał z chłopcem o zajęciach, pomagając mu na bieżąco przerabiać materiał, ale również odwiedził go i przyniósł notatki innych uczniów. Mama opowiedziała, co odczuwa wobec tego nauczyciela:

Czułam wtedy, że jego tata i ja nie jesteśmy jedynymi osobami, które się o niego troszczą, że są również inni ludzie, którym na nim zależy. Ten nauczyciel poświęcił swój własny czas, by odwiedzić go w szpitalu i na własne oczy zobaczyć, jak mu się wiedzie. Wiem, że mój syn jest fantastycznym dzieciakiem, ale uświadomienie sobie, że inni też to widzą, było jak grom z jasnego nieba. Na zawsze pozostanę wdzięczna temu nauczycielowi.

Jeszcze inna mama podzieliła się opowieścią o trenerze, który włożył tak ogromny wysiłek w trenowanie jej syna, że chłopca zaczęli dostrzegać trenerzy z poziomu regionalnego. Kiedy spytałem, jakie uczucia towarzyszyły jej, kiedy obserwowała ich relację, powiedziała:

- Ulga.

- Ulga? - zapytałem ze zdziwieniem.

- To, co się stało, wzmocniło jego wiarę w siebie. Zawsze najbardziej bałam się tego, że mój syn nigdy nie odkryje swojej niezwykłości. A teraz już ma takie doświadczenie. Tego wspomnienia nikt mu nie odbierze i to stanowi jego siłę - wyjaśniła.

Być może tego rodzaju sentymenty pojawiają się zawsze, gdy rozmowa rodziców schodzi na dzieci. Mnie jednak wydawało się, że tamta chwila była szczególnie emocjonalna, bo dotyczyła życia chłopców. To, co nie zostało wypowiedziane, lecz co pobrzmiewało w tych opowieściach, to ogromna niepewność, którą w dzisiejszym świecie odczuwają rodzice synów. W życiu syna wiele rzeczy może pójść nie tak. Według Davida Steina, autora Unraveling the ADD/ADHD Fiasco (Rozwikływanie zagadki fiaska ADD/ADHD), zachowania chłopców mają nieprzyjemne konsekwencje. U pięciu chłopców na jedną dziewczynkę diagnozuje się jakiegoś rodzaju "zaburzenia" psychologiczne8. Z artykułu z 2012 roku dotyczącego preferencji rodziców adopcyjnych wynika, że dziewczynki wybierane są 30 procent częściej niż chłopcy. Badacze wyjaśnili to tak: dziewczynki uważane są za płeć "mniej ryzykowną"9.

Szczególnie w dzisiejszym świecie informacja o tym, że będzie się miało syna, może nieco przerażać. Aktor Justin Baldoni, znany ze swojej roli Rafaela Solna w Jane the Virgin emitowanego przez stację CW, opowiada o swoich odczuciach z okresu, gdy żona była w ciąży. Pisał: "Im bardziej rósł brzuch mojej żony, tym więcej pojawiało się we mnie lęku". Co powodowało ten strach? Baldoni wyznał, że wcielanie się w rolę bożyszcza kobiet spowodowało, iż rozwinęło się w nim niezdrowe podejście do własnego ciała i nie chciał, by syn go w tym naśladował. "Nie chciałem, by w jakimkolwiek stopniu mnie przypominał. Chciałem, żeby był mądrzejszy, czuł więcej i we wszystkim radził sobie lepiej ode mnie"10.

Każdy z łatwością może opowiedzieć historię o chłopcu, który z jakiejś przyczyny wpadł w kłopoty. I pewnie będzie ona nieco podobna do tej przytoczonej poniżej o siódmoklasiście.

Kiedy skontaktowała się ze mną jego matka, David już całkowicie wymknął się spod kontroli. Był bystrym dzieckiem, lecz w szkole ponosił same porażki: nie angażował się w naukę i często się nieodpowiednio zachowywał, stawiał się rodzicom, a wobec siostry był złośliwy, a czasem nawet agresywny. Jego mama szukała w sieci pomocy i wsparcia dla rodziców, ale propagowane w internecie podejście twardej ręki doprowadziło tylko do eskalacji już i tak napiętej sytuacji. Kiedy spotkałem się z Davidem w cztery oczy, odkryłem, iż naprawdę uważał, że jego mama ani go nie lubi, ani nie kocha. Podczas częstych kłótni traciła panowanie nad sobą i mówiła na przykład: "Nienawidzę być twoją matką". Taka sytuacja najwyraźniej trwała od dłuższego czasu, a im David był starszy, tym gwałtowniej kwestionował jej metody wychowawcze.

Następnie na indywidualne spotkanie zaprosiłem Lily. Ciekaw byłem, co właściwie czuje wobec syna. Przyznała, że David od samego początku stanowi dla niej wyzwanie, natomiast młodsza o kilka lat córka nie sprawiała jej żadnych kłopotów. Z jej opowieści o pierwszym porodzie i pierwszych chwilach życia Davida stało się dla mnie oczywiste, że doświadczała wtedy depresji poporodowej, a spełnianie potrzeb syna było dla niej udręką. Przestraszona i przytłoczona nową sytuacją reagowała na płacz Davida irytacją i wycofaniem. Zbudowana przez nich na tych fundamentach relacja charakteryzowała się gwałtownością i gniewem, które dochodziły u niej do głosu tym częściej, im David był starszy.

Na spotkaniach w cztery oczy chłopiec zachowywał się niezwykle ujmująco i wkrótce pojawiła się między nami nić sympatii. Widział, że przebywanie w jego towarzystwie sprawia mi przyjemność i naprawdę wierzę w jego talenty, szczerość i dobroć. Często się śmialiśmy, a ja bardzo uważałem, by nie obwiniać go o kłótnie z rodzicami i omijać temat marnych stopni i problematycznych zachowań. Zamiast tego podkreślałem, że w zaistniałej sytuacji postępował w najlepszy możliwy sposób. Po pewnym czasie mogłem już napomknąć o zachowaniach, które raczej nie przynosiły mu korzyści, a przy tej okazji David wyznał, że chciałby móc zmienić swoje życie na lepsze. Przekonałem jego rodziców, by zawiesili stosowanie przymusu oraz kar, a z mamą pracowałem nad odbudowaniem ich relacji i pomagałem jej zacząć się nią cieszyć. Ponieważ David był mocnym i dobrze zbudowanym chłopcem i uwielbiał zabawy siłowe, zachęcałem ją też do bitew na poduszki i żartobliwych przepychanek.

Raz było lepiej, raz gorzej. David nadal wątpił w miłość matki, a Lily trudno było go nie potępiać za brak szacunku i niedocenianie jej wysiłków. Chłopiec dorastał i kiedy w obrębie jego zainteresowań w końcu znalazły się dziewczęta, zdecydowałem się zagrać va banque. Wyjaśniłem mu, że relacja łącząca go z mamą - jego nastawienie wobec niej oraz jego doświadczenia związane z bliskością i zaufaniem pomiędzy nimi - stanowić będą podstawę przyszłych relacji z kobietami. Zasugerowałem im budowanie zdrowszej bliskości, pozostawienie za sobą bolesnej przeszłości i brak jakiejkolwiek tolerancji dla nieodpowiedniego zachowania wobec siostry. Z czasem, i przy dużym wsparciu kibicującej mu mamy, Davidowi udało się zmienić zbudowane w dzieciństwie stare, nieskuteczne nawyki relacyjne. Dwa lata później po kilkumiesięcznej przerwie w naszych spotkaniach, chyba w okolicach Święta Dziękczynienia, dostałem list od jego mamy:

Piszę, by przekazać Panu kilka słów na temat Davida. To chyba dobrze, że nie kontaktowałam się z Panem wcześniej, bo teraz David ma się fantastycznie. Mam nadzieję, że tym e-mailem niczego nie zapeszę. Często myślę o Panu i o tym, jak ogromną pracą wspólnie wykonaliśmy. Teraz nareszcie możemy cieszyć się jej owocami. David ma z nami - mężem i mną - zdecydowanie lepszą relację i jest nieco milszy dla siostry (myślę, że naprawdę miły zacznie być dopiero, gdy dorośnie). Bierze więcej odpowiedzialności za swoje działania i przyznaje się do błędów. A co najważniejsze, pozwala mi być swoją mamą. Nie jestem w stanie wyrazić swojej wdzięczności za Pana pomoc. Była nieoceniona!

Ta rodzina doświadczyła realnych trudności, a David bliski był znalezienia się w tarapatach, które rzutowałyby na jego całe życie. Podczas oceny ich sytuacji doszedłem do wniosku, że kryzys, w którym się znaleźli, wynikał ze złych założeń. Według rodziców syn celowo zachowywał się w nieodpowiedni sposób i po prostu testował ich granice, gniewnie walcząc o władzę. Uznali zatem, że najlepszą reakcją będzie odpowiedzieć siłą i wzbudzać w nim poczucie winy.

Moja interwencja opierała się na zgoła innych przesłankach, gdyż zakładała istnienie u chłopców wrodzonej potrzeby budowania z rodzicami więzi opartej na zaufaniu. Z mojej perspektywy David był dzieckiem doświadczającym traumy spowodowanej wczesną relacją z matką, która charakteryzowała się odrzuceniem, ambiwalencją oraz wycofaniem. Podczas rozmów z jego rodzicami przede wszystkim uświadamiałem im powiązania pomiędzy obecną relacją, trudnymi początkami i macierzyńskimi wyzwaniami Lily. Akceptując poczucie skrzywdzenia chłopca oraz potwierdzając prawo mamy do okazywania mu miłości i jej potrzebę szacunku, okazałem im zrozumienie. Dopiero wtedy mogłem stanowczo zachęcić Davida do lepszego zachowania i rzucić mu wyzwanie, by stał się takim mężczyzną - starszym bratem, synem, uczniem, sportowcem - jakim naprawdę chciał być.

Rodziny, które poszukują pomocy w kontekście synów, powinny postarać się potraktować kryzys jako okazję do przemyślenia dotychczasowych, najwyraźniej nieskutecznych, założeń dotyczących rodzicielstwa. Gdy zrozumie się, co spowodowało obecną sytuację, można zacząć tworzyć nowe podejście - takie, które będzie brać pod uwagę również chłopięcą potrzebę bliskości. W wielu rodzinach istnieje głęboka przepaść pomiędzy oczekiwaniami rodziców wobec syna, a tym, kim on faktycznie jest. Zależni od rodzicielskiej akceptacji i miłości chłopcy mają ograniczony wybór, jeśli wiedzą, jak wysoką cenę przyjdzie im zapłacić za niespełnianie oczekiwań. Większość z nich początkowo ciężko pracuje, by spełnić marzenia rodziców, niektórzy dochodzą jednak do wniosku, że nawet ich największy wysiłek przyniesie fiasko i gdzie indziej starają się zaspokajać własne potrzeby. Jednak konformizm i pragnienie przypodobania się mają swoją cenę w postaci cynicznej konkluzji chłopców, że ich przynależność w tym świecie uzależniona jest od spełniania oczekiwań innych. Warunkowa natura miłości rodzicielskiej powoduje u chłopców poczucie braku bezpieczeństwa.

Jest niemalże tak, jakby rodzicie wierzyli, że mogą zamówić określony typ chłopca, który spełnia ich marzenia lub, w przypadku jego nieotrzymania, mogą zmusić do całkowitej przemiany tego, który przypadł im w udziale. Ilu chłopców słyszało od swoich rodziców w różnej formie, że powinni "być mężczyzną" albo "starać się" bardziej w szkole lub na boisku, "osiągać więcej", "schować w kieszeń uczucia" i wykazać się większą "determinacją" i "wolą walki"? Tradycyjna męska koncepcja mówiąca o tym, że "staranie się bardziej" jest odpowiedzią na wszelkie chłopięce bolączki, ignoruje najnowsze rezultaty badań naukowych w obszarze rozwoju charakteru i motywacji, które pokazują, jak bardzo są one związane ze stanami emocjonalnymi chłopców. Wtłaczanie chłopców w z góry określoną tożsamość to dawanie mu jasnego przekazu, który brzmi: nie jesteś wystarczająco dobry.

MAN BOX, CZYLI ZASZUFLADKOWANY MĘŻCZYZNA

George Orwell, autor Roku 1984, jako młody chłopak był policjantem w kolonialnej Birmie. W eseju zatytułowanym Zabicie słonia, opartym na jego własnych doświadczeniach, opisuje policjanta, który mierzy się z poleceniem zabicia słonia szalejącego na ulicach miasta. Musi zabić zwierzę i wykonać zadanie skutecznie i z zimną krwią, nie dopuszczając do siebie żadnych wątpliwości o zasadności takiego działania. Cytat z tego opowiadania pojawia się na początku filmu The Mask You Live In prezentowanego w 2015 roku na Sundance Film Festival, który "towarzyszy chłopcom i młodym mężczyznom podczas ich walki o pozostanie wiernym sobie i spełnieniu oczekiwań zawartych w bardzo wąskiej amerykańskiej definicji męskości". Orwell napisał: "Nosi maskę i dorasta, dopasowując się do niej"11.

W rzeczywistości metafora maski nie pokazuje ogromu strat ponoszonych przez chłopców. Badanie przygotowane przez amerykańską organizację Promundo, światowego lidera w przygotowywaniu i prowadzeniu lokalnych i społecznych projektów edukacyjnych dla mężczyzn i chłopców, posłużyło się mocniejszym porównaniem: zachowywać się jak mężczyzna z szufladki (ang. man box). Istnieją więc zachowania pożądane u "prawdziwych mężczyzn" (to, co jest w szufladce) oraz zachowania niepożądane (poza szufladką). Samowystarczalność, szorstkość, fizyczna atrakcyjność, homofobia, nadmierna seksualność, agresja oraz kontrola znajdują się w szufladce. Badacze przeprowadzili badanie na reprezentatywnej liczbie mężczyzn pomiędzy osiemnastym a trzydziestym rokiem życia w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Meksyku i odkryli uderzające różnice w poziomie przemocy, zastraszania, nadużyć seksualnych, depresji oraz myśli samobójczych u mężczyzn "z szufladki" i "poza szufladką". Wnioski zespołu badawczego były następujące: "Efekty występowania takiego zjawiska jak "mężczyzna z szufladki" są niepokojące, poważne i prawdziwe. Większość mężczyzn, którzy stosują się do zasad funkcjonowania "mężczyzny z szufladki", naraża na ryzyko swoje zdrowie oraz dobrostan, częściej rezygnuje z bliskich przyjaźni, nie szuka pomocy, nawet jeśli jej potrzebuje, doświadcza depresji oraz często myśli o odebraniu sobie życia"12.

Pionierzy i pionierki w dziedzinie gender studies, na przykład Sandra Bern, która była autorką badań dotyczących spolaryzowanych ról i stereotypów płciowych, doszła do wniosku, że normy płciowe wobec chłopców są surowiej przestrzegane niż wobec dziewczynek. Jest większa akceptacja dla dziewczynki "chłopczycy" niż dla chłopca "maminsynka" (w domyśle kogoś, kto zachowuje się jak dziewczynka). Zarówno w domu, jak i poza nim zachowania chłopców, które wykraczają poza przyjęte płciowo normy, są korygowane bardziej zdecydowanie niż odpowiadające im zachowania dziewczynek. W książce zatytułowanej The Courage to Raise Good Men (Odwaga do wychowywania dobrych ludzi), terapeutka Olga Silverstein wspomina o badaniu, w którym matka trzymająca niemowlę, ubrane w sposób niewskazujący na jego płeć, siedzi w poczekalni u lekarza. Kiedy pielęgniarka wyczytuje nazwisko matki, kobieta prosi pozostałe osoby w poczekalni o zajęcie się dzieckiem - "moją córką" lub "moim synem" - podczas jej krótkiej nieobecności. Ukryta kamera nagrywa, co się dzieje, gdy matka znika z pola widzenia. Jeśli pozostałe osoby wierzą, że dziecko jest dziewczynką, tulą je, mówią do niego oraz bawią się z nim, gdy wierzą, że jest chłopcem, często odkładają je na dywan i dają do zabawy pęk kluczy13.

Matki odgrywają ważną rolę w tym dramacie maskulinizacji. Na potrzeby książki The Mama's Boy Myth: Why Keeping Our Sons Close Makes Them Stronger (Mit matki chłopca. Dlaczego bliskie relacje matek z synami pozwalają im wyrosnąć na silniejszych ludzi) dziennikarka Kate Stone Lombardi przeprowadziła wywiady z matkami synów, aby odkryć kulturowe uwarunkowania i wpływy ich relacji. Odkryła, jak mocno pewne stereotypy oddziałują na zachowania matek, które pod ich wpływem - pomimo wewnętrznego sprzeciwu - odpychają synów. Napisała: "Od przynajmniej stu lat potoczna mądrość na temat matek i synów brzmi mniej więcej tak: matka utrzymująca emocjonalną bliskość z synem, który osiągnął wrażliwy wiek powiedzmy pięciu lat, zachowuje się nieodpowiednio. Jest tą duszącą go siłą, która nie pozwoli mu dorosnąć i stać się silnym, niezależnym mężczyzną"14.

W badaniu Promundo padło pytanie o różne źródła i formy nacisku na dostosowanie się do tradycyjnych męskich norm. Sześćdziesiąt procent pytanych mężczyzn w Stanach Zjednoczonych godziło się z następującym stwierdzeniem: "Moi rodzice nauczyli mnie, że "prawdziwy mężczyzna" powinien być silny, nawet jeśli odczuwa zdenerwowanie lub strach". Jeśli chodzi o lekcje, które otrzymali w dzieciństwie, to istnieje niewiarygodna spójność oczekiwań ze strony rodzin i społeczeństwa. Trzech na czterech respondentów zgodziło się ze stwierdzeniem: "Mężczyzna powinien być silny, nawet jeśli odczuwa zdenerwowanie lub strach", a 68 procent z kolejnym: "Facet, który nie odpowiada na atak walką, jest słaby"15.

Rozpoczęty w domu trening męskości przyspiesza w przedszkolu i szkole. Judy Chu obserwowała swoją grupę czterolatków przez dwa lata i zauważyła, że chłopcy z bezpośrednich, wygadanych, uważnych i w pełni obecnych tu i teraz jednostek ludzkich zmieniają się w osoby, które nieustannie coś udają i wszystko zatrzymują dla siebie. Stali się, cytując Chu, "cyniczni" i "trzeźwo myślący", mniej "żywiołowi", a bardziej "niezadowoleni". Według niej rozwój chłopców przebiega od "obecności do pretensjonalności przez pozy", gdyż szybko zaczynają zdawać sobie sprawę, że liczy się nie to, kim są, ale na ile dobrze odgrywają swoją rolę16.

Udawanie nie jest jedynym kosztem ponoszonym przez chłopców. Nadmuchane przekonania na temat męskości, wszechobecne w kulturze i powielane w gazetach, czasopismach, telewizji i grach zachęcają chłopców do zachowań ekstremalnych. W badaniach Chu chłopcy utworzyli "Zespół Złośliwców" i za cel obrali sobie "dokuczanie innym", szczególnie dziewczynkom z klasy. Jeśli nawet poszczególni chłopcy odczuwali empatię wobec ofiar, to wpływ grupy ją neutralizował.

Choć w późnych latach dziewięćdziesiątych pojawiły się obawy o to, że w życiu chłopców nie dzieje się najlepiej, problemy chłopięctwa trwają po dziś dzień. Według danych US Centers for Disease Control and Prevention (Amerykańskiego Centrum Kontroli i Prewencji Chorób, CDC) rodzice chłopców w przedziale wiekowym od czterech do siedemnastu lat szukają pomocy u specjalistów bądź kadry szkół prawie dwa razy częściej niż rodzice dziewczynek. Oprócz impulsywnego podejmowania ryzyka i problemów z zachowaniem chłopcy są w tyle za dziewczynkami w umiejętnościach społecznych koniecznych do osiągania sukcesów szkolnych. Często nie mogą wysiedzieć długo w miejscu, okazują brak zainteresowania, buntują się oraz próbują stawiać na swoim. Ponieważ często zakłócają spokój i nie chcą lub nie potrafią stosować się do zasad wprowadzanych przez nauczyciela, otrzymują wiele uwag. To oni głównie otrzymują kary oraz recepty na lekarstwa, mimo że jak twierdzi L. Alan Srfoufe z Univeristy of Minnesota, znany specjalista w obszarze dziecięcego rozwoju, "do dziś żadne badanie nie potwierdziło długofalowych korzyści kuracji lekami w przypadku zaburzeń koncentracji i deficytu uwagi w obszarze osiągnięć naukowych, relacji z rówieśnikami czy poprawy zachowania"17.

Chłopcy znacznie częściej niż dziewczęta zachowują się w sposób, który zwiększa ryzyko chorób, urazów ciała oraz śmierci ich samych i innych osób; częściej też noszą przy sobie broń, biorą udział w bójkach, prowadzą pod wpływem alkoholu, uprawiają seks bez zabezpieczeń, a przed seksem piją alkohol i biorą narkotyki, rzadziej zapinają pasy bezpieczeństwa w samochodzie. Korelacja pomiędzy tymi męskimi normami zachowania a społecznie nieakceptowanym zachowaniem jest niepokojąca. W innym badaniu międzykulturowym David Gilmore, antropolog ze Stony Brook University, odkrył, że różne praktyki mizoginiczne, na które ukuł termin "męska bolączka", są manifestacją męskiego pragnienia ukrycia wszystkiego, co sami w sobie postrzegają jako kobiece. Napisał: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, znacznie bardziej nienawidzą siebie"18.

Życie w szufladce lub za maską nie tylko ogranicza, lecz również wypacza wrodzoną dobroć i szlachetność chłopców. Odgrodzeni nieautentyczną fasadą męskiej maniery chłopcy skazani zostają na izolację i brak mocnej kotwicy i tracą poczucie wewnętrznego moralnego kompasu kalibrowanego relacjami z innymi ludźmi. Pozory zwyciężają nad autentycznością, "poza wyluzowanego gościa" nokautuje szczerość, a zaangażowanie w naukę zostaje wyparte przez akademicką bierność. To, czego rodzice uczą chłopców o sprawiedliwości, wiarygodności oraz szczerości, przestaje mieć znaczenie w kulturze "kolesi" promującej zachowania rodem z filmu Menażeria. Ulegając presji dostosowania się, chłopcy stają się podatni na siły, których celem jest przejęcie ich umysłów i serc. Na przykład chłopcy o słabych więzach rodzinnych są mniej odporni na hasła reklamowe promujące pornografię, która wypacza ludzką seksualność i miłość. A to tylko sam czubek góry lodowej.

DOBRA WIADOMOŚĆ

Na szczęście istnieje rozwiązanie problemów chłopięctwa. Jeśli zbierzemy się na odwagę, możemy otworzyć się na faktyczne doświadczenia chłopców i pracować nad budowaniem takiego rodzaju rzeczywistości okresu chłopięctwa i dorastania, która pozwoli im być tym, kim faktycznie w głębi duszy są. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku powstało mnóstwo książek, które poruszały ważne zagadnienia z tego obszaru, jednakże opowiadały się po stronie jednego z dwóch skrajnych podejść. Według pierwszego z powodu swojej biologii chłopcy uwielbiają hałaśliwe i siłowe zabawy, stosują nieuzasadnioną agresję i nieustannie podejmują niepotrzebne ryzyko, według drugiego są naiwnymi niewiniątkami, czyli cierpiącymi w milczącym bólu ofiarami społecznej opresji. W każdym z tych dwóch podejść chłopcy są ofiarami albo genetyki, albo środowiska społecznego. To, czego zabrakło w tych pracach, to niezwykła i inspirująca rola samych chłopców i ich pomysłu na to, kim właściwie chcą być.

Jestem jednak optymistą i wierzę, że żyjemy w czasach historycznego przełomu. Choć istota chłopięctwa nadal owiana jest mgłą mitów oraz uprzedzeń mających swe korzenie w przeszłości, a nowe, zdrowsze sposoby bycia mężczyzną jeszcze nie zastąpiły starych paradygmatów, to sprzeczności występujące pomiędzy ekonomiczną rzeczywistością, rodzinną dynamiką a tradycyjnymi normami powodują, że pojawia się realna potrzeba stworzenia nowego typu modelu męskości. Im bardziej nowe społeczne wymagania będą ujawniać wyraźne ograniczenia starego modelu, tym popularniejsze będą stawać się postępowe koncepcje.

Poniżej przedstawiam kilka przykładów, które w małej skali pokazują, co jest możliwe.

Kiedy po 150 latach istnienia znana szkoła dla chłopców przeszła na system koedukacji, przyszło się jej zmierzyć z dużym odsetkiem uczniów niekończących nauki. Kilka lat po tym, jak w mury szkoły wstąpiły dziewczynki, chłopcy z klas dziewiątych i dziesiątych zaczęli ją nagminnie opuszczać. Poproszono mnie o pomoc i zorganizowanie spotkań z uczniami płci męskiej, ich rodzinami i uczniami, by namierzyć źródło problemu. Nie było to trudne. Tuż pod naszym nosem funkcjonował system otrzęsin, czyli tzw. fali, którego istnienie było tak oczywiste, że aż niewidoczne. Zachęcał on starszych chłopców do wykorzystywania młodszych. Wśród dziewczynek tego rodzaju praktyki nie występowały. Chłopcy wstępowali w progi szkoły najeżonej nieprzyjemnymi rytuałami mającymi uczynić z nich mężczyzn, byli wykorzystywani i otrzymywali obietnicę szansy odegrania się za poniesione zniewagi kiedyś w przyszłości na kolejnych pokoleniach chłopców wstępujących w mury szkoły. Środowisko szkolne w osobach rodziców, nauczycieli, trenerów oraz osób zarządzających tą instytucją z dumą, lecz bez zbytniego rozgłosu podtrzymywało tę tradycję uważaną za świetny sposób kształtowania mocnego męskiego charakteru. Jednak młodszym chłopcom, gdy patrzyli na swoje rówieśniczki pozbawione tego wątpliwego przywileju, było coraz trudniej to znosić. Dotychczasowy sposób funkcjonowania szkoły, jej model rozwoju chłopców, został zaburzony.

Opowiedziałem o swoich spostrzeżeniach dotyczących związku otrzęsin z problemem zmniejszającej się frekwencji, a włodarze szkoły podjęli szybkie i zdecydowanie działania. Zrestrukturyzowali program dla młodszych chłopców, skoncentrowali się na bezpieczeństwie i mentoringu i powoli zaczęli eliminować rówieśniczą falę. Odporna na zmianę tradycja otrzęsin w końcu ustąpiła i coraz rzadziej pojawiała się w relacjach chłopców, a wskaźnik frekwencji się poprawił. Dziś szkoła cieszy się mocnym fundamentem placówki edukacyjnej rozumiejącej potrzeby uczniów oraz realia czasów.

Wątek męskości pojawił się również w trakcie rundy pytań i odpowiedzi po moim krótkim wystąpieniu dla rodziców w szkole. Jasnym dla mnie było, że w ten zimowy wieczór w trakcie tygodnia pracy pokazałem im światełko nadziei na pomoc dla tych chłopców, o których się szczególnie martwili. Zarówno matki, jak i ojcowie podzielili się ze mną opowieściami podszytymi niepokojem, frustracją i bezsilnością. Jedna z mam, samotnie wychowująca syna, wyznała, że coraz trudniej jest jej sobie z nim radzić, bo jest wycofany, nieuprzejmy oraz odrzuca jej autorytet i związane z nim prawo do stawiania mu granic.

Spytała: "Czy takie zachowanie u chłopca jest czymś normalnym? Czy może, skoro jest już nastolatkiem, powinnam przekazać opiekę nad nim ojcu?".

Większość rodziców rozumiała jej dylemat, a na pytania odpowiedziała twierdząco. Słyszałem je w takiej czy innej formie wielokrotnie od początku mojej pracy i właściwie się ich spodziewałem. Spierałem się nawet na różnych panelach ze specjalistami, którzy ze stuprocentową pewnością twierdzili, że tylko mężczyzna może inicjować chłopca w męską dorosłość. Według jednego z nich "zadaniem matek jest budować most między ojcem a synem".

Takie podejście ma jednak kilka słabych punktów. Po pierwsze nie istnieją żadne dowody na poparcie tezy, iż tylko inny mężczyzna może pomóc chłopcu stać się mężczyzną. De facto tego rodzaju mentoring najczęściej wspiera tylko propagację tradycyjnych męskich wartości i ideałów. Nie twierdzę przez to, że chłopcy nie korzystają na relacji z dojrzałym mężczyzną. Na pewno uczą się od niego ważnych rzeczy: jak wstaje, jak się goli, jak nawiązuje relacje z partnerką lub partnerem, jak dba o swoje rzeczy. Chłopcy uwielbiają podglądać rozwiązania innych mężczyzn, a w obliczu braku prawdziwego kontaktu stają się bardziej podatni na przyjmowanie przerysowanych przekonań i postaw. Jeśli jednak w rozwoju chłopców będziemy stawiać tylko na uczenie ich, jak być prawdziwym mężczyzną, możemy zakłócić przyswajanie przez nich innych umiejętności ważnych z punktu widzenia jego człowieczeństwa i odnoszenia sukcesów we współczesnym społeczeństwie.

Oto co powiedziałem tej mamie: "Choć cenię sobie silne relacje pomiędzy synami i ojcami, to przekonanie, że matki powinny wycofywać się z osobistych relacji z synami po to, by uniknąć negatywnego wpływu na ich męskość - innymi słowy, by nie zmienić ich w maminsynków - stoi w sprzeczności ze wszystkim, co psychologowie zajmujący się rozwojem człowieka mówią na temat dziecięcej potrzeby bezpiecznego przywiązania. Chłopcy, podobnie jak dziewczynki, mają takie same podstawowe ludzkie potrzeby, a ich ignorowanie jest fatalne w skutkach. Dziecko, któ­re nie doświadcza bezwarunkowej akceptacji i miłości rodzica - lub innej osoby w jakimś momencie życia - będzie mniej śmiałe, mniej pewne siebie, bardziej podatne na całe mnóstwo negatywnych wpływów".

- Utrzymuj bliskie relacje z synem - powiedziałem. - Świadomość, że zawsze, w każdej sytuacji, stoisz przy nim, ma dla niego ogromne znaczenie teraz i w przyszłości.

Ojcowie przytaknęli, a na twarzach matek pojawił się wyraz zaskoczenia, wdzięczności i również odrodzonej pewności. Uderzyło mnie to, w jak dużym stopniu na zachowanie i postawę tej mamy wpływały niedorzeczne koncepcje innych osób tak przeciwne jej wrodzonym matczynym instynktom i jak bardzo gotowa była im ponownie zaufać.

Po raz trzeci kwestia męskości ujawniła się w programie zapobiegania przemocy stworzonym dla nastolatków płci męskiej z Filadelfii i okolic. Ponieważ istnieje ogromne przełożenie pomiędzy doświadczaniem przemocy i byciem jej świadkiem a sięganiem po przemoc, mój zespół badawczy zaczął oceniać poziom wystawienia chłopców na przemoc: bójki, bycie świadkiem strzelanin lub odgłosów wystrzałów z broni palnej, bezpośrednie doświadczanie zbrodni oraz gróźb. Celem było stworzenie programu, który wyrastałby z prawdziwych danych na temat częstotliwości i traumatyczności doświadczeń wywołujących reakcję walki lub ucieczki tak charakterystyczną dla reakcji pod wpływem silnego stresu.

Odkryliśmy mrożące krew w żyłach poziomy przemocy. Pomimo dowodów na anormalne stresory środowiskowe mierzyliśmy się ze sceptycznym podejściem osób, które finansowały badania, oraz ciał doradczych i ich niewiarą w to, że ci chłopcy faktycznie skorzystają na pomocy, która z jednej strony ma ich chronić, a z drugiej pomóc im podnieść się po doświadczeniach toksycznego stresu. Zdaniem tych ludzi poziom stresu był zbyt wysoki, chłopcy już zaawansowani wiekiem, ich zasoby zbyt małe, a społeczne normy zachęcające do przemocy zbyt silne. Ujawniły się zatem przestarzałe rasowe, klasowe oraz płciowe uprzedzenia i koncepcje, których zadaniem była obrona starego porządku rzeczy.

Motorem napędowym naszych działań była chęć zapobieżenia dwukrotnej wiktymizacji tych narażonych na wysokie ryzyko przemocy chłopców. Zaczęliśmy organizować grupy wsparcia po szkole i okazało się, że wielu chłopców chce się spotykać z rówieśnikami i dorosłym prowadzącym, by pogadać o tym, jak czują się w związku z różnymi aspektami własnego życia. Grupy były wieloletnie i nawet po kilku latach przychodzili do nas ci sami chłopcy, by pogadać, pograć w gry lub po prostu przejść przez trudne sytuacje w domu, szkole i na podwórku. Otwarte rozmowy wzmacniały ich umiejętność szczerego mówienia o przeżywanych uczuciach oraz pozwalały wyjść z zaklętego kręgu ślepego odgrywania przemocowych scenariuszy - potwierdziły to przeprowadzane przez nas ankiety ewaluacyjne.

Znaczna część chłopców zgadzała się z tym, co powiedział jeden z nich, Terrence, że choć czasem musiał się bronić przy użyciu siły, "nie lubił walczyć". Młodszy chłopiec, Juan, pogłębił jego myśl:

Zazwyczaj nie lubię walczyć. Wolę towarzystwo dziewczynek. Nie walczę. To chyba czyni ze mnie raczej amanta niż wojownika, nieprawdaż? Piszę wiersze i robię inne rzeczy.

WYCHOWUJĄC DOBRYCH LUDZI

W każdym z powyższych przykładów osoby, którym zależy na dobrostanie chłopców, wzniosły się ponad historyczne uprzedzenia. Gdy za punkt wyjścia weźmie się zaangażowanie w rozwój człowieczeństwa chłopców, na pierwszy plan wybija się osiągnięcie zupełnie innych rezultatów w rodzinach, szkołach i społecznościach. Zajmująca się etyką badaczka Martha Nussbaum z University of Chicago Law School zaproponowała, by moralnym wyznacznikiem tego, czy dziecko otrzymuje odpowiednią opiekę czy nie, było kryterium "co ludzie faktycznie potrafią zrobić i kim faktycznie potrafią być"19. Jej zdaniem etyczne społeczeństwo to takie, które tworzy warunki - zasoby i relacje - pozwalające dzieciom transponować wrodzone zdolności na faktyczne umiejętności. Jaki rodzaj dzieciństwa mógłby pozwolić chłopcom urzeczywistnić pełen potencjał ich człowieczeństwa?

Zbiegające się ścieżki badań wskazują jeden kierunek. Zdaniem psycholożki Niobe Way "człowiekiem czynią nas nasze umiejętności relacyjne i emocjonalne, stąd musimy wymyślić sposoby wzmacniające te newralgiczne umiejętności życiowe"20. A jednak u chłopców obserwuje ona znaczącą zmianę w jakości relacji pomiędzy wczesnym a późnym dzieciństwem. Way zauważyła, że podczas gdy młodsi chłopcy przez większość dzieciństwa potrafili okazywać sobie nawzajem troskę, wchodzić ze sobą w kontakt i nawiązywać bliskie relacje, uniknięcie przez starszych chłopców kulturowej presji męskości było całkowicie niemożliwe. Odsuwali się od kolegów i w ten sposób tracili kontakt z podstawowym źródłem więzi i wymiany. Umierała w nich również chęć do wyrażania emocji, co spowodowane było strachem przed uznaniem ich za "gejów". Choć życie bez przyjaciół wydawało się im zimne, smutne, a czasem nawet nie do zniesienia, niewielu potrafiło płynąć pod prąd. Większość zawijała do znajomego portu emocjonalnego skrępowania, społecznej izolacji i braku osobistej autentyczności.

PRZYPISY

ROZDZIAŁ 1 | OGRANICZENI PRZEZ CHŁOPIĘCTWO

1. Michael Kaufman, "Men, Feminism, and Men's Contradictory Experiences of Power", w Theorizing Masculinities, (red.) H. Brod i M. Kauf­man, Thousand Oaks, CA: Sage, 1994, 142-64.

2. William Pollack, "No Man Is an Island: Toward a New Psychoanalytic Psychology of Men", w A New Psychology of Men, (red.) R. F. Levant i W. S. Pollack, New York: Basic Books, 1995, 33-67.

3. Christina Hoff Somers, The War Against Boys: How Misguided Policies Are Harming Our Young Men, New York, Simon & Schuster, 2015; Peg Tyre, The Trouble with Boys: A Surprising Report Card on Our Sons, Their Problems at School, and What Parents and Educators Must Do, New York: Harmony, 2009.

4. Judith Kleinfeld, "Student Performance: Males Versus Females", Public Interest 134 (1999): 3-20; Tom Mortenson, "Economic Change Effects on Men and Implications for the Education of Boys", Education Week, 14 maja 2011, www.edweek.org/media/economicchange-32boys.pdf.

5. Caroline New, "Oppressed and Oppressors? The Systematic Mistreatment of Men", Sociology 35, nr 3 (2001): 729-48.

6. Judy Y. Chu, When Boys Become "Boys": Development, Relationships, and Masculinity, New York: New York University Press, 202.

7. Niobe Way, Deep Secrets: Boys' Friendships and the Crisis of Connection, Boston, MA: Harvard University Press, 2011.

8. David B. Stein, Unraveling the ADD/ADHD Fiasco: Successful Parenting Without Drugs, Kansas City, MO: Andrews McMeel, 2003.

9. Mariagiovanna Baccara et al., "Child-Adoption Matching: Preferences for Gender and Race" (wstępny artykuł naukowy 16444, National Bureau of Economic Research, Cambridge, MA, 2010), www.nber.org/people/mariagiovanna_baccara.

10. Justin Baldoni, "What My Newborn Son Taught Me About Masculinity", Huffington Post, 1 marca 2018, www.huffingtonpost.com/entry/opinion-baldoni-masculinity-fatherhood_us_5a944e25e4b02cb368c46d6d.

11. George Orwell, Shooting an Elephant and Other Essays, New York: Harcourt, 1984.

12. Brian Heilman, Gary Barker i Alexander Harrison, The Man Box: A Study on Being a Young Man in the US, UK, and Mexico (Washington, DC: Promundo-US, 2017), 60, https://promundoglobal.org/resources/man-box-study-young-man-us-uk-mexico/?lang=english.

13. Sandra L. Bem, "Gender Schema Theory: A Cognitive Account of Sex Typing Source", Psychological Review 88, nr 4 (1981): 354; Olga Silverstein i Beth Rashbaum, The Courage to Raise Good Men: You Don't Have to Sever the Bond with Your Son to Help Him Become a Man, New York: Penguin, 1995.

14. Kate Stone Lombardi, The Mama's Boy Myth, New York: Penguin, 2012.

15. Heilman, Barker i Harrison, The Man Box.

16. Chu, When Boys Become "Boys", 206-7.

17. Ruth Perou et al., "Mental Health Surveillance Among Children-United States 2005-2011", Morbidity and Mortality Weekly Report (MMWR) 62, nr 2 (17 maja, 2013): 1-35, www.cdc.gov/mmwr/preview/mmwrhtml/su6202a1.htm; L. Alan Sroufe, "Ritalin Gone Wrong", Opinion, New York Times online, 28 stycznia 2012, www.nytimes.com/2012/01/29/opinion/sunday/childrens-add-drugs-dont-work-long-term.html.

18. David D. Gilmore, Misogyny, the Male Malady, Philadelphia: University of Pennsylvania Press, 2001, 203.

19. Martha Nussbaum, Creating Capabilities: The Human Development Approach, Cambridge, MA: Belknap Press, 2013.

20. Way, Deep Secrets, 77.