p

Hanna Panna. Kobiety rządzą światem - Anna Emilia Rakowska

Kup ebooka

21.00 zł
17.43 zł (17,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

HANNA PANNA I JEJ NIBYLANDIA

 

 

Nie wiem, czy wierzę w przeznaczenie i kiedykolwiek w nie wierzyłam. Podobno przeznaczenie działa w ten sposób, że jeśli dwoje ludzi ma ze sobą być, to choćby wszystko miało w naszym życiu przewrócić się do góry nogami, przeznaczenie we właściwym dla siebie czasie ich połączy. Jest w tym coś magicznego, a nawet ekstremalnego, bo nigdy nie wiesz, czy zadziała jedynie magia, dzięki której będzie pięknie, kolorowo i twoje marzenie o spotkaniu prawdziwej miłości się spełni, czy życie przeciągnie cię po ziemi i skopie ci tyłek, bo przeznaczenie musi dopiąć swego.

Dobrze pamiętam swoją pierwszą miłość. Wybranek mojego serca miał na imię Piotr. I pomimo, że byliśmy dziećmi, nasze siedmioletnie serca przeżywały tamtymi czasy wielką, choć krótką, miłość. Spotykaliśmy się pod dużą, sztuczną palmą, którą znaleźliśmy na śmietniku. Postawiliśmy drzewko pod moim oknem. Tu była nasza Nibylandia. Piotr odwiedzał mnie codziennie i często przynosił ze sobą jakieś dobre rzeczy. Wiedział, że uwielbiam słodycze. Przynajmniej wtedy je lubiłam. Zapewne, gdybyśmy byli starsi o jakieś dwadzieścia lat i gdybyśmy oboje wiedzieli, że Piotr nie zagości długo w moim mieście, żadne z nas by się w sobie nie zakochało. Ale dzieci idą na żywioł. I nie myślą, że pierwsze miłosne doświadczenia mogą odcisnąć piętno na naszych wyobrażeniach o miłości. Tak było w naszym wypadku.

To było jedno z naszych ostatnich, pamiętnych spotkań pod sztuczną palmą.

- Cześć królewno! - zawołał Piotr.

Piotr był piękny. Miał cudowne, niebieskie oczy i kręcone, blond włosy. Wyglądał jak aniołek. I nazywał mnie swoją królewną.

- Cześć Piotrusiu!

Tym razem dostał ode mnie buziaka i zalał się rumieńcem. Widząc to i ja poczerwieniałam. Przyniósł ze sobą malutki bukiecik kwiatków, które zapewne urwał z ogródka sąsiadki, a że wyglądał jak aniołek, to nikt nie mógł się mu oprzeć. Usiedliśmy wpatrując się w moje okno. Zawsze było otwarte. Dziś wyglądała z niego moja matka. Paliła nerwowo papierosa. Robiła tak zawsze, gdy czekała na mojego ojca, który rzadko bywał w domu. Ojciec często wyjeżdżał, jego praca wiązała się z częstymi wyjazdami. Mama mówiła, że jest piratem, co oczywiście było metaforą życia, jakie prowadził: przemierzał morza i oceany szukając drogocennej perły. W międzyczasie jak nie znajdował pereł, co jakiś czas przywoził mamie pierścionek z tombaku. Była niewdzięczna, wyrzucała je potajemnie.

- Lubię jak nazywasz mnie królewną - odparłam trzymając Piotrusia za rękę. Byliśmy jak para. Choć wyglądaliśmy bardziej jak rodzeństwo. Ja też miałam śliczne loczki i wyglądałam jak cherubinek.

- Jesteś moją królewną. Nigdy nie spotkałem tak ślicznej dziewczynki.

Piotruś często przeprowadzał się z rodzicami, bo i jego tata ze względu na pracę dużo podróżował.

W końcu moja mama dopięła swego. Pod blokiem zaparkował ojciec pirat swoim wychuchanym Audi. Gdy tylko go dostrzegła zniknęła w oknie. Pojawiła się jeszcze szybciej i zaczęła wyrzucać jego rzeczy przez okno. Klasyka rozwodu! Nie wsłuchiwaliśmy się w rozmowę, a raczej kłótnię moich rodziców. Wystarczyła nam jedynie obserwacja z punktu widzenia dziecka.

- Mówię ci Piotrusiu, dorośli mają przerąbane...

- Nooo, ciągle mają jakieś problemy, a jak ich nie mają, to muszą je sobie wynaleźć. Oni są naprawdę bardzo dziwni i skomplikowani.

Piotruś chyba pragnął mnie pocieszyć, choć wcale nie było mi smutno. Przyzwyczaiłam się do burzliwego małżeństwa rodziców.

- Nie martw się, mój ojciec wprawdzie nie jest piratem, ale w domu bywa tak rzadko, że rodzice nawet nie mają czasu się kłócić.

- Piotrusiu, - zaczęłam odważnie - obiecaj, że nigdy nie dorośniemy. Ja nigdy nie będę duża!

- Obiecuję królewno! Jestem i zawsze będę twoim Piotrusiem Panem!

- A ja jestem i zawsze będę Hanną Panną! Twoją Hanną Panną!

Piotruś nie do końca przekonał się do Hanny Panny.

- A nie możesz być po prostu moim dzwoneczkiem? Hanna Panna brzmi tak wojowniczo... Piotruś Pan owszem, ale Hanna Panna?

- No wiesz, myślisz, że tylko mężczyzna może być jak Piotruś Pan? Zresztą nie będziesz mi mówił kim mam być, chłopaku. Żaden chłopak nie będzie mną dyrygował. Mam już siedem lat i dobrze wiem, czego chcę!

To była nasza pierwsza sprzeczka, która ujawniła moje feministyczne przekonania. Nigdy nie chciałam być słaba.

- Piotrusiu, jesteśmy równi - dodałam po chwili z wrodzoną, typową dla siebie dyplomacją, którą uwielbiał mój ojciec.

- Haniu, i tak jesteś moją królewną. Królewna Hanna Panna.

- I to mi się podoba.

Dopięłam swego. Niestety kilka dni później rodzice Piotrusia złamali nam serca, gdy okazało się, że wyjeżdżają z miasta. Daleko. Na drugi koniec Polski. Rok szkolny zaczęłam więc ze złamanym sercem. On też. Odwiedził mnie jeszcze w dzień wyjazdu. Nibylandia pogrążyła się w smutku. Zostawił podarunek - śliczną, maleńką laleczkę z porcelany. Miała cudowne oczy i kręcone włoski.

- Pamiętaj mnie Haniu, obiecujesz?

- Piotrusiu, nigdy cię nie zapomnę. Już ci mówiłam, że mam siedem lat i wiem czego chcę od życia. Nigdy, ale to nigdy nie będę z żadnym piratem. Jestem i będę twoją Hanną Panną, choćby nie wiem co.

Abrakadabra! Kości zostały rzucone i od tej pory zawsze w moim wyobrażeniu o miłości był Piotr. I regularnie, mniej więcej co dekadę spotykałam jakiegoś Piotra, w którym doszukiwałam się mojego Piotrusia.

 

 

HANIA ZBUNTOWANA ZAKOCHANA

 

 

Moja matka oczywiście rozwiodła się z ojcem piratem. Nie od razu. Rozchodzili się, potem do siebie wracali, aż w końcu oboje poukładali sobie życie z nowymi partnerami. W przypadku mojej matki nie obeszło się bez komplikacji. Wydawało się, że ona je wprost uwielbiała. Nowy partner pochodził z drugiego końca Polski i przez kilka lat tworzyli całkiem udany związek na odległość. Jednak, gdy zaszła w ciążę postanowiła się wyprowadzić do męża. Nie miałam nic przeciw. Tym bardziej, że zamierzałam zostać z babcią w rodzinnym mieście. Oczywiście matka postanowiła wkroczyć w życie zbuntowanej nastolatki po swojemu i przeprowadzić mnie ze sobą na siłę. Mąż matki kupił dom pod Siedlcami. Miałam więc kontynuować naukę w liceum w Siedlcach. Nie pamiętam już nazwy liceum. Niemniej jednak druga połowa roku drugiej klasy szkoły średniej zapowiadała się traumatycznie. Miałam siedemnaście lat i przechodziłam typowy okres buntu. Z uroczej szatynki zmieniłam się w zawadiacką blondynkę z domieszką różu we włosach, coś pomiędzy Britney Spears a Avril Lavigne - zależało od nasilenia objawów buntu w danym dniu. Uczniowie nowej klasy przyjęli mnie jakbym była co najmniej Kate Middleton. Jaka szkoda, że nie widzieli mnie dwa tygodnie wcześniej, gdy mój nastoletni mózg prowadził na głowie Hanny Panny walkę z hormonami. Nie mogłam zdecydować czy chcę być blondynką, czy brunetką. W efekcie wyszło coś w odcieniu fioletu. Po kilku zabiegach rozjaśniania, których podjął się niewiele ode mnie starszy brat mojej mamy, fan Depeche Mode, zostałam szczęśliwą posiadaczką blond włosów... z domieszką różu. Wyszła z tego taka inna Ania z Zielonego Wzgórza, w stylu lat dziewięćdziesiątych, Hanna Panna z malowniczej miejscowości Mościszki.

- Poznajcie Hanię - odrzekła nauczycielka przedstawiając mnie nowym kolegom i koleżankom. Miałam na sobie różowe, dopasowane jeansy, biały T-shirt i kultowe superstary. No i nie byłam duża, bo przecież nigdy nie chciałam być duża. W oddali zauważyłam na sobie wzrok pewnego chłopaka. Miał gęste, kręcone włosy w odcieniu ciemnego blondu. Oczywiście od razu przypomniał mi Piotrusia.

- Kto zaopiekuje się Hanią? - spytała nauczycielka.

Las rąk miło mnie zaskoczył. Nauczycielka wskazała jednak na wypatrzonego przeze mnie blondyna, który jako jedyny siedział sam w ławce przy oknie.

- Usiądziesz z Piotrem - zwróciła się do mnie.

Nie śmiałam protestować. Zresztą byłam onieśmielona. Nikogo nie znałam i marzyłam jedynie o tym, aby wrócić do rodzinnego miasta, zamieszkać z babcią i dokończyć liceum w gronie starych przyjaciół.

- Cześć laleczko - wyszeptał Piotr.

To zbiło mnie z tropu. Po dziesięciu latach spotykam kolejnego Piotra w moim życiu, a tu taka porażka. Mój Piotruś nie odezwałby się do mnie w tak prymitywny sposób. Byłam jego królewną, nie jakąś laleczką.

- Jak śmiesz - wyszeptałam.

- Nie obrażaj się, po prostu jesteś taka... - no i się zaciął, a ja nie ułatwiałam mu wykrzesania z siebie reszty gapiąc się jak głupia gęś.

- Jaka?

- No taka ładna.

Dokończył i zalał się rumieńcem. Ja zresztą też. Milczeliśmy do końca lekcji, a że historia nie była moją domeną oddałam się namiętnie rysunkom. W tamtym czasie oglądałam anime, czytałam mangę i rysowałam komiksy, dość często na lekcjach. Zupełnie nie wiem jakim cudem byłam jedną z najlepszych uczennic. Gdy dzwonek na przerwę oznajmił błogosławiony koniec lekcji, Piotr powędrował za mną na korytarz. W towarzystwie dwóch innych kolegów.

- Rysujesz? - zapytał.

Chyba sam zrozumiał, że to głupie pytanie, bo przecież całą lekcję bazgrałam na jego oczach.

- Przepraszam. Straszny głupek ze mnie - próbował się zrehabilitować. - Widziałem jak rysujesz, jesteś świetna! Czytasz mangę? To niesamowite!

Zaintrygował mnie.

- I przepraszam, że nazwałem cię laleczką.

- Nie ma sprawy. Kiedyś byłam królewną, ale może przyzwyczaję się do laleczki.

Piotr się zawiesił. Chyba o czymś pomyślał, ale dziewczęcy nawyk nadmiernego gadania powstrzymał jego odpowiedź.

- Ty też rysujesz? - spytałam. - Masz jakieś mangi?

- Jasne! Może nie rysuję tak świetnie jak ty, ale jestem zafiksowany na punkcie mangi i anime. A to mój kolega - wskazał na jednego z towarzyszy. - Ten to dopiero ma fioła. Mamy takie zbiory wszystkiego, że głowa boli. Musisz zobaczyć.

Ucieszyłam się. Wśród przyjaciół ze starej szkoły miałam tylko jedną koleżankę z podobnymi zainteresowaniami. Kolejny tydzień mijał nam na popołudniach spędzonych przy komiksach, rysunkach i spacerach. Piotr miał też inną pasję, którą zapragnął się podzielić. A może po prostu chciał mi zaimponować? To by było miłe. Piotr tańczył breakdance i był w tym cholernie niezły. Ja zawsze chciałam tańczyć cokolwiek, ale moje zdolności były bardzo ograniczone. Ogólnie, to co wiązało się z lekcją wf-u nie należało do moich talentów. Kozioł zwyczajnie przede mną uciekał, a próba stania na rękach przypominała wierzganie. Ale Piotr i jego koledzy bez dwóch zdań mieli talent. Nie mogłam oderwać od niego oczu. Dawał takiego czadu, że serce waliło mi jak szalone. Chyba się zadurzałam, bo nawet jego nieudolne próby rysowania robiły na mnie wrażenie. Czułam, że robi to dla mnie.

- Zobacz, co stworzyłem wczoraj wieczorem - zaskoczył mnie rysunkiem przed lekcją.

- Wow! - zawołałam wstrząśnięta. - Jaki ekstra bóbr!

- To nie bóbr, tylko pokemon - protestował Piotr.

Było mi strasznie głupio, ale uratowała mnie urocza dyplomacja.

- Naprawdę? Mega! Narysowałeś bobra po transformacji w pokemona! Zdolniacha!

Uwierzył. Jaki on był dumny ze swojego pokemona. Byliśmy do siebie bardzo podobni, tyle, że ja rysowałam, a on chciał, on tańczył, a ja chciałam. Próbowałam odnaleźć w nim ślady Piotrusia, ale w końcu zaczęło mi wystarczać po prostu to, że jest Piotrem. Niestety i to uczucie nie mogło odnaleźć spełnienia w rzeczywistości. Dwa dni później odebrałam telefon z rodzinnej miejscowości. Babcia przeszła udar. Ktoś musiał się nią zaopiekować. Wyjechałam nagle, z płaczem i bez pożegnania z Piotrem. Dokończyłam tam liceum i opiekowałam się babcią aż do jej śmieci. W wieku 20 lat wyjechałam na studia do Poznania. Od tej pory nie było mi już dane spotkać ani Piotrusia, ani Piotra z Siedlec, ani żadnego innego Piotra. Za to wszystkie moje związki kończyły się porażką. Jakby wisiała na mnie jakaś klątwa.

 

 

ACH, TE MOJE MIŁOŚCI...

 

 

Studiowałam psychologię i pomimo, że byłam intelektualistką, od zawsze lubiłam dobrze wyglądać. Gdy więc tylko obroniłam magistra postanowiłam realizować się na płaszczyźnie moich zainteresowań... i założyłam bloga modowego. Pamiętam dzień, który zaważył na moim zamiłowaniu do mody. Miałam wtedy dwanaście lat. Dzień przed zakończeniem roku szkolnego pojawił się mój tata pirat. Zwykle pojawiał się i znikał na długo, więc wyczekiwałam go z wytęsknieniem. Zawsze przyjeżdżał z prezentem. Tym razem miał dla mnie coś wyjątkowego. To były chodaki. W tamtym czasie hit mody. W dodatku nie były zwykłe, białe i pospolite jak wszystkie dostępne w sklepach. Tak oryginalnych, pomarańczowych, lakierowanych chodaków nie miał nikt w szkole. Idealnie pasowały do równie modnych dzwonów i bluzek z rozszerzanymi rękawami. Jednak nie dlatego je pokochałam. To przecież prezent od mojego taty, którego tak rzadko widywałam, więc zawsze, gdy je zakładałam, czułam, że jest przy mnie. I tak oto mój tata, za sprawą cudownych chodaków, towarzyszył mi na zakończeniu roku szkolnego, gdy odbierałam nagrodę, podczas egzaminów wstępnych do liceum, a nawet podczas konkursu recytatorskiego, kiedy to po powrocie z Siedlec na cześć Piotra recytowałam prozę z "Piotrusia Pana". Wygrałam myśląc o dwóch najważniejszych dla mnie mężczyznach.

Później coraz rzadziej widywałam ojca, a na studiach praktycznie w ogóle. Po śmierci babci nie miałam ochoty jeździć do rodzinnego miasta, gdzie i tak ciężko było zastać tatę, który jak to pirat, podbijał kolejne morza. W okolicach Siedlec bywałam równie rzadko. Wolałam swoją Nibylandię. Radziłam sobie całkiem nieźle niemal na każdej płaszczyźnie, poza związkami. Mój ostatni związek był na tyle głęboki, że nawet, gdy wychodziłam z chłopakiem do klubu, bawiłam się z koleżanką. Zwykle miał mnie na oku, ale tej nocy przeoczył przystojnego blondyna, który zagadał do mnie podczas tańca. Nie wiem, czym mnie ujął, rozmową, czy tym, że świetnie tańczył, a to wśród mężczyzn ewenement. Tak czy inaczej przyjęłam z koleżanką zaproszenie do jego stolika. Towarzyszył mu wysoki, dobrze zbudowany brunet, który zajął się moją koleżanką.

- Piotr - przedstawił się. - A kolega Łukasz. Studiujecie w Poznaniu?

- Hania, miło mi. Beata studiuje, ja już nie. Niedawno się obroniłam.

Skłamałam. Od mojej obrony minęły już dwa lata. Miałam dwadzieścia osiem lat, dobiegałam do trzydziestki i mimo młodego wyglądu, wiedziałam, że mężczyźni kierują się metryką. A ten naprawdę mnie zainteresował. I to do tego stopnia, że nie bałam się swojego chłopaka King Konga, który w każdym momencie mógł się pojawić.

- Bardzo młodo wyglądasz, myślałem, że jesteś na pierwszym roku.

- Często to słyszę... Nie jesteś z Poznania? - zmieniłam temat.

- Przyjechałem na weekend. Mieszkam w Warszawie - odrzekł. - To twój chłopak? - wskazał na mężczyznę przy barze, zajętego rozmową. - Widziałem cię z nim wcześniej.

- Tak to mój chłopak - odpowiedziałam mało entuzjastycznie.

- Co taka dziewczyna jak ty robi z takim...?

Nie mógł dokończyć, więc zrobiłam to za niego.

- King Kongiem?

Faktycznie Adrian był łysy, duży, bardzo umięśniony i wyglądał jak bandyta.

- Sama nie wiem.

Sama nie wiem czemu tak odpowiedziałam!

- On do ciebie kompletnie nie pasuje. To nie jest facet dla ciebie.

- A jaki byłby odpowiedni dla mnie?

Zaczęliśmy się sobie przyglądać. Tylko przez chwilę. Był niesamowicie szarmancki, dobrze ubrany, a spod rękawów marynarki, podwiniętych na ? dostrzegłam duże tatuaże. Fryzura starannie ułożona i głos, dzięki któremu właściwie mogłabym jedynie go słuchać i nic nie mówić. A to przy moim gadulstwie rzadkość.

- Zasługujesz na kogoś lepszego - odrzekł, po czym zmienił temat. - Spoglądałem na ciebie, gdy tańczyłaś. Bardzo ładnie się poruszasz.

Ja i taniec? O matko! No chyba, że taniec i poruszanie się to dwie odrębne kwestie.

- Jesteś bardzo miły, ale ja nie umiem tańczyć.

- Wierz mi, umiesz, tańczyłem kiedyś, więc potrafię ocenić taniec.

Nie mogliśmy przestać rozmawiać. Zresztą żadne z nas nie chciało zakończyć rozmowy. Niestety to było nieuniknione. W oddali zobaczyłam, że mój chłopak coraz częściej na mnie spogląda, więc niechętnie pożegnałam się z przystojnym, miłym Piotrem. Nie wymieniliśmy się telefonami, ale spytał o mojego facebooka. W chwilę potem byliśmy wirtualnymi znajomymi. Katastrofa. Przez bardzo długi czas każde z nas przeglądało swoje zdjęcia na facebooku, ale żadne nie zdobyło się na śmiałość, by cokolwiek napisać. Może to i dobrze. I tak jeszcze przez dwa lata przyszło mi mieszkać w Poznaniu. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy w chwili, gdy kobieta kończy trzydzieści lat wszechświat staje się jej osobistym stalkerem. Tak było w moim przypadku. Mój niekoniecznie udany związek rozpadł się z hukiem, a samo miasto mnie przeżuło, wypluło i wygnało do Warszawy. Brzmi dość prosto, ale o mały włos, a znalazłabym się na bruku. I wtedy z pomocą przyszedł ten najważniejszy mężczyzna mojego życia. Żaden tam wyimaginowany, wyobrażony Piotr, ale mój ojciec pirat. Mimo, że długo nie mieliśmy ze sobą kontaktu, przypadkiem nasze drogi się zeszły i tata stanął na wysokości zadania. Wziął urlop, przemierzył długą trasę zza granicy i przyjechał do Poznania, by odmienić moje życie. Takie miał założenie. Moja przeprowadzka bardziej przypominała ucieczkę, a w pamiętny dzień oczekiwania na ojca wybawiciela wypaliłam paczkę papierosów. W końcu dotarł. Zeszłam na dół. Na jego widok zamarłam. Nie widzieliśmy się dobrych parę lat. Miał na sobie elegancki garnitur, a w ręku trzymał ogromny bukiet kwiatów, paląc przy tym papierosa. Od lat kopcił jak lokomotywa.

- Cześć rybko moja - zaczął mnie ściskać.

- Tato, boże, idziesz potem na randkę?

Przyznam, że bardzo poruszył mnie jego widok i to, jak się postarał. Byłam w takich nerwach, że niemal się nie rozpłakałam.

- Przyjechałem do córki, która dała mi kolejną szansę. Musiałem się postarać.

Teraz on się rozkleił.

- Nawaliłem, wiem. Zostawiłem cię samą ze wszystkim, ale obiecuję, że już nie zawiodę.

- Tato, nie zaprzątajmy sobie tym teraz głowy. Wiejmy stąd jak najszybciej. Nie chcę go więcej widzieć.

- Tego faceta, tak? Nie ma go teraz w domu?

- Na szczęście jesteśmy sami. Spakujmy rzeczy do auta, porozmawiamy potem.

Tym razem to ja zachowałam zimną krew jak przystało na córkę pirata. Nie wiem jak zmieściliśmy zgromadzony przeze mnie w ciągu dekady dobytek w combi ojca, ale byłam pełna podziwu.

- Jak zwykle Audi, nic się u ciebie nie zmieniło - odparłam, gdy już ruszyliśmy w drogę.

- Poza mną samym, nic - powiedział skruszony. - Za to ty nic nie urosłaś. Wciąż wyglądasz jak dziewczynka.

- Tylko się nie rozklejaj. Niech ta przykrywka dziewczynki cię nie zmyli. Nie jestem duża, ale kawał silnej kobiety ze mnie.

- Zawsze miałaś silną osobowość. I to wrodzone wyczucie dyplomacji. A ta elokwencja!

- Oj tato!

Jak to rodzic mężczyzna. Zachwycał się swoimi genami.

- No co! Od pierwszych słów tak składnie układałaś zdania, że nikt nie mógł się nadziwić skąd to bierzesz. Nawet jak pierwszy raz skorzystałaś z nocnika powiedziałaś: "Zobacz tatusiu jakie zrobiłam eleganckie susiu!"

To mnie rozśmieszyło.

- Ale proszę tato, nie cytuj tego przy moich znajomych.

- Nie śmiałbym. Obiecuję nie przynieść ci wstydu. To gdzie jedziemy?

- Chwilowo do mojej przyjaciółki, zanim znajdę mieszkanie w Warszawie.

Z Anią poznałyśmy się jeszcze na studiach pomimo, że studiowałyśmy na różnych uczelniach. Poznałyśmy się na domówce, której gospodarzem był zrobiony z kartonu "Maciek Mostowiak". Ten cykl dymówek chętnie i regularnie powtarzaliśmy, bo zawsze integrował lud boży ze wszystkich uczelni poznańskich. I tak pewnego razu przebrana za człowieka z liściem na głowie (i jeśli ktoś zastanawia się skąd ten pomysł, to od razu mówię, że nie zamierzałam tego wieczoru emanować seksapilem i bratać się z płcią przeciwną), zderzyłam się w korytarzu z zapłakaną złotowłosą księżniczką. Niech będzie, że z Semiramidą.

- Ej, piękna kobieto! - zaczęłam. - To ja powinnam płakać. Właśnie odbiłam się od drzwi. Bolało.

- Przepraszam - odpowiedziała szlochając. - Nie wiem co ja tu dziś robię.

- Na moje oko szukasz księcia z bajki. Tego chyba oczekują księżniczki - skwitowałam koleżankę.

- Pieprzyć tych wszystkich książąt z bajek - Semiramida płakała dalej. - Mój spieprzył niedawno z jakąś Szeherezadą.

To był ten moment, w którym należało przebić się przez kuchnię, wyciągnąć z lodówki butelkę wódki i skitrać się na balkonie wlewając procenty w koleżankę, nie zaprzestając przy tym psychoterapii. Tak! Szybka psychoterapia z wódką i nikotyną w tle stanowiła niezbędnik pocieszycielki.

- Luz! Pij i gadaj. Rozumiem, że to zły mężczyzna był.

- Siedem lat związku. Rozumiesz? Znamy się od liceum. Przyjechałam za nim na studia. Wszystko bym dla niego zrobiła. On był całym moim światem. Lamentowała starając się wykrzesać z siebie w miarę składne zdania.

- Ale omotała go Szeherezada, tak?

Rozpacz Semiramidy zdawała się nie mieć końca. Nie widziałam innego wyjścia niż czuwanie, żeby szklanka napełniona wódką była pełna.

- Brunetka, mówię ci, milion dolców w szeleszczącej gotówce, długie nogi, piękne włosy. Gdzie mi tam do niej... Miesiąc temu wrócił po pracy do domu i ni stąd ni zowąd oznajmił mi, że się zakochał. No i że się wyprowadza do niej rzecz jasna. Najgorsze jest to, że po tym wszystkim, co przeszliśmy nawet nie chce utrzymywać ze mną kontaktu.

Pokręciłam głową ze zdumienia. Nie wiem co mnie zdumiało bardziej. Jego odwaga, bo w końcu postanowił wyznać prawdę czy pochopność decyzji.

- Słuchaj - zaczęłam. - To dopiero miesiąc. Może na tę chwilę to marne pocieszenie, ale byliście razem siedem lat. Pewnie przed tobą nie miał żadnej dziewczyny. Ochłoń. Daję Szeherezadzie maksymalnie trzy miesiące...

Właściwie nic takiego nie powiedziałam, ale księżniczka wiszących ogrodów potrzebowała usłyszeć po prostu parę słów, które dadzą jej jakąś nadzieję. My ludzie jesteśmy pod tym względem tak bardzo podobni. Chcemy mieć nadzieję i wierzyć, że będzie dobrze, lepiej, po naszej myśli.

- Wiesz - powiedziała szlochając już mniej, ale to pewnie za sprawą alkoholu, który wyraźnie przynosił efekty znieczulające. - Jesteś dobrym materiałem na przyjaciółkę.

Nie wiem, ile było w tym prawdy, ile alkoholu, ale znajomość z Anią przetrwała kolejne lata i mimo, że w końcu podzieliła nas odległość, los sprawił, że znów miałyśmy mieć siebie bliżej.

- Cieszę się, że mogłam się na coś przydać - odrzekłam też już trochę zaprawiona. Pocieszanie na trzeźwo nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza, gdy samemu przeżywa się notoryczne rozterki sercowe w poszukiwaniu tego jedynego Piotra Pana.

- Wybacz, ale nawet nie zapytałam, jak masz na imię... Ja jestem Ania.

- Mówią na mnie Hanna Panna i niech tak zostanie.

- Dobrze Hanno Panno. Jesteś tu sama? Tylu facetów i nikt cię nie poderwał? Rozumiem, że moja rozpacz odstrasza wszystkich mężczyzn, ale ty... taka radosna, świeża i ładna... i bez adoratora?

Była nieźle pijana skoro nie zauważyła mojego wielkiego, zielonego liścia na głowie.

- Wiesz... mój liść na głowie jest zbyt oryginalny nawet na przebieraną imprezę. Właściwie to ja też rozstałam się z facetem i przyszłam tu się upić i skoczyć z tego balkonu, ale natknęłam się na zapłakaną księżniczkę, a że żaden rycerz nie garnął się do pomocy, to uznałam, że należy zachować się jak Hanna Panna. Znaczy się walecznie.

Bo tak to jest z dzisiejszymi rycerzami. Dobrze więc mieć u swojego boku Hannę Pannę, która dzielnie znosi przeciwności losu. Co do Ani i jej marnotrawnego chłopaka miałam rację. Po trzech miesiącach zadzwonił i zaprosił ją na kolację. Zastosowawszy się do mojej instrukcji przez kolejny miesiąc umiejętnie pogrywała z Hubertem, który to po niedługim czasie oświadczył się swojej wybrance. Nawet taki ciemny incydent jak Szeherezada może przyczynić się w życiu do czegoś dobrego, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy. Od kilku lat Ania i Hubert są małżeństwem i rodzicami ślicznego, pięcioletniego Filipka, którego widoku już nie mogłam się doczekać.