Wstęp
Nie pisze się dlatego, że chce się coś powiedzieć; pisze się, ponieważ ma się coś do powiedzenia.
- F. Scott Fitzgerald
Cześć, Mózgi!
Znaleźliście moją książkę! KSIĄŻKĘ! Jak do tego doszło? Cóż, najpierw musiałam ją napisać. Dlaczego więc ja, osoba z ADHD, podjęła się czegoś wymagającego długotrwałego wysiłku? Ponieważ gubię rzeczy i zapominam, a to, czego dowiedziałam się przez ostatnich siedemnaście lat, jest zbyt ważne, żebym mogła pozwolić sobie o tym zapomnieć. Jak wyjaśniam w rozdziale 1, moim zamiarem, gdy zakładałam kanał na YouTubie How to ADHD, było zapisanie wszystkiego, czego dowiedziałam się o ADHD, w jednym miejscu, tak żebym mogła to znaleźć, gdy będę tego potrzebowała.
Cóż, od tamtej pory minęły lata. Tworząc treści na swój kanał, zdobyłam głębokie i szczegółowe zrozumienie, z jakimi niewidzialnymi przeszkodami zmagają się osoby z ADHD, jak również poznałam sposoby na radzenie sobie z nimi. Filmiki, które publikowałam (prawie) co tydzień i w których dzieliłam się tym, czego się dowiedziałam, i w których dokumentowałam każdy swój krok w tej podróży, pomogły mi i milionom innych nauczyć się, jak współpracować z naszymi mózgami, zamiast z nimi walczyć.
Tak naprawdę wraz z moim zespołem stworzyliśmy tyle filmików, że nawet ja czuję się nieco przytłoczona ilością zgromadzonych informacji. Czasami żałuję, że nie mogę po prostu zerknąć do spisu treści lub otworzyć okienka wyszukiwania na moim kanale lub w moim mózgu.
Na razie jednak nie jest to możliwe, więc postanowiłam zgromadzić te najważniejsze treści - te, które były najbardziej pomocne dla mnie i dla mojej wspólnoty - w książce. Chciałam stworzyć coś namacalnego, z okładką, spisem treści i indeksem, źródło, do którego będę mogła sięgać, żeby przypomnieć sobie o narzędziach, z których mogę skorzystać, gdy poczuję, że utkwiłam w miejscu. A gdybym przypadkowo zostawiła ją w autobusie, jak połowę swoich szkolnych zeszytów, to będę mogła po prostu kupić sobie nową - gdziekolwiek na świecie będę przebywać (cześć, Mózgi z całego świata!).
Co ważniejsze jednak, chciałam napisać książkę, która dałaby ludziom to samo, co obejrzenie mojej prezentacji dla TEDx lub oglądanie ciurkiem moich filmików, czytanie komentarzy pod nimi lub pójście ze mną na kawę. Chciałam dać innym to, co odkryłam podczas mojej własnej podróży: głębokie zrozumienie tego, jak działają nasze mózgi, poczucie solidarności i skrzynkę pełną narzędzi przeznaczonych do radzenia sobie z konkretnymi wyzwaniami, przed którymi stajemy, ilekroć próbujemy osiągnąć coś, co sobie zamierzyliśmy. Chciałam, żeby niewidzialne przeszkody, na które wpadamy, stały się widoczne dla tak wielu ludzi, jak to możliwe, tak żebyśmy przestali się obwiniać o to, że się o nie potykamy, i zrozumieli, jak je omijać lub pokonywać. I chciałam dokonać tego wszystkiego za pomocą jednej książki.
To był ambitny projekt i nie byłam pewna, jak go zrealizować. Wiele, wiele razy podczas pracy nad nim sądziłam, że to nie jest w ogóle możliwe. Jednak wykorzystałam tworzoną przez siebie książkę, żeby dotrzeć do linii mety - korzystałam z opisanych w niej narzędzi, czytałam anegdoty kończące każdy rozdział, ilekroć czułam zniechęcenie i... oto jest!
To, co trzymasz w swoich dłoniach, to książka, której potrzebowałam, lecz nie dostałam. Może jest to książka, której Ty potrzebowałeś i nie miałeś.
Pomyśl o tej książce jak o przewodniku po ADHD. Znajdziesz w nim mnóstwo cennych wskazówek, strategii, wyników badań oraz wyjaśnień, jak działają nasze mózgi i dlaczego właśnie w taki sposób, jak również potwierdzenie swoich doświadczeń. Nie znajdziesz tu gotowych rozwiązań, jak żyć z ADHD, ale całe menu różnych narzędzi, które zebrałam na podstawie doświadczeń mojej wspólnoty, wiedzy ekspertów, badań i własnego doświadczenia. Znajdziesz tu też głęboką analizę tego, dlaczego w ogóle potrzebujemy tych strategii, tak żebyś mógł wybrać te pasujące do Twojego życia i mózgu. Informacje i strategie, którymi dzielę się w kolejnych rozdziałach, mają na celu pomóc osobom z ADHD, oświecić i wspierać wysiłki tych, którzy kochają kogoś z ADHD, jak również po prostu wspierać i informować każdego, kto zwyczajnie jest człowiekiem.
Jak korzystać z tej książki?
Ta książka została napisana przez mózg z ADHD i dla ludzi z takimi mózgami. Wiem jednak, że osoby z ADHD często mają problem z czytaniem książek. Łatwo się rozpraszamy (lub nudzimy), zapominamy, co właśnie przeczytaliśmy, gubimy miejsce w tekście albo wpatrujemy się w ścianę tekstu przez pięć minut, nie będąc w stanie jej przeczytać.
Z tego powodu byłam naprawdę zdeterminowana, żeby napisać książkę, która będzie przyjazna dla czytelników z ADHD. Na stronach jest dużo białej przestrzeni, akapity są krótkie, a samą książkę przyjemnie trzyma się w dłoniach. Zawarłam tu wiele czytelniczych "skrótów": znajdziesz tu wyodrębnione cytaty, listy wypunktowane i pogrubione śródtytuły, żeby łatwo było Ci wyłowić wzrokiem najważniejsze idee. Ściśle współpracowałam z moją (bardzo cierpliwą!) redaktorką, żeby ten tekst był możliwie jak najbardziej przyjazny dla osób z ADHD i nie tracił zarazem nic z zawartości.
Zamieściłam tu wiele cytatów autorstwa Mózgów z naszej społeczności How to ADHD. Te osoby podzieliły się swoimi osobistymi doświadczeniami. Pisały też o tym, jak omijać różnego rodzaju przeszkody i jak pracować ze swoim mózgiem, na wypadek gdybyś potrzebował pomysłów, jak zastosować którekolwiek z tych narzędzi. Pisałam rozdziały w taki sposób, żeby można je było czytać w kolejności lub przeskakiwać do tych, które Cię bardziej interesują, a przy tym nie tracić żadnych istotnych informacji (w końcu lubimy się uczyć tylko tego, co nas interesuje!). Niemal każdy rozdział podzielony jest na cztery części.
1. Doświadczenie
Na początku każdego rozdziału opisuję swoje osobiste doświadczenia związane z tematyką danego rozdziału - zwykle jest to coś, do czego inne osoby z ADHD mogą się odnieść. Czasami trochę mnie ponosi literacko w tych fragmentach - mogę wykorzystywać metafory, hiperbole lub żarty, żeby czytanie ich (i bądźmy szczerzy, również pisanie) było przyjemniejsze. Jeśli tego typu lektura nie sprawia Ci przyjemności lub wolisz dosłowność od literackich środków stylistycznych i chcesz jak najszybciej dotrzeć do faktów, możesz te wstępy do poszczególnych rozdziałów czytać pobieżnie lub w ogóle pominąć.
Czasami poruszam tam tematy ciężkie emocjonalnie, zwłaszcza we wstępach do rozdziałów "Jak czuć", "Jak być Sercem" i "Jak radzić sobie z ludźmi". Zawsze ważna była dla mnie szczerość, jeśli chodzi o omawianie moich doświadczeń, ponieważ to, z czym się mierzymy, może być bardzo bolesne - możesz jednak zawsze zrobić sobie przerwę lub pominąć te fragmenty, jeśli będziesz mieć taką potrzebę.
2. Czego się dowiedziałam
W tej części każdego rozdziału dzielę się informacjami, które najbardziej pomogły mi w mojej własnej podróży, jak również informacjami, które były najbardziej przydatne zdaniem mojej wspólnoty. Jeśli podoba Ci się przystępny, lecz naukowy styl, którym posługuję się w niektórych swoich filmikach - wykładach, to ta część rozdziałów jest właśnie dla Ciebie.
Zgromadziłam fakty i informacje z wiarygodnych źródeł, takich jak recenzowane przez innych naukowców badania, książki pisane przez doradców w zakresie ADHD, lekarzy i badaczy, jak również płynące z rozmów z ekspertami w tej dziedzinie. Niemniej należy mieć świadomość, że na każdy z tych tematów można się dowiedzieć o wiele, wiele więcej, niż byłam w stanie zawrzeć w tej książce. Cały czas ukazują się też wyniki nowych badań. Jeśli jesteś ich ciekawy, to powinieneś traktować tę książkę jedynie jako punkt wyjścia do dalszej nauki - w przypisach końcowych znajdziesz źródła cytowanych przeze mnie badań, jeśli chcesz głębiej zanurzyć się w ten temat.
3. Skrzynka z narzędziami
W sekcji "Skrzynka z narzędziami" znajdziesz strategie, które będą współdziałały z Twoim mózgiem ADHD, a nie będą z nim walczyć. Są one oparte na badaniach, często są też zalecane przez specjalistów zajmujących się ADHD, jak również sprawdziły się u mnie i u członków mojej społeczności. W każdej części zatytułowanej "Skrzynka z narzędziami" znajdziesz cztery strategie lub pięć (narzędzi), opartych na badaniach naukowych, jak również kilka sposobów na to, jak ich używać.
Ważne jest, żeby wiedzieć, iż żadne z tych narzędzi nie jest magiczną różdżką, która bezboleśnie wyeliminuje przeszkody, z jakimi mierzą się osoby z ADHD. Każdy z nas ma pewne narzędzia, po które sięga częściej, i takie, z których korzysta jedynie okazjonalnie. Każdemu z nas też trafiają się dni, kiedy nic nie działa. Mam jednak nadzieję, że nim skończysz lekturę tej książki, skompletujesz własną skrzynkę z narzędziami. Z mojego doświadczenia wynika, że to znacznie lepsze niż skrzynka, w której znajduje się karteczka samoprzylepna z tekstem: "Powinieneś bardziej się starać". Nawet jeśli niektórych narzędzi nigdy nie wykorzystasz, będziesz je mieć pod ręką, na wypadek gdybyś ich potrzebował.
W dodatku A znajdziesz nowiuteńką, lśniącą skrzynkę z narzędziami - to znaczy kartkę, którą możesz skopiować lub wydrzeć, albo możesz na niej pisać - cokolwiek zechcesz. Jest to miejsce na wypisanie trzech narzędzi, którym chciałbyś dać szansę. Zapisz też, przez jak długi czas zamierzasz je wypróbowywać (w przypadku niektórych strategii potrzeba więcej czasu, nim będziesz mógł to robić na tyle swobodnie i rutynowo, żeby rzeczywiście zaczęły ułatwiać Ci życie) i w jakim celu. Nie bez powodu ograniczam tu wybór jedynie do trzech narzędzi - budowałam swoją skrzynkę z narzędziami przez ponad siedem lat, ucząc się jednego z nich na tydzień, a mimo to bywało to przytłaczające. Nasze mózgi chcą robić wszystko, jednak sugeruję dodawanie kolejnych narzędzi powoli, tak żeby dać sobie czas na przyzwyczajenie się do tych, z których w danym momencie korzystasz (lub zdecydować, że ich nie cierpisz).
4. Końcowa anegdota
Po spędzeniu miesięcy lub lat na badaniu jednego tematu często odkrywam, że moje spojrzenie na różne kwestie się zmienia. Końcowa część każdego rozdziału zawiera właśnie tę zmianę perspektywy. Postanowiłam zawrzeć te historie, żeby przypomnieć Czytelnikowi (i sobie), że nie ma jednego sposobu patrzenia na jakiekolwiek zagadnienie i że zawsze możemy nauczyć się czegoś nowego - przy czym nie chodzi tu jedynie o pozyskanie nowych informacji, lecz o nowe spojrzenie na nie. To jedna z najwspanialszych rzeczy w posiadaniu mózgu.
Książka? Książka!
A więc oto jest: Jak ogarnąć ADHD.
Ta podróż zaczęła się jako mój osobisty projekt, mający na celu ustalenie, jak lepiej współpracować z moim własnym mózgiem.
Szybko przekształciło się to w projekt grupowy. Moja wspólnota rzuciła się do pomocy, zanim jeszcze pomyślałam, żeby o to poprosić. Wiele z tego, co tu napisałam, dowiedziałam się z rozmów z Mózgami, Sercami, ekspertami od ADHD i badaczami*.
Przez lata dzieliliśmy się w długich, głębokich rozmowach tym, co to znaczy mieć ADHD. Doszliśmy do wniosku, że realistycznym celem nie jest być "normalnym", lecz nauczyć się funkcjonować, i że paradoksalnie czasami oznacza to zachowywanie się w sposób mniej (neuro)-typowy, ponieważ to umożliwia nam ocalenie zdrowia psychicznego, osiągnięcie szczęścia i bycie dobrymi i szczodrymi dla siebie i dla naszych bliskich.
Oferuję Ci wszystko, czego się nauczyłam. Jestem naprawdę dumna z tego, jaka jest tak książka. Dziękuję, że udało Ci się do niej dotrzeć. Pozwól swojemu mózgowi zapoznać się z jej stronami w sposób najbardziej dla niego dogodny. Ta książka została napisana z myślą o nim i mam nadzieję, że mu się spodoba. A jeśli natrafiłeś w niej na naszą społeczność po raz pierwszy...
...to witaj, Mózgu!
* Nazywam moich widzów "Mózgami" (cześć, Mózgi!), ponieważ to ich mózgi przyprowadziły ich do mojego kanału. A poza tym chcą się dowiedzieć czegoś więcej o swoich mózgach. Ludzi, którzy znajdują mój kanał, ponieważ kochają kogoś z ADHD i chcą go lepiej rozumieć, nazywam "Sercami" (cześć, Serca!), ponieważ to ich serce ich tam przyprowadziło (napisałam dla nich też cały rozdział w tej książce, patrz rozdział 12).
Uwagi o języku
Jeśli chodzi o język, to priorytetem dla mnie jest dostępność. Tak wielu z nas natrafiło na problemy z dostępem: do informacji na temat funkcjonowania naszego mózgu, potrzebnego nam wsparcia, siebie nawzajem, a nawet do siebie samych i własnego głosu.
Istnieje język, który ogranicza dostęp lub go odmawia - nie używam go ani nie pozwalam na używanie go w mojej wspólnocie. To język, który atakuje, zawstydza lub ucisza innych.
Istnieje język, który daje dostęp. Na przykład słowo "inwalidztwo" daje nam dostęp do ochrony prawnej i udogodnień. "Upośledzenie" pomaga wyjaśnić, czego możemy potrzebować i w jakich obszarach możemy doświadczać trudności. Wywodzące się z badań określenia takie jak "hamowanie reakcji", "myślenie dywergencyjne" czy "pamięć robocza" dają nam i naszym lekarzom dostęp do informacji o naszych deficytach i silnych stronach w porównaniu z neurotypowymi mózgami, co umożliwia nam otrzymanie leczenia dostosowanego do naszych potrzeb. Język potoczny i określenia takie jak "mózgopapka" czy "spirala śmierci" pozwalają nam rozmawiać o naszych trudnościach z osobami, które nie mają wykształcenia i pomagają nam budować wspólnotę.
Istnieje język, którego ludzie używają, żeby identyfikować siebie lub osoby, które kochają: język stawiający na pierwszym miejscu osobę, język stawiający na pierwszym miejscu cechy osoby lub terminologia taka jak "neurotypowy" lub "neuroróżnorodny". Ludzie gorąco spierają się o to, jaki język jest odpowiedni. Niektóre wspólnoty zakazują używania pewnych terminów, ingerując również w to, jak ludzie mówią o sobie. Ja tego nie robię.
Wprawdzie język, którego używamy, jest ważny, jednak sztywne narzucanie określonych zasad językowych może sprawić, że odmówimy dostępu tym osobom, które potrzebują go najbardziej, tym, które mają najmniejszą elastyczność poznawczą czy nie potrafią zapamiętać "właściwych" określeń lub tym, które mieszkają w miejscach o najniższym zrozumieniu zjawiska ADHD. Taka sztywność może prowadzić do alienacji i izolacji tych osób, którym nie przeszkadza odmienna terminologia lub które znajdują się w innym punkcie swojej podróży do poznania siebie i samoakceptacji. Co więcej, niektórzy ludzie potrafią złośliwie używać "właściwego" języka w sposób prowadzący do stygmatyzacji naszej społeczności, podczas gdy inni mogą używać "niewłaściwych" słów w akceptującym, wspierającym kontekście.
Osobiście staram się używać takiego języka, jaki preferuje dana jednostka. To wybór "właściciela mózgu", jak to ujmuję. Z tego względu staram się posługiwać językiem danej społeczności, jeśli istnieją w tym zakresie jasne preferencje. W naszej społeczności ludzie często używają różnych terminów na określenie tego samego zjawiska. W takich przypadkach używam ich wymiennie.
I wreszcie moim zamiarem jest walczenie ze stygmatem otaczającym ADHD poprzez edukację i zrozumienie, jak również normalizację ADHD na tyle, żeby można było zakładać, że intencja była pozytywna i pełna szacunku niezależnie od konkretnego języka użytego w wypowiedzi - tak jak można mnie scharakteryzować jako dziewczynę z zielonymi oczami lub jako zielonooką dziewczynę i nie oznacza to, że ktokolwiek, ze mną włącznie, myśli o mnie źle. Mam nadzieję, że język użyty w tej książce pozwoli przybliżyć się do tego celu.
Jeśli chodzi o to, jak mówię o sobie, to stosuję język stawiający na pierwszym miejscu osobę lub cechy charakterystyczne, w zależności od kontekstu. Lubię również potoczne, stworzone przez naszą społeczność określenia, takie jak "neuro-pikantny", zwłaszcza gdy mówię o swoich lękach lub traumatycznych doświadczeniach. Zajęło mi trochę czasu przyzwyczajenie się do słów, których obecnie używam. Długo unikałam określeń takich jak "inwalidztwo" czy "niepełnosprawność", ponieważ dyskryminacja z ich powodu jest głęboko zakorzeniona w naszym społeczeństwie i w dużej mierze zinternalizowałam to nastawienie. Większym problemem było jednak to, że nie czułam się "dostatecznie niepełnosprawna", żeby przyjąć tę tożsamość i wiążące się z nią przywileje i ochronę. Długo trwało, nim zrozumiałam, że to właśnie mój zinternalizowany ableizm mówił mi, że "powinnam" sobie poradzić bez tego.
Mam nadzieję, że użycie słowa "niepełnosprawność" pozwoli mi uwolnić się od zakorzenionego we mnie ableizmu, jak również pomoże innym zaakceptować siebie i wystąpić o potrzebne im ochronę i wsparcie. Tak naprawdę wiele rzeczy można uznać za niepełnosprawność, nawet ciążę. Według Ustawy o Amerykanach z niepełnosprawnościami1 (Americans with Disabilities Act) "niepełnosprawność" oznacza "upośledzenie funkcji umysłowych lub fizycznych, które znacząco ogranicza jedną lub więcej z życiowych aktywności" - może to zatem obejmować umiejętność skupienia się, pracy, koncentracji lub komunikacji. Poznanie i przyjęcie tej definicji naprawdę mi pomogło.
Jeśli chodzi o stygmat niepełnosprawności i chęć otwartej rozmowy o własnych ograniczeniach, to muszę przyznać, że miałam tu ułatwiony start.
Niepełnosprawność to tożsamość, którą dzielę z moją matką. Urodziła się z jedną nogą krótszą od drugiej i po kilku nieudanych operacjach pozostało jej poruszanie się po świecie w specjalnym obuwiu ortopedycznym, o kulach lub na wózku. Była również utalentowaną nauczycielką przedszkolną oraz najsilniejszą i najbardziej zaradną kobietą, jaką kiedykolwiek poznałam. Nadal słyszę jej zdumiony głos, gdy usłyszawszy, że nie może robić czegoś, na czym jej zależało, powiedziała: "Jak to nie mogę uczyć w tej sali, bo poruszam się o kulach? Połóżcie tam wykładzinę!" (i tak zrobiono!).
Moja matka mówiła otwarcie o swojej niepełnosprawności każdemu, kto był tego ciekaw. Dzieci gapiły się na nią w sklepie i pokazywały ją palcami. Gdy zadawały pytania w rodzaju: "Co jest nie tak z pani nogą?", ich rodzice czerwienieli, próbowali szybko zabrać dzieci lub zaczynali je karcić.
Moja mama zawsze odpowiadała: "Nie, pozwólcie im pytać!". Następnie cierpliwie tłumaczyła, skąd wzięły się jej blizny, pozwalała im ich dotknąć ("Widzisz? Nic się nie dzieje!#") i pomagała im zrozumieć, w jaki sposób pomaga sobie kulami przy poruszaniu się. Wiedziała, że te wyjaśnienia sprawią, że jej doświadczenia staną się dla nich czymś normalnym i pomogą im zrozumieć, że istnieją różnice w funkcjonowaniu różnych ciał. Wiedziała, że to doświadczenie przyczyni się do zwalczania stygmatyzacji i dyskryminacji ludzi, którzy są "inni". Zachęcała każdą ciekawą osobę do udziału w rozmowie, nawet jeśli początkowo ludzie czuli się z tym niezręcznie.
Wiedziała, że chociaż ludzie mają różne sposoby komunikacji, język rozwija się poprzez rozmowę.
Jako osoba zajmująca się zaburzeniami mowy i rozwoju językowego moja mama miała za zadanie pomagać swoim uczniom z niepełnosprawnościami uczyć się komunikować. Zawsze zachęcała ich do wykorzystywania alternatywnych sposobów komunikacji lub systemów wspomagania mowy, tak żeby każdemu ze swoich uczniów umożliwić bycie wysłuchanym i zaspokojenie ich potrzeb w czasie, gdy uczyli się mówić.
Wiedziała, że wbrew rozpowszechnionym opiniom i obawom ludzi wykorzystanie innych niż mowa sposobów komunikacji wcale nie utrudniało jej uczniom nauki mówienia w przyszłości, lecz stanowiło jedynie etap przejściowy w drodze do tego celu. Każdego lata, odkąd skończyłam pięć lat, pojawiałam się na jej zajęciach z własnej woli i zasady panujące w jej klasie przyświecają mi we własnej pracy. Oto one: jesteśmy tu, żeby się uczyć. Robimy miejsce dla różnic. Dajemy wszystkim głosom szansę na to, by zostały wysłuchane.
Moja matka prezentowała język swoim uczniom, a potem pozwalała im odpowiadać tak, jak byli w stanie. To dawało im poczucie bezpieczeństwa i sprawstwa - a to z kolei sprawiało, że łatwiej im było pozostać w konwersacji i z czasem nauczyć się komunikować w bardziej złożony i zniuansowany sposób. To właśnie przekazała mi - zarówno w klasie, jak i poza nią - moja mama, pani McCabe albo "abecca", jak nazywało ją wielu jej uczniów. Dla uczczenia jej pamięci nadal staram się posługiwać tymi zasadami, zarówno w tej książce, jak i poza jej stronicami.
# Gdy spotykasz kogoś z niepełnosprawnością, dobrze jest pytać o jego preferencje. Nie ma nic złego w zadawaniu pytań - na przykład czy możesz pogłaskać psa przewodnika lub dotknąć wózka inwalidzkiego, albo w jaki sposób mógłbyś pomóc. Każdy ma inne potrzeby i preferencje. Ważne jest, żeby nie zakładać niczego z góry.
Rozdział 1. Jak ponieść klęskę we wszystkim
Bądź sobą!... Nie, nie tak!
- społeczeństwo
Potencjał
Przez całe życie miałam wrażenie, że nie daję rady być osobą, którą powinnam być.
Gdy byłam mała, moja mama odwoziła mnie do szkoły z włosami zaplecionymi w warkocze, w czystej kurtce, jeszcze ciepłej po suszeniu w suszarce, czytającą po cichu nową książkę. Pod koniec dnia odbierał mnie tata - brudną, rozczochraną, z rozpiętym plecakiem, w którym panował bałagan, i trzęsącą się z zimna i niepokoju, bo zapomniałam kurtki.
Szłam do szkoły, wyglądając jak osoba, którą powinnam być. Wracałam, wyglądając jak... ja.
Nie byłam taka, jak wszyscy tego oczekiwali.
Gdy masz osiem lat, ludzie oczekują, że będziesz w stanie się ubrać, pamiętać o zawiązaniu butów i zapięciu plecaka. O podstawach, słowem. Gdy masz trzydzieści lat, otoczenie się spodziewa, że będziesz punktualnie przychodzić do pracy, płacić rachunki i tankować samochód, zanim zabraknie ci benzyny.
Nigdy nie byłam dobra w spełnianiu takich podstawowych oczekiwań.
Potrafiłam natomiast je przekraczać .
W szkole co roku podchodziłam do standardowych testów, które mierzyły moje umiejętności z poszczególnych przedmiotów i porównywały je do programu szkolnego. Gdy byłam w trzeciej klasie, mój wynik testu z umiejętności czytania ze zrozumieniem oznaczono jako "PSŚ". Zapytałam nauczycielki, co to znaczy. Nie wiedziała, więc zapytała dyrektora, który odpowiedział: "Powyżej szkoły średniej" (tak, naprawdę lubiłam czytać).
W szkole średniej miałam napisać esej. Nie pamiętam, jaki był temat, ale postanowiłam, że aby należycie go zgłębić, musiałam udać się na fermę kaczek, kupić jajka, inkubować je, tak żeby się wykluły, a następnie odchować kaczątka i nauczyć je pływać w naszej wannie. To nie był bynajmniej projekt na targi naukowe... Chodziło o esej z angielskiego . Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, że muszę zrobić coś takiego, ale gdy zaprezentowałam klasie mój esej, byłam jedyną uczennicą, za którą po terenie szkoły podążały trzy kaczątka.
W college'u zapisałam się na liczne zajęcia związane z przemysłem muzycznym, ponieważ chciałam wspierać swojego ówczesnego chłopaka, który był muzykiem. Nie planowałam zostać kompozytorką, ale zapisałam się na zajęcia z kompozycji, na których nauczyłam się, jak pisać muzykę, wykorzystując matematykę. Byłam w tym całkiem niezła. Nauczycielka powiedziała mi coś, co słyszałam przez całe życie: "Masz tak wielki potencjał !".
Oczekiwania
Fakt, że czasami potrafiłam przechodzić oczekiwania, sprawiał, że jeszcze bardziej frustrujące zarówno dla mnie, jak i dla wszystkich dookoła było to, że nie potrafiłam sprostać tym najprostszym sprawom.
Być dobrą córką
Jako córka powinnam sprawić, żeby moi rodzice byli ze mnie dumni.
Jednak z trudem mogłam sprostać większości oczekiwań moich rodziców: sprzątać w swoim pokoju, odrabiać lekcje i zachowywać się należycie przy obiedzie. Próbowałam więc zdobyć ich szacunek w inny sposób.
Gdy byłam w szkole średniej, moja mama przeżyła wypadek samochodowy, w którym zginęły dwie jej przyjaciółki. Po wypadku miała uszkodzony kręgosłup i nigdy w pełni nie doszła do siebie. Jako że żadna z osób za kierownicą nie była ubezpieczona, a moja mama - nauczycielka w szkole specjalnej - nie mogła pracować, sytuacja finansowa naszej rodziny z dnia na dzień zmieniła się ze stosunkowo komfortowej na dramatycznie złą. Mama musiała wrócić do pracy szybciej, niż prawdopodobnie powinna.
W wieku piętnastu lat rozpoczęłam swoją karierę aktorską, ponieważ jako dziecko dorastające w Los Angeles wiedziałam, że jest to droga, dzięki której ktoś w moim wieku mógłby zarobić tyle pieniędzy, żeby utrzymywać rodziców. Nie chciałam, żeby moja mama musiała więcej pracować: było oczywiste, że odczuwa ból. Nie mogłam sprawić, żeby jej nie bolało, ale mogłam próbować uczynić jej życie łatwiejszym.
Gdy moi rodzice przeżywali problemy małżeńskie, usiłowałam odgrywać ich terapeutkę.
Gdy mój młodszy brat miał poważne problemy ze zdrowiem psychicznym, próbowałam pośredniczyć w kontaktach między nim a rodzicami. Czasami sama byłam dla niego jak rodzic.
Po długotrwałej terapii rozumiem, że to nie było zdrowe, jednak naprawdę rozpaczliwie pragnęłam być dobrą córką i uczynić życie mojej niepełnosprawnej matki łatwiejszym, więc robiłam, co w mojej mocy, tym bardziej że miałam poczucie, iż byłam "trudnym dzieckiem".
Uważać w klasie
Jako uczennica powinnam wiedzieć, co się dzieje w klasie.
W szkole podstawowej gapienie się w okno lub rozpraszanie się podczas testu uchodziło mi na sucho, ponieważ byłam bystra, przez cały dzień siedzieliśmy w jednej sali, dostawaliśmy naklejki i inne nagrody, co motywowało mnie do pracy. Jednak w szkole średniej, gdy już sama byłam odpowiedzialna za motywowanie się do nauki i organizowanie sobie pracy, wszystko zaczęło się walić.
Gdy miałam około 12 lat, miałam tak duże trudności w szkole, że moja mama zaprowadziła mnie do lekarza, a ten zdiagnozował u mnie zespół niedoboru uwagi (ADD) * . Przepisano mi lek pobudzający, który pomógł mi się skoncentrować. Moja średnia poszła w górę, chociaż niczego innego nie zmieniłam, po prostu to, co robiłam wcześniej, nagle zaczęło działać . W oczach wszystkich moje ADD zostało wyleczone i to miał być koniec tej historii.
Jednak wprowadzenie leków niosło za sobą nowe oczekiwania. Teraz oprócz "Przestań się wygłupiać, jesteś już gotowa do wyjścia?" słyszałam jeszcze "Wzięłaś leki?". Uznałam, że nie mam już wymówki, by nie być tym, kim wszyscy chcieli, żebym była: zdolną uczennicą, która dostawała same piątki i "przyjemnie było ją mieć w klasie".
Oprócz tego, że radziłam sobie w szkole i miałam czas na zajęcia pozalekcyjne, musiałam jeszcze pamiętać o comiesięcznych wizytach u lekarza, chodzić na nie, odbierać receptę, realizować ją w ciągu dwóch dni od wydania i codziennie o odpowiedniej porze zażywać leki (musiało to nastąpić po tym, jak się obudziłam, ale niezbyt późno, tak żeby nie zakłócało to mojego snu w nocy).
Gdy leki przestawały działać lub jeśli zapomniałam ich zażyć, miałam jeszcze gorsze problemy niż wcześniej.
Skończyć studia
Jako zdolna uczennica powinnam była skończyć college.
Wprawdzie przegapiłam każdy możliwy termin złożenia papierów na uniwersytet, ale bardzo dobrze poradziłam sobie na egzaminach wstępnych do dwuletniego college'u. Moja doradczyni powiedziała mi, żebym się nie martwiła, bo będę mogła stamtąd przenieść się na czteroletnie studia bez żadnego problemu.
Jednak mimo jej wiary we mnie w jakiś sposób udało mi się zawieść kolejne oczekiwanie: tę część nauki w college'u, gdzie trzeba zaplanować sobie spełnienie wymagań ukończenia go. Chciałam studiować dziennikarstwo, ale zamiast na zajęcia z pisania zapisałam się na szermierkę. I balet. I śpiew operowy. I na włoski, żebym mogła zrozumieć, co śpiewam w operze. W jednym semestrze postanowiłam zapisać się na statystykę, która rzeczywiście potrzebna mi była do dyplomu. Zapomniałam zarejestrować się na kurs na czas ? , ale profesor powiedział, że i tak mogę chodzić na zajęcia, a gdy spełnię wymogi formalne w kolejnym semestrze, wpisze mi ocenę, jaką uzyskam.
Statystyka jest trudna . Chodziłam na wszystkie wykłady, poświęcałam dwie godziny dziennie na odrabianie zadań domowych i naprawdę doskonale radziłam sobie na zajęciach. Ale w kolejnym semestrze znowu zapomniałam się na nie formalnie zapisać. Do końca roku akademickiego chowałam się po krzakach, ilekroć widziałam tego profesora na terenie kampusu. Gdy zebrałam się na odwagę, żeby przyznać się do błędu w kolejnym roku akademickim i zapytać, czy mogę nadal się zapisać na zajęcia i dostać swoją piątkę, powiedział, że już jest za późno i będę musiała uczestniczyć w zajęciach jeszcze raz. Tak mnie to zniechęciło, że wkrótce zrezygnowałam z nauki. Statystycznie rzecz biorąc, wiedziałam, że moje szanse na ukończenie studiów w najbliższym czasie nie były zbyt dobre.
Odnieść sukces
Nie potrafiłam zrealizować swojego potencjału jako studentka, więc próbowałam to zrobić na gruncie zawodowym.
Po tym, jak zrezygnowałam z college'u, postanowiłam ponownie spróbować aktorstwa. Mój nauczyciel teatru przedstawił mnie menedżerowi, który również we mnie wierzył.
Podeszłam do aktorstwa tak samo, jak podchodziłam do wszystkiego - z nieskończonym entuzjazmem! O ile coś mnie nie rozproszyło... albo nie musiałam robić czegoś nudnego, w rodzaju uczenia się roli na pamięć, słuchania, gdy ktoś inny mówił, lub trwania w miarę nieruchomo, co zajmuje w sumie około dziewięćdziesięciu procent czasu zawodowych aktorów.
Odniosłam kilka wczesnych sukcesów, jednak w miarę upływu czasu okazji było coraz mniej (ostrzeżenie o treści: znajdziesz tu szczere omówienie zaburzeń odżywiania).
Moja menedżerka i agentka miała kilka pomysłów, jak ruszyć moją karierę z miejsca: "Zrzuć pięć kilo, a znajdziemy ci rolę w pilocie!". Próbowałam nowej diety lub ćwiczeń, jednak nigdy nie potrafiłam wytrwać przy nich na tyle długo, żeby odniosły jakikolwiek skutek. Zniechęcałam się i poddawałam albo kończyły mi się pieniądze na zatrudnianie osobistego trenera, na którego od początku nie było mnie stać, albo kupowałam dehydrator lub inne bajery mające mi pozwolić przestrzegać najnowszej diety. Nie jestem pewna, czy kwalifikowałam się do diagnozy zaburzeń odżywiania, ale zdecydowanie mój sposób odżywiania był zaburzony (patrz ramka "Porozmawiajmy o jedzeniu" w rozdziale 11).
Wnosiłam swój wstyd i frustrację na każde przesłuchanie. Nie schudłam o pięć kilogramów. Widziałam inne dziewczyny wchodzące na przesłuchanie do tej samej roli i wydawały mi się szczuplejsze, ładniejsze albo lepiej przygotowane. Ja nawet nie pamiętałam mojej kwestii.
Poświęcałam kilka dni na przygotowania do przesłuchania, po czym gdy przychodziło co do czego, zachowywałam się na nim w sposób, który mówił reżyserowi: "Przepraszam, że zmarnowałam twój czas".
Nie chodziło o samą grę aktorską. W ciągu dziesięciu lat po tym, jak zrezygnowałam z college'u, rzuciłam piętnaście różnych posad lub zostałam z nich zwolniona i zarzuciłam kilka pomysłów na karierę.
Jako pracownik byłam przede wszystkim nieprzewidywalna. Czasami bywałam gwiazdą. W mojej pierwszej pracy w domu opieki dla milionerów zauważyłam, że nie mają tam zorganizowanego systemu przyjmowania zamówień, więc go stworzyłam. Przychodziłam do pracy wcześnie, wykonywałam wszystkie dodatkowe obowiązki przed pójściem do domu i zostawałam dłużej, jeśli była taka potrzeba.
W innej pracy wyszłam w porze lunchu zobaczyć się z chłopakiem i już tam nie wróciłam. Domyślam się, że mnie zwolnili, ale nie wiem tego na pewno. Jeśli dobrze pamiętam, to nie odebrałam telefonu, gdy do mnie zadzwonili, i nigdy więcej nie odwiedziłam tego McDonalda.
Zająć się domem - i wszystkimi domownikami
Jako dziecko lat dziewięćdziesiątych patrzyłam, jak moja matka wychowuje trójkę dzieci, pracuje zawodowo, utrzymuje porządek w domu, zarządza finansami i każdego wieczoru stawia na stole obiad.
Ja w wieku trzydziestu lat nie potrafiłam nawet utrzymać porządku w swoim samochodzie. Mój schowek był pełen niezapłaconych mandatów za złe parkowanie. Moja kariera aktorska stała w miejscu i zarabiałam na czynsz, pracując dorywczo jako kelnerka.
Wstydziłam się tego, jaki bałagan panował u mnie w domu. Czasami czułam się tak przytłoczona, że moja mama przychodziła i pomagała mi sprzątać. Moja mama, która, jak pamiętacie, miała problem z poruszaniem się i cierpiała z powodu przewlekłego bólu! Nosiła rzeczy do pomieszczeń, w których powinny się znajdować, i odkładała je na miej sce, zmywała moje naczynia i sprzątała w moim samochodzie, poruszając się o kulach. Ja fizycznie byłam całkowicie sprawna, więc dlaczego nie mogłam tego robić sama? ?
Desperacko pragnąc udowodnić swoją wartość jako dorosła kobieta, wyszłam za mąż za chłopaka, z którym byłam od paru lat. Zaplanowałam piękny ślub, zapisałam się na kurs tańca, znalazłam cudowną suknię ślubną, wyglądającą jak suknia balowa, i nauczyłam się walca. To małżeństwo przetrwało cztery miesiące.
Widziałam kobiety w moim wieku, które robiły oszałamiające kariery, miały stałe związki i idealne paznokcie. Tymczasem ja byłam spłukana, rozwiedziona i pracowałam w restauracjach, więc miałam zniszczone dłonie (krojenie cytryn w godzinach obiadowego szczytu, ponieważ nie potrafi się obliczyć, ile ich będzie trzeba na danej zmianie, naprawdę nie jest łatwe, zwłaszcza gdy na dodatek jest się niezdarą! Ale w końcu to nie miał być mój stały zawód... Musisz sobie poradzić, Jess, nie bądź leniwa ...).
Czego się dowiedziałam
Wiedziałam, że nie jestem osobą, którą powinnam być, a przynajmniej nie stale, i zamiast znaleźć prawdziwe wyjaśnienie, akceptowałam i zinternalizowałam to, które mi podsuwano.
Jestem nieodpowiedzialna
"Odpowiedzialni ludzie kończą to, co zaczęli", myślałam. "Nie wycofują się, nie odkładają na później ani nie unikają rzeczy, które powinni robić". Ale ja? Ja wydawałam pieniądze, których nie miałam, na rzeczy, których nie potrzebowałam, lub aby zastąpić te, których nie mogłam znaleźć, a potem zapominałam zapłacić rachunki. Pojawiałam się na zajęciach, spotkaniach i w pracy spóźniona lub nieprzygotowana. Składałam przyjaciołom obietnice i łamałam je, gdy coś odwróciło moją uwagę lub poczułam się przytłoczona.
Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek powiedział mi w twarz, że jestem nieodpowiedzialna, ale słyszałam, co mówiono o innych, którzy zawodzili w podobny sposób. Nietrudno było dodać dwa do dwóch.
Jestem bałaganiarą
Gdy dorastałam, miałam przezwisko Messy Jessie (Nieporządna Jessie). Zasłużenie. Mój pokój zazwyczaj wyglądał, jakby coś w nim wybuchło. W moim plecaku i na moim biurku stale panował bałagan. Regularnie coś na siebie wylewałam.
Mimo że wyrosłam z tego przezwiska, nigdy nie wyrosłam z bałaganienia. Bałam się wizyty gości, ponieważ nie chciałam, żeby ludzie widzieli, jak wygląda moje mieszkanie. Gdy przyjaciele pytali, czy mogę ich odwieźć do domu, moja decyzja nigdy nie zależała od tego, jak daleko mieszkali ani co miałam zaplanowane tego dnia, lecz od tego, ile rzeczy leżało na siedzeniu pasażera i czy będę w stanie przerzucić je do tyłu na tyle szybko, żeby nie musieli stać przez pięć minut na chodniku, nie mając do roboty nic innego niż oglądanie i osądzanie.
Moje myśli, emocje i mowa były równie nieuporządkowane. Myliło mi się, gdzie miałam się z kimś spotkać i pojawiałam się w niewłaściwym miejscu lub o niewłaściwym czasie. Przeskakiwałam etapy w budowaniu relacji, na przykład zapominałam, że trzeba sprawdzić, czy się kogoś lubi , nim zacznie się z nim umawiać na randki. Otwierałam się zanadto przed nieznajomymi, lecz zapominałam wspomnieć o ważnych sprawach ludziom, z którymi byłam blisko.
Chciałam być zabawną, wyluzowaną przyjaciółką i partnerką. Chciałam być zorganizowana, bystra i zwięzła, ale miałam mnóstwo uczuć i zbyt wiele myśli, a gdy starałam się je wyrazić, słowa płynęły z moich ust niepohamowanym potokiem, pomieszane i zawsze kończyło się na tym, że zaczynałam przepraszać, że jestem tak niepozbierana.
Jestem "nieuważna"
Moi nauczyciele pierwsi zwrócili mi uwagę, że jestem "nieuważna". Zapominałam oddawać zadania domowe, nie dotrzymywałam terminów i zapominałam o lunchu. Moje sprawdziany wracały z dopisanymi czerwonym długopisem uwagami: "Błędy wynikające z nieuwagi". Zawsze byłam dzieckiem, które zajmowało drugie miejsce w dyktandzie, ale "mogłam być lepsza, gdybym tylko się uczyła". Byłabym w stanie odpowiedzieć na pytanie nauczycielki, gdybym "uważała".
Gdy dorosłam, tego typu błędy zaczęły mieć poważniejsze konsekwencje. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną w korporacji i poszło mi dobrze. Firma oferowała mi wyższą pensję niż kiedykolwiek miałam w życiu. Szybko przyjęłam propozycję i zaczęli dla mnie szykować biurko. Miałam dostać służbowy samochód! Wreszcie miałam być prawdziwie dorosła! Byłam strasznie podekscytowana, dopóki nie otrzymałam od nich telefonu.
Sprawdzili mnie i okazało się, że moje prawo jazdy zostało zawieszone. Nie mogli mnie zatrudnić, bo nie mogli mi pozwolić na prowadzenie służbowego samochodu.
Moje prawo jazdy zostało zawieszone z powodu stłuczonego tylnego światła, co wydarzyło się cztery miesiące wcześniej. Naprawiłam światło, ale zapomniałam zapłacić mandatu - kolejny "błąd wynikający z nieuwagi".
Przeciągłe echo tych przekonań
Nadal czasami mówię do siebie te negatywne rzeczy, mimo że już wiem lepiej. Te osądy - nawet gdy już wiem, jak bardzo są niesłuszne, nawet teraz, gdy rozumiem biologiczne mechanizmy trudności, z którymi się mierzę i za które się obwiniam - są ugruntowanymi przez dekady ścieżkami nerwowymi, którymi nadal odruchowo podążają moje myśli.
W dniu, w którym pisałam tę część rozdziału, miałam moderować dyskusję online, której przygotowanie zajęło kilka miesięcy. Zbyt szybko zerknęłam w kalendarz i przeoczyłam to, że powinnam się zalogować pół godziny przed jej rozpoczęciem. Jak tylko uświadomiłam sobie swój błąd, popędziłam do swojego biura, przyłączyłam się do spotkania na wideoczacie o kwadrans spóźniona i odetchnęłam z ulgą, że przynajmniej pojawiłam się tam przed rozpoczęciem dyskusji - po czym uświadomiłam sobie z przerażeniem, że bateria mojego laptopa pokazuje 3% i zapomniałam ładowarki .
Wiedziałam, jak to będzie wyglądać. Wiedziałam, co ludzie sobie pomyślą.
"Co za nieodpowiedzialność", słyszałam w głowie ich głosy, rozpaczliwie przekopując się przez bałagan w moim plecaku i powstrzymując łzy. Jeszcze miałam nadzieję, że się myliłam, że moja ładowarka gdzieś tam jest. Nie było jej.
"Na pewno ma to gdzieś".
Ale to nieprawda, ja bardzo się przejmuję i naprawdę rozpaczliwie pragnę być tą osobą, którą powinnam być. Próbowałam. Próbowałam wszystkiego, co sugerowali mi pełni dobrych chęci lekarze, nauczyciele, przyjaciele, rodzice, profesjonaliści i obcy w internecie, jak również tego, co wymyśliłam i odkryłam sama. Udało mi się wyewoluować ponad złe mechanizmy przystosowawcze, które wymieniam w tym rozdziale, jednak chciałam o nich wspomnieć, ponieważ tak wielu z nas przechodzi przez życie bez potrzebnego wsparcia i strategii, które naprawdę miałyby dla nas sens. To był mój pierwszy zestaw "narzędzi".
Skrzynka z narzędziami
Można to sprowadzić do pięciu strategii, których kiedyś używałam. Bez przerwy. Zebrałam je tu dla Twojej wygody.
1. Zaprzeczanie
Bardzo niewiele osób wiedziało, jak jest mi ciężko, bo stałam się mistrzynią udawania, że wszystko jest w porządku. Niepokój pozwalał maskować moje zapominalstwo ( Czy na pewno to zrobiłam? Lepiej sprawdzę. Lepiej sprawdzę jeszcze raz ). Niepokój ukrywałam pod maską wesołości ( Wszystko w porządku, nic mi nie jest ). Udawałam, że pamiętam imiona ludzi, równocześnie szukając w myślach jakichś wskazówek. Udawałam, że zaczęłam pracować nad projektem, który miałam skończyć na następny tydzień. Udawałam, że trzymam się swojego budżetu i mogę sobie pozwolić wyjść na kolację tego wieczoru. Udawałam, że nie mam potrzeb albo że to nic takiego, jeśli nie zostaną zaspokojone. Udawałam, że wcale nie zapomniałam laptopa na zajęcia - po prostu wolałam robić notatki ręcznie. Udawałam, że nie potrzebuję pomocy.
2. Przepraszanie
Skoro już ludzie musieli wiedzieć, że nie byłam w stanie sprostać najprostszym oczekiwaniom, to przynajmniej powinnam czuć się z tego powodu stosownie źle. Doszłam do punktu, w którym regularnie przepraszałam za rzeczy, które nawet nie były moją winą, ponieważ zakła dałam, że były . Przepraszałam wszystkich, jeśli z jakiegoś powodu byli zdenerwowani i przyjmowałam moralne osądy, które się z tym wiązały. W końcu "nie powinnam" mieć aż takich trudności, a już na pewno nie w tym wieku. Powinnam wiedzieć lepiej. To musiała być moja wina.
3. Błaganie
Błagałam. O przebaczenie, o pożyczkę, o kolejną szansę, o przedłużenie terminu, o anulowanie mandatu, o to, żeby szef mnie nie zwolnił, żeby nie osądzano stanu mojego domu lub mojego samochodu. Czasami nawet o pomoc, gdy już stawało się jasne, że jej potrzebowałam. O szansę, żeby "móc to wynagrodzić" lub "następnym razem zrobić to lepiej".
4. Liczenie, że następnym razem będzie lepiej
Skoro nie mogłam spełnić oczekiwań, to mogłam próbować je przekroczyć. Mogłam dawać zbyt wiele, pracować zbyt ciężko, za bardzo wszystko planować. Zapomniałam komuś kupić prezentu urodzinowego za 30 dolarów? Naprawiałam to, dając bon podarunkowy na 100. Spóźniałam się do pracy piętnaście minut - to może zostanę dwie godziny dłużej? Pracowałam przez całe noce tylko po to, żeby znowu kogoś nie zawieść. Robiłam listy... i listy list. Zaczynałam się przygotowywać do wyjścia całe godziny wcześniej, tak żeby móc zdążyć na czas. Próbowałam przewidzieć wszystko, co mogłoby pójść nie tak, i przygotować się na wszystkie te scenariusze, po czym zawsze i tak okazywało się, że coś przeoczyłam.
5. Staranie się bardziej
Nigdy nie zapomnę tego zdania, które widziałam na tak wielu swoich arkuszach ocen, oprócz "duży potencjał" - "powinna starać się bardziej". Gdy więc nie udawało mi się zrealizować mojego potencjału, właśnie to próbowałam robić. Starałam się bardziej, jednak życie stawało się coraz bardziej skomplikowane i miałam na głowie coś więcej niż tylko odrabianie zadań domowych... I tak moje przekonanie, że nie staram się dostatecznie, stało się jeszcze bardziej zdradzieckie.
Nie robię dostatecznie dużo
Wiecznie czułam się, jakbym powinna robić więcej . Leki faktycznie mi na to pozwalały. W wieku piętnastu lat chodziłam do szkoły średniej, robiłam kurs pisania książek dla dzieci, trenowałam pływanie, pracowałam w lokalnej fast-foodowej restauracji i umawiałam się z chłopakami, jednocześnie usiłując być profesjonalną aktorką. Naprawdę dochodziłam do granic możliwości mojego mózgu i ciała, nawet na lekach.
Jako dorosła nie zwalniałam tempa. Zawsze było jeszcze coś, co mogłabym robić... dla kariery, rodziców, przyjaciół, partnerów, komfortu finansowego, wyglądu i swojej przyszłości. Zmuszałam się do przyjęcia drugiej (lub trzeciej) pracy, dokończenia dodatkowych ćwiczeń fizycznych, zapisywałam się na kolejne zajęcia, pojawiałam się tam, gdzie wydawało mi się, że będę potrzebna. Próbowałam korzystać z poradników, seminariów i każdej strategii organizowania, jaką ktokolwiek mi zasugerował. Ilekroć ktoś czegoś ode mnie potrzebował, zapominałam o własnych potrzebach. Gdy nie udawało mi się zrobić tego, co sobie zaplanowałam, robiłam sobie wymówki: "Przestań być taka leniwa. Jesteś za bardzo roztrzepana. Zbyt łatwo się poddajesz".
Obserwując, jak męczę się bezskutecznie z jakimś zadaniem, jeden z moich przyjaciół zapytał mnie kiedyś:
- Nie zastanawiałaś się, czy istnieje łatwiejszy sposób robienia tego?
Spojrzałam na niego.
- Nie, jestem przyzwyczajona, że jest mi trudno.
Im bardziej starałam się sprostać oczekiwaniom wszystkich, tym mniej mi się to udawało. Starałam się coraz bardziej, poruszałam się szybciej, aż wszystkie moje wysiłki sprawiały wrażenie chaotycznych i gorączkowych. Próbowałam zapamiętywać role, prowadząc samochód i robiąc makijaż. Jadłam podczas pracy. Wysyłałam wiadomość po kłótni do mojego chłopaka podczas spotkania z przyjaciółmi albo odwoływałam spotkania, żeby przyjąć dodatkową zmianę w pracy. Zatrzymywałam się tylko wtedy, gdy już naprawdę fizycznie nie byłam w stanie zrobić więcej i padałam z wycieńczenia.
W końcu się wypaliłam.
Jedyna rzecz, której nie spróbowałam
Mając trzydzieści dwa lata, byłam rozwiedziona, spłukana i mieszkałam z mamą. Miałam okropne długi, nie pamiętałam, kiedy ostatnio spędziłam czas z przyjaciółmi i nie byłam pewna, czy naprawdę mnie lubią.
Miałam wrażenie, jakby mój mózg strajkował. Byłam wyczerpana i pozbawiona złudzeń. Na niczym mi już nie zależało. Nie wiedziałam, co dalej robić. Nie potrafiłam stać się lepsza, nie byłam w stanie wszystkich uszczęśliwić ani schudnąć o pięć kilogramów. Wiedziałam, że to, co robię, nie działa.
Byłam gotowa zaakceptować, że nie jestem w stanie stać się tą osobą, którą wszyscy chcieli, żebym była. Nie byłam już kimś, kto miał wielki potencjał, raczej szybko stawałam się kimś, kto nigdy go nie zrealizował.
Ze wszystkich sił starałam się dopasować do oczekiwań innych, tak że nigdy nie poznałam osoby, którą naprawdę byłam. Wydawało mi się, że próbuję "zrealizować swój potencjał" i "być najlepszą wersją siebie", jednak tak naprawdę ze wszystkich sił starałam się być kimś innym .
Pierwszą osobą, która zakwestionowała moje przekonanie, że muszę się zmienić, by odnieść sukces, nie była terapeutka ani lekarka, ani nawet moja mama, lecz Allison, life coach dla aktorów.
Moja kariera aktorska tak naprawdę nie ruszyła z miejsca od dziesięciu lat.
Poszłam na jeden z prowadzonych przez Allison warsztatów, na których ta wyjaśniła swoją rolę jako life coacha i pozwoliła nam zadawać pytania.
Podniosłam rękę.
- Jak mogę zrzucić pięć kilo?
Uśmiechnęła się do mnie.
- Dlaczego pytasz? Nie musisz zrzucać pięciu kilo.
Pokręciłam głową.
- Nie rozumiesz, owszem, muszę. Jeśli chcę odnosić sukcesy jako aktorka, to muszę schudnąć pięć kilo. Jak mogę to zrobić?
Patrząc wstecz, myślę, że tak naprawdę pytałam o to, jak mogę sprostać oczekiwaniom, które mieli wobec mnie moja agentka i menedżer. Jak mogę stać się osobą, którą wszyscy mówią, że powinnam być?
Odpowiedziała:
- Nie musisz być mniejsza. Powinnaś być większa. - Nie rozumiałam. - Sądzisz, że musisz być mniejsza, więc usiłujesz się taka stać. I może to miało sens dziesięć lat temu, gdy miałaś grać nastolatki, ale teraz jesteś kobietą. Możesz zajmować więcej miejsca.
Ta odpowiedź mnie zirytowała.
Byłam pewna , że ona nie ma racji.
Jednak im więcej o tym myślałam, tym bardziej sobie uświadamiałam, że to była pierwsza osoba, która powiedziała mi, że nie muszę nadal się męczyć, próbując osiągnąć coś, co mimo moich starań leży poza moimi możliwościami. Stwierdziłam, że powinnam wysłuchać, co jeszcze ma do powiedzenia, nawet jeśli mogłam sobie pozwolić jedynie na kilka spotkań z nią.
Na pierwsze spotkanie przyszłam z pieniędzmi, które powinnam była przeznaczyć na zakupy spożywcze, i zapytałam:
- A więc co muszę zrobić?
- Nic - odpowiedziała.
- Jak to nic ?
Allison powiedziała mi, żebym przestała robić wszystko. Przestała chodzić na zajęcia z aktorstwa, przestała chodzić na przesłuchania, przestała próbować schudnąć, przestała czytać poradniki, przestała reagować na żądania i kryzysy innych ludzi, przestała próbować nadganiać stracony czas, jeśli chodzi o karierę, związki czy przyjaźnie.
- Jeszcze nawet nie wiemy, w co powinnaś inwestować swój wysiłek.
Całe życie sądziłam, że muszę starać się bardziej, więc sama myśl o tym, żeby odpuścić sobie wszystko i w ogóle przestać się starać , była dla mnie przerażająca. Ale próbowałam już wszystkiego innego.
Tak więc chociaż wydawało mi się, że jestem ze wszystkim zapóźniona i nie mam czasu, żeby przestać coś robić , przestałam. Żadnych przesłuchań. Żadnych telefonów do menedżera. Żadnych diet. Żadnych prób wynagrodzenia przeszłych krzywd rodzinie i przyjaciołom.
I to zadziałało.
W przeciągu miesiąca, który wydawał się ciągnąć przez całe wieki, zrozumiałam, w co powinnam inwestować swój wysiłek.
Nie próbowałam robić już wszystkiego , co, jak byłam przekonana, powinnam robić, żeby odnieść sukces. Wreszcie zrozumiałam, że to nie zadziała. Gdyby miało zadziałać, to już by się tak stało. Robiłam to od tak dawna, a jedyne, co osiągnęłam, to doprowadziłam się do wyczerpania. Zrozumiałam, że zamiast tego powinnam ustalić przede wszystkim, dlaczego to, co robiłam do tej pory, nie działało , chociaż wszyscy dookoła mówili mi, że powinno.
Wróciłam do Allison z nowym pomysłem. Oznajmiłam jej, że muszę zrozumieć, co stoi mi na przeszkodzie i co mogę z tym zrobić. Zgodziła się ze mną.
- Gdy byłam dzieckiem, zdiagnozowano u mnie ADD, więc może o to chodzi? Od czasu do czasu natrafiałam na jakąś strategię, która pomagała mi przez jakiś czas, ale potem przestawałam z niej korzystać i o niej zapominałam, po czym nie potrafiłam już jej sobie przypomnieć, gdy była potrzebna. Może mogłabym ustalić, z czym mam największy problem, znaleźć strategie, które mogłyby pomóc, i zapisać je gdzieś, gdzie mogłabym je znaleźć w razie potrzeby.
- To znaczy w notesie?
Pokręciłam głową. Zawsze gubiłam notesy. Gubiłam wszystko .
- Na YouTubie.
Wiedziałam, że nie zgubię YouTube'a.
Rada Allison naprawdę się sprawdziła w moim przypadku, dlatego zawarłam w tej książce (w dodatku B) przyzwolenie, żebyś zrobił to samo. Jeśli wkładany przez Ciebie wysiłek nie przynosi rezultatów, masz zgodę, żeby na jakiś czas po prostu sobie odpuścić.