p

Jak spełniać marzenia? Spróbuj niemożliwego - Michał Maj

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nie jestem wielkim podróżnikiem.

Nie prze­mie­rzy­łem żad­nej dżun­gli, nie po­ko­na­łem żad­nej pu­sty­ni. Nie by­łem na An­tark­ty­dzie i nie wsze­dłem na ża­den ośmio­ty­sięcz­nik.

Wy­cho­wa­łem się w ma­łej wio­sce, gdzie głów­nym miej­scem spo­tkań jest sklep spo­żyw­czy, a czas od­mie­rza­ny jest od jego otwar­cia do za­mknię­cia. Pew­ne­go dnia, sie­dząc w domu, po­sta­no­wi­łem spi­sać swo­je ma­rze­nia. Na zwy­kłej kart­ce pa­pie­ru, w ko­lej­nych li­niach za­pi­sy­wa­łem rze­czy, któ­re przy­cho­dzi­ły mi wte­dy do gło­wy. Więk­szość z nich była sza­lo­na i wy­da­wa­ła się wręcz nie­osią­gal­na!

Chciał­bym na­pi­sać, że wła­śnie wte­dy pod­ją­łem de­cy­zję o re­ali­za­cji tej li­sty. To by­ła­by jed­nak nie­praw­da. Zro­bi­łem ją dla za­ba­wy, gdzieś pod­świa­do­mie czu­jąc, że o tej li­ście za­po­mnę. I chy­ba tak by się sta­ło, gdy­by nie to, że kil­ka mie­się­cy póź­niej uda­ło mi się wy­kre­ślić z niej pierw­szą po­zy­cję - sta­nąć na da­chu wie­żow­ca w Pry­pe­ci w czar­no­byl­skiej zo­nie. Jak­kol­wiek to brzmi - od­wie­dze­nie Czar­no­by­la było moim ma­rze­niem. In­te­re­so­wa­łem się tym za­gad­nie­niem od dłu­gie­go cza­su, chło­ną­łem wszyst­kie do­stęp­ne książ­ki i ar­ty­ku­ły na ten te­mat. Bar­dzo chcia­łem po­je­chać i... po­je­cha­łem. Zro­zu­mia­łem wte­dy, że ma­rze­nia fak­tycz­nie moż­na re­ali­zo­wać.

Póź­niej ja­koś tak "samo wy­szło1)", że zro­bi­łem ko­lej­ne rze­czy, a moje ży­cie bar­dzo moc­no przy­spie­szy­ło. Naj­pierw wy­jazd na Ala­skę, po­tem skok na bun­gee, za chwi­lę wy­jazd do In­dii i Ma­ro­ka. Wra­ca­jąc z ko­lej­nych po­dró­ży, czu­łem, że sta­ję się lep­szym czło­wie­kiem. Każ­dy taki wy­jazd spra­wiał, że uczy­łem się bar­dzo wie­lu no­wych rze­czy. I cho­dzi nie tyle o po­sze­rza­nie wie­dzy o da­nych miej­scach, geo­gra­fii i hi­sto­rii. Po­dró­że po­mo­gły mi "do­ga­dać się z sa­mym sobą". Za­czą­łem ak­cep­to­wać sa­me­go sie­bie, bar­dziej ro­zu­mieć, cze­go chcę. Sta­łem się bar­dziej pew­ny swo­ich de­cy­zji i wy­bo­rów, a od­kry­cie to bar­dzo moc­no prze­kła­da się na inne dzie­dzi­ny ży­cia - na przy­kład na spra­wy za­wo­do­we czy re­la­cje z in­ny­mi oso­ba­mi.

1) Tak naprawdę uważam, że samo nic się nie dzieje, ale o tym w dalszej części książki : )

Swo­ją li­stę opu­bli­ko­wa­łem na blo­gu, któ­ry po­cząt­ko­wo za­ło­ży­łem wy­łącz­nie dla sie­bie. Mia­łem też po­trze­bę po­dzie­le­nia się swo­imi do­świad­cze­nia­mi i prze­my­śle­nia­mi. Z cza­sem oka­za­ło się, że czy­ta mnie co­raz wię­cej osób, a blog i moja li­sta ma­rzeń sta­ły się mo­imi spo­so­ba­mi na ży­cie. Dzię­ki blo­go­wi mogę wię­cej po­dró­żo­wać i speł­niać ko­lej­ne ma­rze­nia. Od dnia, w któ­rym usia­dłem i spi­sa­łem swo­ją li­stę ma­rzeń, mi­nę­ło już po­nad osiem lat. Książ­ka ta jest za­pi­sem mo­ich pierw­szych przy­gód i pierw­szych wy­jaz­dów, któ­re dały mi mo­ty­wa­cję do dzia­ła­nia i zmie­nia­nia sie­bie na lep­sze.

Jak stworzyć swoją listę marzeń?

Mam wra­że­nie, że w dzi­siej­szych cza­sach wie­lu lu­dzi jest za­gu­bio­nych i nie po­tra­fi zna­leźć po­my­słu na sie­bie. Do­ty­czy to zwłasz­cza osób mło­dych, któ­re idą na stu­dia, przez pięć lat cho­dzą na wy­bra­ne przez sie­bie uczel­nie i za­ję­cia, a po­tem czę­sto nie wie­dzą, co ze sobą zro­bić. W koń­cu idą do przy­pad­ko­wej pra­cy i choć w głę­bi ser­ca czu­ją, że coś jest nie tak, to jed­nak nie pró­bu­ją wdra­żać żad­nych zmian.

Po­le­cam wszyst­kim po­dró­żo­wa­nie z ple­ca­kiem, bo to świet­ny spo­sób na po­zna­nie sa­me­go sie­bie i swo­ich po­trzeb. Uwa­żam też, że war­to stwo­rzyć swo­ją li­stę ma­rzeń, bo jest to ge­nial­ny mo­ty­wa­tor do tego, aby za­cząć wpro­wa­dzać zmia­ny w swo­im ży­ciu. I wca­le nie mu­szą być to spek­ta­ku­lar­ne wy­jaz­dy na ko­niec świa­ta. Cza­sem wy­star­czy wy­je­chać w Biesz­cza­dy, żeby od­kryć, co nam "w du­szy gra" i za­cząć żyć bar­dziej po swo­je­mu. Jak więc zro­bić ten pierw­szy krok, jak stwo­rzyć li­stę ma­rzeń?

-Za­sta­nów­cie się, czym się in­te­re­su­je­cie i co chcie­li­by­ście zro­bić. Za­po­mnij­cie o blo­ka­dach, ja­kie na­kła­da wa­sze obec­ne ży­cie. Wy­obraź­cie so­bie, że ma­cie nie­ogra­ni­czo­ne za­so­by fi­nan­so­we i cza­so­we - po pro­stu mo­że­cie wszyst­ko. Na tej pod­sta­wie za­cznij­cie two­rzyć li­stę.

-Nie ule­gaj­cie pre­sji. Na mo­jej li­ście znaj­dzie­cie dużo po­dró­żo­wa­nia i rze­czy typu sko­ki ze spa­do­chro­nem czy na bun­gee. Wpi­sa­łem je, bo pod­świa­do­mie krę­ci mnie po­ko­ny­wa­nie wła­snych lę­ków, ale może ma­cie inny punkt wi­dze­nia? Może wo­le­li­by­ście mieć spo­koj­ny dom z ogro­dem? Je­śli tak, wpisz­cie na swo­ją li­stę "dom z ogro­dem, w któ­rym bę­dzie­cie ko­sić tra­wę, a w week­en­dy gril­lo­wać ze zna­jo­my­mi".

-Je­że­li już wpi­su­je­cie coś po­dróż­ni­cze­go, to war­to po­łą­czyć to z ja­kimś do­świad­cze­niem lub nową umie­jęt­no­ścią. Ta­kie po­dej­ście spra­wi, że bę­dzie­cie jesz­cze bar­dziej za­do­wo­le­ni z osią­gnię­te­go celu. Ja każ­dy wy­jazd łą­czę z czymś ty­po­wym dla da­ne­go miej­sca - np. pa­le­nie faj­ki wod­nej w Egip­cie czy cy­ga­ra na Ku­bie. Nie­któ­rzy po­su­wa­ją się jesz­cze da­lej i np. jadą do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej uczyć się hisz­pań­skie­go czy po­ma­gać in­nym jako wo­lon­ta­riusz. Świet­na opcja!

-Na li­stę wpi­suj­cie rze­czy z róż­nych dzie­dzin: od no­wych kra­jów, przez przy­go­dy i po­dró­że, po kwe­stie fi­nan­so­we czy re­la­cje mię­dzy­ludz­kie. Roz­wi­jaj­cie wszyst­kie dzie­dzi­ny swo­je­go ży­cia, znajdź­cie po­mię­dzy nimi rów­no­wa­gę i niech spra­wia wam to przy­jem­ność.

-Mierz­cie wy­so­ko, się­gaj­cie gwiazd, ale ciesz­cie się też dro­bia­zga­mi. Na li­ście war­to więc umie­ścić tak­że rze­czy, któ­rych zre­ali­zo­wa­nie jest dużo ła­twiej­sze niż np. rejs wo­kół Zie­mi. Może być to zo­ba­cze­nie ja­kie­goś miej­sca w Pol­sce czy prze­ży­cie cze­goś cie­ka­we­go we wła­snym mie­ście. Ma to do­dat­ko­wą za­le­tę - gdy do­pie­ro za­czy­na­cie swo­ją przy­go­dę z li­stą, świet­nie jest coś zre­ali­zo­wać i skre­ślić z niej pierw­szą po­zy­cję. Da wam to kopa do re­ali­za­cji ko­lej­nych. Na mo­jej li­ście ma­rzeń znaj­du­ją się za­rów­no cele po­dróż­ni­cze, jak i spra­wy mniej­sze, drob­niej­sze, któ­re je­stem w sta­nie zro­bić na miej­scu, w domu; spra­wy, któ­re mnie prze­ra­ża­ją, a tak­że umie­jęt­no­ści, któ­re kie­dyś chciał­bym po­siąść.

-Opu­bli­kuj­cie swo­ją li­stę. Opo­wiedz­cie o niej zna­jo­mym, po­każ­cie ją na Fa­ce­bo­oku czy na blo­gu. I nie cho­dzi mi o chwa­le­nie się, ale o to, że dzię­ki temu bę­dzie ci ła­twiej speł­nić te ma­rze­nia. Być może wśród wa­szych zna­jo­mych jest ktoś, kto rów­nież ma po­dob­ne pla­ny? A może ktoś bę­dzie w sta­nie ja­koś po­móc wam z da­nym ce­lem?

-Tak było w moim przy­pad­ku. Blog po­zwo­lił mi speł­nić kil­ka ma­rzeń. Gdy wy­bie­ra­łem się do Mon­go­lii, je­den z czy­tel­ni­ków na­pi­sał do mnie wia­do­mość. Oka­za­ło się, że jest Mon­go­łem i chęt­nie po­ka­że mi swój kraj. Dzię­ki temu speł­ni­łem swo­je ma­rze­nie i za­miesz­ka­łem na kil­ka dni w jur­cie. Kto by po­my­ślał, że czy­ta­ją mnie w Ułan Ba­tor?

-Re­ali­zuj­cie swo­ją li­stę! Nie stój­cie w miej­scu, prze­ży­waj­cie cie­ka­we rze­czy, rób­cie jak naj­wię­cej i ciesz­cie się tym. Nie za­po­mnij­cie o niej po pew­nym cza­sie, trzy­maj­cie swo­je po­my­sły w gło­wie i nad­sta­wiaj­cie uszu - cza­sem nie­ocze­ki­wa­nie może się tra­fić moż­li­wość zre­ali­zo­wa­nia ja­kie­goś celu. Bo w ży­ciu cho­dzi o to, aby za­mie­niać ma­rze­nia we wspo­mnie­nia.

Li­sta ma­rzeń spra­wia, że cią­gle mam coś do ro­bo­ty i wciąż znaj­du­ję coś in­te­re­su­ją­ce­go. Na przy­kład, gdy po­sta­no­wi­łem zre­ali­zo­wać ma­rze­nie o po­ko­na­niu ma­ra­to­nu, przez pół roku ży­łem bie­ga­niem. Tre­no­wa­łem, czy­ta­łem ar­ty­ku­ły, do­wia­dy­wa­łem się o tym jak naj­wię­cej. W koń­cu uda­ło mi się po­ko­nać ma­ra­ton, ale bie­ga­nia nie po­rzu­ci­łem. Póź­niej prze­bie­głem kil­ka ko­lej­nych, bo oka­za­ło się, że świat bie­go­wy jest bar­dzo cie­ka­wy. Po­zna­łem też dzię­ki temu świet­nych lu­dzi. Nie tak ła­two od­pu­ścić ko­lej­ne star­ty.

Żeby było ja­sne - nie jeż­dżę po świe­cie tyl­ko po to, żeby wy­kre­ślać ko­lej­ne po­zy­cje ze swo­jej li­sty. Li­sta ma­rzeń to ra­czej taki mój dro­go­wskaz przy­po­mi­na­ją­cy o tym, że war­to po­dą­żać wła­sną dro­gą. Ale jed­ne­go je­stem pe­wien - od mo­men­tu jej po­wsta­nia pod­ją­łem de­cy­zję o tym, że naj­wyż­szy czas wstać z ka­na­py i się ru­szyć. Od tam­tej chwi­li bar­dzo przy­spie­szy­łem, a moje ży­cie na­bra­ło barw. Chce mi się dzia­łać i mam mnó­stwo ener­gii. Po pro­stu ży­cie sta­ło się pięk­ne!

Kompletnie czysty umysł

To była koń­ców­ka lip­ca dwa ty­sią­ce dwu­na­ste­go roku. Sta­łem na Dwor­cu Cen­tral­nym w War­sza­wie z wiel­kim ple­ca­kiem i przy­glą­da­łem się świa­tu. Mój po­ciąg do Mo­skwy miał już prwie go­dzin­ne opóź­nie­nie, ale w ogó­le się tym nie przej­mo­wa­łem. Sta­łem spo­koj­nie, nie de­ner­wu­jąc się, nie iry­tu­jąc, nie mar­twiąc - po pro­stu by­łem tu i te­raz i, o zgro­zo, stan kom­plet­nie czy­ste­go umy­słu osią­gną­łem wła­śnie tu, na tym brud­nym dwor­cu w sto­li­cy. Sta­łem opar­ty o ścia­nę i ob­ser­wo­wa­łem spie­szą­cych się lu­dzi. Cią­gle mi­ja­li mnie ko­lej­ni prze­chod­nie go­nią­cy za swo­imi spra­wa­mi.

Ten opóź­nio­ny po­ciąg na­wet mnie cie­szył - wie­dzia­łem, że to nie przy­pa­dek i że tak wła­śnie musi być. Ja­kie to cu­dow­ne uczu­cie nie mu­sieć się spie­szyć. Ca­łym swo­im cia­łem prze­czu­wa­łem nad­cho­dzą­cą przy­go­dę. Kil­ka mie­się­cy temu z cie­ka­wo­ści wstu­ka­łem w mapy Go­ogle'a "Kra­ków-Pe­kin" i klik­ną­łem "Wy­znacz tra­sę". Do­sta­łem od­po­wiedź: "Nie­ste­ty, nie da się wy­zna­czyć tra­sy". "Nie da się? Jak to się nie da?" - za­sta­na­wia­łem się wte­dy.

W gło­śni­kach za­po­wie­dzia­no mój po­ciąg, a ja w my­ślach po­wie­dzia­łem so­bie: "No, Maju2), gra się za­czy­na! Je­dziesz po­cią­giem do Chin!". Bo po­dró­żo­wa­nie z ple­ca­kiem to tro­chę taka gra. Albo film. Nie je­steś w sta­nie prze­wi­dzieć, co cię spo­tka i co się wy­da­rzy.

2) Na imię mam Michał, ale wszyscy znajomi mówią do mnie Maju.

Sto­ję na pe­ro­nie i nie je­stem w sta­nie wy­wró­żyć, z kim będę dzie­lił prze­dział, co mnie spo­tka w Mo­skwie, co bę­dzie na Sy­be­rii, w Mon­go­lii czy w Chi­nach. Czu­ję się jak po­stać z ja­kie­goś fil­mu, w któ­rym je­stem głów­nym bo­ha­te­rem i nie wiem, jaki jest sce­na­riusz.

Na pe­ron wtur­lał się cięż­ki, ro­syj­ski po­ciąg. Swo­imi ha­mul­ca­mi za­głu­szył gło­śni­ki i roz­mo­wy wszyst­kich do­oko­ła. Drzwi otwo­rzy­ły się, a ja za­czą­łem się roz­glą­dać za swo­im miej­scem. Wsko­czy­łem do wa­go­nu i za­czą­łem szu­kać swo­je­go prze­dzia­łu. Ru­sza­łem w swo­ją po­dróż ży­cia. Ru­sza­łem lą­dem do Chin!

I po­my­śleć, że jesz­cze kil­ka lat temu ba­łem się wy­je­chać do in­ne­go mia­sta z oba­wy, że... się zgu­bię.

Zatyczki do uszu

Ala­ska, trzy lata wcze­śniej

Jak pew­nie wie­cie, Ala­ska to ogrom­ne te­ry­to­rium, gdzie jest mniej wię­cej tyle dróg, co w Pol­sce au­to­strad, dla­te­go tak po­pu­lar­ny jest tam trans­port lot­ni­czy. Więk­szość wio­sek i ma­łych mia­ste­czek ma małe lą­do­wi­ska i czę­sto sa­mo­lot jest je­dy­ną opcją, by do­stać się do da­ne­go miej­sca.

Sa­mo­lo­tem le­cia­łem więc i ja. Mu­sie­li­śmy do­trzeć do ma­łej wio­ski To­giak na za­cho­dzie Ala­ski, gdzie w kil­ka osób mie­li­śmy... pra­co­wać przy pa­tro­sze­niu ryb. Tak, do­brze czy­ta­cie - taką nie­ty­po­wą ścież­kę ka­rie­ry ob­ra­łem so­bie, żeby zo­ba­czyć ka­wa­łek in­ne­go świa­ta.

Dzień przed wy­lo­tem ra­zem ze zna­jo­my­mi prze­je­cha­li­śmy sa­mo­cho­dem ka­wa­łek Ala­ski. Do ho­ste­lu w An­cho­ra­ge, któ­re jest jed­nym z więk­szych miast tego sta­nu, wró­ci­li­śmy dość póź­no i w efek­cie na­stęp­ne­go dnia pra­wie za­spa­li­śmy na nasz po­ran­ny lot. Na szczę­ście uda­ło nam się do­trzeć na miej­sce.

Sie­dzę so­bie lek­ko za­spa­ny na po­kła­dzie na­sze­go sa­mo­lo­tu, ko­łu­je­my już po pły­cie lot­ni­ska, a ste­war­de­sa roz­da­je... orzesz­ki. My­ślę so­bie: "Świet­nie. Je­stem bez śnia­da­nia, więc za­wsze do­brze coś prze­gryźć". Otwie­ram małą to­re­becz­kę, za­glą­dam do środ­ka, a tam tyl­ko... dwa orzesz­ki.

"No cho­le­ra" - my­ślę so­bie. "Te li­nie lot­ni­cze to prze­gi­na­ją. Ro­zu­miem, że oszczęd­no­ści, cię­cia kosz­tów, małe bu­dże­ty... ale dwa orzesz­ki? Prze­cież to jest nic! Okej, nie ma co na­rze­kać" - po­my­śla­łem i wrzu­ci­łem jed­ne­go do buzi.

Od­wra­cam się w kie­run­ku zna­jo­mych, któ­rzy ze mną lecą. Oni zdzi­wie­ni przy­glą­da­ją mi się ba­daw­czo.

A ja żuję!

Eski­mos, któ­ry sie­dzi dwa miej­sca da­lej, też pa­trzy na mnie z cie­ka­wo­ścią. Za­sta­na­wiam się: "Co jest? O co cho­dzi? Brud­ny je­stem?".

- Ja­kieś ta­kie... bez sma­ku - wy­pa­lam w koń­cu na głos.

W tym mo­men­cie pol­ska eki­pa wy­bu­cha grom­kim śmie­chem, bo sami po­wkła­da­li te orzesz­ki do uszu. Spoj­rza­łem na to­re­becz­kę po mo­ich orzesz­kach i zda­łem so­bie spra­wę z tego, że żuję... za­tycz­kę do uszu.

Ta hi­sto­ria świet­nie ob­ra­zu­je cały mój wy­jazd. Swo­ją pierw­szą po­dró­żą by­łem au­ten­tycz­nie prze­ra­żo­ny, bo ni­g­dy nie by­łem tak da­le­ko ani nie le­cia­łem sa­mo­lo­tem. Cała ta spra­wa po pro­stu mnie prze­ra­sta­ła.

Uwiel­biam sta­wiać przed sobą nowe wy­zwa­nia i wy­ma­gać od sie­bie cięż­kiej pra­cy, dla­te­go gdy po­ja­wi­ła się moż­li­wość wy­pra­wy za­rob­ko­wej na Ala­skę, nie za­sta­na­wia­łem się dłu­go. Nie roz­my­śla­łem o tym zbyt wie­le. Uzna­łem, że mu­szę po­sta­wić się przed fak­tem do­ko­na­nym, bo wie­dzia­łem, że je­że­li za­cznę ana­li­zo­wać sy­tu­ację, znaj­dę sto ty­się­cy po­wo­dów, by tego nie ro­bić i za­miast jeść świe­że­go ło­so­sia na Ala­sce, będę wci­nał pstrą­ga w sma­żal­ni w Ust­ce.

Or­ga­ni­zu­jąc wy­jazd na Ala­skę, mia­łem mi­lio­ny wąt­pli­wo­ści. Idąc do kon­su­la­tu USA po wizę, trzą­słem się jak ga­la­re­ta, a le­cąc pierw­szy raz sa­mo­lo­tem, mo­dli­łem się o to, żeby przy­pad­kiem ste­war­de­sa się do mnie nie ode­zwa­ła, bo nie będę wie­dział, co jej od­po­wie­dzieć. Niby uczą nas w szko­le przez kil­ka lat an­giel­skie­go, zna­my świet­nie for­my gra­ma­tycz­ne, a gdy po­win­ni­śmy, bo­imy się ode­zwać.

Za­ko­do­wa­łem so­bie w gło­wie tyl­ko for­muł­kę "Chic­ken and coke, ple­ase". My­ślę, że gdy­by za­py­ta­ła mnie, jak mi się po­do­ba po­dróż, też od­po­wie­dział­bym "Coke, ple­ase". Mo­że­cie mi wie­rzyć lub nie, ale przez kil­ka­na­ście go­dzin po­dró­ży ani razu nie sko­rzy­sta­łem z to­a­le­ty, bo ba­łem się, że nie znaj­dę póź­niej swo­je­go miej­sca w sa­mo­lo­cie!

Na miej­scu, już na Ala­sce, też nie było ła­two. Trze­ba było iść do od­po­wied­ni­ka na­sze­go urzę­du skar­bo­we­go, by wy­ro­bić so­bie tam­tej­szy nu­mer NIP, a póź­niej otwo­rzyć kon­to w ban­ku. Przy­się­gam, że gdy­bym po­dej­mu­jąc de­cy­zję o wy­jeź­dzie za­czął wszyst­ko ana­li­zo­wać, na pew­no nie po­je­chał­bym na żad­ną Ala­skę.

Je­że­li po­sta­wi­cie wszyst­ko (albo cał­kiem dużo) na jed­ną kar­tę, to nie ma opcji, że­by­ście so­bie nie po­ra­dzi­li. Nasz umysł ma ogrom­ne moż­li­wo­ści i za­wsze damy so­bie radę w trud­nej sy­tu­acji. To z wy­go­dy i dla kom­for­tu psy­chicz­ne­go nie po­dej­mu­je­my trud­nych wy­zwań. Pew­nie, że le­piej sie­dzieć w domu, prze­glą­dać blo­gi po­dróż­ni­cze, czy­tać Cej­row­skie­go i mó­wić so­bie: "Kie­dyś ru­szę w po­dróż". Two­rzy­my w swo­ich gło­wach ob­ra­zy, do któ­rych się za­pa­la­my za­miast na­praw­dę ru­szyć przed sie­bie. Praw­dzi­wa przy­go­da, praw­dzi­wa za­ba­wa za­czy­na się w miej­scach, któ­rych nie zna­my - i nie mó­wię tu o miej­scach geo­gra­ficz­nych, ale o do­świad­cze­niach, któ­re mogą stać się na­szym udzia­łem, je­śli zde­cy­du­je­my się zro­bić coś no­we­go - coś, cze­go się tro­chę oba­wia­my. Po­my­śl­cie tyl­ko, ile było sy­tu­acji w wa­szym ży­ciu, gdy wy­da­wa­ło się wam, że nie da­cie rady, gdy ba­li­ście się jak cho­le­ra, a jed­nak osta­tecz­nie po­ko­na­li­ście swój strach?

Kie­dyś wśród no­ta­tek z mi­kro­eko­no­mii zna­la­złem cie­ka­wy cy­tat, któ­ry stał się moim mot­tem ży­cio­wym: "Czło­wiek jest w sta­nie znieść wszyst­ko, z wy­jąt­kiem jaj­ka". Te­raz, bez wzglę­du na to, czy cho­dzi o wy­jaz­dy, o pra­cę czy o sport, wiem, że za­wsze ja­koś so­bie po­ra­dzę.

Od cze­go za­czą­łem pla­no­wa­nie wy­jaz­du po­cią­giem do Chin? Od kup­na bi­le­tu po­wrot­ne­go z Pe­ki­nu. Za­in­we­sto­wa­łem w to ty­siąc osiem­set zło­tych i wie­dzia­łem, że chcąc nie chcąc będę mu­siał ja­koś się tam do­stać. Nie ma ta­kiej opcji, że się nie da.

Ala­ska to naj­więk­szy stan Ame­ry­ki - bez sa­mo­cho­du by­ło­by cięż­ko.

Miliony wymówek

Wie­le rze­czy chce­my zro­bić, ale z ja­kichś po­wo­dów nie bie­rze­my się za nie. Ma­rzy­my, pla­nu­je­my, ale uni­ka­my dzia­ła­nia, bo bo­imy się tego, co bę­dzie, gdy już to "nowe" na­stą­pi.

To tak jak ze stu­den­ta­mi, któ­rzy pi­szą pra­cę ma­gi­ster­ską. Sam je­stem tu­taj do­sko­na­łym przy­kła­dem, bo pi­sa­łem ją rok... po skoń­czo­nych stu­diach. Sta­ło się tak, bo mia­łem dużo róż­nych obo­wiąz­ków i bra­ko­wa­ło mi cza­su. Te­raz my­ślę, że uni­ka­łem pi­sa­nia, bo­jąc się tego, co wy­da­rzy się po­tem. No bo prze­cież na­pi­sa­na pra­ca ma­gi­ster­ska ozna­cza ofi­cjal­ne za­koń­cze­nie stu­diów. I co da­lej?

I pew­nie pi­sał­bym tę nie­szczę­sną pra­cę do dziś, gdy­by nie to, że pew­ne­go dnia, pod­czas skła­da­nia ko­lej­ne­go po­da­nia o prze­dłu­że­nie ter­mi­nu od­da­nia pra­cy, miła pani z dzie­ka­na­tu po­wie­dzia­ła mi, że nie­ste­ty to już ostat­ni raz, kie­dy mogę tak kom­bi­no­wać, i że te­raz bę­dzie trze­ba za coś ta­kie­go pła­cić. Do­sta­łem ta­kiej mo­ty­wa­cji, że skoń­czy­łem pi­sać pra­cę w ty­dzień. Po pro­stu nie mia­łem wyj­ścia.

Po­dob­nie jest z po­dró­ża­mi. Wie­lu z nas ma­rzy i pla­nu­je, że kie­dyś gdzieś po­je­dzie, ale nie po­dej­mu­je de­cy­zji. Je­że­li też tak ma­cie, to prze­my­śl­cie spra­wę, bo może po­dró­że wca­le nie są wa­szą pa­sją?

Z do­świad­cze­nia wiem, że wszyst­ko spro­wa­dza się do jed­nej de­cy­zji. Je­że­li w głę­bi ser­ca fak­tycz­nie zde­cy­du­je­cie o tym, że chce­cie je­chać, to znaj­dzie­cie spo­so­by na roz­wią­za­nie wszyst­kich prze­szkód, któ­re po­ja­wią się po dro­dze. Znaj­dzie­cie spo­sób na to, by odło­żyć pie­nią­dze. Znaj­dzie­cie spo­sób na to, żeby za­ła­twić so­bie wol­ne w pra­cy (lub na stu­diach). I po pro­stu po­je­dzie­cie przed sie­bie. Po­dró­żo­wa­nie jest jak nar­ko­tyk. Naj­trud­niej jest ru­szyć w pierw­szą po­dróż. Po­tem, gdy zła­pie­cie bak­cy­la i za­an­ga­żu­je­cie się na ca­łe­go, to wy­cią­gnie­cie pie­nią­dze na­wet spod zie­mi i zor­ga­ni­zu­je­cie wszyst­ko tak, żeby dało się znów gdzieś po­je­chać.

Sam mam tak, że gdy już ku­pię bi­let lot­ni­czy i kie­dy wiem, że za dwa lub trzy mie­sią­ce wy­ru­szam, to na­gle we mnie i wo­kół mnie dzie­je się ja­kaś ma­gia. Pra­cu­ję dużo efek­tyw­niej, za­ła­twiam wię­cej spraw, od­kła­dam pie­nią­dze i dzia­łam na mak­sa, bo wiem, że wkrót­ce będę le­żał w ha­ma­ku w Taj­lan­dii i po­pi­jał drin­ka z pa­ra­so­lecz­ką. Po pro­stu wiem, że war­to. Wszyst­ko jest kwe­stią jed­nej wa­szej de­cy­zji. Gdzieś kie­dyś usły­sza­łem świet­ny tekst, któ­ry w jed­nym zda­niu pod­su­mo­wu­je to, o czym tu­taj pi­szę: "W taki dzień jak ten Mar­co Polo wy­ru­szył do Chin. Ja­kie są two­je pla­ny na dzi­siaj?".

Ta­kie wi­do­ki mie­li­śmy w miej­scu pra­cy...

Smak łososia

Wspo­mnia­nej za­tycz­ki do uszu osta­tecz­nie nie po­łkną­łem, ale po­gry­zio­nej do ucha już nie wło­ży­łem. Do­tar­li­śmy do Dil­lin­gham, gdzie mie­li­śmy się prze­siąść do in­ne­go, jesz­cze mniej­sze­go sa­mo­lo­tu. I tu­taj cie­ka­wost­ka - na ta­kich ma­łych lot­ni­skach wa­żo­ny jest nie tyl­ko ba­gaż, ale tak­że każ­dy pa­sa­żer. Po­li­czy­li nas, po­mie­rzy­li, i wy­szło, że wszy­scy ra­zem je­ste­śmy za cięż­cy. W efek­cie trzy oso­by mu­sia­ły zo­stać i po­cze­kać na ko­lej­ny sa­mo­lot.

Po­cząt­ko­we zde­ner­wo­wa­nie i złość prze­ro­dzi­ły się w praw­dzi­wą eu­fo­rię. Za­miast stan­dar­do­wej awio­net­ki na pa­sie star­to­wym po­ja­wił się duży sa­mo­lot trans­por­to­wy. To do­pie­ro nie­sa­mo­wi­te uczu­cie, gdy wcho­dzi­cie na lot­ni­sko, ra­zem z pi­lo­ta­mi zmier­za­cie do ma­szy­ny, a w ka­bi­nie zaj­mu­je­cie miej­sce obok nich.

Mo­że­cie uwa­żać, że to nie­zbyt cie­ka­we,, ale ja, le­cąc tym sa­mo­lo­tem, roz­ma­wia­jąc z pi­lo­ta­mi przez słu­chaw­ki, prze­ży­wa­łem nie­mal­że or­gazm! To są wła­śnie te mo­men­ty po­dró­ży, któ­re spra­wia­ją, że chce się to ro­bić. Do­świad­cze­nia, któ­rych nie zbie­rze­cie, sie­dząc w domu i prze­glą­da­jąc cu­dze ta­bli­ce na Fa­ce­bo­oku. Opi­sów po­dob­nych sy­tu­acji znaj­dzie­cie w tej książ­ce na­praw­dę dużo, bo to wła­śnie jest dla mnie esen­cja po­dró­ży. Nie­raz zda­rzy­ło mi się po pro­stu pła­kać ze szczę­ścia.

Do­tar­li­śmy do Twin Hills - ma­łej wio­ski znaj­du­ją­cej się ja­kieś pięć km od prze­twór­ni ryb­nej, czy­li od mo­je­go miej­sca pra­cy. Za­sta­na­wiam się, jak naj­le­piej opi­sać to miej­sce. Może tak: Twin Hills to do­sko­na­ła de­fi­ni­cja sło­wa "nic". W wio­sce stoi do­słow­nie kil­ka ma­łych, drew­nia­nych do­mów, nie­opo­dal wzno­szą się dwa wzgó­rza i roz­cią­ga się pas star­to­wy i... nic wię­cej.

Na koń­cu pasa star­to­we­go zo­ba­czy­li­śmy sta­re­go, zde­ze­lo­wa­ne­go pick-upa. Po­de­szli­śmy do nie­go z ple­ca­ka­mi i przy­wi­ta­li­śmy się z kie­row­cą. Cie­szy­łem się jak dziec­ko, że będę miał oka­zję pierw­szy raz je­chać na pace ta­kie­go wozu. I co z tego, że de­ski w pod­ło­dze wy­ła­ma­ne? Co z tego, że twar­do, a obok dziu­ra­wy zbior­nik pa­li­wa, któ­ry pry­ska ben­zy­ną na wszyst­kie stro­ny? To jest praw­dzi­wa przy­go­da. Pierw­szy raz w ży­ciu nad oce­anem. Pierw­szy raz w ży­ciu tak da­le­ko od domu!

Po do­tar­ciu na miej­sce na­stą­pi­ło jed­nak zde­rze­nie z bru­tal­ną rze­czy­wi­sto­ścią. Miej­sce, w któ­rym mia­łem spę­dzić po­nad mie­siąc, nie wy­glą­da­ło naj­le­piej. Cała prze­twór­nia to za­le­d­wie trzy hale, doki, sto­łów­ka i ru­de­ry, któ­re mia­ły być na­szy­mi do­ma­mi. No i agre­gat prą­do­twór­czy, któ­ry ha­ła­su­je i nie po­zwa­la spać.

Kate - kie­row­nicz­ka ca­łe­go obiek­tu - opro­wa­dzi­ła nas i po­ka­za­ła nam bazę. W tym miej­scu mu­szę przed­sta­wić wam Kate nie­co le­piej, bo pew­nie ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzi­cie wła­śnie słod­ką, sym­pa­tycz­ną blon­dyn­kę. Otóż nie. Kate to tzw. "ka­wał baby" - wa­ży­ła co naj­mniej sto pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów. Gdy prze­cho­dzi­ła do ja­kie­goś po­miesz­cze­nia, mu­sia­ła pod­kur­czać ra­mio­na lub wcho­dzić bo­kiem. I na­praw­dę nie prze­sa­dzam!

Zo­ba­czy­li­śmy sto­łów­kę, hale pro­duk­cyj­ne i pra­cu­ją­cych lu­dzi. Do­sta­li­śmy in­for­ma­cję, że miesz­kać bę­dzie­my na pod­da­szu wiel­kie­go ma­ga­zy­nu, na któ­re wcho­dzi­ło się ma­ły­mi, stro­my­mi schod­ka­mi, na sa­mym koń­cu wio­ski. Całe pod­da­sze zaj­mo­wa­ła pol­ska eki­pa, co moż­na było za­uwa­żyć już przy wej­ściu. Wszyst­kie ścia­ny i drzwi były wy­ma­za­ne na­pi­sa­mi w sty­lu: "Ju­sty­na 2009", "Je­bać Wi­słę" i "Pol­ska Pany". Od razu wie­dzie­li­śmy, że tra­fi­li­śmy we wła­ści­we miej­sce.

Wa­run­ki - strasz­ne. Sześć osób w ma­łym po­ko­ju. Za­ją­łem so­bie gór­ną pry­czę. Zrzu­ci­łem ple­cak, od­rzu­ci­łem na bok brud­ną po­ściel i wy­ją­łem wła­sny śpi­wór. Ro­zej­rza­łem się do­oko­ła. Ścia­ny obi­te sta­ry­mi, ciem­ny­mi pa­ne­la­mi, któ­re pa­mię­ta­ły chy­ba cza­sy Ken­ne­dy'ego. Pod su­fi­tem dyn­da­ją­ca na ka­blu ża­rów­ka da­ją­ca nie­wiel­ką ilość świa­tła.

"Może to i do­brze. Nie bę­dzie wi­dać tego bru­du" - po­my­śla­łem, szu­ka­jąc za­let sy­tu­acji, w któ­rej się zna­la­złem. Za­czą­łem się wy­pa­ko­wy­wać, a współ­lo­ka­to­rzy za­ję­li się uszczel­nia­niem siat­ki za­stę­pu­ją­cej szy­bę. Na prysz­nic tego dnia li­czyć nie­ste­ty nie mo­głem. Chwi­lo­wy brak wody spra­wił, że przez pierw­sze dni cho­dzi­li­śmy się ką­pać do domu Eski­mo­sów.

Pierw­sze roz­mo­wy z Po­la­ka­mi też nie były zbyt­nio za­chę­ca­ją­ce. Mia­ły cze­kać tu na nas dużo pra­cy i wiel­ki za­ro­bek, a tym­cza­sem wszy­scy cho­dzą zde­ner­wo­wa­ni, bo mało ro­bo­ty. Do­wia­du­ję się, że w in­nych prze­twór­niach zwal­nia­ją pra­cow­ni­ków, po­nie­waż te­go­rocz­ny se­zon jest bar­dzo sła­by. Z do­świad­czeń po­przed­ni­ków wy­ni­ka­ło, że w mie­siąc moż­na za­ro­bić oko­ło pię­ciu ty­się­cy do­la­rów, więc każ­dy miał spo­ry ape­tyt.

Sy­tu­acja nie była ła­twa, bo sam też na­sta­wi­łem się na wy­so­kie za­rob­ki. Do tego cięż­kie wa­run­ki, od­cię­cie od świa­ta i brak roz­ry­wek. Zda­łem so­bie spra­wę, że je­stem w tzw. czar­nej du­pie, ale sta­ra­łem się nie na­sta­wiać ne­ga­tyw­nie. Nie mia­łem też spe­cjal­nie wyj­ścia, bo co mo­głem zro­bić? Stąd uciec się nie da.

Dwie go­dzi­ny po za­kwa­te­ro­wa­niu ktoś wbiegł na na­sze pod­da­sze i krzyk­nął, że jest pra­ca! Za­ło­ży­łem szyb­ko blu­zę z kap­tu­rem, czap­kę, sta­re, prze­tar­te dżin­sy, ka­lo­sze i po­bie­głem na halę. Kil­ka­dzie­siąt osób pra­co­wa­ło już na peł­nych ob­ro­tach. Oprócz Po­la­ków byli tam: Eski­mo­si, Mek­sy­ka­nie i kil­ku Ame­ry­ka­nów.

Słów kil­ka o pra­cy. Za­ra­biać do­la­ry moż­na tam było w trzech miej­scach. Pierw­szym z nich były doki. Miej­sce dość wy­jąt­ko­we i bar­dzo ce­nio­ne, bo moż­na było pra­co­wać na noc­nej zmia­nie. Ty­ron, mój czar­no­skó­ry boss, chy­ba po­lu­bił mnie i chło­pa­ków z na­sze­go po­ko­ju, bo póź­niej uda­ło nam się wkrę­cić do eki­py pra­cu­ją­cej w por­cie. Eski­mo­si z oko­licz­nych wio­sek przy­pły­wa­li tam ku­tra­mi po ca­ło­dzien­nym po­ło­wie, a przy­wie­zio­ne przez nich ryby trze­ba było roz­ła­do­wać. Pro­ces nie był trud­ny, bo wszyst­kie ło­so­sie z po­kła­du za­sy­sa­ne były wiel­kim od­ku­rza­czem, a na­stęp­nie wy­plu­wa­ne do pla­sti­ko­wych skrzy­nek usta­wio­nych na lą­dzie.

Do skrzy­nek trze­ba było je­dy­nie do­sy­pać lodu, a na­stęp­nie od­jeż­dża­ły one na wóz­ku wi­dło­wym. Choć cały pro­ces był do­syć pro­sty, pa­no­wał tam ogrom­ny cha­os. Pra­cu­ją­cy żu­raw, jeż­dżą­cy wó­zek wi­dło­wy i kil­ka in­nych ma­szyn spra­wia­ło, że trze­ba było na sie­bie uwa­żać. Do­daj­my jesz­cze, że jest zim­no, ciem­no, a czło­wiek jest zmę­czo­ny, bo nie śpi od kil­ku­dzie­się­ciu go­dzin. Razu pew­ne­go hak żu­ra­wia prze­le­ciał mi kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od gło­wy. Ty­ron zro­bił mi o to wiel­ką awan­tu­rę, a gdy do­wie­dział się, że wszy­scy pra­cu­je­my bez prze­rwy od po­nad szes­na­stu go­dzin, wy­słał nas na obo­wiąz­ko­wy od­po­czy­nek.

Bar­dzo lu­bi­łem pra­cę w do­kach, bo dzię­ki temu mo­głem wię­cej za­ro­bić. Gdy dzien­ni pra­cow­ni­cy koń­czy­li zmia­nę i szli spać, my - noc­na zmia­na - sprzą­ta­li­śmy wszyst­kie ma­szy­ny, a póź­niej roz­ła­do­wy­wa­li­śmy ku­try.

Ło­so­sie w kon­te­ne­rach prze­wo­żo­no na hale i to było dru­gie miej­sce, w któ­rym opła­ca­ło się pra­co­wać. W za­sa­dzie to tu­taj spę­dza­li­śmy naj­wię­cej cza­su. Wó­zek wi­dło­wy wy­sy­py­wał za­war­tość kon­te­ne­rów do ma­szy­ny, któ­ra od­ci­na­ła ry­bom gło­wy i prze­ci­na­ła je na pół. Na­stęp­nie no­żem trze­ba było wy­czy­ścić ło­so­sia w środ­ku. Ko­lej­ne sta­no­wi­sko zaj­mo­wa­ło się se­lek­cją ryb. Je­że­li była w nie­na­ru­szo­nym sta­nie, tra­fia­ła do ko­szy­ka "kla­sa pierw­sza". Je­że­li mia­ła ja­kieś za­dra­pa­nie, np. od sie­ci ry­bac­kich czy od pa­zu­rów niedź­wie­dzia, przy­zna­wa­no jej kla­sę dru­gą lub trze­cią. I tyle. Pro­ste, praw­da? Nie lu­bi­łem tej pra­cy. Mia­łem po­czu­cie, że czas pły­nie dużo wol­niej, gdy zaj­mu­ję się wła­śnie tym. I mu­szę się przy­znać - raz mi się zda­rzy­ło za­snąć na tym sta­no­wi­sku pra­cy. By­łem tak zmę­czo­ny, że oczy za­czę­ły mi się kle­ić i gdzieś od­pły­ną­łem. Sta­łem, ru­sza­łem rę­ka­mi, co wy­glą­da­ło jak­bym spraw­dzał po­szcze­gól­ne ryby, a tak na­praw­dę przy­sną­łem. Na­praw­dę nie­chcą­cy.

Na­sze wy­pa­tro­szo­ne ryby z hali dru­giej na spe­cjal­nych wóz­kach pę­dzi­ły do chłod­ni, a gdy już po­rząd­nie za­mar­z­ły, prze­wo­żo­no je do ko­lej­nej hali. Tu­taj znów pra­co­wa­ło kil­ka osób. Część z nich skła­da­ła pu­deł­ka, inni pa­ko­wa­li w nie ryby. Skła­da­nie pu­de­łek było na­praw­dę do­brą fu­chą. Pra­co­wa­ło się na ta­kim bal­ko­nie, gdzie nikt nie wi­dział, co się dzie­je i gdzie po­wo­lut­ku moż­na było skła­dać so­bie te kar­to­ny. Fi­nal­nie za­pa­ko­wa­ne ryby lą­do­wa­ły w kon­te­ne­rach, po któ­re przy­pły­wał ogrom­ny sta­tek z Ja­po­nii.

Jak wi­dzi­cie, pra­ca nie była trud­na. Nie była też spe­cjal­nie cięż­ka fi­zycz­nie, ale każ­da z nich, wy­ko­ny­wa­na po kil­ka­na­ście go­dzin na dobę, sta­wa­ła się mę­czą­ca. W do­bre dni pra­co­wa­li­śmy oko­ło szes­na­stu-sie­dem­na­stu go­dzin na dobę. Re­kor­do­wo na­bi­ja­li­śmy na­wet dzie­więt­na­ście go­dzin pra­cy dzien­nie. Czę­sto też do­sta­wa­li­śmy ja­kieś ro­bo­ty za­stęp­cze czy do­dat­ko­we, któ­re w za­sa­dzie były bez­sen­sow­ne, ale wy­ko­ny­wa­li­śmy je z przy­jem­no­ścią, bo każ­da go­dzi­na była cen­na.

Przez ten mie­siąc wszy­scy ży­li­śmy tyl­ko pra­cą, bo w za­sa­dzie nie było tu nic in­ne­go do ro­bo­ty. Wsze­dłem w ten świat ca­łym sobą do tego stop­nia, że pra­ca śni­ła mi się na­wet pod­czas tych kil­ku go­dzin od­po­czyn­ku. Wy­obra­ża­cie to so­bie? Za­su­wasz przy ło­so­siach osiem­na­ście go­dzin, idziesz na chwi­lę się prze­spać, a tam w snach zno­wu prze­rzu­casz ryby. Raz śni­ło mi się, że nie chcie­li mnie przy­jąć do pra­cy w do­kach. Za­czą­łem więc krzy­czeć, że chcę pra­co­wać. Tak moc­no krzy­cza­łem, że obu­dzi­łem cały po­kój. Ga­da­nie przez sen! I to po an­giel­sku!

...a tak pra­co­wa­li­śmy przy roz­ła­dun­ku ło­so­sia - zmia­na trwa­ła kil­ka­na­ście go­dzin. To było wy­cień­cza­ją­ce.

Prohibicja

Zda­rza­ły się dni, gdy nie było pra­cy. Nikt tego nie lu­bił, bo w na­szej wio­sce bra­ko­wa­ło roz­ry­wek. In­ter­net do­stęp­ny był tyl­ko na jed­nym, sta­rym kom­pu­te­rze z sys­te­mem Win­dows 98, a po­go­da za oknem była po pro­stu tra­gicz­na. Książ­kę, któ­rą za­bra­łem z Pol­ski, łyk­ną­łem bar­dzo szyb­ko. Ba! Na­wet al­ko­ho­lu nie było, bo te­ren był ob­ję­ty ofi­cjal­ną pro­hi­bi­cją. Na czar­nym ryn­ku moż­na było ku­pić pół li­tra wód­ki za sto dwa­dzie­ścia do­la­rów. Trze­ba do­dać, że było to pół li­tra pol­skiej wód­ki, bo biz­nes roz­krę­ci­li ci spryt­niej­si, któ­rzy przy­wieź­li co nie­co ze sobą z kra­ju.

Dłu­go za­sta­na­wia­łem się nad tym, po co ta cała pro­hi­bi­cja. Py­ta­łem wie­lu i więk­szość od­po­wia­da­ła, że cho­dzi o Eski­mo­sów, któ­rzy nie zna­ją umia­ru i za­czy­na­ją sza­leć na­wet przy nie­wiel­kiej ilo­ści pro­cen­tów. Pod­czas swo­je­go pierw­sze­go wol­ne­go od pra­cy dnia prze­ko­na­łem się, że coś fak­tycz­nie jest na rze­czy. Nie zna­ją umia­ru i nie zna­ją cze­goś ta­kie­go jak "kul­tu­ral­ne pi­cie".

Jak wy­glą­da im­pre­za w Pol­sce? Sia­da­my so­bie przy sto­le. Po­wo­li po­le­wa­my, prze­gry­za­my kieł­ba­ską, sa­łat­ką. Je­że­li w domu jest do­bra go­spo­dy­ni, to może i ja­kaś ko­la­cja wy­lą­du­je na sto­le. Pi­je­my, pi­je­my, a póź­niej naj­wy­żej za­sy­pia­my. Rano bu­dzi­my się z bó­lem gło­wy i utwier­dza­my się w prze­ko­na­niu, że wię­cej al­ko­ho­lu do ust nie weź­mie­my, sko­ro ozna­cza to tyle cier­pie­nia.

Na Ala­sce spra­wa przed­sta­wia się zu­peł­nie ina­czej. Było już dość póź­no, kie­dy na na­sze pod­da­sze wpadł Mark, mło­dy Eski­mos. Za­ta­czał się od le­wej do pra­wej i beł­ko­tał bez sen­su po eski­mo­sku z do­miesz­ką an­giel­skie­go i szczyp­tą słów pol­skich, któ­rych na­uczył się w na­szym to­wa­rzy­stwie. Do­siadł się do nas, po­ło­żył na sto­le sto do­la­rów i po­wie­dział, że to dla dwóch dziew­czyn, któ­re ze­chcą się po­ca­ło­wać, po czym za­snął.

In­nym ra­zem do na­sze­go ba­ra­ku wpa­dła pi­ja­na, star­sza Eski­mo­ska. Ra­zem z nią do po­miesz­cze­nia wdarł się za­pach ryb, bo to był typ ko­bie­ty, któ­ra ra­czej nie dba o hi­gie­nę czy uro­dę. Prze­tłusz­czo­ne wło­sy, po­bru­dzo­ne ubra­nia i ja­kieś sto trzy­dzie­ści ki­lo­gra­mów ży­wej wagi. I taka Eski­mo­ska przy­cho­dzi do pol­skie­go ba­ra­ku, bo szu­ka ka­wa­le­ra na noc i pła­ci za to sto pięć­dzie­siąt do­la­rów!

W pra­cy też nie było ła­two z Eski­mo­sa­mi. Po­cząt­ko­wo nie po­tra­fi­łem na­wią­zać z nimi kon­tak­tu. Byli po­moc­ni, ale tro­chę nie­uf­ni i... ni­scy. Tak ni­scy, że nie­któ­rzy mie­li spe­cjal­ne ta­bo­re­ci­ki, na któ­rych sta­li pod­czas pra­cy. Wśród nich był John - sześć­dzie­się­cio­let­ni Eski­mos. Moż­na po­wie­dzieć, że taki ne­stor ca­łej eski­mo­skiej ro­dzi­ny. Chy­ba naj­star­szy w obo­zie. John miał taki zwy­czaj, że za­wsze gdy sprzą­ta­li­śmy halę, ła­pał za węża ogro­do­we­go i lał wodę na pod­ło­gę. My szo­ro­wa­li­śmy ma­szy­ny, a on je­dy­nie po­le­wał wodą. Raz, dru­gi, pią­ty - w koń­cu za­czą­łem się de­ner­wo­wać. Dla­cze­go my mamy za­su­wać ze szczo­ta­mi, a on tyl­ko stoi i po­le­wa? Po­sta­no­wi­łem więc, że za­cznę go uprze­dzać. Gdy tyl­ko koń­czy­ła się zmia­na i roz­po­czy­na­ła faza sprzą­ta­nia, pę­dzi­łem do kra­nu i przej­mo­wa­łem węża. Raz, dru­gi, pią­ty - te­raz to John za­czął się wku­rzać. W koń­cu pod­szedł, za­czął ze mną roz­ma­wiać i... za­przy­jaź­ni­li­śmy się. John oka­zał się sym­pa­tycz­nym Eski­mo­sem, któ­ry po­tra­fi za­żar­to­wać i któ­ry żywo in­te­re­su­je się Pol­ską. Oczy­wi­ście osta­tecz­nie od­pu­ści­łem spra­wę węża ogro­do­we­go i John mógł spo­koj­nie po­le­wać pod­ło­gę już do koń­ca mo­je­go po­by­tu.

My­ślę, że war­to jesz­cze po­wie­dzieć coś o je­dze­niu. Było na­praw­dę pysz­ne. Wie­le osób pyta mnie, czy na­dal mogę pa­trzeć na ło­so­sia. Uwiel­biam tę rybę! Ło­soś z Ala­ski był wy­jąt­ko­wy i ni­g­dzie in­dziej nie ja­dłem lep­szej ryby. Dał­bym wie­le, by mieć oka­zję znów go skosz­to­wać!

Nie­ste­ty, po po­nad trzy­dzie­stu dniach pra­cy pod­czas obia­du otrzy­ma­łem ko­per­tę. Ko­niec kon­trak­tu. Za­ro­bi­łem pra­wie trzy ty­sią­ce pięć­set do­la­rów. Więk­szość zna­jo­mych rów­nież do­sta­ła ta­kie ko­per­ty, bo se­zon był sła­by i nad­szedł już czas roz­jaz­dów. Nie by­łem w peł­ni usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, ale i tak cie­szy­łem się z tego, co za­ro­bi­łem. Wy­pła­tę otrzy­ma­łem w for­mie dwóch cze­ków, któ­re po­tem zre­ali­zo­wa­łem w jed­nym z ban­ków. Cie­ka­wa spra­wa, bo u nas, w Pol­sce, cze­ki w ogó­le się nie przy­ję­ły.

Uzna­li­śmy, że po ta­kiej ha­rów­ce ko­niecz­nie mu­si­my od­po­cząć. Od­sy­pia­li­śmy chy­ba ze dwa dni. Prak­tycz­nie nie wy­cho­dzi­li­śmy z łó­żek, ale po ta­kiej pra­cy na­praw­dę nam się na­le­ża­ło...

Zda­ję so­bie spra­wę, że re­la­cja z tego wy­jaz­du brzmi tak, jak­bym na miej­scu wy­łącz­nie pra­co­wał, ale to nie­praw­da. Fak­tycz­nie dużo cza­su spę­dzi­łem wśród ryb, ale to dla­te­go, że wy­jazd spo­ro kosz­to­wał i w ja­kiś spo­sób mu­sia­łem po­kryć te wy­dat­ki. Na Ala­sce uda­ło mi się też jed­nak dużo zo­ba­czyć i prze­żyć. Mia­łem dość cza­su, by po­za­chwy­cać się dzi­ką przy­go­dą i pod­pa­trzyć, jak żyją miesz­kań­cy Ala­ski. Speł­ni­łem też jed­no z ma­rzeń z mo­jej li­sty - zo­ba­czy­łem wiel­kie­go mi­sia. Pod­czas wy­jaz­du do Par­ku Na­ro­do­we­go De­na­li na jed­nym wzgó­rzu zo­ba­czy­łem dwa niedź­wie­dzie, któ­re ko­rzy­sta­ły z po­po­łu­dnio­wych pro­mie­ni sło­necz­nych.

Ala­ska otwo­rzy­ła też przede mną wie­le moż­li­wo­ści. To był mój pierw­szy tak od­waż­ny wy­jazd. Skok na głę­bo­ką wodę, któ­ry dał mi mnó­stwo siły i wia­ry. Zro­zu­mia­łem, że ży­cia nie moż­na się bać.

Wszę­dzie na świe­cie są tacy sami lu­dzie, lu­dzie, z któ­ry­mi moż­na się do­ga­dać i któ­rzy mogą ci po­móc. Zresz­tą, zda­łem so­bie spra­wę z tego, że po­tra­fię po­ra­dzić so­bie w wie­lu sy­tu­acjach. Ja, Mi­chał Maj, pro­sty czło­wiek, za­le­d­wie dwu­dzie­sto­la­tek, da­łem radę!

Nie są­dzi­łem, że do Ame­ry­ki wró­cę w na­stęp­ne wa­ka­cje...

Planowanie podróży

Za­łóż­my, że mamy już ku­pio­ne bi­le­ty i za­kle­pa­ny urlop. Przed nami kil­ka (kil­ka­na­ście/kil­ka­dzie­siąt) dni świet­nej przy­go­dy i za­ba­wy w in­nych kra­jach. Jak przy­go­to­wać się na taki wy­jazd i za­pla­no­wać po­byt? Część rze­czy mu­si­cie zro­bić przed po­dró­żą. Je­że­li wy­bie­ra­cie się na dru­gi ko­niec świa­ta, war­to pa­mię­tać o kil­ku pod­sta­wo­wych spra­wach:

-Szcze­pie­nia. Tu­taj są róż­ne szko­ły. Są oso­by, któ­re z za­sa­dy się nie szcze­pią i już. Ja się szcze­pię. Za­zwy­czaj jest to koszt kil­ku­set zło­tych, ale więk­szość szcze­pień dzia­ła przez dłu­gi czas. Wy­cho­dzę z za­ło­że­nia, że war­to za­in­we­sto­wać i mieć spo­kój na kil­ka lat, za­miast za­mar­twiać się, gdy w ja­kimś eg­zo­tycz­nym kra­ju roz­bo­li cię brzuch lub do­sta­niesz go­rącz­ki. Pa­mię­taj, że szcze­pień nie robi się dzień przed wy­jaz­dem. Trze­ba za­pla­no­wać je z od­po­wied­nim wy­prze­dze­niem.

-Wizy. War­to spraw­dzić, czy kraj, do któ­re­go się wy­bie­ra­cie, nie wpro­wa­dził obo­wiąz­ku wi­zo­we­go dla oby­wa­te­li Pol­ski. Jest świet­na stro­na, Po­lak za gra­ni­cą, na któ­rej moż­na spraw­dzić ak­tu­al­ne dane do­ty­czą­ce za­rów­no wiz, jak i szcze­pio­nek.

-Wa­run­ki po­go­do­we. Po­wiem krót­ko: trze­ba je spraw­dzić. Czy je­dzie­cie w po­rze let­niej, czy w po­rze desz­czo­wej? Od tego za­le­ży, jak spa­ku­je­cie nasz ple­cak.

-Ubez­pie­cze­nie. Nic nie po­win­no się zda­rzyć, ale po co ry­zy­ko­wać? Ubez­pie­cze­nie to koszt kil­ku­dzie­się­ciu zło­tych, a w ra­zie cze­go je­ste­ście chro­nie­ni i nie za­pła­ci­cie ja­kichś ogrom­nych pie­nię­dzy za zwy­kłe ba­da­nia czy prze­świe­tle­nie. A miejsc, gdzie coś może się wam przy­tra­fić pod­czas po­dró­ży, jest spo­ro.

-Przy­go­to­wa­nie świa­ta na na­szą nie­obec­ność. Za­wsze, gdy gdzieś wy­jeż­dżam, mu­szę przy­go­to­wać oto­cze­nie na moją nie­obec­ność: za­koń­czyć roz­po­czę­te zle­ce­nia w fir­mie, za­pła­cić ZUS i ra­chun­ki do przo­du. Nie chcę, żeby pod­czas wy­jaz­du co­kol­wiek za­przą­ta­ło moją gło­wę.

No i kwe­stie me­ry­to­rycz­ne, czy­li: co war­to...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej