Zatyczki do uszu
Alaska, trzy lata wcześniej
Jak pewnie wiecie, Alaska to ogromne terytorium, gdzie jest mniej więcej tyle dróg, co w Polsce autostrad, dlatego tak popularny jest tam transport lotniczy. Większość wiosek i małych miasteczek ma małe lądowiska i często samolot jest jedyną opcją, by dostać się do danego miejsca.
Samolotem leciałem więc i ja. Musieliśmy dotrzeć do małej wioski Togiak na zachodzie Alaski, gdzie w kilka osób mieliśmy... pracować przy patroszeniu ryb. Tak, dobrze czytacie - taką nietypową ścieżkę kariery obrałem sobie, żeby zobaczyć kawałek innego świata.
Dzień przed wylotem razem ze znajomymi przejechaliśmy samochodem kawałek Alaski. Do hostelu w Anchorage, które jest jednym z większych miast tego stanu, wróciliśmy dość późno i w efekcie następnego dnia prawie zaspaliśmy na nasz poranny lot. Na szczęście udało nam się dotrzeć na miejsce.
Siedzę sobie lekko zaspany na pokładzie naszego samolotu, kołujemy już po płycie lotniska, a stewardesa rozdaje... orzeszki. Myślę sobie: "Świetnie. Jestem bez śniadania, więc zawsze dobrze coś przegryźć". Otwieram małą torebeczkę, zaglądam do środka, a tam tylko... dwa orzeszki.
"No cholera" - myślę sobie. "Te linie lotnicze to przeginają. Rozumiem, że oszczędności, cięcia kosztów, małe budżety... ale dwa orzeszki? Przecież to jest nic! Okej, nie ma co narzekać" - pomyślałem i wrzuciłem jednego do buzi.
Odwracam się w kierunku znajomych, którzy ze mną lecą. Oni zdziwieni przyglądają mi się badawczo.
A ja żuję!
Eskimos, który siedzi dwa miejsca dalej, też patrzy na mnie z ciekawością. Zastanawiam się: "Co jest? O co chodzi? Brudny jestem?".
- Jakieś takie... bez smaku - wypalam w końcu na głos.
W tym momencie polska ekipa wybucha gromkim śmiechem, bo sami powkładali te orzeszki do uszu. Spojrzałem na torebeczkę po moich orzeszkach i zdałem sobie sprawę z tego, że żuję... zatyczkę do uszu.
Ta historia świetnie obrazuje cały mój wyjazd. Swoją pierwszą podróżą byłem autentycznie przerażony, bo nigdy nie byłem tak daleko ani nie leciałem samolotem. Cała ta sprawa po prostu mnie przerastała.
Uwielbiam stawiać przed sobą nowe wyzwania i wymagać od siebie ciężkiej pracy, dlatego gdy pojawiła się możliwość wyprawy zarobkowej na Alaskę, nie zastanawiałem się długo. Nie rozmyślałem o tym zbyt wiele. Uznałem, że muszę postawić się przed faktem dokonanym, bo wiedziałem, że jeżeli zacznę analizować sytuację, znajdę sto tysięcy powodów, by tego nie robić i zamiast jeść świeżego łososia na Alasce, będę wcinał pstrąga w smażalni w Ustce.
Organizując wyjazd na Alaskę, miałem miliony wątpliwości. Idąc do konsulatu USA po wizę, trząsłem się jak galareta, a lecąc pierwszy raz samolotem, modliłem się o to, żeby przypadkiem stewardesa się do mnie nie odezwała, bo nie będę wiedział, co jej odpowiedzieć. Niby uczą nas w szkole przez kilka lat angielskiego, znamy świetnie formy gramatyczne, a gdy powinniśmy, boimy się odezwać.
Zakodowałem sobie w głowie tylko formułkę "Chicken and coke, please". Myślę, że gdyby zapytała mnie, jak mi się podoba podróż, też odpowiedziałbym "Coke, please". Możecie mi wierzyć lub nie, ale przez kilkanaście godzin podróży ani razu nie skorzystałem z toalety, bo bałem się, że nie znajdę później swojego miejsca w samolocie!
Na miejscu, już na Alasce, też nie było łatwo. Trzeba było iść do odpowiednika naszego urzędu skarbowego, by wyrobić sobie tamtejszy numer NIP, a później otworzyć konto w banku. Przysięgam, że gdybym podejmując decyzję o wyjeździe zaczął wszystko analizować, na pewno nie pojechałbym na żadną Alaskę.
Jeżeli postawicie wszystko (albo całkiem dużo) na jedną kartę, to nie ma opcji, żebyście sobie nie poradzili. Nasz umysł ma ogromne możliwości i zawsze damy sobie radę w trudnej sytuacji. To z wygody i dla komfortu psychicznego nie podejmujemy trudnych wyzwań. Pewnie, że lepiej siedzieć w domu, przeglądać blogi podróżnicze, czytać Cejrowskiego i mówić sobie: "Kiedyś ruszę w podróż". Tworzymy w swoich głowach obrazy, do których się zapalamy zamiast naprawdę ruszyć przed siebie. Prawdziwa przygoda, prawdziwa zabawa zaczyna się w miejscach, których nie znamy - i nie mówię tu o miejscach geograficznych, ale o doświadczeniach, które mogą stać się naszym udziałem, jeśli zdecydujemy się zrobić coś nowego - coś, czego się trochę obawiamy. Pomyślcie tylko, ile było sytuacji w waszym życiu, gdy wydawało się wam, że nie dacie rady, gdy baliście się jak cholera, a jednak ostatecznie pokonaliście swój strach?
Kiedyś wśród notatek z mikroekonomii znalazłem ciekawy cytat, który stał się moim mottem życiowym: "Człowiek jest w stanie znieść wszystko, z wyjątkiem jajka". Teraz, bez względu na to, czy chodzi o wyjazdy, o pracę czy o sport, wiem, że zawsze jakoś sobie poradzę.
Od czego zacząłem planowanie wyjazdu pociągiem do Chin? Od kupna biletu powrotnego z Pekinu. Zainwestowałem w to tysiąc osiemset złotych i wiedziałem, że chcąc nie chcąc będę musiał jakoś się tam dostać. Nie ma takiej opcji, że się nie da.
Alaska to największy stan Ameryki - bez samochodu byłoby ciężko.
Miliony wymówek
Wiele rzeczy chcemy zrobić, ale z jakichś powodów nie bierzemy się za nie. Marzymy, planujemy, ale unikamy działania, bo boimy się tego, co będzie, gdy już to "nowe" nastąpi.
To tak jak ze studentami, którzy piszą pracę magisterską. Sam jestem tutaj doskonałym przykładem, bo pisałem ją rok... po skończonych studiach. Stało się tak, bo miałem dużo różnych obowiązków i brakowało mi czasu. Teraz myślę, że unikałem pisania, bojąc się tego, co wydarzy się potem. No bo przecież napisana praca magisterska oznacza oficjalne zakończenie studiów. I co dalej?
I pewnie pisałbym tę nieszczęsną pracę do dziś, gdyby nie to, że pewnego dnia, podczas składania kolejnego podania o przedłużenie terminu oddania pracy, miła pani z dziekanatu powiedziała mi, że niestety to już ostatni raz, kiedy mogę tak kombinować, i że teraz będzie trzeba za coś takiego płacić. Dostałem takiej motywacji, że skończyłem pisać pracę w tydzień. Po prostu nie miałem wyjścia.
Podobnie jest z podróżami. Wielu z nas marzy i planuje, że kiedyś gdzieś pojedzie, ale nie podejmuje decyzji. Jeżeli też tak macie, to przemyślcie sprawę, bo może podróże wcale nie są waszą pasją?
Z doświadczenia wiem, że wszystko sprowadza się do jednej decyzji. Jeżeli w głębi serca faktycznie zdecydujecie o tym, że chcecie jechać, to znajdziecie sposoby na rozwiązanie wszystkich przeszkód, które pojawią się po drodze. Znajdziecie sposób na to, by odłożyć pieniądze. Znajdziecie sposób na to, żeby załatwić sobie wolne w pracy (lub na studiach). I po prostu pojedziecie przed siebie. Podróżowanie jest jak narkotyk. Najtrudniej jest ruszyć w pierwszą podróż. Potem, gdy złapiecie bakcyla i zaangażujecie się na całego, to wyciągniecie pieniądze nawet spod ziemi i zorganizujecie wszystko tak, żeby dało się znów gdzieś pojechać.
Sam mam tak, że gdy już kupię bilet lotniczy i kiedy wiem, że za dwa lub trzy miesiące wyruszam, to nagle we mnie i wokół mnie dzieje się jakaś magia. Pracuję dużo efektywniej, załatwiam więcej spraw, odkładam pieniądze i działam na maksa, bo wiem, że wkrótce będę leżał w hamaku w Tajlandii i popijał drinka z parasoleczką. Po prostu wiem, że warto. Wszystko jest kwestią jednej waszej decyzji. Gdzieś kiedyś usłyszałem świetny tekst, który w jednym zdaniu podsumowuje to, o czym tutaj piszę: "W taki dzień jak ten Marco Polo wyruszył do Chin. Jakie są twoje plany na dzisiaj?".
Takie widoki mieliśmy w miejscu pracy...
Smak łososia
Wspomnianej zatyczki do uszu ostatecznie nie połknąłem, ale pogryzionej do ucha już nie włożyłem. Dotarliśmy do Dillingham, gdzie mieliśmy się przesiąść do innego, jeszcze mniejszego samolotu. I tutaj ciekawostka - na takich małych lotniskach ważony jest nie tylko bagaż, ale także każdy pasażer. Policzyli nas, pomierzyli, i wyszło, że wszyscy razem jesteśmy za ciężcy. W efekcie trzy osoby musiały zostać i poczekać na kolejny samolot.
Początkowe zdenerwowanie i złość przerodziły się w prawdziwą euforię. Zamiast standardowej awionetki na pasie startowym pojawił się duży samolot transportowy. To dopiero niesamowite uczucie, gdy wchodzicie na lotnisko, razem z pilotami zmierzacie do maszyny, a w kabinie zajmujecie miejsce obok nich.
Możecie uważać, że to niezbyt ciekawe,, ale ja, lecąc tym samolotem, rozmawiając z pilotami przez słuchawki, przeżywałem niemalże orgazm! To są właśnie te momenty podróży, które sprawiają, że chce się to robić. Doświadczenia, których nie zbierzecie, siedząc w domu i przeglądając cudze tablice na Facebooku. Opisów podobnych sytuacji znajdziecie w tej książce naprawdę dużo, bo to właśnie jest dla mnie esencja podróży. Nieraz zdarzyło mi się po prostu płakać ze szczęścia.
Dotarliśmy do Twin Hills - małej wioski znajdującej się jakieś pięć km od przetwórni rybnej, czyli od mojego miejsca pracy. Zastanawiam się, jak najlepiej opisać to miejsce. Może tak: Twin Hills to doskonała definicja słowa "nic". W wiosce stoi dosłownie kilka małych, drewnianych domów, nieopodal wznoszą się dwa wzgórza i rozciąga się pas startowy i... nic więcej.
Na końcu pasa startowego zobaczyliśmy starego, zdezelowanego pick-upa. Podeszliśmy do niego z plecakami i przywitaliśmy się z kierowcą. Cieszyłem się jak dziecko, że będę miał okazję pierwszy raz jechać na pace takiego wozu. I co z tego, że deski w podłodze wyłamane? Co z tego, że twardo, a obok dziurawy zbiornik paliwa, który pryska benzyną na wszystkie strony? To jest prawdziwa przygoda. Pierwszy raz w życiu nad oceanem. Pierwszy raz w życiu tak daleko od domu!
Po dotarciu na miejsce nastąpiło jednak zderzenie z brutalną rzeczywistością. Miejsce, w którym miałem spędzić ponad miesiąc, nie wyglądało najlepiej. Cała przetwórnia to zaledwie trzy hale, doki, stołówka i rudery, które miały być naszymi domami. No i agregat prądotwórczy, który hałasuje i nie pozwala spać.
Kate - kierowniczka całego obiektu - oprowadziła nas i pokazała nam bazę. W tym miejscu muszę przedstawić wam Kate nieco lepiej, bo pewnie oczami wyobraźni widzicie właśnie słodką, sympatyczną blondynkę. Otóż nie. Kate to tzw. "kawał baby" - ważyła co najmniej sto pięćdziesiąt kilogramów. Gdy przechodziła do jakiegoś pomieszczenia, musiała podkurczać ramiona lub wchodzić bokiem. I naprawdę nie przesadzam!
Zobaczyliśmy stołówkę, hale produkcyjne i pracujących ludzi. Dostaliśmy informację, że mieszkać będziemy na poddaszu wielkiego magazynu, na które wchodziło się małymi, stromymi schodkami, na samym końcu wioski. Całe poddasze zajmowała polska ekipa, co można było zauważyć już przy wejściu. Wszystkie ściany i drzwi były wymazane napisami w stylu: "Justyna 2009", "Jebać Wisłę" i "Polska Pany". Od razu wiedzieliśmy, że trafiliśmy we właściwe miejsce.
Warunki - straszne. Sześć osób w małym pokoju. Zająłem sobie górną pryczę. Zrzuciłem plecak, odrzuciłem na bok brudną pościel i wyjąłem własny śpiwór. Rozejrzałem się dookoła. Ściany obite starymi, ciemnymi panelami, które pamiętały chyba czasy Kennedy'ego. Pod sufitem dyndająca na kablu żarówka dająca niewielką ilość światła.
"Może to i dobrze. Nie będzie widać tego brudu" - pomyślałem, szukając zalet sytuacji, w której się znalazłem. Zacząłem się wypakowywać, a współlokatorzy zajęli się uszczelnianiem siatki zastępującej szybę. Na prysznic tego dnia liczyć niestety nie mogłem. Chwilowy brak wody sprawił, że przez pierwsze dni chodziliśmy się kąpać do domu Eskimosów.
Pierwsze rozmowy z Polakami też nie były zbytnio zachęcające. Miały czekać tu na nas dużo pracy i wielki zarobek, a tymczasem wszyscy chodzą zdenerwowani, bo mało roboty. Dowiaduję się, że w innych przetwórniach zwalniają pracowników, ponieważ tegoroczny sezon jest bardzo słaby. Z doświadczeń poprzedników wynikało, że w miesiąc można zarobić około pięciu tysięcy dolarów, więc każdy miał spory apetyt.
Sytuacja nie była łatwa, bo sam też nastawiłem się na wysokie zarobki. Do tego ciężkie warunki, odcięcie od świata i brak rozrywek. Zdałem sobie sprawę, że jestem w tzw. czarnej dupie, ale starałem się nie nastawiać negatywnie. Nie miałem też specjalnie wyjścia, bo co mogłem zrobić? Stąd uciec się nie da.
Dwie godziny po zakwaterowaniu ktoś wbiegł na nasze poddasze i krzyknął, że jest praca! Założyłem szybko bluzę z kapturem, czapkę, stare, przetarte dżinsy, kalosze i pobiegłem na halę. Kilkadziesiąt osób pracowało już na pełnych obrotach. Oprócz Polaków byli tam: Eskimosi, Meksykanie i kilku Amerykanów.
Słów kilka o pracy. Zarabiać dolary można tam było w trzech miejscach. Pierwszym z nich były doki. Miejsce dość wyjątkowe i bardzo cenione, bo można było pracować na nocnej zmianie. Tyron, mój czarnoskóry boss, chyba polubił mnie i chłopaków z naszego pokoju, bo później udało nam się wkręcić do ekipy pracującej w porcie. Eskimosi z okolicznych wiosek przypływali tam kutrami po całodziennym połowie, a przywiezione przez nich ryby trzeba było rozładować. Proces nie był trudny, bo wszystkie łososie z pokładu zasysane były wielkim odkurzaczem, a następnie wypluwane do plastikowych skrzynek ustawionych na lądzie.
Do skrzynek trzeba było jedynie dosypać lodu, a następnie odjeżdżały one na wózku widłowym. Choć cały proces był dosyć prosty, panował tam ogromny chaos. Pracujący żuraw, jeżdżący wózek widłowy i kilka innych maszyn sprawiało, że trzeba było na siebie uważać. Dodajmy jeszcze, że jest zimno, ciemno, a człowiek jest zmęczony, bo nie śpi od kilkudziesięciu godzin. Razu pewnego hak żurawia przeleciał mi kilkanaście centymetrów od głowy. Tyron zrobił mi o to wielką awanturę, a gdy dowiedział się, że wszyscy pracujemy bez przerwy od ponad szesnastu godzin, wysłał nas na obowiązkowy odpoczynek.
Bardzo lubiłem pracę w dokach, bo dzięki temu mogłem więcej zarobić. Gdy dzienni pracownicy kończyli zmianę i szli spać, my - nocna zmiana - sprzątaliśmy wszystkie maszyny, a później rozładowywaliśmy kutry.
Łososie w kontenerach przewożono na hale i to było drugie miejsce, w którym opłacało się pracować. W zasadzie to tutaj spędzaliśmy najwięcej czasu. Wózek widłowy wysypywał zawartość kontenerów do maszyny, która odcinała rybom głowy i przecinała je na pół. Następnie nożem trzeba było wyczyścić łososia w środku. Kolejne stanowisko zajmowało się selekcją ryb. Jeżeli była w nienaruszonym stanie, trafiała do koszyka "klasa pierwsza". Jeżeli miała jakieś zadrapanie, np. od sieci rybackich czy od pazurów niedźwiedzia, przyznawano jej klasę drugą lub trzecią. I tyle. Proste, prawda? Nie lubiłem tej pracy. Miałem poczucie, że czas płynie dużo wolniej, gdy zajmuję się właśnie tym. I muszę się przyznać - raz mi się zdarzyło zasnąć na tym stanowisku pracy. Byłem tak zmęczony, że oczy zaczęły mi się kleić i gdzieś odpłynąłem. Stałem, ruszałem rękami, co wyglądało jakbym sprawdzał poszczególne ryby, a tak naprawdę przysnąłem. Naprawdę niechcący.
Nasze wypatroszone ryby z hali drugiej na specjalnych wózkach pędziły do chłodni, a gdy już porządnie zamarzły, przewożono je do kolejnej hali. Tutaj znów pracowało kilka osób. Część z nich składała pudełka, inni pakowali w nie ryby. Składanie pudełek było naprawdę dobrą fuchą. Pracowało się na takim balkonie, gdzie nikt nie widział, co się dzieje i gdzie powolutku można było składać sobie te kartony. Finalnie zapakowane ryby lądowały w kontenerach, po które przypływał ogromny statek z Japonii.
Jak widzicie, praca nie była trudna. Nie była też specjalnie ciężka fizycznie, ale każda z nich, wykonywana po kilkanaście godzin na dobę, stawała się męcząca. W dobre dni pracowaliśmy około szesnastu-siedemnastu godzin na dobę. Rekordowo nabijaliśmy nawet dziewiętnaście godzin pracy dziennie. Często też dostawaliśmy jakieś roboty zastępcze czy dodatkowe, które w zasadzie były bezsensowne, ale wykonywaliśmy je z przyjemnością, bo każda godzina była cenna.
Przez ten miesiąc wszyscy żyliśmy tylko pracą, bo w zasadzie nie było tu nic innego do roboty. Wszedłem w ten świat całym sobą do tego stopnia, że praca śniła mi się nawet podczas tych kilku godzin odpoczynku. Wyobrażacie to sobie? Zasuwasz przy łososiach osiemnaście godzin, idziesz na chwilę się przespać, a tam w snach znowu przerzucasz ryby. Raz śniło mi się, że nie chcieli mnie przyjąć do pracy w dokach. Zacząłem więc krzyczeć, że chcę pracować. Tak mocno krzyczałem, że obudziłem cały pokój. Gadanie przez sen! I to po angielsku!
...a tak pracowaliśmy przy rozładunku łososia - zmiana trwała kilkanaście godzin. To było wycieńczające.
Prohibicja
Zdarzały się dni, gdy nie było pracy. Nikt tego nie lubił, bo w naszej wiosce brakowało rozrywek. Internet dostępny był tylko na jednym, starym komputerze z systemem Windows 98, a pogoda za oknem była po prostu tragiczna. Książkę, którą zabrałem z Polski, łyknąłem bardzo szybko. Ba! Nawet alkoholu nie było, bo teren był objęty oficjalną prohibicją. Na czarnym rynku można było kupić pół litra wódki za sto dwadzieścia dolarów. Trzeba dodać, że było to pół litra polskiej wódki, bo biznes rozkręcili ci sprytniejsi, którzy przywieźli co nieco ze sobą z kraju.
Długo zastanawiałem się nad tym, po co ta cała prohibicja. Pytałem wielu i większość odpowiadała, że chodzi o Eskimosów, którzy nie znają umiaru i zaczynają szaleć nawet przy niewielkiej ilości procentów. Podczas swojego pierwszego wolnego od pracy dnia przekonałem się, że coś faktycznie jest na rzeczy. Nie znają umiaru i nie znają czegoś takiego jak "kulturalne picie".
Jak wygląda impreza w Polsce? Siadamy sobie przy stole. Powoli polewamy, przegryzamy kiełbaską, sałatką. Jeżeli w domu jest dobra gospodyni, to może i jakaś kolacja wyląduje na stole. Pijemy, pijemy, a później najwyżej zasypiamy. Rano budzimy się z bólem głowy i utwierdzamy się w przekonaniu, że więcej alkoholu do ust nie weźmiemy, skoro oznacza to tyle cierpienia.
Na Alasce sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Było już dość późno, kiedy na nasze poddasze wpadł Mark, młody Eskimos. Zataczał się od lewej do prawej i bełkotał bez sensu po eskimosku z domieszką angielskiego i szczyptą słów polskich, których nauczył się w naszym towarzystwie. Dosiadł się do nas, położył na stole sto dolarów i powiedział, że to dla dwóch dziewczyn, które zechcą się pocałować, po czym zasnął.
Innym razem do naszego baraku wpadła pijana, starsza Eskimoska. Razem z nią do pomieszczenia wdarł się zapach ryb, bo to był typ kobiety, która raczej nie dba o higienę czy urodę. Przetłuszczone włosy, pobrudzone ubrania i jakieś sto trzydzieści kilogramów żywej wagi. I taka Eskimoska przychodzi do polskiego baraku, bo szuka kawalera na noc i płaci za to sto pięćdziesiąt dolarów!
W pracy też nie było łatwo z Eskimosami. Początkowo nie potrafiłem nawiązać z nimi kontaktu. Byli pomocni, ale trochę nieufni i... niscy. Tak niscy, że niektórzy mieli specjalne taboreciki, na których stali podczas pracy. Wśród nich był John - sześćdziesięcioletni Eskimos. Można powiedzieć, że taki nestor całej eskimoskiej rodziny. Chyba najstarszy w obozie. John miał taki zwyczaj, że zawsze gdy sprzątaliśmy halę, łapał za węża ogrodowego i lał wodę na podłogę. My szorowaliśmy maszyny, a on jedynie polewał wodą. Raz, drugi, piąty - w końcu zacząłem się denerwować. Dlaczego my mamy zasuwać ze szczotami, a on tylko stoi i polewa? Postanowiłem więc, że zacznę go uprzedzać. Gdy tylko kończyła się zmiana i rozpoczynała faza sprzątania, pędziłem do kranu i przejmowałem węża. Raz, drugi, piąty - teraz to John zaczął się wkurzać. W końcu podszedł, zaczął ze mną rozmawiać i... zaprzyjaźniliśmy się. John okazał się sympatycznym Eskimosem, który potrafi zażartować i który żywo interesuje się Polską. Oczywiście ostatecznie odpuściłem sprawę węża ogrodowego i John mógł spokojnie polewać podłogę już do końca mojego pobytu.
Myślę, że warto jeszcze powiedzieć coś o jedzeniu. Było naprawdę pyszne. Wiele osób pyta mnie, czy nadal mogę patrzeć na łososia. Uwielbiam tę rybę! Łosoś z Alaski był wyjątkowy i nigdzie indziej nie jadłem lepszej ryby. Dałbym wiele, by mieć okazję znów go skosztować!
Niestety, po ponad trzydziestu dniach pracy podczas obiadu otrzymałem kopertę. Koniec kontraktu. Zarobiłem prawie trzy tysiące pięćset dolarów. Większość znajomych również dostała takie koperty, bo sezon był słaby i nadszedł już czas rozjazdów. Nie byłem w pełni usatysfakcjonowany, ale i tak cieszyłem się z tego, co zarobiłem. Wypłatę otrzymałem w formie dwóch czeków, które potem zrealizowałem w jednym z banków. Ciekawa sprawa, bo u nas, w Polsce, czeki w ogóle się nie przyjęły.
Uznaliśmy, że po takiej harówce koniecznie musimy odpocząć. Odsypialiśmy chyba ze dwa dni. Praktycznie nie wychodziliśmy z łóżek, ale po takiej pracy naprawdę nam się należało...
Zdaję sobie sprawę, że relacja z tego wyjazdu brzmi tak, jakbym na miejscu wyłącznie pracował, ale to nieprawda. Faktycznie dużo czasu spędziłem wśród ryb, ale to dlatego, że wyjazd sporo kosztował i w jakiś sposób musiałem pokryć te wydatki. Na Alasce udało mi się też jednak dużo zobaczyć i przeżyć. Miałem dość czasu, by pozachwycać się dziką przygodą i podpatrzyć, jak żyją mieszkańcy Alaski. Spełniłem też jedno z marzeń z mojej listy - zobaczyłem wielkiego misia. Podczas wyjazdu do Parku Narodowego Denali na jednym wzgórzu zobaczyłem dwa niedźwiedzie, które korzystały z popołudniowych promieni słonecznych.
Alaska otworzyła też przede mną wiele możliwości. To był mój pierwszy tak odważny wyjazd. Skok na głęboką wodę, który dał mi mnóstwo siły i wiary. Zrozumiałem, że życia nie można się bać.
Wszędzie na świecie są tacy sami ludzie, ludzie, z którymi można się dogadać i którzy mogą ci pomóc. Zresztą, zdałem sobie sprawę z tego, że potrafię poradzić sobie w wielu sytuacjach. Ja, Michał Maj, prosty człowiek, zaledwie dwudziestolatek, dałem radę!
Nie sądziłem, że do Ameryki wrócę w następne wakacje...
Planowanie podróży
Załóżmy, że mamy już kupione bilety i zaklepany urlop. Przed nami kilka (kilkanaście/kilkadziesiąt) dni świetnej przygody i zabawy w innych krajach. Jak przygotować się na taki wyjazd i zaplanować pobyt? Część rzeczy musicie zrobić przed podróżą. Jeżeli wybieracie się na drugi koniec świata, warto pamiętać o kilku podstawowych sprawach:
-Szczepienia. Tutaj są różne szkoły. Są osoby, które z zasady się nie szczepią i już. Ja się szczepię. Zazwyczaj jest to koszt kilkuset złotych, ale większość szczepień działa przez długi czas. Wychodzę z założenia, że warto zainwestować i mieć spokój na kilka lat, zamiast zamartwiać się, gdy w jakimś egzotycznym kraju rozboli cię brzuch lub dostaniesz gorączki. Pamiętaj, że szczepień nie robi się dzień przed wyjazdem. Trzeba zaplanować je z odpowiednim wyprzedzeniem.
-Wizy. Warto sprawdzić, czy kraj, do którego się wybieracie, nie wprowadził obowiązku wizowego dla obywateli Polski. Jest świetna strona, Polak za granicą, na której można sprawdzić aktualne dane dotyczące zarówno wiz, jak i szczepionek.
-Warunki pogodowe. Powiem krótko: trzeba je sprawdzić. Czy jedziecie w porze letniej, czy w porze deszczowej? Od tego zależy, jak spakujecie nasz plecak.
-Ubezpieczenie. Nic nie powinno się zdarzyć, ale po co ryzykować? Ubezpieczenie to koszt kilkudziesięciu złotych, a w razie czego jesteście chronieni i nie zapłacicie jakichś ogromnych pieniędzy za zwykłe badania czy prześwietlenie. A miejsc, gdzie coś może się wam przytrafić podczas podróży, jest sporo.
-Przygotowanie świata na naszą nieobecność. Zawsze, gdy gdzieś wyjeżdżam, muszę przygotować otoczenie na moją nieobecność: zakończyć rozpoczęte zlecenia w firmie, zapłacić ZUS i rachunki do przodu. Nie chcę, żeby podczas wyjazdu cokolwiek zaprzątało moją głowę.
No i kwestie merytoryczne, czyli: co warto...
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej