p

Jak mieć udany związek - Praca zbiorowa

Kup ebooka

26.99 zł
21.59 zł (21,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cykl życia pary

W pro­ce­sie doj­rze­wa­nia związku każda para znaj­duje się pomię­dzy sta­bil­no­ścią a zmianą. Jeśli nasza rela­cja w ogóle się nie zmie­nia, to z cza­sem obumiera. Ale gdyby zmie­niała się zbyt czę­sto i szybko, to sta­łaby się cha­otyczna. Co pozwoli part­ne­rom zapu­ścić mocne korze­nie, bez któ­rych nie można kwit­nąć?

tekst Matylda Poręb­ska

Zwią­zek powi­nien być pro­ce­sem roz­wo­jo­wym, a nie sta­tyczną budowlą. Znane nam dobrze "i żyli długo i szczę­śli­wie" nie­jako impli­kuje myśle­nie o mał­żeń­stwie, jak gdyby było ono sta­nem, który kiedy raz się osią­gnie, to już się w nim jest do końca. Tym­cza­sem jeśli szu­kać jakie­goś porów­na­nia, to można powie­dzieć, że zwią­zek jest jak drzewo. U pod­staw potrzebne są solidne korze­nie, które z cza­sem trwa­nia rela­cji zapusz­czają się coraz głę­biej. By rosnąć, potrze­buje i słońca, i desz­czu. Zmie­nia się wraz z porami roku, cza­sem zamiera, by znów obu­dzić się do życia i roz­kwit­nąć na nowo.

Para mię­dzy sta­rym a nowym porząd­kiem

Zmiany doty­czące naszych rela­cji dzieją się nie­mal na żywo, tu i teraz. Cza­sem można mieć wra­że­nie, że bie­rzemy udział w jakimś zbio­ro­wym eks­pe­ry­men­cie. Wypo­wie­dzie­li­śmy wojnę patriar­cha­towi, choć cią­gle jest on czę­ścią naszego spo­łecz­nego DNA. Zarówno kobiety, jak i męż­czyźni pró­bują odna­leźć nowy spo­sób bycia ze sobą, tkwiąc pomię­dzy sta­rym a nowym. Po odrzu­ce­niu tego, co znane, pró­bu­jemy na nowo pisać zasady, co przy­po­mina obsta­wia­nie w wyści­gach kon­nych bez gwa­ran­cji, że wygramy.

Przez wieki zwią­zek dwojga ludzi był raczej soju­szem eko­no­micz­nym, miał zapew­nić cią­głość gatunku. W mał­żeń­stwie - czy to aran­żo­wa­nym, czy z tzw. roz­sądku - miłość była mile widziana, ale z pew­no­ścią nie klu­czowa. Brzmi mało roman­tycz­nie, ale tra­dy­cyjne mał­żeń­stwo opie­rało się na dobrze zde­fi­nio­wa­nych rolach płcio­wych i co za tym idzie - na jasnym podziale pracy. On miał ciężko pra­co­wać i przy­no­sić do domu pie­nią­dze, ona rodzić dzieci i zaj­mo­wać się gospo­dar­stwem. Nie­mal do końca XX w. mał­żeń­stwo miało trwać aż do śmierci, kobiety były cał­ko­wi­cie zależne od mężów, a roz­wód, o ile w ogóle się wyda­rzał, był powo­dem wstydu i wyklu­cze­nia.

Part­ne­rzy, któ­rzy kur­czowo trzy­mają się swo­ich prze­ko­nań i tego, jacy zawsze byli, z dużym praw­do­po­do­bień­stwem roz­staną się, kiedy życie skon­fron­tuje ich ze zmianą. Ale eks­tre­malne poświę­ca­nie sie­bie, żeby zado­wo­lić part­nera czy unik­nąć kon­flik­tów, rów­nież się nie spraw­dzi. W zdro­wym związku roz­wią­za­niem nie jest próba zmiany part­nera, lecz zada­nie sobie samemu pyta­nia, w jaki spo­sób ja uczest­ni­czę w naszym tańcu

Dyna­mikę związ­ków zmie­niły femi­nizm, anty­kon­cep­cja i prawa repro­duk­cyjne. Byt kobiety prze­stał być zależny od męż­czy­zny, co pozwo­liło na decy­do­wa­nie o wła­snych uczu­ciach i losie. Prze­sta­li­śmy potrze­bo­wać mał­żeń­stwa, żeby wypro­wa­dzić się od rodzi­ców, nie musimy nawet być w sta­łym związku, żeby mieć udane życie sek­su­alne czy żeby wziąć kre­dyt. To wszystko spra­wiło, że zaczę­li­śmy zwra­cać uwagę na poziom naszej satys­fak­cji w związku ("Chcę być usły­szany z moimi potrze­bami"), być bar­dziej wybredni ("Jak nie ta, to inna") i bar­dziej wyma­ga­jący - od sie­bie i od part­nera. Kło­pot w tym, że cią­gle chcemy tego wszyst­kiego, co miało do zaofe­ro­wa­nia tra­dy­cyjne podej­ście, czyli kole­żeń­stwa, wspar­cia eko­no­micz­nego, życia rodzin­nego i sta­tusu spo­łecz­nego. Jed­no­cze­śnie na liście ocze­ki­wań wobec poten­cjal­nego part­nera poja­wiły się: anti­do­tum na naszą samot­ność, wysoki inte­lekt, cie­kawa oso­bo­wość i czarny pas w sztuce miło­ści. No i nie zapo­mi­najmy, że nasz part­ner ma jesz­cze jedno arcy­ważne zada­nie: mamy stać się przy nim naj­lep­szą wer­sją sie­bie. Nie zależy nam już tylko na tym, żeby w rela­cji być, ale rów­nież na tym, żeby ta rela­cja była spek­ta­ku­lar­nym suk­ce­sem.

Kry­zysy toż­sa­mo­ści pary

Każdy etap związku to typowe i cał­ko­wi­cie nor­malne kry­zysy, a tym, co utrzy­muje zwią­zek przy życiu, jest ade­kwatne ich prze­zwy­cię­ża­nie. Fakt wystę­po­wa­nia kry­zy­sów nie jest więc pato­lo­gią. Zacho­wa­nia pato­lo­giczne poja­wiają sie zazwy­czaj dopiero wtedy, kiedy part­ne­rzy uni­kają prze­cho­dze­nia przez kolejne etapy - nie­zbędne, by zwią­zek mógł doj­rze­wać, roz­wi­jać się i być źró­dłem satys­fak­cji.

Jak w fil­mie

Młody czło­wiek, nawią­zu­jąc rela­cje, zwy­kle nabywa umie­jęt­no­ści, które w póź­niej­szym okre­sie mają pomóc mu stwo­rzyć bli­ski i stały zwią­zek. Dla nasto­latka chło­pak/dziew­czyna służy raczej jako wizy­tówka i ozdoba. Jego cechy cha­rak­teru mają zwięk­szyć poczu­cie war­to­ści, zdo­być podziw i uzna­nie oto­cze­nia. Związki mło­dych ludzi są zazwy­czaj mało trwałe, roman­tyczne i ego­istyczne, co jest cał­ko­wi­cie natu­ralne i zro­zu­miałe, ponie­waż młody czło­wiek dopiero okre­śla swoją toż­sa­mość. Zapewne jest to powód, dla któ­rego bar­dzo rzadko mło­dzi w parach wybie­rają się do tera­peuty, by "rato­wać" zwią­zek, który czę­sto prze­cież wydaje się jedyny i na zawsze. Dora­sta­nie to czas, kiedy nastę­puje okre­ślanie swo­ich gra­nic i potrzeb, a dzięki reak­cjom part­nera młoda osoba uczy się tego, kim jest. Toż­sa­mość w rozu­mie­niu wyboru okre­ślo­nej drogi ozna­cza też rezy­gna­cję z pozo­sta­łych moż­li­wo­ści. Zatem wybór jed­nego part­nera wiąże się z rezy­gna­cją ze wszyst­kich pozo­sta­łych part­ne­rów, co na tym eta­pie jest po pro­stu trudne. Dopóki młody czło­wiek nie podej­mie pod­sta­wo­wych decy­zji doty­czą­cych wła­snej osoby, nie wie, jakiego part­nera powi­nien wybrać. Młody czło­wiek o związ­kach mówi czę­sto, jak ważne jest, żeby ni­gdy się ze sobą nie kłó­cić, zawsze być ze sobą szcze­rym i mieć siłę każ­dego dnia żyć tak, jakby miał to być ostatni dzień naszego życia. Wizja ta wiąże się zapewne z tym, co oglą­damy w fil­mach, oraz z pra­gnie­niem, by nie powta­rzać tego, co widzimy w swo­ich domach. Jed­nak wraz z wej­ściem w stały zwią­zek pod­dana ona zostaje wery­fi­ka­cji.

Kon­fron­ta­cje, ustęp­stwa, nego­cja­cje

W momen­cie nawią­za­nia sta­łej rela­cji chwi­lowe zado­wo­le­nie czy potwier­dze­nie swo­jej war­to­ści prze­staje być głów­nym celem. Poja­wia się potrzeba wspól­nego two­rze­nia domu, rodziny i dal­szej histo­rii życia. Połą­cze­nie się w parę ozna­cza wza­jemną wyłącz­ność nie tylko wobec innych par­te­rów, ale rów­nież wobec rodziny pocho­dze­nia. Jest to nie­wąt­pli­wie faza, któ­rej towa­rzy­szy dużo lęku i wąt­pli­wo­ści. Nie­rzadko w okre­sie tuż przed zawar­ciem mał­żeń­stwa poja­wia się nastrój depre­syjny, chęć ucieczki, stany lękowe, cza­sem wręcz ataki paniki.

Tym, co utrzy­muje zwią­zek przy życiu, jest ade­kwatne prze­zwy­cię­ża­nie kry­zy­sów. To, że kry­zysy wystę­pują w związ­kach, nie jest pato­lo­gią. Zacho­wa­nia pato­lo­giczne poja­wiają się wtedy, kiedy part­ne­rzy uni­kają prze­cho­dze­nia przez kolejne etapy - nie­zbędne, by zwią­zek mógł doj­rze­wać, roz­wi­jać się i być źró­dłem satys­fak­cji

Pierw­sze lata mał­żeń­stwa są w pew­nym sen­sie naj­bar­dziej inten­syw­nym i pra­co­wi­tym okre­sem dla pary. Nie tylko dla­tego, że zazwy­czaj jest to czas wiel­kich zmian: prze­pro­wadzka do nowego miesz­ka­nia, poja­wie­nie się dziecka czy roz­wój kariery zawo­do­wej. Jest to rów­nież etap, kiedy powstaje zupeł­nie nowa struk­tura. Part­ne­rzy poszu­kują swo­jej toż­sa­mo­ści jako para, wła­snego stylu życia, roz­dzie­lają zada­nia i obo­wiązki, usta­lają porzą­dek dnia pracy i czasu wol­nego, okre­ślają kon­takty spo­łeczne i przy­jaź­nie, a także kwe­stie zwią­zane z pie­niędzmi i wyzna­cza­niem celów. Pro­ces ten to nie­koń­czące się kon­fron­ta­cje, dys­ku­sje, ustęp­stwa i nego­cja­cje. Róż­nica w poglą­dach i odczu­ciach budzi w part­ne­rach naj­czę­ściej nie­chęć i złość. W sprzy­ja­ją­cych warun­kach part­ne­rzy uczą się, że róż­nice i odręb­ność part­nera mają w sobie poten­cjał roz­wo­jowy. Part­ne­rom czę­sto towa­rzy­szy lęk, że prze­grany spór będzie ozna­czał cał­ko­witą domi­na­cję part­nera na resztę życia. Wal­czą więc dużo bar­dziej zacie­kle i z upo­rem, niż de facto wymaga tego dana sytu­acja. Z tej per­spek­tywy nie dziwi tak bar­dzo fakt, że wiele mał­żeństw myśli o roz­wo­dzie, zanim jesz­cze będą obcho­dzić pierw­szą rocz­nicę ślubu.

Ważną kwe­stią w tej począt­ko­wej fazie jest usta­le­nie na nowo rela­cji z rodzi­nami pocho­dze­nia. Dla nie­któ­rych posta­wie­nie wyraź­nej gra­nicy pomię­dzy sobą a rodzi­cami budzi bar­dzo dużo lęku i poczu­cia winy. Czę­sto daje się to usły­szeć już pod­czas pierw­szej kon­sul­ta­cji pary: "A bo moja mama uważa, że..."; "Kiedy roz­ma­wia­łem z moją mamą o naszym pro­ble­mie..."; "Mój ojciec ni­gdy by się tak nie zacho­wał". Kiedy rodzice domi­nują w życiu pary, to po pierw­sze - naj­czę­ściej jest to główne źró­dło pro­ble­mów tej pary, po dru­gie - trzeba się tym zająć w pierw­szej kolej­no­ści. Nie można czuć się rów­no­rzęd­nym part­ne­rem, jeśli decy­du­jące słowo należy do teścio­wej czy matki albo to ona dowia­duje się o waż­nych spra­wach jako pierw­sza.

Poja­wie­nie się dzieci to moment głę­bo­kiej prze­miany dla związku, bo oto nie żyją już tylko dla sie­bie. Part­ne­rzy prze­stają zaspo­ka­jać w pełni swoje potrzeby bli­sko­ści i wspar­cia. Jeśli przed poja­wie­niem się dzieci para zma­gała się z pro­ble­mem intym­no­ści, moż­li­wość poświę­ce­nia się dzie­ciom może być przy­jęta z ulgą. Wów­czas naj­pew­niej te pro­blemy powrócą, kiedy dzieci wyru­szą w świat.

Przy­po­mnieć sobie, jak to jest być ze sobą

Do tej pory toż­sa­mość pary orga­ni­zo­wała się wokół reali­za­cji kon­kret­nych celów, które albo zostały już osią­gnięte, albo zostały pod­dane ewa­lu­acji. Dzieci wyro­sły już z wieku, kiedy obec­ność obojga rodzi­ców jest nie­zbędna dla ich roz­woju, dom albo jest w pla­nach, albo został zbu­do­wany, kariera zawo­dowa z grub­sza jest już ugrun­to­wana. Nie ma więc żad­nego zewnętrz­nego celu, który by parę kon­so­li­do­wał i wzmac­niał. Upra­gniony spo­kój i odpo­czy­nek, o któ­rym nie­jedna para marzy w okre­sie kształ­to­wa­nia się rodziny, teraz, kiedy stał się osią­galny, budzi raczej nie­po­kój i poczu­cie pustki. Można powie­dzieć, że nastę­puje kolejny kry­zys toż­sa­mo­ści związku. Bar­dzo wiele zgło­szeń na warsz­tat dla par czy na tera­pię poja­wia się wła­śnie w tym momen­cie, kiedy dzieci są już w wieku szkol­nym, a kariera zawo­dowa jest w miarę sta­bilna. Kiedy pytamy o ocze­ki­wa­nia, czę­sto padają sfor­mu­ło­wa­nia: "Chcemy wró­cić do sie­bie"; "Chcemy przy­po­mnieć sobie, jak to jest spę­dzać ze sobą czas"; "Ostat­nie lata to był totalny młyn i teraz jest pierw­szy moment, żeby poroz­ma­wiać o tym, jakim chcemy być związ­kiem".

Zwią­zek jest jak drzewo. U pod­staw potrzebne są solidne korze­nie, które z cza­sem trwa­nia rela­cji zapusz­czają się coraz głę­biej. By rosnąć, potrze­buje i słońca, i desz­czu. Zmie­nia się wraz z porami roku, cza­sem zamiera, by znów obu­dzić się do życia i roz­kwit­nąć na nowo

Bywa, że nagle odczuwa się brak goto­wo­ści do pod­po­rząd­ko­wy­wa­nia swo­jego życia mał­żeń­stwu i rodzi­nie. Nie­któ­rzy spra­wiają wra­że­nie, jakby pró­bo­wali "nad­go­nić" moż­li­wo­ści życiowe, z któ­rych zre­zy­gno­wali na rzecz rodziny. Ten etap w życiu pary jest szcze­gól­nie nara­żony na poja­wie­nie się roman­sów. Nie­któ­rzy męż­czyźni doświad­czają swo­istego zawodu i roz­cza­ro­wa­nia, że nie udało im się speł­nić swo­ich ocze­ki­wań. Czują, że nie docze­kali się wystar­cza­ją­cego uzna­nia, i winą za to skłonni są obar­czać mał­żeń­stwo, które teraz jawi się jako główna prze­szkoda w roz­woju zawo­do­wym i oso­bi­stym. Pocie­sze­nie w ramio­nach doce­nia­ją­cej kochanki może wyda­wać się jedy­nym roz­wią­za­niem w tej tra­gicz­nej sytu­acji. Na pokusę szu­ka­nia uko­je­nia poza mał­żeń­stwem uważni muszą być rów­nież ci, któ­rzy suk­ces odnie­śli. Nie­stety, czę­sto oka­zuje się, że ciężka praca i osią­gnię­cie wszyst­kich wyty­czo­nych celów pozo­sta­wia uczu­cie nie­smaku, pustki czy wręcz depre­sji. Suk­ces nagle oka­zuje się nie­współ­mierny do poświę­ceń, które poczy­niło się na dro­dze do niego. Poja­wia się pra­gnie­nie, żeby zre­zy­gno­wać z tej pogoni, by korzy­stać z życia. Nie­stety, rezy­gna­cja z kom­fortu i pre­stiżu nie jest łatwa. Nie­któ­rzy wła­śnie w tym momen­cie wcho­dzą w związki poza­mał­żeń­skie czy wręcz wystę­pują o roz­wód. Chcą jak naj­szyb­ciej roz­stać się z dotych­cza­sową toż­sa­mo­ścią, z prze­ko­na­niem wie­rząc, że wła­śnie to jest jedyne reme­dium na brak speł­nie­nia w życiu. I jak to bywa z podróżą za gra­nicę - począt­kowo nas zachwyca, ide­ali­zu­jemy wszystko, co nowe, jeste­śmy gotowi pró­bo­wać nowych sma­ków i doznań, ale z cza­sem zaczy­namy tęsk­nić za dobrze znaną ojczy­zną.

Co sły­chać w gabi­ne­cie

Nie zawsze, choć czę­sto, para zgła­sza się na tera­pię z ini­cja­tywy kobiety. Może to być zwią­zane z tym, że dla kobiety, dla któ­rej inwe­sty­cja w rodzinę wią­zała się z rezy­gna­cją z wielu innych celów, per­spek­tywa zakoń­cze­nia związku jawi się w kate­go­riach porażki. Co wię­cej, star­szy męż­czy­zna ma dużo więk­sze szanse na zna­le­zie­nie młod­szej, atrak­cyj­nej kobiety, ani­żeli star­sza kobieta nowego, sta­łego part­nera.

Na kobietę, która porzu­ciła swoją karierę na rzecz rodziny, czeka spore wyzwa­nie zwią­zane z kolej­nym przede­fi­nio­wa­niem swo­jego życia. Nie­które pró­bują współ­pra­co­wać z mężem zawo­dowo, choć rzadko wpływa to pozy­tyw­nie na zwią­zek. Zazwy­czaj bowiem są w roli pra­cow­nicy męża, co już z defi­ni­cji ude­rza w zasadę rów­no­rzęd­no­ści. Nie­stety, nie­które kobiety, naj­czę­ściej nie­świa­do­mie, aby odsu­nąć widmo kry­zysu mał­żeń­skiego, pró­bują prze­dłu­żać okres nie­doj­rza­ło­ści i zależ­no­ści swo­ich dzieci. Wów­czas tera­peuta powi­nien zwró­cić uwagę rodzi­com, żeby nie wcią­gali dzieci w swoje pro­blemy mał­żeń­skie.

Zada­niem tera­peuty nie jest jed­nak szu­ka­nie nowych moty­wa­cji do pozo­sta­nia w parze, lecz poka­za­nie dys­funk­cyj­nych wzor­ców, które utrud­niają życie razem.

Kry­zys wieku śred­niego dla wielu par może oka­zać się decy­du­jący w pro­ce­sie doj­rze­wa­nia związku. Pyta­nie, czy na tym eta­pie będą widzieli swoją rela­cję jako coś, co się roz­wi­jało i rosło przez wspólne lata, two­rząc ich wła­sną nie­po­wta­rzalną histo­rię, czy raczej jako łań­cu­chy, które ogra­ni­czały i utrud­niały satys­fak­cjo­nu­jące życie.

"Wła­ści­wie to od zawsze tak było. Zawsze była zajęta dziećmi i na mnie nie zwra­cała uwagi. Wcze­śniej to były przy­ja­ciółki, praca, a potem dzieci. Ja zawsze byłem na ostat­nim miej­scu"; "Kie­dyś mi to nie prze­szka­dzało, że on się tak na wszystko zga­dza i jest tak, jak ja tego chcę, i tak, jak ja zapla­nuję, ale dzi­siaj chcia­ła­bym czuć, że mam part­nera, a nie bez­radne dziecko, które wisi na mnie, jak­bym była jego matką"; "Ni­gdy nie czu­łam się ważna dla niego"; "Ona ni­gdy nie chciała eks­pe­ry­men­to­wać w łóżku", "On ni­gdy mnie nie sły­szał", "Ona zawsze robi mi awan­tury, że wró­ci­łem za późno, czy to jest 17, czy 20, nie ma zna­cze­nia".

Takie zda­nia bar­dzo czę­sto sły­chać w gabi­ne­cie. Pary zgła­szają się z róż­nych powo­dów, z różną moty­wa­cją. W pew­nym sen­sie każde zgło­sze­nie można widzieć jako trud­ność pary w samo­dziel­nym prze­pro­wa­dze­niu jakiejś zmiany w związku. Utknię­cie w swo­istym tańcu, który odbywa się cza­sem latami, potrafi mieć bar­dzo destruk­cyjną moc. Wyobraźmy sobie parę, w któ­rej w róż­nych momen­tach kry­zy­so­wych ona za wszelką cenę chce roz­ma­wiać, na różne spo­soby pró­buje dobić się do part­nera, a on z każ­dym naci­skiem bar­dziej się wyco­fuje i zamyka w sobie. Im bar­dziej ona napiera, tym bar­dziej on ucieka od kon­taktu. Wydaje się, że bez tera­pii raczej małe są szanse, żeby para mogła sama to zmie­nić, a zapewne dla obu stron taki spo­sób funk­cjo­no­wa­nia jest wyczer­pu­jący. U pod­staw obu tych stra­te­gii tkwi lęk, u niej może być to lęk przed porzu­ce­niem i bra­kiem kon­taktu, u niego być może jest to lęk przed pochło­nię­ciem i zawład­nię­ciem. Oboje, chcąc chro­nić się przed bólem, unie­moż­li­wiają sobie bli­skość.

Pary, w któ­rych part­ne­rzy kur­czowo trzy­mają się swo­ich prze­ko­nań i tego, jacy zawsze byli, z dużym praw­do­po­do­bień­stwem roz­staną się, kiedy życie skon­fron­tuje ich ze zmianą. Z dru­giej strony eks­tre­malne poświę­ca­nie sie­bie, żeby zado­wo­lić part­nera czy unik­nąć kon­flik­tów, rów­nież się nie spraw­dzi. W zdro­wym związku roz­wią­za­niem nie jest próba zmiany part­nera, lecz zada­nie sobie samemu pyta­nia, w jaki spo­sób ja uczest­ni­czę w naszym tańcu. Oczy­wi­ście, miejmy też świa­do­mość, że myśląc o zmia­nach, poru­szamy się w jakichś gra­ni­cach wyzna­czo­nych przez oso­bo­wość i styl przy­wią­za­nia part­ne­rów.

Każda para znaj­duje się pomię­dzy sta­bil­no­ścią a zmianą. Jeśli nasza rela­cja w ogóle się nie zmie­nia, to z cza­sem po pro­stu obumiera. Jeśli jed­nak zmie­niałaby się zbyt czę­sto i szybko, to sta­łaby się zbyt cha­otyczna. Klu­czem do roz­woju rela­cji będzie zatem nawi­go­wa­nie pomię­dzy sta­rym a nowym, porząd­kiem a nie­spo­dzie­wa­nym. Prze­cho­dze­nie przez kolejne etapy ozna­cza wspólne roz­wi­ja­nie się wokół zmiany, zapusz­cza­nie moc­nych korzeni, a jed­no­cze­śnie pozo­sta­wia­nie sobie nawza­jem prze­strzeni.

fot. archi­wum pry­watne

Matylda Poręb­ska

psy­cho­lożka, psy­cho­te­ra­peutka par, pra­cuje w Labo­ra­to­rium Psy­cho­edu­ka­cji w War­sza­wie. Współ­au­torka warsz­tatu dla par "Jak być w związku i nie zwa­rio­wać?" oraz grupy tera­peu­tycz­nej dla par

Kontrakty zaufania

Ocze­ki­wa­nia są pro­jek­cją naszych wyobra­żeń, tęsk­not i bra­ków. Żywią się tym, czego nie ma, uwo­dzą i mamią, bo obie­cują coś innego i lep­szego. Cza­sami bywają poży­teczne, ale nie można na nich budo­wać związku.

Co spraw­dzi się w związku lepiej niż ocze­ki­wa­nia?

tekst Mag­da­lena Sękow­ska

Pierw­szy raz zde­rzamy się z nimi w dzie­ciń­stwie. Przyj­ście potomka na świat, szcze­gól­nie tego pierw­szego, jest bar­dzo sil­nie nazna­czone ocze­ki­wa­niami. Pro­jek­cje rodzi­ców budują obraz, z któ­rym mie­rzymy się potem przez całe życie. Ocze­ki­wa­nia zapi­sane w imie­niu dziecka widać w urzą­dze­niu jego pokoju, w dywa­ga­cjach o tym, do kogo jest podobne, w wybo­rach szkół, wer­bal­nych naka­zach i emo­cjo­nal­nych reak­cjach zaka­zu­ją­cych. W roz­woju dziecka takie ocze­ki­wa­nia mogą być siłą napę­dową two­rzącą aspi­ra­cje, ale też bala­stem, nie­kiedy nie­moż­li­wym do udźwi­gnię­cia.

W sieci marzeń i tęsk­not

Ocze­ki­wa­nia uru­cha­miamy rów­nież, gdy w życiu doro­słym poszu­ku­jemy part­nera. To kolejny moment, w któ­rym nabie­rają mocy. Tylko tym razem są one wytwo­rem naszego umy­słu. Szu­kamy towa­rzy­sza w opar­ciu o nasze marze­nia, tęsk­noty, prze­czy­tane w dzie­ciń­stwie i w okre­sie nasto­let­nim opo­wie­ści, zasły­szane histo­rie rodzinne, pod­pa­trzone rela­cje. Budu­jemy ocze­ki­wa­nia, kie­ru­jąc się także modą czy tren­dami w kul­tu­rze maso­wej. W odnie­sie­niu do nich szu­kamy kogoś, kto ma mieć jakieś okre­ślone wła­ści­wo­ści - powi­nien być np. wyspor­to­wany, powinna lubić cho­dzić po górach. Ocze­ku­jemy, że nasz part­ner życiowy będzie wycho­dził z ini­cja­tywą. Chcemy, by był rów­nie zaan­ga­żo­wany w życie zawo­dowe, jak i rodzinne, był opie­kuń­czy, towa­rzy­ski, wie­rzący lub niewie­rzący. Świa­do­mie budu­jemy obraz zło­żony z ocze­ki­wań i w fazie rand­ko­wa­nia naj­czę­ściej on wła­śnie staje się naszym punk­tem odnie­sie­nia. Spraw­dzamy, co dana osoba zro­biła, powie­działa, jak się zacho­wała, o czym mówiła, a o czym nie. Wery­fi­ku­jemy, czy bycie z nią nam pasuje.

Na świa­do­mie two­rzoną sieć ocze­ki­wań wobec part­nera zaczyna nakła­dać się war­stwa nie­wi­dzialna i nie­świa­doma. Uru­cha­mia się ona w związku z lękami, fan­ta­zjami i potrze­bami, które wyni­kają z naszych dotych­cza­so­wych doświad­czeń w rela­cjach.

Według dzie­dzicz­nego prze­pisu

Wybór życio­wego part­nera nie opiera się na zasa­dzie zamka i klu­cza, lecz na wza­jem­nym przy­sto­so­wy­wa­niu się. Nie ma na to raz danych, goto­wych wzor­ców. Takie dopa­so­wy­wa­nie się obar­czone jest pró­bami, które czę­sto nie przy­no­szą upra­gnio­nych efek­tów. Wtedy poja­wia się fru­stra­cja, znie­cier­pli­wie­nie, utrata moty­wa­cji czy chęci do dal­szego pró­bo­wa­nia. Fru­stru­jemy się, bo mamy sil­nie wdru­ko­wane rodzinne prze­pisy na to, co zna­czy "być w dobrym związku": "Pamię­taj, abyś ni­gdy nie usłu­gi­wała męż­czyź­nie - niech sam robi wokół sie­bie, a tobie przy­nosi śnia­da­nia do łóżka", "U nas w rodzi­nie męż­czy­zna zapew­nia byt, a kobieta two­rzy atmos­ferę", "Ważne jest, abyś zawsze miała coś swo­jego i nie zale­żała od męż­czy­zny", "Bądź zawsze silny", "Nie ule­gaj emo­cjom".

Wszyst­kie te prze­pisy, nakazy czy zakazy akty­wi­zują się tym bar­dziej, im sil­niej jeste­śmy zwią­zani z rodziną pocho­dze­nia. Im waż­niej­sze miej­sce w naszym podej­ściu do życia zaj­muje reali­za­cja wdru­ko­wa­nych wzor­ców, tym sil­niejsza jest w nas chęć swo­istego odtwo­rze­nia zna­nych zacho­wań. Patrzymy wtedy na part­nera w kate­go­riach "pasuje czy nie pasuje", czę­sto bez zacie­ka­wie­nia, a z nasta­wie­niem na wyła­py­wa­nie potwier­dzeń bądź zaprze­czeń wyobra­żo­nego wzorca. Tym­cza­sem to, co jest moż­liwe w rela­cji z jedną osobą, bywa niemoż­liwe z inną. To, co wytwa­rza się mię­dzy okre­ślo­nymi part­nerami, jest nie­po­wta­rzalne, w innych kon­tek­stach nie zacho­dzi.

Tkwiąc w swo­ich wyobra­że­niach, nie jeste­śmy też w sta­nie odkryć, kim tak naprawdę jest nasz part­ner. Nie możemy go pozna­wać i cie­szyć się drogą wza­jem­nego pogłę­bia­nia wie­dzy o sobie. Gdy przyj­mu­jemy postawę oceny, dystan­su­jemy się i sta­wiamy sie­bie poza związ­kiem. Silny wpływ naszych ocze­ki­wań bar­dzo usta­tycz­nia obraz part­nera w naszych oczach, zamie­nia go w skoń­czony twór, bez uwzględ­nie­nia moż­li­wo­ści zmiany, roz­woju, współ­two­rze­nia. W takim związku cią­gle docho­dzi do kłótni, nie­ustan­nie trwają poszu­ki­wa­nia "win­nego", a part­nerzy żyją w poczu­ciu krzywdy i nie­speł­nie­nia.

Im bar­dziej jeste­śmy samo­świa­domi, tym więk­sza jest szansa, że będziemy umieli wery­fi­ko­wać nasze ocze­ki­wa­nia, zamiast trzy­mać się ich za wszelką cenę. Doświad­cza­nie sie­bie w róż­nych rela­cjach dostar­cza nam wie­dzy o naszych moż­li­wo­ściach i gra­ni­cach, spo­so­bach funk­cjo­no­wa­nia, o tym, jak bar­dzo jeste­śmy zło­żeni i róż­no­rodni.

Dopa­so­wy­wa­nie się obar­czone jest pró­bami, które czę­sto nie przy­no­szą upra­gnio­nych efek­tów. Poja­wia się fru­stra­cja, znie­cier­pli­wie­nie, utrata moty­wa­cji czy chęci do dal­szego pró­bo­wa­nia. Fru­stru­jemy się, bo mamy sil­nie wdru­ko­wane rodzinne prze­pisy na to, co zna­czy "być w dobrym związku"

Poza sche­ma­tem przy­czyny i skutku

"Jeśli można pomy­śleć, że może być lepiej, to zna­czy, że już jest lepiej" - napi­sała Olga Tokar­czuk w "Momen­cie niedź­wie­dzia". Gdy zauwa­żamy sie­bie wza­jem­nie i dostrze­gamy to, co jest wokół, to zna­czy, że żyjemy w naszym "tu i teraz" i potra­fimy doce­niać wspól­nie two­rzoną prze­strzeń. Wtedy łatwiej jest zoba­czyć, że zwią­zek to pro­ces cią­głego współ­two­rze­nia i wza­jem­nej współ­za­leż­no­ści. Ja wpły­wam na cie­bie, ty wpły­wasz na mnie, a to, co dzieje się mię­dzy nami, jest wyni­kiem powsta­ją­cych sprzę­żeń zwrot­nych, a nie trans­ak­cją pomię­dzy oddziel­nymi i nie­po­wią­za­nymi ze sobą oso­bami. Rozu­mie­nie związku poza sche­ma­tem przy­czyny i skutku umoż­li­wia zoba­cze­nie współ­za­leż­no­ści.

Spo­so­bem na budo­wa­nie związku opar­tego na wza­jem­nych infor­ma­cjach zwrot­nych jest kon­trak­to­wa­nie. Naj­czę­ściej mówimy o tym pro­ce­sie w odnie­sie­niu do życia zawo­do­wego, obszaru biz­nesu czy trans­ak­cji han­dlo­wych. Kon­trak­to­wa­nie jest obu­stron­nym zobo­wią­za­niem do wzię­cia odpo­wie­dzial­no­ści za wła­sne dzia­ła­nia, postawy, prze­ży­wane emo­cje i wpro­wa­dzane zmiany. Zapew­nia prze­strzeń wolną od gier psy­cho­lo­gicz­nych czy nie­po­trzeb­nych kon­flik­tów. Pro­ces kon­trak­to­wa­nia wymaga jed­nak jaw­no­ści naszych potrzeb, lęków, pra­gnień i ocze­ki­wań. Dzięki temu jest spo­so­bem na utrzy­ma­nie związku w sta­bil­no­ści i bez­pie­czeń­stwie, bez tajem­nic i tema­tów tabu.

Pięć kon­trak­tów zaufa­nia

Ste­phen Karp­man, ame­ry­kań­ski psy­cho­te­ra­peuta, autor modelu Trój­kąta Dra­ma­tycz­nego, pro­po­nuje dla par Pięć Kon­trak­tów Zaufa­nia.

Pierw­szy z nich doty­czy utrzy­ma­nia struk­tury związku - uma­wiamy się na to, że two­rzymy zdrowe ramy odnie­sie­nia dla związku poprzez uzgod­nie­nie zasad, przy­ję­cie, że każdy z nas ma pozy­tywne inten­cje i chcemy ze sobą być. Tego rodzaju poro­zu­mie­nie ma zapew­nić poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i zablo­ko­wać poja­wia­nie się szan­ta­żo­wa­nia odej­ściem czy gro­że­nia roz­wo­dem. Kon­trakt struk­tury to też umowa na to, jak będziemy podej­mo­wać ważne decy­zje, że będziemy się infor­mo­wać o tym, co chcemy zro­bić, na co prze­zna­czyć pie­nią­dze, jak spę­dzić waka­cje. Wszystko po to, by druga strona nie czuła się pomi­nięta czy zlek­ce­wa­żona.

Drugi kon­trakt doty­czy ochrony. Ozna­cza wza­jemne zobo­wią­za­nie do wspie­ra­nia się, dawa­nia poczu­cia bez­pie­czeń­stwa w sytu­acjach wyjąt­ko­wych dla part­nera, np. gdy umiera jego rodzic, gdy coś dzieje się w pracy czy gdy jest w pro­ce­sie lecze­nia itp. Taki kon­trakt obej­muje też zobo­wią­za­nie dba­nia o emo­cje part­nera i o to, by nie naru­szać swo­ich gra­nic, np. poprzez drobne flirty, obga­dy­wa­nie czy iro­ni­zo­wa­nie na temat part­nera w towa­rzy­stwie. Wza­jemna tro­ska o sie­bie wymaga empa­tii i rozu­mie­nia tego, że druga osoba może ina­czej odczu­wać i mieć mniej­szą tole­ran­cję niż my na różne zacho­wa­nia. Dopeł­nia­nie tego kon­traktu jest zwią­zane ze szcze­rymi roz­mo­wami o emo­cjach, obsza­rach zra­nie­nia i potrze­bach pomocy. Taka ochrona w związku daje siłę, pozwala łatwiej zno­sić życiowe wyzwa­nia i polep­szać stan psy­cho­fi­zyczny.

Kon­trakt na otwar­tość ma miej­sce wtedy, gdy part­ne­rzy decy­dują się i podej­mują próby szcze­rej roz­mowy o swo­ich prze­ży­ciach, lękach, myślach, emo­cjach, o tym, co się w dzieje w ich wnę­trzu, o tym, co w związku lubią, a co jest dla nich w nim trudne, blo­ku­jące i nie­po­ko­jące. Także o tym, co powinni o sobie nawza­jem wie­dzieć.

Otwar­tość to pro­ces skła­da­jący się z dwóch ele­men­tów - dzie­le­nia się z part­ne­rem oraz przyj­mo­wa­nia tego, czym on dzieli się z nami. Dostępny emo­cjo­nal­nie part­ner to taki, który przyj­muje to, czym się dzie­limy, bez dys­ku­sji i oceny, z pra­gnie­niem zro­zu­mie­nia nawet tego, co w jego doświad­cze­niu emo­cjo­nal­nym jest inne. Dzięki kon­trak­towi otwar­to­ści wycią­gniemy na powierzch­nię ukrytą war­stwę psy­cho­lo­giczną związku i wspól­nie zde­fi­niu­jemy, co rozu­miemy przez zwią­zek, wier­ność i bli­skość. Nie będziemy musieli domy­ślać się, co part­ner myśli, ani cze­kać, aż on się domy­śli, co sami myślimy. Z sza­cunku do sie­bie będziemy dzie­lić się prze­ży­ciami, aby nie pozo­sta­wiać dru­giej strony w nie­wie­dzy o tym, co się fak­tycz­nie w związku dzieje.

Silny wpływ naszych ocze­ki­wań bar­dzo usta­tycz­nia obraz part­nera w naszych oczach, zamie­nia go w skoń­czony twór, bez uwzględ­nie­nia moż­li­wo­ści zmiany, roz­woju, współ­two­rze­nia. W takim związku cią­gle docho­dzi do kłótni, trwają poszu­ki­wa­nia "win­nego", a part­ne­rzy żyją w poczu­ciu krzywdy i nie­speł­nie­nia

Kon­trakt na przy­jem­ność doty­czy dawa­nia sobie rado­ści i przy­jem­no­ści przez part­ne­rów, roz­po­zna­wa­nia wza­jem­nych pra­gnień, fan­ta­zji, chęci do pie­lę­gno­wa­nia spon­ta­nicz­no­ści. To wie­dza o tym, co spra­wia part­ne­rowi przy­jem­ność, wza­jemne zapra­sza­nie się do zabawy, roz­rywki, wspól­nego spę­dza­nia czasu. To robie­nie nie­spo­dzia­nek, które ucie­szą part­nera, i dba­nie o potrzebę kon­taktu, która sprawi mu radość. To bycie razem w codzien­no­ści, w cza­sie wypo­czynku, w sek­sie.

Kon­trakt na ela­stycz­ność doty­czy umie­jęt­no­ści odpusz­cza­nia w sytu­acjach napięć czy kon­flik­tów, pój­ścia za wizją czy potrze­bami part­nera. Nie zawsze musimy wygry­wać i nie zawsze rezy­gna­cja z wła­snej pro­po­zy­cji musi ozna­czać prze­graną. Ważne jest, aby umieć wycho­dzić z napięć, utrzy­mać spo­kój w związku, nie eska­lo­wać wewnętrz­nych wojen. Przy podej­mo­wa­niu waż­nych decy­zji ozna­cza to nasta­wie­nie na współ­pracę, a nie walkę o czy­jąś rację.

Kon­trakty zaufa­nia budują w związku intym­ność - zdol­ność do wza­jem­nej wymiany w poczu­ciu bycia razem. Stwa­rza to moż­li­wość czu­cia i myśle­nia w kate­go­riach "my", bez utraty wła­snej auto­no­mii. To dobra droga do widze­nia sie­bie przez pry­zmat tego, czego doświad­czamy w związku. Doświad­czamy, a nie wyobra­żamy sobie.

fot. archi­wum pry­watne

Mag­da­lena Sękow­ska

psy­cho­lożka, psy­cho­te­ra­peutka, dyrek­torka Kli­niki Uni­wer­sy­tetu SWPS Rodzina-Para-Jed­nostka w Pozna­niu, spe­cja­li­zuje się w psy­cho­te­ra­pii par, psy­cho­te­ra­pii indy­wi­du­al­nej oraz w pracy z rodzi­cami nad rela­cjami z dziećmi