p

Inne życie - Jodie Chapman

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Każda okolica ma swoje miasto takie jak Ashford, tego jestem pewien. Ronda prowadzące do kolejnych rond. Betonowa dżungla w centrum, opadająca w dół główna ulica ginąca w korkach, jakieś wcielenie sklepu "wszystko za funta" w miejscu, gdzie kiedyś był market Woolworth's, galeria handlowa ze szklanym dachem, który przy przecinaniu wstęgi pod koniec lat osiemdziesiątych reklamowano jako "oblicze przyszłości".

Na papierze wygląda to świetnie. Licea, sklep z wystrojem wnętrz, browar, outlet z markowymi ciuchami i wioski na obrzeżach takie jak Wye, w których wysokich cen pilnują zastępy terenówek i osób praktykujących jogę na zielonej trawce. Jest nawet dworzec międzynarodowy, można pojechać do Europy. Wsiadasz w pociąg, a następna stacja to Paryż.

W rzeczywistości myślę, że ludzie chodzą tu i drapią się po głowie. Trzy McDonaldsy i spa sprawiają wrażenie, jakby to miasteczko wciąż szukało samego siebie. Nowe, lśniące dzielnice prosperują, podczas gdy bloki z lat sześćdziesiątych walą się, złaknione zainteresowania, choćby ze strony dźwigu z kulą burzącą przysłanego przez urbanistę. Outlet z markowymi ciuchami przyciąga tłumy, ale kosztem oddalonej o kilometr głównej ulicy, zatkanej przez czteropasmową obwodnicę.

Przy tej obwodnicy jest cmentarzyk, skrawek ziemi wciśnięty między kwadratowy trawnik i parking samochodowy. Ale tak naprawdę to nie cmentarz. Kilka lat temu przeczytałem, że te nagrobki zapełnione nazwiskami pochodzą z przyległego cmentarza miejskiego, który przerobiono na teren wypoczynkowy. Rada miejska ustawiła parę ławek i klombów, zepchnęła nagrobki kawałek dalej, w róg. Teraz więc tłoczą się, nikomu nie wadząc, naprzeciwko kręgielni z lat dziewięćdziesiątych oddzielonej od nich kilkoma pasami ruchu, a puste ławki stoją nad anonimowymi ciałami sześć stóp pod ziemią. Siedziałem kiedyś na takiej ławce, paląc, słuchając szumu samochodów i obserwując smog z połączonych spalin. Wszystko wydawało się chaotyczne.

Skoro mowa o cmentarzach, Anna zabrała mnie kiedyś na cmentarz w Bybrook, żeby poszukać grobu filozofki Simone Weil. Prawie całą przerwę obiadową zajęło nam odnalezienie prostego kwadratowego kawałka granitu z wyrytym nazwiskiem i datami. Staliśmy przed nim w ciszy, a kilka metrów po drugiej stronie płotu był multipleks, w którym pracowaliśmy.

- Nie wiedziała, czy wierzyć w Boga - powiedziała Anna, wpatrzona w grób - bo uważała, że w ogóle nic nie wiadomo.

Pokiwałem głową. Nie dodałem, że rozpoznałem jej nazwisko tylko dlatego, że takie samo nosi czteropasmowa aleja, która prowadzi do supermarketu Sainsbury's.

W dzieciństwie mieszkaliśmy w wiosce na skraju miasta. Było tam cicho i sielsko, gałęzie drzew zwieszały się nad ulicami, a w weekend grano w krykieta na trawie. Ale nikt z miasta nie znał nazwy tej okolicy, więc ilekroć pytano mnie, skąd jestem, zawsze po prostu odpowiadałem, że z Ashford.

Kiedyś się przeprowadziłem. Studiowałem wtedy na północy, niewłaściwie parzyłem herbatę i przezywano mnie mięczakiem z południa. Miałem nie taki akcent. I chyba mieli rację. Robię chujową herbatę.

Zastanawiałem się, jak by to było nie wrócić. Manchester był tani i panowała tam akceptacja dla różnych stylów życia, więc pomyślałem, że poszukam jakiejkolwiek pracy w jakiejś gazecie i będę się piął po szczeblach kariery. Ale w Ashford był Sal, a ja nadal nie wiedziałem, w jakim punkcie życia jestem, choć minęły trzy lata. Deszcz też mnie dobijał.

O to właśnie chodzi z Ashford. Ludzie narzekają i niektórzy rzeczywiście wyjeżdżają i zaczynają od nowa, a ci, którzy zostają, czerpią otuchę ze znajomości nazw ulic i skrótów, i twarzy w barach.

Niektórym z nas nie jest pisany nowy początek.

Koniec lat osiemdziesiątych

Co dwa tygodnie, kiedy Arsenal grał u siebie, tata wiózł nas do Londynu pierwszym zardzewiałym samochodem, jaki wpadł mu w ręce. Sal i ja siadaliśmy z tyłu ze słuchawkami od walkmana w uszach i stale dostosowywaliśmy głośność muzyki tak, żeby nie była słyszalna spod komentarza sportowego. "Wiecie, że basy z tej waszej muzyki zawsze przyprawiają ojca o ból głowy" - mówiła mama, zanim tata wsiadł do samochodu. "Byle nie za głośno, a wszyscy będziemy mieli spokojną podróż". Basy i opuszczanie szyb zawsze go wkurzały. Te wibracje!

Babcia i dziadek mieszkali w mieszkaniu komunalnym w Stoke Newington. Był to klocek z lat sześćdziesiątych wciśnięty między inne klocki z lat sześćdziesiątych, z betonowymi ogrodami od frontu i kratami w oknach. Dziadka napadano nie wiadomo ile razy w drodze powrotnej z kasyna - nigdy nie wdał się w bójkę, a co najwyżej usiłował rozmawiać. Jakoś nie nauczył się nosić skromniejszego zegarka ani ograniczać biżuterii do minimum. "To ma sprawiać człowiekowi radość". - Śmiał się ochryple. "Chcą, to niech się tym cieszą".

Te soboty zawsze przebiegały tak samo. Przyjeżdżaliśmy późnym rankiem, witani zapachem babcinej pieczeni. Mama chwytała fartuch i zaczynała mieszać w garnku, a tata całował babcię i szedł do salonu z gazetą. Sal i ja siedzieliśmy przy kuchennym stole i przeglądaliśmy katalog wysyłkowy Argos, robiąc w myślach listę tego, co chcielibyśmy na następnych pięć urodzin. Sal marzył o zestawie Scalextric; wpatrywał się w zdjęcie chłopca bawiącego się zestawem deluxe, który kręcił ósemki na podłodze. Czasami zastanawiałem się, czy interesowały go samochody i tor, czy to twarz chłopca przyciągała jego wzrok. I jak by to było być dzieckiem, które czegoś chce i to dostaje.

Czasem, gdy nikt nie patrzył, rzucaliśmy okiem na strony ze stanikami.

W południe dziadek wracał do domu owiany dymem z cygar po partyjce kart w klubie. Zanim jeszcze zdjął kożuch i fedorę, schylał się energicznie i otaczał Sala i mnie potężnym uściskiem i zasypywał nasze spragnione policzki mokrymi pocałunkami. Jego szorstkie białe wąsy zawsze zostawiały nam na skórze czerwone ślady i tęskniłem za tymi obtarciami, kiedy już znikały.

"Krew McCoyów" - mawiał z triumfalną miną. W moim odczuciu był dumny ze swoich wnuków.

Popołudniami często zjawiali się Stella i Bill. Wujek był cichym mężczyzną z małymi półksiężycowatymi okularami na stałe przytwierdzonymi do czubka nosa. Mówił bardzo mało i miał dziwny zwyczaj wychodzenia tyłem z pokoju, kłaniając się lekko jak lokaj. Stanowili dziwną parę z czarującą ciocią Stel, która śmigała w płaszczu w panterkę, z rudymi włosami upiętymi wysoko na głowie. Zabrzmi to okropnie, ale kiedy kilka lat później Bill zmarł na raka, prawie nie zauważyliśmy, że zniknął.

Po obiedzie mężczyźni szli na stadion Highbury. Stali w kuchni i wkładali na siebie kolejne warstwy, a nad wszystkimi górował dziadek w ogromnym kożuchu i puchatej zimowej czapce, z cygarem w ustach, gotowy do wyjścia. Tata wkładał kaszkiet i skórzaną kurtkę, a jedyny ukłon w stronę Arsenalu stanowił szalik w biało-czerwone paski. Natomiast wujek Bill nigdy nie zawodził. Nosił koszulkę z długimi rękawami z zestawu z podwójnie zwycięskiego roku 1971, czerwoną dzianą czapkę, szalik w barwach bożonarodzeniowej laski cukrowej i czerwony watowany płaszcz z dumnie wyszytą na kieszeni tarczą klubu. Do kompletu miał nawet saszetkę w kształcie nerki. Gdy zdarzyło się, że tata zabrał mnie na mecz, stałem jak zahipnotyzowany za każdym razem, gdy Arsenal był faulowany przez drużynę przeciwną, a mój nieśmiały wujek przemieniał się w szaleńca, który wściekał się na sędziego i spędzał dziewięćdziesiąt minut z zaciśniętymi pięściami.

Kiedy mężczyźni byli na meczu, mama, babcia i Stella siedziały przy stole w kuchni, przygotowując podwieczorek. Popijały whisky z colą, a mama i Stella na zmianę opierały się o blat i wychylały się przez okno na papierosa. Ilekroć myślę o tych kobietach, zawsze widzę je w kuchni. Po tylu latach wciąż mogę zamknąć oczy, a one siedzą w niej, obierając kartofle, i śmieją się z nieprzyzwoitego dowcipu.

- Co tam słychać, Sal?! - zawołała kiedyś Stella z kuchni.

- W porządku, dzięki, ciociu Stel - odpowiedział z sofy, na której leżeliśmy, oglądając Indianę Jonesa. Jedną z naszych ulubionych rzeczy u babci i dziadka była ich antena satelitarna.

- Mówiłam ci, żadna "ciociu". Jestem na to za młoda. Mam na imię Stella, również dla was, chłopcy.

- Paul się nie zgodzi - powiedziała mama.

- Powiedz mojemu bratu, że mam to w...

- Stello - ucięła babcia.

Zwlokłem się z sofy poszedłem do kuchni po coś do picia.

- Dobra - rzuciła Stella, siedząc na blacie. Kiedy podrapała się po nodze, zauważyłem, że poleciało jej oczko w rajstopach od kostki aż po kolano. - Ja zwykle ustąpię starszemu bratu. Ale szczerze mówiąc, mamo, chyba powinnam, do cholery, mieć prawo wybrać sobie, jak mnie będzie ktoś nazywał?

Zgniotła niedopałek w popielniczce i zeskoczyła z blatu.

- A jak u ciebie, Nicko? Zrobiłeś już jakiejś dziecko?

- Stella! - Tym razem to była moja mama.

Uśmiechnąłem się i zalałem rumieńcem.

- Nie - wyszeptałem.

- Ta mina winowajcy mówi sama za siebie. Wspomnisz moje słowa, Lou; ten dzieciak będzie miał sekrety. Dziewczyny będą za nim ganiać. - Roześmiała się.

- Taa - zawołał mój brat z salonu - może i będą gonić, tyle że w przeciwnym kierunku!

- No dobrze już, dobrze - przerwała mama - lepiej na tym skończmy, nim zajdziemy za daleko.

- Mam niecałe dziesięć lat, ciociu Stel - powiedziałem. - Dziewczyny jeszcze nie wiedzą o moim istnieniu.

- Tylko czekaj. - Mrugnęła do mnie porozumiewawczo. - Za parę lat się zakochasz i będziesz miał piekło na ziemi. W najlepszych razach zawsze tak jest.

- Ale czy miłość nie powinna być czymś dobrym? - spytałem.

- Czasem, ale dopiero kiedy zajdzie ci za skórę, to wtedy wiesz, że jest prawdziwa. Kręci ci się w głowie i chociaż jesteś głodny, nie możesz nic przełknąć.

Mama parsknęła.

- Na ciebie Bill ewidentnie tak nie działa.

- A kto powiedział, że mówię o Billu? - Obie wybuchły śmiechem, po czym Stella się odwróciła. - Wiesz, że poznałam ze sobą twoich rodziców? Poszłyśmy z twoją mamą na dyskotekę w naszej dzielnicy. Wystroiłyśmy się w domu. Lou, pamiętasz tę srebrną sukienkę flamenco, na którą zaoszczędziłaś całą miesięczną wypłatę?

Mama się rozpromieniła.

- Uwielbiam tę sukienkę. Tamtego wieczora miałam fryzurę jak Farrah Fawcett. - Otoczyła ramieniem Sala, który zjawił się w drzwiach, i mocno go przytuliła.

- A na dyskotece nie było żadnych kolesi. No, przynajmniej żadnych wartych zachodu. Może kilku ciepłych, ale raczej nie byli nami zainteresowani.

- Ciepłych? - powtórzyłem.

- Ciepłych, no wiesz, gejów - wyjaśniła Stella. - Fajnie się z nimi tańczyło, znali wszystkie kroki, ale nie umieliby chyba złowić pstrąga w tej rzece.

Mama zakryła twarz dłońmi.

- Trzymaj się tematu, Stel.

- Wiedziałam, że wasza mama wpadnie waszemu tacie w oko, więc zmyłyśmy się wcześnie i weszłyśmy w drodze do domu do pubu Pod Czerwonym Lwem. Zagadałam do niego, wasza mama zatrzepotała do niego powiekami z błękitnym cieniem i od razu wiedziałam, że są sobie pisani. Nie obchodziło go nawet, że poprosiła go o cinzano i lemoniadę. Wasz tata wpadł jak śliwka w kompot. A barman wziął go za palanta.

Uwielbiałem te historie. Stella miała talent do sprawiania, że za każdym razem brzmiały tak jak za pierwszym, i chociaż już je znaliśmy, Sal i ja słuchaliśmy w cichej nadziei na nowe szczegóły. Coś, czym moglibyśmy zająć myśli podczas długiej podróży do domu.

- Opowiedz im o Paulu i szafie grającej - zaproponowała mama, opierając podbródek na dłoni. Widać było, że też lubi te opowieści.

Sal i ja nadstawiliśmy uszu.

- Masz na myśli sylwestra? - spytała Stella, zapalając kolejnego fajka. - O Boże wszechmogący, pamiętasz, jak...

Wtedy rozległ się dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Mężczyźni przyszli, kobiety wstały i tyle tego było.

Byłem niedawno w Stoke Newington, przeszedłem się po Arundel Grove. Klockowate domy wciąż się tłoczyły, z płaskich dachów sterczały im anteny telewizyjne, w oknach powiewały firanki, a przed wejściami stały kosze na śmieci. Coś jednak uległo zmianie. Usunięto kraty w drzwiach, a kiedy szedłem na przystanek autobusowy, minąłem kawiarnię z modnie rozstawionym ogródkiem. Siedział w nim jakiś koleś z malutką kawką i drogim laptopem, w który bębnił zawzięcie bez obawy, że ten sprzęt za bardzo spodoba się jakiemuś złodziejowi. Babci i dziadka dawno już nie ma. Ale wspomnienia nigdy nie przestają działać.

Lipiec 2003

- Mój Boże, co to takiego!

Byłem już w połowie drogi z kluczem na podorędziu, w nadziei, że tata nadal jest w pracy albo wpadł do pubu. Kiedy Anna jako cel podróży zaproponowała mój dom, założyłem, że żartuje, ale spojrzała na mnie tak, że nerwowy śmiech mi przeszedł. Teraz stanęła przy bramie, pewnie zrozumiawszy, że popełniła błąd.

- Możesz zawrócić, jeśli chcesz - powiedziałem, wpatrując się w klucz w mojej dłoni.

- Hmm?

- Musisz gdzieś iść? Jeśli tak, to spoko.

Spojrzała na mnie, marszcząc twarz, i wyczułem irytację, w którą wpadała, ilekroć nie rozumiała, co mam na myśli.

- O co ci chodzi? - spytała. - Dokąd miałabym iść?

- Po prostu pomyślałem...

- Chodziło mi o nie. - Wskazała na trzy słoneczniki na skraju podjazdu. Miały z półtora metra i kołysały się delikatnie na wietrze, jakby świadome, że są podziwiane.

Kiwnąłem głową, jak gdybym od początku rozumiał.

- Tak, teraz są na wyposażeniu. - Czekała. - Ciocia Stella zasadziła je pierwszego lata po odejściu mamy. - Przy ostatnim słowie załamał mi się głos. Szybko mówiłem dalej: - Stwierdziła, że potrzebujemy czegoś, co będzie nas witać, kiedy będziemy wracać ze szkoły, czegoś jasnego. Kwiatów albo frontowych drzwi pomalowanych na jasnożółto. Nie sądzę, żeby nasz tata był z tego zadowolony.

- Są piękne - powiedziała Anna, spoglądając to na nie, to na mnie. - I co, czy to działa? Pomagają? Uśmiechasz się na ich widok?

Spojrzałem na nie od tyłu. W tym roku były dorodne, prawie się stykały. Zauważyłem je po raz pierwszy tego lata.

- Chyba tak. Stella co roku je przesadza. Kultywuje taką tradycję. - Podszedłem do Anny i dotknąłem ciemnego wnętrza jednego z nich. - Widzisz środek? Kiedy rośliny więdną pod koniec sezonu, wysychają i zamieniają się w nasiona. Stella zachowuje kilka, żeby wiosną je wysiać.

- Więc wszystkie te kwiaty pochodzą od pierwszego, który kiedyś zasadziła.

Zastanowiłem się nad tym.

- Musi tu być dobre światło.

- Nigdy nie miałam przekonania do słoneczników - powiedziała Anna, wyciągając rękę, by pogłaskać je po płatkach. - Widywałam je tylko w wazonie albo w supermarkecie, zawinięte w folię. Było w nich coś nienaturalnego. Ale tutaj wyglądają inaczej. Dobrze.

- Z jakichś powodów udają się tylko trzy.

- Tylko trzy?

- Sadzi cztery, ale jeden zawsze wypada. Kiedyś zakładaliśmy się, który to będzie. - Wyczułem, że Anna na mnie patrzy.

- Podoba mi się brzmienie określenia "ciocia Stella" - stwierdziła i delikatnie popchnęła mnie w stronę domu.

- A ty? - spytałem. - Z iloma byłaś w łóżku?

To było po naszej pierwszej nocy. Obudziłem się przed południem, gdy świat zewnętrzny siadał za biurkami, przelazłem nad nią pogrążoną we śnie, zszedłem po schodach i zrobiłem kanapkę z bekonem. Kiedy wróciłem z talerzem i kubkiem herbaty, otworzyłem drzwi i zobaczyłem na łóżku ją, jej czarne włosy rozsypane na poduszce i gołą nogę owiniętą wokół kołdry. Nie spała, wodziła oczyma po pokoju. Po wszystkich tych latach wciąż wyraźnie pamiętam ten pokój, a to dzięki jej obrazowi w mojej głowie.

Anna nie odpowiedziała od razu, tylko wręczyła mi pusty talerz i pociągnęła łyk mętnej herbaty. Usiadłem na skraju łóżka i patrzyłem, jak wspiera się na łokciu, wciąż owinięta w pościel.

- Wiesz, że w moim łóżku to tak naprawdę z żadnym - wyjaśniła. - Znasz moją sytuację.

Przytaknąłem. Udawałem, że znam ją doskonale.

- I nie chcę rozmawiać o złamanym sercu. - Chwyciła za brzeg mojej koszulki z Tupakiem, którą z rozpędu ściągnęła, zanim wreszcie położyliśmy się spać, a ja śledziłem zarys jej cienia na ścianie pokoju. - Możemy skupić się na teraźniejszości?

- Chciałbym cię o coś zapytać.

Uniosła brew.

- A co by było, gdyby przyłapano cię u mnie w łóżku?

Wbiła wzrok w swoje dłonie.

- Nie ma takiej opcji.

- Mimo że do niczego nie doszło?

Usiadła prosto.

- Dla ciebie do niczego nie doszło. W moim świecie to - kiwnęła w kierunku skotłowanej pościeli - to gównoburza.

Szkoda, że dwudziestodwuletni ja nie rozumiał, co to właściwie znaczy. Że ryzyko, które podejmowała, samo w sobie było deklaracją uczucia. Gdybym mógł cofnąć się w czasie i kazać mu się w to wsłuchać, może nie straciłbym żadnego z tych lat. Mówią, że czyny są ważniejsze niż słowa, ale mówią też, że szkoda młodości dla młodych. Wszystkie te głupie sentencje biorą się z żalu.

Lato 2003

Byliśmy bardzo różni od siebie. Naprawdę nie wiem, co nas połączyło. Nie znosiła mojej muzyki, a ja nie przepadałem za undergroundową sceną gitarową, którą ona lubiła. Niedomyci muzycy w zniszczonych converse'ach, ze sznurowadłami zawiązanymi wokół nadgarstków. Mieliśmy też wyraźnie odmienny gust filmowy, a praca w kinie mocno to uwidaczniała.

Tamtego lata zatrudnili mnie na część etatu przy projektorze: nawijałem szpule i odpalałem filmy. Niewiele osób chciało tam pracować - było głośno i ciemno, a większość personelu kina stanowili nastolatkowie, którzy postrzegali swoją robotę w kategoriach kontaktów społecznych. Nie można się było powygłupiać jak za ladą albo przy sprzątaniu sali. Projektor wymagał precyzji, wprawy i dbałości o szczegóły.

- Pracowałam tam trochę - powiedziała Anna, kiedy zdradziłem jej, że rozważam to stanowisko. - Skleiłam kawałki Bądźmy poważni na serio nie po kolei i puszczałam to w ten sposób prawie przez tydzień, zanim ktokolwiek zauważył.

"To powinno być inaczej" - powiedział ktoś po seansie. "Albo zbrukali Wilde'a, albo wyście nawalili". Roześmiała się.

- Wywalili mnie potem. Miałam to gdzieś. Przez te ośmiogodzinne zmiany w totalnych ciemnościach czułam się jak wampir.

Ja kochałem ciemność. Małe przebłyski światła padały z okienek na ekrany, a ja obserwowałem tyły głów ludzi, gdy chrupali popcorn i gadali ze sobą. Nie mieli świadomości mojego istnienia, ale ich dobra zabawa w dużej mierze zależała ode mnie. Niewidzialność ma swoją moc.

Zanim film mógł zostać wyświetlony publiczności, trzeba go było w całości obejrzeć; odznaczyć w odpowiednim miejscu na formularzu, gdy pojawiające się przepalenie wskazywało na kolejność zmiany szpuli. Te pokazy odbywały się późno w nocy po tym, jak skończyły się seanse innych filmów, a ponieważ nastolatki to dość nocne stworzenia, kino wypełniali pracownicy po godzinach.

Anna też często wpadała. Jeśli był to głośny film, ludzi było mnóstwo, ale produkcje bardziej artystyczne nie przyciągały tłumów. Wtedy często bywaliśmy sami.

Był jeden taki film, Daleko od nieba, którego akcja rozgrywa się na amerykańskich przedmieściach w latach pięćdziesiątych i opowiada o gospodyni domowej i jej mężu geju, żyjącym w ukryciu. Tłumione emocje, zakazana miłość. To było zbyt melodramatyczne jak na mój gust, a kiedy zapaliły się światła, prychnąłem i powiedziałem:

- Cóż, nigdy nie odzyskam tych dwóch godzin.

Anna odwróciła się do mnie ze zbolałym wyrazem twarzy.

- O czym ty mówisz? - spytała. - To było cudowne.

Jak wspominałem, różniliśmy się od siebie. Często sprzeczaliśmy się jak stare małżeństwo. Ona lubiła prowokować, więc spieraliśmy się, droczyliśmy, aż palce jednego wpijały się w skórę drugiego, a nasze usta się spotykały. Podobało mi się, że nie mamy wielu wspólnych zainteresowań. Łączył nas raczej instynkt, przyciąganie, którego nie dałoby się opisać na papierze lub dopasować algorytmem. To była atmosfera, odczucie, świadomość. Przypadek jeden na milion.

Któregoś tygodnia w ramach cyklu "Klasyka w środę" miał się odbyć wieczorny pokaz specjalny filmu Cinema Paradiso. Anna była podekscytowana. Zamieniła się z kimś z pracy, żeby móc obejrzeć go ze mną we wtorek, i - zgodnie z oczekiwaniami - nie było nikogo oprócz nas.

Film opowiada o pracującym we włoskim kinie starym operatorze, któremu pomaga mały chłopiec ze wsi. Katolicki ksiądz nalega, aby wszystkie sceny przedstawiające nagość, a nawet pocałunki, zostały wycięte ze szpul, zanim będą wyświetlone publicznie. Filmy często tracą wtedy sens. Na koniec, po śmierci starszego pana, mały chłopiec - teraz mężczyzna - wraca do swojej wsi i dostaje rolkę pozostawioną mu przez operatora. Obserwuje to i płacze. To wszystkie cenzurowane sceny miłosne połączone razem. Pamiątka z innego życia.

Przy tej scenie Anna sięgnęła przez siedzenie między nami i wzięła mnie za rękę. Spojrzałem na nią i w migotliwym świetle zobaczyłem jej mokre policzki.

To był piękny film. Chłopiec miał na imię Salvatore. Byłem zachwycony.

Dzień po tym, jak wyświetliliśmy Cinema Paradiso dla publiczności, zdjąłem szpule i zapakowałem je do metalowych puszek. Zanim to zrobiłem, umieściłem scenę miłosną w sklejarce i wyciąłem kilka klatek. Chciałem wziąć po jednej z każdego pocałunku, ale wiedziałem, że może to zwrócić na siebie uwagę, więc zadowoliłem się dwoma. Wyciąłem je ostrożnie, ponownie skleiłem taśmą film i wsunąłem skradzione pocałunki do kieszeni.

Po mojej zmianie odwiozła mnie do domu i spędziliśmy chwilę skuleni na tylnym siedzeniu. Kiedy wychodziłem z samochodu, sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem klatki. Poprosiłem ją, żeby wyciągnęła rękę, a wręczając jej te kadry, zrobiłem w pamięci zdjęcie jej twarzy i szybko poszedłem do domu, mijając słoneczniki.

Kilka tygodni później zabrałem ją na spotkanie z chłopakami. To było typowe niedzielne popołudnie w zwykłym pubie z normalnym obłożeniem, ale upał wypchnął wszystkich do ogródka piwnego.

Jakaś część mnie obawiała się tej chwili. Myślałem, jak to wszystko będzie, jak potoczy się rozmowa, jak przyjmą ją chłopaki, jak wymienią między sobą spojrzenia, jak ona na nich popatrzy, a co za tym idzie, jak spojrzy na mnie. Może do tego nie dojdzie - mówiłem sobie. Może uda mi się jakoś przetrwać życie do końca bez tej sytuacji.

Ale pewnego wieczoru, kiedy podrzucała mnie do domu po wspólnej zmianie, a ja wysiadałem z jej samochodu po dwudziestu minutach całowania się, podniosła wzrok znad siedzenia kierowcy i oznajmiła:

- Chcę poznać twoich przyjaciół. Załatw to.

Po czym odjechała.

A więc dwa dni później załatwiłem.

Weszliśmy do pubu w normalny dla nas sposób. Najpierw ona, a dziesięć sekund później ja. "Ktoś może akurat przechodzić" - powtarzała. "Daj mi czas na rozejrzenie się dookoła, na wszelki wypadek". Wtedy kiwała do mnie głową przez okno, a ja wiedziałem, że mogę bezpiecznie wejść i stanąć obok niej.

Wzięliśmy zamówione drinki i wyszła za mną przez podwójne drzwi do ogródka piwnego. Wszyscy byli już na miejscu, śmiali się i palili, a ich twarze były zaróżowione od fali upałów. Kiedy weszliśmy, kilku chłopaków wzniosło kufle na powitanie.

- Cześć wszystkim, to jest Anna - powiedziałem, siadając na końcu długiej ławy. - Anno, to są wszyscy.

Uśmiechnęła się nieśmiało i usiadła obok mnie ze złączonymi nogami.

- A więc to jest słynna Anna - powiedział ktoś zza naszych pleców, po czym dołączył do nas. - To dla mnie zaszczyt. Jestem Daz.

Anna skwitowała to uniesieniem brwi.

- O, tyle o tobie słyszałam. Miło mi. - Zauważyła tatuaż na jego dłoni: IBIZA, po jednej literze na każdym knykciu. - To musiała być niezła wycieczka.

- Liczę, że będzie - odparł. - Jadę dopiero w listopadzie.

Otworzyła szeroko oczy.

- To znaczy, że jeszcze tam nie byłeś, a już masz tatuaż? A co, jeśli będzie do dupy?

Wzruszył ramionami.

- Nie dopuścimy do tego, co, koledzy? - Uniósł piwo i rozległy się odgłosy poparcia.

Oświeciłem ją.

- Daz nawalił się w sylwestra i w chwili pijackiej rozkminy postanowił wytatuować sobie zaplanowaną wycieczkę na dłoni, żeby wejść w nowe tysiąclecie z właściwym usposobieniem. No wiesz, carpe diem.

- Klasyk - stwierdziła Anna, trącając się z nim kuflem.

- Tyle tylko, że tydzień przed wyjazdem Daz złamał nogę i wszyscy pojechali bez niego. - Mrugnąłem do Daza. - Wszyscy jadą znowu w tym roku, więc może tatuaż się sprawdzi.

Anna roześmiała się, po czym spojrzała na niego zakłopotana.

- Przepraszam, to nie miało być śmieszne?

- Jest spoko - powiedziałem, zapalając papierosa. - Wszyscy robimy sobie z tego jaja, ale nie martw się, Daz. Wierzę, że będziesz miał niezłą jazdę.

- A ty nie jedziesz? - spytała Anna.

Daz odstawił piwo i złapał mnie za ramiona. Przysiągłbym, że chce mi nabić siniaki.

- Biedny Nickuś boi się latać, prawda, chłopaku? Prędzej zeszcza się w gacie, niż wsiądzie do samolotu.

Wtedy zrobiła coś, czego nigdy nie zapomniałem. Wyciągnęła rękę nad stołem i złapała mnie za dłoń. Całowaliśmy się już w zaciszu jej samochodu, na ustronnych parkingach albo w cienistych zaułkach. Ale wtedy po raz pierwszy dotknęła mnie publicznie i takie właśnie to było. Publiczne. Żeby wszyscy zobaczyli.

- Ostrożnie, Nicolai - powiedział Daz, machając do nas papierosem. - Równia pochyła.

- Rozumiem, że nie masz dziewczyny?

W sposobie, w jaki wymówiła słowo "dziewczyna", było coś, co sprawiło, że mocniej ścisnąłem jej dłoń.

- Ja? - prychnął Daz. - Mężczyźni są jak pszczoły. Czemu poprzestać na jednym kwiatku, skoro jest cały ogród? Chodzi o to, żeby było miodzio. A jeden kwiatek to za mało.

- Lepszą analogią byłyby komary - zauważyła Anna.

- Eee? - zdziwił się Diaz.

Anna klasnęła dłońmi w powietrzu i starła z nich o stół zabitego owada.

- Przepraszam - rzuciła. - Mów dalej.

Popiół spadł Dazowi z peta do kufla, ale on był zbyt wpatrzony w Annę, żeby to zauważyć. Rozdziawił usta jak głupi pies, a ona patrzyła na niego ze słodkim uśmiechem.

- Nie zazdroszczę, stary - powiedział Daz, klepiąc mnie po plecach, i poszedł w stronę automatu do gry.

Widać było, że chłopaki nie złapały z nią kontaktu. Mogłaby dorównać im w przeklinaniu, ale w pewnego rodzaju towarzystwie okazywała nieśmiałość, którą można było wziąć za snobizm.

W niektóre dni podtrzymywała rozmowę, kierowała tematem i rozmawiała z łatwością towarzyskiej ekspertki. W inne siedziała w milczeniu, słuchając i tylko się uśmiechając. Nie sądzę, żeby była świadoma dwóch sprzecznych oblicz, które okazywała światu, a może o nich wiedziała i nic jej to nie obchodziło. W każdym razie, kto miałby przesądzić, czy postrzeganie jej przeze mnie było trafniejsze niż jej przez samą siebie.

Gdy jednak obserwujesz kogoś w towarzystwie innych, widzisz go w zupełnie nowy sposób. Jednej nocy mogłaby tańczyć na stole, a następnej ukryłaby się w cieniu. Kiedy stwierdzę, że ją rozumiem, może rozpłynąć się i stać zupełnie nową osobą, a ja będę musiał zacząć wszystko od nowa.

Tak właśnie było z Anną.

Lato 2003

- Niezły jest ten twój Daz.

Leżeliśmy na moim łóżku. Wróciliśmy z pubu i oglądaliśmy stary odcinek Tylko głupców i koni. Położyła mi głowę na kolanach, a ja oparłem się o ścianę i zachowywałem się, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

- Nie miał nic złego na myśli.

- Nie miał, i na tym polega dowcip - odparła. - Żaden z was nie zamierza być dupkiem. Wychodzi samoczynnie.

- Nie bądź taka.

- A jeśli będę? - Głaskała mnie po włosach na nodze.

- Wiem, że nie wygląda, ale to dobry facet. Tyle że w towarzystwie dziewczyn włącza mu się tryb palanta.

Zaśmiała się.

- Może to dlatego, że bierze do ust tylko smażeninę i piwo. Chyba nigdy w życiu nie zjadł warzywa.

Zastanowiłem się nad tym.

- Wiesz, myślę, że możesz mieć rację, chyba że makaron liczy się jako jarzyna. Widzisz, potrzeba mu kobiety.

- Hm?

- Żeby się o niego troszczyła i o niego zadbała.

Usiadła prosto.

- Bo po to są kobiety? Żeby troszczyć się o kogoś, kto nie umie sam się o siebie zatroszczyć?

- Nie to chciałem powiedzieć. - Czułem, że sprawy idą w złym kierunku, i wiedziałem, że ja nie chcę w nim podążać. - Po prostu trzeba mu miłości dobrej kobiety. - Teraz zabrzmiałem jak Motown.

- Czyli twoim zdaniem potrzebuje matki. - Zarzuciła włosami.

- Nie, też nie o to chodzi.

- "Mężczyzna, lat dwadzieścia dwa" - zaczęła, naśladując głos z reklamy. - "Lubi gówniane jedzenie, gówniane picie i gówniane teksty, szuka kobiety, która zaspokoi wszystkie jego potrzeby, od domowych obiadków po codzienny obciąg". Zgłaszam się, kochanie.

Nie skomentowałem.

- Może kobiety nie chcą spędzać całego życia na opiece nad mężczyznami - ciągnęła. - Może chciałyby poznać kogoś, kto umie się wziąć do kupy. Czy proszą o zbyt wiele? Kogoś, kto nie chodzi z tabliczką z napisem: "Napraw mnie. Jestem pizdą. A jestem pizdą dlatego, że nie mam kobiety. Nie ma to nic wspólnego z faktem, że nie mam kobiety, ponieważ jestem pizdą".

- To sporo jak na tabliczkę. Może lepiej zadziała, jeśli skompresujesz przekaz.

Odwróciła się, żeby na mnie spojrzeć, a ja zastanawiałem się, czy widzi, jak pod skórą szybko wali mi serce.

- Nabijasz się ze mnie.

- Nie, ani trochę. Po prostu próbuję rozbroić tę absurdalną sytuację.

Wstała.

- Nabijając się ze mnie.

Uniosłem ręce w geście kapitulacji.

- Słuchaj, naprawdę uważam, że ta rozmowa idzie w zwariowanym kierunku. Przywróćmy ją na sensowne tory.

Porwała torebkę z miejsca, w które ją rzuciła, kiedy weszliśmy pół godziny wcześniej, dotykaliśmy się i całowaliśmy.

- Wszyscy jesteście tacy sami. Po prostu szukasz kolejnej matki. Jedna nie wystarczy? - Twarz jej płonęła, gdy kończyła.

Przez chwilę pozwoliłem słowom unosić się w powietrzu.

- Owszem, wystarczy.

Grzebała w torbie w poszukiwaniu kluczyków.

- Nie czuję się dobrze. Niepotrzebnie przychodziłam.

- Odprowadzę cię.

- Obejdzie się. - Nie mogła się doczekać, aż wyjdzie za drzwi.

Po mniej więcej minucie usłyszałem trzaśnięcie drzwiczek od jej samochodu. Nastąpiła chwila ciszy, po czym Anna włączyła silnik i zniknęła.

Dwa dni później pracowaliśmy razem na zmianie. Od tamtego spotkania nie rozmawialiśmy ze sobą, więc wszedłem do budynku ze słuchawkami na uszach i oczami wbitymi w ziemię. Z grafiku wiedziałem, że cały tydzień pracuje na kasie, a gdy przechodziłem przez foyer, wyczułem, że śledzi mnie wzrokiem.

Kiedy wyszedłem z szatni, chwyciła mnie i wciągnęła do sąsiedniego schowka. Zamknęła drzwi i pchnęła mnie na ścianę, przyciskając swoje ciało do mojego.

- Przepraszam - powiedziała, całując mnie w usta. - Przepraszam, że powiedziałam to, co powiedziałam. Wiesz.

Wiedziałem.

- Cały czas jesteś taki spokojny - stwierdziła. - Nawet kiedy zachowuję się wobec ciebie jak suka, jesteś tak cholernie spokojny i bierny, że nie mogę tego znieść. Sprawiasz, że krew mi się gotuje.

Poczułem jej ciepło przy sobie i coś we mnie pękło. Pchnąłem ją na worki z kukurydzą, a jej ciało ugięło się pod moim ciężarem. To było miłe. Gryzła mnie w język, gdy wpychałem jej go do ust, aż poczułem smak krwi, i ściągnąłem jej top, żeby dostać się do jej skóry.

- Czekaj - szepnęła mi do ucha, a moje ręce znieruchomiały. Osunąłem się na nią, gdy złapałem oddech i pozwoliłem, by szaleństwo w moim ciele się uspokoiło.

Kiedy wstałem i wyciągnąłem rękę, złapała ją mocno. Staliśmy tam przez kilka chwil, odsunięci od siebie, patrząc na siebie nawzajem, jak próbujemy złapać oddech. Następnie poprawiliśmy ubrania, ona przygładziła włosy i dotknęła się po policzkach wierzchem dłoni.

- Zobacz, co się przy tobie ze mną dzieje - powiedziała na wpół do siebie. - Staję się obca, kiedy jestem z tobą.

Będziesz moim końcem, odpowiedziałem w myślach.

Koniec lat osiemdziesiątych

Tylko dwa razy słyszałem, jak mama i tata się kłócą.

Pierwszy raz, kiedy tata zapuścił brodę. Przez całe moje życie był gładko ogolony. Nakładał przed lustrem krem drewnianym pędzlem z włosiem, które pojaśniało na końcach. Czasami przysiadałem na rogu wanny i patrzyłem, jak przyprawia sobie brodę godną Świętego Mikołaja, po czym z ekspercką precyzją przejeżdża maszynką po twarzy. Prowadził mnie przez kolejne kroki, od czasu do czasu zadając jakieś pytanie, żeby sprawdzić, czy słucham.

Aż pewnego dnia zauważyłem, że skóra zaczyna znikać mu z twarzy. Poszedłem do łazienki i zobaczyłem cienką warstwę kurzu pokrywającą pędzel. Nabrałem zwyczaju każdego ranka zerkać na niego i sprawdzać, czy był używany. Za każdym razem leżał dokładnie tam, gdzie przedtem, i wyobrażałem sobie, jak wyglądała twarz ojca tamtego dnia i ile czasu potrwa, aż urośnie mu broda do ramion. W porze kolacji obserwowałem go między kęsami. To zabawne, jak twarz kogoś, kogo znasz, może zmienić się w czyjąś zupełnie inną, jeśli patrzysz wystarczająco długo.

Mama zaczęła robić małe komentarze w swoim beztroskim stylu: "Coś nie tak z twoją golarką?". Albo: "Może zacznę przynosić herbatę wcześniej rano, abyś miał czas na golenie". Tata tylko coś chrząkał.

Po kilku tygodniach zmieniła taktykę. Zamiast odwiesić płaszcz rzucony przez ojca na krzesło przy drzwiach, zostawiała go tam, gdzie leżał. Przy butach kładła puszkę z pastą, aby sam je wyczyścił. Jedzenie ciskała mu na talerz energicznym ruchem łyżki. Musiał sam przynosić sobie piwo.

W końcu pewnego dnia straciła cierpliwość. Sal i ja wysiedliśmy ze szkolnego autobusu i weszliśmy do domu, w którym rodzice krzyczeli na siebie, a matka rzucała talerzami o ścianę. Staliśmy na dywaniku i patrzyliśmy po sobie.

Na nasz widok mama zakryła twarz rękami i pobiegła na górę. Tata przewrócił oczami, po czym zniknął w salonie z gazetą. Rzuciłem torbę na ziemię i powoli wszedłem po schodach, zostawiając Sala, wgapionego w kawałki najlepszej porcelany porozrzucane po całej podłodze.

Przyłożyłem ucho do drzwi jej pokoju i usłyszałem płacz. Nie był to krótki, urywany szloch, jak ten, który wydawaliśmy z siebie z Salem, kiedy spadliśmy z roweru, ale długi, gardłowy jęk.

Wiedziałem, że jeśli odejdę, deski podłogowe zaskrzypią, a ona pomyśli, że podsłuchiwałem i uciekłem, pchnąłem więc drzwi i wszedłem do środka.

Siedziała na krawędzi łóżka, plecami do drzwi, twarzą do okna. Widziałem odbicie jej twarzy w lustrze toaletki, a kiedy spojrzała w górę i mnie zobaczyła, przycisnęła dłoń do ust, jakby chciała zagłuszyć dźwięk w swoim wnętrzu. Obszedłem łóżko, żeby być blisko niej. Wokół oczu miała zaczerwienioną skórę, która wyglądała, jakby ją bolała. Nie patrzyła na mnie. Widziałem, że stara się powstrzymać od płaczu, a myśl, że usiłuje być kimś, kim nie jest, sprawiła, że zaczęło mnie boleć gardło. Wyciągnąłem ręce, żeby jej dotknąć, pochyliłem się i przyłożyłem usta do czubka jej głowy.

W tym momencie złapała mnie za ramię i przyciągnęła do siebie, tuląc twarz do mojej klatki piersiowej i łkając bezgłośnie w tanią poliestrową marynarkę, którą kupiła mi na targu kilka miesięcy wcześniej. Była o jeden rozmiar za duża, ale mama powiedziała, że wkrótce zacznę wyrastać na mężczyznę.

Na dole Sal zebrał wszystkie potłuczone kawałki i zamknął je w małym kartonowym pudełeczku. Wyjął czarny marker z pojemnika na długopisy i napisał na wierzchu TRZYMAJ SIĘ, po czym zostawił je na dywaniku przy drzwiach, żeby mama mogła zdecydować, co z tym zrobić.

Po raz drugi widziałem ich kłótnię, gdy tata zaprosił Nigela na oglądanie meczu.

Nigel czasami jeździł z nami do Londynu. Siadał przy stole babci, jadł jej pieczone ziemniaki, mówił jej po imieniu i zachowywał się jak członek rodziny. "To fantastyczne, Rose" - kwitował, kiedy podawała mu deser. "Masz może do tego trochę śmietany?"

Głowę miał gładką jak jajko i sprawiał wrażenie, że próbuje sobie to zrekompensować, zapuszczając jak najdłuższe wąsy i podkręcając je do góry. Najśmieszniej było z zupą pomidorową. Kiedy podnosił do ust miskę, żeby dopić resztkę, końce jego wąsika opadały i wchłaniały zupę. Sal i ja kopaliśmy się pod stołem i zaśmiewaliśmy w rękaw.

Nigel był interesowny. Interesował się tatą tylko wtedy, gdy odbywał się mecz i mógł liczyć na darmowy bilet lub oglądać mecze wyjazdowe z naszej sofy. Niewiele osób miało wtedy kanały sportowe.

Tata nie znał się na ludziach. Był podejrzliwy w stosunku do prawie wszystkich, ale jeśli ktoś prawił mu komplementy, był do rany przyłóż. A Nigel był bardzo biegły w sztuce pochlebstwa. Zachowywał się jak głupek, gdy chodziło o wiadomości o transferach i kontraktach, dając tacie przyjemność bycia tym, który go oświeci.

Czasami wciągał mnie w te swoje sztuczki, szczypał mnie w policzek i mówił: "Szczęściarz z ciebie, Nick. Który syn nie chciałby mieć taty, który żyje i oddycha futbolem, jak Paul Mendoza? Gdyby go rozciąć, zamiast krwi leciałby z niego Arsenal". A tata tylko się uśmiechał, całkowicie oczarowany.

Mama go przejrzała.

- Nie lubię tego człowieka - powiedziała kiedyś do taty. - Nie lubię, jaki się przy nim stajesz.

- Nie musisz go lubić - odparł. - Dwie herbaty z łyżeczką cukru.

I na tym się skończyło.

Ale któregoś dnia Nigel zapukał do drzwi, a mama nie wiedziała, że ma się go spodziewać. Bez słowa zaprowadziła go do salonu i wróciła, trzaskając drzwiami.

Ojciec wparował do kuchni jak burza. Sal i ja staliśmy na półpiętrze oparci o poręcz i wyciągaliśmy szyje, żeby nie uronić ani słowa.

- Ja nie istnieję - mówiła mama, z impetem odstawiając umyte garnki na metalowy ociekacz. - Kobietka, której zadaniem jest służba.

- Uspokój się - powiedział ojciec. - Robisz z siebie pośmiewisko.

- Nie mam nic do powiedzenia na temat tego, z kim mam spędzać wieczór? Tak trudno zapytać mnie o zdanie?

- Następnym razem, jak Nigel będzie miał wpaść, dam ci znać, żebyś mogła się ogarnąć i nie stracić głowy.

- Następnym razem? Może nie będzie następnego razu. Może któregoś dnia wrócisz do domu, a mnie już nie będzie. Poszukam sobie lepszego życia. - Przy ostatnich słowach zadrżał jej głos.

- Czyli kawalerki w centrum? Śmiało. Na pewno dam sobie radę.

Wtedy to on trzasnął drzwiami. Patrzyliśmy, jak idzie przez korytarz z sześciopakiem piwa pod pachą.

Sal nie rozumiał, czemu matka nie podjęła rękawicy.

- Dlaczego nie powiedziała mu, żeby się pierdolił? - spytał. Już w wieku dziewięciu lat miał doskonałe rozeznanie w bluzgach.

Wzruszyłem ramionami.

- Może nie umie. A może go kocha.

- Kocha? Przecież to dupek. Jeśli tak ma wyglądać miłość, to dziękuję bardzo.

- Sądzisz, że tak jest w każdej rodzinie? - spytałem.

- Nie wiem, ale jeśli tak, to pieprzyć ślub i posiadanie dzieci.

Pokiwałem głową.

Tata czasami wstawał od stołu bez słowa. Wycierał usta serwetką, odsuwał krzesło i wychodził, podczas gdy reszta z nas jeszcze jadła. Tak bywało zwykle wtedy, gdy Arsenal przegrywał.

Mama siedziała i nic nie mówiła. Ja udawałem, że nic nie zauważyłem. Ale Sal odchylał się na krześle i ryczał na całe gardło: "Nie ma za co!". Tata nigdy nie zawracał z korytarza. Prawie, jakby nie chciał przyznać przed samym sobą, że Sal istnieje.

- Dlaczego mu na to pozwalasz? - pytał Sal mamę, a ona tylko wzruszała ramionami i zgarniała resztki z talerzy do kosza.

Kiedyś, gdy była w supermarkecie, Sal i ja odrabialiśmy pracę domową przy stole kuchennym i wszedł tata.

- Dzień dobry, chłopcy.

Arsenal właśnie wygrał.

- Potrzebujesz czegoś? - spytałem.

- Matka jeszcze nie wróciła?

- Jeszcze nie - odparł Sal. - Pomóc ci znaleźć czajnik?

Tata zauważył w zlewie stos naczyń po zupie, która była na lunch.

- Mama powiedziała, że pozmywa, jak wróci - powiedziałem szybko.

Tata zaczął podwijać rękawy, jakby zamierzał wejść na ring.

- Nie trzeba - odrzekł.

Sal i ja popatrzyliśmy po sobie.

- Wiecie, chłopcy, kiedy służyłem w wojsku, musieliśmy polerować buty tak, żeby kapitan mógł się w nich przejrzeć. Moje wciąż ktoś mi podwędzał, bo były w lepszym stanie niż wszystkich innych.

Sal zatkał palce uszami.

- A wiecie, w czym jeszcze byłem ekspertem? - spytał, pokazując palcem na zawartość zlewu. - Potrafiłem zmyć naczynia po śniadaniu za cały pluton w dokładnie sześć minut. Proszę. - Odkręcił kran i podał mi swój zegarek. - Kiedy powiem START, włącz odliczanie.

Nastawił właściwą temperaturę i zakręcił kran.

- START!

Nigdy w życiu nie widzieliśmy, żeby nasz ojciec zmywał. W tym kącie kuchni zawsze widzieliśmy plecy mamy, jej ręce w żółtych rękawicach, pachniała mydlinami. A jednak zjawił się tu Paul Mendoza, nasz tata, który nie wiedział, gdzie trzyma się sztućce: zupełnie nowy człowiek.

- STOP! - Odstawił ostatnią porcję naczyń.

- Minuta i czterdzieści trzy sekundy!

Ukłonił się.

- A to była tylko garść talerzy i garnek po zupie. Wyobraźcie sobie, że robię to dla całej eskadry.

- Fantastycznie - powiedział Sal, zsuwając się ze stołka i wychodząc z pokoju. - Teraz nie masz wymówki, żeby nie robić tego codziennie.

W drzwiach zazgrzytał klucz mamy, a chwilę później ona pojawiła się w środku obładowana torbami.

- W porządku, kochanie? - powiedział tato, cofając się, by ją przepuścić. - Trochę cię nie było.

- Straszny tłum - odparła mama, odkładając każdą torebkę na blat. - Musiałam stać w kolejce do kasy przez ponad pół godziny. - Oparła się o zakupy i zamknęła oczy.

- Zabiłbym za filiżankę herbaty - powiedział tato.

- Co? - Otworzyła oczy. - Och, tak. Jasne.

- Bez pośpiechu - powiedział, wyjmując gazetę z jednej z toreb i ruszając w stronę drzwi. - Mogę poczekać, aż wszystko pochowasz.

Oddalając się korytarzem, gwizdał sobie jakąś melodię.

Nigdy nie zrozumieliśmy, dlaczego się nie postawiła. I dlaczego trzeba było Nigela i brody, żeby ją złamać.

2003

Siedzieliśmy w cienistym zakątku Memorial Gardens, całując się i gadając o bzdurach. Słońce paliło, a ona kochała upał, choć uważała, że bezpieczniej jest w cieniu. Mniejsze ryzyko, że zostaniemy zauważeni. Był późny poranek i zrobiło się już tłoczno. Mieszanka band nastolatków, staruszków na ławkach, splecionych kochanków.

W naszym zakątku nie było nikogo oprócz nas. Otaczała nas bujna, tropikalna roślinność, a kiedy położyliśmy się i patrzyliśmy na błękitne niebo przez palce, ciepło ziemi grzało nas w plecy i czuliśmy się jak na jakiejś odległej wyspie. Monotonny dźwięk ruchu na obwodnicy był naprawdę jak kojąca cisza odpływu.

- Gdybyś mógł pojechać w dowolne miejsce, to dokąd?

- Do Włoch - odparłem bez wahania.

- Ja też! - Podparła się na łokciu twarzą do mnie. - Znalazłbyś tam tyle inspiracji do pisania. A w jaką okolicę?

Wzruszyłem ramionami.

- Myślę, że nawet gorsze regiony byłyby piękne. Ale może do Wenecji. - Obróciłem ku niej twarz. - Czekaj, na pewno byłaś we Włoszech.

Anna się zarumieniła.

- Nigdy nie byłam w Wenecji.

- Spodziewałem się, że powiesz: "Wenecja to straszny banał".

Skrzywiła się.

- Jak tego uniknąć? Czyż próba ucieczki przed banałem, by być od niego wolnym, nie jest strasznym banałem? Tak czy inaczej mamy przejebane.

- Przeklinasz więcej niż ktokolwiek, kogo znam.

Zaśmiała się.

- Dziewczyna buntuje się przeciwko swojemu religijnemu wychowaniu, rzucając mięsem na każdym kroku. Klasyczny banał. Wolałbyś, żebym tego nie robiła?

Pokręciłem głową.

- Jesteś w porządku taka, jaka jesteś.

- To dobrze - powiedziała, kładąc się twarzą do nieba. - Bo gówno by mnie obchodziło, gdybyś tak wolał.

Musiałem kupić letnie buty, więc poszliśmy dalej w głąb miasta, Anna cały czas kroczyła kawałek przede mną i lustrowała twarze klientów, gdy wchodziliśmy do sklepu.

- To tak jakbyś była moim ochroniarzem - szepnąłem jej do ucha, a ona spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.

- Czy w takim razie to ty potrzebujesz ochrony? - spytała, przeglądając ubrania na wieszakach. Wyciągnęła ciemnoniebieską koszulkę. - W tym byłoby ci świetnie. Kocham facetów w granatowym. Naraz jakby zmieniła zdanie i odłożyła koszulkę z powrotem. - Buty, pamiętasz?

Wybrałem parę wsuwanych płóciennych butów i poszedłem zapłacić, a ona udała się na tyły. Mijając wieszak, rzuciłem okiem przez ramię, żeby sprawdzić, gdzie jest Anna, odszukałem granatową koszulkę w moim rozmiarze i podałem ją dziewczynie przy kasie.

Później, w drodze powrotnej do samochodu, czułem ciepło promieniujące z betonu pod moimi butami. Powietrze pachniało gorącym asfaltem, jak benzyna, która ma eksplodować.

- Czekaj - powiedziała, ciągnąc mnie za ramię i zatrzymując się. - A co, jeślibyśmy to zrobili? Co gdybyśmy pojechali do Włoch?

Spojrzałem na nią.

- Razem?

- Tak. - Wzmocniła uścisk. - Zróbmy to. Jedźmy.

- Kiedy?

- Słyszałam, że Wenecja jest piękna zimą. Spokojniejsza. - Uśmiechnęła się. - Mniej banalna.

Nie wiedziałem, jak zareagować. Jak mogłem powiedzieć "tak" bez uprzedniego sprawdzenia, czy jest pewna, czy dobrze to przemyślała, abstrahując od logistyki, rodziców, ukrywania się. Jak miałoby to ujść nam na sucho? Nie wiedziałem, jak zareagować, więc nie reagowałem.

- Daj spokój - powiedziała, ciągnąc mnie znów do centrum. - Czego tak się boisz?

Zajrzeliśmy do jakiegoś biura podróży i wyszliśmy z naręczem broszur, błyszczących stronic pełnych gondoli, stolików kawiarnianych i widoczków o zachodzie słońca.

- Wszystkie włoskie tropy - powiedziała Anna, nie zawracając sobie głowy chodzeniem jak zwykle metr przede mną. Wydawało się, że nie obchodzi jej, czy ktoś nas widzi.

- Och. - Stanąłem i poczułem znajome ukłucie rozczarowania. - Nie mam paszportu.

Spojrzała na mnie, jakbym powiedział najgłupszą rzecz na świecie.

- Od ponad dziesięciu lat nie byłem za granicą - dodałem wyjaśniająco. Zacisnąłem palce na zapalniczce w kieszeni.

Przez chwilę jakby się zastanawiała, po czym odwróciła się i ruszyła w drugą stronę, pewnie oddać broszury.

- Dokąd idziesz? - zapytałem.

- Na pocztę - rzuciła przez ramię. - Przestaniesz szukać wymówek?

Pobraliśmy formularz w okienku i zatrzymaliśmy się przy fotobudce. Spojrzałem na swoje odbicie w wąskim lustrze i przesunąłem dłonią po ogolonej głowie.

Wepchnęła mnie do środka i posadziła.

- Pamiętasz, że nie wolno się uśmiechać? - mówiła, wkładając monety do szczeliny.

- Poczekaj - odparłem, kiedy zrobiła krok wstecz i zaciągnęła zasłonę - mam drobne. - Tymczasem błysnęło jasne światło.

- Jedno zmarnowane - powiedziała z zewnątrz. - Zostały trzy.

Zrobiłem poważną minę i siedziałem nieruchomo mimo chaosu szalejącego w moich myślach. Kątem oka widziałem spod zasłony jej opalone nogi. Pomalowane na czerwono paznokcie. Próbowałem się nie uśmiechać, a ekran znów błysnął.

Ten dzień pamiętam w kawałkach. Leżenie na trawie w parku, droga do jej samochodu, na pocztę, a potem z powrotem do mnie, gdzie na łóżku przeglądaliśmy broszury i debatowaliśmy, dokąd jechać. Ten dzień istnieje w mojej głowie jak montaż z filmu. Niezupełnie prawdziwy, trochę banalny, tylko to, co najlepsze. Może te słowa nie zostały wypowiedziane dokładnie tak, jak je przytoczyłem, ale dają pewne pojęcie - bo cóż tak naprawdę mamy na temat innego człowieka, jeśli nie pewne pojęcie. Zdanie rozmazane na końcu. To zamglone lustro, przez które staramy się dostrzec siebie.

Dwa nadające się do użytku zdjęcia poszły do dokumentów, a innego mnie - nienadającego się do celów urzędowych - oderwała i wsunęła do torebki. Ostatnie zatrzymałem dla siebie. Widać ją na nim, wychylający się zza zasłony profil, gdy wtyka mi język w ucho. Moje usta rozciągają się w uśmiechu, z zaskoczenia, ze zdziwienia, ze strachu. Oczy mam zaciśnięte, a skórę czerwoną, jakby cała krew wypłynęła na powierzchnię, jakbym nie mógł w to uwierzyć, jakbym był szczęśliwy.

Początek lat dziewięćdziesiątych

Kiedy dziecku przytrafia się coś traumatycznego, wspomnienia dzielą się na dwa typy: przed tym, co się zdarzyło, i po tym czymś. Gdyby dzieciństwo było ciastem, to wówczas to traumatyczne zdarzenie byłoby cięciem nożem. To napisanie słowa, a następnie przekreślenie go. Mały mózg nie może zrozumieć tego, co potworne. Tłumaczy to sobie za pomocą metafor.

Tak wyglądało to u mnie.

Pewna dziewczyna z podstawówki wysłała mi list miłosny zaraz po tym, jak to się stało. Miała na imię Tammy i nosiła w uszach maleńkie kolczyki w kształcie gwiazdek, które na WF musiała podklejać taśmą. Napisała do mnie notatkę na różowym papierze pachnącym truskawkami, a zamiast kropek nad "i" rysowała kwiatki. "Tammy kocha Nicka. Czy Nick kocha Tammy? Nie łam mi serca". A potem narysowała serce z pęknięciem, aby zademonstrować, jak ono wygląda po złamaniu.

Joanne Butler wręczyła mi ten liścik na placu zabaw i poszła do Tammy i reszty dziewczyn. Patrzyły, jak powoli otwieram złożoną kartkę i czytam. Pamiętam, jak doszedłem do rysunku serca i wpatrywałem się w niego przez kilka sekund dłużej, niż powinienem. Było w tym coś z pioruna uderzającego w sam środek i rozdzierającego serce na pół. Po mniej więcej minucie spojrzałem w górę i zobaczyłem roześmiane dziewczyny, wszystkie oprócz Tammy, i chociaż jej nie kochałem, posłałem jej uśmiech, jakbym kochał, a ona odwzajemniła uśmiech i wyglądała na szczęśliwą. Czułem, że zrobiłem coś miłego. Potem zadzwonił dzwonek, a ja zmiąłem notatkę w maleńką kulkę i upuściłem ją na ziemię.

Mam wspomnienie, które należy do obu grup.

Moja dziecięca obsesja na punkcie cyrku wynikała z wielokrotnego oglądania filmu Bronco Billy, w którym Clint Eastwood rzuca nożami w swoją dziewczynę przywiązaną do obrotowego koła. Na dziewiąte urodziny wybrałem sobie zabawkę Playmobil - małpy występujące w cyrku - i godzinami sadzałem je na malutkiej ławce i huśtawce, przyczepiałem im ręce do trapezu i kręciłem nimi w kółko. Nie potrafię stwierdzić, co dokładnie kochałem w cyrku. Ale kochałem.

Marzyłem o tym, że wszyscy razem pójdziemy do cyrku, ale nie byliśmy typem rodziny, która robi sobie wycieczki. Wiecie, o jakich rodzinach mowa - takich z rocznymi karnetami do Thorpe Park lub Legolandu, które umawiają się na wyjazd z innymi rodzinami i nie biorą suchego prowiantu, ale jedzą na miejscu w restauracji i wybierają, co zechcą, z laminowanego menu. Spotykają się regularnie w tych kosztownych miejscach rozrywki, by razem śmiać się, lub odbywają regularne pielgrzymki do Disneylandu, niedzielne wyprawy do restauracji z grillem, a nawet kopią piłkę w miejscowym parku. My do nich nie należeliśmy.

Tata pojechał kiedyś do Devon, by odebrać kij golfowy, który zakupił w sklepie. Nie była to częsta sytuacja, ale w grę wchodziły banknoty funtowe, a tata nie ufał sprzedawcy lub miał podejrzenia co do usług pocztowych, postanowił zatem pokonać z górą trzysta kilometrów, aby odebrać go osobiście. Mama jakoś zdołała namówić go, żeby zabrał mnie z sobą, więc spędziliśmy razem w samochodzie osiem godzin. Jechałem z przodu obok niego, a w drodze powrotnej do domu pozwolił mi nawet włożyć własną kasetę. Opowiadałem mu o zespole i o tym, co przeczytałem na temat powstania piosenki, a on zdawał się naprawdę słuchać. Kij golfowy spoczywał na tylnym siedzeniu - podobno był bardzo, bardzo dobry - a tata uśmiechał się i był w takim nastroju, w którym mierzwił mi włosy.

Na światłach spojrzałem przez okno na ogromny plakat przyklejony do drewnianego billboardu. Nie wiem, jak zdobyłem się na taką odwagę, ale zapytałem:

- Zabierzesz mnie do cyrku, tato?

- Co?

Wskazałem na plakat. Przedstawiał lwa z szeroko rozwartym pyskiem, z którego wyskakuje konferansjer z przesadnie zakręconymi wąsami. Wyciągał ramiona, zapraszając nas do środka.

- Zabierzesz mnie?

Tata przez chwilę nic nie mówił. Zrobił grymas, który robił, grając na czas.

- Miałbyś na to ochotę? Na cyrk?

Przytaknąłem.

- Zawsze chciałem tam iść.

- Naprawdę? - Pogładził się po brodzie. - Dobrze, synu. Słuchaj. Kiedy do miasta przyjedzie cyrk, to cię tam zabiorę.

Byłem tak szczęśliwy, że nie byłem nawet w stanie podziękować.

Sześć miesięcy później stało się.

Złamane serce.

Pewnego dnia, kilka miesięcy później, przybiegłem ze szkoły i rzuciłem torbę.

- Tato!

Siedział w salonie z nogami na podnóżku i z nosem głęboko zanurzonym w dziale sportowym gazety.

- Przyjeżdżają w przyszłym miesiącu, tato - powiedziałem bez tchu. Wydawało mi się, że umieram.

- Hmm?

- Cyrk. Pamiętasz? Przyjedzie do miasta w przyszłym miesiącu.

Odłożył gazetę i spojrzał na mnie zdezorientowany.

- Przypomnij mi.

- Pamiętasz, jak w zeszłym roku pojechaliśmy do Devon po twój kij golfowy? Widzieliśmy plakat? Powiedziałeś, że mnie zabierzesz? - Jakże bezużyteczne są wspomnienia dla dorosłego.

Patrzyłem, jak zmienia się wyraz jego twarzy. Sal tkwił w wejściu do pokoju, przytrzymując drzwi i z politowaniem obserwując, jak wychodzę z siebie. Zawsze wiedział więcej ode mnie.

Ale przecież powiedział, że mnie zabierze, upierałem się w samochodzie. Zawsze mówił, że nigdy nie łamie danego słowa. Prawda, ciociu Stel?

Trzymała kierownicę i patrzyła przed siebie.

Teraz czekałem, aż tata potwierdzi to, co już wiem, bo po prostu zapomniał. Podrapał się po brodzie i w końcu powiedział:

- Oczywiście, że pamiętam. Zostaw to mnie, synu. Porozmawiam o tym ze Stellą i zdobędę bilety. - I z powrotem schował się za gazetą.

Posłałem Salowi triumfalny uśmiech. Oznaczał: widzisz, a nie mówiłem?

Sal po prostu przewrócił oczyma i zniknął za drzwiami.

Przez kilka następnych tygodni co dzień po powrocie do domu przeglądałem stos papierów leżących na biurku w oczekiwaniu na pojawienie się dowodów. W końcu pewnego popołudnia z białej koperty na kupie rachunków wysunęły się trzy bilety. Występ w sobotę rano. Tanie miejsca, ale kogo by to obchodziło. Obramowanie z czerwonej i złotej folii wyglądało dla mnie jak milion dolarów.

Nadeszła sobota. Sal i ja wstaliśmy godzinę wcześniej, ubraliśmy się i poszliśmy do kuchni, gdzie Stella siedziała przy kuchence i mieszała owsiankę w garnku.

- Cześć, ciociu Stel - powiedziałem, siadając przy stole i chwytając łyżkę. - Co tu robisz w weekend?

Odwróciła się powoli do nas i widząc dezorientację na naszych twarzach, przeklęła pod nosem.

- Nie powiedział ci, prawda? - rzekła to, jakby już miała pewność.

- Czego nie powiedział? - spytał Sal, kiedy wszedł tata. W ręce trzymał kij golfowy.

- Dobra, Stel - rzucił - do zobaczenia.

Zaczynało do mnie docierać.

- Masz tupet, Paul. - Zdjęła fartuch i machnęła nim w moim kierunku. - Spójrz na jego minę.

- Ale tato, przecież zabierasz mnie.

Skrzywił się.

- Mam turniej, synu. Planowano go od miesięcy. Poprosili mnie o pomoc w organizacji, a ja nie lubię łamać danego słowa. Nie masz nic przeciwko, prawda? Poza tym będziesz się lepiej bawić z ciocią Stellą. - Zmierzwił mi włosy.

Nie mogłem na niego patrzeć. Nie mogłem patrzeć na Stellę ani Sala. Twarz zaczęła mi płonąć i przetarłem rękawem oczy. Krzesło zgrzytnęło o linoleum.

- Nick - powiedziała Stella, ale przebiegłem jej pod pachą i poleciałem do swojego pokoju.

Wcisnąłem rozpaloną twarz w zimną poduszkę, w znajome miejsce, gdzie wszystko pociemniało.

Lato 2003

- Czy to statek kosmiczny? - spytała Anna z błyszczącymi oczami.

Staliśmy w narożniku mojego ogrodu. Przed nami znajdowała się srebrna kopuła, przypominająca gigantyczną bombkę bożonarodzeniową, osadzoną na okrągłej ceglanej podstawie. Do środka prowadziły małe drzwi. W ogrodzie wiktoriańskiej plebanii rzeczywiście wyglądało to jak coś z innego świata.

- To obserwatorium - powiedziałem - do patrzenia w gwiazdy. Facet, który mieszkał tu wcześniej, był naukowcem i siedział tu w nocy z teleskopem. Dach się otwiera i obraca. Nie byłem w środku od czasów dzieciństwa.

- Pokażesz mi?

- Prawdopodobnie pełno tam pajęczyn.

Sięgnęła do góry i związała włosy na czubku głowy gumką, którą nosiła na nadgarstku.

- Wchodzę w to, jeśli ty też.

Pchnąłem lekko drzwi, a zawiasy wydały zgrzytliwy dźwięk, gdy pękło spróchniałe drewno. Schyliłem się i zajrzałem w ciemność.

- To portal do innego wymiaru - powiedziała Anna, kucając obok mnie. Jej nagie ramię otarło się o moje i zauważyłem na jej przegubie odcisk opaski, którą miała teraz na włosach.

- Poczekaj. - Pobiegłem przez ogród na werandę rozciągającą się na tyłach domu. Otworzyłem wieko zniszczonej drewnianej skrzyni i wyjąłem poduszki i podkładki na siedzenia. Wytrzepałem je o skrzynię, żeby pozbyć się zalegającego od kilku lat kurzu.

Zanim wróciłem, Anna zdążyła wczołgać się już do środka. Wsunąłem poduszki przez drzwi i wszedłem na kolanach.

Stanąłem obok niej w ciemności. Błysk światła wpadającego przez drzwi rzucał na jej twarz niesamowity blask.

- Lepiej, żebyś nie zamierzał ułożyć z tego materaca, Nicolas - powiedziała, patrząc na poduszki.

Wypowiedzenie przez nią mojego imienia zrobiło na mnie dziwne wrażenie.

Przestrzeń wewnątrz obserwatorium była ciasna i starczyło jej ledwo na dwie osoby. Coś w ciemności dodało mi odwagi, nachyliłem się więc lekko i ją pocałowałem.

Odsunęła się tak, że zetknęliśmy się nosami.

- Uwielbiam, kiedy chwytasz mój język zębami.

Przyciągnąłem ją do siebie.

- Przestań - powiedziała, odpychając mnie. - Zapomniałeś o dachu?

Wyjąłem zapalniczkę z kieszeni i pstryknąłem, a wnętrze kopuły zalało się pomarańczowym blaskiem. Machałem ogniem, aż znalazłem rygielek przesuwający się w poprzek, i pchałem z całej siły, aż ustąpił. Wnętrze zalało światło.

- Jeśli to wehikuł czasu, czy znajdzie się miejsce dla mnie?

Spojrzeliśmy w dół na parę chudych nóg i klapki za drzwiami. Anna się odwróciła.

- Mój brat - wyjaśniłem.

Sal już schylał się w wejściu, a Anna przycisnęła się do mnie, żeby zrobić mu miejsce.

- Ty pewnie jesteś Sal - powiedziała, wyciągając dłoń do miniuścisku. - Jestem Anna.

Twarz Sala stała się jednym wielkim uśmiechem.

- Och, wiem, kim jesteś.

Spojrzała na mnie, a ja spojrzałem na niego. Ani mi się waż, powiedziałem do niego w myślach.

- Posłuchaj, Anno - rzucił Sal, siadając na poduszce pod ścianą. - Właśnie dostałem od kumpla odjazdowe zioło i z przyjemnością się nim z tobą podzielę.

Poszliśmy za jego przykładem i usiedliśmy, tworząc trzy punkty trójkąta. Wyciągnęła nogi i oparła stopy na moich kolanach. Zapaliłem papierosa.

- Ja podziękuję, ale śmiało.

- Twoja strata - powiedział Sal. - Najwyższa jakość. Czyściuteńkie.

- Anna nie lubi palenia - odparłem, zaciągając się.

- To nie jest palenie - sprostował Sal, wyjmując bletki i torebkę zielonego. - Ten towar nieźle trzepie. - Pokiwał głową w moją stronę. - To jak otwierać piwo pod koniec dnia.

- Sal to chodząca sprzeczność - powiedziałem. - Jest przeciwny paleniu tytoniu, nie tyka żywności przetworzonej i dwa razy w tygodniu gra w piłkę nożną, ale bierze każdy narkotyk i nie widzi w tym żadnego konfliktu.

- Ale heroiny chyba nie? - upewniła się Anna.

Sal polizał bibułkę i potrząsnął głową.

- Jestem za mało odważny na igły.

- Jak to jest? - spytała Anna. - Kiedy to palisz. Co to robi?

Podpalił skręta i mocno się zaciągnął. Końcówka jasno się rozżarzyła.

- Sprawia, że świat jest piękny.

Wydmuchał dym do góry, a my patrzyliśmy, jak chmurka ulatuje przez dach w kierunku nieba.

- Podaj - powiedziała, wyciągając rękę.

Uniosłem brwi, gdy Sal podał jej skręta, a ona przyłożyła go do ust. Zakaszlała i zaśmiała się, oddając mu go z powrotem.

- No popatrz, popatrz - skomentowałem.

Uśmiechnęła się do mnie.

- Zszokowałam cię, staruszku?

- Kiedy jestem z tobą, nigdy nie wiem, z którą Anną będę mieć do czynienia.

- Ja nigdy nie wiem, którą Anną będę.

Kiwnęła głową do Sala i pochyliła się, by wziąć kolejnego, głębszego bucha. Towar musiał być dobry, najwyraźniej już zaczął działać. Zrzuciła sandały i trącała mnie palcami.

- Nie wiem, jak się tu dostałaś - powiedział Sal - ale po tym nie będziesz mogła prowadzić.

Wzruszyła ramionami i zamknęła oczy.

- W takim razie będę musiała zostać na noc.

Sal mrugnął do mnie.

- Jak sobie życzysz.

W oddali rozległo się długie, niskie dudnienie i spojrzeliśmy na siebie, a potem zerknęliśmy przez otwarty dach. Niebo było bladoniebieskie, ale dźwięk był nie do pomylenia.

- Faktycznie mówili coś o deszczu - przyznał Sal.

Posłuchaliśmy i kilka sekund później nastąpiła powtórka.

- Jeszcze parę kilometrów - oceniła Anna, wciąż patrząc w niebo: - Usłyszysz grzmot i znów pomyślisz o mnie, przypomnisz sobie: ona chciała burzy1.

- Właśnie to wymyśliłaś? - spytał Sal pod wrażeniem.

- Ależ skąd, nie - odparła, kręcąc głową. - To rosyjskiej poetki Anny Achmatowej. Zawsze mi się to podobało.

Sal wypuścił dym w kierunku nieba.

- Ja zawsze byłem bardziej mat-fizem.

Anna się skrzywiła.

- Słowa są o wiele bardziej elastyczne - powiedziała. - Odpowiedź może brzmieć tak, jak zechcesz, pod warunkiem że wystarczająco dobrze ją udowodnisz. Liczby są takie zimne i dokładne. Ich prawdy nie da się nagiąć.

- Dlatego są piękne - powiedziałem. - One się nie zmieniają.

- Macie więc coś wspólnego - stwierdziła Anna i przysunęła się do mnie. - Nigdy nie spotkałam dwóch bardziej odmiennych braci. Naprawdę jesteście spokrewnieni?

- Co masz na myśli? - spytałem.

Podniosła moje ramię, owijając je wokół siebie.

- No popatrz tylko na was. Nawet wasze imiona są jak dzień i noc.

- Moje wybrał tata - powiedziałem, ignorując łomotanie serca. - Chciał, żebyśmy mieli typowo brytyjskie imiona, ale mama nalegała na Sala. Chciała odnieść się do włoskiego dziedzictwa taty. Myślę, że na początku uzgodnili inne imię, ale mama poszła sama zarejestrować syna i zmieniła je na Salvatore. Naprawdę odważnie.

- Wątpię, żeby w ogóle to zauważył - rzucił Sal.

- To piękne imię - powiedziała Anna. - Salvatore. Zbawiciel.

- Jak na ironię - odparł Sal, gasząc jointa i zamykając go w plastikowej torebce. - No dobrze. Będę was zbawiać i spadać.

Anna wsunęła mi rękę do kieszeni, a włosy na ramieniu mi się zjeżyły.

- Anno - rzekł Sal, wyciągając pięść, by mogła uderzyć. - Cała przyjemność.

- Już lubię Salvatore'a - stwierdziła, kiedy wyszedł.

- Istny z niego cud.

- Po co mu to wszystko? - spytała, gładząc mnie po wewnętrznej części ramienia. - Znaczy narkotyki.

- Bawi się w to od lat - odparłem, podrygując nogą, żeby odwrócić uwagę od ognia w moim ciele. - Myślę, że zaczęło się od sposobu na ucieczkę od samego siebie, na niebycie sam na sam ze swoimi myślami. Niektórzy ludzie chyba tak mają. Chcą stłumić hałas w swoich głowach. Teraz to już kwestia przyzwyczajenia.

- Może coś z tym zrobię.

- Nawet o tym nie myśl.

Anna odwróciła się i usiadła na mnie okrakiem, ściągając bluzkę przez głowę. Sięgnąłem do góry i rozpuściłem jej włosy, które opadły jej na ramiona, muskając mój policzek, gdy tuliła moją twarz i napierała na moje ciało. Przesunąłem dłonią po jej nagiej nodze i mocno przycisnąłem się do niej przez szorty. Cała się trzęsła.

- Wiesz, jak bardzo cię pragnę - powiedziała mi do ucha. Brzmiało to jak coś, co pomyślała, że powinna powiedzieć, a ja chwyciłem ją za nadgarstki i odparłem:

- Nie.

- Sprawiasz, że jestem taka mokra - szepnęła.

- Nie, Anno. Przestań.

- O co ci chodzi? - spytała, a jej oczy zdradzały, że jest na haju.

Pogładziłem ją po policzku.

- Nie chcę w ten sposób.

- Och, rozumiem. - Zeszła z moich kolan i pochyliła się nade mną. Spojrzała na mnie przez ramię. - Wolisz w ten sposób?

Chwyciłem ją za kieszeń i przyciągnąłem na swoje kolana.

- Po prostu mnie pocałuj.

Odsunęła się.

- Jesteś gejem czy co?

- Co? Nie. Myślę, że to stało się jasne, kiedy usiadłaś mi na kolanach.

- Więc w czym problem?

Westchnąłem.

- No weź. Jesteś naćpana.

- Nie zachowuj się jak kutas.

- Nie chcę traktować cię z góry - powiedziałem, pamiętając z wcześniejszych doświadczeń, czym to mogło grozić. - Po prostu nie chcę tego robić w ten sposób.

Roześmiała się i spróbowała zejść mi z kolan.

- Dobrze - odparła. - Zapomniałam o tych twoich gierkach. Oczywiście musisz mieć kontrolę. Nieważne, czego ja chcę i kiedy tego chcę.

Odpuściłem, a ona wstała.

- Nie ma żadnych gierek - powiedziałem. - Jesteśmy tylko ty i ja.

Usiadła i włożyła z powrotem bluzkę. Potem przyłożyła dłonie do twarzy i wydała z siebie coś między śmiechem a szlochem:

- Boże, ale ze mnie idiotka.

- Słuchaj, przepraszam - powiedziałem, próbując jej dotknąć. - Tu nie chodzi o ciebie. A właściwie to chodzi dokładnie o ciebie.

Znów się zaśmiała.

- Myślisz, że cię nie pragnę? - spytałem, przełykając ślinę. - Jestem facetem, prawda? Ale ważne jest też dla mnie, żebyś była tutaj, w tym pokoju, w swojej głowie, tuż przy mnie. Kręcisz mnie jak diabli, nawet gdy jesteś porobiona, ale chcę, żebyś była przytomna, kiedy będę cię dotykać. Żebyś wiedziała, że cię dotykam. A nie miała jakiś pieprzony odjazd.

Przygryzła wargę.

- Jak ty to robisz? - zapytała.

- Co robię?

- Tłumaczysz mi wszystko i nie bierze cię kurwica.

Zapaliłem kolejnego papierosa.

- W głębi siebie właśnie się na ciebie wydzieram.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Słońce zaszło i deszcz najwyraźniej przeszedł bokiem. Niebo było granatowe, takie jakie robi się między zachodem słońca a zapadnięciem nocy. Szara godzina, jak kiedyś określiła to mama. Siedzieliśmy na szczycie Wye Downs, obserwując, jak w domach poniżej zapalają się światła.

- Chciałabym cię o coś zapytać - powiedziała Anna. - Jeśli pozwolisz.

Czekałem.

- Gdzie jest twoja mama?

Słyszałem śpiew ptaków wśród drzew. Nawoływały się do domu, do łóżka, na odpoczynek do jutra. Powietrze było całkiem nieruchome.

Z początku nie odpowiadałem. Paliłem dalej papierosa, czując, jak wypełnia moje płuca i umysł swoim śmiertelnym spokojem, a potem go zgasiłem. Usiadłem w cieniu, w pewnej odległości od niej, i po raz pierwszy w życiu opowiedziałem historię mojej matki.

Kiedy skończyłem, zakryła twarz rękami i płakała.

Początek lat dziewięćdziesiątych

Po tym, jak to się stało, Stella bardzo często była przy nas. Zawoziła nas do szkoły w dni, w które tata pracował lub kiedy nie mogliśmy zabrać się z mamą kolegi. Gdy potrzebowaliśmy nowego mundurka, to ona zabierała nas do Marksa & Spencera na przymiarkę, a kiedy w szkole był kiermasz wypieków, Stella kupowała jakieś ciasto w sklepie.

Kiedy po cyrku odwiozła nas do domu, zjedliśmy z Salem happy meale przy stole w kuchni, po czym poszliśmy spać. Przez chwilę siedziałem w piżamie na podeście i słuchałem, jak ciocia zmywa naczynia. Wcisnąłem skronie między szczeble barierki, zamknąłem oczy i wyobrażałem sobie, że to mama.

Gdy skończyła, poszła do salonu, żeby się pożegnać, a potem znalazła się przy drzwiach wejściowych, wsuwając ręce w rękawy płaszcza.

Tata pojawił się w drzwiach z rękami w kieszeniach. Patrzyłem z podestu, brak światła w oknie na piętrze sprawiał, że sam nie byłem widoczny.

- A więc było w porządku?

- Świetnie - powiedziała, zapinając guziki. - Zjedliśmy watę cukrową i pozwoliłam im pograć na automatach. Myślę, że udało mi się sprawić, by zapomniał, że cię tam nie ma.

Tata kiwnął głową, nie słuchając.

- Zastanawiałem się... - Podrapał się po głowie. - A jeślibyś się do nas wprowadziła? Mogę przygotować wolny pokój. Byłoby ci łatwiej, niż jeździć tu i z powrotem każdego dnia.

Stella włożyła ręce do kieszeni płaszcza i westchnęła.

- Nie, Paul.

Wyprostował plecy.

- Oni cię potrzebują, Stello.

Zaśmiała się ze smutkiem i pokręciła głową.

- Nie, oni potrzebują ojca.

- Co mam zrobić? Muszę pracować i zarabiać na chleb. Nie mogę też prać ubrań i zmieniać pościeli.

Stella wciągnęła powietrze przez zęby.

- Spędzasz wystarczająco dużo czasu w swoim klubie zakładowym. I wiesz chyba, że mam pracę?

- Nalewanie piwa w pubie - powiedział z sarkastycznym chrząknięciem.

- Zgadza się. Nie wydaje mi się, żeby majstrowanie przy brudnych samochodach za trzydzieści funtów dziennie było o wiele lepsze, więc uważaj na słowa. - Stella pochyliła się i podniosła swoją torbę. - Paul, cieszę się, że mogę pomóc od czasu do czasu, ale mam własne życie.

- Ale własnej rodziny nie masz.

Rzuciła mu ostre spojrzenie.

- Gdybym chciała dzieci, tobym je miała - oznajmiła.

- Och, ucieszyliby się, słysząc to - rzucił. - Oni bardzo cię szanują. A okazuje się, że wolisz spędzać życie na grze w bingo i zadawaniu się z facetami, niż opiekować się własnymi siostrzeńcami.

Stella wyjęła klucze i lekko nimi potrząsnęła.

- Kocham tych chłopców bardziej, niż możesz sobie wyobrazić, ale to nie mnie potrzebują.

- Wcale nie zapomniałam o tym, jak układało ci się z ojcem, kiedy byliśmy młodzi. Chcesz, żeby chłopcy mieli z tobą tak samo?

Tata wbił wzrok w podłogę.

- Znajdź sobie gosposię - poradziła Stella, otwierając drzwi. - Wpadnę w poniedziałek z zapiekanką.

Sal miał sposób na dziewczyny.

W szkole prawie zawsze otaczał go ich wianuszek. Modnych dziewczyn. Znacie je. Połowę swojego życia spędzają przed lustrem, prostując włosy, robiąc dzióbek do lustra, obracając się i oglądając pod każdym możliwym kątem. Krzyczały z linii bocznej na meczach piłki nożnej i padały sobie w objęcia, gdy Sal zdobywał punkt. Widziałem kiedyś, jak całą grupą wysiadają z samochodu i czekają, aż dorosły odjedzie, po czym podwijają spódnice tak wysoko, że bardziej przypominały paski. Luzowały krawaty i rozpinały koszule. Poprawiały sobie nawzajem włosy. Potem chwytały się za ręce i wchodziły do szkoły.

Tych dziewczyn wszyscy pragnęliśmy. Znały swoje atuty i demonstrowały je nam. Nastoletni chłopcy nie mają wyobraźni. To znaczy jeśli idą kupić sofę i mają wybór między niebieskim meblem na wystawie a próbką zielonego materiału, wybierają niebieski. Zadanie wykonane. Wszystko widać jak na dłoni, a więc wybór jest prostszy. Wiem, że nie powinienem porównywać dziewczyn do sof.

Ale chłopcy tacy są. Potrzebują wyjaśnień.

Sal jednak nie chciał żadnej z tych dziewczyn. Myślę, że wyścig podobał mu się równie mocno jak nagroda. Miałem wrażenie, że zawsze obiera trudniejszą drogę. A może myślał, że nie ma już nic do odkrycia.

W jego typie były niskie, ciemne i namiętne. Takie, które studiowały teatrologię i podkreślały oczy czarną kredką jak przerażone szopy pracze. Zawsze ubierały się na czarno, włosy miały krótkie i brudne albo długie i potargane, a jeśli nie były to naturalne brunetki, to przynajmniej farbowane. Nikt nie miał pewności, jakie miejsce zajmują w porządku dziobania, a to samo w sobie miało pewien urok.

Pierwszą dziewczyną, jaką pamiętam, była Stacey. Rok wcześniej skończyła naszą szkołę i dostała pracę na pół etatu w sklepie z odzieżą męską w centrum. Daz i ja chodziliśmy tam po lekcjach i udawaliśmy, że interesujemy się ubraniami, które były designerskie i zbyt drogie jak na nasze gazeciarskie zarobki. Gdy wchodziliśmy, odzywał się dzwonek, a ona dawała nam znak, żebyśmy poszli za nią w głąb sklepu. "Mam coś, co będzie doskonale na tobie leżeć" - mówiła i zmuszała nas do przymierzania płaszczy lub swetrów, i stała za nami przed lustrem, poprawiając rękawy lub dopasowując ubrania do naszych ciał, napalonych i nastoletnich. Daz wydał półroczną pensję na sweter BoxFresh, który - jak powiedziała - sprawił, że jego ramiona wyglądały potężniej. Musiała dostawać od tego procent. Kiedy zobaczyliśmy, jak pod koniec lata Sal całuje się z nią przed kebabem, Daz nie odzywał się do niego przez kilka tygodni.

Bujał się z kilkoma, ale pierwszą właściwą dziewczyną Sala była Cleo. Jej prawdziwe imię brzmiało Chloe, ale uznała, że nie jest wystarczająco interesujące, więc zmieniła kolejność głosek. Poznał ją w wypożyczalni kaset wideo, kiedy jego wiecznie upalony kierownik poprosił go o przeprowadzenie rozmów z kandydatami do pracy w niepełnym wymiarze godzin. Cleo przeszła przez ich próg jako pierwsza i ostatnia.

Pierwszą zmianę spędzili na kłótniach o wartość Forresta Gumpa.

- To gówno - powiedziała. - Banalne jak diabli. Ile wydarzeń z całego świata można upchnąć w życiu jednej osoby?

Sal nie odpuszczał.

- Cóż, miliony ludzi sądzą inaczej.

- Nic mnie to nie obchodzi - odburknęła. - Uważam, że to gówno, a więc to gówno. - I tak w kółko aż do zamknięcia, kiedy to Sal przekręcił klucz w drzwiach, po czym wyruchali się oparci o półki za ladą, na których trzymano filmy.

W każdym razie tak twierdził.

Długo to nie potrwało. "Kręciły ją dziwne klimaty" - wyznał po tym, jak się rozstali. W łóżku kazała mu się do siebie zwracać imieniem jej najlepszej przyjaciółki, i na początku nawet go to podniecało, dopóki nie zaczęła się tego domagać za każdym razem. Podobno nie znosiła być dotykana, chyba że udawała, że jest kimś innym. Zerwali następnego lata, kiedy wyjechała studiować inżynierię biomechaniczną. Do tego czasu zmieniła imię z powrotem na Chloe.

Następna była Tess. Lubiłem Tess. W porównaniu z Chloe wydawała się stosunkowo normalna. Prosta i orzeźwiająca, jak zimna woda w upalny dzień. Nadal była w typie "ciemna i drobna", ale bez złożoności innych. A może to ja nie znałem jej wystarczająco dobrze. Było jednak jasne, że Tess uwielbiała Sala: kiedy mówił, opierała brodę na dłoniach i przechylała głowę na bok, jakby naprawdę słuchała. Podobało mi się to.

- Tess wydaje się świetna - powiedziałem mu raz przy kuflu.

- Hmm? Tak, chyba tak. - Zmarszczył brwi na widok esemesa, który wyświetlił mu się na telefonie.

- Lepsza niż ta, którą miałeś wcześniej. Mam na myśli Chloe. Tamta to była nieźle pokręcona.

Odłożył telefon.

- A nie, masz rację. Tess jest świetna. Ale szczerze mówiąc, jakoś nie widzę tego na dłużej.

- Ale wyglądacie razem super. Wydajecie się wręcz szczęśliwi.

- A nie, no jesteśmy - powiedział. - Jesteśmy szczęśliwi.

- To źle?

Westchnął.

- Niektórym chyba podoba się myśl, że dzisiaj ma być takie samo jak wczoraj. I że wiedzą, jakie będzie jutro.

- Jest w tym jakieś poczucie bezpieczeństwa.

- Tak. Tak byłoby łatwiej. - Dopił piwo.

Sal i Tess byli razem przez pięć lat. To była jedna z par, w których chcieliby być inni ludzie. Takie pary spędzają wieczory na kanapie, przytulone, oglądając stare filmy. Mają taki sam gust w każdej sprawie, co ma swoje znaczenie, gdy chodzi o wyposażenie domu, koncert, który warto zobaczyć, albo wybór deseru. Kiedy dzielili się curry, Sal maczał swoje papadamy w chutneyu z mango i cebuli, podczas gdy Tess wolała jogurt z limonką.

Rozmawiali o ślubie, posiadaniu dzieci lub przynajmniej szczeniaka. Sal poruszał temat wyprowadzki, kupowania biletu dookoła świata i sprawdzania, który kraj im najlepiej pasuje, na co Tess uśmiechała się i odpowiadała, że rok we Francji byłby całkiem wykonalny.

Pewnego dnia Tess wróciła do domu wcześniej i zastała Sala w łóżku z inną. Zaczęła demolować mieszkanie, rozszarpywać zasłony i zdzierać tapetę, którą razem wybrali. Sal próbował ją uspokoić, mocno chwytając ją za szczupłe nadgarstki, aż na jej skórze pozostały fioletowe siniaki. Później przez telefon powiedział mi, że nie chciał, żeby zrobiła sobie krzywdę. Nie zdawał sobie sprawy z własnej siły.

Tess powiedziała mi potem, że nawet się nie pieprzyli. Na podłodze leżały skotłowane ubrania, a pokój śmierdział seksem, ale to nie to sprawiło, że się załamała. Chodziło o to, jak ta kobieta go trzymała i kołysała, gdy spał na jej piersi, z dłońmi wsuniętymi spokojnie pod brodę. "Mnie nigdy nie pozwolił się tak trzymać" - powiedziała. "Zawsze chciałam, a on zawsze się odsuwał".

Kiedy Tess ich przyłapała, kobieta przeciągnęła się i ziewnęła, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Odkryła się i leżała naga na łóżku, obserwując z uśmiechem, jak się na siebie wydzierają.

Tak zaczęło się z Mathilde.

Lato 2003

- Wejdź.

Dom Anny był jednym z sześciu identycznych budynków na osiedlu w dobrej części miasta. Jeden z tych domków jednorodzinnych dla kadry kierowniczej, które daje się na przód katalogu albo wrzuca do artykułu w dziale "Inwestycje" lub "Nieruchomości". Jesteś na miejscu - mówi ten dom swoimi doskonałymi czerwonymi cegłami i białymi deskami. Inspirująco aspirujące.

Stała na ganku, boso, oparta o framugę. Dwukrotnie przebierałem się, jechałem dwoma autobusami, a ona powiedziała: "Wejdź", jakby to była najbardziej zwyczajna rzecz na świecie. Jakbym był jej chłopakiem.

Zamknąłem drzwi i zdjąłem buty, częściowo z przyzwyczajenia, ale także dlatego, że wypolerowana biała podłoga z marmuru nie wyglądała na życzliwą dla zanieczyszczeń z zewnątrz. Zimne płytki kleiły się do mojej spoconej skóry.

- I jak, w porządku? - spytała z rękami na biodrach.

- W porządku.

- Mieszkam trochę na uboczu. Zawsze się zastanawiam, czy to nie za daleko dla ludzi.

- W porządku.

- Ale dzisiaj gorąco. - Przyłożyła wnętrze przegubu do czoła. - Coś do picia?

- Jasne.

Poszedłem za nią korytarzem w kierunku jasnego pomieszczenia na tyłach domu. Szklane drzwi z każdej strony prowadziły do coraz większych pokojów, wszystkich z jasnymi dywanami i błyszczącymi posadzkami. To było jak scenografia rodem z nieba. Jasna, biała, nie ma gdzie się ukryć.

Patrzyłem, jak Anna idzie. Jej ciało wyglądało tak samo dobrze w obciętych dżinsach, jak w moim łóżku.

- Coca-coli? - spytała, gdy weszliśmy do kuchni.

Jej słowa odbiły się echem. Hektary blatu pokrywały gigantyczną marmurową wyspę pośrodku. Lekko w nie zastukałem. Zdecydowanie nie była to taniocha.

- Jasne.

Kiedy otworzyła dwuskrzydłową lodówkę, dostrzegłem w wypolerowanych srebrnych drzwiach odbicie czegoś, co wyglądało jak unoszący się duch, coś niepasującego do tego obrazu spokoju. Chwilę potrwało, zanim dotarło do mnie, że to ja.

Anna podała mi puszkę, a swoją przyłożyła sobie do czoła, zamykając z ulgą oczy. Jej usta lekko się rozchyliły.

- Ładne miejsce - powiedziałem, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę.

- Tak uważasz? - Otworzyła oczy i znudzona wzruszyła ramionami. - Co kto lubi.

- A ty nie?

Odciągnęła zawleczkę puszki.

- Komu potrzebne dwie zmywarki?

Wtedy zobaczyłem, że wszystko tu jest zwielokrotnione. Dwa podwójne piekarniki, dwie zmywarki, dwa zlewy, dwie lodówki na wino. Nad wyspą kuchenną wisiały trzy identyczne żyrandole w kolorze fuksji, ustawione dokładnie nad trzema hokerami. I wtedy zauważyłem, że na blatach nic nie ma. Gdzie jest toster, pomyślałem. Gdzie czajnik, pojemniki na przybory kuchenne i osypująca się sterta rachunków?

Spojrzałem na Annę, wspartą na łokciach o marmurową wyspę, i przyszło mi do głowy, że ona też jest tu jakby nie na miejscu, ze swoimi obtłuczonymi paznokciami i ciepłem dotyku. Jedyną rzeczą, która wydawała się pasować, była żywiołowość jej czerwonych warg korespondująca z żyrandolami. Wtedy zauważyłem, że ma na ustach szminkę.

- Jesteś głodny? - spytała.

Wzruszyłem ramionami.

- A ty?

Podeszła do lodówki.

- Zrobię nam po kanapce - powiedziała, wyjmując masło, trochę szynki i słoik pikli.

Patrzyłem, jak smaruje chleb masłem. Wbiła w nie nóż głęboko i ciosała grube paski, którymi obficie obkładała każdą kromkę. Nie było podkradania masła z jednej do wykorzystania na drugiej, dzielenia jednego paska między dwie, a nawet trzy kromki, jak miał w zwyczaju tata. Gdyby zrobiła tosty, tworzyłoby na powierzchni okrągłe, kosztowne baseny, niechcące się do końca stopić. Masło wspaniale spływałoby nam po brodach. Smarowałem chleb tak jak tata i zastanawiałem się, jak by to było, gdybyśmy z Anną mieszkali razem i robili sobie kanapki. Czy któreś z nas zmieniłoby swoje nawyki, aby upodobnić się do drugiego, czy też kłócilibyśmy się o to, jak ta druga osoba smaruje chleb masłem.

Kanapka smakowała porażająco. Kiedy skończyliśmy, wybrała zmywarkę i załadowała do niej nasze talerze.

- Zrobimy sobie wycieczkę? - spytała, zamykając urządzenie.

- Kiedy wrócą?

- Wieczorem. Ich samolot ląduje za godzinę.

Poprowadziła mnie przez szereg pokojów, wskazując przypadkowe rzeczy i nazywając swoich rodziców matką i ojcem.

- W środku są pierwsze wydania każdej książki o Bondzie - powiedziała, poklepując ogromny sejf w rogu gabinetu. - Duma i radość ojca. - A w jadalni: - Tu matka siada co rano z herbatką miętową i czyta Biblię przed brunchem i manikiurem.

Jedynym widocznym zdjęciem był duży studyjny portret ich czwórki eksponowany w salonie. Matka i ojciec siedzieli na nim z dwójką dzieci, po jednym z każdej ze stron. Jedna ręka dziecka spoczywała na ramieniu rodzica, a druga trzymała go za dłoń. Ich pastelowe ubrania odcinały się na ciemnym, niejednorodnym tle, a twarze lśniły godnością klasy średniej. To było jakieś pięć lat temu, sądząc po wyglądzie Anny. Miała na sobie fioletową sukienkę z bufiastymi rękawami i uśmiechała się z typową miną wczesnej nastolatki. Ojciec był łysy i nosił okulary. Matka była opalona i seksowna w ten sposób, w jaki bywają starsze kobiety. Jej brat wyglądał jak jeden z tych chłopców w szkole, którzy mieli ze mnie polewkę. Buty nike i perfekcyjna fryzura.

- Ohyda, co? - rzuciła Anna z tyłu.

- No, jest to coś. - Wsunąłem ręce głębiej do kieszeni.

- Wyglądamy jak rodzina jakiegoś seryjnego mordercy. Matka w dopasowanym komplecie i perłach. Przez miesiąc zestawiała na łóżku różne stroje, żeby oprawić nas w swoje wyobrażenie o rodzinie idealnej. - Wciągnęła powietrze przez zęby.

- Zobacz, jak mnie unieśmiertelniła. W pieprzonym lila.

- Jak dla mnie wyglądasz supersexy.

- Mam tam czternaście lat, zboku.

- Ja wtedy miałem siedemnaście. Niewielka różnica. - Wzruszyłem ramionami.

- Chodź. - Wzięła mnie za rękę i pociągnęła do drzwi.

Był to dom, w którym każdy pokój ozdobiony był słowem lub hasłem. Na kredensie w jadalni JEDZ literami z masą zawijasów, nad piekarnikiem kuchennym GOTUJ, w salonie haft krzyżykowy ODPOCZYWAJ. W łazience nad drzwiami unosił się napis KĄP SIĘ w dopasowanych odcieniach błękitu. Na parapecie stała miska z kamykami. "Matka zbiera je na każdej plaży". Anna odwróciła jeden z nich, by odsłonić wykonany czarnym pisakiem napis. "Barbados' 98".

Zastanawiałem się, czy mają basen. Pasowałoby to do takiego domu. Podczas spaceru wstąpiłem po zimne piwo do sklepiku z billboardem na zewnątrz: "Zwierzęta z zoo dostają krem do opalania i lody na patyku". Usłyszałem, jak starsza pani mówi do kasjera: "Potrzebny nam deszcz. Sałaty mi więdną".

Poszedłem za nią na górę, przebiegając palcami po jej palcach, gdy sunęła dłonią po poręczy. Dotyk jej skóry na zimnym metalu był niebezpieczny i śmiało sięgnąłem, by drugą ręką dotknąć jej nagiej talii. Kiedy zatrzymała się na górze, przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem ją w szyję. Czułem się potężny, gdy miękła w moich ramionach. Wiedziałem, że mnie pragnie tak jak ja jej.

- Poczekaj - powiedziała, odsuwając się. - Pamiętasz, że robimy sobie wycieczkę?

Pchnęła najbliższe drzwi.

- Pokój mojego drogiego brata. - Ujrzałem idealnie zaścielone łóżko i rząd czegoś, co wyglądało jak drogie gitary wyeksponowane na ścianach. Pokój był niezagracony i wyglądał na niezamieszkany. - Jest za granicą - powiedziała Anna. - Służy tam, gdzie zachodzi taka potrzeba.

- Że co?

Zamknęła drzwi.

- Nieważne.

Przed następnymi drzwiami zatrzymała się i spojrzała na mnie.

- Mój pokój.

Był pięć razy większy od mojego. Leżała w nim taka sama jasna wykładzina jak w reszcie domu, ale tutaj ściany były jaskrawoczerwone, co już od progu wywoływało szok.

- Matka tego nienawidzi - powiedziała z satysfakcją.

Na środku sterczało pojedyncze łóżko. Do lustra toaletki przyczepione były polaroidy z nocnych wyjść. Anna z przyjaciółmi, Anna z szeroko rozłożonymi rękami na parkiecie, Anna przed swoim samochodem z kluczykami w jednej ręce i kieliszkiem szampana w drugiej. Na stole leżały porozrzucane pojemniki z kosmetykami, biżuterią i stos książek ze studiów. Szczotka leżała na boku, we włosiu miała długie czarne pasma, takie jak te, które Anna zostawiła w moim łóżku.

Sypialnia dziewczynki zawsze wydawała się obcym krajem. Wszystko tam jest inaczej.

Przysiadłem na krawędzi łóżka, w którym nigdy nie spał żaden mężczyzna. Przeczołgała się i wspięła na moje kolana, obejmując moją twarz dłońmi i przysuwając usta do moich.

Czułem się, jakbym zdał jakiś test, i pilnie odwzajemniłem jej pocałunek. Nagle przestała.

- Jeszcze jeden pokój.

Zaprowadziła mnie korytarzem do drzwi na końcu. Za nimi znajdowała się główna sypialnia, przepastny pokój ze sklepionym sufitem i lustrzanymi szafami po jednej stronie. Drzwi w kącie prowadziły do - jak przypuszczałem - łazienki, ale tutaj wycieczka zdawała się dobiegać końca. Zaprowadziła mnie do łóżka, ogromnej kanapy obitej satyną o barwie brzoskwini.

- Co robisz?

Uklękła na podłodze i zbliżyła się do mojego ucha.

- Cicho - szepnęła i poczułem w środku jej język. Zaczęła rozpinać mi dżinsy i popchnęła mnie, aż położyłem się na łóżku.

Serce zaczęło mi walić, a przez całe moje ciało przepłynęła rozkosz. Skupiłem wzrok na tablicy nad łóżkiem, drewnianej desce z napisem KOCHAJ wyrzeźbionym głębokimi, grubymi literami.

Poddałem się jej.

Od samego początku nie lubiłem Mathilde.

Była dokładnie w typie Sala, ciemne włosy i twarz blada jak światło księżyca. Jej uroda była oczywista, ale przecież ona o tym wiedziała. Laura opisała ją jako "niemożliwie szykowną" - z pewnością miała to coś, co sprawia, że niektóre Francuzki wiedzą, jak dobrze wyglądać, nie ujawniając, jak do tego dochodzą.

Jej garderoba składała się z czarnych, obcisłych dżinsów, butów motocyklowych i puszystych przydużych swetrów z odkrytymi plecami, które ściągała od niechcenia, by odsłonić nagie ramię. "Zakryj się, przewieje cię" - mówiłem jak zaniepokojony wujek. Wiedziałem, że brzmi to chujowo. W odpowiedzi tylko unosiła brew.

Mathilde nie miała poczucia humoru. Wszyscy zwijali się ze śmiechu z powodu żartu, który opowiedział Sal, a ona po prostu siedziała z nagimi kostkami podciągniętymi pod siebie, wyglądając na znudzoną i lepszą od reszty. Doprowadzało mnie do szału to, jak ktoś obsesyjnie skupiony na pustej powierzchni rzeczy może traktować siebie tak poważnie.

Byliśmy jedynymi palaczami w grupie. Teoretycznie mogłoby to nas zbliżyć: rozmowy w cztery oczy, które prowadziliśmy podczas wygnania na zewnątrz, ale nawet wtedy potrafiła dać mi do zrozumienia, że należymy do innych lig.

- Fuj, co za smród - mówiła, kiedy odpalałem papierosa, i machała rękami, jakby się od czegoś odganiała. - Wy, Anglicy, i wasz fabryczny szajs. Merde. Potrujesz nas wszystkich.

I zaczynała zwijać sobie papierosa.

- Mathilde, wiesz, że własnoręcznie zwijane papierosy mają tyle samo dymu?

- Oui, oui, Nicolas - odpowiadała znudzonym głosem.

Bez wyjątku zwracaliśmy się do siebie pełnymi imionami, chociaż ona wymawiała moje z francuska i opuszczała końcowe "s", więc brzmiało jakby niekompletnie. Zawsze znajdowała sposób, by być o krok przede mną.

Mathilde nosiła na szyi zabytkowy różaniec, mimo że nie była ani trochę religijna. Koraliki były w różnych odcieniach brązu i przypominały mi te stare żółtobrązowe pokrowce na siedzenia, jakie dziadek miał w samochodzie, kiedy byliśmy dziećmi. Krzyż był ciężki i srebrny, a ona siedziała z twarzą pełną pogardy i głaskała martwego Jezusa. Widziałem kiedyś film, w którym zakonnica została uduszona własnym różańcem. Skojarzyło mi się to z Mathilde.

- Chciałbym, żebyś się postarał dogadać się z Tilly - oświadczył mi kiedyś Sal. - Ona naprawdę cię lubi, wiesz. I nie rozumie, dlaczego zachowujesz się przy niej tak dziwnie.

Potrafiła doprowadzić Sala do beznadziejnego stanu. Wszystko, co robił, miało na celu uspokojenie jej i utrzymanie standardów niemożliwych do spełnienia, których jednak oczekiwała. Myślałem, że może jest ekspertką od hipnozy, i czasami zastanawiałem się, czy aby w idei czarnej magii nie kryje się cząstka prawdy. Przyłapywałem się na tym, że patrzę, czy nie rzuciła jakiegoś zaklęcia. Laura powiedziała, że mam paranoję.

- Ale co on w niej widzi? - spytałem. - To znaczy oprócz ewidentnych walorów estetycznych.

- Ale czyż to nie dla tych dziewięćdziesięciu procent mężczyźni lubią kobiety? - spytała Laura. - Poza tym Sal ma się ostatnio znacznie lepiej. Widziałeś wczoraj jego źrenice? Najwyraźniej nie bierze, więc przebywanie z nią chyba mu służy.

To prawda, że Sal mniej imprezował i zażywał mniej narkotyków. Wiedziałem, że to dobre. Ale wiedziałem też, że powodem tej zmiany było to, że Mathilde trzymała go u swego boku, uwielbiał ją i przygotowywał dla niej posiłki, które później wyrzygiwała w łazience. Cały ten pozytywny efekt miał negatywną przyczynę i nie mogłem się zmusić, by to zaakceptować.

Próbowałem z nim porozmawiać.

- Ale ja ją kocham - powiedział Sal. Wpatrywał się w swój kufel. - Cholera, serio. Nigdy wcześniej tego nie powiedziałem. Zresztą nigdy mi o to nie chodziło.

Z jego miny dało się wywnioskować, że zaszedł już za daleko.

- Wygląda na to, że ona cię zdominowała - powiedziałem. - Może nie powinieneś tak otwarcie mówić, co do niej czujesz.

Sal wyglądał na zdezorientowanego.

- Dlaczego miałbym tego nie robić?

- Tylko nie odsłaniaj się tak często - poradziłem, zaciągając się głęboko papierosem. - Nie chcę, żebyś został zraniony. To wszystko.

- Mówisz, że jestem innym człowiekiem, kiedy jestem przy niej - zauważył - i masz rację. Sprawia, że chcę być lepszym facetem i kimkolwiek ona chce, żebym był. Czy to nie jest dobre? Starać się być lepszym? Czy nie na tym polega miłość?

Wzruszyłem ramionami. Dopiliśmy nasze piwa.

Tej nocy spojrzałem na Laurę, która spała obok mnie. Jej brązowe włosy na poduszce wyglądały na czarne. Leżała na boku, a na tle okna rysował się kształt jej pleców, gdy jej ciało unosiło się i opadało. Znałem jej ruchy jak tykanie znajomego zegara. Przez chwilę o niej myślałem. Pomyślałem też o kimś innym, a potem zamknąłem oczy.

Lato 2003

- Powiedz mi, w co wierzysz - rzekłem.

- Dlaczego?

- Chcę wiedzieć, co jest dla ciebie prawdziwe.

Siedzieliśmy na kamieniach w Dungeness, pod niebem białym od wilgoci. W tamtym okresie spotykaliśmy się praktycznie codziennie, jakbyśmy w jakiś sposób wiedzieli, że nadchodzi koniec. W pracy jednak unikaliśmy się nawzajem. Plotka była pożarem, który potrzebował tylko trochę wiatru, aby się rozprzestrzenić, a tego chciałem dla siebie. Dodatkowa korzyść z tego, co nam wyrządziła, ujawniała się, gdy w końcu byliśmy sami. Kiedy ją przytulałem, dotyk jej skóry nabierał intensywności, niczym gorączka, której nie chciałem wyleczyć.

W Dungeness nikt nas nie znał.

- Co jest dla mnie prawdziwe? - Wbiła palce w kamienie. - Minęło dziewiętnaście lat i wciąż staram się to ustalić.

- Co będzie, kiedy umrzesz?

Odsunęła się. Wyczuwałem jej dyskomfort i jakaś część mnie chciała zmienić temat, ale przyznam, że większość mnie chciała sprawić, by czuła się niekomfortowo.

- Biblia mówi... - urwała i wzięła głęboki wdech. - Biblia nazywa śmierć głębokim snem. Pewnego dnia na ziemi wybuchnie wielka wojna zwana Armagedonem i wszyscy, którzy umarli, ożyją na rajskiej ziemi.

Kiwnąłem głową, jakbym rozumiał.

- Więc kiedy nadejdzie ten Armagedon?

- Biblia mówi, że żyjemy w dniach ostatecznych, więc w każdej chwili.

- Chcesz powiedzieć, że może nadejść jutro?

Skinęła głową z uśmiechem pełnym zakłopotania.

- Kiedy byłam mała, dorośli mówili mi, że nigdy nie skończę szkoły, bo nadejdzie Koniec. Powiedzieli, że nigdy nie wyjdę za mąż ani nie będę miała dzieci, bo wtedy będziemy już w Nowym Świecie.

Uniosłem brwi.

- Ojej.

- Musi ci się to wydawać bardzo dziwne.

- Mówiłaś, że wszyscy, którzy umarli, powrócą do życia, ale co się wtedy stanie?

Odpowiedź zajęła Annie trochę czasu.

- Będą żyć wiecznie w raju. Żyć bez końca.

- Cóż, to brzmi ładnie - powiedziałem. - Poproszę trochę. Ale co się stanie podczas tej wojny? Tego... Armagedonu?

- To walka między dobrem a złem - powiedziała, unikając kontaktu wzrokowego. - Ci, którzy staną w Prawdzie i zostaną uznani za dobrych, trafią do raju, a tych, którzy zostaną uznani za niegodziwych, czeka wieczna śmierć.

W zamyśleniu pogłaskałem się po brodzie.

- Zdefiniuj pojęcie "dobrzy".

Zakryła dłońmi zarumienioną twarz.

- Czego ode mnie chcesz? Cholernego wykładu o Biblii?

- Czy nie tym się właśnie zajmujesz, gdy pukasz do drzwi obcych ludzi?

- Tak, obcych. Odrabiam swoje i kończę. Nie każ mi tego robić w dzień wolny.

- Myślałem, że to jest dla ciebie ważne.

- Bo jest. - Podniosła kamień i zacisnęła w dłoni. - Ale spędziłam całe życie, różniąc się od wszystkich. Nie chcę o tym myśleć, kiedy jestem z tobą.

Po drugiej stronie plaży stała drewniana chata z otwartymi drzwiami. Zostawiłem Annę na kamieniach i pomaszerowałem po coś do picia. Stary mężczyzna siedział w środku na plastikowym krześle, jego twarz była ukryta za jaskrawą pierwszą stroną tabloidu. Miał na głowie fedorę, która kojarzyła mi się z dziadkiem.

Odchrząknąłem. Podniósł wzrok i odrzucił gazetę. Wyczuwając, że nie jest w nastroju na pogawędki, odwróciłem się, by spojrzeć na morze, gdy do styropianowych kubków nalewał dwie herbaty.

Anna obserwowała, jak wracam przez plażę. Słońce znalazło przerwę między chmurami i oświetliło jak reflektor mały skrawek kamieni, na którym siedziała. Pomyślałem sobie, jakie to dziwne, że nigdy nie dowie się, jak to jest być nią w moich oczach.

Sączyliśmy herbatę z kubków i patrzyliśmy na płaskie morze.

- Wiesz, jaki jesteś? - spytała po chwili.

Spojrzałem na nią.

- Jesteś ze świata.

- Ze świata?

- "Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość; kto zaś wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki"2. Ty jesteś "ze świata" i nie przynosisz nic prócz zniszczenia.

Dopiłem swoją herbatę.

- Czyli, jak się domyślam, zginę podczas tego Armagedonu?

Chyba nie wydało się jej to szczególnie zabawne.

- Jak mogę przestać być "ze świata"?

- Musisz stać się jednym z nich. Znaczy się, jednym z nas. Pić z kielicha bożego.

- Czyli jak u katolików - stwierdziłem, przypominając sobie szkolne wizyty w kościele. - Pić krew Chrystusa i zmyć swoje grzechy? Chyba dam radę.

- Nie, daj spokój z krwią. Żadnych transfuzji, pamiętasz? Krew jest święta. Reprezentuje życie, a jego nie ma prawa dawać ani zabierać nikt poza Bogiem.

Zapaliłem papierosa.

- To wszystko brzmi bardzo fascynująco. Inny świat. Może zostaniesz moją nauczycielką?

- Ja? - Zaśmiała się Anna. - Nie mam nawet kwalifikacji na studentkę.

Przełożyłem papierosa do drugiej ręki, z dala od niej.

- W twoich ustach brzmi to bardzo ściśle - zauważyłem.

- Możliwe. Jest wiele zasad.

- Ale ty też chyba dysponujesz wolnością. Nie trzymają cię na krótkiej smyczy.

- A czy ja jestem psem?

- Nie - powiedziałem ze śmiechem. - Chodzi mi o to, że jesteś tu ze mną. Pracujesz z mnóstwem nas, jak to nazwałaś, "światowców"?

- Pamiętaj, że obowiązuje mnie godzina policyjna.

- Tak jak wiele osób.

- Nie możemy uniknąć życia na świecie, i ja muszę zarabiać. Ale mam pracować, a potem wracać do domu i spędzać czas tylko z ludźmi, którzy również są w prawdzie.

- W Prawdzie?

Zarumieniła się.

- Tak nazywamy ludzi tej samej wiary. Przepraszam, to musi brzmieć dziwnie, jeśli nie jesteś przyzwyczajony. Kiedy jestem przy tobie, zapominam, że nie jesteśmy tacy sami.

Rzeczywiście zabrzmiało to dziwnie. Niemiło. Arogancko.

- To ciekawe - powiedziałem, zaciągając się.

- Nie wiedzą, że jestem tu z tobą - powiedziała, jej skóra wciąż płonęła. - Nazywam to licencją poetycką. Nastolatki mają się buntować, prawda?

- Więc jestem sekretem.

- Lisa to tajemnica. Nie wiedzą, że ona istnieje. Mam udawaną przyjaciółkę Susie, która rzekomo należy do zboru na wybrzeżu. Myślą, że spędzam czas z nią.

- Czy nie ma pewnej ironii w nazywaniu tego Prawdą, a następnie okłamywaniu rodziców i prowadzeniu podwójnego życia?

Anna podciągnęła kolana do piersi i zamknęła się w sobie.

- Nie wiem, dlaczego zadajesz mi te pytania, a potem krytykujesz. Nie oczekuję, że zrozumiesz. Czasami nie jestem sobą. Ale to dla mnie tak naturalne jak moja ręka czy stopa. Nie potrafię się od tego oddzielić.

Wyciągnąłem rękę i złapałem ją za ramię.

- Hej - powiedziałem. - Przepraszam że jestem kutasem. Bo jestem. Po prostu próbuję to wszystko zrozumieć, a to trudne, bo tak jak dla ciebie to całkowicie naturalne, tak dla mnie całkowicie nienaturalne.

Patrzyłem, jak jej palce bawią się gorącymi kamieniami.

- To tak jakbym była dwiema Annami - powiedziała. - Podzielona na dwie części. Każda niekompletna. Wolałabym nie lubić robienia złych rzeczy, ale lubię.

- No cóż, mogę być kutasem - stwierdziłem, siadając. - Ale nie nazwałbym siebie złym.

Jej twarz znowu płonęła.

- Teraz moja kolej na przeprosiny.

Uśmiechnąłem się, by uwolnić ją od winy. Stało się dla mnie jasne, że wystarczy jej wstydu, w który wpędzają ją inni. Ja nie chciałem jej go dokładać. Może mógłbym stać się jej schronieniem. Boże, jaki ja byłem głupi.

- Mam służyć, bo chcę - powiedziała - nie dlatego, że jestem zmuszona. Gdyby mnie zakuli w kajdany, to wiedzą, że i tak się uwolnię. To musi być moja decyzja.

- I tego rzeczywiście chcesz?

Na jej twarzy malował się smutek.

- To wszystko, co kiedykolwiek poznałam, Nick. Nie znam nic innego. Za każdym razem, gdy próbuję innej ścieżki, nigdy nie wychodzi dobrze. To moje bezpieczne miejsce, w którym nie spotka mnie krzywda.

Zamilkliśmy i skoncentrowałem się na dymie. Ostatnio wypalałem paczkę dziennie, częściowo z powodu kojącego przypływu nikotyny, ale także dlatego, że trzymanie papierosa było jak broń lub tarcza przeciwko sile tego, co do niej czułem. Wiedziałem też, że nie cierpi, kiedy palę, ale jakiś pokręcony element mojej psychiki uwielbiał ją męczyć.

- Czy kiedykolwiek miałeś uczucie, że jest w tobie coś zbyt dużego, by dało się to zrozumieć? - spytała. - Tęsknota za czymś głębszym. - Chwyciła garść kamieni. - Czasami po prostu chcę trochę powariować. Zobaczę, dokąd mnie to zaprowadzi.

Złapałem ją za sukienkę i przyciągnąłem do ust. Od razu odwzajemniła pocałunek.

- Widzisz tę latarnię morską? - spytała, wskazując głową na igłę wystającą z gontów na chacie, w której kupiłem herbatę. - Chodźmy tam.

Poszliśmy bez słowa, jedyne dźwięki pochodziły od kamieni chrzęszczących nam pod stopami i od wysokiej trawy targanej przez wiatr. W oddali, na tle posępnego nieba, wyłaniała się elektrownia, białe pióropusze dymu unosiły się i rozchodziły w powietrzu.

Podwójne zielone drzwi u podnóża latarni były otwarte, a pozbawione okien wnętrze wyglądało zachęcająco i chłodno.

- Można prosić? - zapytałem, jakbym zapraszał ją do tańca.

Kiedy wchodziliśmy, musnąłem jej ramię, i przeszedł mnie prąd.

Zapłaciliśmy za wstęp i zatrzymaliśmy się na dole schodów, by spojrzeć na długą spiralę ponad nami. Kręciła się w kółko, w kółko i w kółko, i chociaż balkon i widok z góry były ukryte, powiedzieliśmy sobie, że warto. Ciepło zaczęło spływać mi po plecach, ale wziąłem jej rękę w swoją i zaczęliśmy się wspinać.

W jednej trzeciej wysokości puściła moje palce i oparła się o poręcz.

- Czyj to w ogóle był pomysł? - Jej twarz zaróżowiła się od napływającej krwi.

- Twój.

- Więc powinieneś był odmówić.

- Byłabyś tym zachwycona, nie?

- Cicho bądź. - Otarła czoło ramieniem i kontynuowała wspinaczkę.

Podwinąłem rękawy i ten gest coś mi przypomniał.

- Gdyby mój tata tu był, sadziłby po dwa stopnie naraz. "Dalej, chłopcze. Przebieraj nogami".

- Jeszcze nie poznałam twojego taty, ale z tego, co mówisz, wyobrażam go sobie jako ojca z filmu z lat osiemdziesiątych, który grozi dziecku wysłaniem do szkoły wojskowej.

Zatrzymałem się i roześmiałem, zarówno z jej żartu, jak i z niedowierzania, ile jeszcze schodków zostało nam do pokonania.

- Idealne porównanie. - Piąłem się wzwyż. - To tylko jeden z wielu powodów, dla których nigdy się nie ożenię ani nie będę miał dzieci.

Poczułem, że za moimi plecami Anna się zatrzymała, ale kontynuowałem.

Dziesięć stopni dalej wytraciłem impet. Poczułem, że noga gnie mi się w kolanie, i przykucnęłam na stopniu, śmiejąc się i próbując złapać oddech.

- Płuca palacza - powiedziała Anna, przechodząc obok. - Dobrze ci tak.

Oschłość jej tonu sprawiła, że uniosłem głowę, kiedy przechodziła. Wydawała się bardzo skupiona, jakby pruła wprost do mety. Chciałem już zaproponować kapitulację i zejście na dół, ale teraz byliśmy już bliżej szczytu niż dołu.

Weszła na górę jako pierwsza i nie czekała na mnie. Kiedy kilka chwil później dołączyłem do niej, była już po drugiej stronie lampy, poza zasięgiem wzroku.

Od: ANNA Do: NICK Temat:

Spytałeś mnie dzisiaj, co było dla mnie prawdziwe. Robiłam, co w mojej mocy, żeby to wyjaśnić, ale to u mnie nigdy nie wystarcza. Jak mam ci opowiedzieć o tym, że kiedy miałam osiem lat, w każdy wtorek wieczorem chodziłam z rodziną do mieszkania małej starszej pani, żeby studiować Księgę Objawienia. Ta kobieta miała na imię May i mieszkała sama. Miała kremową teksturowaną tapetę, z wypukłymi wzorami, które obrysowywałam palcami przy zdejmowaniu butów. Meble były zsunięte pod ściany, a na środku stał krąg utworzony z krzeseł. Kiedy nie było wolnych miejsc, dzieci siadały na podłodze. Jedna ze starszych sióstr, które tam bywały, miała na imię Beryl. Miała fioletowe przebarwienia na nodze, męża stojącego w Prawdzie, a po skończonych naukach rozdawała dzieciom słodycze z papierowej torby. Beryl zawsze miała gotową odpowiedź na wszystko, nawet na najtrudniejsze pytania w Księdze. Jej wiara była silna.

Apokalipsa miała twardą czerwoną oprawę ze złotymi napisami na okładce. Wewnątrz znajdowały się sugestywne opisy tego, jak nasz świat ulegnie zniszczeniu podczas Armagedonu. Budynki się zawalą, ziemia się zatrzęsie, gniew Boży rozleje się po całej ziemi. Obrazy z tej księgi zostały mi w pamięci na zawsze: stosy trupów, zawodząca kobieta z martwym dzieckiem na rękach, twarze wszystkich tych, którzy nie słuchali, wykrzywione z bólu, przerażenia i żalu. Ale były też przedstawienia pokoju. Po wojnie, po unicestwieniu innych rodzin staniemy na zielonych wzgórzach i będziemy się uśmiechać.

Nie miałam wątpliwości, po której jestem stronie. Nie było mowy o koleżankach ze szkoły z ich przyjęciami urodzinowymi, halloweenowym "cukierek albo psikus" i rozświetlonymi, złymi świętami Bożego Narodzenia. Dla mnie to oni byli tymi, których matki będą zawodzić. To oni będą bezwładnie zwisać w ich ramionach.

Jak mam ci to wszystko powiedzieć? Jak mam ci powiedzieć, że moje zbawienie wymaga zagłady innych?

Przy drzwiach wejściowych stał mały stolik z porcelanowymi figurkami, bibelotami, szklanymi kulami ze śniegiem w środku, zabaweczkami, a wszystkie te bezużyteczne przedmioty miały naklejki z cenami: 10, 20, 50 pensów. W każdą niedzielę May wrzucała każdy grosz zarobiony na ich sprzedaży do puszki na tyłach holu. Kiedy studiowanie Księgi dobiegało końca, oglądałam te rzeczy i błagałam mamę, żeby pozwoliła mi wydać kieszonkowe na porcelanowego pieska, wgnieciony mosiężny garnuszek lub szklaną gitarkę wypełnioną wielokolorowym piaskiem. Odpowiedź zwykle brzmiała "nie", ale czułam się źle, nie kupując nic od May, zwłaszcza że nikt nigdy niczego u niej nie kupował. "Ale pieniądze trafiają do zboru" - apelowałam, a moja matka gromiła mnie wzrokiem. Jak może mi odmawiać, myślałam sobie, skoro May byłaby taka szczęśliwa, gdybym dała jej dwadzieścia pensów, co jednocześnie uszczęśliwiłoby także Jehowę. Dlaczego mama nie rozumiała, że staram się uszczęśliwiać innych? Czy nie to było moim zadaniem?

Próbowałam wcześniej odciąć się od tego życia, ale coś mnie powstrzymywało. Tak jest nawet dziś. Jak mogłabym opuścić jedyny świat, jaki kiedykolwiek poznałam? Jak mogłabym rozbić te neurony w mojej głowie, które nazywają to coś Prawdą, te, które kształtowały się, gdy ja uczyłam się chodzić i mówić? Jak mogę odwrócić się plecami od Beryl, May i Jehowy? Jeśli członkowie zboru są tak pewni, że to wszystko prawda, jakie mam prawo powiedzieć im, że to nieprawda? Jak mogłabym zrobić ze swojej matki kobietę z obrazka, tę, która niesie swoje martwe, niegodne dziecko? Jak mogłabym ryzykować, że nie podniosłaby mnie, gdybym upadła?

Zadaję pytania, na które nigdy nie zdołasz odpowiedzieć.

Rozumiesz? Teraz rozumiesz?

Oczywiście, że nie. Kto by potrafił.

Lato 2003. Po drugiej nocy

- Mam nadzieję, że znowu robisz kanapkę z bekonem - wyszeptała mi do ucha Anna, kiedy obudziłem się tego ranka.

Przetarłem oczy i spojrzałem na nią. Jej makijaż rozmazał się przez noc, dając efekt, który określa się jako "smoky eye". Uśmiechała się, z rękami schowanymi pod policzkiem na poduszce. Co ja, kurwa, robiłem z taką dziewczyną w łóżku.

- Co tylko zechcesz - powiedziałem.

Sal siedział przy kuchennym stole; gdy weszliśmy, zamrugał i pomachał sennie. Na twarzy miał wypisane kilka kufli.

- Ciężka noc? - spytałem.

Zakrył twarz dłońmi.

- Nawet sobie nie wyobrażasz.

- Herbaty? - spytała Anna, podnosząc czajnik. Włożyła mój T-shirt i dżinsowe szorty i boso zeszła na dół. Ja wciągnąłem na siebie koszulkę, a Sal miał na sobie tylko bokserki.

Zacząłem od bekonu, a Anna zapytała Sala, jak minął wieczór. Kiedy opowiadał o pijackich bójkach pod klubem, pomyślałem o swojej nocy: jak leżałem z nią na łóżku, rozmawiając i milcząc, dotykając nawzajem swoich ciał. Odwróciłem się i oparłem o blat, a ona złapała moje spojrzenie i się uśmiechnęła.

- To pomoże ci na głowę - powiedziała, nalewając herbatę. Postawiła na stole przed nim wyszczerbiony kubek i pogłaskała go po głowie. - Albo mogę zrobić krwawą Mary, to już jak wolisz. Klina?

Sal spojrzał na nią z uwielbieniem.

- Wyjdź za mnie i urodź mi dzieci - rzekł poważnym głosem.

Anna się roześmiała.

- Może któregoś dnia.

- A więc chcesz mieć dzieci?

- Oczywiście. A kto nie?

Sal obejrzał się i zagwizdał, naśladując odgłos spadającej bomby. Anna zarumieniła się, wbijając wzrok w swoje stopy, i zapadła ciężka cisza, dopóki bekon nie zaczął strzelać.

- Myślałem, że chcesz uciec do Nowego Jorku i zostać malarką - powiedziałem w końcu.

- Bo chcę.

- Trudno bawić się w cyganerię, jak się ma męża i dzieci.

W końcu spojrzała na mnie i nadeszła moja kolej, by odwrócić wzrok.

- W dzisiejszych czasach można mieć wszystko, nie słyszałeś o tym? Trzeba tylko użyć wyobraźni.

Pewnego wieczora wyszliśmy z pracy razem z tłumem klientów.

Wszedłem do pubu i zastałem ich stłoczonych wokół kilku stolików z przodu. Siedziała w kącie, w skupieniu rozmawiając z Lisą. Machnąłem wszystkim ręką na powitanie, a ona zobaczyła to, lecz kontynuowała rozmowę. Bez odmachania, bez uśmiechu, bez reakcji. Poszedłem do baru.

Kiedy kilka drinków później zeszliśmy ze wzgórza do klubu, szła przed siebie pod ramię z Lisą. Ruszyłem dalej, paląc i śmiejąc się z prostackiego dowcipu. Wciąż prawie na mnie nie patrzyła.

Przy barze znalazłem się obok niej. Muzyka była tak głośna, że musiałem nachylić jej się do ucha, żeby zdołała mnie usłyszeć.

- Zamierzasz się w ogóle przywitać?

Spojrzała na parkiet i uśmiechnęła się.

- Ty też się nie przywitałeś.

- No to się witam.

Spojrzała na mnie.

- Cześć.

- Często tu bywasz?

Roześmiała się i przerzuciła włosy przez ramię.

- Musisz się bardziej postarać.

- Uważaj, Nick! - krzyknął jeden z chłopaków z tyłu. - Niedługo wróci jej kolega. A może nadal "robicie sobie przerwę"? - spytał, kreśląc palcami w powietrzu przesadne cudzysłowy.

Anna się skrzywiła.

- Pilnuj swojego nosa, okej?

Podniósł obie ręce w udawanym geście porażki i przeszedł przez tłum, zostawiając za sobą urywki swoich słów. Mimo muzyki zapadła ciężka cisza i nie patrzyliśmy na siebie.

- Drinka? - spytałem w końcu, a ona skinęła głową i skrzyżowała ręce.

Patrzyłem, jak tańczy do kilku piosenek. Trzymałem się na uboczu, rozmawiając z pozostałymi oraz z kilkoma kolegami z paczki ze starej szkoły, którzy też wyszli na miasto. Od czasu do czasu rzucała mi spojrzenie, a ja za każdym upijałem łyk piwa i patrzyłem gdzie indziej.

Po kilku drinkach zeszła z parkietu i ruszyła w kierunku toalet. Lisa podążyła za nią i stanęła, gdy zauważyła, że patrzę. Uśmiechnąłem się przyjaźnie i odwróciłem wzrok, ale już ku mnie ruszyła.

- Muszę z tobą porozmawiać - powiedziała, biorąc mnie pod ramię i prowadząc do kąta, gdzie było cicho i nie musieliśmy krzyczeć. Zrobiła to szybko, oglądając się przez ramię, pewnie żeby sprawdzić, czy Anna nie widzi.

- Wszystko w porządku? - spytałem, gdy puściła.

Lisa położyła ręce na biodrach.

- Co ty robisz?

Zmarszczyłem brwi.

- Zawodowo czy...?

Potrząsnęła głową i wiedziałem, że żartami tego nie załatwię.

- Lubisz ją, prawda?

Wypiłem łyk piwa.

Lisa uśmiechnęła się sarkastycznie, jakby już domyśliła się, jakim typem mężczyzny jestem.

- Opowiem ci historię - powiedziała, splatając dłonie. - Opowiada o dziewczynie o imieniu Anna, która zakochała się w wieku siedemnastu lat. To znaczy zakochała się w stuprocentowym palancie. Uwielbiała tego palanta do tego stopnia, że robiła rzeczy, do których się nie nadawała. - Lisa uniosła brwi, jakbym wiedział, co ma na myśli. - Kiedy odmówiła zerwania z nim, rodzice wyrzucili ją z domu. Nazywali to twardą miłością. Taa, jasne. Zamieszkała ze mną, bo nikt z jej rodziny nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Byłam przy niej, kiedy zasypiała cała zapłakana, bo kochała swoją rodzinę i tęskniła za nią, i byłam przy niej, kiedy zasypiała cała zapłakana, bo ten gnój złamał jej serce.

Spojrzałem na swoją szklankę.

- Czy będziesz kolejnym takim gnojem, Nick? - spytała Lisa. - Bo nie znam cię zbyt dobrze, ale myślę, że masz zadatki na przyzwoitego kolesia. I widzę, że Anna lubi cię o wiele bardziej, niż powinna.

Wiedziałem, że czeka, aż coś powiem, i odwróciłem się, by spojrzeć na parkiet.

- Ona nie jest taka jak my - powiedziała Lisa. - Musisz zrozumieć chujowość jej sytuacji. To, co naszym zdaniem jest w związku normalne, ona może robić tylko wtedy, gdy jest mężatką. I ma być z kimś, kto wyznaje tę samą wiarę. Osobiście uważam, że to, co zrobiła jej rodzina, było podłe, ale ona zna tylko to. I nie chce ich znowu stracić.

Anna wróciła i rozejrzała się po pokoju. Wyglądało, jakby kogoś szukała.

Spojrzałem z powrotem na Lisę.

- Wiem, o czym mówisz - powiedziałem.

Przyjrzała się mojej twarzy i powoli skinęła głową.

- Nie pogrywaj z nią. Bo słowo daję, pożałujesz.

Nie odpowiedziałem, tylko patrzyłem, jak znika mi z oczu, oddalając się w kierunku Anny. Przez chwilę postałem w kącie, dopijając drinka i starając się nie zerkać na parkiet.

Zamierzałem się wymknąć i wrócić do domu. Wiedziałem, że to właśnie powinienem zrobić. Tuż po północy Anna przeszła obok i chwyciła mnie za palce. Spojrzałem na nią i kiwnąłem głową.

- Spadamy stąd?

Spotkaliśmy się na zewnątrz. Paliłem na ulicy, a ona włożyła dżinsową kurtkę i stanęła jakiś metr dalej z założonymi rękami.

- Dokąd idziemy? - zapytałem.

Spojrzała na wzgórze w kierunku miasta.

- Jestem strasznie głodna.

Ruszyliśmy w kierunku jasnych świateł. Kiedy zniknęliśmy ludziom z pola widzenia, podeszła bliżej i wzięła mnie pod ramię. Żadne z nas się nie odzywało.

W pobliżu szczytu wzgórza poprowadziła mnie w boczną uliczkę za starymi wiktoriańskimi budynkami. Przypominała bardziej alejkę, ciemną i odosobnioną, z dala od drogi. Śmierdziało sikami.

Pchnęła mnie na ścianę i pocałowała.

- To kiedy on wraca? - Nie wiem, czemu to powiedziałem. Nie chciałem wiedzieć.

Znieruchomiała.

- Jakie to ma znaczenie?

Wzruszyłem ramionami.

- A nie ma?

- To ty mi powiedz.

- Dlaczego jesteś teraz ze mną?

Gwałtownie wciągnęła powietrze i spuściła wzrok, opierając lekko głowę na mojej klatce piersiowej.

- Nie wiem. Wiem, że nie powinnam, ale jesteś dla mnie jak narkotyk. Wsparcie, którego nie powinnam mieć.

- Co my tu robimy? - spytałem, gładząc ją po włosach. Patrzyła na mnie i szukała czegoś w mojej twarzy. - Czy myśmy zwariowali?

- Prawdopodobnie za niego wyjdę - powiedziała, patrząc mi na usta. - Nie rozumiesz tego, wiem. Ale prawdopodobnie tak właśnie zrobię.

A potem przylgnęła do mnie, jej usta wylądowały na moich i wiedziałem, że igram z ogniem, ale czasami człowiek pragnie ciepła. Sięgnęła dłońmi pod moją koszulę i dotknęła mojej skóry, a przez moje żyły przebiegł jakiś nieznany impuls elektryczny.

- Muszę dać ci odejść - powiedziała, ale nie odsunęła się, a ja zagłuszyłem jej słowa językiem.

W Annie zaszła zmiana, odkąd opowiedziałem jej o mamie.

Trudno dokładnie określić, co się zmieniło, i tak naprawdę chyba niewiele. Nadal przekomarzaliśmy się ze sobą, nadal się kłóciliśmy, godziliśmy się gorączkowo, ale w tym, jak na mnie patrzy, pojawiło się coś nowego. Zauważyłem, że zerka na mnie, oglądając telewizję albo stojąc w korku. Gładziła mnie palcami po karku i odrywała usta podczas pocałunku, by przycisnąć je do czubka mojego nosa, albo nalegała, żebym wziął ostatni kęs wspólnego jedzenia. Tak jakby kształt tego, co było między nami, stał się miększy. Zmiana była niewielka, ale zasadnicza.

Była pierwszą dziewczyną, której o tym opowiedziałem. Część mnie tego żałowała. Umiałem sobie radzić z cudzymi łzami - pogłaskać po plecach, podnieść na duchu słowami, podsunąć dzbanek herbaty - miałem to opanowane. Ale nie potrzebowałem litości, a zwłaszcza nie potrzebowałem jej litości.

Przytulała mnie dłużej niż wcześniej. Kiedy się obejmowaliśmy, zawsze to ona odsuwała się pierwsza, a teraz zwlekała. Teraz to ja się wycofywałem.

Pewnego razu kazała mi zdjąć koszulkę i położyć się na brzuchu na moim łóżku, po czym delikatnie przesuwała mi palcami po nagich plecach i nie przestała nawet, gdy otworzyłem oczy i zobaczyłem, że minęła godzina.

- Trudno mi wyrazić, jakie to fajne uczucie - powiedziałem. - Ale możesz przestać, jeśli chcesz.

- Zamknij oczy.

Nie opierałem się. Nie umiałem.

- Przeczytałam kiedyś, że ludzki dotyk może naprawić złamane serce. Mam nadzieję, że to prawda.

Nie zatrzymałem się, by zapytać, czyje serce miała na myśli.

Wrzesień 1991

Dom nazywa się Maison de la Cascade, ćwiczymy wypowiadanie tych słów z przesadnym francuskim akcentem w drodze z Calais - mama, Stella, Sal i ja. Prowadzi tata, głównie w ciszy, chociaż od czasu do czasu włącza radio, żeby nastawić transatlantycki kanał sportowy. To jest kod oznaczający "teraz bądźcie cicho", więc wtedy my wycofujemy się do naszych światów i odwracamy twarze w kierunku migających krajobrazów. Ilekroć widzę w oddali zamek, trącam Sala, a on robi to samo ze mną. Mama potajemnie dała każdemu po opakowaniu oryginalnych pringlesów, żeby starczyło na całą podróż, a my rozgniatamy każdego chipsa na podniebieniu, żeby kierowca nie usłyszał chrupania. Zatłuszczone palce na skórzanych siedzeniach stanowią problem, nawet jeśli to samochód z drugiej ręki, a od dziesięciu lat pierdzą w nie pasażerowie.

Na drogach jest w większości luz, bo to koniec lata i każdy wrócił już do szkoły. Wakacje na początku semestru są tańsze. Sal i ja rzadko mogliśmy wybrać sobie miejsca w klasie, ale mieliśmy do wyboru: albo takie wakacje, albo żadne.

Do domu docieramy w porze obiadowej. Stoi przy małej uliczce, z dala od głównej ulicy wioski. Ma rozległy podjazd z pstrokatej kostki brukowej, jaskrawoczerwone okiennice przy każdym oknie i terakotowe donice z czerwonymi kwiatami. Mama, siedząc na słońcu, mówi, że najbardziej lubi pelargonie.

Mama otwiera puszkę piwa z lodówki turystycznej w bagażniku i podaje tacie, a on bierze ją bez słowa i kieruje się do domu, prawdopodobnie na najbliższą kanapę. Stella i mama zaczynają rozpakowywać samochód, a Sal i ja lecimy się rozejrzeć.

Na prawo od garażu znajduje się ścieżka ze schodami, która wije się wokół drzew figowych. Biegniemy rozsadzani energią nagromadzoną przez kilkugodzinne zamknięcie w samochodzie, a kiedy schodzimy, odgłos wody słyszalny z góry przybiera na sile, tak że gdy skaczemy z ostatniego stopnia, dźwięk zmienia się we wrzaskliwe crescendo wodospadu wlatującego do basenu. Maison de la Cascade.

Stajemy i patrzymy z rozdziawionymi ustami. Jako jedenastoletni chłopiec jestem pewien, że słowa "ale to piękne" nie pojawiają się w mojej głowie, ale jestem poruszony widokiem i odgłosami basenu, kroplami jak diamenty, nieustannym pędem wody. Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy i wydaje nam się, że to sen. Nie wiem, co myśli Sal, ale wyczuwam, że myśli podobnie.

Słyszę plusk i Sal już jest w basenie. To w zasadzie duży staw, niezbyt szeroki, ale głęboki, otoczony warstwami naturalnego kamienia i rozciągłymi kępami trzcinowisk. Ubrania Sala leżą u moich stóp, a kiedy odwraca się na wodzie i unosi na plecach, jego szczupły tors lśni w słońcu. Ściągam szorty, wskakuję i unosimy się razem jak opadłe liście. Słońce przenika przez kolczaste rośliny porastające górę wodospadu, a gdy zamykam oczy, pod powiekami wyświetla mi się obraz tej scenerii.

- Róbmy tak codziennie! - wołam do Sala, ale odpowiada mi tylko huk spadającej wody.

Wspomnienia pierwszych dni toną we mgle. Jest trochę tak jak w domu: mama w kuchni, a tata siedzi i coś ogląda. Sal i ja spędzamy większość czasu w basenie. Wchodzimy do domu tylko po to, by skorzystać z toalety lub się przespać, choć gdyby to było możliwe, obie te rzeczy najchętniej też robilibyśmy na zewnątrz.

Pływamy i gramy w piłkę na słońcu. Przebieramy nogami w strumieniu prowadzącym do wodospadu, budujemy tamy i mostki z gałązek i liści. Mama przynosi nam małe butelki panaché3, a my odpoczywamy i udajemy, że jesteśmy dorosłymi mężczyznami. Wspinamy się po stromych zboczach wokół domu, w każdym razie do momentu, aż napotykamy grubego, ciemnego węża, rozwijającego się w słońcu na grani w połowie drogi na szczyt. Potem ja poprzestaję na trawie i wodzie, ale Sal wciąż się wspina. Myślę, że teraz szuka węży.

W sumie nie robimy za wiele. To wspaniałe uczucie.

Z basenu dobiega nas śmiech mamy i Stelli przygotowujących posiłki. Radio ciągle gra, a one śpiewają Joe le taxi i kopcą jednego za drugim w otwartym oknie.

Potem, dzień przed wyjazdem, wszyscy jesteśmy na basenie - Sal i ja pływamy, mama i Stella siedzą kawałek dalej na leżakach - a tu tata schodzi po schodach, dzwoniąc drobniakami w kieszeni.

- Wszystko w porządku, kochanie? - pyta mama, prostując się. - Zrobić ci czegoś?

- Czemu zaraz miałabyś mi coś robić? - odparł. - Nie wolno mi zejść na dół i zobaczyć się z własną rodziną?

Mama uśmiecha się, lekko spięta, i powoli opada na siedzenie.

- Cześć, chłopcy - mówi tata i pochyla się, by zmierzwić nam włosy. - Cieszycie się wakacjami, prawda?

Sal wzdryga się pod jego dotykiem.

- Wiecie, chłopcy - ciągnie, zrzucając ubranie. - Kiedyś, w wojsku, byłem w drużynie pływackiej. Najlepiej zrzucałem bomby z powietrza i najlepiej skakałem na bombę do wody.

- Paul, przestań - protestuje Stella spod wielkiego, miękkiego kapelusza. - Nie chcemy być cali mokrzy tylko po to, abyś mógł się popisać.

Tata cofa się, aby wziąć rozbieg, i fachowo oddaje skok, zwijając się w kulkę, która uderza dokładnie w środek basenu. Pióropusz wody opada na trawę. Chwilę później tata wypływa na powierzchnię. Klaszczemy tylko mama i ja.

Sal wyłazi z basenu i otrząsa się z wody. Bierze ręcznik z leżaka i mocno pociera włosy.

- Idę do środka. Przynieść coś komuś?

- Poproszę loda na patyku! - wołam z basenu.

Mama wyciera kartki swojej książki o spódnicę.

- Weź całe pudełko, Sal.

Brat kiwa głową i wbiega po schodach.

- Dobrze się bawisz, synu? - pyta tata, wychodząc z wody. Potakuję, a on przez chwilę stoi w słońcu, z rękami na biodrach i zamkniętymi oczami. Wygląda jak jeden z tych greckich posągów w British Museum. Odgarnia włosy i podchodzi do leżaków i siada za mamą, która wciąż wyciera się ręcznikiem.

- Naciesz się do woli - mówi, przyciągając ją do siebie i robiąc coś, co sprawia, że zaczyna piszczeć. - Wkrótce powrót do rzeczywistości.

Patrzę, jak szepcze coś mamie do ucha, a ona śmieje się i mruga do mnie. Zanurzam się z powrotem w wodzie, odwracam na plecy i pływam. Po odległym błękicie nieba przelatuje samolot; myślę o pasażerach siedzących na fotelach z walizkami schowanymi pod spodem, jedzących gumowate posiłki na małych tackach. Wyobrażam sobie, że wybucha bomba i spadają w kawałeczkach.

- Ręce do góry!

Rozlega się krzyk Stelli. Ten dźwięk ciągnie się całymi latami.

Później dowiaduję się, że Sal, wracając z pudełkiem wyjętym z zamrażarki, zauważył uchylone drzwi garażu. Rolnik, który był właścicielem domu, często wpadał tam po swoje rzeczy, a drzwi zwykle zamykał na grubą kłódkę. Tego dnia jednak zostawił je otwarte, a Sal, jak to Sal, wszedł do środka.

W kącie znalazł opartą o ścianę strzelbę.

Nie wiem, co to była za strzelba. Tego rodzaju szczegóły nie mają tak naprawdę znaczenia. Prawda? Ilekroć w szkole dochodzi do strzelaniny, ludzie chcą wiedzieć, jakiego rodzaju broni użyto, ile wykorzystano amunicji, co strzelający powiedział do zapłakanych uczniów, gdzie się oni ukrywali, w jakie gry wideo grywał, jaki miał kolor skóry. Ludzie kochają szczegóły.

Zrobię więc, co w mojej mocy.

To były te spiralne lody o smaku limonki z jakimś egzotycznie brzmiącym francuskim słowem wykaligrafowanym na opakowaniu. Samo pudełko było lekko zamoczone od lodu, który przymarzł do ścianek zamrażarki.

Myślę, że to była strzelba na ptaki.

Sal niósł pudełko pod pachą ramienia, w którym trzymał strzelbę.

Powiedział, że chciał nas tylko przestraszyć. Właściwie powiedział, że nawet nie chciał tego zrobić. Myślał, że będziemy się śmiać, powiedział. Myślał, że wszyscy powiemy "ojej, Sal, ale super", a potem rozda nam lody.

Był tak podekscytowany, że zbiegał po dwa schodki naraz. Gdy dotarł na dół i zawołał do nas, pudełko zaczęło mu się wyślizgiwać, a on napiął ramię, żeby mu nie wypadło. Ale jego mózg wysłał również wiadomość do palca, aby chwycić strzelbę, a palec wykonał polecenie, naciskając spust i oddając strzał. Kiedy śledczy badali później miejsce zdarzenia, znaleźli wyszczerbiony kawałek skały za wodospadem - kula trafiła w nią i rykoszetowała przez staw w kierunku leżaków, po czym trafiła naszą matkę w lewą skroń i nie wyszła z drugiej strony.

Nic nie dało się zrobić, mówili.

Umarła natychmiast, mówili.

Lato 2003. Tuż przed końcem

To był gorący dzień.

Każdy dzień tego lata zaczynał się tak samo, ale ten zapamiętałem inaczej. Pamiętam kropelki potu pełzające po moich włosach - to znaczy tym, co z nich zostało - ślizgające się jak węże po mojej głowie do szyi lub tylnej części ucha, zanim spływały po reszcie mojego ciała. W dni, kiedy byliśmy razem, miałem gdzieś upały. Kleiłem się do niej, a ona do mnie, i tak było całkiem w porządku.

- Chodźmy do Eastwell - zaproponowała Anna, kiedy do mnie podeszła. - Wszyscy są dziś na plaży. Jest bezpiecznie. Wracajmy nad jezioro.

Szliśmy wiejską dróżką. Żywopłoty wzdłuż drogi były krótkie i wystawiały nas na skwar, a nasze cienie rozciągały się przed nami. Powtarzały po nas każdy ruch. Kiedy wziąłem ją za rękę, postać z przodu wyciągnęła rękę, by chwycić swoją ukochaną, a kiedy przyciągnąłem ją do pocałunku, spojrzałem z ukosa w lustro, by zobaczyć, jak dwoje staje się jednością.

- Właśnie coś sobie uświadomiłam - powiedziała, cofając się. - Nigdy nie widziałam, jak tańczysz.

- To nie przypadek.

Uniosła brwi w oczekiwaniu.

- Nie tańczę.

- Bzdury. Każdy tańczy. Nawet jeśli samemu u siebie w pokoju.

Potrząsnąłem głową.

- Nawet wtedy.

Zatrzymała się i uniosła ręce w geście protestu, jakby to, co właśnie powiedziałem, było stwierdzeniem o sile trzęsienia ziemi. Na czole lekko błyszczał jej pot i wyobraziłem sobie, że smakuje słono.

- No dobrze - powiedziała. - Będę musiała być tą, która pokaże ci, jak to się robi. - Po czym złapała mnie za ramię i przyciągnęła do siebie, tak że zetknęły się nasze brzuchy. Położyła moją rękę na swoim ramieniu, swoją na moim pasie, a pozostałe ręce złączyły się, pokazując drogę.

- To nie ja powinienem prowadzić? - spytałem, gdy pchnęła nas do przodu.

- Bo co? - spytała, popychając nas do tanga. - Sam fakt, że masz penisa, nie daje ci żadnych praw.

Zsunąłem ramię w dół, objąłem ją w talii i chwyciłem mocno, a następnie podniosłem i obracałem w kółko, aż zakręciło nam się w głowach i padliśmy ze śmiechem na drogę.

- Gówniany z ciebie tancerz, i dobrze o tym wiesz - odparła, śmiejąc się i ocierając czoło wierzchem dłoni. - Ale cieszę się, że jestem twoją pierwszą.

Uśmiechnęliśmy się do siebie i zaczęliśmy nachylać się do pocałunku, gdy z tyłu rozległ się szelest i przez żywopłot przelazł lis. Coś zwisało mu z pyska. Na nasz widok stanął, po czym upuścił to, co miał w zębach, i pomknął w górę drogi.

- Ojej, spójrz - powiedziała Anna, wskazując na maleńkie brązowe stworzenie dyszące na ziemi.

Zerwaliśmy się na równe nogi i pobiegliśmy. Był to młody królik, z rozciętym brzuchem, przez zakrwawioną ranę wychodziły mu wnętrzności. Leżał na drodze z na wpół otwartymi oczami i wpatrywał się w suchy blask słońca. Z trudem łapał oddech.

- O nie. - Upadła na kolana. - O nie, biedactwo. To straszne. Jego życie dopiero się zaczynało. - Odruchowo wyciągnęła ręce, by go dotknąć, a ja pochyliłem się i ją powstrzymałem.

- Nie rób tego. - Chwyciłem ją za przegub. - Może być chory. Popatrz na to. Nic nie da się zrobić.

Podniosła wzrok i zobaczyłem w jej oczach łzy.

- Ale nie możemy go tak zostawić.

Rozejrzałem się po alejce i wróciłem z dużymi porwanymi liśćmi, zgarnąłem nimi królika.

- Delikatnie - powtarzała Anna. - Nie zrób mu krzywdy. - I ostrożnie położyłem jego ledwie żywe ciałko na zacienionej stronie drogi.

Kilka godzin później, po powrocie do domu, znaleźliśmy go martwego, a Anna wydrążyła jamkę w spieczonej ziemi, żeby zrobić miejsce na płytki grób. Opierała mi się na ramieniu, gdy szliśmy dalej, od czasu do czasu zerkając do tyłu i szybko przecierając oczy palcami. Milczeliśmy, dopóki nie dotarliśmy do jeziora.

Mieniło się jak woda we wspomnieniach. Staliśmy przy moście i przez chwilę patrzyliśmy na nie, po czym poszliśmy do zrujnowanego kościoła i położyliśmy się na brzegu w cieniu.

Odwróciłem do niej głowę.

- Dlatego staram się uwierzyć w Boga.

Nie odrywała oczu od baldachimu gałęzi nad głową.

- Jeśli chodzi o twoje przekonanie, że wszyscy będą żyć wiecznie - kontynuowałem - zmagam się z nim, bo o ile wiem, śmierć jest całkowicie naturalną częścią życia. Te drzewa już zaczynają gubić liście i wkrótce wszystko umrze. A na wiosnę życie rozpocznie się od nowa. To cykl. To naturalny porządek rzeczy.

- Zimą drzewa nie umierają - zaoponowała. - One odpoczywają. I tak w Biblii opisana jest śmierć: jako głęboki sen. Pewnego dnia zmarli się zbudzą. Wyobraź sobie, że wiosną drzewa nie tętnią nowym życiem. Wiesz przecież, że tak się stanie. Dlaczego miałoby się to wydawać tak magiczne, że to samo dzieje się z ludźmi?

- Ale właśnie o to mi chodzi. To nowe życie. Nie to, które było wcześniej.

- Co masz na myśli?

- Słoneczniki pod moim domem kwitną, słabną i więdną, a potem się je ścina. W przyszłym roku Stella zasadzi kolejne. Ale te słoneczniki mają tylko jedną szansę. Będą podobne, ale nigdy nie takie same.

- To jesteś teraz ogrodnikiem?

- Posłuchaj mnie. Słonecznik akceptuje, że tak to już jest. Nie pyta dlaczego. Nie poświęca krótkiego czasu swojego kwitnienia na zastanawianie się, czy właśnie teraz ma kwitnąć.

Jej milczenie świadczyło o tym, że słucha. Szkoda, że ja nie potrafiłem.

- Ale mówisz o drzewach - powiedziała cicho. - O kwiatach. Nie są istotami takimi jak my. Nie mają pompującego krew serca.

- Ale królik miał. Miał małe serce takie jak my, dom taki jak my i rodzinę taką jak my. Ale był też drapieżnik. Skoro Bóg stworzył królestwo zwierząt, to z pewnością częścią jego planu była również śmierć. Życie dobiega końca, a zwłoki stają się pokarmem dla ziemi, żeby wyrosło nowe życie. Nic nie trwa wiecznie.

- Rozumiem, co masz na myśli - powiedziała Anna po chwili. - Ale jak to możliwe? Kiedy pomyślisz, do czego zdolne są nasze umysły i jak działają nasze ciała, że dziecko zaczyna się od zera. Jak to wszystko może być dziełem przypadku? To przerażające.

- Życie wieczne wydaje się przerażające. Każdy dzień byłby taki sam jak następny.

Uśmiechnęła się.

- Biblia mówi, że Bóg zaspokoi pragnienia każdej żywej istoty. Więc myślę, że nie musisz się martwić.

- Z Ewą jednak było inaczej.

- Co?

- Adam i Ewa?

- Dziękuję, wiem, kim była Ewa.

- Nie zaspokoił jej pragnień. Poszła szukać zakazanego owocu.

- No tak. - Było widać, że jest zaskoczona. Nie powiedziałem jej o mojej ostatniej wizycie w bibliotece.

- Ewa nie szukałaby jabłka, gdyby miała wszystko, czego potrzebowała, prawda?

- Zrobiła to umyślnie - powiedziała Anna po chwili.

- Ale on ją taką stworzył?

- Dał jej wolną wolę, owszem - powiedziała powoli. - Ale kiepsko jej użyła.

- Czyli masz prawo wyboru, ale jeśli wybierzesz ścieżkę, która mu się nie podoba, to jesteś skazana na pewną śmierć lub piekło, zwał jak zwał. Czy to brzmi uczciwie? - Starałem się powiedzieć to lekkim tonem.

- Jak na kogoś, kto nie wierzy w Boga, dobrze znasz przypowieści biblijne.

Pogrzebałem w kieszeni i wyciągnąłem papierosy.

- Może dość się ich naczytałem, żeby wiedzieć, że w nie nie wierzę.

- Fajnie słuchać wykładu o podstawach chrześcijaństwa z ust poganina - powiedziała Anna, zakładając ręce za głowę. - Proszę, mów dalej.

- Po prostu nie zgadzam się z koncepcją wolnej woli. - Zapaliłem papierosa i trzymałem go w dłoni jak najdalej od niej. - Bo wygląda to, jakby Bóg przykładał ci broń do głowy. Służ mi i żyj. Nie służ i umieraj. Zabawne pojęcie wolnej woli.

Wpatrywała się w drzewa.

- Chyba zależy od tego, jak na to spojrzysz.

- No cóż, z Ewą mu nie wyszło. Miał okazję stworzyć swoje najlepsze dzieło i schrzanił za pierwszym razem. Jeśli Adam i Ewa byli ucieleśnieniem doskonałości, a jednak sięgnęli po owoc, to jaką nadzieję ma reszta z nas?

- Nigdy nie widziałam cię tak zafascynowanego żadnym tematem.

Odwróciłem się do niej, podparty na łokciu.

- Posłuchaj mnie. Zerwali owoc z drzewa poznania dobra i zła, prawda? To było jedyne drzewo w ogrodzie, którego Bóg zabronił im dotykać, bo... co się stanie?

- Bo otworzą się im oczy i będą znali dobro i zło, a potem umrą.

- Więc dopóki nie zjedli owocu, nie wiedzieli, co znaczy dobro, a co zło. Skąd więc mogli wiedzieć, że zjedzenie owoców jest złe, skoro nie wiedzieli, czym jest zło?

- Ale nie posłuchali Boga.

- Ale on nie wyposażył ich w wiedzę. Celowo stworzył ich naiwnymi, a następnie zasadził drzewo jako test i pozwolił złemu wężowi ich oszukać. Dlaczego nie uchronił ich przed drapieżnikiem? A w ogóle jak rozpoznaliby nieuczciwego węża, skoro nie znali pojęcia nieuczciwości? - Położyłem się z powrotem. - Bóg lubi sztuczki.

- Bluźnierca. - Nagle chwyciła mnie za ramię, a ja nie wiedziałem, czy się zgrywa.

- Nie ma mowy, żeby zaspokoił każde pragnienie. Jeśli w ogóle jest prawdziwy, to przede wszystkim stworzył pożądanie, złe i dobre.

- On zaspokoi nasze przyszłe pragnienia. W Nowym Świecie. Kiedy będziemy doskonali.

- My?

Zaciągnąłem się, a nasze oczy się spotkały. Anna przygryzła wargę, jakby żałowała swoich słów, i spojrzała w dół, gdzie dotykały się nasze dłonie.

- Wiem tylko to, co czuję tutaj. - Dotknąłem pięścią serca. - I tutaj. - Mózgu. - To jest prawda. To jest prawdziwe. Całej reszty nie da się poznać.

Po niebie niósł się przeciągły, narastający warkot samolotu. Brzmiało to jak grzmot lub początek końca świata. Puściła moje ramię, położyła sobie rękę na talii i wydawało się, że leżymy tam wieki. Obgryzała paznokcie, kiedy ja dopalałem papierosa.

Potem wstała i weszła do wody, a ja patrzyłem, jak zdejmuje buty, a z łopatki zsuwa się jej ramiączko czerwonej sukienki. Nie odwróciła się, żeby na mnie spojrzeć, ani nie zdjęła reszty ubrań. Zrobiła krok do przodu, potem drugi, aż wreszcie całkowicie ubrana weszła do jeziora.

Zanurzyła się pod powierzchnią i chwilę później wypłynęła. Woda pluskała delikatnie, gdy unosiła się na plecach, twarzą do nieba.

Usiadłem i obserwowałem ją przez chwilę. Dryfowała między światłem a cieniem, jej ręce i stopy poruszały się tam i z powrotem pod prąd. Jej czerwona sukienka wyglądała surrealistycznie w tym jeziorze. Falowała wokół niej jak kałuża krwi. W końcu Anna wyprostowała się i odwróciła, zanurzona po szyję.

- Chodź do mnie - powiedziała cicho, a ja zostawiłem papierosy i telefon w butach i zszedłem na brzeg.

Dałem nura.

Zobaczyłem jej nogi nad plątaniną wodorostów pod wodą, a kiedy do niej dotarłem, wsunąłem ręce w zieloną mgłę w poszukiwaniu jej ciała. Kiedy wynurzyłem się na powierzchnię, przycisnęła się do mnie i owinęła mi nogi wokół pasa, całując mnie w usta.

To jest ta chwila, pomyślałem. To jest dokładnie ta chwila.

Pałaliśmy do siebie dziwnym, cielesnym głodem. Ubrania nie były w stanie oprzeć się szałowi naszych rąk i palców. Dawaliśmy sobie radę.

A potem pojawiło się stare, dobrze znajome "czekaj".

Boże, nie, pomyślałem. Błagam, wszystko, tylko nie to.

Zatrzymała się i spojrzała na mnie, z twarzy kapała jej woda, jej mina miała w sobie jakąś dzikość, a mnie brakowało tchu.

Odsunęła się i pociągnęła mnie do brzegu. Dopłynęliśmy do lądu i wynurzyliśmy się z wody, po naszych ciałach spływały resztki jeziora. To tutaj zaczęła ściągać ubrania; widząc to, poszedłem w jej ślady. Stanęliśmy przed sobą nago w południowym słońcu, po czym wzięła mnie za rękę i poprowadziła dalej w stronę kościoła. Tam, z dala od alejki, w osłonie paproci, przyciągnęła mnie do siebie.

Mimo to nie mogłem złapać tchu. Byłem tylko w stanie patrzeć na nią, na dziewczynę, której pragnąłem przez całe lato, a która teraz wzięła moje dłonie i przycisnęła je do swojej skóry, i emanowała całkowitą pewnością. Ta dziewczyna, która przyłożyła mi ucho do ust i szepnęła: "Obiecaj, że nikomu nie powiesz".

Ta dziewczyna, której powiedziałem: "Obiecuję".

Koniec lat osiemdziesiątych

Jedziemy na wyspę Wight, żeby spędzić tam krótkie ferie śródsemestralne. Tego roku jest babie lato. Spędzamy dwa gorące dni na plaży na budowaniu zamków przy użyciu znalezionego różowego wiaderka i zakopujemy mamę w piasku. Sal kopie rów wokół miasta zamków, a mama biega tam i z powrotem do morza, napełniając wiadro wodą, którą ostrożnie wlewa do fosy. Patrzymy, jak woda wsiąka w piasek i znika, więc matka robi w tył zwrot i biegnie z powrotem na brzeg, by powtórzyć proces. Nigdy nie udaje się napełnić fosy, ale ona nie przestaje próbować.

Tata nie figuruje w tej części wspomnienia. Nie ma go, prawdopodobnie chowa się za gazetą lub śpi po zbyt wielu piwach. Mama jest zawsze przy nas.

Reszta tygodnia to porażka, spędzamy czas zamknięci w maleńkim domku z szybami zalanymi deszczem, grając w nieskończoność w węże i drabiny. Nie ma gdzie rozwiesić ociekających płaszczy i pachnie mokrym psem.

Na promie do domu Sal gubi Słonika. To mała niebieska przytulanka, którą nosi wszędzie ze sobą od około trzeciego roku życia. Tata mówił, że sześcioletni chłopcy nie powinni przytulać pluszowych misiów, a Sal przyciskał Słonika do piersi i uparcie powtarzał, że to nie jest miś. Mama i ja tylko odwracamy wzrok.

Około godziny po zejściu z promu w Portsmouth Sal krzyczy, że nie ma Słonika. Mama i ja rozglądamy się dookoła, sprawdzamy pod nogami, w torbach, ale po zabawce ani śladu.

- Musiałeś go zostawić, jak siedziałeś na promie w oknie, obserwując statki - mówi mama, a Sal zaczyna płakać.

- Musimy się wrócić - domaga się brat.

Tata prycha.

- Nie ma nawet mowy. Jesteśmy prawie w połowie drogi do domu.

Sal ociera łzy z policzków.

- Ale nie mogę go tam zostawić. Jak on sobie poradzi?

- Jestem pewien, że będzie dobrze - mówi tata. - Stworzenia z trocinami zamiast mózgu zwykle nie są zbyt wrażliwe.

- Jak ja sobie poradzę? Musimy się wrócić!

- Dobrze ci to zrobi. Jesteś za duży, żeby przywiązywać się do jakiejś wstrętnej zabawki. - Tata mocniej ściska kierownicę.

Sal czerwienieje na twarzy. Zwija kościste dłonie w pięści i wbija je sobie w nogi, próbując się skaleczyć. Zamyka oczy, by powstrzymać płacz, a ja widzę, jak zaczyna się trząść.

Mama odwraca się z przodu. Wyciąga rękę, żeby potrzymać go za nogę, i próbuje złapać go za rękę.

- Kochanie, kochanie, już dobrze. Kiedy wrócimy do domu, zadzwonię do załogi promu i każę im odszukać Słonika. Odzyskamy go, kochanie.

- Dajesz mu fałszywą nadzieję - mówi tata, patrząc prosto przed siebie. - Nigdy go nie znajdą, a ty dobrze o tym wiesz.

Mama obrzuca go spojrzeniem, jakiego nigdy wcześniej u niej nie widziałem. Odwraca się do Sala, który wydaje z siebie niski warkot niczym zranione zwierzę. Ostatnio tak robi. Złości się, żeby nie płakać.

- Paul - mówi mama, odwracając się z powrotem do przodu. - Zatrzymaj się, proszę. Jestem mu potrzebna.

- Jesteśmy na autostradzie, Louise.

- Zaraz będzie stacja paliw. - Jej ton jest chłodny i spokojny. - Możesz tam zjechać na dwie minuty. Tylko o tyle cię proszę.

Tata wzdycha i skręca na zjazd. Ktoś trąbi klaksonem, a ojciec krzywi się, patrząc w lusterko wsteczne. Nie widzę samochodu z tyłu, więc chyba ten grymas skierowany jest do mnie.

Kiedy samochód staje, mama wyskakuje i otwiera drzwi, a Sal pada jej w ramiona. Chowa twarz w fałdach jej bawełnianej kurtki, a ja patrzę, jak jego chude ciało drży, nie wydając żadnego dźwięku. Mama głaszcze go po plecach, szepcze mu kojące słowa do ucha. Kładzie mu dłoń z tyłu głowy i mocno przyciska go do siebie, a wibracje jej serca wydają się łagodzić gwałtowność jego żalu.

Odwróciłem się, żeby wyjrzeć przez szybę.

Wreszcie Sal przestaje płakać. Zwisa bezwładnie w jej ramionach, wyczerpany własną wściekłością, a ona kołysze go, jakby znów był malutki. Jedyne dźwięki, jakie słychać, to hałas z autostrady i powolne bębnienie w kierownicę przez tatę.

Tydzień później wracamy ze szkoły do domu, a tam oparty o poduszkę Sala siedzi Słonik.

- Przyjechał dziś rano - mówi mama - prosto z promu, znaleziono go schowanego za krzesłem. - Codziennie dzwoniła do biura promowego, dopóki nie potraktowali jej poważnie, a teraz oto on, przysłany pocztą w brązowym papierze.

Sal siedzi na łóżku i bez końca wpatruje się w Słonika. Podnosi go i bada każdy jego centymetr, szukając wyblakłej etykietki i przebarwionej stopy, które dowodzą, że nie został podmieniony.

- Ale czy będzie pamiętał? - mówi do mamy, która marszczy brwi.

- Pamiętał...?

- Że go zostawiliśmy. - Sal spogląda na Słonika z ukosa.

Mama siada na łóżku i otacza Sala ramieniem.

- Będziemy musieli go po prostu mocno przytulić, prawda, Nick? Wyjaśnić, że to był wypadek, że to niczyja wina, i tyle. Najważniejsze, że go odzyskaliśmy.

Sal nie wygląda na przekonanego. Przyciąga mamę do siebie i pochyla się.

- Ale słonie nigdy nie zapominają - szepcze.

Mama chwilę się zastanawia, po czym przeczesuje dłonią włosy Sala.

- Takie rzeczy się zdarzają, kochanie. Sprawimy, że będzie się czuł kochany. To pomoże. - Całuje brata. - A może zrobię nam naleśniki?

Kilka tygodni później Sal ma urodziny, a mama zabiera nas do sklepu z zabawkami na tradycyjne coroczne wybieranie prezentu. Brat mija alejki pełne samochodów i ciężarówek, gdzie zwykle się zatrzymuje, i zamiast tego kieruje się do przytulanek. Tam podnosi dużego, puszystego szkarłatnego słonia, który mieści się w naszym budżecie, i mocno tuli go do piersi.

- Jesteś pewien? - mówi mama, lekko zdezorientowana.

Sal kiwa głową i napina się, jakby przygotowywał się do walki.

- No dobrze, niech będzie.

Wracamy do domu, brat idzie do naszego pokoju i zamyka drzwi, i od tego momentu Stary Słonik mieszka w pudełku razem z resztą zabawek, a ukochanym słonikiem staje się Nowy Słonik.

Koniec sierpnia 2003

Te dni z Anną wracają do mnie w kawałkach, jak odłamki pękniętego lustra; wyszczerbione, połamane odbicia człowieka, którym mogłem być. W miarę upływu lat tu i tam gubię fragmenty, aż zostaje mi teraz niepełny obraz, tylko te chwile, o których myślałem najwięcej. Te połączenia synaptyczne są jak wydeptane ścieżki. I kto wie, które części powlokłem metaliczną farbą, aby łapały słońce.

Innego wieczora, gdzieś w środku tych upałów, Anna i ja bawiliśmy się na moim łóżku. W ciągu tego lata spędzaliśmy dużo czasu u mnie w pokoju. Niewiele było miejsc, do których mogliśmy się udać, nie ryzykując przyłapania, a ja miałem za długie nogi, żeby godzinami przesiadywać w jej fordzie fieście.

Leżałem na łóżku bez koszulki. Przez okno wpadła delikatna bryza. Anna siedziała mi na kolanach z nogami po bokach mnie, w sukience dopasowanej w talii. Próbowałem się skoncentrować.

- Masz coś poza gównianym rapem? - spytała kilka minut wcześniej, przeglądając płyty na stojaku.

- Sprawdź w pokoju Sala. Lubi ryczące gitary, tak jak ty. - Sal miał przerwę w wynajmie mieszkania i nie miał innego wyjścia, jak tylko przenieść się do domu na lato.

- Nie mogę wejść do pokoju twojego brata. A jeśli jest tam z dziewczyną, tak jak ty? - Połaskotała mnie. - Nie, ty idź. Przynieś mi stosik płyt. To rozkaz.

Kiedy wróciłem, wybrała coś, włożyła do wieży, nacisnęła play i wdrapała mi się na kolana. Przez następne cztery minuty całowała mnie między taktami Karma Police, zatrzymując się, by zaśpiewać każde słowo.

Wciąż leżąc na łóżku, zapaliłem papierosa i wypaliłem go z jedną ręką za głową, a drugą opartą na popielniczce przy oknie. Rzadko robiłem to u siebie w pokoju - a jeśli to robiłem, to zawsze wychylałem się na ulicę - ale nie miałem zamiaru zachęcać jej, by zmieniła pozycję.

- Spróbuję - powiedziała, a ja zastanawiałem się, do czego się odnosi. Skinęła na mnie, żebym przyłożył jej papierosa do ust.

- Jesteś pewna? - spytałem zaskoczony. - Nie chcę być odpowiedzialny za zrobienie z ciebie narkomanki.

Podałem jej papierosa do ust, a ona zaciągnęła się zbyt szybko, wypełniając sobie płuca dymem, i zaczęła gwałtownie kaszleć.

- Blee - powiedziała, kiedy wystarczająco dużo razy klepnęła się w klatkę piersiową i odzyskała głos. - Jak możesz robić to cały czas? Nic dziwnego, że smakujesz tak, jak smakujesz.

Zmrużyłem oczy, zaciągnąłem się ponownie, a kiedy wypuściłem powietrze, pojawił dym się w postaci pierścieni.

- Nie podoba ci się mój dymny klimat?

Zamknęła oczy i odetchnęła, kładąc się, jakby w tajemnicy uwielbiała ten zapach. Nasze twarze znalazły się blisko, a ona mnie pocałowała.

- Nie cierpię go - wyszeptała i skrzywiła się, zanim znów mnie pocałowała. - Obrzydliwe. - Kolejny pocałunek. - Wstrętne. - Następny. - Jesteś najobrzydliwszym, czego kiedykolwiek próbowałam.

Na pewno spędzaliśmy trochę czasu na leniuchowaniu i całowaniu się. Taki był często rozkład naszych dni. Wyobraziłem sobie Daza i chłopaków i ich reakcję, gdybym im powiedział, że nie robiliśmy nic poza tym. W życiu by w to nie uwierzyli. Ich metoda polegała na tym, żeby wsunąć łapę pod bluzkę i łakomie kontynuować, żeby przekonać się, jak daleko mogą się posunąć. Ja i Anna już doszliśmy do tego etapu, ale zachowywaliśmy się niemal tak, jakbyśmy wiedzieli, że to się nie powtórzy. Nigdy później o tym nie rozmawialiśmy, jakby to było coś zbyt świętego, by można to było rozłożyć na kawałki i przeanalizować słowami.

Zawsze wydawała mi się taka silna, ale co ja, do cholery, wiem o kobietach.

Odkąd tamten chłopak wrócił, nie było o nim mowy, a w pracy usłyszałem plotkę, że nadal robią sobie przerwę. Że chciał zejść się z nią z powrotem, ale ona nie była przekonana. Ale czasami nie odpowiadała na moje wiadomości przez wiele godzin i przez te niekończące się minuty wyobrażałem ich sobie razem: czy zaszli za daleko na tylnym siedzeniu jej samochodu, czy jest typem, który wsuwa jej dłoń w dżinsy od przodu, a ona mu na to pozwala? Takie sceny ciągnęły się w mojej głowie bez końca. Bywały noce, kiedy ta ciekawość mnie zadręczała.

Powinienem był walczyć. Powinienem był z nią porozmawiać, zbadać sprawę głębiej, wykorzystać informacje do tego, by się lepiej przygotować. Ale w rzeczywistości nie chciałem zanieczyszczać czasu, który spędzaliśmy razem, tym jej innym życiem. Nieźle to brzmi, kiedy mówię o rzeczywistości. Podczas gdy całe lato wydawało mi się snem, z którego nigdy nie chciałem się obudzić.

- Co on w sobie ma? - spytałem w chwili spokoju. Nadal siedziała mi na kolanach i jak dotąd niczym profesjonalistka ignorowała nieustanne pulsowanie w moich szortach.

Wiedziała, kogo mam na myśli.

- Dlaczego chcesz wiedzieć? - spytała, lekko potrząsając głową.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2018

Za pierwszym razem się nie udało.

W Wigilię rano mój młodszy brat wyskoczył z okna swojego mieszkania na Manhattanie. Jego ciało pokonało siedem pięter i wylądowało w kontenerze wypełnionym metrem świeżego śniegu. To śnieg go uratował, złagodził upadek. Padał przez całą noc i nie zdążył jeszcze się ubić. Miękki śnieg był również powodem, dla którego mojego brata odkryto dopiero trzy godziny później, kiedy sprzątaczka weszła do pustego mieszkania i zastała okno szeroko otwarte. Siedem pięter, metr śniegu i trzy godziny wpatrywania się w niebo. Jaka była szansa?

Telefon zadzwonił, gdy w Londynie zaczynały się godziny szczytu. To był dzień pełen spotkań jedno po drugim w dusznych salkach bez okien. Nie miałem zbytnich szans na złapanie pociągu do domu przed ósmą i pomyślałem o gównoburzy, która mnie czeka, gdy tylko przekroczę próg. Ale potem rozległo się pukanie w szklaną ściankę i pomachała do mnie Jackie.

- Nick, zdarzył się wypadek - powiedziała, gdy wystawiłem głowę. Podała mi telefon, a ja poczekałem, aż zamkną się drzwi.

Kiedy po dziesięciu godzinach wszedłem do szpitalnej sali i zobaczyłem go podłączonego do aparatury, wyobraziłem sobie nas znów jako chłopców: lekarza i pacjenta, którzy zawiązują sobie na przegubach pasma czerwonej wełny podebranej mamie z torby na robótki i przyczepiają je do kartonowych pudełek. Odtwarzaliśmy też efekty dźwiękowe: długie, niskie piknięcia, poważną diagnozę, płacz żony. Prawie trzydzieści lat później bawiliśmy się znowu. Tyle że piknięcia były prawdziwe i nikt nie płakał.

- Chujowo wyglądasz.

Pokiwałem głową.

- Gdzie Tilly?

Odwrócił głowę i spojrzał w okno.

- Zerwaliśmy.

Powiedzieli, że ma rozwaloną dolną część rdzenia kręgowego. Sparaliżowało go od pasa w dół, dobrze, że w ogóle przeżył. Nigdy nie będzie chodził. Lekarze odczytywali kolejne punkty jak z listy zakupów. Każdy z nich trafiał we mnie jak pocisk.

Kiedy wreszcie go wypuścili, zabrałem go do jego mieszkania i pościeliłem mu w salonie. Był stamtąd najlepszy widok, to znaczy na coś innego niż murowana ściana i wąskie okna z cudzym życiem w środku. Przypomniałem sobie, że w dzieciństwie uwielbiał patrzeć w niebo. Całe lata spędzaliśmy, leżąc na polu za domem, ukryci w wysokich trawach, przypatrując się samolotom tak, jak patrzy się na krople wody na szybach samochodu.

Tutaj, w innych okolicznościach, przy łóżku ustawionym pod określonym kątem, mógł mieć widok przez szczelinę między drapaczami chmur na plamę błękitu. Tak więc je ustawiłem.

Byłem przy nim codziennie przez trzy miesiące. Czasem oglądaliśmy telewizję lub graliśmy w karty, czasem siedzieliśmy w ciszy, jakby czekając, aż coś się wydarzy. Nie wychodziłem na zewnątrz, chyba że moje miejsce zajmowała sprzątaczka. Przez pierwszych kilka dni myślałem, żeby ją odwołać, ale Gloria szybko stała się moim kołem ratunkowym, szansą na powiew świeżego powietrza i widok na coś innego niż mój szybko znikający brat.

Nauczyłem się na wszystko uważać. Zamykałem i otwierałem okna, tylko stojąc tuż przy nich. Pojawił się problem bezpieczeństwa pożarowego, ale psychiatryczna ocena zagrożenia wykazała, że prawdopodobieństwo spalenia się żywcem jest mniejsze niż powtórka tamtego zdarzenia. Pozbyłem się maszynki do golenia i po raz pierwszy od dekady zapuściłem brodę. Wyrzuciłem paski od spodni, usunąłem noże, tylko bóle głowy pozostały. Wolałem nie ryzykować.

Trzymałem telefon z dala od niego, gdzieś z boku lub w kuchni. Rzadko o niego prosił, ale ładowałem go na wypadek, gdyby zmienił zdanie.

Przynajmniej raz dziennie jego telefon wibrował, gdy dzwoniła Tilly. Nie miał zamiaru odbierać, więc po kilku tygodniach wyciszyłem dzwonek. Wyświetlała się, spoglądając na mnie zalotnie sponad nagiego ramienia jak pierwsza naiwna - jak znam Tilly, to ona wybrała zdjęcie - a ja patrzyłem na nie, wściekałem się i chciałem rozbić komórkę. Ale po prostu dawałem mu dzwonić.

Pewnego wieczoru, po szczególnie kiepskim dniu, przez który brat nie wypowiedział ani słowa, chwyciłem wibrujący telefon ze stołu kuchennego i odwróciłem się tyłem do salonu.

- Czego?

- Mon amour. Och, Salvatore, biedne kochanie. - Jej akcent głęboko przeszył ciszę ostatniego miesiąca.

- Mówi jego brat.

- Och. - Zamilkła. - Mogę rozmawiać z Salvatorem?

- Nie chce z tobą gadać, Mathilde. - Wiedziałem, że nie cierpi swojego imienia.

- Przekaż mu, że tęsknię.

Miałem ochotę wyrzucić jej głos przez okno. Żeby śnieg przerwał połączenie.

- Coś jeszcze?

- Przekaż... Przekaż mu, że jestem bez niego taka zagubiona... - Dobiegło mnie szuranie paciorków różańca o mikrofon i wyobraziłem sobie, że kobieta przytrzymuje telefon ramieniem, poprawiając fryzurę przed lustrem. - Powiedz mu, że zerwałam z Chetem, bo nigdy nikogo nie pokocham tak jak mojego Salvatore. Przekażesz mu to, kochany?

- Mathilde?

- Hmm?

- Nie dzwoń więcej, proszę. - Rzuciłem telefon na blat i zakląłem pod nosem.

Czekałem, aż usłyszę swoje imię, ale nic nie przerwało ciszy.

W miarę jak chłód ustępował, miasto nabierało pewnej miękkości. Drzewa rosnące wzdłuż betonowych alej zaczęły rozkwitać, a ludzie na ulicach zrzucali z siebie płaszcze i kolejne warstwy. Na zewnątrz wszyscy jakby mościli się w wiośnie. Wewnątrz ja i Gloria trzymaliśmy straż.

Po kilku dniach kwietnia nastąpiła zmiana nastroju. To była moja wina, głupie pragnienie zbliżenia się.

W dziale z książkami używanymi w księgarni na rogu Dwunastej i Broadwayu znalazłem niewielki zbiór wierszy Longfellowa. Nie mogłem się doczekać powrotu do mieszkania.

- Pamiętasz to? - Podałem mu książkę i wskazałem na tytuł u góry strony. The Children's Hour. - Pamiętasz, jak tata prawie to inscenizował? Nigdy nie mogliśmy potem spać.

Sal spojrzał na wiersz w milczeniu.

- No? - Mój entuzjazm był jedyną jasną rzeczą w pokoju.

- Czemu zawsze chcesz wszystko pamiętać?

Na obiad zrobiłem tosty z potrawką z fasoli. Przez zimę całkiem nieźle nauczyłem się gotować, wykorzystując czas spędzany w mieszkaniu na eksperymenty z jedzeniem, żeby tchnąć odrobinę przygody we dnie wlokące się w nieskończoność. Robiłem elegancką wersję ratatouille - z oczywistych względów używałem gotowych krojonych warzyw - i opanowałem sztukę sufletu. Ale tamtego wieczoru się nie starałem, tak samo jak on. Nie potrafiłem ubrać swojego gniewu w słowa, więc podałem mu go na obiad, uderzając tacą z jedzeniem o stolik na kółkach nad łóżkiem.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, a ja poczułem do siebie odrazę.

W nocy obudził mnie jego płacz. Z trudem doszedłem do salonu i zobaczyłem go wspartego na łokciach, wpatrzonego w swoje martwe nogi i szlochającego jak dziecko. Gdy go objąłem, skórę miał zimną i wilgotną, a koszulkę całkiem przemoczoną.

- Nie umiem - powiedział głosem łamiącym się jak u dziecka. - Nie umiem jej przywołać. Mam ją w głowie, kiedy zamykam oczy. Ale nigdy się do mnie nie odzywa, a tak bardzo chciałbym znów usłyszeć jej głos. Gdzie ona jest?

Wiedziałem, że nie ma na myśli Tilly.

- Nie wiem, Sal.

- Czy w ogóle ją jeszcze spotkamy?

- Może. Albo i nie. Sam nie wiem. - Wzruszyłem ramionami.

Sal zawsze pragnął odpowiedzi. Gdy mieliśmy po naście lat, ciocia Stella zapewniła nam staż u siebie w biurze. Firma zajmowała się sprzedażą ubezpieczeń, a nasze pierwsze zadanie polegało na wprowadzaniu nowych klientów do systemu komputerowego.

Szkoląca nas kobieta, Mandy, miała głos, który najtrafniej można określić jako zawodzący. Nosiła ogromną trwałą, a do tego okulary jak denka od butelek, a kiedy robiła kawę, na powierzchni napoju pieniły się bąbelki zakamienionej wody z podajnika pod ścianą. Gdy pierwszego dnia przygotowała taką kawę, Sal wydał z siebie odgłos, jakby wymiotował.

- Powinno się to dać do czyszczenia - powiedział z niezadowoloną miną.

- Ależ skąd, uwielbiam taką! - odparła, mlaszcząc ustami. - To jak cappuccino.

Mandy siadała i siorbiąc od czasu do czasu, udzielała nam instrukcji, a my wprowadzaliśmy dane do komputera. Gdy teraz o tym myślę, mogła mieć ze czterdziestkę, ale nam wydawała się przedpotopowa. Jej policzki jak u chomika aż się trzęsły, tak bardzo rozkoszowała się tą odrobiną władzy, którą nad nami miała.

- Wprowadź nazwisko, wybierz prefiks z rozwijanego menu i kliknij "dalej". Potem...

- Ale czemu? - spytał Sal.

- Co czemu?

- Czemu zaznaczamy w tym miejscu?

Mandy zmarszczyła brwi. Czuliśmy, jak obracają się tryby.

- Po prostu.

- Czy to uruchamia coś w tle? - dociekał, bębniąc palcami w stół. - Jaki jest cel tego zaznaczenia? W tym polu? Znaczy dlaczego to zaznaczamy? I co by było, gdybyśmy nie zaznaczyli?

Niespokojnie poruszyła się na krześle, skrępowana odstępstwem od scenariusza.

- Chyba... Chyba nie ma znaczenia dlaczego. Po prostu wiadomo, że tak trzeba. Każdy to zawsze zaznacza.

Sal świadomie unikał mojego spojrzenia. Wydał z siebie przeciągłe westchnienie nudy i odwrócił się z powrotem na krześle do ekranu.

- Dobra, niech będzie, po prostu chyba powinna pani znać powód.

Wtedy po raz pierwszy i ostatni widziałem Sala pracującego w biurze. Ale pytanie dlaczego nigdy mu nie przeszło.

- Opowiedz mi o niej - poprosił, naciągając pościel. - Powoli zapominam szczegóły, a nie wolno mi. Powiedz, co pamiętasz.

Cofnąłem się.

- Nie wiem, co chciałbyś usłyszeć.

- Prawdę. Chcę prawdy. Proszę.

Przełknąłem ślinę.

- Wcześniej próbowałem mówić o tacie...

- Nie o niego mi chodzi. Tobie też nie o niego chodzi. Dlaczego nigdy nie mówisz o tym, co ważne?

Spojrzałem na żółte światło reflektorów tworzących na ulicach chaotyczne linie. Neon zamigotał w mroku. Po drugiej stronie zamkniętych okien świat nadal trwał.

Sal przetarł oczy wierzchem dłoni.

- Muszę się z nią znów zobaczyć. Mam dość czekania. - Wskazał gestem na swoje nogi rysujące się pod pościelą. - Co mi jeszcze zostało?

- Wiesz, że cię kochała - stwierdziłem po chwili. Przysiadłem na łóżku i spojrzałem w kierunku tysięcy lamp rozświetlających miejskie ciemności. - I wiesz, że to nie była twoja wina. Tak po prostu bywa.

Sal spojrzał na mnie jak na głupiego.

- Wciąż nie łapiesz, po tylu latach? - spytał. - To zawsze była moja wina. To przeze mnie.

Gdybym wiedział, że to ostatni raz, chwyciłbym go i przytulił jego zepsute nogi i gorące serce. Przekonałbym go, że jeszcze wiele przed nim, popieprzył coś o ptakach śpiewających w klatce i pozakładał zamki na wszystkich szafkach.

Stało się jednak inaczej.

Zasnąłem skulony w nogach jego łóżka, a kiedy rano, jak co dzień, zjawiła się Gloria, wziąłem prysznic i postanowiłem przejść się piętnaście przecznic do piekarni na Spring Street po ulubione ciastka Sala. Idąc przez salon, widziałem, jak śpi w łóżku, a jego włosy bieleją w porannym słońcu.

Na zewnątrz w Nowym Jorku robiło się upalnie. Przeszedłem na drugą stronę ulicy, żeby iść w cieniu, i minąłem dwie na oko dzięwiętnastolatki, jedna śmiała się z czegoś, co powiedziała druga. Były w letnich sukienkach z odkrytymi ramionami i gdy odwróciłem się za nimi, pomyślałem sobie, że życie to mieszanka smutku i piękna, i nic nie da się na to poradzić.

W drodze powrotnej z piekarni odezwał się mój telefon. Była chwila po ósmej. Kurier zadzwonił domofonem i odmówił włażenia na siódme piętro po podpis. Gloria, świadoma, że to pilne dokumenty z pracy, na które czekam, szybko sprawdziła okna i wymknęła się z mieszkania. Mówiła, że nie było jej góra sześć minut. Przez tych sześć minut mój braciszek zdołał wypaść z łóżka, powlec swoje połamane ciało po dywanie do kuchni, otworzyć drzwiczki do szafki pod zlewem, odkręcić butelkę z resztką wybielacza i wypić to, co w niej było.

Wiele razy potem myślałem o tym ostatnim dniu. O moim durnym zachwycie nad zbiorem wierszy i wspólnym wspomnieniem, o jego minie, kiedy postawiłem przed nim tacę, i na zawsze zapamiętam to jako jego ostatnią wieczerzę. Cholerną potrawkę z fasoli na tostach.

Wiem, że ludzie kochają Nowy Jork.

Wiem, że to miejsce istnieje we wnętrzu każdego człowieka, w filmach bożonarodzeniowych z dzieciństwa, w Bobie Dylanie i wszystkich tych zmarłych beatnikach, w Salu, który przyjechał na wizę turystyczną i nigdy nie wyjechał, oraz w innych, którzy zawsze mówią o powrocie. Nawet ci, którzy nigdy tu nie byli, czują, że znają to miasto. Przyznaję, że myślałem kiedyś o tym, aby tu przyjechać, popędzić do ratusza, chodzić po ulicach, trzymając się za ręce, pokochać to miejsce, bo ona je pokochała. Kiedy wyobrażałem sobie, że tam jestem, to zawsze z nią, jak gdybym w jakiś sposób wygrał.

Ale moja pierwsza wizyta w tym mieście była misją ratunkową, a wyjeżdżałem stamtąd z bratem w pojemniku. Zawiodłem, i wyglądało na to, że to miasto też mnie zawiodło.

Wiem, że ludzie kochają Nowy Jork.

Ja go nienawidzę.

Koniec lat osiemdziesiątych

Mówią, że tak wygląda zapominanie.

Coś się wydarza i twój mózg rejestruje szczegóły, a potem z biegiem lat obraz zanika, aż zostaje tylko zarys. Z mamą było odwrotnie. Na początku, kiedy zniknęła, nie mogłem jej sobie przypomnieć. Myślę, że zablokowałem wspomnienia z oczywistych powodów - być może działał instynkt samozachowawczy - ale kiedy dorastałem, były chwile, kiedy znów do mnie wracały. Wyglądało to tak, jakby zostały odcięte ze względów bezpieczeństwa, dopóki nie będę na tyle duży, by poradzić sobie z bólem.

Niektóre miały bezpośrednie połączenie ze zmysłami. Słyszałem jakąś piosenkę lub przechodziłem jakąś ulicą, przełącznik robił pstryk, a wspomnienie wracało. Działałem bardzo powoli i starałem się sprowokować pamięć w nadziei, że resztą zajmie się wyobraźnia.

Zazwyczaj jest to odczucie lub dźwięk.

Spróbuję wyjaśnić.

Pamiętam skórę na jej palcach, szorstką w dotyku jak bandaż. Jej ręce były przesuszone od wody i mydła, niekończącego się prania, które przez nas miała, a skórki poobgryzane przy paznokciach. Czasem obejmowała moją twarz dłońmi, a jej skóra w kontakcie z moją wydawała dźwięk jak przy drapaniu.

Sal powiedział mi kiedyś, że jego najsilniejsze wspomnienie to zabawa jej włosami.

Siadała na bladozielonym fotelu w ptaszki i kwiatki - kupili go z tatą w Harrodsie tydzień po ślubie - i rozpuszczała złote włosy. Sal i ja udawaliśmy fryzjerów i na zmianę szczotkowaliśmy jej włosy i wsuwaliśmy w nie spinki.

- Załatwcie to, chłopcy - mówiła, moszcząc się w fotelu - zróbcie mnie dziś wieczór na bóstwo.

Miała grube, ciepłe włosy, a za każdym pociągnięciem szczotki kilka pasemek spadało na ziemię. Szkoda, że nie uciąłem pukla i nie schowałem do koperty wzorem niektórych rodziców, kiedy po raz pierwszy obcinają dziecku włosy. Na użytek przyszłych aktów wspominania.

I dźwięk.

Pewnego razu siedziała na ławce i patrzyła, jak bawimy się na drabinkach. To było w centrum miasta, betonowe płyty lśniły od porannego deszczu. Drabinki musiały być mokre, bo ześlizgnąłem się, spadłem i skręciłem kostkę. Leżąc na ziemi i trzymając się za stopę, słyszałem, jak biegnie w moim kierunku. Trudno opisać ten specyficzny odgłos, jaki jej skórzane buty wydawały w kontakcie z wilgotną ziemią, ale było to jak mokre, gładkie stukanie. Jakieś pięć lat później, kiedy wychodziłem ze szkoły, przebiegła obok mnie dziewczyna. Musiała nosić takie same buty i musiało padać, bo gdy biegła, jej stopy wydawały dokładnie ten sam dźwięk.

Pamiętam pięść włożoną do ust i zimny smak krwi na języku.

I tata.

W każde Boże Narodzenie tata pakował nas do samochodu i jeździł po okolicy, żeby pooglądać dekoracje. Mama przygotowywała nam gorącą czekoladę w termosie, a my krążyliśmy powoli ulicami z emaliowanymi kubkami w rękach, wyglądaliśmy przez szyby i cicho komentowaliśmy. Wtedy nie mieliśmy za dużo pieniędzy, a tata nie widział sensu rezygnować z sobotniego golfa albo transmisji meczu, żeby rozplątywać kilometry bajkowych światełek.

- I tak najlepiej widać je z ulicy - powiedział kiedyś. - Po co marnować czas i pieniądze na przyjemności sąsiadów, skoro możemy obejrzeć ich instalacje za darmo?

Myślę, że to miało sens.

Bloki komunalne zawsze wiodły pod tym względem prym. Wszędzie piętrzyły się dekoracje.

- Nie wiem, skąd biorą na to pieniądze - obruszał się, po czym wykrzykiwał: "Patrzcie, chłopcy!", na widok gigantycznego nadmuchiwanego Świętego Mikołaja.

Ślepą uliczkę zawsze zostawialiśmy sobie na ostatek. To było na końcu długiego szeregu klockowatych domków wolnostojących z lat sześćdziesiątych. Stał tam duży bungalow widoczny już od momentu skręcenia w tamtą uliczkę. Co roku zapewniał najlepsze widowisko. Według legendy mieszkała tam samotna para starszych ludzi, którzy co roku w grudniu dekorowali dom, aby dzieci mogły do niego pielgrzymować. Chcieli zostać zapamiętani, chociażby przez cudze potomstwo.

- Gotowy, Sal?! - wołał tata, pokazując mu, że ma się odwrócić. Radość brata sięgała zenitu. Nie wiem, czy to dlatego, że zbliżaliśmy się do tamtego domu, czy dlatego, że tata zwrócił na niego uwagę.

Ogromna jodła pięła się aż po szczyty słupów telegraficznych, owinięta w migoczące magiczne światełka. Na środku trawnika była tradycyjna stajenka, a dookoła gromadziły się zielone i czerwone elfy w butach z zadartymi noskami. Nad garażem górował ogromny Święty Mikołaj na saniach z dzwoneczkami i prezentami, ciągniętych przez rozpędzonego Rudolfa. Ścieżka usiana była laskami cukrowymi, przy drzwiach stał bałwan, a w każdym oknie błyszczały światełka o różnych kształtach i kolorach. Budynek okolony był sznurami białych lampek, ciągnących się wokół okien i drzwi, i jeśli patrzyło się wystarczająco długo, a potem zamykało oczy, pod powiekami utrzymywał się obrys domu. Ilekroć Sal lub ja rysowaliśmy ten dom, zawsze przybierał formę bungalowu na końcu ślepej uliczki, ze wszystkimi światełkami. Zastanawiam się, czy on o tym zapomniał, bo ja nigdy.

Pamiętam, jak pewnego razu mama siedziała blisko taty, obejmował ją ramieniem, a drugą ręką trzymał kierownicę. Siedzieli na niedzielonej skórzanej kanapie, jak w samochodach z lat pięćdziesiątych, a ona opierała mu głowę na ramieniu. Kołnierzyk miał podniesiony i kiwał głową w rytm bożonarodzeniowych piosenek z radia. Ich skóra była młoda.

Tyle że nigdy nie mieliśmy zabytkowego samochodu, a kiedy lata później spytałem o to tatę, odparł, że nigdy nie miał takiej kanapy. Może to wspomnienie wzięło się z okładki albumu, ze starego filmu lub ze snu, który mi się zdarzył. Mimo to pamiętam tę scenkę i mógłbym przysiąc na świętą księgę, że to się wydarzyło, tak jak wciąż pamiętam chrzęst opon na śniegu i zapach, który unosił się, gdy otwierałem puszkę ze słodyczami w bożonarodzeniowy poranek.

Zawsze będę miał nadzieję, że było tak jak w tym wspomnieniu.

2003

Kiedy poznałem Annę, miała chłopaka. A w każdym razie na początku. Podobno wyleciał na lato do Australii, ale szczegóły były niejasne i właściwie nigdy nie pytałem. Kilka dziewcząt rozmawiało w pokoju socjalnym o tym, że tak naprawdę nigdy jej z nim nie widziały. Któraś powiedziała, że wątpi w istnienie tego chłopaka. Jej przyjaciółka Lisa ucięła kwestię. "Robią sobie przerwę" - powiedziała i odmówiła wyjawienia powodu. "Ale on naprawdę istnieje".

Nie należała do tych, których obchodzi, co ludzie pomyślą. Od razu zwróciłem na to uwagę. Zwróciłem też uwagę na to, jak przedstawiła mi się na mojej pierwszej zmianie. Nawet w nietwarzowym mundurku pracownicy kina trudno ją było przeoczyć. Dziewczyny mówiły, że wygląda podejrzanie - przypuszczam, że jej twarz miała w sobie pewną dziwność, śmiałość i siłę w sposobie, w jaki kości uformowały się pod jej alabastrową skórą. W jej rysach nie było nic drobnego. Nigdy nie widziałem podobnej twarzy, a temat jej atrakcyjności wywołał gorące debaty w pokoju socjalnym, gdy tylko z niego wychodziła. Nigdy nie brałem w nich udziału. Jak dla mnie wyglądała dobrze.

Staliśmy w podwójnych drzwiach, seans był wyprzedany. Nie pamiętam, co to był za film. Leciały już napisy końcowe, a my czekaliśmy, każde oparte o skrzydło drzwi, aż publiczność przejdzie między nami.

- Cześć, jestem Anna - powiedziała, wyciągając rękę do uścisku. - Jesteś nowy, prawda?

Chyba coś wymamrotałem, odwzajemniając uścisk. Niewiele dziewiętnastolatek miało zwyczaj, przedstawiając się, podawać dłoń, ale jak mówię, ona była inna. Nie pamiętam, skąd wziąłem jej numer. Całe życie składa się z małych zwycięstw, o których się zapomina.

Na następnej zmianie spędzaliśmy razem przerwę w pokoju socjalnym. Wszedłem do tego pomieszczenia bez okien i zastałem ją przy stole, pijącą wodę i czytającą książkę. Uśmiechnęła się przelotnie i wróciła do lektury. Chłopak o imieniu Dave wszedł i zaczął opisywać dziewczynę, którą właśnie obsługiwał, i wszystkie te rzeczy, które by jej zrobił. Jako że Anna nie podnosiła wzroku, zmienił taktykę, mówiąc, że w dobie internetu książki to strata czasu. Mimo to Anna wciąż go ignorowała.

- Co lubisz w dziewczynach? - zwrócił się do mnie, po czym wymienił cechy, które mu się podobają: duże cycki, rude włosy; zboczone, ale nie obrzydliwe. Wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że tak naprawdę nie mam określonego typu, ale lubię dziewczyny z mózgiem. - Ach tak, ta seksowna bibliotekarka - oznajmił Dave, odchylając się na krześle. - Wygrzmoć ją tak mocno nad stosem książek, aż jej okulary spadną. - Zaśmiał się.

- No, to nie do końca to - powiedziałem. - Chodzi raczej o samo czytanie książek. - Wtedy spojrzała na mnie Anna.

"Wiesz, że ona ci nie da?" - pytali. "Wszyscy próbowaliśmy. Totalna ziemia dziewicza".

Anna wyznawała jedną z tych religii, które gardzą wszystkim, co normalne. Boże Narodzenie, urodziny, upijanie się, seks przed ślubem: mowy nie ma. Jej chłopak należał do tego samego klubu. Czasem wsuwali mi pod drzwi ulotki. W zeszłym tygodniu podniosłem jedną z wycieraczki i przez chwilę przyglądałem się jej uważnie, a potem zgniotłem ją w kulkę. Wycisnąłem z niej całe powietrze, aż stała się tak mała, jak tylko mogła, po czym wrzuciłem ją do kosza.

Na początku niewiele rozmawialiśmy. Przydzielono nas do wspólnej pracy na sali i pod koniec filmu szliśmy posprzątać torebki po prażonej kukurydzy i kubki. Napisy końcowe nadal leciały, gdy my już sprzątaliśmy po ciemku. Na popularnych seansach było nas kilkoro do sprzątania po widzach, zanim ich miejsce zajmą kolejni. Kilku chłopaków śpiewało do napisów lub grało w baseball miotłą i pustym kubkiem. Robili to zwykle, gdy w pobliżu była jakaś dziewczyna. Anna obdarzała ich wysiłki co najwyżej okazjonalnym uśmiechem. Trzymała się na uboczu.

Jednak w pierwszy gorący weekend na początku lata wszystko się zmieniło.

Kilka osób wybierało się spędzić popołudnie w ruinach kościoła w Eastwell, włócząc się po okolicy i pływając w jeziorze.

- Anna będzie tam z Lisą - oznajmił Dave. Może kilka innych dziewczyn też się pojawi. Zapytał, czy chcę do nich dołączyć, a ja odparłem, że zobaczę, co da się zrobić.

Eastwell było niedaleko, więc w niedzielne popołudnie wyjąłem zimne piwo, które kupiłem poprzedniego dnia po zakończeniu zmiany, i włożyłem je do plastikowej torby, a potem poszedłem przez pola w kierunku kościoła. Droga zajmowała zwykle około piętnastu minut, ale tego dnia panował upał, który lepił się do skóry głowy. Nie śpieszyłem się. Po drodze minął mnie samochód, z łokciami wystającymi z każdego okna, a z głośników dudnił jakiś aktualny przebój. Poznałem, że to wóz Lisy, i zacząłem się zastanawiać, czy jeden z łokci należał do Anny.

Kościół był ruiną z piętnastego wieku, opuszczoną i otoczoną nagrobkami z napisami zbyt zniszczonymi, by dało się je odczytać. Ludzie mówili, że w ruinach straszy. Przyjechałem tam raz jako dziecko. Sal i ja skakaliśmy od grobu do grobu, odcyfrowując dane zmarłych.

Usłyszałem je wszystkie, zanim je zobaczyłem.

Przeszedłem obok kościoła i pod drzewami. Obok siebie stały zaparkowane dwa samochody. Wszyscy leżeli półnadzy wyciągnięci na trawie nad jeziorem i rżeli z jakiegoś żartu. Słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie, a woda mieniła się jak szkło.

Któreś z nich zobaczyło mnie i pomachało, a wtedy towarzystwo odwróciło się, żeby popatrzeć. Potarłem się po głowie i kiwnąłem w odpowiedzi. Nie było jej z nami.

Lisa krzyczała na Dave'a. W dłoniach miała otwartą tubkę kremu do opalania, a wzdłuż ramion białe smugi, których jeszcze nie zdążyła wetrzeć. Dave rzucił w nią garścią trawy i źdźbła poprzyklejały się do skóry. Zbeształa go, a on pił tylko red bulla i śmiał się. Reszta też się śmiała. Jej z nimi nie było.

Wyjąłem puszkę z plastikowej torby i poczęstowałem wszystkich wokół. Jedna z dziewczyn wyciągnęła po nią rękę i uśmiechnęła się, gdy jej palce musnęły moje. Wypchnęła klatkę piersiową, skrzyżowała i rozkrzyżowała nogi. Wziąłem sobie kolejną puszkę i zszedłem w stronę wody.

Starałem się nie myśleć o tym, dlaczego nie przyszła.

Było to duże jezioro otoczone drzewami, z małym mostkiem. Woda dalej od brzegu była ciemna i gęsta od chwastów. Bliżej był łagodniejszy błękit, chociaż nie dało się oszacować głębokości bez wchodzenia. Na powierzchni wody pojawiły się delikatne zmarszczki i zobaczyłem chwiejny kontur własnego odbicia.

- Skacz. - Usłyszałem czyjś głos.

Odwróciłem się i zobaczyłem Annę w wodzie, z dala od trawy na tle skał. Dolna połowa jej ciała niknęła pod powierzchnią wody.

Z uśmiechem uniosłem puszkę.

- Chętnie, ale...

- Poczekam - stwierdziła. - Choć też chce mi się pić.

Odbiła się od skał i podpłynęła do mnie, a ja pochyliłem się i podałem jej puszkę. Patrzyłem, jak upija duży łyk, obserwowałem, jak wyglądają jej czarne włosy, kiedy są mokre.

- Dzięki - powiedziała i oddała mi puszkę. - Dopij.

- Głęboko? - Kiwnąłem w kierunku wody.

Uśmiechnęła się i na chwilę uniosła brwi.

- Wskakuj, to się przekonasz. - Odbiła się stopami od brzegu i odpłynęła.

Wstałem i przez chwilę patrzyłem w jezioro. Starałem się nie gapić na nią, pływającą na plecach, i wpatrywać się w jakiś punkt w oddali, ale promienie słońca wciąż mieniły się na jej skórze. Miała na sobie bikini w czerwono-białe paski. Jej oczy były zamknięte.

Kiedy skończyłem piwo, rzuciłem puszkę na brzeg i ściągnąłem koszulkę i buty. Anna patrzyła, jak wkładam do wody jedną stopę, a potem drugą.

- Zabawny sposób skakania! - zawołała z daleka.

Uśmiech na mojej twarzy zrzedł, gdy zimna woda oblała mi ciało. Stłumiłem instynktowne pragnienie krzyku i zanurzyłem się całkowicie pod powierzchnię, wraz z twarzą i głową. Woda nie była głęboka, może z półtora metra, ale dno zarastała gęsta dżungla wodorostów.

Płynąłem, aż znalazłem się blisko niej, i wtedy doszedłem do wniosku, że pora pokazać twarz. Ona pływała w miejscu, jej podbródek podskakiwał na powierzchni, a na jej ustach gościł dziwny uśmiech.

- Wiesz, co się stało z kościołem? Czemu to tak wygląda? - spytała, wskazując głową na poniszczone kamienne mury wznoszące się między drzewami w oddali.

Odwróciłem się i spojrzałem, mimo że już wiedziałem, jak to wygląda. Chciałem, żeby twarz przestała mi płonąć.

- Był pożar - powiedziałem w końcu.

Otarłem dłonią wodę z twarzy i pogładziłem ogoloną głowę. Anna znajdowała się tuż poza zasięgiem dotyku.

- Nie jesteś zbyt rozmowny - podsumowała mnie.

Przeszywający wrzask rozszedł się po jeziorze i przegonił z brzegu trzy gęsi. Przeleciały przez wodę nad naszymi głowami, a my patrzyliśmy, jak znikają ponad drzewami na drugim brzegu.

Uniosłem brwi.

- Po co mówić, skoro można poprawić milczenie?

Położyła się na plecach i unosiła na wodzie.

- Nigdy nie mówiłam, że mam coś przeciwko - stwierdziła i rozłożyła ramiona na boki.

- A-n-n-a! - Po jeziorze niosły się długie okrzyki wydawane męskim głosem.

Pomachała w kierunku brzegu.

- Jesteś tu potrzebna! - krzyknął głos, a ona w odpowiedzi uniosła kciuki.

- Zaczekaj na mnie. Wrócę - powiedziała i przepłynęła obok, ocierając się stopą o moją nogę w niewidzialnym świecie pod powierzchnią.

W następny poniedziałek wybraliśmy się po pracy do miasta do lokalnego klubu. Wtedy wszyscy wychodzili prawie co wieczór. W piątek, sobotę i poniedziałek drinki były tanie, a powietrze śmierdziało karaoke. Nie wiem, skąd mieliśmy energię, skoro pracowaliśmy całymi dniami i wychodziliśmy każdej nocy, ale nie ma co dociekać - to taki wiek. Człowiek ma całe życie przed sobą.

Siedzieliśmy na kanapie pokrytej białym tworzywem sztucznym, ona odchylona do tyłu, ja pochylony do przodu, a wszyscy inni tańczyli. Pamiętam muzykę - jakąś ohydną garażową składankę - i światła migające na parkiecie. W ciemności wziąłem ją za rękę. Przez trzy minuty patrzyliśmy na siebie, a gdy piosenka się skończyła, wspięliśmy się po wzgórzu w kierunku miasta.

Kiedy dotarliśmy do opustoszałego parkingu za Blockbuster's, zatrzymała się i powiedziała:

- Nie zrobię kolejnego kroku, dopóki ty go nie zrobisz.

W późniejszych latach kłóciliśmy się o to, kto wykonał pierwszy ruch. "To ty pocałowałeś mnie" - twierdziła uparcie. Doskonale to pamiętam.

Pamiętamy tak, jak chcemy pamiętać.

2003

Spędzaliśmy ze sobą praktycznie każdy dzień lipca. Pamiętam upał - wielki upał - i że nie wyłączaliśmy silnika zaparkowanego samochodu, żeby było w nim chłodno. Zużyliśmy ileś zbiorników paliwa, podobnie jak warstewkę skóry na naszych wargach.

- Wiesz, że za miesiąc on wraca - stwierdziła pewnego razu. - Powiedział, że wraca za miesiąc.

Kiwnąłem głową i pocałowałem ją znowu.

Potem wszystko wróciło na swoje miejsce. Spotykaliśmy się przed pracą albo jeśli jedno z nas skończyło zmianę, drugie robiło sobie przerwę i szliśmy pod ścianę za koszami na śmieci. Pamiętam połączenie jej perfum - jaśminu, jak było napisane na flakonie - z zapachem gnijących frytek. Gdy teraz to wspominam, zastanawiam się, czemu nie wybraliśmy innego miejsca, ale byliśmy młodzi, głodni i napaleni. Śmietnik był pod ręką - chodzenie dalej byłoby stratą czasu - i zapewniał prywatność. Chcieliśmy tylko dalej chcieć siebie nawzajem.

Z Laurą nigdy się tak nie całowaliśmy. Może na samym początku, ale potem już nie. Nie oczekiwałem tego jednak. Młodość ma apetyt na kolejne doświadczenia. Całowanie się to coś nowego i za darmo. Nie sposób wytrzymać tego głodu, który kłuje w plecach i strzela w stawach. Teraz na coś takiego nie liczę.

Tamtego lata przez Europę przetoczyła się fala upałów. Mówiono, że było jednym z najgorętszych od pięciuset lat. Poziom wody w Dunaju spadł tak bardzo, że na dnie ukazały się bomby i czołgi z czasów drugiej wojny światowej. Nadal znajdowały się tam, głęboko pod wodą, śmiertelnie groźne niewybuchy, tylko czekające na odkrycie. A bliżej domu topiła się autostrada.

Upał mi zawsze o tym przypomina.

Na początku każda wymówka była dobra, żeby się podotykać. Anna pochylała się nad otwartym schowkiem w samochodzie, opierając się na moich kolanach w poszukiwaniu płyty CD. Ja odgarniałem jej z policzka niewidoczny kosmyk włosów. Albo leżeliśmy w parku, ona wkładała mi do ucha słuchawkę i naciskała play na iPodzie. Spędziliśmy razem dwie noce. Wiedziałem, że obowiązuje ją godzina policyjna, więc musiała aranżować takie spotkania z góry - że niby nocuje u przyjaciółki. Chyba byliśmy przyjaciółmi. Latami staraliśmy się to ustalić.

Leżeliśmy u mnie w łóżku. W czarno-białym telewizorze leciał Hotel Zacisze, obraz śnieżył przez antenę oklejoną taśmą. Znała na pamięć każdy dialog, a ja kładłem głowę na poduszce i patrzyłem, jak się śmieje.

Pamiętam tę chwilę. Musiała zauważyć, że się jej przyglądam, ponieważ przygładziła włosy, przysunęła się na łóżku i pocałowała mnie.

- Co chcesz zrobić ze swoim życiem? - spytała.

Odgarnąłem jej włosy z twarzy.

- Nikt mnie nigdy o to nie pytał - odparłem.

- Chyba żartujesz.

- No może mama. - Zamilkłem. - Jako dziecko pisałem opowiadania. Lubiła, jak czytałem je na głos, a kiedy kończyłem, zawsze klaskała i powtarzała, że mam talent. Ale matki nie są obiektywne.

Anna się uśmiechnęła.

- Na pewno byłbyś wspaniałym pisarzem.

Wiara w jej głosie była zaskakująca. Nigdy nikomu nie mówiłem o mojej miłości do pisania, zwłaszcza nie Dazowi i innym chłopakom, którzy potem mieliby na mnie używanie.

- A ty? - zapytałem. - Czego ty chcesz?

Położyła mi głowę na piersi.

- Uwielbiam malować. I chciałabym kiedyś wrócić do Nowego Jorku. W zeszłym roku spędziłam tam trzy miesiące na szkolnej wymianie, to niesamowite miejsce. - Zamieszkajmy na East Village i zostańmy parką twórczych leniuchów. - Pocałowała moją skórę.

Zbiegłem na dół, żeby zapalić przed domem.

- Czy naprawdę zostawisz mnie samą u siebie w pokoju? - spytała z podejrzanie rozszerzonymi oczami.

Zrobiłem to. Zostawiłem ją tam, leżącą na moim łóżku, choć wiedziałem, że nikotynowy kop niespecjalnie mi pomoże. Podobała mi się myśl, że ona przebywa w przestrzeni, która była wyłącznie moja. Kiedy spojrzałem w górę przez obłok dymu, patrzyła w dół z okna. Po sposobie, w jaki się opierała, z ręką pod brodą i szeroko rozstawionymi łokciami, mogłem stwierdzić, że się opiera nagimi kolanami o moją poduszkę, a to wzbudziło we mnie dziwny dreszczyk emocji. Uśmiechnąłem się, a ona pomachała, po czym się cofnęła. Kończąc papierosa, wyobrażałem sobie, że ogląda moje rzeczy, wchłania mnie do środka. Kiedy otworzyłem drzwi, była dokładnie tam, gdzie ją zostawiłem.

Pierwszej nocy, którą spędziła w mojej sypialni, w moim łóżku, nic ze sobą nie robiliśmy. Całowaliśmy się, rozmawialiśmy i spaliśmy. Kiedy zapadła ciemność, przytuliliśmy się, jakbyśmy byli jednym ciałem. Miała na sobie moją ulubioną koszulkę.

- Ile dziewczyn spało w tym łóżku? - zainteresowała się, kiedy słońce wstało o nieprzyzwoitej godzinie.

- A bo to ważne? - Wzruszyłem ramionami.

Opowiedziałem o tym, jak poprzedniego lata na campusie jakaś dziewczyna zapukała do drzwi w poszukiwaniu mojego kolegi z akademika. Wyszedł, ale miał wrócić, więc zaproponowałem jej, żeby poczekała. Dziesięć minut później byliśmy razem w łóżku. Kiedy zdradziłem to chłopakom w pubie, poklepali mnie po plecach i zamówili mi następną kolejkę.

Gdy skończyłem mówić, potrząsnęła głową i odwróciła twarz do ściany.

Nie powinienem był dzielić się z nią tą historią.

Drugą noc pamiętam znacznie wyraźniej. Wspominałem ją wiele razy.

- Gdzie jest twój tata? - spytała Anna, gdy wchodziliśmy po schodach. - Nie poznałam go dotąd.

- Nie ma go - odparłem. - Nigdy go nie ma.

Położyliśmy się na moim łóżku, kołdrę zrzuciliśmy na podłogę. Okno było otwarte, ale w powietrzu unosił się tylko gęsty lipiec.

- Chyba się ostrzygę - stwierdziła.

- Czemu?

- I przefarbuję na blond. Jak bohaterka Hitchcocka.

- Wariatka - podsumowałem, głaszcząc ją po nodze.

- Nie podobałabym ci się już?

- Masz piękne włosy. Po co robić coś takiego z tak pięknymi włosami.

Położyła swoją dłoń na mojej.

- Odrosną. Zresztą włosy i tak są martwe.

Nie pamiętam rozbierania jej, ale pamiętam, jak wyglądała i że nie było w niej nieśmiałości. Nie była naga w ten sam sposób co inne dziewczyny i fascynowało mnie to. Jeszcze dziś potrafię zamknąć oczy i ją zobaczyć. Pamięć to niebezpieczna gra.

Czasem byliśmy tylko ona i ja, i nic pomiędzy.

Kiedy zbliżaliśmy się do finału, spojrzałem na nią i zapytałem:

- Jesteś pewna?

Zamknęła oczy i pokiwała głową, ale ja zrozumiałem i przestałem.

- Wiesz, że nie są czarne? - spytała potem, przytulona do mojego brzucha. - W sensie, moje włosy.

Była gdzieś druga w nocy. To, co wydawało się godziną pieszczot, okazało się trzema godzinami. A i tak nie potrafiliśmy wypuścić się z objęć. Pogłaskałem ją po plecach koniuszkami palców, kręcąc kółka na powierzchni jej skóry.

- Wyglądają na czarne - powiedziałem. W ciemności jej włosy zlewały się z cieniami.

- Przyjrzyj się im dobrze w blasku słońca, a zobaczysz, że są ciemnobrązowe.

Podciągnąłem ją wyżej, żeby móc wziąć ją w ramiona.

- Uwielbiam je niezależnie od tego, jak nazwiesz ich kolor.

- Ty od zawsze się golisz? - spytała, kładąc mi głowę na piersi. Wyobraziłem sobie, jak musiała słyszeć walenie mojego serca.

Przejechałem ręką po czaszce.

- Robię to, kiedy się denerwuję. Jakoś mi to pomaga. Golenie głowy.

Poczułem jej dotyk na łopatkach, jej palce przylegające do mojej skóry. W reakcji na moje słowa chwyciła mocniej.

Pocałowałem ją w gorące, wilgotne usta.

Po jakimś czasie, który dłużył się jak miesiące, znalazłem w łóżku pasma jej długich czarnych włosów.