PROLOG
Sypialnia nadal pogrążona była w mroku, grube zasłony maskowały światło świtu za oknem. Talia z trudem wlokła się do drzwi. Każda komórka jej ciała krzyczała w bezgłośnym proteście. Zmusiła się jednak do wyjścia, bo wiedziała, że musi to zrobić. Musi odejść.
Odejść od mężczyzny śpiącego teraz w szerokim łóżku, z nagim umięśnionym torsem, który pieściła wcześniej w ekstazie. Emocje zaatakowały ją niczym nóż patroszący jej wnętrzności. Wyjść stąd - och, dobry Boże - zmusić się, by odejść od mężczyzny, który zwalił ją z nóg i zabrał do raju, o istnieniu którego nigdy nawet nie marzyła! Od mężczyzny, który dał jej nadzieję na ucieczkę z więzienia, w którym była zamknięta. Więzienia, do którego teraz wracała. Bo nie miała innego wyjścia.
Kiedy nacisnęła cichutko klamkę, poczuła, że telefon znowu zawibrował w jej wieczorowej torebce. Wzywał ją z powrotem do domu, do więzienia, w którym musiała żyć.
Nóż znowu przekręcił się jej w trzewiach. Ten mężczyzna wcześniej spojrzał na nią tylko raz i już wiedziała, że odda mu się z entuzjazmem, bez wahania i wątpliwości. Pozwoliła mu wyciągnąć się z przyjęcia, na którym nie odrywali od siebie oczu, rozkoszując się pochłaniającą ich namiętnością, jakiej nigdy w swoim życiu nie zaznała.
Nóż jeszcze raz przekręcił się w niej boleśnie. Istniał między nimi związek tak namacalny, jak dotyk ich ciał splecionych namiętnie tej nocy. Coś przyciągało ich do siebie. Łatwość, z jaką prowadzili rozmowę, naturalna komunikacja wywołująca radosny śmiech, ciepło i bliskość, będące czymś więcej niż tylko fizycznym obcowaniem...
Ostatni cios noża sprawił, że niemal krzyknęła z bólu, kiedy po cichu otworzyła drzwi, niezdolna oderwać oczu od mężczyzny, którego nigdy więcej nie zobaczy. Bo nie mogła zrobić tego, o czym rozmawiali z takim entuzjazmem w nocy.
- Chodź ze mną! - mówił, a oczy mu płonęły. - Ta noc to tylko początek tego, co razem przeżyjemy. Pojedź ze mną na Karaiby, tam jest tysiące wysp do zwiedzania... Pojedź tam ze mną...
Jego głos, ciepły i wibrujący, nadal rozbrzmiewał jej w głowie.
Zdusiła dłonią szloch narastający jej w gardle. To było niemożliwe! Nie mogła z nim pojechać. Nie mogła zrobić nic poza tym, co właśnie robiła. Odchodziła od niego.