"Efekt wow - cecha, która sprawia, że ktoś czuje się podekscytowany lub zaskoczony, gdy widzi coś po raz pierwszy" (za Cambridge Business Dictionary).
Dla Jacka Zielińskiego "efektem wow" była 30. minuta meczu z Juventusem na Stadionie Olimpijskim w Turynie. Semir Štilić właśnie świetnie obrócił się z piłką po zagraniu od Luisa Henríqueza, wpadł w pole karne i podaniem odnalazł Artjomsa Rud?evsa, którego wspierał jeszcze Siarhiej Krywiec. Ostatecznie jednak to Łotysz, po kilku przebitkach i inteligentnym zgraniu Bośniaka, skierował piłkę do bramki. Już drugi - i nie ostatni - raz w tym meczu.
Tego nikt nie mógł przewidzieć. Po drugiej stronie były przecież wielkie gwiazdy: w obronie Giorgio Chiellini, w drugiej linii Mohamed Sissoko, w ataku - Alessandro Del Piero. Po niemal 15 latach ówczesny szkoleniowiec Lecha wciąż potrafi przywołać towarzyszące bramce na 2:0 wrażenia; przypomina sobie, że po golach Rud?evsa obok radości on i jego współpracownicy czuli też niedowierzanie.
- Myśleliśmy: "Co tu się dzieje? Przecież to Juventus, prawda?". A my do tej 45. minuty graliśmy bardzo dobrze. Dominowaliśmy, wychodziliśmy z kontrami, były fajne akcje, każdy złapał luz, rytm - przywołuje tamte chwile Jacek Zieliński i z uśmiechem kręci głową.
Pamięta także gorącą atmosferę w szatni w przerwie.
- Przed spotkaniem uczulaliśmy się specjalnie na stałe fragmenty gry, a potem na koniec pierwszej połowy tracimy gola po rzucie wolnym. Było nerwowo, pojawiło się trochę pretensji, musieliśmy szybko opanować emocje i wrócić do tego, co było naszym celem: gramy swoje. I do biegania, bo naprawdę dużo wtedy w Turynie biegaliśmy. To chyba normalne, że się w takim meczu biega, prawda?
O swojej drużynie dawny szkoleniowiec Kolejorza mówi, że była charakterna. Gdy należało ukraść cenny czas w końcówce meczu, to piłkarze się kładli i liczyli sekundy. A przecież i oni mogli ulec "efektowi wow", gdy Del Piero po ponad godzinie gry uderzył w okienko z 30 metrów i zrobiło się 3:2 dla Juventusu. Nawiasem mówiąc, tego gola też Lech stracił po stałym fragmencie, czyli szybko rozegranym przez gospodarzy na własnej połowie rzucie wolnym. Piłkarze Luigiego Delneriego mieli zdecydowanie więcej okazji bramkowych, obronie poznaniaków daleko było do pewności, ale mimo to goście umieli odpowiedzieć na prowadzenie Juventusu. W drugiej minucie doliczonego czasu Rud?evs wymienił się piłką z Joëlem Tshibambą i uderzył tak, że przebił wyczyn Del Piero sprzed kilkudziesięciu minut. Dzięki fantastycznemu golowi, który dał poznaniakom remis 3:3, to łotewski napastnik został bohaterem.
Zieliński wspomina o tym, jakim szokiem było dla niego to spotkanie. Gdy jego zespół prowadził dwiema bramkami, gdy doszło do wyrównania, a wcześniej, gdy... jego zawodnicy wyszli sprawdzić murawę po przyjeździe na stadion w Turynie. Po awansie do fazy grupowej w Lechu stwierdzono, że zespół będzie lepiej wyglądał, jeśli będzie podróżował po Europie w garniturach.
- Wypadało, chcieliśmy zadać szyku, nawet mówiliśmy sobie, że jak nas w tych garniturach zobaczą, to im okulary pospadają... No to wyszliśmy, stoimy na boisku i pojawiają się oni, zawodnicy Juventusu. Ich garnitury były pewnie od Armaniego, jedwabne, do tego każdy w ciemnych okularach. To dopiero było zderzenie światów - opowiada trener i przypomina sobie, że po remisie rywale potrafili docenić klasę lechitów. Piłkarze Juventusu przyszli do szatni gości i podziękowali im za dobry mecz.
To nie są oczywiście jedyne wspomnienia, które zostały Zielińskiemu z tamtego sezonu. W trzeciej kolejce fazy grupowej poznaniacy wybrali się do Manchesteru na mecz z City. O ile Juventus był w przebudowie, o tyle w klubie, który dwa lata wcześniej został kupiony przez szejka Mansoura bin Zayeda z Abu Zabi trwała istna rewolucja. Sezon wcześniej jako trenera The Citizens zatrudnili Roberto Manciniego. Pierwszy gigantyczny transfer nowego właściciela, Brazylijczyk Robinho, już opuszczał angielski klub. Zamiast niego latem 2010 roku kupiono między innymi Yayę Touré z Barcelony (25 milionów funtów), Davida Silvę z Valencii (25 milionów), Mario Balotellego z Interu (25 milionów) i Edina Džeko z VfL Wolfsburg (27 milionów). Nie wszyscy zagrali z Lechem, może nawet nie musieli. W końcu trzy gole dla gospodarzy w pierwszym spotkaniu (3:1 dla City) strzelił Emmanuel Adebayor, którego ściągnięto z Arsenalu rok wcześniej, za równie ogromną jak na tamte czasy kwotę (25 milionów). Warto dodać, że klub z Manchesteru wzmocnił wówczas linię ataku także Carlosem Tévezem, za którego wyłożono 47 milionów funtów, co w tamtym momencie stanowiło rekord transferowy w Wielkiej Brytanii. To był inny świat.
Ale to nawet nie piłkarze zrobili na Zielińskim największe wrażenie. Zaczęło się od rozgrzewki. Gości poproszono, by nie przygotowywali bramkarzy przy bramce ustawionej na stałe, lecz przenośnej, znajdującej się z boku. Tak oszczędzali trawę.
- Dziś to banał, ale u nas bramkarz przed rozgrzewką ustawiał się na środku bramki i do 11. metra rył korkami linię, która wyznaczała mu środkową oś boiska. To tylko jeden z przykładów. Kolejny? Tam po meczu wyjeżdżało na murawę kilkanaście lamp naświetlających trawę. Po każdego piłkarza pod same drzwi wejściowe stadionu podjeżdżała osobna limuzyna. To był inny świat. Nie nasz. Nie wierzyliśmy, że do niego należymy. Każdy patrzył na to szeroko otwartymi oczami - opowiada.
"Efekt wow" mija po dziesięciu minutach rozmowy. Tyle wystarcza, by szkoleniowiec z takim doświadczeniem - w 2003 roku wprowadził Górnika Łęczna do Ekstraklasy i od tego czasu tylko w trzech sezonach nie trenował drużyny z najwyższego poziomu rozgrywkowego - zapomniał o golach Rud?evsa, pieniądzach, lampach i limuzynach Manchesteru City, pokonaniu z Lechem drużyny Red Bull Salzburg i innych historiach z europejskich pucharów. Zamiast tego Zieliński skupia się na tym, czym polski futbol klubowy wciąż nie jest - a przecież zna go od podszewki.
Od jego debiutu trenerskiego w Ekstraklasie - wygranej 3:1 z Wisłą Płock dzięki golom Grzegorza Skwary, Mirosława Budki i Krzysztofa Kłosińskiego - zaliczył niemal 400 meczów na tym poziomie i prowadził dziewięć klubów. Zdobył też trzy z czterech możliwych trofeów. Wie, jak smakują mistrzostwo kraju oraz spadek z ligi. Najwyższe zwycięstwo drużyny pod jego wodzą i najdotkliwsza porażka, którą przeżył, to mecze zakończone w tym samym stosunku: 6:0 i 0:6. Pracował w klubach należących do prywatnych właścicieli o ogromnych ambicjach, prowadził również zespoły, które klepały biedę. Najlepszą średnią punktów osiągnął tam, gdzie przepracował ledwie 15 spotkań - w Odrze Wodzisław Śląski. Najdłużej wytrzymał w Cracovii, klubie, który z powodu widzimisię właściciela miał dawać trenerom najmniej czasu, by się wykazać. I jeszcze wrócił tam na drugi, niemal równie długi okres. A do tego wszystkiego Jacek Zieliński rozwijał najlepszego polskiego piłkarza w historii.
Ma też w biografii inny rozdział. "W 2011 roku Wydział Dyscypliny PZPN ukarał go karą dwóch lat dyskwalifikacji w zawieszeniu na trzy lata i karą finansową za udział w aferze korupcyjnej. Prokuratura we Wrocławiu złożyła wniosek o warunkowe umorzenie sprawy ze względu na epizodyczny charakter udziału trenera w zdarzeniu" - można było przeczytać na stronie przeglądsportowy.onet. Gdy Zieliński pracował w Piaście Gliwice, miał przekazać sędziemu włożoną mu w ręce kopertę z pieniędzmi. Tak więc to szkoleniowiec, który przeżył w zasadzie wszystko, co można było przeżyć w polskim futbolu w XXI wieku: zatrudnienia, zwolnienia, odejścia i afery.
Choć w pucharach jako trener poprowadził polskie drużyny tylko w 21 spotkaniach, to i w nich doświadczył niemal wszystkiego. Gdy przypomina mu się starcia z Juventusem lub Manchesterem City, sam wraca do wyjazdów do Kazachstanu czy Azerbejdżanu. Do Kustanaju w północnym Kazachstanie leci się dłużej niż do Reykjavíku, bo bliżej stamtąd do Chin niż do Polski. Gdy samolot z drużyną Groclinu lądował na lotnisku wojskowym w szczerym polu, nikt na pokładzie nie mógł uwierzyć, że gdzieś w pobliżu jest miasto. Drużyna z Grodziska wygrała ten mecz dzięki bramce Mariusza Muszalika w czwartej minucie.
Jakby tego było mało, to w kolejnej rundzie jego zespół trafił na azerski MKT-Araz ?mişli. W pierwszym meczu w Grodzisku Wielkopolskim jedynego gola, w 88. minucie, strzelił Amadeusz Kłodawski, który rozegrał ledwie 27 minut na poziomie Ekstraklasy. Z rewanżu Groclin przywiózł jedynie wirusa.
- Pół zespołu się potruło, bo wtedy jeszcze nie mieliśmy odpowiedniej logistyki. Dopiero gdy z Lechem lecieliśmy na Wschód [także do Baku], to wszystko było poukładane. Ale wtedy z Groclinem w drugiej połowie słanialiśmy się na nogach, a już na lotnisku, w drodze powrotnej, poskładało wszystkich. W lidze te wyjazdy doprowadziły nas do katastrofy.
Zieliński zna cenę gry w europejskich pucharach. Rywalizował w fazie grupowej z zespołami, które dziś zajmują w rankingu UEFA miejsca 1. (City), 17. (Juventus) i 39. (Salzburg). Grał także z ekipami z krajów położonych daleko na wschodzie, a prowadząc Cracovię, odpadł w eliminacjach po spotkaniach z macedońskim zespołem Shkëndija Tetowo. Wygrywał też dwumecz po rzutach karnych, gdy do decydującej jedenastki podchodził jego bramkarz. Rozkupywano mu podstawową jedenastkę przed rywalizacją w Europie, by później zwalniać go za brak wyników po występach drużyny w lidze i europejskich pucharach. Gdyby podsumować jego karierę trenerską, byłaby to ciągła walka z przerośniętymi oczekiwaniami względem tworzonych mu warunków.
Mimo to 63-letni trener wciąż jest pełen energii. Po tych dziesięciu minutach dosyć radosnych wspomnień Zieliński się odchyla, zakłada jedną rękę na drugą i marszczy czoło. To znak, że czas na poważną rozmowę o polskim futbolu.
- Nie podchodziłem pesymistycznie do tego, że brakuje nam coraz więcej do europejskich potęg. Przecież od kilkunastu lat mówimy o tym, że gonimy Europę. Jeździmy na staże, choć nie wiemy, co sprowadzamy do kraju i jak u nas to zastosować. Mamy problem w ułożeniu tego wszystkiego - mówi.
Wszystkiego?
- Wszystkiego. W klubach od zawsze panuje obawa, czy uda się spiąć budżet. Cofnęliśmy naszych młodych piłkarzy o kilka poziomów sztucznym zapisem w regulaminie o konieczności gry w Ekstraklasie. Dużo mówimy o ideach, ale czy faktycznie mamy plan na pięć-dziesięć lat do przodu? Czy egzekwujemy ustanowione przepisy licencyjne? Zachwycamy się stadionami, gdzie są podgrzewane boiska, miejsca siedzące, zadaszenie, komfort oglądania. Ale tylko nieliczne kluby mają gdzie trenować. To wcale nie jest tak różna rozmowa od dyskusji, które toczyliśmy 15-20 lat temu, gdy zaczynałem pracę szkoleniową w Ekstraklasie. Byłem w komisji technicznej i w komisji licencyjnej. Odbywały się okrągłe stoły, wymyślano cuda, a my dalej stoimy w tym samym miejscu, nawet jeśli wszystko trochę lepiej wygląda.
To rozmowa przekrojowa. Nie można jej zamknąć w przeszłości, bo błędy, z którymi Zieliński miał do czynienia ponad dekadę temu, są dziś powtarzane w innych klubach. Na przykład po zdobyciu mistrzostwa Polski Lech stracił Roberta Lewandowskiego, który przeniósł się do Borussii Dortmund. Chociaż w klubie wiedziano, że z drużyny odejdzie najlepszy strzelec, to jego następcę, Rud?evsa, pozyskano dopiero po przegranych eliminacjach Ligi Mistrzów ze Spartą Praga. W tym dwumeczu wystąpić musiał już ponad 33-letni Artur Wichniarek. Choć rundę wcześniej trafił w Baku przeciwko Interowi, to w Poznaniu rozgrywał ostatnie mecze w karierze. Zimą rozwiązano z nim kontrakt. Wcześniej sprowadzono Tshibambę, który w dołującej Arce Gdynia zdobył pięć bramek - w Ekstraklasie strzelał gola średnio raz na 200 minut. Nic dziwnego, że nie był piłkarzem, który mógłby zbawić Lecha w trakcie eliminacji. Jego trafienie na City of Manchester Stadium pozostało jedynym, które zanotował w barwach Kolejorza. Niepowodzeniem zakończył się również transfer rewelacyjnego w Koronie Kielce Jacka Kiełba, który sezon wcześniej zadebiutował nawet w reprezentacji Polski.
Nic dziwnego, że Zieliński wraca do kwestii budżetów polskich klubów.
- Rynek wewnętrzny u nas nie istnieje. Nie ma szans na transfer z klubu A do B bez wyłożenia wielkiej kwoty, nawet jeśli chodzi o piłkarzy z pierwszej ligi. W tej sytuacji polski klub wybiera graczy z zagranicy, bo może trafi się ktoś porządny z kartą w ręku. W najlepszym wypadku będzie zarabiał niewiele więcej, a może się zdarzyć, że i mniej, od zawodnika, który kosztuje ogromne pieniądze. Nikt nie chce sponiewierać klubowego budżetu.
Jednocześnie trener żyje z poczuciem niespełnienia. Bo chłodniejsza głowa młodego Roberta Lewandowskiego w dogrywce drugiego starcia z Club Brugge mogłaby dać fazę grupową Ligi Europy, a tak skończyło się odpadnięciem po karnych. Bo wcześniejsze załatwienie Rud?evsa, czego mój rozmówca bardzo się domagał, mogłoby odwrócić losy rywalizacji ze Spartą Praga w eliminacjach Ligi Mistrzów. Bo ktoś wtedy dopuścił, by kadra mistrzów Polski rozpoczynała sezon z 16 zawodnikami przygotowanymi do gry na odpowiednim poziomie. Bo w Cracovii przed porażką ze Shkëndiją spotkało go to samo - drużynę ogołocono z najważniejszych piłkarzy. Bo nie dane mu było wyciągnąć wniosków z jesieni, podczas której jego zespół musiał łączyć grę w lidze i pucharach.
- Przecież nie powiem, że w którymś klubie pracują czy pracowali głupi ludzie. Piłka nożna wymaga jednak czasu. I to do wszystkiego. Naszą przywarą jest to, że chcemy wyniku na już, nie mamy cierpliwości, pojawia się za to mnóstwo nerwów. A błędy też są potrzebne, by wyciągnąć z nich wnioski.
Zieliński nazywa to zjawisko spiralą, w którą wpadają nawet teoretycznie najbardziej stabilne kluby. W pierwszym okresie pracy z Cracovią zaczął od siedmiu zwycięstw w dziewięciu meczach, windując drużynę na najwyższe miejsce w grupie spadkowej. Drugi sezon zakończył na czwartej pozycji, trzeci - na ostatnim bezpiecznym miejscu. A to oznaczało zmianę trenera.
- Cały czas rozmawiamy o cierpliwości i zaufaniu do ludzi. W Cracovii od zawsze oczekiwało się bardzo konkretnego wyniku, ile lat minęło od ostatniego mistrzostwa... Jak mieliśmy jednak budować drużynę, skoro gdy chciałem rozwijać sztab, słyszałem: "Tego to nie", "To niepotrzebne", "Tego nie da się załatwić"? Wiem też, że w wielu klubach działa się pod presją mediów, tego, co mówią i piszą dziennikarze: na temat trenerów, wyników, sposobu zarządzania.
Zieliński nie używa pasującego w tym kontekście słowa "niedasizm", ale diagnoza jednego z najdłużej pracujących w polskiej piłce szkoleniowców jest jasna: środowisko, liga, związek, wszyscy ludzie w środku i na zewnątrz piłkarskiego światka są chorzy na niecierpliwość. Tymczasem jedyną receptą na sukces jest zaufać procesowi. Ba, trzeba go stworzyć i trzymać się wyznaczonej drogi pomimo różnych przeciwności, a także - o ironio - sukcesów, którymi zarządzanie przychodzi nam z największym trudem.
- Zdarzyło mi się pojechać do pewnego klubu na rozmowy o pracę. Sytuacja była paląca. Dostaję pytanie: "Jaki ma pan plan na rozwój klubu?". Zdębiałem. Przepraszam bardzo, my się chyba nie rozumiemy. Mówię więc: "Plan na rozwój klubu to macie mieć wy. Wy działacie, wy zarządzacie, wy mnie zatrudniacie i ja mam być wykonawcą tego planu. Jeśli oczekujecie, że przyjechałem ze strategią rozwoju waszego klubu, to coś jest nie tak" - wspomina mój rozmówca i od razu zaznacza, że tak to pewnie wyglądało w każdym polskim ligowcu. To trener ma decydować o planie, zmianach w strukturach, nadaniu kierunku, zawodnikach, wychowankach, szkoleniu, akademii... Wizje, podkreśla Zieliński, weryfikuje to, jakimi trenerami żonglują kluby. A te odbijają się od bandy do bandy: od szkoleniowca preferującego grę ofensywną do skrajnie pragmatycznego, od stawiającego na luźne relacje z zawodnikami do mocnej osobowości, która trzyma zespół krótko.
Zieliński wskazuje na kwestię autorytetu trenera i sprzeczności w działaniach jego pracodawców. Z jednej strony szkoleniowiec ma być wyznacznikiem wszystkiego, co dzieje się w klubie, z drugiej - umowy podpisuje się na rok, w najlepszym przypadku na dwa lata. Często piłkarze są na dłuższych kontraktach niż trenerzy.
- W Cracovii kończyliśmy sezon, po ostatnim meczu z Wisłą Płock wyjeżdżałem na wakacje i nie wiedziałem, czy dalej będę prowadził tę drużynę. Zawodnicy bardzo szybko wyłapują taką niepewność w gabinetach. Czują, że mają bardziej stabilną, mniej zależną od wyników pozycję niż osoba, która nimi bezpośrednio zarządza. Tak zaczyna się kryzys instytucji trenera, naszego autorytetu. Jasne, zaraz usłyszę: "Ale jakich my mamy trenerów w lidze, co oni osiągnęli?". Nie wszyscy mogą zdobyć mistrzostwo Polski. Nie wszyscy mogą sięgnąć po Puchar Polski. Trzy kluby będą musiały spaść. Większość kończy sezon i nie ma co włożyć do gabloty.
Jeśli chodzi o szacunek, to przypomina konferencję prasową po tym, jak Lech w 2010 roku wyeliminował Dnipro Dniepropietrowsk w czwartej rundzie eliminacji Ligi Europy.
- Teraz mi już przeszło, ale wtedy... Wtedy pogardliwie nazywano mnie "wuefistą", także w mediach. Brylował w tym Polsat. Na konferencji prasowej po awansie do fazy grupowej pozwoliłem sobie, patrząc reporterowi tej stacji prosto w twarz, na stwierdzenie, że skoro Lech osiągnął taki wynik z wuefistą, to dziś jest ich święto w Polsce.
Zieliński robi dygresję: studiował dziennie na najlepszej uczelni wychowania fizycznego w Polsce i to nie jest dla niego powód do wstydu. Wstydem, jak twierdzi, powinno być to, co odróżnia nasz kraj od innych. Wuefiści są traktowani jako nauczyciele najgorszego sortu, ci od fikołków. A gdy widzi, jak zajęcia WF marginalizuje się w szkole, to aż go trzęsie, bo przecież chodzi o przyszłe pokolenia. I tym zaczynamy odstawać od Europy: najpierw podejściem do sportu, a następnie szacunkiem do ludzi, którzy go tworzą. Także w futbolu.
W marcu 2022 roku CIES (Centre International d'Etude du Sport, Międzynarodowe Centrum Studiów Sportowych) sporządził raport dotyczący stabilności pracy szkoleniowców w 90 ligach na świecie. Trener Ekstraklasy spędzał wówczas w klubie przeciętnie 547 dni - niepełne dwa sezony - co klasyfikowało go między szkoleniowcami z Łotwy i Cypru. W samej Europie pozycjonowało go to na 20. miejscu. Panujący trend jednak nie sugeruje, by w polskich klubach uczono się cierpliwości. Na początku maja 2024 roku średnia kadencja trenerska w naszym kraju trwała już poniżej 500 dni, a pewnie byłaby niższa, gdyby nie fenomen Tomasza Tułacza w Puszczy Niepołomice. Szkoleniowiec beniaminka odpowiadał wtedy za ponad jedną trzecią całego dorobku trenerów ligowych. Bez niego ekstraklasowy trener pracowałby przeciętnie krócej niż 11 miesięcy. We wcześniejszym rankingu CIES oznaczałoby to w Europie pozycję w drugiej połowie czwartej dziesiątki.
Brak cierpliwości?
- A może brak zadowolenia z tego, co po prostu jest - zauważa Zieliński. Wskazuje, że w Polsce stosunkowo często zdarzają się pojedyncze zrywy. W latach 2013-2023 było czterech mistrzów, ale już dziesięć różnych drużyn wdrapywało się na podium. Najczęściej, co nie zaskakuje, robiły to Legia oraz Lech. Gdyby zestawić te wyniki z ligą czeską - a jest to porównanie często pojawiające się w polskim futbolu i nie bez przyczyny wykorzystywane w tej książce - to jeszcze bardziej widać "zrywność" Ekstraklasy. Slavia i Sparta z Pragi oraz Viktoria Pilzno w tym samym dziesięcioleciu pozwoliły innym rywalom wejść między siebie na podium tylko pięciokrotnie.
- Bardzo często rozmawiam o tym ze znajomymi z Czech, oglądam tamtejszą ligę regularnie. Słyszę od nich: "Wy płacicie duże pieniądze przeciętnym piłkarzom. U nas ten, który zarabia świetnie, jest kozakiem, inni walczą, by doskoczyć na ten poziom". Czemu nie mamy takich trzech klubów? Patrzymy na najlepsze rozgrywki na świecie i tam wygrywają drużyny z najwyższymi budżetami. U nas się mówi: budżety nie grają, nie wygrywa ten z największymi pieniędzmi... To co ostatecznie odgrywa u nas kluczową rolę?! Na to nie mamy odpowiedzi. Nie mamy - powtarza sfrustrowany Zieliński.
Jednocześnie nie dziwi się Michałowi Probierzowi, który przed sezonem - niezależnie od sytuacji kadrowej czy budżetowej - zwykł mówić, że z aktualnie prowadzoną drużyną walczy o mistrzostwo.
- Tu każdy może marzyć o mistrzostwie, o medalu. To fajna sprawa, ale w jakimś sensie potrzebujemy ligi dwóch prędkości. Kluby o potencjale Legii i Lecha muszą odjechać pozostałym. Mówię o lidze dwóch prędkości, a tymczasem u nas... każdy może wygrać z każdym, więc to się robi monotonne. Gdy spojrzy się na wyniki najlepszych na przykład z Puszczą Niepołomice [w sezonie 2023/24 dwa remisy Legii, porażka Lecha], to trudno nie myśleć, że to wariactwo. Musimy być Czechami. Dwa albo trzy mocne kluby, a reszta może i walczy o marzenie, lecz niech w pierwszej kolejności wychowuje młodych piłkarzy. Takich promujmy, ściągajmy następnych i tak dalej... - podsumowuje ten proces Zieliński. - Największa odpowiedzialność spoczywa jednak na Legii i Lechu. Ich ośrodki treningowe to już poziom Europy Zachodniej, a nawet miejsca, których większość klubów na kontynencie może pozazdrościć. Ich przewaga nad resztą musi zostać w jakiś sposób spożytkowana. One muszą to wszystko pociągnąć. Bo inaczej... Po co w ogóle wkładać w to pieniądze, jeśli nie będzie efektu?
To nie jest apel o to, by rosnąca pod względem finansowym liga płaciła piłkarzom jeszcze więcej. Zieliński chce, co naturalne, by nasze kluby potrafiły wygrać z zachodnimi rywalami i jak najdłużej mogły zatrzymać najlepszych, najbardziej obiecujących graczy. Wie, czym kończy się dla drużyn wyrywanie zębów trzonowych. Sam wspomina konsekwencje sprzedaży Roberta Lewandowskiego po mistrzowskim sezonie Lecha Poznań czy pożegnanie Bartosza Kapustki, gdy Cracovia miała poprawiać świetne czwarte miejsce. "Zostań, pograj, osiągnij coś" - to, zdaniem szkoleniowca, powinno być motto młodych piłkarzy.
- Im się często wydaje, że są gotowi do wyjazdu, prawda? A później odbijają się od ściany. Nie chodzi o to, że trenują inaczej, po prostu trenują z lepszymi zawodnikami. To jakość podnosi intensywność. Pierwszy tydzień czy mecz może im się udać, ale muszą to powtarzać co tydzień. Nie każdy organizm znosi takie obciążenia.
Mój rozmówca liczy, że to się zmieni, gdy w klubach zrozumieją, że za krajową jakość i młodość też warto płacić. I że ci najbardziej obiecujący również zaczną myśleć trochę inaczej: że będą robili jeden lub dwa kroki do przodu - do Poznania lub Warszawy - zamiast od razu decydować się na skok na inny poziom. Tłumaczy, że to kwestia dylematu związanego z budżetem: wykosztowania się na Polaka lub wyłuskania dwóch, trzech zawodników z mocno przebranego już rynku bezrobotnych. Zieliński zauważa, że nawet jeśli udaje się ściągnąć piłkarzy będących reprezentantami, to rzadko bywają oni gwiazdami, które z miejsca są w stanie poradzić sobie z fizyczną specyfiką Ekstraklasy. A właśnie gwiazd brakuje w naszej lidze najbardziej. Głównie dlatego, że kluby boją się tworzyć kominy płacowe.
- Najlepiej by było, gdyby wszyscy dostawali po równo. U nas bywa tak, że ci najsłabsi, którzy też zarabiają godnie, robią największy dym. Mało kto potrafi zaakceptować, że ci lepiej opłacani dostają takie pieniądze, bo po prostu na to zasługują. Tymczasem obrotny menedżer załatwi przeciętniakowi pensję na pułapie gwiazdy.
W samej Ekstraklasie w jego drużynach przewinęło się aż 338 zawodników. Zieliński nie musi rzucać nazwiskami, bo w każdym klubie opisane powyżej sytuacje się powtarzały. Frustracja bierze się z tego, jak wiele razy sam musiał brać odpowiedzialność za sprawy pozaboiskowe. Denerwuje go marginalizowanie roli dyrektorów sportowych, doradców z wiedzą piłkarską. Doświadczony 63-latek widzi, że w futbolu chce się stawiać na młodych, nie tylko na boisku.
- Rozumiem, że jest wielu inteligentnych, fajnych młodych chłopaków, ale często nie ma podstaw, by powierzyć im robienie analiz. Mam wrażenie, że oni uczą się w trakcie pracy. Nie mówiąc już o tym, że na normalne zadania może im brakować dnia, bo polskie kluby wciąż nie potrafią zbudować wystarczająco dużych sztabów. Przynajmniej nie wszystkie. W Cracovii dopiero po moim zwolnieniu zaczęto tworzyć dział skautingu. Analitykiem był mój asystent. Śmiałem się, gdy porównywałem nasz sztab do sztabu Legii. To była dwu-, a może i trzykrotna różnica. Czasem to oczywiście nie tylko kwestia liczebności, ale i jakości. Wszędzie chodzi o jakość ludzi.
Zieliński zaznacza też, że za dużo jest u nas wątpliwości wobec tego, co coraz częściej przynosi efekty klubom ze średniego poziomu. Budowanie sztabów przebiegało stopniowo, sporo kosztowały inwestycje we wdrożenie rozwiązań naukowych, wykorzystujących statystyki - ale to się zaczyna opłacać.
Na początku sezonu 2023/24 Jacek Zieliński wraz z Janem Urbanem, szkoleniowcem Górnika Zabrze, byli dwoma najstarszymi trenerami w Ekstraklasie. Zielińskiego od najmłodszego w tym gronie Dawida Szwargi dzieliło 29 lat. Urban i Zieliński znają się doskonale, spędzają wspólnie urlopy, najczęściej spotykają się w zakopiańskim domku tego pierwszego. Kiedy rozmawiają o futbolu, dochodzą do podobnych wniosków, także jeśli chodzi o europejskie puchary. Wiedzą doskonale, jak to jest, gdy w klubach nie potrafi się skonsumować sukcesu.
- Zarządzanie nim kończy się bardzo szybko. Feta po mistrzostwie i od razu zaczynają się problemy. Ktoś chce odejść, ktoś czuje się niedoceniony, ktoś odmówił... Janek i ja prowadziliśmy drużyny o bardzo wąskich kadrach. W Polsce w ogóle nie rozumiemy, na czym polega wykorzystanie sukcesu. A osiągnięcie dobrego wyniku powinno być tylko krokiem w rozwoju drużyny, następnie należałoby dokładać do niej kolejne elementy, by zostawić ją lepszą, niż była. A jest inaczej i rzadko trener może coś z tym zrobić. Pozbywasz się zawodników? Winny jest trener. Nowi piłkarze okazują się słabsi? Winny jest trener. Wąski skład nie radzi sobie z intensywnością gry w lidze i pucharach? Winny jest trener. Śmiejemy się z Jankiem, że bez względu na to, co się będzie działo, jak świat światem, zawsze winny będzie trener.
Lista przywar polskiego futbolu mogłaby być zdecydowanie dłuższa, ale nie o tym jest ta książka. Sam Zieliński porusza jeszcze wiele tematów, choćby kwestie infrastruktury, szkolenia młodzieży, narzucanych klubom przepisów i wymogów licencyjnych. Ale jeden z najbardziej doświadczonych aktywnych szkoleniowców ekstraklasowych wskazuje punkt, od którego trzeba zacząć dyskusję, co już jest robione i co trzeba robić, by liga nie stała w miejscu i byśmy nie zostali na końcu z pytaniem: skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?
- Bo my bardzo szybko chcemy gonić Europę, prawda? - rzuca w pewnym momencie. - Może za szybko. Staramy się jedną decyzją odmienić losy ligi, gdy każdy z obszarów wymaga ogromnej pracy, która często przechodzi niezauważona. Jest przykryta dobrymi i gorszymi wynikami. Odpowiadają za nią ludzie z pierwszego, a znacznie częściej drugiego szeregu. Trzeba ludzi uświadomić, co powinno się robić, zwłaszcza w kontekście tego, jak bardzo Ekstraklasa musi nadrabiać lata niepowodzeń w europejskich pucharach. Jak wiele kluby czerpią z Europy i dlaczego tak mocno im na niej zależy. Jakimi sposobami się przebijają, gdzie widzą problemy i rozwiązania. Jak nie dopuścić do tego, by polskie kluby, ich trenerzy i piłkarze na starcie kolejnych eliminacji nie przegrali przede wszystkim sami ze sobą - kończy Jacek Zieliński.