p
Rozdział 7
Rozdział 7
Podpis
Jak mogłam sobie na to pozwolić,
pomyślałam. Jak mogłam tego nie powstrzymać?
Jadąc autobusem w stronę uniwersytetu, czułam, że chce mi się płakać.
Przełknęłam jednak gulę w gardle, nakazując sobie - jak zwykle - spokój.
Nie miałam pojęcia, jak spojrzę Jamesowi w oczy po powrocie.
Różyczko. Na samo wspomnienie tego słowa poczułam motylki w brzuchu.
Nienawidziłam ataków paniki. Wtedy każdy mógł zobaczyć mój strach i to,
co skrywam w środku. Czułam się wtedy jak otwarta księga. Jakbym była
naga.
Po tamtej nocy w zaułku zaczęłam miewać tę okropną przypadłość, która
dopadała mnie za każdym razem, gdy pozwoliłam lękom i myślom przejąć
kontrolę nad ciałem. Właśnie dlatego starałam się trzymać swoje uczucia
na wodzy, mimo że wymagało to ode mnie ogromnej siły na co dzień.
Wyglądałam przez okno, obejmując się ramionami. Zastanawiałam się, co ze
mną będzie, gdy jutro wyjadę do Seattle. W końcu to nowe miejsce,
którego prawie nie znam.
Będzie źle...
Będzie źle...
Będzie źle...
Przynajmniej tak powtarzała moja podświadomość, mimo że próbowałam ją
uciszyć.
Gdy tylko autobus zatrzymał się na moim przystanku, udałam się na
uczelnię. O tej porze większość studentów kończyła zajęcia, przez co
uniwersytet był pełen ludzi. Z trudem przedarłam się przez ten tłum.
Wreszcie dotarłam do swojej szafki i całą jej zawartość przeniosłam do
torby.
Sprawdziłam godzinę. Zostało mi jeszcze pięćdziesiąt minut do spotkania
w sprawie wyjazdu. Wiedząc, że i tak nie oderwę się wcześniej od
natrętnych myśli, usiadłam w uczelnianej kafejce i zamówiłam dużą kawę.
Opierając głowę na jednej ręce, wpatrywałam się w ulicę za oknem.
Naprawdę żałowałam, że mentalnie nie jestem w stanie pojechać do
Londynu. Tak naprawdę wszystko mogłoby być dobrze, wszystko tak dobrze
się składało, łącznie z terminem. Jedyną barierą był mój lęk.
- Rose! - Piskliwy głos wyrwał mnie z zamyślenia. Tak jak się
spodziewałam, należał do mojej najbliższej - i jedynej - koleżanki,
Susan. Była pełną energii osobą, która musiała wyładowywać na kimś swój
entuzjazm. Działała na mnie pozytywnie, więc już podczas naszego
pierwszego spotkania dwa lata temu wiedziałam, że zaczniemy spędzać ze
sobą więcej czasu. Nie przeszkadzało jej to, że byłam cicha, wręcz
przeciwnie, dawało jej to upragnioną możliwość wygadania się. A ja
lubiłam słuchać jej wesołego paplania.
- Hej, Susan - odpowiedziałam, siląc się na uśmiech.
- Też przyszłaś zapisać się na wyjazd do Londynu? - Klasnęła cicho z radości.
- Nie, ja... tylko chcę posłuchać szczegółów. Z ciekawości.
- No co ty?! Rose, daj spokój! Taka okazja zdarza się raz w życiu, no
weź! Pojedź, będzie fajnie! Muszę mieć tam kogoś znajomego, bo się
załamię!
- Masz mnóstwo znajomych. - Przypomniałam jej.
- Ale tylko ciebie na wydziale historii. Jak sądzisz, czy ktoś, kto
studiuje ekonomię, będzie chciał pojechać do Anglii, żeby zwiedzać stare
archiwa?
- Nie mogę, Susan. - Pokręciłam głową, ściskając kubek kawy w dłoniach.
- Mam... plany.
- Niby jakie? O ile się nie mylę, to twoim życiem są książki i dom! -
Zaśmiała się, ale widząc moją minę, spochmurniała. Otoczyła moje dłonie
swoimi i popatrzyła na mnie błagalnie. - Przepraszam, wiem, że z natury
jesteś... domatorką - zaczęła cicho. - Ale to wspaniała okazja. Będziemy
chodzić razem, nie będziesz sama. To tylko jeden tydzień, Rose.
Nie potrafiąc wytrzymać intensywnego spojrzenia ciemnych oczu, spuściłam
wzrok. Duża część mnie pragnęła jej powiedzieć, że naprawdę chcę jechać...
ale ta druga, ta, która mnie zawsze kontroluje, zapierała się i krzyczała:
Niebezpieczeństwo...
Nieznany teren...
Sama...
Przełknęłam ślinę. Była to jedyna oznaka zdenerwowania i wyczerpania
wewnętrzną wojną, jaką ze sobą prowadziłam.
- Chociaż to przemyśl - poprosiła.
- Przemyślę, ale niczego nie obiecuję - odparłam w końcu. Słysząc to,
Susan ponownie się uśmiechnęła.
Profesor Miller rozdał kserówki z informacjami, a potem przeszedł do
omawiania planu wyjazdu.
- Wycieczka odbędzie się w sobotę. Zatrzymamy się w hotelu w samym
centrum Londynu - wyjaśnił. - Potrzebne wam wizy zgodziła się oczywiście
załatwić ambasada. Specjalnie dla was obiecali je przygotować już na
wyjazd, jeżeli tylko pojedziecie tam jutro i powiecie, że jesteście
uczestnikami naszej wycieczki.
- Co z płatnością? - spytała jedna dziewczyna.
- Jeżeli zdecydujecie się na wyjazd, to sumę, o którą prosi uczelnia,
proszę przelać na konto najpóźniej w piątek. Wszystkie informacje macie
na kartkach. Gdy tylko uczelnia zaksięguje płatność, dostaniecie swoje
bilety mailowo. Jest środa, więc macie jeszcze trochę czasu. Razem z wami polecę ja. Będę tam waszym przewodnikiem. - Posłał nam miły
uśmiech, po czym uniósł jakiś arkusz papieru. - Jeżeli decydujecie się
na wyjazd, to proszę się tu podpisać. - Odszedł na bok, pozostawiając
papier na stole. - Wylot będzie z Seattle, tak jest taniej - zaśmiał
się.
Ludzie zaczęli zadawać pytania, ale nie byłam w stanie się już na nich
skupiać. Rozważałam wszystkie za i przeciw. Sam fakt, że wylot miał być
z Seattle, wydawał mi się znakiem od losu. Z zamyślenia wyrwało mnie
klaśnięcie profesora.
- To wszystko - powiedział.
Z miejsc zerwali się niemal wszyscy. Susan była chyba pierwsza. Tylko
trzy osoby wyszły bez słowa, a ja jako jedyna nadal tkwiłam w miejscu.
Niepewnie popatrzyłam na grupę studentów otaczających stół. Podpisywali
się jeden po drugim.
Zostaw, wyjdź, rozkazał mój wewnętrzny głos. Powoli się podniosłam.
Odwróciłam się do wyjścia, ale nie mogłam się ruszyć. Coś mi to
uniemożliwiało. Obróciłam się niepewnie w stronę stolika z kartką, gdzie
z każdą chwilą ubywało osób.
Może ten jeden raz... Może powinnam zrobić w końcu krok naprzód? Może...
NIE!, warknęło moje ciało.
Ale ja już miałam tego dość. Gdziekolwiek bym nie była, i tak czułam
zagrożenie. I tak się bałam. Może ten wyjazd pozwoli mi jakoś bardziej
nad sobą zapanować.
Mimo protestów podświadomości skierowałam się powoli do stolika.
Poczekałam, aż dziewczyna przede mną się podpisze, po czym wzięłam od
niej długopis. Drżącą ręką... podpisałam się. Choć czułam, jakbym właśnie
podpisała wyrok na siebie.
Rozdział 8
Rozdział 8
Ulica
Idąc w kierunku wyjścia, widziałam szeroko
uśmiechniętą Susan przy drzwiach. Od razu do mnie podbiegła i mnie
uścisnęła.
- Nie mogę się doczekać! - Zaczęła, gdy ruszyłyśmy w wzdłuż korytarza. -
Będziemy miały wspólny pokój!
- Super - mruknęłam, zmuszając się do uśmiechu. Moje serce nadal waliło
jak po szybkim biegu. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobiłam. Czułam, że
wykonałam ogromny krok.
- Muszę iść, bo spóźnię się na pociąg, ale i tak się niedługo widzimy,
prawda? - Ucałowała mnie w policzek na pożegnanie i tanecznym krokiem
ruszyła ku wyjściu. Na moje nieszczęście zorientowałam się, że było już
ciemno. Zegar pokazywał dziewiętnastą.
Spokojnie, pomyślałam, otulając się ramionami. Przecież to nie tak
późno, jest tu jeszcze dużo ludzi, prawda?
Na zewnątrz powitał mnie chłodny wiatr. Zadrżałam i od razu poszłam w stronę przystanku autobusowego, po drodze co chwilę rozglądając się na
boki. Moje serce zdawało się cały czas przyśpieszać, a ja nie miałam na
to żadnego wpływu.
Spokojnie...
Uspokój się...
Podskoczyłam wystraszona, gdy grupka dziewczyn przebiegła obok mnie.
Strach wypełnił moje ciało, ale po chwili stopniowo opadł. Przełknęłam
ślinę, karcąc się w myślach. Już po kilku minutach dotarłam do pustego,
oświetlonego przystanku. Autobus miał przyjechać za jakieś dziesięć
minut, dlatego usiadłam na ławce. Rozejrzałam się, ale w pobliżu nie
było nikogo. Tylko ulice częściowo oświetlone przez lampy.
Wsiądziesz, wysiądziesz i pójdziesz do domu. Ominiesz zaułek. Ominiesz
zaułek. Ominiesz go i wszystko będzie dobrze.
Ocknęłam się na dźwięk dzwonka telefonu. Wyjęłam go szybko i zobaczyłam
wyświetlający się na ekranie nieznany numer.
- Tak, słucham?
- Rose? - Znieruchomiałam na dźwięk jego głosu. - Halo?
- James? Skąd masz mój numer?
- Poprosiłem o niego twoich rodziców, mam nadzieję, że nie jesteś zła -
wyjaśnił. W tle słyszałam szum, jakby jechał samochodem. - Gdzie jesteś?
Właśnie jechałem na to spotkanie, ale okazało się, że kilku członków
będzie nieobecnych i odwołali wszystko w ostatniej chwili. Jest już
ciemno i wolałbym, żebyś nie wracała sama. Pomyślałem, że cię zabiorę.
Nadal jesteś na uniwersytecie?
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nasze ostatnie spotkanie skończyło się
tak, że uciekłam z domu po ataku paniki. A on zachowywał się, jakby tego
nie pamiętał. Nie powiem, to było miłe z jego strony, tak samo jak fakt,
że się martwił.
- Ja... za chwilę mam autobus. Naprawdę nie musisz - wydukałam w końcu.
- Jest zimno, będę za trzy minuty - powiedział i rozłączył się, zanim
zdążyłam cokolwiek powiedzieć. W tamtej chwili nie wiedziałam, co jest
gorsze: wracanie autobusem i omijanie zaułka czy wracanie samochodem sam
na sam z Jamesem.
Niepewnie wstałam i podeszłam bliżej krawężnika, aby być lepiej
widoczna. Nadal obejmując się ramionami, rozejrzałam się ponownie,
badając wzrokiem te same budynki i ulice. Pusto. Ciemno. Cicho.
I wtedy usłyszałam rozlegające się męskie śmiechy. Odruchowo spojrzałam
w bok, gdzie zza jednego z okolicznych sklepów wychodziła grupka młodych
chłopaków. Na oko mieli po dwadzieścia lat. Szybko spuściłam wzrok,
oddychając głęboko przez nos.
Uciekaj, uciekaj, uciekaj! Niebezpieczeństwo!, krzyczało moje ciało.
Błagam, idźcie, nie patrzcie na mnie, błagam, tylko mnie omińcie,
myślałam nerwowo, gdy zaczęli iść w moją stronę. Byli z rodzaju tych, co
uwielbiają nosić luźne ubrania i rozrabiać, ale nie wyglądali na
pijanych. Minęli mnie. Odchodzili, a ja powoli wypuszczałam powietrze z ust.
- Hej, hej! - krzyknął nagle jeden z nich. Byli kilka metrów od
szklanego przystanku, przy którym stałam. Nadal trzymając wzrok wbity w ziemię, zignorowałam ich w nadziei, że może to nie mnie zaczepiają. - A co pani tu robi taka samotna, co?
Usłyszałam ich zbliżające się kroki. Moje oczy odruchowo wypełniły się
łzami.
- N-nic - odpowiedziałam drżącym głosem, nawet na nich nie patrząc i wywołując tym ponowną falę śmiechu.
- To może my panią odprowadzimy? - Poczułam, jak dłoń chłopaka ląduje na
moim ramieniu. Odskoczyłam, czując wzbierający we mnie strach. Moje
serce waliło tak mocno, że czułam ból w klatce piersiowej.
Są kamery, na pewno ktoś to widzi, myślałam gorączkowo.
- Maleńka - powiedział rozbawiony chłopak i znowu do mnie podszedł.
Widziałam tylko jego zbliżające się buty. Nie odważyłam się spojrzeć w jego twarz. - No dalej, na pewno masz trochę wolnego czasu, hmm?
Ponownie wyciągnął dłoń w moją stronę, ale się odsunęłam. Pozwoliłam
mojemu instynktowi przejąć kontrolę i ściskając torebkę, zaczęłam
uciekać. Miałam cichą nadzieję, że zrezygnują. Że mnie zignorują.
Nadzieja matką głupich, tak samo jak w zaułku.
Rozległy się za mną głośne śmiechy i lawina drwiących komentarzy. Z jednej strony wiedziałam, że mnie nie gonią, ale z drugiej wewnętrzny
głos nakazywał mi dalej uciekać. Łzy już płynęły mi po policzkach.
I wtedy przede mną rozbłysły reflektory samochodu. Auto z piskiem
zatrzymało się tuż obok mnie.
Bezwładnie upadłam na kolana, nie potrafiąc pohamować głośnego płaczu.
Nie mogłam złapać oddechu. Zaczęłam się trząść jak galareta. Może oni
zniknęli, ale strach nie chciał mnie opuścić.
Zaraz miałem dojechać pod uniwersytet Rose. Denerwowałem się na myśl, że
będę musiał jej spojrzeć w oczy po tym, jak uciekła. Nie mogliśmy się
jednak wiecznie unikać. Jutro mieliśmy jechać do Seattle do mojego
mieszkania, które wkrótce miało stać się naszym wspólnym.
Wahałem się, ale w końcu zdecydowałem, że zadzwonię. Było chłodno i ciemno. Czułem, że powinienem pojechać po nią i odwieźć ją bezpiecznie
do domu.
Skręciłem, wjeżdżając na ulicę, na której znajdowała się uczelnia. Wtedy
zobaczyłem scenę, która sprawiła, że zamarłem. Widząc grupę chłopaków
zaczepiających Rose, przed którymi nagle zaczęła uciekać, poczułem
wypełniającą mnie furię. Przyśpieszyłem i zatrzymałem samochód tuż obok.
Gdy tylko mnie zauważyli, uciekli. Wyskoczyłem z samochodu w tej samej
chwili, kiedy Rose całym ciałem oparła się o ścianę budynku. Była
spanikowana. Na widok jej zapłakanej, przerażonej twarzy pojawił się we
mnie jakiś dziwny instynkt, przez który odruchowo rzuciłem się w jej
stronę. Wystraszyła się, gdy dotknąłem dłońmi jej ramion, chcąc ją
objąć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Rozdział 1
Działalność
Do końca zostało wam pół roku - oznajmił
profesor i posłał nam szczery uśmiech. - Dlatego od teraz wykłady będą
powtórzeniowe. Możecie na nie przychodzić według własnego uznania lub
uczyć się gdzie indziej!
Po tych słowach rozległy się oklaski i okrzyki zachwytu. Ja tylko się
uśmiechnęłam i zaczęłam pakować swoje rzeczy. Szybko zarzuciłam na
siebie kurtkę, wychodząc z sali.
Autobus na szczęście się nie spóźnił i już po chwili jechałam nim w stronę domu ulicami San Jose. Nigdy nie przepadałam za wielkim ruchem
panującym w tym mieście, ale było i tak zdecydowanie lepsze i mniej
zaludnione od Nowego Jorku, gdzie moi rodzice chcieli początkowo
przenieść główną siedzibę firmy - rodzinnego biznesu założonego przez
mojego dziadka.
Moja matka była prawnikiem, tak jak jej rodzice. Początkowo firma
oferowała tylko usługi adwokackie, ale kiedy mój ojciec, lekarz, ożenił
się z mamą, zdecydowali się połączyć swoje profesje i w tym samym
budynku otworzyć dodatkowo prywatną klinikę. Budynek nosił nazwę
Chandler's Clinic & Law Company, choć ja wolałam na niego mówić
"Imperium". Wszystko dlatego, że w tym jednym budynku ze szkła i kamienia mieścił się praktycznie cały świat moich rodziców, czyli praca.
Od czasów dzieciństwa przyzwyczaiłam się już do tego, że muszę być
niezależna i nie powinnam za bardzo liczyć na ich obecność w naszym
domu. Nie było mi oczywiście łatwo, kiedy rodzice każdą wolną chwilę
poświęcali pracy, a mnie traktowali jak powietrze. Mieli jednak swoją
hierarchię spraw, którymi się zajmowali: najpierw była praca, potem
pieniądze, następnie dom i dopiero potem ja.
Jakoś udawało mi się znosić samotność, ale trzy lata temu... Kiedy to
się stało, zrozumiałam, jak bardzo ich potrzebuję. Niestety status firmy
okazał się dla nich ważniejszy od szukania sprawiedliwości za to, co mi
się przydarzyło. Od tamtej pory - mimo bólu - traktowałam ich tak samo,
jak oni mnie: jak powietrze. Jedyne, co nas łączyło, to więzy krwi i wspólny dom. Rozmawialiśmy wyłącznie przy obiedzie i tylko na temat
mojej nauki lub ich pracy.
Autobus zatrzymał się niedaleko kawiarni, którą omijałam szerokim
łukiem. Przyspieszyłam kroku, aby znaleźć się jak najdalej od zaułka
znajdującego się obok niej.
Po chwili dotarłam do naszej willi z ogrodem. Kiedy znalazłam się w środku, odetchnęłam głęboko, opanowując oddech.
Uspokój się, pomyślałam.
- Rose, to ty?
Znieruchomiałam, słysząc głos matki. Zastałam ich wraz z ojcem
siedzących w salonie. Nie ukrywałam zdziwienia, które wykwitło na mojej
twarzy; rzadko kiedy rodzice wracali do domu tak wcześnie. Z reguły
kończyli pracę wieczorami.
- Dlaczego nie jesteście w pracy? - spytałam, lekko marszcząc brwi.
- Usiądź - polecił ojciec i dłonią, na której nadgarstku błyszczał drogi
zegarek, wskazał mi fotel naprzeciwko. Niepewnie zrobiłam to, co mi
kazał. Zmierzyłam ich wzrokiem; oboje byli jak zwykle ubrani w swoje
uniformy, ale ich twarze były poważniejsze niż normalnie.
- Coś się stało? - spytałam.
Matka westchnęła głęboko i przygładziła idealnie upięte włosy. Miały
odcień ciemnozłocistego blondu, tak jak moje, z tą różnicą, że powoli
zaczynała już przez nie przebijać siwizna. Mimo to, jak na swój wiek,
była bardzo atrakcyjną kobietą.
- Te bankowe szczury podniosły nam ratę - zaczął ojciec, wpatrując się w swoje splecione dłonie. - Uznali, że skoro tak dobrze nam się wiedzie,
jesteśmy w stanie spłacać kredyt w o wiele większych sumach.
- Dzisiaj się o tym dowiedzieliście? - spytałam.
- Nie, kilka miesięcy temu - odpowiedziała matka, siedząc prosto. Tak
jak zawsze głos miała spokojny, ale stanowczy. - Myśleliśmy z ojcem, że
damy radę i po prostu podniesiemy nieco ceny naszych usług. Niestety...
efekt okazał się odwrotny. Straciliśmy wielu klientów.
- Jesteśmy w złej sytuacji - dodał jeszcze ojciec, zanim zdążyłam
cokolwiek powiedzieć. Przełknęłam ślinę, nerwowo analizując wszystko w głowie.
- Jesteśmy... to znaczy wy jesteście... bankrutami? - spytałam ostrożnie. Na
moje słowa ojciec zacisnął dłonie w pięści, a matka przymknęła na chwilę
oczy. Oboje jednak pokiwali po chwili głowami.
Wypuściłam powietrze z ust. Nie wiedziałam nawet, że je wstrzymuję.
Potarłam dłonią twarz.
- Co teraz? - Popatrzyłam na nich ze współczuciem. Wyglądali na
wykończonych i naprawdę wściekłych. Nie dziwiłam im się jednak. Nie
mogłam. Bankructwo to dla nich to samo, co zabranie uzależnionej osobie
jej narkotyku. Nie czułam żadnej satysfakcji z ich porażki. Żadnej.
Może nie mieliśmy zbyt dobrych rodzinnych relacji, ale mimo to byłam ich
córką. Znałam ich i wiedziałam, jakie to dla nich trudne... nawet jeśli
oni nie wiedzieli, jak trudno było mi.
- Bank wystawił już budynek na sprzedaż - wyjaśnił ojciec i spojrzał na
mnie po raz pierwszy, odkąd weszłam. Poprawił marynarkę i odchrząknął. -
Znalazł się już kupiec.
- Macie zamiar tak po prostu oddać firmę? - spytałam zszokowana. -
Przecież to całe wasze życie, rodzinny interes.
- Nie jesteśmy już w stanie utrzymać firmy sami - wyjaśniła matka i wyraźnie zmusiła się do słabego uśmiechu. - Jest jednak szansa, aby ją
uratować.
Znieruchomiałam, czekając na dalsze wyjaśnienia.
- Chętnym do kupna budynku okazał się znany biznesmen, a mianowicie
Matthew Wagner. - Ojciec spojrzał na mnie wyczekująco, ale ja tylko
zamrugałam kilka razy. Znałam to nazwisko. Znał je każdy, kto był choć
odrobinę związany ze światem biznesu lub nim zainteresowany.
Gazety non-stop pisały o International Wagner Bank Group, czyli
światowej sieci banków, którą obecnie zarządzał Matthew Wagner i która
słynęła nie tylko ze swoich licznych ofert, ale i z możliwości
negocjowania warunków każdej z usług. U Wagnerów zapożyczali się nie
tylko zwykli ludzie, ale też rozmaite przedsiębiorstwa. Oprócz
zarządzania siecią banków Matthew utrzymywał się także z wykupywania
wielu prywatnych firm, które ulepszał i otwierał ponownie, ale już pod
swoim nazwiskiem. Najwyraźniej to samo chciał zrobić z Imperium moich
rodziców.
- Nadal nie rozumiem - powiedziałam po dłuższej chwili. - Wagner chce
wykupić waszą firmę, ale nie będziecie w niej już wtedy pracować.
Wąskie wargi ojca rozszerzyły się w takim samym lekkim uśmiechu jak u matki - ale bardziej złośliwym.
- Miałem z nim dzisiaj spotkanie - oznajmił, nie przestając się
uśmiechać. - Wytłumaczyłem mu, że ludzie korzystali z naszych usług, bo
byli z nas zadowoleni. Jeżeli nas wyrzuci, to możliwe, że straci wtedy
wielu naszych stałych klientów. Nieważne, jak dobrymi i wykształconymi
ludźmi nas zastąpi. Zaproponowałem mu, aby po wykupieniu naszej firmy
pozwolił jej zachować nazwę, a nam dalej pracować za tę samą stawkę.
- Okazuje się, że Wagner ma bzika na punkcie lojalności swoich
pracowników - dodała matka i zaśmiała się lodowato. - Bardzo uważnie ich
dobiera, a już szczególnie tych, którzy będą zajmowali tak wysokie
stanowiska w jego przedsiębiorczym świecie.
- Musieliśmy go jakoś do siebie przekonać, opowiedzieć o sobie i całej
naszej karierze - kontynuował ojciec. - Kiedy wspomnieliśmy o tym, że
mamy córkę, myśleliśmy, że to dla niego nieistotne, ale jednak...
Oboje wymienili znaczące spojrzenia, które doskonale znałam; chłodne i pełne pychy, takie same, kiedy udawało im się dobić targu.
Przeszedł mnie dreszcz.
- O co chodzi? - spytałam niemal szeptem, obejmując się ramionami. Oboje
przenieśli na mnie swój wzrok.
- Zawarliśmy z nim umowę - powiedział ojciec. - Matthew przystanie na
nasze warunki, a nawet uczyni nas wspólnikami. My będziemy zarządzać
firmą tak, jak dotychczas. On tylko przejmie budżet.
- I to wszystko w zamian za co? - spytałam ostrożnie.
- W zamian za oddanie twojej ręki jego synowi.
Pobladłam. Miałam wrażenie, że całe powietrze gdzieś wyparowało.
Rozdział 2
Rozdział 2
Sprzedana
Musiałam naprawdę być blada jak ściana, bo
matka powiedziała po chwili beznamiętnym tonem:
- Wiem, że może to być dla ciebie szok, ale po latach sponsorowania
twoich beznadziejnych studiów i mieszkania z nami, sądzimy, że jesteś
nam coś winna.
Zacisnęłam zęby, klnąc w środku na wszystkie możliwe sposoby. Długo
znosiłam ich obojętność, ale jej słowa naprawdę mnie zraniły. To, że nie
poszłam na wybrane przez nich studia ekonomiczne lub medycynę, nie
oznacza, że jestem im cokolwiek winna. Dobry rodzic zaakceptowałby wybór
swojego dziecka.
- Kiedy tylko ukończę studia i pójdę do pracy, oddam wam wszystko co do
grosza - odpowiedziałam ze spuszczonym wzrokiem.
- Tak czy siak, gdyby nie nasz biznes, skończyłabyś naukę już po
gimnazjum - warknął ojciec. - Dlatego obowiązek uratowania firmy dotyczy
także ciebie, Rose.
- Nie kosztem mojego życia - odparłam, patrząc mu z bólem w oczy. - Nie
pozwolę, żebyście mnie sprzedali.
- To małżeństwo to tylko biznes! - Ojciec wyrzucił ręce w górę.
- Nie - wyszeptałam.
- Co?
- Nie - syknęłam, stając na równe nogi. - Nie wyjdę za obcego człowieka!
- A za jakiego byś chciała wyjść? - Tym razem ojciec także wstał i popatrzył na mnie z furią w oczach. - Za takiego, który by cię kochał?
Boisz się własnego cienia! Zostałaś zbrukana. Kto cię zechce?!
Zrobiłam chwiejny krok w tył, bo jego słowa zabolały jak uderzenie w twarz. Wiedziałam, że były niczym ziarenko, które zdążyło zapuścić
pierwsze korzenie w moim sercu.
Nie płacz, pomyślałam, czując gulę w gardle. Nie płacz. Nie przed
nimi.
- Skoro nikt mnie nie zechce, to dlaczego miałby mnie zechcieć jego syn?
- spytałam cicho, na co matka otworzyła szeroko oczy i także wstała,
celując we mnie palcem.
- Nawet się nie waż! - warknęła. - Oni o niczym nie wiedzą i tak ma
pozostać! Niech myślą, że po prostu jesteś nieśmiała.
Popatrzyłam na nią z niedowierzaniem.
- Jak możesz? - wyszeptałam.
- Wyjdziesz za niego i koniec - oznajmił ojciec, biorąc głęboki oddech,
jakby chciał się uspokoić. - Jeżeli się sprzeciwisz, to możesz się
pożegnać ze studiami i z mieszkaniem tutaj.
Przełknęłam ślinę. Każdą cząsteczkę silnej woli, jaka mi pozostała,
przeznaczyłam na to, by powstrzymać płacz. Gula w moim gardle rosła, a serce biło jak oszalałe. Starałam się zachować kamienną twarz, ale usta
mimowolnie wykrzywiły się w grymasie.
Moje milczenie najwyraźniej uznali za zgodę, bo matka również odetchnęła
i oznajmiła:
- Wagnerowie przebywają obecnie w Meksyku, ale już jutro wracają. Po
drodze wstąpią do nas na kilka dni, żeby omówić całą umowę i szczegóły
wesela. Potem wyjedziesz z nimi do Seattle.
Rozchyliłam lekko usta, mając wrażenie, że wciąż jest za mało powietrza.
Moja dolna warga zadrżała.
- Będą jutro na kolacji. Przygotuj się. - To nie była prośba. To był
rozkaz.
Bez słowa ruszyłam w stronę schodów i swojego pokoju. A kiedy tylko
zamknęłam za sobą drzwi, osunęłam się po nich na podłogę, chowając twarz
w dłoniach. Wybuchnęłam płaczem.
Chciałam krzyczeć.
Chciałam, aby mój ból usłyszał cały świat. Tak jak wtedy.
Ale, jak zwykle, głos zdusiłam w sobie.
Emocje wypływały ze mnie ze łzami przez następną godzinę.
Zostałam sprzedana przez własną rodzinę. Tylko po to, by ochronić ich
wizerunek i firmę. Mogliby po prostu zatrudnić się gdzie indziej, ale
myśl, że wówczas ich szefami byłby ktoś inny niż oni sami, napawała ich
wstydem i oburzeniem.
To ja musiałam płacić za ich dumę i egoizm. Ale tym razem cena była za
wysoka. Jak miałam spędzić życie u boku... mężczyzny?
Ostatni raz wypełniało mnie tak wielkie przerażenie wtedy, w zaułku.
Teraz miałam wrażenie, że czeka mnie dziwna powtórka. Jedyna różnica
będzie taka, że tym razem na pewno sobie nie poradzę.
Rozdział 3
Rozdział 3
Kolacja
Kiedy obudziłam się następnego dnia,
pierwsze, co chciałam zrobić, to zacząć płakać. Od razu skuliłam się,
chowając głowę w poduszki.
Byłam koszmarnie niewyspana. Przepłakałam prawie całą noc i jeszcze nie
miałam dość. Cały czas otaczały mnie myśli: Co ja zrobię? Jak to
będzie? Do końca życia mam być żoną obcego człowieka?
Ból rozsadzał mnie od środka. Jeszcze nigdy nie chciałam krzyczeć tak
bardzo, jak teraz.
Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwunasta w południe.
Odwróciłam się na drugi bok i znowu zamknęłam oczy. Kolacja będzie
wieczorem, nie wcześniej. Do tego czasu nie miałam zamiaru się nigdzie
ruszać - łóżko zdawało się teraz jedynym bezpiecznym miejscem.
Wstałam dopiero wtedy, gdy matka zapukała do moich drzwi i poinformowała
mnie, że Wagnerowie będą za dwie godziny. Jak zwykle, nawet nie siliła
się na miły ton.
Zwlekłam się z łóżka i poszłam wziąć chłodny prysznic. Wyszykowałam się;
z kamienną miną zrobiłam sobie naturalny makijaż, który miał tylko
zatuszować wory pod oczami i podkreślić rysy twarzy. Włosy, sięgające
piersi, pozwoliłam sobie zostawić rozpuszczone. Ubrałam się w gładką,
błękitną sukienkę do kolan z długimi rękawami, a do niej założyłam
niskie obcasy w tym samym kolorze i delikatną złotą biżuterię.
Spojrzałam w lustro. Zmierzyłam wzrokiem dziewczynę, którą w nim
zobaczyłam, i zatrzymałam się na jej twarzy - zupełnie beznamiętnej.
Jakby już wszystko było jej obojętne.
Westchnęłam głęboko, zamykając na chwilę oczy.
I wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi.
- A jeżeli ona nie zechce? - spytałem, odwracając się w stronę ojca.
- Chandlerowie zawarli już umowę. Nie ma odwrotu - odpowiedział, nawet
na mnie nie patrząc. Wyglądał przez okno samochodu, którym właśnie
jechaliśmy do domu mojej przyszłej narzeczonej.
- Wiesz, co sądzę o tym małżeństwie - odparłem. Istotnie, wiedział.
Wiedział już od chwili, kiedy po raz pierwszy poruszył ze mną ten temat
po jednej z jego ważnych konferencji.
Oczywiście nie skakałem z radości na myśl, że zwiążę się z kobietą,
której nie znam. Jednak od najmłodszych lat przygotowywano mnie na to,
że biznes będzie odgrywał ważną rolę również w moim życiu prywatnym. Nie
mogłem się sprzeciwić ojcu, nie odważyłbym się. Pozwalałem mu planować
moją przyszłość, ale tylko do czasu, aż przepisze na mnie część swojego
majątku po przejściu na emeryturę za kilka lat. Po tym miałem zamiar sam
ułożyć sobie życie i prowadzić biznes po swojemu: nie wykorzystując
ludzi do ostatniej kropli krwi, ale pracując z nimi tylko pod warunkiem,
że też będą tego chcieli. Właśnie dlatego myśl, że dziewczyna, którą
miałem poślubić, zostanie do tego zmuszona, napawała mnie
wściekłością.
Ojciec nie zaszczycił mnie odpowiedzią. Zaraz potem samochód się
zatrzymał. Wysiadłem, wzrokiem obejmując białą willę z ogrodem, a potem
pełen napięcia ruszyłem za ojcem w stronę drzwi.
Kiedy tylko nacisnął dzwonek, mocno zacisnąłem zęby. Żyjąc przez lata w otoczeniu wścibskich mediów, nauczyłem się robić dobrą minę do złej gry.
Ale tym razem emocje tak zżerały mnie od środka, że przychodziło mi to z trudem.
Usłyszałem stukanie obcasów. Już po chwili drzwi otworzyły się na oścież
i stanęła w nich para, chyba w wieku mojego ojca. Kobieta o włosach w kolorze ciemnego blondu i siwy mężczyzna posłali nam uśmiechy.
- Witamy - powiedziała kobieta, całując nas w policzki. Uśmiechnęła się
do mnie szeroko i zmierzyła mnie przenikliwym wzrokiem. - Ty musisz być
James. Jestem Lisa Chandler, a to mój mąż, George. Cieszę się, że
nareszcie możemy się poznać!
- Mnie też jest bardzo miło - odpowiedziałem, siląc się na lekki
uśmiech.
- Tak - przytaknął mężczyzna i uścisnął nasze dłonie na powitanie.
Odsunął się, aby nas przepuścić. - Wejdźcie, kolacja niedługo zostanie
podana. Musicie być głodni.
Nie wiedziałem dlaczego, ale wyczuwałem w nich dziwny fałsz. Już na
pierwszy rzut oka wydawali się typowymi ludźmi biznesu, dla których
świat poza pracą nie istnieje.
- Jedliśmy kilka godzin temu, ale podróż była męcząca. Chętnie napiję
się jakiegoś wina lub whisky - zaśmiał się ojciec i wszedł pewnie do
środka, a ja w ślad za nim.
- Specjalnie dla ciebie kazałem przyszykować francuski numer jeden -
odpowiedział George z rozbawieniem i spojrzał na młodą kobietę, która
właśnie zjawiła się w holu. Po jej uniformie poznałem, że jest
pokojówką. - Kate, zanieś bagaże naszych gości do ich pokojów.
Kobieta skinęła głową i zabrała się do pracy. My tymczasem zostaliśmy
zaprowadzeni do jadalni. Nie była duża. Mieściła w sobie niewielki
kominek i nakryty okrągły stół z mahoniu dla pięciu osób. Podłogę zdobił
perski dywan, a na ścianie wisiał duży, olejny pejzaż. Można powiedzieć,
że dom urządzono w staroświeckim stylu, który przywodził na myśl
dziewiętnasty wiek. Był on wręcz przeciwieństwem nowoczesnego wystroju
mojego mieszkania w Seattle.
Zasiedliśmy do stołu; ja obok ojca, a dalej Chandlerowie. Miejsce obok
mnie pozostawało puste, choć wiedziałem, że nie na długo.
Do jadalni weszła kolejna pokojówka, która napełniła nasze kieliszki
winem. Z ulgą upiłem łyk, mając nadzieję, że to pomoże mi się nieco
rozluźnić.
- Rose za chwilę się zjawi - poinformowała pani Chandler, patrząc na
mnie znacząco, a ja natychmiast wycofałem poprzednią myśl, czując, jak
moje mięśnie znów się napinają. - Kiedy przyjdzie, będziemy mogli omówić
szczegóły wesela. - Mówiąc to, niemal klasnęła w dłonie z radości.
- A także szczegóły umowy - dodał mój ojciec, unosząc kieliszek do ust i patrząc na nich przebiegle. Pod wpływem jego spojrzenia Chandlerowie
wręcz się skurczyli. Wzrok pani Chandler pociemniał, ale tylko na ułamek
sekundy, bo wtedy uniosła go ponad moje ramię, w stronę drzwi. Uśmiech
wrócił na jej twarz, kiedy wskazała przed siebie ręką.
- A oto i nasza Rose! - powiedziała i wszyscy, jak jeden mąż,
obróciliśmy się w stronę wejścia.
Potrzebowałem kilku sekund, aby się zorientować, że wpatruję się z rozdziawionymi ustami w tę dziewczynę. Ocknąłem się dopiero na odgłos
szurania krzesła mojego ojca, który wstał, aby powitać swoją przyszłą
synową.
Nadal nie mogąc oderwać od niej wzroku, obserwowałem, jak ojciec ujmuje
jej dłoń i składa na niej pocałunek. Na ten gest dziewczyna zarumieniła
się i szybko zabrała rękę, spuszczając wzrok.
- Miło mi cię poznać, Rose - zaczął ojciec, ale ona posłała mu tylko
przelotny uśmiech. Spojrzała na mnie, a ja poczułem, jak moje serce
zabiło szybciej.
Niewątpliwie była piękna; miała łagodną, owalną twarz, złote włosy i orzechowe oczy, które chwilami zdawały się zielone. Jednak tym, co
najbardziej mnie w niej zadziwiło, był... brak jakichkolwiek emocji. Z wyjątkiem strachu.
Chrząknięcie ojca wyrwało mnie z otępienia. Zamrugałem kilka razy.
Wreszcie wstałem i powoli podszedłem do dziewczyny. Obserwując uważnie
jej twarz, ująłem jej delikatną dłoń i złożyłem na niej pocałunek. Nawet
na mnie nie spojrzała - znów wpatrywała się w podłogę. Po jej minie
niemal od razu wywnioskowałem, że nie bierze udziału w tej chorej
sytuacji z własnej woli, tak samo jak ja.
- Jestem James - powiedziałem, zmuszając się do lekkiego uśmiechu.
Dopiero wtedy dziewczyna odważyła się podnieść wzrok. Jej orzechowe oczy
były zaszklone od wzbierających łez. Lekkie drżenie jej warg zdradzało,
jak mocno usiłowała powstrzymać łzy.
Nie wiedziałem dlaczego, ale od razu zrobiło mi się jej żal. W przeciwieństwie do swoich rodziców nie wyglądała na zadufaną w sobie
snobkę. Nie. Ona wydawała się przede wszystkim... krucha.
- Miło mi - odpowiedziała w końcu cichym, zachrypniętym głosem.
Zamrugała kilka razy i odchrząknęła, jakby chciała wziąć się w garść.
Ruszyła w stronę stołu. Oniemiały z wrażenia, poszedłem za nią, by
przysunąć jej krzesło.
- Cieszę się, że nareszcie jesteśmy w komplecie - powiedział po chwili
pan Chandler i popatrzył na mojego ojca. - Możemy przejść do omawiania
szczegółów, jak rozumiem?
- Naturalnie. - Mój ojciec kiwnął głową, wygodniej się rozsiadając.
Kątem oka dostrzegłem, jak Rose siedzi sztywno na swoim miejscu, pod
stołem trzymając dłonie mocno splecione ze sobą. Z trudem zignorowałem
pokusę, aby nakryć je swoimi. Dziewczyna wyraźnie krępowała się, gdy
była przez nas dotykana.
Nie pozostawało mi nic innego, jak westchnąć ciężko i obserwować
przebieg sytuacji.
Krzesło jeszcze nigdy nie wydawało mi się tak niewygodne. Siedziałam
wyprostowana, mocno splatając pod stołem dłonie.
James siedział tak blisko mnie, że wystarczyłby jeden ruch nogą, aby się
z nim zetknąć. Musiałam przyznać, że jego dotyk, kiedy ujął moją dłoń,
był przyjemnie ciepły. Jednak moje zdradzieckie ciało nie pozwoliło, aby
jego skóra miała kontakt z moją dłużej niż dziesięć sekund. Skarciłam
się za to w duchu, wiedząc, że tego wieczora muszę wyjątkowo nad sobą
panować.
James Wagner był przystojny i tylko głupi by zaprzeczył. Idealnie
zarysowana szczęka, kilkudniowy zarost, ciemne, niemal czarne włosy i niebieskie oczy. Pod garniturem dało się dostrzec wysportowane ramiona.
On także miał wysportowane ramiona, odezwała się moja podświadomość.
Pamiętasz, jaki był silny, kiedy cię przyparł do ściany...
Zdenerwowanie opanowało moje ciało, niemal siłą wciskając do moich oczu
łzy, które resztkami sił starałam się powstrzymać. Cały czas trzymałam
opuszczony wzrok, aby nikt nie zorientował się, w jakim jestem stanie.
- Powtórzmy wszystko od początku. Nie chcę, aby coś nam umknęło -
powiedział Matthew Wagner, obracając w dłoni swój kieliszek. - Wykupię
Chandler's Clinic & Law Company i pozostawię jej nazwę.
Przekształcimy to ze spółki partnerskiej na komandytową. Zgodnie z naszą
umową zostaniemy wspólnikami. Zachowacie swoje dotychczasowe posady. Ja
przejmę zakres obowiązków związanych z budżetem. Wasze wynagrodzenie się
nie zmieni.
- Oczywiście. - Moja matka kiwnęła głową, siedząc prosto.
- Kiedy tylko wrócimy do Seattle - kontynuował Matthew - każę
przygotować wszystkie papiery związane z udziałem w spółce. Podpiszemy
je tego samego dnia, w którym odbędzie się wesele.
Napięłam mięśnie jeszcze bardziej, kiedy dostrzegłam, że James także się
spina.
- Proponuję, aby wesele odbyło się za trzy tygodnie - odezwał się
ojciec. Na jego słowa gwałtownie uniosłam wzrok. Wytrzeszczyłam oczy,
myśląc, że się przesłyszałam. Nikt jednak nie zdążył zauważyć mojej
reakcji, bo do jadalni weszły dwie pokojówki. Zaczęły podawać kolację.
- Tak, im szybciej, tym lepiej - powiedział Matthew.
- Przez ten czas zdążymy wszystko zaplanować - uśmiechnęła się matka i posłała mi ostrzegawcze spojrzenie. Spuściłam wzrok na talerz. Wzięłam
do ręki widelec i zaczęłam bawić się sałatką, nie mając najmniejszej
ochoty na jedzenie.
- Myślę, że my powinniśmy tylko dopilnować zaproszeń, a młodzi niech
planują resztę. - Znieruchomiałam. - Niech sami wybiorą kwiaty,
dekoracje i miejsce.
- Tato - zaczął James, ale Matthew mu przerwał.
- No co? Dzięki temu spędzicie razem trochę czasu i się dogadacie. Może
to małżeństwo to tylko biznes, ale pierwszy ślub ma się tylko raz w życiu.
Przełknęłam cicho ślinę. Nie odważyłam się wypowiedzieć nawet słowa.
Resztę kolacji odbyliśmy w ciszy. Dopiero kiedy mieliśmy się przenieść
do salonu, James przerwał milczenie:
- Wy idźcie, a ty, Rose, może miałabyś ochotę na spacer? Moglibyśmy...
omówić pewne szczegóły.
Popatrzyłam niepewnie na niego, a potem na rodziców. Na twarzy matki
widniał wredny, porozumiewawczy uśmieszek. Zacisnęłam zęby ze złości,
ale po chwili się opanowałam, biorąc głęboki wdech.
- Dobrze, chodźmy do ogrodu - zaproponowałam po chwili, na co James bez
wahania pokiwał głową.
Ruszyliśmy razem do drzwi, które prowadziły na tyły domu. Wyszliśmy na
nieduży ganek i zeszliśmy po schodkach na ścieżkę, która prowadziła
wzdłuż równych rzędów kwiatów i przyozdobionego lampkami żywopłotu. Był
już wieczór, więc ogród wyglądał naprawdę magicznie. Nie potrafiłam się
jednak w pełni rozluźnić i nacieszyć tym widokiem. Nie przy nim.
Podczas naszego powolnego spaceru utrzymywałam między nami dystans.
- Wiem, że to trudne - odezwał się. Oboje mieliśmy spuszczony wzrok. -
Mnie też ojciec zmusił do tego wszystkiego.
Odruchowo spojrzałam na niego z zaskoczeniem, a on zaśmiał się bez krzty
wesołości.
- Myślałam, że... ty i twój ojciec... - zaczęłam, ale nie potrafiłam
odpowiednio dobrać słów.
- Nie - odpowiedział, wkładając ręce do kieszeni. - To ojciec tego
chciał. Uznał to za dobry interes i okazję do zdobycia nowych lojalnych
pracowników. Przykro mi.
- Nie, przecież to nie twoja wina. - Pokręciłam głową. - Moi rodzice
robią to z podobnych powodów. Ta firma... jest całym ich życiem.
Zatrudnienie się w miejscu, gdzie ktoś inny byłby szefem, to dla nich
katastrofa. Są gotowi poświęcić wszystko, żeby tylko pozostać na
szczycie.
- W takim razie są identyczni jak mój ojciec. To oni w trójkę powinni
się pobrać - powiedział po chwili James, a ja nie potrafiłam powstrzymać
lekkiego uśmiechu, który pojawił się na mojej twarzy. James uśmiechnął
się zaś szeroko i po raz pierwszy, odkąd się tutaj znaleźliśmy, spojrzał
na mnie. A ja spuściłam wzrok.
Ty słaba kretynko, skarciłam się w myślach.
Tymczasem doszliśmy do niedużej fontanny, która stała pośrodku okręgu z rabat kwiatowych i żywopłotu. Skierowałam się w stronę jednej z dwóch
stojących po bokach ławek. James usiadł obok mnie i przez chwilę
wpatrywaliśmy się milcząco w fontannę, a szum wody wypełniał ciszę
między nami.
- Uprzedzili cię, że wyjedziesz z nami do Seattle? - spytał w końcu.
- Tak - odparłam, nadal wpatrując się w strumienie wody.
- Będę miał mało pracy przed... przed ślubem. Dlatego będziemy mieli
wystarczająco dużo czasu, żeby zaplanować wesele.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem.
- Wiem, że to szybko - westchnął i przeczesał palcami włosy. - Sam
myślałem, że wszystko odbędzie się dopiero za kilka miesięcy.
- Niestety - mruknęłam, spuszczając głowę i bawiąc się palcami.
Wiedziałam, że James usiłuje nawiązać ze mną dłuższą rozmowę, ale choć
napięcie spowodowane jego osobą powoli opadało, nadal nie potrafiłam się
zmusić do swobodniejszego zachowania.
- Może... poznajmy się lepiej, co? - zaproponował po chwili. W jego głosie
słychać było lekkie zakłopotanie. - Co ty na to?
Niepewnie uniosłam wzrok i popatrzyłam na niego. Miał rację. Musieliśmy
się lepiej poznać. Dlatego pokiwałam głową.
- Może ja zacznę - powiedział. - To, kim jest mój ojciec, już wiesz.
Jeśli chodzi o matkę, zmarła na raka, kiedy miałem cztery lata.
- Przykro mi - powiedziałam i nie kłamałam. James odpowiedział mi
smutnym uśmiechem.
- Nie pamiętam jej dobrze. Tylko ze zdjęć. W każdym razie od tamtego
czasu jestem sam z ojcem. Od małego przygotowywał mnie do przejęcia
całej jego firmy. Odkąd skończyłem studia ekonomiczne, pracuję u niego,
prowadzę w jego imieniu kilka przedsiębiorstw w Seattle. W wolnym czasie
lubię biegać, żeby wyciszyć i zebrać myśli.
Pokiwałam głową, miło zaskoczona. Właśnie wtedy napięcie odpuściło na
moment, a ja poczułam mały przypływ odwagi, aby skomentować:
- Czyli nie jesteś zakochanym w sobie milionerem.
Chłopak wybuchnął śmiechem, a wtedy widać było dołeczki w jego
policzkach.
- Nie, nie jestem - powiedział, nadal się śmiejąc. Zawtórowałam mu.
Ucichłam na chwilę i ponownie się odezwałam:
- Ja obecnie studiuję historię. Rodzice zawsze chcieli, abym poszła w ich ślady i studiowała ekonomię, ale... uznałam, że ten kawałek mojego
życia zaplanuję sama. Nie są zadowoleni, ale jakoś to idzie.
- Dlaczego akurat historia? - spytał z zaciekawieniem.
- Nie jestem z tych, którzy lubią uczyć się cyferek lub pierwiastków.
Wolę teorię i... przeszłość. Jedyne cyfry, które muszę spamiętać, to daty,
ale nie jest to trudne. Każda z nich ma jakieś znaczenie. Poza tym...
lubię czytać o tym, jak ludzie radzili sobie przez te wszystkie wieki.
Mogę się zagłębiać w dowolne życiorysy lub dotykać przedmiotów, które
mają setki lat - wyjaśniłam z lekkim uśmiechem, który on odwzajemnił.
- Ile ci zostało nauki?
- Pół roku, ale nie będę musiała chodzić teraz na wykłady, bo będą
powtórzeniowe. Zostaje mi tylko uczyć się do końcowych egzaminów i przygotować się do obrony.
- A potem?
Zastanowiłam się chwilę.
- Może zacznę pisać w jakimś czasopiśmie historycznym lub pracować w muzeum. Nie wiem - przyznałam i po chwili zdałam sobie z czegoś sprawę.
Spojrzałam na niego. - Ja wiem, że zarobki w takiej pracy nie dorównują...
zarobkom w biznesie, ale nie musisz się martwić. Podpiszę intercyzę i będę się dokładała do rachunków za mieszka...
- Rose - przerwał mi i popatrzył na mnie uspokajająco. - Nie przejmuj
się. Nie zależy mi na intercyzie. Ja też muszę przyznać, że nie jesteś z tych salonowych materialistek. - Spuściłam zarumieniona wzrok. -
Mieszkanie będzie wspólne. Majątek też możemy złączyć i mieć jedno
konto, jeżeli chcesz.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem.
- To naprawdę miłe z twojej strony, ale nie ma takiej potrzeby.
- A co lubisz robić w wolnym czasie? - spytał James po chwili.
- Czytać lub spacerować. - Wzruszyłam ramionami. - Nic nadzwyczajnego.
- Mnie wystarczy. - Uśmiechnął się, po czym wstał i niepewnie podał mi
rękę. Popatrzyłam na nią chwilę, zanim ją ujęłam, również wstając.
- Wracajmy. Nie wiadomo, co te korposzczury jeszcze wymyślą za naszymi
plecami - powiedziałam.
Ruszyłam za nim w stronę domu. Dystans, jaki utrzymywałam wcześniej,
zmniejszył się, choć moja podświadomość i ciało krzyczały:
Nie ufaj mu.
Nie ufaj mu.
Nie ufaj mu.
Rozdział 4
Rozdział 4
Iskierka
Kiedy wróciliśmy do domu, z salonu dało się
słyszeć energiczną rozmowę rodziców, która ucichła wraz z naszym nagłym
pojawieniem się.
- Nie było was zaledwie dwadzieścia minut - powiedziała matka ze swoim
wścibskim uśmieszkiem, który gościł także na twarzy mojego ojca i pana
Wagnera.
- Omówiliśmy to, co chcieliśmy - odpowiedział obojętnie James i usiadł
obok mnie na kanapie. - Wszystko uzgodniliśmy.
- A co dokładnie? - dociekała matka, na co od razu się spięłam, wbijając
wzrok w dywan. I tak już się czułam jak zwierzę zagonione w kąt. Nie
dałabym rady spojrzeć teraz w czyjekolwiek ciekawskie oczy.
- Szczegóły - odpowiedział James wymijająco. Zerknęłam ukradkiem na jego
dłonie, których palce nerwowo zginały się tak, jakby powstrzymywał się
od zaciśnięcia ich w pięść.
- Liso - wtrącił mój ojciec z rozbawieniem. - Nie bądź wścibska.
- Dokładnie - poparł go pan Wagner i cicho się zaśmiał. - Dwadzieścia
minut to dobry początek, zważając na to, że będą mieli przed sobą całe
życie. Powinnaś korzystać z wolności, Rose, póki możesz. Mój syn potrafi
być nie do zniesienia.
Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, moja matka nie pozostała dłużna:
- Wręcz przeciwnie! - powiedziała, i choć jej nie widziałam, to mogłam
wyczuć szeroki uśmiech na jej twarzy. - Niech James bierze ją w ryzy jak
najszybciej. Będziesz ją musiał, mój drogi, traktować twardą ręką.
Potrafi być strasznie uparta.
Chyba jeszcze nigdy w życiu nie siedziałam tak sztywno jak teraz.
Zacisnęłam mocniej zęby, po raz kolejny przyjmując cios.
- Rose nie wydaje się tego potrzebować - odpowiedział pan Wagner, a ja
wręcz poczułam jego wzrok błądzący po moim ciele.
- Jest nieśmiała - wytłumaczył mój ojciec. - Ale jak już poczuje się
pewnie, to możecie być pewni, że umie pokazać charakterek.
Oddychaj, mówiłam sobie w duchu.
- Moja droga, odpręż się! Przecież to także twój wieczór! - powiedział
energicznie pan Wagner. Niechętnie spełniłam jego polecenie i spróbowałam rozluźnić ramiona. Zmusiłam się do lekkiego uśmiechu, który
od razu odwzajemnił. - Nie ma co, mój syn ma szczęście, że Chandlerowie
mają tak piękną córkę.
Zarumieniłam się, przenosząc wzrok na rodziców, którzy patrzyli na mnie
uważnie, jakby chcieli mnie ostrzec, że wystarczy jeden mój błąd lub
niewłaściwe słowo, abym pożałowała tego, że się urodziłam.
Oddychaj, oddychaj, oddychaj...
- Kto dokładnie będzie na ślubie? - Przeczuwałam, że James celowo
zmienił temat. Byłam mu za to wdzięczna. Cała uwaga przeniosła się na
niego, a ja znowu mogłam spokojnie opuścić wzrok na kilka chwil, aby móc
złapać oddech.
- Najważniejsi partnerzy, rodzina - zaczął wyliczać pan Wagner, a moja
matka kontynuowała.
- A także kilku rywali z konkurencji - powiedziała, jakby to była
oczywista sprawa. - Wesele będzie wspaniałe, będzie to dowód sojuszu.
Niech widzą, jak rośniemy w siłę.
- Nie można pominąć też naszych najważniejszych stałych klientów - dodał
ojciec w zamyśleniu. - Niech wiedzą, że są dla nas ważni.
Wspaniale, pomyślałam. Moje i tak niechciane przeze mnie wesele
będzie zapełnione sztywnymi snobami i ludźmi takimi jak moi rodzice.
Już mogłam wyobrazić sobie ich pogardliwe spojrzenia, oceniające każdą
dekorację i szczegół.
- A mogę zaprosić znajomych? - spytałam nagle, kiedy poczułam niewielki
przypływ odwagi.
- A masz jakichś? - Matka wymierzyła mi tymi słowami policzek.
Wytrzymałam jej szydercze spojrzenie.
- Znajdzie się kilku - odpowiedziałam po dłuższej chwili, ale czułam,
jak z każdą sekundą znowu tracę odwagę.
- Rose, nie sądzę, aby studenci historii - ojciec starał się wymówić
ostatnie słowo tak, aby brzmiało jak najmniej obrzydliwie - byli dobrym
towarzystwem dla... takich ludzi, jak zaproszeni przez nas goście.
Popatrzyłam na niego ze skrywanym niedowierzaniem. Nie odzywałam się
już, tylko przełknęłam ślinę, poprawiając się nieco na kanapie.
Nie odzywaj się już dzisiaj, podpowiedziała mi moja podświadomość, a ja od razu się z nią zgodziłam. Nie miałam najmniejszego zamiaru się
więcej wtrącać. I tak już byłam wykończona psychicznie, a moja
przyszłość - zrujnowana. Szczerze mówiąc, nie widziałam już sensu, aby
nią jakkolwiek kierować. Chcieli planować? Droga wolna.
- Nie przesadzacie trochę? - Usłyszałam głos pana Wagnera. Odruchowo na
niego popatrzyłam, nie wiedząc, co zszokowało mnie bardziej: to, że mnie
bronił, czy zdziwione miny rodziców.
- Ten ślub nie będzie miał fundamentu miłosnego, ale biznesowy, tak jak
cała nasza umowa - odezwała się po chwili matka, a ojciec ją poparł. -
Wesele ma być jak na pokaz: idealne, wystawne, drogie...
- Uzgodniliśmy przecież, że to ja z Rose będziemy planować wesele -
przerwał jej James. W jego głosie było słychać nutę rozdrażnienia. - To
nasz ślub, nie wasz.
Zaczął prowadzić walkę na spojrzenia z moją matką. Nie powiem, poczułam
miłe ciepło, widząc, że James stara się wywalczyć dla nas jakieś prawa,
ale mimo to kurczowo trzymałam się swojego cichego postanowienia.
- James - powiedziałam cicho, patrząc na niego. Oderwał wzrok od mojej
matki i przeniósł go na mnie, a wtedy jego twarde spojrzenie niemal
natychmiast złagodniało. - To ich umowa. Niech planują to tak, jak chcą.
Nie widziałam jego reakcji, bo od razu wstałam, wycierając przy tym
spocone dłonie o sukienkę. Zignorowałam zaskoczoną minę pana Wagnera,
jak i napięte twarze moich rodziców, i ruszyłam w stronę schodów, mówiąc
cicho:
- Przepraszam, ale źle się czuję.
Po chwili byłam już na górze, kierując się do swojego pokoju, kiedy
poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię.
Odskoczyłam jak oparzona, powstrzymując krzyk.
James uniósł dłonie w przepraszającym geście. Odetchnęłam z ulgą,
przykładając dłonie do piersi, jakby to mogło uspokoić walące serce.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć - wytłumaczył się i westchnął, patrząc na mnie współczująco. - Nawet nie wiem, co mam
powiedzieć.
Rozbawiona jego zakłopotaniem lekko się uśmiechnęłam. Wiedziałam, że
brak mu słów, aby opisać dzisiejszy wieczór. Mnie także ich brakowało.
- Nie masz za co przepraszać - ściszyłam głos, aby nie ryzykować, że
ktoś z dołu nas usłyszy. - To ja powinnam cię przeprosić za moich
rodziców. Jeżeli jeszcze nie zauważyłeś, są dość... no, tacy, jak widzisz.
- Dlaczego dajesz im się tak traktować? - Zmarszczył brwi.
Nie odwróciłam wzroku, wręcz przeciwnie, patrzyłam prosto w jego
niebieskie oczy, nie mogąc się nadziwić, jak ktoś może mieć tak
wyrazisty kolor tęczówek. Jak morze, w którym można by utonąć.
Ocknęłam się, kiedy moje zdradzieckie ciało kazało mi zrobić krok w tył.
Zamrugałam kilka razy, przenosząc spojrzenie na podłogę. Zignorowałam
jego pytanie i odwróciłam się, rzucając ciche:
- Dobranoc.
Zanim zamknęłam za sobą drzwi, usłyszałam odpowiedź, choć brzmiało to
bardziej tak, jakby mówił sam do siebie:
- Dobranoc, Rose.
Tej nocy nie płakałam. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego w środku czuję
głupią iskierkę nadziei, że może jeszcze nie wszystko stracone... że może
ten tylko biznes okaże się przepustką do czegoś nowego... i lepszego.
Potępiałam się za to uczucie.
Potępiałam się tak samo jak wtedy w zaułku, za cichą nadzieję, że ktoś
przyjdzie mi na ratunek. A nikt nie przyszedł.
Rozdział 5
Rozdział 5
SMS
Kiedy Rose zniknęła za drzwiami swojej
sypialni, niechętnie wróciłem do salonu, gdzie pozostali nadal siedzieli
pogrążeni w ciszy.
- Jak ona się czuje? - spytał mój ojciec, a w jego oczach dostrzegłem
coś na podobieństwo troski.
Dla innych jego zainteresowanie moją narzeczoną mogłoby wydawać się
dziwne, ale każdy, kto znał go dobrze, wiedział, jak bardzo cenił sobie
lojalność. Pracowników wykorzystywał, wrogów traktował bezlitośnie, za
to sojuszników - z niezwykłą hojnością. Chandlerowie właśnie znaleźli
się na pierwszych miejscach jego listy "przyjaciół" lojalnych ponad
życie. A Rose była prawdopodobnie na samym jej szczycie: niewinna
dziewczyna, a jego przyszła synowa, dzięki której nasza firma zyska
niezniszczalny sojusz.
- Poszła spać, rozbolała ją głowa - skłamałem i przesunąłem wzrokiem po
swoich przyszłych teściach, których wręcz rozsadzała wściekłość.
Zgrzytali zębami, trzymając spuszczony wzrok. - Ja też już pójdę.
Dobranoc.
- Pokojówka zaprowadzi cię do pokoju - powiedziała pani Chandler.
- Poradzę sobie, powiedzcie tylko, które drzwi - powiedziałem i po
otrzymaniu instrukcji wróciłem na piętro.
Idąc znowu tym samym korytarzem, nie mogłem się powstrzymać i przystanąłem na chwilę przed drzwiami Rose. Nie dochodziło spod nich
żadne światło, więc pewnie już spała. Wpatrywałem się w nie jeszcze
jakiś czas.
Rose była atrakcyjna, to fakt, ale nie to mnie najbardziej zdumiało,
tylko jej osobowość; zachowywała się cicho, nieśmiało, wręcz nieufnie,
ale również w sposób opanowany. Nie mogłem zaprzeczyć, że miło
zaskoczyło mnie to, że Rose nie jest, jak sam jej to wcześniej
wyjaśniłem, pustą lalą, która leci na pieniądze. Wiedziałem, że minie
trochę czasu, zanim bardziej się przede mną otworzy, dlatego musiałem
uzbroić się w cierpliwość.
Westchnąłem i ruszyłem do swojego pokoju. Gdy tylko się w nim znalazłem,
sięgnąłem po laptopa i usadowiłem się wygodnie na łóżku. Zacząłem
przeglądać swoją pocztę, pełną najróżniejszych wiadomości. Odpisałem na
kilka służbowych maili i zabrałem się za usuwanie spamu i reklam, kiedy
jedna z nich przykuła moją uwagę. Zaznaczyłem ją już, aby przenieść do
kosza, ale rozmyśliłem się. Zamiast tego otworzyłem ją i kliknąłem link
prowadzący do oficjalnej strony nadawcy - sklepu jubilerskiego.
Niepewnie najechałem kursorem na zakładkę z pierścionkami zaręczynowymi.
Już miałem kliknąć, gdy pośpiesznie zamknąłem komputer, odrzuciłem go na
bok i przeczesałem palcami włosy.
Co ja robię? Co za popieprzona sytuacja!, pomyślałem. Znam tę
dziewczynę jeden wieczór. Owszem, jest moją narzeczoną, ale kupienie jej
pierścionka zaręczynowego tak szybko... To byłoby zbyt pośpieszne.
Poszedłem wziąć szybki prysznic i przebrałem się w piżamę. Tej nocy nie
mogłem spać, bo moje myśli wypełniały obrazy uśmiechającej się do mnie
dziewczyny o orzechowych oczach i złotych włosach.
Moja przyszła żona.
Następnego ranka obudziłam się z dziwnym uczuciem.
Myślałam, że w dzień po poznaniu przyszłego męża będę w jeszcze
gorszym stanie, ale było zupełnie na odwrót; czułam się wypoczęta.
Spojrzałam na zegar i zwlekłam się z łóżka. Pozostali już pewnie
zaczynają śniadanie. Szybko wykonałam poranną toaletę i włożyłam na
siebie pierwsze lepsze jeansy, luźną niebieską bluzkę i tenisówki.
Zeszłam do jadalni, gdzie, jak się spodziewałam, rodzice i goście
siedzieli już na swoich miejscach i jedli.
- Dzień dobry - powiedziałam cicho, siadając obok Jamesa. Odpowiedział
mi, posyłając przy okazji lekki uśmiech. Odwzajemniłam go i zabrałam się
za jedzenie. Nie siedziałam już tak zdenerwowana jak wczoraj, ale małe
napięcie nadal mnie uwierało.
- Dzień dobry - odpowiedział również pan Wagner, biorąc łyk kawy.
- Powinnaś zacząć nastawiać sobie budziki - burknęła moja matka na
powitanie. - Za długo śpisz.
- Wiesz, że przez ostatni czas nie miałam za dużo czasu na sen. Musiałam
się uczyć do egzaminów - wytłumaczyłam, nalewając sobie kawy.
- A jakiż to trudny temat może być na historii, że tak ciężko się
uczyłaś? - spytał ojciec, nie kryjąc sarkazmu.
Westchnęłam, nakazując sobie spokój.
- Przyglądaliśmy się dokładniej kwestii handlu niewolnikami w siedemnastym wieku - powiedziałam po krótkiej chwili.
- Na Boga - westchnął ojciec, przecierając twarz, tak jakbym powiedziała
coś niestosownego.
- Też coś. Co działo się w przeszłości, niech tam pozostanie - syknęła
matka.
- Liso - zwrócił jej uwagę pan Wagner, patrząc na nią karcąco. - Bez
przesady. Skoro Rose interesuje się historią, to niech się jej uczy. To
bardzo ciekawy kierunek, choć może niewystarczający... aby mogła pójść w wasze ślady.
- Nie mam nawet takiego zamiaru - odpowiedziałam, wywołując swoimi
słowami zaskoczenie na jego twarzy. - Po ukończeniu studiów chcę zacząć
pracować w zawodzie.
Mój ojciec zakrztusił się przy kolejnym łyku kawy, a matka
znieruchomiała.
- O czym ty mówisz, do diabła? - warknął ojciec. - Myślałem, że idziesz
potem na ekonomię.
- Nie, przecież mówiłam, że... - zaczęłam zdezorientowana, ale urwałam,
gdy matka zerwała się na równe nogi, niemal przewracając przy tym
krzesło.
- Przecież nie utrzymasz się z pensji kustosza w muzeum! - Podniosła
głos i aż poczerwieniała na twarzy. Przycisnęłam plecy do oparcia, chcąc
się odsunąć.
- Ale ja mogę pracować... - odezwałam się zszokowana, ale znowu nie dane
było mi dokończyć.
- Nie możesz być jego utrzymanką! - krzyknęła matka, robiąc krok w moją
stronę. - Przecież to skandal...
- Pani Chandler! - James wstał i obszedł moje krzesło, by stanąć obok i zasłonić mnie swoim ciałem. Jego głos wybrzmiewał cichą, ale wyraźnie
ostrzegawczą nutą, choć sam wyglądał, jakby ledwo nad sobą panował. -
Proszę zważać na słowa.
- Liso, usiądź - poprosił mój ojciec, ujmując dłoń matki, która
niechętnie posłuchała, dalej wpatrując się w Jamesa z niedowierzaniem.
- James, ty także - warknął pan Wagner. Chłopak posłał ostatnie
spojrzenie mojej matce i wrócił na swoje miejsce. Przełknęłam ślinę,
czując, jak boleśnie wali moje serce. Gula w gardle rosła, ale udało mi
się resztkami sił powstrzymać łzy.
- P-Przepraszam - powiedziałam drżącym głosem.
- Nie masz za co, Rose - odpowiedział pan Wagner, posyłając mi
pokrzepiające spojrzenie. Po chwili jednak przeniósł wzrok na moich
rodziców. Jego głos był pełen chłodu. - Liso, rozumiem, że plany twojej
córki cię zaskoczyły, ale na litość boską, powinnaś nad sobą bardziej
panować. Czy na służbowych zebraniach też się tak zachowujesz, kiedy coś
nie idzie po twojej myśli?
- Ależ ja... - zaczęła osłupiała matka, ale do rozmowy wtrącił się James.
- Rose jest dorosła, pani Chandler - powiedział, starając się zachować
spokojny ton. - Ma prawo do podejmowania takich decyzji, jakie uważa za
rozsądne. Wystarczy, że wymuszono na nas obojgu to małżeństwo. Niestety
to, jak ono się będzie układało, tak jak całe nasze życie, nie zależy
już od was.
Moja matka wpatrywała się w nas przez chwilę z niesłabnącym zdumieniem,
ale już po chwili się otrząsnęła, a jej twarz wykrzywił wściekły grymas.
- Ona. Nie. Może. Być. Na. Twoim. Utrzymaniu - wysyczała przez
zaciśnięte zęby.
- Nie będę - odparłam cicho, patrząc jej w oczy. - Obiecałam, że
podpiszę intercyzę i będę się dokładać do mieszka...
- A ja powiedziałem, że tego od ciebie nie wymagam - przerwał mi James.
Nagle poczułam, jak jego dłoń ujmuje moją. Wzdrygnęłam się, ale
pozwoliłam mu ją unieść i położyć na brzegu stołu tak, aby każdy mógł
zobaczyć ten gest. W obecnej chwili moje myśli przypominały atomy, które
nie potrafiły się złączyć w jedną całość - w jedną konkretną myśl lub
emocję. Dalej ściskając moją dłoń, kontynuował ze wzrokiem wbitym w naszych rodziców. - Wasza umowa zawiera tylko wzmiankę o małżeństwie i nic poza tym. Sprawy, które będzie trzeba załatwić po ślubie, załatwimy
sami. Nie dotyczą one was.
Minęło przynajmniej piętnaście sekund, odezwało się moje ciało, które
domagało się zwolnienia uścisku. Nie pozwól się dotykać, krzyczało,
kiedy nadal zmuszałam się do wytrzymania jeszcze kilku sekund.
Nie daj się dotykać, jak wtedy...
Zabrałam dłoń, biorąc głęboki oddech. James niepewnie odsunął także
swoją. Nie odważyłam się nawet spojrzeć mu w oczy.
Jak na zawołanie rozległ się dźwięk powiadomienia w moim telefonie.
Wyjęłam go z kieszeni i odblokowałam ekran. Zobaczyłam na nim publiczną
wiadomość od mojego wykładowcy.
Drodzy Studenci,
chciałbym poinformować was o bardzo ważnej sprawie, której nie zdołałem
Wam przekazać na ostatnim obowiązkowym wykładzie. Mianowicie chodzi o jednotygodniową wycieczkę do Londynu, aby zwiedzić najważniejsze zabytki
i zapoznać się z kilkoma pilnie strzeżonymi archiwami, które słynna
Biblioteka Brytyjska zgodziła się nam udostępnić. Większość kosztów
pokrywa uczelnia, ale uczestnicy mają obowiązek dołożyć kwotę wynoszącą
200 dolarów. Liczba uczestników jest ograniczona. Zainteresowanych
zapraszam na spotkanie dzisiaj o osiemnastej na uczelni w audytorium.
Z pozdrowieniami
Profesor Philip Miller
Przeczytałam wiadomość dwukrotnie, aby się upewnić, że wszystko dobrze
zrozumiałam. W jednej chwili pretensje matki i dotyk Jamesa wyparowały z mojej głowy.
Początkowo na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Taka wycieczka
byłaby wspaniała, zawsze interesowałam się historią Anglii, a zajrzenie
do tajemniczych archiwów Biblioteki Brytyjskiej to jedno z marzeń
każdego młodego historyka. Wycieczka nie była droga. A ja miałam
oszczędności.
Niebezpiecznie, niebezpiecznie, niebezpiecznie, odezwała się moja
podświadomość. Uśmiech zgasł, a zastąpiło go napięcie w całym ciele.
Radość wyparowała, a w jej miejscu pojawił się lekki strach i tysiące
czarnych scenariuszy.
Będę poza domem. Na nieznanym terenie. Nie będę miała dokąd uciec w razie zagrożenia. Sama w Londynie.
- Rose? - Głos Jamesa wyrwał mnie z zamyślenia. Zorientowałam się, że
wszyscy na mnie patrzą. - Wszystko w porządku?
- Ja... Tak, po prostu... To nic. Wiadomość z uczelni - wytłumaczyłam
pośpiesznie, odchrząkując, ale nagle wpadłam na pewien pomysł. Dodałam
szybko: - Jest sprawa, którą muszę załatwić na uczelni przed jutrzejszym
wyjazdem do Seattle. Muszę pojechać na wydział o osiemnastej.
Skoro i tak jutro miałam wyjechać, to musiałam zabrać ze swojej szafki
wszystkie książki, żeby móc normalnie się uczyć. Przy okazji... nie
zaszkodzi zajrzeć na spotkanie dotyczące wyjazdu. Wysłucham szczegółów
choćby z czystej ciekawości.
Rozdział 6
Rozdział 6
Panika
Po co chcesz jechać na uczelnię? - spytała
matka.
- Muszę zabrać wszystkie książki. Skoro... mam wyjechać, to muszę się
spakować - odpowiedziałam i uniosłam kubek, aby dopić kawę.
Nadal nie mogłam uwierzyć, że zamieszkam w zupełnie obcym mieście. Na
dodatek w takim, które jest stolicą biznesu... i jest okropnie zatłoczone.
Moje plany na przyszłość, w których miałam się wyprowadzić do jak
najmniej zaludnionego miasta w USA, legły w gruzach.
- Mogę cię podwieźć, jak chcesz - zaproponował James. - Mam spotkanie w banku o dziewiętnastej, więc...
- Nie, dzięki - odpowiedziałam pośpiesznie i wstałam.
- Nic nie zjadłaś! - Ojciec popatrzył na mnie z wyraźnym zdziwieniem.
- Nie jestem głodna. Idę się pakować.
Ruszyłam w stronę schodów, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać. Z cichym
westchnieniem skierowałam się na strych po kartonowe pudła. Wiedziałam,
że pakowanie zajmie mi kilka godzin, a musiałam sobie jeszcze
przygotować dokładną rozpiskę, jak i kiedy się uczyć do egzaminów
końcowych. Sam ślub miał się odbyć za trzy tygodnie, więc na pewno nie
będę miała czasu na naukę w ferworze przygotowań.
Będę zajęta planowaniem... własnego wesela, pomyślałam i pokręciłam
głową z niedowierzaniem.
Trzy duże kartony leżały na moim łóżku, podczas gdy ja chodziłam w kółko
i wrzucałam do nich różne bibeloty; zdjęcia zrobione przed trzema laty,
figurki przywiezione z dalekich wycieczek, lusterko, szkatułka z biżuterią, ozdoby, kilka książek, teczki z dokumentami i starymi pracami
ze studiów. Nic nadzwyczajnego. W walizkę upchałam tyle ubrań, butów,
toreb i kosmetyków, ile tylko zdołałam.
Kiedy owijałam jedną z ostatnich ramek na zdjęcia folią bąbelkową,
rozległo się pukanie do drzwi pokoju. Ze zmarszczonymi brwiami podeszłam
i je otworzyłam. Za progiem stał James. Na mój widok uśmiechnął się
lekko.
- Hej - powiedział i poprawił podwinięty rękaw swojej koszuli, jakby się
speszył.
- Hej - odpowiedziałam zaskoczona dopiero po chwili. Co James miałby u mnie robić? Rozumiem, gdyby poszedł do moich rodziców, swojego ojca... ale
do mnie? - Coś się stało?
- Yyy... chciałem tylko zapytać, czy nie...- odchrząknął i resztę zdania
wypowiedział już pewniej, choć na jednym wydechu - nie potrzebowałabyś
pomocy przy pakowaniu.
Jego zakłopotanie ujawniało się także w nerwowym drapaniu po głowie.
Wyglądało to dość zabawnie; twardy biznesmen, który normalnie zachowuje
kamienną twarz w publicznych wystąpieniach, jąka się, rozmawiając ze
mną. Nie mogłam powstrzymać lekkiego uśmiechu, który pojawił się na
mojej twarzy. Spuściłam na chwilę wzrok, nie potrafiąc wytrzymać
spojrzenia jego niebieskich oczu.
- Pakuję właśnie ostatnie rzeczy - powiedziałam w końcu i na dowód
odsunęłam się nieco, aby mógł zerknąć do środka. Zrobił krok do przodu i nachylił się, aby spojrzeć. Dzieliło nas może pół metra, co dla mojego
ciała było zbyt małą odległością. Odruchowo się cofnęłam, ale James
chyba tego nie zauważył.
- Rozumiem - mruknął i schował dłonie do kieszeni. Również spuścił
wzrok, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Minęło kilka sekund, zanim
ponownie na mnie spojrzał. - Mogę wejść? Moglibyśmy... porozmawiać chwilę
o weselu.
Moje serce zabiło szybciej, gdy usłyszałam jego prośbę.
To nic takiego, to tylko rozmowa...
Przełknęłam nerwowo ślinę i wpuściłam go. Zostawiłam otwarte drzwi i wróciłam do kartonów. James usiadł na stołku przy toaletce, a ja
kontynuowałam pakowanie zdjęć, czując na sobie czujne spojrzenie jego
niebieskich oczu.
- Po tym, jak poszłaś się pakować, przekonałem ich, aby wesele odbyło
się za miesiąc, nie za trzy tygodnie - powiedział w końcu. Spojrzałam na
niego, nie kryjąc zaskoczenia, i zobaczyłam, że kąciki jego ust drgnęły.
- Dziękuję - szepnęłam. Włożyłam ostatnie zdjęcie do kartonu i zamknęłam
go. Ucieszyłam się, że będę miała chociaż jeden tydzień więcej na
przygotowanie się. Samo myślenie o dniu, w którym... stanę przed ołtarzem,
wywoływało u mnie duszności. Najgorsze było jednak wyobrażanie sobie
tego, co będzie potem.
Będzie źle, powiedziało do mnie moje ciało, a ja zadrżałam. Będzie
bardzo źle... Będzie cię dotykał... Jest mężczyzną... Pamiętasz, co tamten ci
zrobił?
Zacisnęłam zęby, chcąc odpędzić myśli nawiedzające mnie za każdym razem,
gdy znajdowałam się za blisko płci przeciwnej. Sam na sam.
Zaczęłam szybciej oddychać, mając wrażenie, że powietrze gdzieś ucieka.
Uspokój się... Uspokój się... Uspokój się...
Ale obrazy z tamtej nocy znowu powracały. Powracało wszystko. Każdy
dotyk. Każdy oddech. Każdy ból. Każdy dźwięk. Każdy mój krzyk.
- Rose, wszystko dobrze?
Oparłam się o stolik, przyciskając dłoń do walącego serca. Kątem oka
dostrzegłam zaniepokojoną twarz Jamesa, kiedy wstał, żeby do mnie
podejść. Cofnęłam się w stronę ściany, ale nim się zorientowałam,
znalazłam się w jego ramionach. To tylko pogorszyło sprawę.
Odruchowo mu się wyrwałam i odsunęłam się jak najdalej. Kiedy panika i strach opanowały moje ciało, upadłam w kącie, nie potrafiąc powstrzymać
łez. Łapczywie chwytałam każdy oddech, wciąż mając wrażenie, że się
duszę.
- Rose! - James nie odpuszczał. Kucnął obok mnie, wyciągając ręce.
Cofnęłam się z przerażeniem, przed oczami mając tylko ciemny zaułek i zakapturzoną postać.
Brak powietrza...
Brak powietrza...
Nie mogę oddychać...
Wtedy poczułam ciepłe dłonie, ujmujące delikatnie, ale stanowczo moją
twarz. Kciuki kojąco gładzące moje policzki.
Zamrugałam kilka razy, gdy znowu znalazłam się w swoim pokoju. Przed
moimi oczami widziałam inne - ciepłe i niebieskie. Nie zimne. Nie
mordercze. Nie pożądające. Ale pełne troski. Zmartwione.
- Spokojnie, głęboki oddech - nakazał jego głos. Zaczął mi pokazywać, co
robić, a ja słuchałam i robiłam to, o co prosił. Udało mi się złapać
pierwszy oddech. - Bardzo dobrze, a teraz kolejny. Spokojnie.
Wdech...
Wydech...
Wdech...
Moje serce zaczęło się stopniowo uspokajać, aż w końcu oddychałam
normalnie. Popatrzyłam zmęczonym wzrokiem na zmartwioną twarz chłopaka.
- James - wyszeptałam i spuściłam wzrok, nie mogąc uwierzyć, że miałam
atak paniki w jego obecności. Moje ciało wprost ze mnie drwiło.
Ty słaba, beznadziejna kretynko.
- James - wyszeptała ledwo słyszalnie i spuściła wzrok. Była tak blada,
że przez chwilę myślałem, że zemdleje. Dalej gładziłem jej policzki,
ścierając z nich przy okazji ciepłe łzy.
Popatrzyłem na nią dokładnie, dziwiąc się, że wygląda na tak kruchą i bezbronną. I tak... pustą. Jakby była czymś wykończona. Jej atak paniki
tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że coś było nie tak. Nie mogłem
wyrzucić z głowy widoku jej przestraszonych oczu, gdy jeszcze przed
chwilą uciekała przede mną.
- Popatrz na mnie, Różyczko - nakazałem cicho. Dziewczyna powoli zrobiła
to, co powiedziałem; jej piwne, zaszklone oczy spojrzały na mnie pełne
niepewności i zdezorientowania. Przy popołudniowym świetle zdawały się
zielone. Zmierzyłem wzrokiem jej twarz, odgarniając jej włosy z czoła. -
Spokojnie - szepnąłem, ale po kilku sekundach Rose odsunęła się ode mnie
i stanęła na równe nogi. Zachwiała się. Chciałem jej pomóc, ale uniosła
dłoń w geście protestu. Nie byłem pewien, jak zareagować ani co
powiedzieć. Nigdy wcześniej nie byłem świadkiem ataku paniki. Chciałem
coś zrobić, coś powiedzieć, aby jej pomóc. Ale nie wiedziałem co.
Rose odetchnęła po chwili głęboko i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić,
sięgnęła po torebkę wiszącą obok toaletki i wybiegła z pokoju.
Bez wahania rzuciłem się za nią. Dogoniłem ją, gdy już prawie dotarła do
schodów. Złapałem ją za ramię, ale odskoczyła jak poparzona i spuściła
wzrok.
- Rose...
- Przepraszam... ja... Muszę iść - powiedziała, nadal na mnie nie patrząc.
Zbiegła po schodach i szybko wyszła z domu.
Dalej nie będąc w stanie zrozumieć tego, co się właśnie stało, usiadłem
na drewnianym stopniu. Przez następne minuty starałem się wyrzucić z głowy wspomnienie jej strachu, duszności... i gładkiej skóry twarzy. Jej
oczu. Piwnych, pięknych oczu. Starałem się to odrzucić.
Na próżno.
Bo nawet teraz miałem ochotę wstać i pobiec za nią, aby się upewnić, że
nic jej nie jest, zwłaszcza że te cudowne tęczówki były zasnute
przerażeniem.