Wstęp
Wstęp
Czasami zderzam się z takim niezrozumieniem ze strony ludzi, że
ogarniają mnie przeraźliwe wątpliwości: czy na pewno jestem z tej
planety? A jeżeli tak, czy to nie dowód na to, że to ludzie są skąd
indziej?1
Pierre Desproges
Mija piętnaście lat, odkąd dzięki
wieloletniej obserwacji zgłaszających się do mnie po poradę
zidentyfikowałam wśród nich kategorię osób skarżących się, że nie mogą
"przestać myśleć". Miały one ze sobą wiele wspólnego: były wysoko
wrażliwe, twórcze, nietuzinkowe i nieporadne w relacjach społecznych.
Uważały się za empatyczne, serdeczne i otwarte, ale często zarzucano im
zbytnią wylewność, natręctwo czy prowokatorstwo. Jako że ich życzliwość
uchodziła za naiwność, a nadwrażliwość za słabość, regularnie przypinano
im łatkę "Troskliwych misiów". Im lepiej poznawałam tych ludzi, tym
bardziej stanowczo odrzucałam terminy "nadzdolność" i "wysoki potencjał
intelektualny", które zdążyły się upowszechnić w literaturze na ten
temat. Uważałam, że zbyt mocno kojarzyły się z ponadprzeciętną
inteligencją. Moi podopieczni nie rozpoznawali się w tych kategoriach.
Inteligencja jest tylko jednym z aspektów tego rodzaju osobowości, która
coraz częściej okazuje się po prostu wynikać z pewnych szczególnych cech
neurologicznych: hiperestezji2 połączonej z kompleksowym
myśleniem rozgałęzionym. Dzisiaj, dzięki wykluwającemu się w Kanadzie
ruchowi promującemu neuroróżnorodność, pojawiły się terminy
"neurotypowy" i "neuroatypowy", które - mam nadzieję - wkrótce zastąpią
określenia typu "ponadprzeciętnie inteligentny" i... No właśnie.
"Poniżejprzeciętnie" inteligentny? Właśnie po to - aby uniknąć owej
pułapki podprogowo zastawianej przez słowo "ponadprzeciętnie" -
wymyśliłam terminy "nadwydajnie myślący" i "normalnie myślący". Będę
więc ich nadal używać, ponieważ nie są one moim zdaniem wartościujące.
Nadwydajność oznacza, że mózg pracuje na pełnych obrotach. Zaś zwrot
"normalnie myślący" wskazuje jedynie na to, że dana osoba myśli w sposób
mieszczący się w normie. Nie ulega natomiast wątpliwości, że nadwydajni
w tej normie się nie mieszczą. Wykraczają poza nią w każdym względzie!
Wszystkie osoby nadwydajne mentalnie mówią o problemie z opanowaniem
norm społecznych i czytaniem między wierszami. W relacjach z innymi
ludźmi niejednokrotnie czują się skrępowane, niedopasowane, nie na
miejscu, jednak nie wiedzą, czemu tak się dzieje. Mają świadomość, że
popełniają gafy, wprawiają innych w konsternację, budzą w nich
zniecierpliwienie... To wyczerpujące i zniechęcające.
Kiedy wspomniałam, że planuję napisać poradnik funkcjonowania w świecie,
który myśli normalnie, wielu z was przyklasnęło temu pomysłowi,
zachęcając mnie do pracy. W miarę jak moje idee nabierały kształtu,
wspominając o nich, widziałam w waszych oczach radość i zaciekawienie.
Mówiliście: "Nie mogę się doczekać dalszego ciągu!". Cóż, raz jeszcze to
wasz entuzjazm zmotywował mnie do sięgnięcia po pióro.
Gdy pracowałam nad Jak mniej myśleć, moim celem było stworzenie
prostej i konkretnej instrukcji obsługi złożonych, buzujących mózgów -
przeznaczonej zarówno dla ich posiadaczy, jak i otoczenia. Pisałam więc,
pamiętając zarówno o nadwydajnie, jak i normalnie myślących. Wydawało mi
się, że dostarczając prostych i racjonalnych wyjaśnień tego nietypowego
sposobu myślenia, zadowolę wszystkich. W swojej naiwności sądziłam, że
neurotypowi tylko czekają na to, żeby nareszcie móc zrozumieć tych
dziwnych, emocjonalnych ludzi i dostrzegłszy zalety ich osobowości,
traktować ich jak pełnoprawnych partnerów. Szybko jednak musiałam zejść
na ziemię.
Kilka dni po ukazaniu się książki otrzymałam pierwszą wiadomość
sugerującą, że tak się nie stanie. Jeden z czytelników napisał do mnie,
że gdy tylko podejmował temat nadwydajności, natychmiast spotykał się z niechęcią normalnie myślących. To nie był odosobniony przypadek. Wielu z was na próżno starało się skłonić swoich życiowych partnerów czy
bliskich, żeby otworzyli moją książkę - zapomniana na stoliku nocnym
pokrywała się warstwą kurzu. A gdy pytaliście: "I co, przeczytałeś?",
robili unik i zmieniali temat.
Niewielu normalnie myślących przeczytało Jak mniej myśleć. Zrobili to
przede wszystkim z miłości do swojego dziecka lub partnera, odkrywając,
że jego wrażliwość, emocjonalność, niepokój czy roztargnienie nie były
objawem wyrachowania... Przekonali się zwłaszcza, że osoba nadwydajna
mentalnie nie może się zasadniczo zmienić. Efektem - który w moim
mniemaniu miał mieć zasięg globalny - było spotęgowanie wzajemnego
zrozumienia i akceptacji, które złagodziły napięcia i wzmocniły więź,
zażyłość oraz miłość łączące tych ludzi. W niektórych wstąpił wręcz nowy
ogień, że wspomnę choćby parę, która zapałała do siebie miłością po
trzydziestu latach burzliwego pożycia naznaczonego wzajemnym
niezrozumieniem. Pięknie było odkryć, że mogą się uzupełniać! Te rzadkie
przypadki dowodziły, że nie myliłam się co do roli, jaką hipotetycznie
mogła odegrać tamta książka.
Moim błędem była wiara w to, że zrozumienie osób atypowych jest
priorytetem dla normalnie myślących. Owo błędne przeświadczenie pokutuje
u większości nadwydajnych. Marzą oni o tym, by świat neurotypowy
wreszcie ich zrozumiał - w większości przypadków bezskutecznie. Wkładają
całą swoją energię, żeby wyjaśnić innym, kim są i jak funkcjonują, a w zamian wylewa im się na głowę kubeł zimnej wody: "Przecież ta książka to
zwykły chwyt marketingowy. Mówi to, co chcesz usłyszeć. Każdy może się w niej odnaleźć". To kompletna bzdura, ale skutecznie zamyka pole do
dyskusji i zasiewa ziarno wątpliwości w osobie nadwydajnej, która w rezultacie nie wie, co ma o tym wszystkim myśleć.
Właśnie w takim duchu był napisany mail, jaki niedawno otrzymałam od
Simona:
Dzień dobry.
Pani książka Jak mniej myśleć bardzo pomogła mi zrozumieć moje
problemy. Dziękuję Pani za tak dalece pozytywne podejście. Miałbym
prośbę: chciałbym podsunąć moim znajomym taką samą książkę, ale napisaną
dla "normalnie myślących", coś w stylu "Gdy osoba naprzeciwko ciebie
zbyt dużo myśli"... Oczywiście jej treść musiałaby być dla nich
lekkostrawna (przecież nie chcemy, żeby rzucili ją w kąt po przeczytaniu
dwóch pierwszych stron...), ale nie wątpię, że dałaby sobie Pani radę.
Wiem, że to brzmi jak list do Świętego Mikołaja, mam nadzieję, że mi
Pani wybaczy. Raz jeszcze dziękuję i życzę wszystkiego dobrego.
Simon
W mailu Simona wybrzmiewa większość problemów nurtujących osoby
nadwydajne:
pragnienie, żeby inni was zrozumieli;
przeczucie, że osoby normalnie myślące nie zrobią tego z własnej woli;
świadomość, że istnieje spore ryzyko, iż rzucą książkę "po
przeczytaniu dwóch pierwszych stron";
łudzenie się, że wystarczy podsunąć im pod nos odpowiednie informacje;
i mimo tego wszystkiego intuicja podpowiadająca, że wasze nadzieje są
tak samo utopijne jak wiara w Świętego Mikołaja.
Przytaczam moją odpowiedź do Simona, ponieważ odnosi się do was
wszystkich:
Drogi Simonie,
Dziękuję za maila. Za naiwność, którą porównujesz do wiary w Świętego
Mikoła, uważam jedynie wiarę w to, że ludzie normalnie myślący mogliby
być jakkolwiek zainteresowani zrozumieniem osób nadwydajnych! Oni nie
rzucą książki po przeczytaniu dwóch stron - po prostu jej nie otworzą.
Ich motto brzmi: "To jednostka musi przystosować się do społeczeństwa, a nie społeczeństwo do jednostki. Nie wychodź przed szereg, a wszystko
będzie dobrze".
Dlatego wolę napisać książkę, która wyjaśni osobom nadwydajnym wartości
i funkcjonowanie świata normalnie myślącego, a nie na odwrót. Ileż razy
słyszałam "Nie mam odpowiedniego klucza" i "Ciągle popełniam gafy"!
Praca nad tym poradnikiem sprawia mi niemałą frajdę. Nie jestem pewna,
czy ucieszy ona również nadwydajnych, ale z pewnością okaże się dla nich
pomocna!
Przez ostatnie lata za pośrednictwem kolejnych książek dzieliłam się z wami moimi refleksjami i odkryciami niemal na bieżąco. W miarę
zapuszczania się na nieznane terytoria niczym zwiadowca przecierałam
szlak i przekazywałam wam zdobyte informacje. Czytając moje poprzednie
poradniki, mieliście więc okazję dowiedzieć się co nieco o świecie ludzi
normalnie myślących. Przywykłam do tego, że mając odpowiednie dane,
potraficie błyskawicznie łączyć fakty, i myślałam, że ta wiedza
wystarczy, żebyście mogli się zaadaptować- zwłaszcza w sferze zawodowej.
Sądziłam, że moi czytelnicy nauczą się dostrzegać różnice dzielące oba
światy, co pomoże im przestać popełniać gafy. W praktyce okazało jednak,
że nie - że zrozumienie, jak funkcjonuje drugi człowiek, nie jest łatwe
nawet dla was. Okazuje się, że nadwydajni są zakładnikami swojego
systemu myślenia w równym stopniu co osoby normalnie myślące, i popełniają dokładnie ten sam błąd: stosują własne kryteria do oceny
ludzi, którzy myślą, czują i działają według innych paradygmatów.
Dzisiaj patrzę na to tak: książki próbujące wytłumaczyć normalnie
myślącym funkcjonowanie nadwydajnych nie przyniosły niemal żadnego
pozytywnego skutku, choć warto odnotować lekką poprawę w obszarze
edukacji i biznesu. Wolę być ostrożna i czekam na rozwój wypadków: czy
menedżerowie faktycznie dostrzegają w specyfice nadwydajności atuty,
które można by wykorzystać dla dobra firmy, czy robią tylko dobry PR,
żeby pokazać, jak bardzo są otwarci na zmiany? To się dopiero okaże. Ale
czy jedynie normalnie myślący powinni wkładać wysiłek w zrozumienie was?
List Simona i fachowa literatura wydają się skłaniać ku takiej tezie, w zasadzie nie pozostawiając alternatywy: zrozumieć osobę atypową,
nadzdolną, wysoko wrażliwą... Programowanie neurolingwistyczne
(neuro-linguistic programming, NLP) opiera się na zasadzie: "Jeżeli
to, co robisz, nie działa, zrób coś innego". Trudno zaprzeczyć, że
upieranie się przy powtarzaniu czynności, która nie przynosi efektów,
jest bez sensu.
Przyjęłam więc następujący punkt widzenia: obiektywnie rzecz biorąc,
największymi poszkodowanymi tego obopólnego niezrozumienia są
nadwydajni, którzy w dodatku stanowią mniejszość. To zatem oni, raz
jeszcze, powinni podjąć wysiłek zrozumienia drugiej strony. Wystarczy
zmienić nastawienie. Dlatego postanowiłam spojrzeć na problem z odwrotnej perspektywy i wyjaśnić wam - ponieważ nieustająco domagacie
się rozwiązań - po pierwsze, na czym polegają wasze gafy, po drugie zaś,
zakodowany język świata normalnie myślącego i ukryte przekazy, których
nie wyłapujecie (i których normalnie myślący nigdy nie zwerbalizują, bo
są to dla nich kwestie oczywiste).
Kultura świata normalnie myślącego ma swoje kody, ale także własną
logikę i system wartości. Jak wszystkie kultury, tak i ona ma swoje
mocne i słabe punkty, mity założycielskie (niemożliwe do obalenia!),
pewną formę mądrości, jak również ograniczenia i absurdy. Nadwydajni są
często skonsternowani, a niekiedy wręcz zszokowani światem normalnie
myślących, a w każdym razie jego widzialną postacią, która jest tylko
wierzchołkiem góry lodowej. Poznanie i zrozumienie jego reguł nie
oznacza ich aprobaty czy konieczności stosowania, pozwala jednak
roztropnie nawigować po świecie, bez ciągłego osiadania na mieliznach
niezrozumienia. Poszerza także horyzonty, umożliwiając wykorzystanie
tego, co najlepsze, i zbagatelizowanie reszty. Pewne aspekty świata
normalnie myślących są na tyle interesujące, że warto przyjąć niektóre z obowiązujących w nim reguł. A jeżeli część z nich wam się nie spodoba,
to przynajmniej przekonacie się, co chcielibyście zmienić w panującej
rzeczywistości.
Jestem osobą nadwydajną mentalnie. Żałuję, że nie powiedziałam tego
wprost, pisząc Jak mniej myśleć. Chciałam zachować neutralność i nie
przypuszczałam, że będzie to miało tak daleko idące konsekwencje.
Sądziłam, że dla moich czytelników było oczywiste, że skoro tak
doskonale ich rozumiem, to siłą rzeczy mój mózg funkcjonuje podobnie.
Kiedy napisałam: "Otóż lejka nie wciśniesz do rury", wydawało mi się, że
aluzja jest jasna: lejek da się wcisnąć tylko do lejka. Dla jednych nie
ulegało wątpliwości, że ponieważ tak dobrze was rozumiem, stanowię część
rodziny nadwydajnych; dla innych absolutnie nie było to oczywiste.
Kompletnie mnie to zaskoczyło. Pisaliście, że - "jak na normalnie
myślącą" - odwaliłam kawał dobrej roboty. Wasze niezasłużone peany były
dla mnie szalenie krępujące, ale tak naprawdę dopiero o wiele później
zdałam sobie sprawę z rozmiaru szkód, jakie wyrządziłam swoim
nieumyślnym oszustwem: zmyleni moją pseudoneutralnością uwierzyliście,
jak Simon, że ktoś normalnie myślący mógł w pełni was zrozumieć. Gorzej,
że studiowanie waszego przypadku mogłoby być dla niego pasjonujące.
Niestety, dzisiaj już wiem, że to mrzonki. Czytając tę książkę, niejeden
raz będziecie mieli okazję przekonać się dlaczego.
Jako osoba nadwydajna ja także na początku nie znałam kodów dostępu i niepisanych reguł, o których będzie tutaj mowa. Nie jestem zresztą
pewna, czy sama wszystko zrozumiałam! Nie wydaje mi się jednak, aby
normalnie myślący mogli lepiej wytłumaczyć coś, co jest dla nich zbyt
oczywiste albo czego sobie nawet nie uświadamiają. Raz jeszcze
wyruszyłam na zwiady. Owa podróż w poszukiwaniu zrozumienia była
fantastyczną przygodą, podczas której niespodzianka goniła
niespodziankę. Bawiła mnie myśl, że wkrótce będę mogła pokazać wam te
same rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia, a które teraz
objawiały mi się z całą wyrazistością. Wypełniłam swój koszyk
smakowitymi informacjami. Dzisiaj, jak zwykle, dzielę się z wami tym
wszystkim, co udało mi się zaobserwować, zrozumieć, wydedukować i zsyntetyzować. Zebrałam i uporządkowałam wszystkie poczynione przeze
mnie odkrycia w formie spójnego przekazu, który wydaje mi się
najtrafniej charakteryzować neurotypową logikę myślenia.
NLP wychodzi z założenia, że komunikowanie się to spotkanie drugiego
człowieka w jego modelu rzeczywistości.
Właśnie to chciałabym wam teraz zaproponować: podróż na planetę
normalnie myślących.
Rozdział 1. Small talk
Rozdział 1
Small talk
Po przeprowadzeniu małego sondażu, w którym
zapytałam was, co chcielibyście zrozumieć w normalnie myślącym świecie,
okazało się, że jedna odpowiedź deklasuje konkurencję: pojąć wreszcie,
dlaczego rozmowy grzecznościowe są tak okropnie nudne!
Stwierdziliście, że tym, co was najbardziej irytuje i czego kompletnie
nie możecie zrozumieć, jest czas tracony na niestrawne pogaduszki,
jałowe dyskusje i banalne wymiany zdań. Nie znosicie tych pustych i stereotypowych konwersacji o niczym. Mówicie: "Nie potrafię kłapać
dziobem po próżnicy. Ta cała paplanina jest tak nużąca, że chce mi się
wyć". Uznałam zatem, że dobrze będzie rozpocząć naszą wizytę w świecie
normalnie myślących od tego właśnie aspektu komunikacji.
Epitety, których używacie na opisanie tych bezproduktywnych rozmów,
brzmią: nudne, żmudne, męczące, monotonne, czcze, płytkie i - zwłaszcza
- nieznośne! Proponuję, żebyście nauczyli się postrzegać je jako:
spokojne, wyważone, bezpieczne, kojące i - przede wszystkim będące
źródłem informacji! Otóż rozmawianie o wszystkim i o niczym utrzymuje
nas na powierzchni, sprawiając, że nie pakujemy się w kłopoty. Oto lista
najważniejszych korzyści small talku.
Przede wszystkim unikać kłótni
Podczas kolacji u przyjaciół jeden z gości - zazwyczaj miły, lecz tego
wieczoru lekko już podchmielony - ni z tego, ni z owego zaczął czepiać
się popularnego piosenkarza, którego nowy, przesłodzony singiel miał
zostać wypuszczony jakoby tylko "dla szmalu", mimo że artysta pławił się
już w luksusie. Nagranie tej ociekającej lukrem piosenki to zwykły
oportunizm i plucie fanom w twarz, dowodził. Nieroztropnie, biorąc pod
uwagę stan upojenia alkoholowego mojego rozmówcy, weszłam z nim w dyskusję, stwierdzając, że piosenki powinny wzbudzać pozytywne emocje.
Ten jednak nie odpuszczał, upierając się, że to prymitywny chwyt
marketingowy. Im więcej argumentów przytaczałam, tym bardziej mój
oponent się denerwował. W pewnym momencie dyskretnie interweniował
gospodarz. Rzucił jakiś żart i zręcznie przekierował rozmowę na inny
temat. Podczas gdy moje uwagi tylko podsycały furię mojego dyskutanta,
gospodarzowi udało się go uspokoić jednym dowcipem. Lekcja pierwsza: to,
że masz rację, nie ma znaczenia.
Wyobraźcie sobie, że wchodzicie w dyskusję na ważny temat: edukacja,
klimat, nierówności społeczne... Wiecie już, jak to się skończy? Wszyscy
mamy własne zdanie, niejednokrotnie oparte bardziej na emocjach niż na
racjonalnej argumentacji. Moja opinia jest dla mnie ważna, bo należy do
mnie - to oczywiste. Ale inni będą obstawać przy swoim! To tłumaczy,
dlaczego po wymianie kilku zdań powinniście spodziewać się jatki.
Naprawdę sądzicie, że moglibyśmy wzajemnie przekonać się do swoich
opinii? Jeżeli tak, to jesteście w błędzie: naukowcy dowiedli, że każda
próba przeciągnięcia oponenta na swoją stronę umacnia go w jego
przekonaniach3. Polemizowanie psuje atmosferę i nadweręża
więzi międzyludzkie. Lepiej więc nie drążyć tematu i unikać
kontrowersyjnych treści. Koniec końców wspomniany piosenkarz musiał
rzeczywiście nieźle się obłowić na swoim cukierkowym przeboju!
Zauważcie, że jako pierwsi oburzacie się na brutalność toczonych w internecie dyskusji. Tymczasem publikowanie w sieci zdjęć kotków i innych słodziaków nie wzbudza żadnych kontrowersji i nikogo nie razi.
Dokładnie na tym polega natura neutralnych konwersacji.
Nie psuć atmosfery
Ponieważ nadwydajni nie lubią jałowych dyskusji, mają tendencję do
rzucania "poważnych" tematów jako wstępu do "szczerej" rozmowy o eutanazji, ekologii czy korupcji na najwyższych szczeblach władzy...
Atmosfera szybko gęstnieje. Dla tych, którzy przyszli rozerwać się przy
grillu, takie filozofowanie jest ostatnią rzeczą, na jaką mają ochotę.
Kiedy ktoś pyta, czym się zajmuję, mogę mieć pewność, że udzielając
szczerej odpowiedzi, zepsuję imprezę: od tej pory będzie mowa tylko o manipulatorach i wyrządzanych przez nich szkodach. Spędzę wieczór,
udzielając darmowych konsultacji wszystkim zaproszonym gościom, ponieważ
każdy zna co najmniej jednego manipulatora zatruwającego mu życie -
jeśli powiem prawdę, zamiast odpocząć poczuję się jak w swoim gabinecie!
Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że coś jest nie tak. Teraz stosuję
uniki: "Och, dziś wieczorem nie mam ochoty rozmawiać o pracy. Jesteśmy
tu dla relaksu, prawda?". Po czym pośpiesznie zmieniam temat... Moja
przyjaciółka, która pracuje w księgowości, podsunęła mi pomysł: "Mów, że
jesteś księgową! Zobaczysz, jak to skutecznie ucina rozmowę". Jeszcze
nie próbowałam.
Chronić się przed zarażaniem emocjonalnym
Przez kilka lat byłam szkoleniowcem zatrudnionym przez związek
pracodawców. Jeździłam po całej Francji, prowadząc warsztaty dla grup,
których członkowie nie tylko dobrze się znali, ale także doskonale
dogadywali się między sobą. Lubiłam atmosferę tamtych spotkań. Z pewnością uczestniczących w nich managerów łączyły wspólne idee -
zwłaszcza zarządzania humanistycznego - zaś każdy z osobna był
wartościowym człowiekiem, a jednak i tak siła więzi łączącej te grupy
była nadzwyczajna. Ze szczególną uwagą przysłuchiwałam im się podczas
przerw na kawę, mając nadzieję, że na bardziej nieformalnym gruncie w końcu uda mi się odkryć, co tak mocno cementuje ich relacje. Ich
pogaduszki wydały mi się zwyczajne i banalne, co najwyżej koleżeńskie.
Jak to wytłumaczyć? Pewnego dnia grupa, którą uważałam za wyjątkowo
zintegrowaną, zapytała jedną z uczestniczek o efekty jej kampanii
wyborczej. Poprzedniej niedzieli odbyły się bowiem wybory samorządowe, w których kobieta starała się o fotel mera swojego miasteczka. Oświadczyła
im, że została pokonana, i zaczęła opowiadać o kampanii swojego rywala,
opartej w głównej mierze na oczernianiu kontrkandydatki. Było oczywiste,
że bardzo przeżywa swoją porażkę. Wciąż jeszcze nie mogła się otrząsnąć.
Jednak grupa skomentowała całe wydarzenie z właściwą sobie beztroską,
życząc jej powodzenia następnym razem i szybko zmieniając temat.
Widziałam, z jakim trudem kobiecie przyszło zachować zimną krew, stłumić
napływające do oczu łzy i stopniowo włączyć się do dyskusji bez
roztkliwiania się nad sobą. W tamtym momencie uznałam, że grupa
zachowała się okrutnie, zostawiając koleżankę samą z jej przegraną.
Jestem pewna, że pomyślelibyście podobnie! Na miejscu uczestników
wzięlibyście tę zranioną kobietę w ramiona, zachęcili ją do zwierzeń i do opowiedzenia o swoim bólu, pocieszylibyście ją i wsparli, a niektórzy
z was bez ogródek skrytykowaliby jej grubiańskiego adwersarza... Później
zrozumiałam jednak, że to nie był czas ani miejsce na takie zachowanie -
zepsułoby to atmosferę na resztę dnia. O sile tych grup stanowił fakt
nieobciążania ich członków osobistymi dylematami każdego z nich. Jeżeli
ktoś miał problem natury zawodowej, poruszał go w specjalnie
zorganizowanych przestrzeniach zwanych pracowniami rozwiązań. W efekcie
wszyscy starali się utrzymać pogodny, radosny i luźny klimat.
W świetnej piosence La vie d'artiste [Życie artysty] Christophe Maé
śpiewa:
Życie jest sceną, więc robię przedstawienie.
Mówię, że wszystko gra, chociaż wciąż się potykam.
Mama mówiła: Mały, nie użalaj się,
Kto nie płacze, ten ma takt.
Zatem uśmiech na twarz, żeby zakryć smutek.
Każdy może się przebrać, wszyscy jesteśmy artystami...
Na podobnej zasadzie działa pytanie: "Jak się masz?". To jedna z kości
niezgody między normalnie myślącymi a nadwydajnymi: nadwydajni zarzucają
normalnie myślącym, że choć pytają: "Jak się masz?", w rzeczywistości
nie są gotowi, żeby usłyszeć odpowiedź, jeśli rozmówca ma się źle. Otóż
należy zrozumieć, że - jak śpiewał Christophe Maé - mamy tutaj do
czynienia nie z prawdziwym pytaniem, lecz z figurą stylistyczną. Służy
ona tylko jako pretekst do nawiązania kontaktu, ponieważ przechodzenie
od razu do rzeczy i zbytnia bezpośredniość nie są mile widziane. Nie, to
nie hipokryzja, ale zwykła grzeczność. Zasady savoir-vivre'u nakazują
odpowiedzieć "W porządku, dziękuję!", a nie wykorzystywać okazję do
recytowania litanii trosk - każdy bowiem ma swoje problemy i nie
powinniśmy obciążać innych osobistymi bolączkami. Mama Christophe'a Maé
ma rację: niewylewanie na innych swoich żali, powstrzymywanie łez to
dowód taktu. Jeżeli zatem ktoś was zapyta "Jak się masz?",
wykorzystajcie to pytanie jako swoiste zaklęcie, które wywoła
następującą reakcję: "To moment, żebym zebrał się w sobie, wziął głęboki
oddech, odłożył na bok mój stan emocjonalny i podjął rozmowę, oferując
rozmówcy życzliwą neutralność".
Jednym z narzędzi stosowanych przez szkolone przeze mnie grupy
menedżerów w celu oczyszczenia się z emocji było rozpoczynanie dnia od
"prognozy pogody" naszego nastroju. Każdy miał możliwość stwierdzenia:
"U mnie dzisiaj świeci słońce, chmurzy się, pada deszcz, bo..."; w kilku
słowach określał swoje samopoczucie, by następnie móc przejść do innych
zadań. Emocjonalna "prognoza pogody" jest szalenie skuteczna i może być
stosowana nie tylko w pracy, ale już na etapie przedszkolnym. Zarażenie
emocjonalne4 tłumu może wymknąć się spod kontroli zarówno w sensie negatywnym (apatia, strach albo nawet zbiorowa panika czy furia
prowokująca zamieszki), jak i pozytywnym (euforia lub entuzjazm). Bywa,
że prowadzi do tragicznych w skutkach wydarzeń: zawalenia się trybun czy
stratowania osób zablokowanych w przestrzeni bez wyjścia. Jej skrajnym
przypadkiem była histeria tłumów fanatycznie unoszących ramiona i skandujących "Heil!". Postarajmy się zatem nie zarażać jedni drugich
naszymi stanami ducha. Jak się masz? W porządku, dziękuję! A ty? Też.
Wszyscy mamy problemy
Oto historia człowieka spadającego z wieżowca. Na wysokości 10. piętra
mężczyzna stwierdza: "Uf! Jak dotąd wszystko idzie świetnie". W każdym
momencie naszego życia, stawiając sobie pytanie o to, jak się mamy,
możemy obiektywnie uznać, że jest w porządku - jeżeli tylko
skoncentrujemy się na pozytywnych aspektach rzeczywistości (zawsze
jakieś się znajdą). Albo uznać, że jest fatalnie - jeżeli skupimy uwagę
na swoich problemach i negatywnych emocjach, które w związku z nimi
odczuwamy. Mam wrażenie, że ludzie neurotypowi wykazują się dostateczną
mądrością i dystansem, żeby wiedzieć, że troski i radości są przelotne i że - nawet gdy akurat wszystko jest w porządku - nic nie trwa wiecznie.
Słynna droga środka zalecana przez buddyzm polega na przyjmowaniu
zarówno miłych, jak i przykrych doświadczeń z rezerwą i rozwagą. "Co z tego zostanie za sto pięćdziesiąt lat?", śpiewał Raphaël. Czy to, co
dzisiaj mnie oburza lub wzbudza mój entuzjazmem, jutro będzie równie
ważne?
Umiejętność przemilczania swoich zmartwień na forum publicznym i mówienia o innych sprawach stanowi zatem słuszną filozofię. Zawsze
pamiętajmy, że wszyscy mamy problemy i że nie warto przytłaczać swoimi
drugiego człowieka. On także mierzy się z własnymi trudnościami i oddaje
nam przysługę, nie obciążając nas nimi. W ten sposób każdy członek grupy
bierze współodpowiedzialność za jej ogólny stan emocjonalny. Musicie
zrozumieć, że uzewnętrzniając swoje emocje, narzucacie je również innym.
To dlatego normalnie myślący postrzegają was jako osoby, które potrafią
zepsuć najlepszą atmosferę. Podsumowując, gdy powstrzymujemy się od
opowiadania o swoich problemach, oddajemy otoczeniu przysługę. Unikajcie
zatem zarażania emocjonalnego, nawet jeśli akurat odczuwacie euforię.
Przez ucho do serca...
Wiecie, że możemy zakochać się w zaledwie czterdzieści pięć minut,
odpowiadając na nie więcej niż trzydzieści sześć pytań? Odkrył to w 1997
roku profesor Arthur Aron, doktor psychologii. W ramach swoich badań na
jednym z amerykańskich uniwersytetów szukał odpowiedzi na pytanie, jak
powstaje uczucie bliskości między dwojgiem nieznających się ludzi. W tym
celu opracował eksperyment, którego rezultaty przeszły jego najśmielsze
oczekiwania. Niemal każda para uczestnicząca w doświadczeniu zakochiwała
się w sobie. Och, oczywiście niektórzy będą podważać wiarygodność
badania, twierdząc, że zakochiwali się tylko ci, którzy uprzednio już
się wybrali - świadomie lub nie - a poza tym od zauroczenia do uczucia
jest jeszcze kawałek drogi. Niech będzie. Niemniej skuteczność
kwestionariusza wydaje się niezaprzeczalna. Pozwala on zbudować
serdeczność między dwiema odpowiadającymi na pytania osobami, może też
podsycić gasnący płomień miłości lub wzmocnić więzy starej przyjaźni. Na
czym polega sztuczka? Kwestionariusz kreuje intymną przestrzeń, w której
każdy może poczuć szczere zainteresowanie drugą osobą, a jednocześnie
mówić całkowicie otwarcie o sobie. Pytania są ukierunkowane tak, że nie
tylko każą nam opowiadać o swoim dzieciństwie, rodzicach, sukcesach,
lękach, słabościach, wartościach, ale także wpływają na poprawę
samooceny drugiej osoby: mówimy o tym, co nam się w niej podoba albo o naszych punktach wspólnych... Zainspirowana tym eksperymentem, Mandy
Catron napisała książkę How to Fall in Love with Anyone [Jak zakochać
się w kimkolwiek]5. Opowiada w niej, jak kwestionariusz
doktora Arona pozwolił jej zakochać się w koledze, którego ledwo znała.
Według niej najważniejsza nie jest treść pytań, ponieważ wiele z nich
można by zastąpić innymi. Fundamentalny jest fakt, że umożliwiają one
zainicjowanie procesu wzajemnego odkrywania siebie. Otóż ten sposób
komunikacji, szczerego zainteresowania drugim człowiekiem oraz
odkrywania siebie w relacji z nim, jest jedną ze specjalności osób
nadwydajnych. To tłumaczy, dlaczego wprawiacie w zakłopotanie tak dużo
osób. Musicie wiedzieć, że wielu waszych rozmówców jest przekonanych, że
ich podrywacie. Wyobraźcie sobie, co by się działo, gdyby na każdym
grillu z sąsiadami ludzie zakochiwali się w sobie po pierwszej lepszej
pogawędce! Kończyłoby się to szarpaniną zdradzonych partnerów albo...
gigantycznym sex party! Cóż, raz jeszcze rozmowy o pogodzie, ostatniej
kolejce ekstraklasy, osiągach konkurencyjnych marek samochodów czy
przepisie na placek z truskawkami (ale bez zdradzania wszystkich
tajników, są jakieś granice!) mogą okazać się roztropniejsze.
Społeczna funkcja plotkowania
Człowiek jest jedynym stworzeniem posługującym się mową. Korzystając z tego przywileju, nauczył się mówić po próżnicy. Milczy tylko w jednej
okoliczności: w obliczu niesprawiedliwości6.
Frédéric Dard
Począwszy od rewolucji poznawczej, o której opowiem wam w dalszej części
książki, homo sapiens w miarę jak zwiększała się jego zdolność
myślenia abstrakcyjnego, zaczął wykształcać coraz bardziej zaawansowany
język. Tym samym posiadł umiejętność ucinania sobie pogawędek i plotkowania, które stopniowo przejęły funkcję, jaką u małp odgrywało
iskanie - mianowicie budowania więzi. Standardowe stado szympansów liczy
od dwudziestu do pięćdziesięciu osobników. Bardzo rzadkie są przypadki,
gdy ich liczba sięga stu. Nadmierny wzrost populacji skutkuje rozłamem;
tworzy się oddzielny klan, który staje się autonomiczną grupą i opuszcza
rodzime stado. Proste rozmowy pomogły homo sapiens stworzyć większe i stabilniejsze klany. Badania socjologiczne dowodzą, że plotkowanie może
działać spajająco w obrębie grup liczących do około stu pięćdziesięciu
osób. Powyżej tego pułapu plotka i pokrewieństwo nie są już
dostatecznymi czynnikami umożliwiającymi utrzymanie jedności grupy.
Będzie ona wówczas potrzebowała lidera, projektu, mitu... Ale sto
pięćdziesiąt osób to już spory klan! Plotkowanie ma więc ogromy wpływ na
wyjątkową umiejętność jednoczenia się i współpracy homo sapiens.
Daniel Tammet, osoba ze spektrum autyzmu i zdiagnozowanym zespołem
Aspergera, autor książki Embracing the Wide Sky [Obejmując ogrom
nieba]7 zauważa, że tylko 10% plotek to oszczerstwa, podczas gdy
pozostałe 90% polega po prostu na rozmawianiu o tym, co przytrafiło się
innym: "Moja teściowa zoperowała sobie woreczek żółciowy" albo "Mój
kuzyn kupił sobie samochód, jest tym bardzo podekscytowany", albo "Syn
mojej sąsiadki ma nową dziewczynę"... Owe pogaduszki, których tak bardzo
nie znosicie, są jedynie pretekstem do nieszkodliwego i bezpiecznego
zacieśniania więzi. Sztuczka polega na tym, aby nie skupiać się
nadmiernie na żadnym z poruszanych tematów, lecz płynnie przechodzić od
jednego do drugiego. Tak czy inaczej, jeżeli spojrzeć na to z bliska, w rzeczywistości wszyscy strzępimy język po próżnicy, nawet nadwydajni -
amatorzy głębokich dysput lubujący się w ulepszaniu świata i żonglowaniu
konceptami, uważanymi za zaawansowaną filozofię, lecz które w gruncie
rzeczy są równie iluzyjne jak cała reszta. Bądźmy szczerzy, nawet jeżeli
w naszych konwersacjach poruszamy "ważne kwestie życia i śmierci", w istocie nie prowadzą nas one zbyt daleko. Co do bardziej intymnych
zwierzeń, podczas których otwieramy swoje serca, musimy pamiętać, że
wystawiają nas one na niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo zbliżenia się
do kogoś bardziej, niżbyśmy chcieli - mówiliśmy o tym przed chwilą - ale
także niebezpieczeństwo zbytniego odsłonięcia siebie w nieadekwatnej
sytuacji, co może nam zaszkodzić. Ile razy mieliście wrażenie, że
powiedzieliście o sobie o jedno słowo za wiele?
Konwersacje "rozrywkowe" w analizie transakcyjnej
Amerykański psycholog Éric Berne, twórca analizy transakcyjnej,
zatytułował jedną ze swoich książek: Dzień dobry... i co
dalej?8. Rozwija w niej jedną z głównych idei tej metody,
mianowicie pojęcie "stroków", które w języku angielskim oznaczają
kontakt fizyczny - szturchnięcie lub głaskanie - i które tłumaczy się na
język polski jako znaki rozpoznania albo głaski. Znak rozpoznania można
określić jako najmniejszą jednostkę kontaktu ludzkiego, którego wszyscy
potrzebujemy, aby mieć poczucie istnienia. Badania potwierdzają:
pozbawiony znaków rozpoznania człowiek więdnie, popada w szaleństwo lub
pogrąża się w nicości, którą odczuwa jako gorszą niż śmierć9. To
dlatego ludzie podświadomie tak organizują sobie każdy dzień, żeby
zebrać wystarczającą liczbę głasków. Berne zdefiniował kolejne poziomy
intensywności tych bodźców, od wycofania, poprzez pośrednie stadia
oddziaływania, po intymność - tak jakby znaki rozpoznania były mniej lub
bardziej krzepiące w zależności od kontekstu, w jakim są rejestrowane.
Wycofanie: Zaczynając zatem od najniższego poziomu, wycofanie
pozwala uniknąć niechcianych gestów lub słów. To raczej rodzaj samotni,
w której możemy posortować i "przetrawić" niedawno otrzymane głaski lub
schronić się przed tymi negatywnym i destrukcyjnymi.
Rytuały: Rytuały to nasze drobne, indywidualne nawyki (moja żółta
filiżanka na poranną kawę), które zapewniają nam minimum życiowe. Im
bardziej jesteśmy samotni, tym bardziej wypełniamy życie rytuałami. Bywa
to problematyczne: jeżeli musieliśmy stworzyć szereg rytuałów, by
przeżyć, każde, nawet najbardziej wartościowe spotkanie z drugim
człowiekiem będzie stanowić zagrożenie dla tej kruchej równowagi.
Spytajcie fizjoterapeutów: niektórym samotnym emerytom szalenie trudno
znaleźć czas na dodatkową godzinę terapii, ponieważ ich czas, choć
pozornie wolny, wypełniają rytuały. Podobnie, rytualne zachowania
zbiorowe (na przykład pozdrowienie) działają jako podstawowy sygnał
wzajemnej uważności - komunikat brzmi: "Nie jesteś przeźroczysty, nie
jesteś przedmiotem". Nawet zwykłe pomachanie ręką z oddali wystarczy,
żeby pozdrowiona osoba poczuła, że istnieje. Pozdrawiajcie innych tak
często, jak to możliwe!
Rozrywki: Dochodzimy do naszych słynnych rozmów o wszystkim i o niczym. Berne pogrupował je w kategorie w zależności od tematyki:
"Rodzice uczniów", "Ciuchy", "Piłka nożna"... W analizie transakcyjnej ich
funkcją jest wymiana znaków rozpoznania, wprawdzie mało intensywnych,
ale za to pozostających na bezpiecznym gruncie i w sposób umożliwiający
stworzenie bufora, dzięki któremu będziemy mogli spokojnie
wyselekcjonować potencjalnych partnerów do bardziej intensywnych wymian.
Zatem, bez względu na to, co myślicie o small talku, jest on ludziom
niezbędny.
Aktywności: Zamiast przeciwstawiać sobie pojęcia "robić" i "być",
moglibyśmy połączyć je pod wspólnym szyldem "robić, żeby być". Działanie
daje dużo satysfakcji i okazji do wymiany znaków rozpoznania. Kto
pomagał kolegom w przeprowadzce, ten wie, jak wiele radości i energii
dostarczają takie jednodniowe akcje (w przeciwnym razie zmieńcie
kolegów!). Nawet zrobienie czegoś samemu bywa gratyfikujące, pozwala
bowiem dostrzec wymierny efekt naszej pracy. Życie biurowe spełnia
podobną - podstawową - funkcję: wykonujemy działania we wspólnej
przestrzeni po to, żeby wymieniać się głaskami. Rezultat liczy się zatem
mniej niż sam proces. Wymownym tego przykładem jest Penelopa, latami
tkająca szatę w oczekiwaniu na Odyseusza.
Intymność: Według Taylor Jenkins Reid "[l]udziom wydaje się, że
intymność dotyczy wyłącznie sfery seksu. Intymność to mówienie prawdy.
Kiedy uświadamiasz sobie, że możesz powiedzieć komuś prawdę, kiedy
możesz się przed tą osobą otworzyć, kiedy stajesz przed nią nago, a ona
mówi: "Jesteś ze mną bezpieczna", to jest właśnie
intymność"10. Intymność dostarcza najbardziej budujących
znaków rozpoznania, ale niesie ze sobą również największe ryzyko. Bardzo
lubię definicję Jenkins Reid, ale podoba mi się także ta Francka
Farrelly'ego11: "Intymność to zbliżanie się do drugiego
człowieka zupełnie nago z nadzieją, że obciął paznokcie". To samo
dotyczy sfery psychicznej. Relacja nie zawsze jest tak ciepła i budująca, na jaką się zapowiadała. Niektórzy utożsamiają bowiem
intymność z zagrożeniem. W obawie przed zranieniami tak bardzo bronią
się przed obnażeniem, że zamieniają każdą bliską relację w grę
psychologiczną.
Gry psychologiczne: Gry psychologiczne to kolejne z kluczowych pojęć
analizy transakcyjnej. Funkcjonują w obrębie zdefiniowanego przez
Stephena Karpmana trójkąta dramatycznego, w którym można przyjąć jedną z trzech ról: ofiary, prześladowcy lub wybawiciela. Zaletą gier
psychologicznych jest fakt, iż opierają się one na tak dalece
skodyfikowanych schematach (dlatego nazywamy je grami), że w efekcie są
przewidywalne, jednocześnie sprawiając wrażenie nieumyślnych. Jako że
dostarczają bardzo intensywnych bodźców, stanowią dobrą alternatywę dla
intymności. Wbrew nazwie nie są jednak zabawą12. Ponieważ sporo
ludzi czuje się nieswojo z intymnością, wasze próby stworzenia klimatu
bliskości często będą przez nich wykorzystywane do ich rozgrywek. Tutaj
warto zadać sobie pytanie: dlaczego miałbym wchodzić w bliski kontakt ze
wszystkimi? Dlaczego nie zarezerwować tej uprzywilejowanej relacji dla
najbardziej wartościowych osób z mojego otoczenia? Niektóre z naszych
transakcji nie wymagają wychodzenia poza jeden rytuał: dzień dobry,
proszę, dziękuję.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki