Rozdział 2
Rano cała rodzina spotkała się w jadalni na śniadaniu. Nie obowiązywał tu szwedzki stół jak w innych hotelach, gości obsługiwali kelnerzy, ale obok zorganizowano bufet samoobsługowy, z którego również można było korzystać. Dla Martina i Orłowskich połączono stoliki, żeby mogli razem siedzieć. Po chwili podeszła do nich Giulia z kartą dań. Wybór potraw był duży, ale zadowolili się jajecznicą na bekonie i tostami z konfiturą.
Po śniadaniu i pysznym caff? americano wszyscy oprócz Renaty wybrali się na stok. Ona postanowiła zwiedzać miasteczko i sklepy.
Narciarze wrócili przed szesnastą, zmęczeni, ale zadowoleni.
- Żałuj, że nie byłaś z nami, Malutka. Góry wyglądają fantastycznie. Wspaniała uczta dla oczu. Pogoda na medal.
- Domyślam się, bo tu, na dole, też było słonecznie.
- Jak ci minął czas?
- Również wspaniale. Kilka godzin samotności to najlepszy relaks dla kobiety w moim wieku, od razu wygładziły mi się trzy zmarszczki.
Punktualnie o osiemnastej zeszli na kolację. Sala była pełna gości, znajdowało się tu około pięćdziesięciu osób, tylko niektóre stoliki stały jeszcze puste i czekały na biesiadników.
Usiedli za stołem. Tym razem podszedł do nich Lorenzo. Złożyli zamówienie.
- Johan, proszę, wróć się do pokoju i przynieś mi telefon, bo zapomniałam go wziąć - powiedziała Iza.
- Nie wytrzymasz bez komórki pół godziny?
- Nie pół godziny, tylko co najmniej dwie. Posiedzimy tu dłużej.
Johan z westchnieniem wstał od stołu i ruszył ku schodom. Nieoczekiwanie tuż przed nim pojawił się jego dawny kolega z Berlina trzymający za rękę małego chłopczyka. Malec musiał mieć około trzech lat. Miał jasne kręcone włosy i śliczne niebieskie oczy.
- Georg? - zawołał Johan po niemiecku. - Co tu robisz?
- Chyba to co i ty. - Mężczyzna uśmiechnął się, wyciągając rękę na powitanie. - Cześć. Co za spotkanie. Miło cię znowu zobaczyć. Słyszałem, że mieszkasz teraz w Polsce.
Niemiec był wysokim szczupłym blondynem około trzydziestki, kilka lat starszym od Johana.
- Tak, w Krakowie. Widzę, że masz syna...
- Cóż, kiedyś trzeba było się ustatkować.
- Dalej pracujesz w Super Star?
- Owszem.
- I co, wciąż włazisz w dupę Camilli Vogel?
- Nie tylko w dupę - usłyszał z boku kobiecy głos. Głos należał do Camilli, właścicielki stacji Super Star, kiedyś również szefowej Johana. - Witaj, Johanie. Widzę, że przywitałeś się już z moim mężem.
- Mężem?! - von Briest nie mógł powstrzymać okrzyku zdziwienia. - Jesteście małżeństwem? I macie dziecko?
- Cóż w tym takiego dziwnego? - Kobieta wzruszyła ramionami. - A ty zostałeś już ojcem, bo słyszałam, że poślubiłeś tę małą Polkę?
- Mała Polka jest wyższa od ciebie, Camillo.
- Tak? Kiedy ją widziałam, sprawiała wrażenie niepełnoletniej smarkuli. Jesteś tu z nią?
- Tak, z żoną i jej rodziną.
- Chyba jesteśmy sąsiadami, bo boy wspominał coś o kilkuosobowej polskiej rodzinie, która zajmuje sąsiednie pokoje. - Rzuciła mimochodem, po czym zwróciła się do męża. - Georg, gdzie jest Susanne?
- Suzi, Suzi! Ja chcę do Suzi - odezwał się mały.
- Teo, uspokój się. Niania zaraz przyjdzie - powiedziała kobieta ze zniecierpliwieniem i spojrzała gniewnie na męża.
- Wróciła do pokoju po śliniak - odparł Georg.
W tym momencie na schodach pojawiła się młoda, niepozorna kobieta z ulizanymi włosami, ściśle upiętymi w kitkę z tyłu głowy i w dużych, mało twarzowych okularach. Szeroka bluza i rozciągnięte spodnie dresowe zakrywały figurę prawdopodobnie nie bez powodu.
No tak, Camilla lubi otaczać się nieciekawymi wizualnie kobietami - pomyślał Johan. A w jej mniemaniu każda niania obligatoryjnie powinna być brzydka.
- Susanne, na przyszłość proszę nie zapominać o podstawowych rzeczach dla dziecka - oznajmiła groźnie Camilla.
- Tak jest, proszę pani. Teo bardzo się niecierpliwił, dlatego przez pośpiech zapomniałam zabrać śliniak - odparła strachliwie dziewczyna. Chociaż mówiła poprawnie po niemiecku, jej akcent świadczył, że pochodziła z Europy Wschodniej.
- No to idziemy do stołu - oznajmiła Camilla, po czym zwróciła się do Johana. - Na razie musimy się pożegnać, ale mam nadzieję, że jeszcze nieraz będziemy mieli okazję porozmawiać.
Kiedy kilka minut później Johan wracał do stolika z komórką Izy, zauważył Camillę i jej rodzinę siedzących przy stole w kącie jadalni. Obsługiwał ich ugrzeczniony Lorenzo.
- Widziałeś, kogo diabli nam tu nasłali? - przywitały go słowa wzburzonej Izy.
- Izis, kogo masz na myśli? - zapytał od niechcenia.
- Tę twoją Camillę de Mon - sparafrazowała imię bohaterki 101 dalmatyńczyków. - Przywiozła ze sobą swojego nowego gacha. Przecież Georg jest od niej młodszy o dwadzieścia lat! - Spojrzała kpiąco na męża. - Cóż, baba ma sentyment do młodych facetów, a młodzi faceci do jej pieniędzy.
- Raczej nie do pieniędzy, tylko do jej stacji telewizyjnej - odparł Johan, wzruszając ramionami. - Georg jest starszy ode mnie o cztery lata.
- Wielka mi różnica! - prychnęła lekceważąco. - No to jest młodszy nie o dwadzieścia lat, tylko o szesnaście.
- A więc to jest ta sławna Camilla Vogel - mruknął Robert, patrząc na Niemkę. - Piękna kobieta.
Rzeczywiście Camilla należała do piękności. Długie blond włosy, modnie przycięte i wyprostowane na prostownicy, nieskazitelny makijaż i wspaniała sylwetka obleczona dopasowanym ubraniem - wszystkie te atrybuty sprawiały, że przyciągała oczy gości.
- Tatku, małe sprostowanie: nie piękna, tylko dobrze zrobiona. Nie tylko włosy ma wyprasowane, twarz również. Przeszła niejedną operację plastyczną i ma w sobie pięć kilo botoksu. Prawdziwie piękna jest nasza mama. Ona nie potrzebuje operacji ani wstrzykiwania w twarz jakichś świństw. - Iza uśmiechnęła się do matki, żeby zdobyć sojuszniczkę w dyskredytowaniu urody dawnej rywalki.
- Mam za to na sobie dziesięć kilo tynku, córeczko. Bez makijażu wyglądam jak siódme dziecko praczki.
- Ona również - burknął Johan.
Spojrzenia wszystkich przy stole spoczęły na twarzy mężczyzny.
- Więc jest głupsza, niż myślałam - podsumowała Iza. - Kiedy będę miała kochanka młodszego od siebie o dwadzieścia lat, nigdy nie dopuszczę, żeby widział mnie rano nieumalowaną.
Johan wrogo zmarszczył brwi.
- Nie martw się, Johan, to tylko groźby na wyrost - odezwała się ponownie Renata. - Swoją drogą wcale się nie dziwię kobietom, które chcą poprawić swoje już nieco zwiędnięte lica. Gdybym się nie bała bólu, sama bym sobie strzeliła jakąś operację plastyczną oraz podciągnęła i wstrzyknęła to i owo. Nie mam nic przeciwko korzystaniu ze zdobyczy kosmetologii i poprawianiu sobie urody.
- Kosmetyki tak, ale nie skalpel! Gardzę kobietami, które będąc matronami, udają nastolatki. Przecież Vogel to sypiące się próchno! Ona ma prawie czterdzieści siedem lat! - prychnęła Iza. - Nigdy się do tego nie zniżę, żeby dla jakiegoś faceta robić z siebie idiotkę. I w życiu nie pozwoliłabym, żeby jakiś rzeźnik dotknął mojej twarzy.
- Zgadzam się z tobą, córeczko - wtrącił Robert. - Jako chirurg i lekarz nie pochwalam niepotrzebnych operacji.
- A ja się nie zgadzam i wydaje mi się, córuś, że za dwadzieścia kilka lat, gdy też będziesz już starym próchnem, zweryfikujesz swoje poglądy. Kiedy byłam w twoim wieku, myślałam podobnie jak ty teraz - podsumowała Renata, uśmiechając się pobłażliwie do Izy.
- Gdzie się podziali Martin z chłopcami? - wtrącił Robert. - Wszystko im wystygnie.
- Już wracają - powiedziała Iza, patrząc na bratanków kroczących obok Martina ze szklankami świeżego soku wyciśniętego z pomarańczy.
- Martin, na przyszłość uważaj, co te urwisy mają w rękach, bo może spotkać cię przykra niespodzianka - zauważyła Renata.
Jakby przewidziała, bo w tym momencie Eryk potknął się i wywrócił. Chwilę leżał, jakby się zastanawiał, czy płakać, czy nie, po czym zawołał dumnie:
- Nie stłukłem szklanki!
- Ale wylałeś na mnie jej zawartość - mruknął Martin. - Renatko, już zawsze będę słuchał twoich rad.
Minęły trzy dni od ich przyjazdu do Madonna di Campiglio - i wszystkie wyglądały podobnie. Rano po śniadaniu hotelowi goście, oprócz Renaty, jechali na stok, żeby zakosztować narciarskich szusów. Ze względu na chłopców najczęściej zjeżdżano na niebieskich trasach, ale później zastosowano dyżury - dwie osoby asystowały Erykowi i Kamilowi, a reszta zaliczała trasy oznakowane na czerwono i czarno. Robert zawsze był w tej dyżurnej dwójce, bo z powodu nie tak dawnego wypadku nie mógł forsować kolana. Renata raz również z nimi pojechała. Siedząc na tarasie restauracji, podziwiała piękno Dolomitów - a żeby wrażenia były mocniejsze, co chwila raczyła się kufelkiem grzanego piwa z miodem. Nadal nie dała się przekonać do nauki jazdy na nartach.
- Chociaż spróbuj - zachęcał ją mąż. - Kiedy raz zjedziesz z oślej łączki, gwarantuję, że złapiesz bakcyla.
- Owszem, mogę złapać bakcyla, ale nie tego, o którym myślisz - mruknęła. - Już zaczyna mnie boleć gardło od waszego wspaniałego alpejskiego powietrza. Hmm, albo to ten wirus, który szaleje w Wuhan.
- Mamuśka, zanim chiński wirus rozpanoszy się w Europie, to jeszcze trochę potrwa - powiedziała Iza.
- Iza, rząd włoski nie bez powodu zawiesił ruch lotniczy do Chin. Trzydziestego pierwszego stycznia w Rzymie otrzymano u dwóch chińskich turystów pierwsze pozytywne wyniki testów - wtrącił Robert. - Nie wiadomo, jak to będzie. W dzisiejszych czasach nie da się zamknąć hermetycznie państwa przed wirusem. Wszystkie koronawirusy są zjadliwe, a SARS-CoV-2 jest wyjątkowo paskudny, przede wszystkim dlatego, że atakuje płuca.
- Na razie w Europie nikt jeszcze na niego nie umarł, a więc nie ma paniki.
- Nie wiadomo, jak długo nie będzie w Europie ofiar śmiertelnych. Epidemia idzie lawinowo. Nie wiemy, ile w Chinach naprawdę jest zachorowań i zgonów. Dopiero trzydziestego pierwszego grudnia Chińczycy ogłosili pojawienie się nowego koronawirusa, a czytałem, że był tam już w połowie października.
- Według mnie to będzie podobnie jak ze świńską czy ptasią grypą, epidemia obejmie tylko Azję - stwierdził Martin. - Pamiętasz, co było z SARS w 2003 roku?
- Owszem, pamiętam. I pamiętam też, że Chińczycy nie przyznali się światu do tego koronawirusa, bo był już od listopada, a powiedzieli o nim dopiero w marcu 2003 roku. Rzeczywiście nie rozprzestrzenił się po świecie i nie było wiele ofiar śmiertelnych, bo niecałe osiemset zgonów, ale dlatego, że im bardziej śmiertelny jest wirus, tym szybciej epidemia wygasa. Nie wiadomo, jak będzie z SARS-CoV-2. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby wybuchła pandemia. Nie można wierzyć Chińczykom na słowo, ile naprawdę jest ofiar śmiertelnych. Oni lubią kłamać.
- Robert, w takim razie dlaczego nas tu przywiozłeś? - zauważyła Renata.
- Bo w Europie jeszcze nic złego się nie dzieje. Czy mam ci, Malutka, przypominać, z jakiego powodu tu jesteśmy? Dwudziestego trzeciego lutego mój wspólnik kończy sześćdziesiąt lat.
- Proponuję, żebyśmy zostali do szesnastego marca i tutaj obchodzili twoją, Robert, sześćdziesiątkę - powiedział Martin.
- Z przyjemnością bym tu posiedział nawet do dnia moich urodzin, ale pacjenci będą za mną tęsknić. Lista oczekujących na zabiegi jest wyjątkowo długa.
- Zastąpi cię Krzysiek.
- Nic z tego, Martin. Zaraz po twoich urodzinach wracamy do domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki