p

I przemówiły ludzkim głosem - Jagna Kaczanowska

Kup ebooka

31.99 zł
26.55 zł (26,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Uśmiech kota

Nikt się tego nie spodziewał, ale zrobiło się biało. Wilgotne masy powietrza znad Atlantyku zderzyły się z zimnymi znad Rosji i oto na Bemowie, peryferyjnej dzielnicy Warszawy, zaczął padać śnieg. Padał na całodobową klinikę weterynaryjną Puszek Okruszek, na salon kosmetyczny Od Stóp do Głów, na siedzibę wydziału prewencji bemowskiej policji, na budkę z kebabem i sklep sieci Stokrotka.

Padał też na ulicę Zachodzącego Słońca, wzdłuż której z jednej strony ciągnęły się stare i nowe domki jednorodzinne, a z drugiej chaszcze i parterowe garaże po horyzont.

Padał na Beatę Milewicz, która właśnie zamierzała wsiąść do stojącego na podjeździe hybrydowego lexusa.

- Cholera! Gdybym wiedziała, że sypnie, wstawiłabym auto do środka! - zirytowała się Beata.

Rozejrzała się niezdecydowana, jakby sądziła, że na środku podjazdu ujrzy swojego męża machającego usłużnie szczotką i skrobaczką. Radka rzecz jasna nie było, bo pojechał służbowo do Frankfurtu nad Menem. "Naprawdę musisz trzy dni przed świętami...?" - zaczęła Beata. "Daj spokój. Wiesz, na czym polega moja praca" - odparł niechętnie. Beata już miała na końcu języka pytanie, czy polega także na klepaniu po tyłku nowej asystentki, na oko dwadzieścia lat młodszej od żony, ale nic nie powiedziała. To nie był pierwszy romans Radka. Zawsze do niej wracał. Wybaczała mu, nie skarżyła się. Była wdzięczna, że został z nią po tym wszystkim - większość mężczyzn zostawiłaby kobietę w jej sytuacji.

Mimo to uczucie dotkliwej przykrości spowodowanej nieobecnością męża od wczoraj nie chciało zniknąć. Beata spróbowała je zmyć kieliszkiem koniaku. I stłumić wedlowską bombonierką, którą dostała na mikołajki od męża, z ręcznie robionymi pralinami. Były pyszne, słodkie. Więc skąd ta gorycz wypełniająca duszę?

Dlatego rano dwudziestego drugiego grudnia Beata postanowiła wsiąść do samochodu i pojechać do niedalekiej galerii handlowej. Radek wracał dopiero w Wigilię przed południem. Nie chciała być sama, chciała być wśród ludzi. Choćby obcych. Ale w jednym podobnych do siebie nawzajem i do niej: czekających na święta, cieszących się na nie. Mimo wszystko, mimo że w tym roku te święta miały być inne. W cieniu epidemii koronawirusa i w maseczkach.

Beata lubiła cieszyć się na myśl o świętach. Nawet jeśli ostatnio musiała bardzo się wysilić, by naprawdę poczuć radość lub choćby jej cień...

Westchnęła. No trudno. Wróci do domu po rękawiczki.

- Przepraszam... - Głos dochodzący od strony ulicy był tak cichy i tak przepełniony poczuciem winy, że Beata przez moment myślała, że się przesłyszała.

Odwróciła się i zlustrowała czujnym okiem ulicę, coraz bielszą, i krzaki po drugiej stronie. Dopiero po chwili zauważyła postać w burym płaszczu. Jego kolor o tej porze roku był jak najlepszy kamuflaż, a ponieważ właścicielka płaszcza miała bladą twarz i szary beret na głowie, wtapiała się w grudniowe tło wprost idealnie. Chyba nie był to przypadek. Kobiecina, na pewno sporo od Beaty starsza, sprawiała wrażenie, jakby za wszelką cenę chciała zniknąć. Przestać istnieć.

- Przepraszam... - powtórzyła jeszcze ciszej, o ile to w ogóle było możliwe. Zawahała się. - Czy... czy nie widziała tu pani kotka? Czarnego, z białym koniuszkiem ogona?

Beata rozejrzała się niepewnie po niewielkim podjeździe okolonym równo przystrzyżonymi cisami. Kotka? A cóż miałby tu robić kotek? Z kotami miała raczej negatywne doświadczenia. Syberyjski kocur sąsiadów co roku masakrował jej skrzynki z begoniami, które traktował jak swoją prywatną toaletę. Na szczęście zakończył żywot jesienią. Nie świeć Panie nad jego duszą.

Nie było tu żadnej żywej istoty - poza nią.

Jej mina musiała być wymowna, bo kobieta prawie się rozpłakała.

- On często się tu kręcił. Mieszkam dwa domy dalej, widywałam go na pani podjeździe. Naprawdę pani go nie pamięta? Niewielki, chudziaczek taki, futerko miał gładkie, błyszczące. Oczy zielone, taka zieleń malachitowa. I ten biały koniuszek, bardzo charakterystyczny. Błagam, niech sobie pani przypomni. - Złożyła dłonie jak do modlitwy.

Beacie zrobiło się jej żal. Zrozumiała: to była tęsknota za kimś, kto powinien być obok, a jest daleko. Kot, mąż - czy to taka wielka różnica? Zapragnęła pomóc nieznajomej. Zmarszczyła brwi, wysiliła pamięć. Zazwyczaj nie zwracała uwagi na zwierzęta, ale...

Faktycznie, kręciło się tutaj mnóstwo kotów. Na pewno jakiś bury. A może kilka burych? Było też coś białego i tłustego, w łatki. Czarny... Tak, był i czarny! Czy miał plamkę na ogonie? Tego niestety nie mogła sobie przypomnieć, ale przecież to nie było niemożliwe. Ba, było bardzo prawdopodobne.

Im dłużej o tym rozmyślała, tym bardziej była pewna: widywała tego kota.

- Ale nie dzisiaj... - To powiedziała już na głos.

- A kiedy ostatnio? Ja go szukam od dwóch dni... - Kobiecie załamał się głos. Zwiesiła głowę. - Wie pani, ja nikogo nie mam. Tylko tego kota. Szukam go od rana, zmarzłam i...

Beata miała ochotę zakląć. Teraz już wiedziała: to była jej sąsiadka, mieszkała dwie posesje dalej, w starym domku z ramami okien, z których płatami odłaziła farba.

- Może wejdzie pani na herbatę, ogrzać się? - wypaliła więc Beata.

- Chętnie! - ucieszyła się starsza pani i raźno ruszyła do furtki.

Beata odrobinę się skonsternowała. Właściwie miała jechać na zakupy, poza tym rzadko kogoś zapraszała, była raczej skryta, od lat miała stałe grono znajomych. Sądziła, że kobieta odmówi: przecież szuka kota, jedynego przyjaciela, nie w głowie jej będą herbatki.

Ale z drugiej strony...

- Zapraszam - powiedziała, starając się, żeby jej głos nie zabrzmiał chłodno i drętwo.

Od razu usłyszała, że się nie udało. No cóż. Nie była królową ludzkich serc i miała tego świadomość. Starsza pani jednak albo nie zauważyła tego momentu zawahania, sztywności ruchów i sztuczności uśmiechu, albo była doskonale wychowana i umiała udawać, że nie dostrzega takich niezręczności.

Weszły do domu. Kobieta rozejrzała się z ciekawością. Beata zastanowiła się, jak jej mieszkanie wygląda z perspektywy kogoś obcego. Pewnie znać po nim zamożność właścicieli. Dizajnerska lampa, skórzana kanapa w salonie otwartym na kuchnię, dużo eleganckich stonowanych barw: kość słoniowa szafek kuchennych, biel ścian i zasłon, miodowa podłoga z wiązowych desek.

- Pięknie... Ale... chłodno - powiedziała z nieśmiałym uśmiechem sąsiadka.

Beata aż zrobiła krok do tyłu. Chłodno? Na pewno nie chodziło o panującą we wnętrzu temperaturę, oboje z Radkiem uwielbiali tropiki i gorąco. A zatem o styl, w jakim urządzono pomieszczenia.

- Dlaczego chłodno? - zapytała, trochę wbrew sobie.

Dotąd wszyscy zachwycali się jej wychuchanym domem; nad jego wystrojem pracowała ze znanym architektem wnętrz.

- Nie ma żadnych zdjęć, osobistych pamiątek. Nawet kubki dobrane są pod kolor ścian - wypunktowała starsza kobieta.

Musiała mieć świetne oko, Beata nie podejrzewałaby jej o to. Sprawiała niepozorne wrażenie. Babina z sąsiedztwa, relikt poprzedniej epoki, kiedy to w tej dzielnicy, z której do centrum jechało się raptem dwadzieścia minut, rozciągały się pola kapusty i cebuli.

Ale to przecież była prawda! Beata dopiero teraz to zobaczyła. Rozejrzała się po swoim domu z pewnym zdziwieniem. Nie było tu żadnych śladów bytności człowieka. Poduszki, równo ułożone w rządek, prężyły się na kanapie jak żołnierze na paradzie. Ściany były czyste, puste. I te kubki! Każdy z nich rzeczywiście wybrał projektant, tak naprawdę ani Beata, ani Radek nigdy nie kupili do tego mieszkania żadnego przedmiotu. W każdym razie od czasu remontu pięć lat temu. Mieli zacząć nowe życie, w nowym domu, po tym jak... porzucili wszelkie złudzenia na temat wspólnej przyszłości. A teraz okazało się, że było to życie chłodne i puste.

- Przepraszam, nie przedstawiłam się. - Głos starszej pani wyrwał ją z rozmyślań. - Emilia Wilczyńska.

Nie było to imię i nazwisko pasujące do prostej rolniczki, za którą w pierwszej chwili Beata wzięła swoją sąsiadkę. Raczej do zubożałej arystokratki. Kobieta ściągnęła z siwych włosów beret i Beata zrozumiała, jak bardzo się pomyliła. To była królewska piękna twarz o delikatnych, szlachetnych i zdecydowanych rysach. Naprawdę rzadko widywało się tak ładne, choć nieozdobione makijażem twarze.

- Beata Milewicz... Przepraszam, czy my się wcześniej nie spotkałyśmy? - wypaliła, trochę głupio.

Oczywiście, że się spotykały, były sąsiadkami! Tyle tylko że Beata przemykała koło przechodniów szczelnie zamknięta w swojej hybrydowej limuzynie, zasłuchana w czyste dźwięki koncertów wiolinowych Bacha sączące się z głośników. Wilczyńska jednak znów wykazała się niebywałym taktem. Najdrobniejszy mięsień jej twarzy nie drgnął w reakcji na tę kretyńską uwagę.

- To możliwe. Jestem lekarzem. Kilkanaście lat przepracowałam w stołecznych szpitalach jako kardiolog - powiedziała.

Beata znów się zdziwiła. Nie tak wyobrażała sobie emerytowaną kardiolożkę! Lekarze, których znała, pędzili z jednej prywatnej praktyki do drugiej ogromnymi, lśniącymi nowością samochodami, tymczasem Emilia Wilczyńska raczej groszem nie śmierdziała. Beata mimowolnie - nie chciała być niegrzeczna - obrzuciła wzrokiem jej szczupłą postać. Spódnica z tweedu musiała sobie liczyć kilka dekad. A buty... skóra w trzewiczkach była pomarszczona ze starości, lakier starty na noskach, piętach i w okolicy kostek.

Tak wygląda bieda. I tak jak dom Wilczyńskiej: ze zrujnowaną stolarką okienną, dachem z przerdzewiałej blachodachówki. Lekarka? Aż nieprawdopodobne!

- Ach tak... Możliwe, że widziałam panią w jakiejś przychodni i zapamiętałam twarz. Czego się pani napije? Kawy? Mam wspaniałą, z Ekwadoru. Albo herbaty z suszoną skórką pomarańczową?

- Ma pani może koniak?

Pytanie znów ją zaskoczyło. Koniak? Rano?

- Może być wódka.

Teraz to już Beata prawie się przestraszyła. Kogo ona tu zaprosiła? To pewnie jakaś alkoholiczka, no jasne, wszyscy lekarze piją, pewnie przepiła cały majątek i dlatego tak mieszka i tak się nosi...

- Wiem, dziwnie to zabrzmi, ja... zasadniczo nie piję. Ale dziś, gdy zginął mi kot i nie mogę go znaleźć... Rozumie pani?

Beata nie bardzo rozumiała, ale postanowiła, wzorem swojej rozmówczyni, zachować kamienną twarz.

- Oczywiście. Mam koniak, zaraz pani podam. Jak miał na imię kotek?

Teraz to Wilczyńska zdawała się zaskoczona, jakby nie zrozumiała pytania.

- Białka - odparła po chwili.

- Odniosłam wrażenie, że... to kocurek? - zdumiała się po raz nie wiedzieć który Beata.

- Tak, kocurek, ale ze względu na tę białą końcówkę ogona... Białka jakoś tak mi pasowała. Bo całe życie, całą młodość jeździłam do Białki Tatrzańskiej na narty. Byłam w akademickim kole sportowym, brałam udział w amatorskich zawodach. Slalom gigant. Dlatego ta Białka.

Trochę to było dziwne uzasadnienie, ale w sumie cóż Beata mogła wiedzieć o nadawaniu imion zwierzętom: nigdy żadnego nie miała, nawet jako dziecko. Potem nie przyszło jej to do głowy, zresztą już sobie wyobrażała, co powiedziałby Radek: zwierzę to brud, smród i kłaki rozsiane po kątach i na obiciu ich pięknej, jasnej, eleganckiej kanapy.

Nalała trochę koniaku na dno ogromnego kieliszka. Płyn ozłocił ścianki. Beacie zachciało się nalać jeszcze drugi kieliszek, dla siebie, ale przecież miała jechać do galerii handlowej. Nie piła, gdy miała później tego samego dnia prowadzić. Tej zasady trzymała się bezwzględnie.

Od jakiegoś czasu próbowała ograniczyć alkohol. Ale trudno było wieczorem wytrzymać bez kieliszka. Początkowo myślała, że pije tylko dlatego, że Radek wraca do domu o ósmej albo dziewiątej i po prostu czuje się samotna. Tłumaczyła sobie, że przecież na to zasługuje. Pracuje w domu, zajmuje się składem i przygotowaniem do druku materiałów reklamowych, świetnie zarabia. Zasługuje na chwilę zapomnienia, odpoczynku. Nie, nie upijała się. Po prostu codziennie była na rauszu. Dopiero niedawno dotarło do niej, że gdy Radek jest w domu, ona pije jeszcze chętniej. Nie pozwoliła sobie zagłębić się w ten temat, zapytać, dlaczego tak jest. Bała się chyba odpowiedzi, do której mogłaby dojść.

Przełknęła ślinę. Wtedy zauważyła, że pani Emilia przygląda jej się bacznie, a nawet... badawczo? Natychmiast jednak przeniosła wzrok na okno i widoczny za nim zimowy krajobraz tej peryferyjnej uliczki, jakby się zawstydziła czy poczuła zdemaskowana.

- Proszę! - powiedziała dziarsko i podała sąsiadce kieliszek.

Wilczyńska przejęła go ruchem zaskakująco zwinnym. Przyjrzała się płynowi, pociągnęła łyk, skrzywiła się i zaśmiała.

- Czy to nie ciekawe? Człowiekowi czasem się wydaje, że czegoś chce, a gdy to dostaje, orientuje się, że był w błędzie... Przepraszam. Czy to będzie kłopot, jeśli poproszę jednak o tę herbatę?

Odstawiła kieliszek na blat. Wyglądał tak kusząco! Płyn błyszczał i zdawał się przyciągać Beatę w magnetyczny, hipnotyczny sposób. Ale nie, oczywiście, nie mogła sobie na to pozwolić. Nie. Nie. Nie.

Odwróciła się szybko. Podeszła do czajnika, nastawiła wodę. Sięgnęła do szafki - w środku panował oczywiście idealny porządek - i wyjęła puszkę z herbatą.

Gdy czajnik bulgotał, Wilczyńska usiadła na krześle przy wyspie kuchennej. Zapadło milczenie. Starszej pani zdawało się ono w ogóle nie przeszkadzać, ale Beata odniosła wrażenie, że jest niezręczne.

- Co pani teraz zamierza? - zapytała więc, trochę po to, żeby przerwać ciszę.

- W jakiej kwestii?

- W sprawie Białka... Białki?

- A! - Wilczyńska zaśmiała się, zbyt głośno i wesoło, jak osoba niespełna rozumu. - Właśnie pomyślałam, że może... pani pomogłaby mi go szukać?

Co?! Beata aż otworzyła usta ze zdumienia. Propozycja była absurdalna, nie na miejscu, nie do pomyślenia! Dlaczego dwa dni przed Wigilią miałaby szukać kota należącego do kogoś, kogo na dobrą sprawę dopiero dzisiaj poznała? Niedorzeczność!

- No... wie pani... - wybąkała zszokowana.

- Właściwie co ma pani innego do roboty? - zapytała Wilczyńska z uśmiechem.

Byłoby to pytanie co najmniej bezczelne, gdyby nie fakt, że starsza pani uśmiechała się ciepło, bez cienia złośliwości. I patrzyła Beacie prosto w oczy w sposób, który sugerował, że przejrzała jej życie na wylot.

Beata nie miała nic innego do roboty i tamta świetnie o tym wiedziała. Co dziwniejsze, zaczęła to sobie uświadamiać także sama Beata, po raz pierwszy w życiu. Kupi kolejny wianek na drzwi? Stroik na świecę? Piękny papier prezentowy, w który nie będzie miała co opakować? Dobre wino, które wypije sama lub w gwiazdkowy wieczór z milczącym mężem? Następnego białego, mięciutkiego misia do pokoju, do którego Radek nigdy nie wchodził, a którego ona nigdy nikomu nie pokazała?

- Tak. Tak. Chętnie pani pomogę. - Zdziwiły ją słowa wydobywające się z jej własnych ust.

Czajnik wydał z siebie pióropusz pary, podskoczył i zamarł, posapując.

- Dziękuję. To wspaniale, że chce to pani dla mnie zrobić! - Wilczyńska uśmiechnęła się radośnie, ciepło, szczerze.

Beacie też zrobiło się ciepło na sercu. To naprawdę nie był zły pomysł, szukanie tego kota...

- Od czego zaczniemy? Proponuję, żebyśmy pojechały do Puszka Okruszka. Nie chcę pani martwić, ale musimy wykluczyć możliwość, że Białkę... Białka potrącił samochód. Proszę się jednak nie przejmować, przecież kot może być ranny, leczony. Zresztą, ktokolwiek by go znalazł, na pewno skontaktowałby się z lecznicą. Wszyscy ją przecież znają. - Prawie zatarła ręce. Lubiła mieć plan, wiedzieć, co robi, a potem wykreślać kolejne zadania, punkt po punkcie, aż poczuje, że osiągnęła cel.

- Ale... po co my mamy tam jechać? Przecież to kilkaset metrów stąd. - Wilczyńska pokręciła głową z niedowierzaniem. - Chodźmy pieszo. Będziemy się rozglądać i nawoływać. Może on usłyszy, może znajdziemy po drodze jakiś ślad?

Temu tokowi myślenia trudno było odmówić racji. Beata westchnęła. Dawno, bardzo dawno nie chodziła po okolicy pieszo! Właściwie zapomniała już, jak to jest, przemierzać na własnych nogach świat.

Dopiły herbatę i wyszły. Maszerowały przez chwilę w milczeniu; płaty mokrego śniegu przyklejały się do ich twarzy i natychmiast topniały.

- Dlaczego pani nie nawołuje? - zainteresowała się Beata mniej więcej w połowie drogi.

- Prawda! Przecież musimy go szukać, znaleźć... Białka! Białka! - krzyknęła przenikliwie Wilczyńska.

Beata pomyślała, że gdyby była kotem, wiałaby gdzie pieprz rośnie. A potem przemknęło jej przez głowę, że muszą wyglądać jak dwie wariatki. Zawstydziła się. Zawsze starała się być akuratna, od do. Tego typu szaleństwa jak wyprawy w poszukiwaniu cudzego kota były nie w jej stylu.

- Wstydzi się pani? Nie musi pani mówić, ja to widzę. Jako lekarz doskonale potrafię rozpoznać grymas wstydu na ludzkiej twarzy. Wiele razy go widziałam...

- Proszę wybaczyć, pani Emilio, ale nie bardzo mi pani wygląda na lekarza.

- Nie wyglądam na bogatą, wiem! - Wilczyńska się zaśmiała. - Bo nie jestem bogata. Pracować już nie bardzo mogę, rozumie pani: nie te ręce, nie te oczy. Nie ten refleks i intuicja. Wolałabym nie zamordować pacjenta przez przypadek czy nieuwagę, którą w tym wieku można mi już chyba wybaczyć. Mam siedemdziesiąt osiem lat. I żadnej emerytury!

- Jak to? - zdumiała się Beata. - Przecież pani pracowała?

- I to całe życie! Ale, droga pani Beato, przez większość swojego dorosłego życia pracowałam w Związku Radzieckim. Byłam lekarką w przychodni w Murgobie. Wie pani, gdzie to jest?

- Nie mam pojęcia. Nigdy w życiu nie słyszałam o takim miejscu...

- Niewielka miejscowość w Pamirze. Mówią o niej miasto na dachu świata, bo położone jest trzy tysiące sześćset metrów nad poziomem morza. Trzeba dobrze znosić wysokość, ale jak pani wspominałam, kocham góry, narty, wspinaczkę, w Pamirze czułam się cudownie. Zresztą słowo "miasto" do Murgobu nie całkiem pasuje: jakieś dziesięć tysięcy mieszkańców, plątanina uliczek, parterowych domków, nawet nie ma tam prądu ani wodociągu. Za moich czasów używało się lamp naftowych, w przychodni i szpitaliku był oczywiście generator prądu. Tak, wyjechałam tam zaraz po studiach. Bo wie pani, ja się tam urodziłam. W Rosji. To jest w Sowietach. W Kazachstanie...

Beata słuchała zafascynowana. Doszły właśnie do kliniki, ale przytrzymała rękaw pani Emilii, powstrzymała ją przed wejściem do środka.

- Ale skoro pani przepracowała tam całe życie, to przecież przysługuje pani emerytura!

- A skąd! Całe życie oddałam pracy dla Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich! Miałam czterdzieści dziewięć lat, gdy ogłoszono rozpad ZSRR. Później jeszcze przez kilka lat obijałam się po Tadżykistanie, trochę mieszkałam w Duszanbe, zanim wróciłam do Polski. Potem pracowałam tutaj przez kilkanaście lat. Chciałam odejść na emeryturę tuż przed siedemdziesiątką. Nie mogłam już leczyć. No ale wtedy okazało się, że nie mam wymaganego stażu pracy. Bo moje dokumenty są... jak by to powiedzieć... nic niewarte? Ani Polska, ani Tadżykistan nie chcą ich uznać. I tam, i tu mają problemy z wypłacaniem emerytur nawet tym, którzy całe życie spokojnie przepracowali w jednym kraju, a co dopiero jakiejś kosmopolitce! Więc żyję z renty i pieniędzy po matce, w domku, który po niej odziedziczyłam. No i dorabiam sobie, pozuję na wydziale malarstwa na ASP.

Beata musiała mieć kompletnie zbaraniały wyraz twarzy.

- Akademii Sztuk Pięknych. Słyszała pani o niej? - Wilczyńska popatrzyła na nią, jakby nagle przyszło jej do głowy, że Beata jest niemotą.

- ASP, wiem, ale... jak to: pozuje pani?

- Normalnie. Do obrazów. Głównie do aktów, ale wie pani, podobno jestem też świetną modelką do portretów.

- Nie wątpię! Ma pani taką szlachetną urodę, ale chciałam się dowiedzieć...

- Rozumiem, wszystko pani opowiem, bardzo chętnie, tylko wejdźmy do środka, strasznie tu wieje! - Staruszka pociągnęła Beatę w stronę wejścia. - Przepraszam, czy... och, zrobiło mi się trochę słabo! - Złapała się za serce, faktycznie była blada.

- Pani Emilio, proszę usiąść! Jak się pani czuje? Czy czegoś pani trzeba? Może przyjmuje pani jakieś leki?

- Nie, nie, dziękuję, droga przyjaciółko. Może mogłabym dostać szklankę wody? Wie pani, emocje i zaraz przypomina mi się Pamir, a to piękne, piękne miejsce... - Wilczyńska delikatnie pogładziła Beatę po dłoni i uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Recepcjonistka prawie natychmiast pojawiła się obok ze szklanką wody, którą podała starszej z kobiet.

- Przepraszam. Szukamy kota, czarnego, z białym koniuszkiem ogona... Zginął tej pani i musimy go odnaleźć! - Beata przejęła inicjatywę. Czuła się odpowiedzialna za efekt poszukiwań i za panią Emilię.

- Był naszym pacjentem? Był zarejestrowany? - zapytała z miłym uśmiechem recepcjonistka, podchodząc do komputera. - Wszystkim kotom, które są naszymi pacjentami, wszczepiamy czipy. Potem można je łatwo znaleźć, nawet jeśli zawędrują gdzieś daleko. Oczywiście o ile ktoś odnajdzie i zeskanuje czip.

Beata odwróciła się w stronę pani Emilii. Była pewna, że kocur figuruje w rejestrze pacjentów kliniki. Przecież jego właścicielka właśnie tu miała najbliżej. Wiadomo: szczepienia, odrobaczanie, może jakieś drobne urazy. Pani Emilia jednak uśmiechnęła się tylko przepraszająco i rozłożyła ręce w geście bezradności.

- Ale to był... bardzo zdrowy kot - wyszeptała.

- W takim wypadku, obawiam się, nie będę mogła pani pomóc... Nie przywieziono do nas żadnego bezpańskiego kota. Może spróbuje pani przejrzeć ogłoszenia na Facebooku, zamieścić własne... Wiem, że ludzie często znajdują w ten sposób zagubione zwierzęta. - Recepcjonistka uśmiechnęła się przepraszająco.

Beata pomyślała, że wygląda na bardzo miłą. Na pewno miała dobre chęci.