Prolog
PROLOG
12 kwietnia 1682 roku, Warszawa
Noc była tak upalna, jakby nagle rządy na ziemi przejęło samo piekło.
Księżyc skrył się za masywnymi, ciężkimi chmurami, powietrze stało się
tak gęste, że bez mała dusiło, a do tego wraz z zachodem słońca pojawiła
się mgła. Najpierw niewielka, z każdą minutą jednak coraz bardziej
ograniczająca widoczność.
Młody wartownik strzegący wjazdu do letniej rezydencji królewskiej Villa
Regia z lekkim przestrachem, bo też i nie był jakimś najodważniejszym
człowiekiem na świecie, odnotował, że po raz pierwszy nie jest w stanie
dostrzec swojego kompana, teoretycznie stojącego kilkanaście metrów
dalej, po drugiej stronie bramy.
- Maćko - szepnął niespokojnie. - Jesteś tu?
- Jestem - odpowiedział drugi wartownik. - Czemu miałoby mnie nie być?
- A bo to wiadomo... - westchnął pierwszy. - Mogło cię coś porwać.
- Słucham?! - zdumiał się Maćko.
- Mgła przecież wyszła - wyjaśnił pierwszy wartownik. - A moja matka
mówi, że wtedy bardzo uważać trzeba.
- Na co?!
- Na złe, co z nią idzie.
- Co ty, Bohuś, wygadujesz?! - Maćko zaśmiał się cicho. - Jakie znowu
złe? Co ty, strachliwa dziewka jesteś, żeby w zabobon wiarę dawać? Jak
jest mgła, to trzeba tylko baczenie mieć, żeby w łepetynę czymś przez
przypadek nie wyrżnąć i guza sobie nie nabić albo nogi na bruku nie
skręcić. A złego nie ma. Tylko wieśniacy i plebs w takie bujdy ufają. My
przecież miastowi i u samego króla służymy!
- No nie wiem... - Bohuś nie brzmiał, jakby był przekonany. - Matka w dziady zawsze po wieczerzy przy ogniu mnie i ósemkę mojego rodzeństwa
sadzała, a potem różne historie nam opowiadała. Pamiętam to, jakbym
zaprzeszłego dnia tego słuchał! Ostrzegała nas, że we mgle kreatury
różne nie z tego świata krążą, żeby władzę nad człowiekiem przejąć. Na
przykład strzygi z wód, które na złą drogę chcą sprowadzić. Zwłaszcza
kawalerów! W białogłowy o pięknym licu się zmieniają, zupełnie bez szat
żadnych pokazują i na pokuszenie wiodą...
Zważywszy na fakt, iż ostatni raz miał do czynienia z płcią nadobną,
kiedy przez przypadek potknął się na targu i wleciał w ramiona handlarki
ziołami, niewiasty w wieku jego prababci, obdarzonej wąsem godnym jego
pradziadka, Maćko pomyślał, że właściwie nie miałby nic naprzeciw, żeby
pofiglować z jakąś strzygą. Zwłaszcza przemienioną w grzechu wartą
dziewkę. Pal licho, jeśli potem zamieniłaby się w jakieś szkaradztwo. W sumie był do tego przyzwyczajony. Niejeden już raz zdarzyło mu się po
kilku kuflach trunku figlować z białogłowami, które wydawały mu się bez
mała Afrodytami, a nad ranem okazywały się szpetniejsze niż jego ciotka,
na której widok nawet konie stawały dęba. Postanowił jednak nie dzielić
się tą myślą z Bohusiem. Doskonale wiedział, że w oczach młodszego
kolegi jest ideałem i autorytetem. Nie należało tego psuć.
- Albo bagniska... - kontynuował jego druh. - Wiesz, że czasem, kiedy
jest tam mgła, to widać takie światełka. To znak, że czyhają tam na
ciebie błędniczki.
- Co?! - zdziwił się Maćko.
- Błędniczki - powtórzył Bohuś. - Takie małe, złośliwe stworzonka, które
przechadzają się we mgle, trzymając w dłoniach kaganki z zapalonymi
świecami. Matka mówiła, że akurat one dużej krzywdy nie robią. Mogą cię
jedynie do pomieszania zmysłów doprowadzić, ale życia ci nie zabiorą...
- No to faktycznie można odetchnąć z ulgą - zauważył Maćko.
Bohuś nie wychwycił w jego tonie złośliwej nuty.
- Właśnie! - zakrzyknął, po czym szybko zniżył głos, jakby przerażony
jego głośnym brzmieniem. - Mniej szczęścia mają ci, którzy we mgle
natkną się na gigantów...
Kiedy wypowiadał ostatnie słowa, do ich uszu dobiegł gdzieś z oddali
charakterystyczny odgłos stukotu końskich kopyt o bruk. Początkowo był
cichy, ale z każdą chwilą słyszeli go coraz wyraźniej. Po chwili
usłyszeli coś jeszcze.
- Powóz? - zdziwił się Bohuś. - Kareta?
Maćko potrzebował tylko chwili, aby przypomnieć sobie to, co usłyszał od
poprzedniego wartownika.
- To po królewicza Jakuba - poinformował kompana. - Jego wysokość znów
źle się poczuł i postanowił skorzystać z rady znanego uzdrowiciela...
- Znów?! - prychnął Bohuś z wyraźnym lekceważeniem. - On wiecznie stęka
i kwęka, jakby zaraz miał ducha wyzionąć. A wszyscy na dworze mówią, że
zdrowy jest jak młody szczupak. Wstyd tylko ojcu przynosi.
- Radziłbym ci tego głośno nie powtarzać - ostrzegł go Maćko. -
Zwłaszcza w obecności dworzan królowej. No, chyba że chcesz dołączyć do
tych swoich błędniczków, jak cię na szubienicy powieszą...
Jeśli oceniać po odgłosach, kareta za parę chwil powinna już pojawić się
w zasięgu ich wzroku. Przynajmniej w normalnych warunkach. Problem w tym, że mgła nadal gęstniała, czyniąc niemożliwym zobaczenie
czegokolwiek znajdującego się dalej niż na wyciągnięcie ręki.
- A co to za uzdrowiciel? - zaciekawił się Bohuś. - I dlaczego ten
jęczybuła musi go odwiedzać nocą?
- To jakiś ruski batiuszka - wyjaśnił Maćko. - Ma chyba ze sto lat i podobno umie uleczyć każdą chorobę. W Polsce jest tylko dlatego, że
wraca z dworu francuskiego do cara, który go wezwał, bo zaniemógł. Ma
rozkaz nie zatrzymywać się ani na chwilę, ale Marysieńka ubłagała go,
żeby spotkał się z jej synem. Podobno zapłaciła za to fortunę!
- Znakomicie! - prychnął z wyraźną furią Bohuś. - Jaśniepaństwo będą
srebrniki wydawać na jakiegoś chorego z urojenia wypierdka, a potem znów
się okaże, że trzeba podnieść podatki. Mojemu wujowi, co ma pod Płockiem
gospodarstwo na jeden łan, przyłożyli ostatnio taką daninę, że już
zapowiedział, że do następnych żniw sprzeda całe bydło, a do roboty na
polu zaprzęgnie moją ciotkę i dwóch braci. Bracia w sumie i tak
przypominają woły, ale ciotki mi trochę szkoda...
Zamilkł, bardziej słysząc, niż widząc, że pojazd dociera już do bramy.
Parsknięcie jednego z koni rozległo się tak wyraźnie, że nie mogło ich
dzielić więcej niż kilka metrów.
- Stój! - usłyszał stanowczy głos Maćka. - Kto zaś?!
- My po królewicza Jakuba - powiadomił ktoś nieprzyjemnie brzmiącym,
niskim głosem. - Jego wysokość nas oczekuje!
- Z czyjego rozkazu macie go zabrać? - pytał dalej Maćko.
- Jego matki, królowej Marii Kazimiery - odpowiedział woźnica.
- Zgadza się - potwierdził Maćko. - Możecie wjechać!
Powóz przejechał przez bramę. Bohuś wytrzeszczył oczy jak umiał
najmocniej, ale dostrzegł tylko sylwetki dwóch koni i zarys karety. Nic
więcej. Po mniej więcej dziesięciu minutach pojazd znów przejechał przez
bramę, tyle że w drugą stronę, i po chwili zniknął we mgle.
- Mówiłeś coś o gigantach - przypomniał Maćko po chwili milczenia. Co
prawda bajanie jego kamrata bardziej go śmieszyło niż ciekawiło, ale
jakoś trzeba było przetrwać do rana. Doświadczenie wskazywało, że
konwersacja znacznie to ułatwia.
- No tak - zgodził się Bohuś. - We mgle chodzą też olbrzymy. Cali są z niej utkani...
- Kto ich niby tka? - zdziwił się Maćko.
- Dziewki potopione przez wodników - odpowiedział Bohuś takim tonem,
jakby wygłaszał coś oczywistego. - Ich nici to włosy grzeszników, którzy
smażą się w kotłach piekielnych. Dlatego mgła jest zawsze biała, bo
grzesznicy siwieją na widok diabłów. I bardziej gorąca niż powietrze.
- No to chyba nie dzisiaj - zauważył trzeźwo Maćko. - Gorąc taki, że
gdyby nie to, że lękam się oskarżenia o niemoralność, to najchętniej
zrzuciłbym zbroję i stał tu w negliżu.
- To zrzucaj - Bohuś się roześmiał. - W tym mleku i tak nikt nie
zauważy.
- Poza twoimi strzygami, błędniczkami i gignatami - przypomniał Maćko. -
Bałbym się wystraszyć ich swoją... hmmm... halabardą.
- Broń jak broń - mruknął Bohuś.
- Mówię o tej drugiej halabardzie - wyjaśnił Maćko.
- Chwalipięta - rzekł Bohuś z politowaniem. - Sam wiesz, że krowa, która
dużo ryczy, mało mleka daje...
Maćko chciał zripostować jego słowa, ale z oddali znów dobiegł go
znajomy dźwięk. Podobnie jak poprzednio z każdą sekundą słychać go było
coraz wyraźniej.
- A to ki czort? - zdziwił się Bohuś.
- Nie mam pojęcia... - przyznał Maćko. - Powiedziano mi tylko o jednym
powozie, który miałem wpuścić do środka.
- Może Jego Książęca Chorobliwość rozmyślił się i wraca cierpieć do
swojego łoża? - podsunął Bohuś.
- Może... - przyznał Maćko, w duszy czując jednak ukłucie niepokoju. Jak
się rychło miało okazać, słusznie.
Powóz podjechał pod bramę.
- Kto zaś? - Maćko zadał zwyczajowe pytanie.
Odpowiedź miała go jednak zmrozić.
- Z rozkazu królowej Marii Kazimiery przyjechali my po jaśnie panicza
Jakuba - poinformował woźnica.
Maćko usłyszał zdumione westchnienie Bohusia.
- Jak to? - rzekł nieco bezradnie. - Przecież zabraliście królewicza
kilka minut temu. Powozem.
- Słucham? - zdziwił się woźnica. - Nikogo żem nie zabierał! Co ty
bajasz, kiepie? Wpuszczaj nas, bo królewicz czeka!
- Nie czeka, bo go tu nie ma - odrzekł Maćko stanowczo. - Odjechał
poprzednią karetą.
- Jaką poprzednią?! - ze środka powozu rozległ się drugi głos. - Albo
przestaniesz duby smalone bredzić, albo wychłostać cię każę. I to na
rynku przed Zamkiem Królewskim, żeby pospólstwo uciechę z ciebie miało!
- Kiedy królewicz naprawdę wyjechał stąd w karecie, która po niego
przyjechała z rozkazu królowej kilka minut temu - jęknął z rozpaczą
Maćko. - Nic z tego nie rozumiem...
- Podejdź bliżej! - rozkazał głos z karety.
Maćko posłusznie wykonał jego polecenie. Kiedy stanął przy karecie, jej
drzwi się otworzyły. Wartownik popatrzył na dwie osoby siedzące w środku
i poczuł, jak uginają się pod nim nogi. Po chwili zgiął się w ukłonie.
- Jaśnie pani... - wyszeptał z wyraźną zgrozą.
- Popatrz na mnie - rzekła łagodnie niewiasta siedząca na tylnej ławce
karety - i postaraj się jak najbardziej zrozumiale odpowiedzieć na
pytanie: co się stało z moim synem?
Rozdział I Grzechy młodości
ROZDZIAŁ I
Grzechy młodości
Tydzień wcześniej
Julia Zasławska przekroczyła próg swojej sypialni, starannie zamknęła za
sobą drzwi, a chwilę później z niekłamaną ulgą pozbyła się dwóch rzeczy
doprowadzających ją przez ostatnie, spędzone w podróży, poranne godziny
do szewskiej pasji.
Pierwszą z nich była szuba, czyli podarowane jej dzień wcześniej przez
jednego z jej adoratorów, królewskiego sekretarza Izydora Affaitę,
przerażająco ciężkie, niemożebnie ją grzejące i doprowadzające bez mała
do omdlenia okrycie wierzchnie. Drugą zaś uśmiech, który musiała
prezentować w czasie każdego spotkania. Doprawdy, przyoblekanie w niego
twarzy kosztowało ją coraz więcej wysiłku. W końcu jakkolwiek by na to
patrzeć, nie było dobrze. Co z tego, że odziedziczyła wielką posiadłość
w sercu Warszawy, skoro wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na
to, że nie będzie w stanie jej utrzymać? To, co miało być dla niej
wybawieniem, znienacka stało się ponurym chichotem czasem złośliwego
losu.
Julia ze złością pyrgnęła szubę w kąt komnaty, a następnie z westchnieniem zasiadła przed toaletką i powoli zaczęła rozpinać guziki
sukni. Chwilę potem jednak rzuciła okiem na widoczne w lustrze odbicie
swojego łóżka i, zauważywszy, że jej pościel się porusza, wydała z siebie lekki okrzyk przestrachu, a następnie rzuciła okiem na blat w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby się obronić przed ukrytym w jej
piernatach i zapewne mającym złe intencje intruzem. Po chwili
uświadomiła sobie, że kompletnie nie jest przygotowana na taką sytuację.
Przecież nie dmuchnie bandycie w oczy bielidłem ani nie napryska na
niego jednym z wielu stojących przed nią pachnideł!
Przyrzekłszy sobie w duszy, że jeśli wyjdzie z tej opresji cało, to na
wszelki wypadek zawsze będzie trzymała przy toaletce jakąś broń, nóż
rzeźnicki, pistolet, ewentualnie topór katowski, Julia jeszcze przez
moment bezradnie błądziła wzrokiem wśród swoich akcesoriów
kosmetycznych. Aż wreszcie zauważyła coś, co ewentualnie mogło spełnić
funkcję obronną, a mianowicie podarowaną jej przez papę tuż przed
wyjazdem do Polski drapaczkę na wszy. Wykonana z żelaza, długa,
zwieńczona posrebrzaną rączką z nadnaturalnie długimi, rozcapierzonymi
palcami, w dodatku wyposażonymi w ostre paznokcie, przy odpowiednim
zamachu byłaby w stanie wyrządzić złoczyńcy choć niewielką szkodę na
zdrowiu. Tym bardziej że gdy papa użył jej kiedyś do polowania na
gryzące go pod ubraniem insekty, później wyglądał niczym Bartłomiej
Apostoł po tym, jak go żołnierze armeńskiego króla Astiagesa obdarli ze
skóry za zakłócanie im świętego spokoju wiecznymi nawoływaniami do
ascezy i pokuty.
Julia sięgnęła po drapaczkę i, od razu czując przypływ odwagi, szybko
wstała od toaletki.
- Poddaj się! - rzekła głośno w stronę łóżka - bo inaczej krzywdę ci
zrobię, i to przeogromną!
Pościel zakotłowała się nieco mocniej.
- Już mi robisz... - oznajmił ktoś w niej leżący - ...słuchu
pozbawiając!
Gdyby nie fakt, że rozpoznała bez najmniejszych wątpliwości, do kogo
należy ów głos, to na widok wyłaniającej się spod pierzyn postaci
Zasławska z pewnością nie zawahałaby się użyć ściskanej w ręku
drapaczki. Ów dziwny osobnik nijak bowiem nie przypominał jej kuzyna i zarazem wiernego kompana Pierre'a Carleta. Oczom Julii ukazał się
najpierw jakiś dziwaczny kołtun o kształcie diabelskich rogów, potem
przyczernione brwi, następnie oczy w oprawie dziwacznych fioletowych
maziajów, a na koniec reszta twarzy pokryta grubą warstwą pudru, z policzkami, na które nałożono dodatkowo przeogromną ilość różu, z umalowanymi na buraczkowo ustami i - dla ukoronowania całości - z przyklejonymi tu i ówdzie kilkoma ogromnymi pieprzykami.
- Coś przeskrobałeś? - Julia przyjrzała się Pierre'owi z lekkim
rozbawieniem, czując, że jej kuzyn z kimś jej się kojarzy. Najgorsze, że
nijak nie potrafiła sobie tak naprędce uświadomić z kim.
- Skąd taka supozycja, ma chérie? - zdziwił się Carlet, krzywiąc się
nieco i przykładając rękę do czoła.
- Wnoszę to z twego wyglądu - wyjaśniła uprzejmie Zasławska. - Podobno w czasie wypraw krzyżowych za lżejsze przewinienia skazywano ludzi na
kąpiel w smole i wytarzanie w pierzu, ale widać popełniłeś jakąś ciężką
zbrodnię, skoro oszpecono ci całą twarz...
Pierre popatrzył na nią z wyrzutem, po czym jęknął i delikatnie
pomasował sobie skroń.
- Wyprawę krzyżową to ja mam teraz w głowie - oznajmił ponuro. - I to
sam środek szturmowania murów Jerozolimy. Donne-moi de l'eau! S'il te
plaît! Immédiatement!1
Julia zaśmiała się, ale posłusznie spełniła jego prośbę, co było o tyle
proste, że sama często czuła pragnienie i w związku z tym dość pokaźnej
wielkości dzbanek stał zawsze przy jej łożu, a służący mieli dbać o to,
aby nigdy nie był pusty. Chciała przelać Pierre'owi trochę wody do
kielicha, ale kuzyn bez mała wyrwał jej dzbanek z rąk i pił z niego tak
łapczywie, jakby ostatnich kilka dni spędził na pustyni.
- Od razu mi lepiej... - westchnął, odejmując po długiej chwili naczynie
od ust.
- Więc...? - Julia popatrzyła na niego pytająco. - Wyjaśnisz mi,
dlaczego wyglądasz jak mój świętej pamięci pradziadek w trumnie po tym,
jak papa kazał przygotować jego truchło do pochowku półślepemu
balsamiście? I z jakiegoż to powodu zalegasz w moim łożu, zamiast w swoim?
- W swoim nie mogłem, bo już się tam nijak nie zmieściłem - wyjaśnił
Carlet, opadając na poduchę.
- Nic nie rozumiem - mruknęła Julia, patrząc na niego podejrzliwie. -
Przecież masz łoże na pół komnaty!
- Ale nie na tyle ogromne, aby pomieścić siedem osób... - westchnął
Carlet.
- Pierre! - wykrzyknęła Julia z oburzeniem. - Co ty mówisz?! Jak to
siedem?!
- Może zresztą i osiem? - zastanowił się Carlet. - W sumie to sam już
nie wiem...
Ponieważ jej kuzyn najwyraźniej nie kwapił się do dalszych wyjaśnień,
Zasławska poczuła irytację.
- Nie wydaje ci się, że jednak powinnam wiedzieć, jakież to historie
wydarzają się w czasie mojej absencji pod tym dachem? - zapytała,
rzucając mu wściekłe spojrzenie. - Zwłaszcza jeśli, jak mniemam,
narażają one na szwank reputację, tak moją, jak i mego domostwa!
- Naprawdę uważasz, że miejsce, w którym pozbawiono życia dwie osoby,
cieszy się dobrą sławą? - zdziwił się Carlet.
- Wykazujesz, szanowny kuzynie, niezwykłą zuchwałość, zestawiając ze
sobą tragedię, która tu się rozegrała, i swoje rozpustne czyny! -
prychnęła wściekle hrabianka. - Co innego mord dokonany przez ludzi bez
czci i honoru, a co innego, jak mi tu waćpan schedę po mojej ciotce na
lupanar przerabiasz i wszetecznice sprowadzasz!
- Co ty pleciesz? - zdziwił się Pierre, nieco przestraszony użyciem
przez Julię w jednej wypowiedzi określeń "szanowny kuzynie" i "waćpan",
co musiało niechybnie oznaczać, że jest na niego naprawdę wściekła. -
Jakie znowu wszetecznice?!
- No tak - Julia puknęła się w czoło, wzniosła oczy i pokręciła głową. -
O preferencyjach twych zapomniałam! No to tych tam... Wszeteczniczków!
- Brzmi jak prawiczków - zaśmiał się Carlet - a tych zdecydowanie wolę
unikać. Zabawa z nimi żadna i wszystkiego ich trzeba uczyć w nieskończoność. Nie, ma chérie, nie sprowadziłem tu wszeteczniczków,
tylko samych utytułowanych gości. Żadne tałatajstwo, tylko hrabiny i hrabiów! Poza tym co to jest lupanar?
- Zamtuz! - prychnęła Zasławska. - Już tobie chyba nie trzeba tego
wyjaśniać dokładniej...
- Niewinność mą wielce byś uraziła tymi niecnymi aluzyjami, ale na
szczęście takowej nie posiadam już od dobrych kilkunastu lat -
stwierdził beztrosko Pierre. - Poza tym żaden znowu zamtuz! Już spieszę
ci wytłumaczyć! Jak wiesz, ostatnio serce me podbiła młodsza siostra
hrabiny Łukomskiej. Danusia jej na imię...
- Danusia? - zdziwiła się Julia.
- Przecież znasz moją życiową dewizę - Pierre mrugnął do niej okiem. -
Żeby życie miało smaczek, raz damulka, raz wojaczek...
- Tu es dégo?tant2- mruknęła hrabianka. - I co z tą
Danusią?
- Okazało się, że imaginacyję ma ona całkiem rozbuchaną i żeby zdobyć
jej względy, a tym samym do łoża ją zaciągnąć...
- Pierre! - Julia poczuła, że pąsowieje, jak zresztą przy większości
rozpustnych opowieści swojego kuzyna. - Przypominam ci, że jestem
bogobojną, cnotliwą panienką!
- No tak... - Carlet co prawda w duchu pomyślał, że on by się tym
ostatnim nie chwalił, ale wolał już mocniej nie rozsierdzać kuzynki i przemilczeć tę kwestię. - Więc... Jak by to elegancko ująć...? Wiem!
Ażeby zerwać kwiat jej niewinności...
- Powiedziałam, że jestem panienką, a nie imbecylką! - Julia popatrzyła
na niego z politowaniem.
- No to już sam nie wiem, jak mam do ciebie mówić! - zezłościł się
Pierre.
- Może spróbuj znaleźć złoty środek pomiędzy wulgarnością a głupotą?
- Postaram się - obiecał Carlet. - To może: aby nurzać się z nią w miłosnym upojeniu... Lepiej?
- Niech będzie... - Zasławska machnęła ręką z rezygnacją.
- Cieszę się! Więc aby osiągnąć swój cel, musiałem spełnić jej prośbę i wcielić się w naszego czcigodnego francuskiego monarchę Ludwika, bo
nasza szanowna hrabianka chciała sobie koniecznie wyobrazić, że zażywa
rozkoszy w ramionach samego króla Francji. To była dla niej wielka
podnieta.
Dopiero teraz Julia uświadomiła sobie, z kim przez cały ten czas
kojarzył jej się Pierre. Oczywiście, z Królem Słońce! Puder, róż, czarne
brwi, kołtun - wszystko się zgadzało. Gdyby jeszcze tylko miał co drugi
ząb, a pod oczami niemożliwe do zakamuflowania nawet toną bielidła wory,
to wyglądałby niczym brat bliźniak Ludwika. Choć, rzecz jasna, jedynie z twarzy. Monarcha był bowiem średniego wzrostu tłuściochem, zawsze
przywodzącym jej na myśl knura, a Pierre wysokim, wysportowanym i idealnie zbudowanym młodzieńcem, który mógłby śmiało pozować rzeźbiarzom
do stworzenia figury boga miłości Apollina.
- Jak zauważyłaś, zrobiłem, co w mojej mocy, aby się upodobnić do tego
paszczura - tłumaczył dalej Carlet, widocznie w pełni podzielając jej
opinię co do powierzchowności Króla Słońce - i tym sposobem wreszcie
zaciągnąłem Danuśkę do sypialni. Kiedy jednak zaczęliśmy figle, których
opisu ci oszczędzę, abyś nadal mogła kultywować tę swoją wielką
cnotliwość, która notabene moim zdaniem jest mocno przeceniana, do
komnaty wparował jej brat, żeby ostrzec, że starsza hrabina Łukomska
jest mocno zaniepokojona nieobecnością siostry, i to o nocnej porze,
więc umyślnego wysłała, coby się dowiedział, gdzie Danusia przebywa. I jakoś tak się summa summarum złożyło, że ów brat dołączył do nas w łożu...
- Słucham?! - Julia zrobiła wielkie oczy.
- To przyszywany brat - wyjaśnił szybko Pierre, nieco przestraszony, że
za chwilę będzie zmuszony cucić kuzynkę, a nie za bardzo wie, jak to się
robi. - Pokrewieństwa między nimi nie ma żadnego. Ot, taka z niego
znajda przygarnięta kiedyś przez ich ojca. Poza tym oni figlowali już ze
sobą wcześniej, więc nie ma w tym żadnej mojej winy. Potem przyszła
przyjaciółka serdeczna Danuśki, bo ta jej opowiedziała o naszym
spotkaniu i nawet ją na nie zaprosiła, gdyż przyjaciółka owa była
ciekawa, jak wygląda spółkowanie z takim udawanym królem. Wtedy ten brat
pobiegł po swego przyjaciela, też jakiegoś tam hrabiego. Kiedy wracali,
natknęli się na dwie damy z dworu Marysieńki, których w ogóle wcześniej
nie znałem. Jedna z tych dam przyprowadziła jeszcze jakiegoś
cudzoziemca, chyba Persa, który twierdził, że według jego wiedzy nie ma
lepszych zabaw i uciech cielesnych, niż te na dworze osmańskiego
sułtana, więc mu chciała pokazać, że Polacy też potrafią. Na koniec zaś
przyszedł ten umyślny od hrabiny Łukomskiej, jakiś baron czy inny czort,
i też go wciągnęło...
- Wciągnęło... - wyszeptała Julia pobladłymi ustami.
- Po trzech godzinach poczułem się zmęczony - kontynuował Pierre. -
Chyba się starzeję. Poza tym zaczęło mi się powoli mylić, z kim już
figlowałem, a z kim nie. No i przez ten czas wlałem w siebie tyle wina,
że chyba nawet oświadczyłem się temu brodatemu wypłoszowi, który stoi
obok kominka.
- To nie żaden brodaty wypłosz, tylko popiersie pierwszej hrabiny
Baworowskiej dłuta samego Jörga Syrlina Starszego, wielkiego wielbiciela
jej urody - wyjaśniła odruchowo Julia.
- Urody nie stwierdziłem - rzekł stanowczo Pierre. - Za to brody
zazdroszczę, bo ja bym takiej nie wyhodował.
- To nie broda, tylko nasz klejnot rodzinny. Perły w otoczce kwiatów
lukrecji...
- Naprawdę? - zdumiał się Pierre. - Wyglądają jak kłaki zakręcone w drobne loczki...
- Sam jesteś kłak! I loczek! - fuknęła Julia, po czym dotarło do niej
to, co usłyszała od Carleta. - Mam rozumieć, że w twojej sypialni
zalegają teraz jakieś pozbawione moralności dziewki i zdegenerowani
waćpanowie?! Pod moim dachem? W posiadłości, z której chciałam zrobić
krynicę dobrego smaku! Miejsce, do którego ściągać będą wielbiciele
gracji, elegancji, nauki i wszelkich sztuk pięknych!
- I tak by ci się nie udało - mruknął Pierre.
- A to niby dlaczego?! - oburzyła się jeszcze bardziej Zasławska.
- Bo do tego potrzeba mnóstwa srebrników. Na uczty, kucharzy, wymyślne
potrawy, recytatorów albo muzykantów - wyjaśnił jej kuzyn. - Ty zaś nie
masz ani grosza. I nie umiesz nawet wydoić krowy.
Julię, która już zbierała się do wygłoszenia kolejnej gniewnej tyrady,
zastopowało.
- Czego nie umiem? - zdziwiła się.
- Wydoić krowy - powtórzył Pierre. - Usłyszałem to od jednej z twoich
służących. Parobkowie gadali między sobą o tym, czy masz szansę utrzymać
tę posiadłość, czy też powinni już zacząć się starać o posadę u kogoś
innego. Akurat stałem w ukryciu, to podsłuchałem. Okazuje się, że już
wszyscy wiedzą, że twoja świętej pamięci ciotka ukryła gdzieś majątek i marne są szanse na jego odzyskanie. Jeden z tych parobków rzekł, całkiem
zresztą rozumnie, że są dwa sposoby, aby być bogatym: odziedziczyć coś
w spadku albo samemu się dorobić. I że może tobie uda się ta druga
sztuka. Albo też wyjdziesz za mąż za kogoś majętnego. A wtedy służąca,
która też się przysłuchiwała tej konwersacji, stwierdziła, że w twoim
przypadku tylko w zamążpójściu nadzieja, bo sama nic tu dobrego nie
zdziałasz. Że jesteś francuską laleczką, która nie zna prawdziwego życia
i nie umiałaby nawet krowy wydoić.
- Która to? - zapytała z furią Julia. - Jeszcze dzisiaj wypowiem jej
posadę!
- Myślisz, że jestem kapusiem? - zdziwił się Pierre. - Poza tym
niesprawiedliwością ogromną byłoby karanie Bogu ducha winnej niewiasty
tylko dlatego, że wygłosiła słowa prawdy.
Julia przez chwilę zastanawiała się, czy jednak nie za wcześnie
zrezygnowała z pomysłu użycia drapaczki.
- Jak śmiesz?! - krzyknęła z oburzeniem.
Usta Pierre'a wykrzywił ironiczny grymas.
- A co? - zapytał, robiąc niewinną minę. - Umiesz?
- Co umiem?!
- Wydoić krowę...
Julia chciała przekornie odpowiedzieć twierdząco, ale doskonale
wiedziała, że Pierre zna prawdę.
- Oczywiście, że nie - rzekła z godnością, wzruszając ramionami. - Nie
oznacza to jednak, że mam z ukontentowaniem słuchać o tym, że służba
bierze mnie na języki i bez nijakiego szacunku opinie o mnie wyraża! A poza tym... - popatrzyła na Carleta zmrużonymi oczami - ... ty też, mój
najdroższy kuzynie, krowy byś nie wydoił.
- I tu się właśnie mylisz! - Pierre zaczął się gramolić z łóżka. -
Robiłem to kilka razy i nawet sprawnie mi szło. Jeśli chcesz, to cię
nauczę. Może gdy służba zobaczy, że nie jest ci obce to, co sama robi,
nabierze do ciebie jakowegoś respektu. A teraz bądź uprzejma zwrócić ócz
swoich błękit w inną stronę, czuję bowiem, żem niekompletnie ubrany
zagościł w progach twoich. Nie chciałbym zaś, abyś musiała się od
grzesznych myśli opędzać na wspomnienie powabu ciała mego boskiego...
- Tuszę, iż raczej mi to nie grozi - zapewniła Julia, ale posłusznie
skierowała wzrok ku oknu. - Przypominam ci, żeśmy jako dzieci zakazane
kąpiele w stawie odbywali i, żeby nas rodzice nie przyłapali na tym
uczynku, ubrania zostawialiśmy na brzegu, aby suchymi pozostały.
- Mieliśmy wtedy po kilka lat. Od tego czasu co nieco się we mnie
zmieniło. Znaczy się powiększyło... - Pierre puścił do niej oczko.
Następnie wstał z łóżka, z lekkim zdumieniem konstatując, że ma na sobie
jedynie mały fragment swojej ulubionej, kupionej w Paryżu i wartej
fortunę, nocnej koszuli. Pierwotnie składała się ona z czterech
prostokątów, dwóch górnych z jedwabiu i dwóch dolnych z muślinu,
ozdobiona była gorsem wykonanym z najcenniejszego płótna kolońskiego,
udekorowanym haftowanymi złotymi nićmi sercami i falbanami w krwiście
czerwonym kolorze, a jej rękawy zwieńczone były mankietami z maleńkimi
srebrzystymi chwostami. Obecnie reprezentował ją jedynie ów dekoracyjny
gors przysłaniający górną część klatki piersiowej Carleta i wyglądający
bardziej na dziecięcy śliniak niż część stroju nocnego.
- Chyba jednak będę zmuszony poprosić cię o pomoc - rzekł niepewnie
Pierre, zgarniając poły pierznika, aby ukryć za nimi najbardziej
newralgiczny fragment swojego ciała. - Czy masz tu coś, co mógłbym na
siebie założyć, aby przejść do mojej sypialni, obudzić gości,
podziękować im za wizytę i odesłać do ich własnych domów? Bo jakoś mi
się nie wydaje stosownym przedefilować przez pół twego domostwa w stroju
Adama...
- Jakoś w nocy brak odzienia ci nie przeszkadzał - wyzłośliwiła się
Julia.
- Primo, w nocy było ciemno i wszyscy spali, więc nikt mnie nie
widział - wyjaśnił Pierre. - A secundo3, mnie brak odzienia
nadal nie przeszkadza, bom pewny, że nie muszę się wstydzić żadnej
części mojego ciała...
- Chwalipięta! - rzekła Julia z przekąsem.
- Raczej człek trzeźwo rzeczywistość oceniający - odparował Pierre. -
Więc ja wstydu żadnego nie poczuję, kiedy mnie tu wszyscy lokaje i służące obejrzą, gdy wyjdę tak z twej alkowy. Za to ty na pewno będziesz
skłopotana, żeby im potem w oczy spozierać...
Julia wiedziała, że jej kuzyn ma rację, dlatego nie wdawała się już w żadne spory, tylko zrobiła kilka kroków, podniosła z podłogi pyrgniętą
tam kilkanaście minut wcześniej szubę, po czym podała ją Carletowi. Ten
obejrzał owo odzienie z wyraźną nieufnością, a następnie przez moment
obwąchiwał różne jego fragmenty.
- Mon Dieu!4 - wyszeptał wreszcie ze zgrozą. - Co to, u licha
ciężkiego, jest? I jak dawno umarło?!
- Ty o to pytasz? Gajusz Petroniusz naszych czasów? Arbiter
elegantiarum?!5 - zdziwiła się Zasławska. - To, mój drogi
kuzynie, jest szuba. Ostatni krzyk mody w tym kraju.
- Ale czemu to tak śmierdzi?!
- Bo jest podszyte futrem z bobra...
Pierre wzdrygnął się z obrzydzeniem, jakby Julia co najmniej
oświadczyła, że okrycie wykonano ze skóry zdartej z jej własnej świętej
pamięci prababki, a następnie zdecydowanym ruchem odrzucił szubę, przy
okazji wypuszczając z dłoni rąbek pierznika i prezentując się takim,
jakim go matka natura stworzyła.
Zasławska wydała z siebie okrzyk przestrachu i odruchowo zamknęła oczy.
Pierre czym prędzej chwycił niesforną pościel.
- Je suis désolé6- rzekł z wyraźną ekspiacją.
- Nie wiem, czy przygotowanam była na taką ekscytację - rzekła Julia,
otwierając oczy. - Choć wbrew temu, co mi tu chełpliwie głosiłeś, nie
była ona aż tak ogromna ani też specjalnie nie powiększyła się od
czasów, kiedyśmy zażywali wspólnych kąpieli.
Pierre popatrzył na nią z wyrzutem.
- Po pierwsze, dworujesz sobie ze mnie - rzekł pewnym siebie głosem. - A po drugie, dzisiaj i tak mój wojownik nie ma swoich normalnych
rozmiarów, bo stoczył nocą wiele bitew. Znanym ogólnie faktem jest, że
po takich wyczynach u każdego staje się on nieco okla...
Julia demonstracyjnie włożyła sobie wskazujące palce do uszu.
- Nie chcę tego słyszeć! - krzyknęła bez mała rozpaczliwie.
- Już dobrze, dobrze... - Pierre rozejrzał się po pokoju, po czym,
zauważywszy wiszące na jednym z krzeseł ozdobne giezło, dał znać Julii,
aby znów się odwróciła, a sam szybko przebiegł za jej plecami i nałożył
na siebie ową szatę. W długim do łydek, wydekoltowanym, obszytym złotą
nicią, przedzielonym paskiem ze złotą sprzączką i ozdobionym bufiastymi
rękawami, w dodatku zwieńczonymi na ramionach maleńkimi skrzydełkami
odzieniu wyglądał na tyle oryginalnie, że kiedy Julia skierowała na
niego wzrok, nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.
- Widzę, że z parodii Króla Słońca stałeś się teraz nagle wierną kopią
markizy de Maintenon - skomentowała z przekąsem.
- Tak myślisz? - Pierre popatrzył na swoje odbicie w wiszącym
vis-á-vis łóżka ogromnym lustrze. - Sądzisz, że miałbym szansę zdobyć
pozycję królewskiej metresy?
- Tylko do czasu, kiedy Jego Królewska Mość odkryłby twojego, jak to
byłeś uprzejmy nazwać, wojownika - Julia zamyśliła się na moment. - Choć
w sumie to ja już sama nie wiem... Czasem mam wrażenie, że te wszystkie
arystokratyczne domostwa to jedno wielkie siedlisko niemoralności i wszelkiej rozpusty. I że odbywają się tam rzeczy o pomstę do nieba
wołające...
- Marzenie - mruknął Pierre.
- Dlatego tu będzie inaczej! - Julia zdecydowała się podkreślić powagę
swoich słów tupnięciem nogą. - Zapamiętaj to sobie! Żadnych orgii! Jeśli
lubisz takie rozrywki, to szukaj ich gdzie indziej.
- Bien s?r!7 - zapewnił Pierre ogniście. - Aucun
probl?me!8
- Trzymam cię za słowo! - rzekła Julia, mierząc go krytycznym wzrokiem.
- Naprawdę chcesz się w tym pokazać ludziom?
- Lepsze to niż ta twoja szuba - odpowiedział Carlet z przekonaniem. -
Swoją drogą skąd ty ją wytrzasnęłaś?
- Dostałam od mojego leciwego adoratora Izydora - wyjaśniła Zasławska. -
Ponoć należała do jego zmarłej żony.
- Myślisz, że biedaczka umarła po tym, jak to powąchała?
- Nie wygłupiaj się! - Julia popatrzyła na kuzyna z wyrzutem. - Nie
wolno dworować sobie ze zmarłych.
- Dlaczego? To akurat wydaje mi się wyjątkowo bezpieczne - stwierdził
filozoficznie Pierre. - A propos tego dziadka, od którego dostałaś tę
szmatę, to jak tam w ogóle miewają się inni twoi absztyfikanci? Bo jakoś
ostatnio nic o nich nie wspominasz...
- Bo też i nie dają mi ku temu żadnego powodu - odrzekła Julia z akcentem żalu. - Hetman Domosławski podróżuje po swoich włościach,
bracia Gniewkowscy dokańczają biznesa w Płocku. Ostał mi się jedynie
Izydor, ale chyba ze starości zaczyna coś mieć nie ten tego z pamięcią,
bo mi wszystko powtarza po kilka razy.
- Może uważa, żeś tępa i od pierwszego raza nie zrozumiesz? - podsunął
Pierre z niewinną miną.
- A chcesz od jutra mieszkać w czworakach?
- Dobrze, dobrze... - Carlet zmrużył oczy. - Właściwie czemu nie spałaś
dzisiaj w swoim łożu?
- Bo byłam w gościach u hrabiego Bursztyna... To znaczy Morsztyna -
odpowiedziała Julia.
- Ha! - wykrzyknął triumfalnie Pierre. - Tu cię mam! Ledwo co jego żonka
wyjechała, a ty już nawiedzasz go nocami. I kto tu jest niby niemoralny,
kuzyneczko?
- Ciągle ty - odpowiedziała Julia spokojnie. - I wiedz, że to właśnie
żona hrabiego poprosiła mnie, żebym miała na niego baczenie i zabawy mu
dostarczyła w czasie, kiedy ona będzie daleko, bo jej mąż źle znosi
rozstania. Tęskni, markotny jest i natchnienie go opuszcza. A ona wiarę
we mnie pokłada i wie, że nigdy, przenigdy okazanego mi zaufania nie
naraziłabym na szwank. Graliśmy więc w szachy, potem hrabia wiersze mi
swoje recytował, których jeszcze nawet i jaśnie pani nie słyszała, i prosił, abym swoją opinię o każdym z nich wyraziła, a na koniec wraz z jego gościem, wysłannikiem cesarza austriackiego, uczyliśmy się
tryszaka...
- Tryszaka - Pierre puścił do niej oczko. - Tego nawet i ja nie znam,
choć doświadczonym w tych kwestiach jak mało kto. To jakaś tutejsza
zabawa we troje? Trójkącik?!
- Możesz sobie darować te obleśne insynuacje - Julia wzruszyła
ramionami. - Tryszak, zwany też flusem, to gra karciana, w którą w Polsce gra się już sto lat z okładem i sam pierwszy król Zygmunt z Jagiellonów był jego wielkim miłośnikiem. Zawsze umilał sobie partyjkami
tej gry czas, kiedy był w podróży, i według hrabiego Bursz... Morsztyna
często nawet przy takich okazjach oszukiwał. Podobno grając pewnego razu
ze swoimi podskarbimi, braćmi Szydłowieckimi, gdy mu w rozdaniu przyszli
dwaj królowie, to choć trzeciego w garści nie miał, zgłosił trynkę,
czyli trójkę, bo ta w grze zawsze wygrywa. A kiedy przyszło do
wykładania kart i jego towarzysze zdziwili się na widok tylko dwóch
króli, Zygmunt uśmiechnął się i powiedział: "Bo ja żem jest trzeci!".
Sam więc widzisz, że czas z hrabią spędzałam ze wszech miar moralnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki