Rozdział 2. Żałoba
Dominic
Przewracam się na bok, przeklinając w myślach tę pierdoloną sofę w moim gabinecie. Jest tak bardzo niewygodna, że chyba będę musiał się umówić do masażysty. Krzywię się przez ból w łopatce, po czym powoli siadam. Pochylam głowę i gapię się tępo na podłogę.
Jest kilka minut po szóstej rano, a ja spałem może z pięć godzin. Za mało, by w pełni wytrzeźwieć albo... zapomnieć.
Zamykam powieki i zaciskam usta w wąską linię. Nie. Koniec z użalaniem się nad sobą. Nie mogę sobie pozwolić na słabość, bo to mnie zniszczy. Wczorajszy dzień okazał się bagnem, z którego ciężko mi teraz wyjść. Chciałbym jakoś ogarnąć to w głowie, ale jak? Jak mam przyswoić fakt, że dziadek nie żyje? Odszedł i nigdy więcej nie będę mógł zamienić z nim choć słowa. Czuję niemożliwie bolesny ucisk w klatce piersiowej na wspomnienie wczorajszej wizyty w szpitalu. Siedziałem przy jego łóżku przez dwie godziny, dopóki nie zabrały mnie stamtąd pielęgniarki. Lekarz poinformował, że to już koniec pożegnań.
Koniec.
Ja pierdolę.
Przecieram dłońmi oczy i wreszcie się prostuję. Trochę kręci mi się w głowie, a mój żołądek zaciska się z głodu, ale poza tym jest okej. Muszę stąd wyjść i... nie wiem, kurwa. Może pojadę do mieszkania, choć perspektywa wysłuchiwania wrzasków Caroline jakoś nie za bardzo mnie przekonuje. Wolałbym zamknąć się gdzieś na kilka najbliższych dni i zwyczajnie przetrawić to wszystko.
Potrzebuję swojego przyjaciela. Jebać to, że on nie chce mnie teraz znać. Musi mnie wysłuchać.
Zabieram z biurka klucze i portfel, a z fotela marynarkę. Ubieram się, idąc powoli w stronę wyjścia. Nadal czuję promile we krwi, więc prowadzenie samochodu odpada, nawet jeśli to tylko kilka przecznic. Dlatego po paru minutach staję na chodniku i czekam, aż któryś z kierowców taksówek zauważy moją wyciągniętą dłoń. Po chwili zajmuję miejsce pasażera i podaję adres Matta.
Nie obchodzi mnie to, że jest zły i zapewne wkurwi się na mój widok. Przecież znamy się od dzieciństwa. Jedna kłótnia nie może oznaczać odrzucenia. Prawda?
Jakieś dziesięć minut później staję przed drzwiami mieszkania przyjaciela i zastanawiam się, jak zacząć rozmowę. Wyglądam koszmarnie, więc Amber pewnie sama rozpozna, że mam kłopoty, ale co powiedzieć, gdy zapyta o powód wizyty? Przywlokłem się do nich o świcie, co nie jest przecież normalne.
Zanim zdecyduję się odpuścić, unoszę prawą dłoń i pukam trzy razy. Czuję, jak stres powoli rozprzestrzenia się w moim ciele, by w końcu dojść do głowy. Ból w skroniach sprawia, że krzywię się nieznacznie. Chciałbym uciec, bo tak byłoby prościej, ale dobrze wiem, że potrzebuję tego spotkania.
Potrzebuję wsparcia.
W końcu drzwi się otwierają, a w progu staje Matt.
- Nie - mówi od razu, po czym popycha drzwi, by zamknąć mi je przed mordą.
Wystawiam nogę, aby je zablokować, i wzdycham głośno.
- Matt, to...
- Nie, kurwa - przerywa mi wkurzony. - Wyglądasz jak gówno, więc pewnie zachlałeś, a teraz chcesz się wyżalić. Milion razy przeżywałem to w klubie, a teraz nie czuję już obowiązku.
- Chcę porozmawiać.
- Nie ze mną.
- Co się dzieje? - wtrąca nagle Amber, ziewając zaspana. - Co... Dominic? - niemal piszczy, zerkając na mnie zza ramienia swojego chłopaka. Odpycha Matta i zbliża się do mnie zmartwiona.
Próbuję przełknąć ślinę, zanim decyduję się odpowiedzieć, ale to zbyt trudne, gdy gardło zaciska się od emocji, których nie chcę znów uwalniać.
- Zostałem sam - chrypię po długiej chwili ciszy. - Jego już nie ma.
- Co? - szepcze Amber z przerażeniem wypisanym na twarzy. Chwyta w dłonie moje policzki. - Dominic, o czym ty mówisz?
- Dziadek zmarł - wyznaję.
Słyszę, jak dziewczyna wciąga gwałtownie powietrze do płuc, a Matt klnie cicho. Czas zatrzymuje się w momencie, gdy zostaję otoczony ramionami przyjaciółki. Amber obejmuje mnie mocno, jakby chciała tym jednym gestem sprawić, że cały ból zniknie. Nie jestem pewny, ale chyba zaczęła płakać.
- Stary... ja... - duka nerwowo Matt. - Ja pierdolę, przepraszam. - Podchodzi do mnie i przyciska czoło do boku mojej głowy, jednocześnie ściskając mi ramię. - Przykro mi.
Wyłączam się i nawet nie czuję, jak pociągają mnie w głąb mieszkania. Idę, ale nie wiem gdzie. Po prostu wlokę się za Amber. Gdzieś z tyłu słyszę, że Matt zamyka drzwi i coś mówi do swojej dziewczyny. Komunikują się, ale ja nie skupiam się na ich słowach. Patrzę jak zahipnotyzowany na korytarz, bo wiem, gdzie on prowadzi.
Idziemy do sypialni gościnnej, w której odsypiałem popijawy w Hudson. Zawsze gdy Matt przywoził mnie kompletnie zalanego, trafiałem właśnie do tego pokoju. Amber się mną opiekowała, jakbym był jej bliski. I teraz też to robi.
Otwiera drzwi, zapala światło i ostrożnie pociąga mnie w kierunku zaścielonego łóżka.
- Odpocznij - mówi krótko, po czym puszcza moją rękę, a ja momentalnie czuję w tym miejscu chłód, którego nie chcę.
Ja pierdolę. Jestem jak zagubiony dzieciak.
- Matt! - krzyczy głośno, przez co mój ból głowy się nasila. - Przynieś wodę i coś do jedzenia!
Nigdy nie zdołam jej się odwdzięczyć za to, co od lat dla mnie robi. Jestem chujowym przyjacielem, bo od miesięcy ją zlewam, mimo że ona ani razu mnie nie odtrąciła. Krzyczała, gdy za dużo piłem, pocieszała, kiedy widziała, że jest źle.
Siadam na skraju łóżka i ściągam z ramion marynarkę.
- Amber, ja... Ja nie wiem, jak sobie z tym poradzić. To mnie dobiło.
- Wiem, Dominic - odpowiada cicho, siadając obok mnie. - Chcesz porozmawiać, to rozmawiajmy. Nie chcesz, to po prostu siedźmy.
Nastaje cisza, która szybko zaczyna mnie denerwować. Chciałbym się odezwać, ale coś mnie blokuje. Mam opowiadać o tym, jak cholernie źle się czuję po stracie jedynej tak bliskiej mi osoby? Po co miałbym to roztrząsać? Żeby znów poryczeć się jak frajer?
Po chwili do pokoju wchodzi Matt z kanapką i butelką wody. Odstawia to na niewielki stolik przy łóżku, by następnie stanąć w progu, jakby nie wiedział, czy ma zostać, czy wyjść. Patrzy na mnie i tym razem nie jest to złowrogie spojrzenie.
- Ali wie? - pyta niespodziewanie.
- Nie - mówię krótko.
- Dlaczego nie poszedłeś najpierw do niej?
Biorę głęboki wdech.
- Bo nie chcę, żeby mi współczuła - wyjaśniam żałośnie.
- Dominic, ale ona...
- Wczoraj zdecydowała, że musi się ode mnie odsunąć, żebym mógł w spokoju ogarnąć to całe gówno. Gdy dowie się o śmierci mojego dziadka, będzie chciała być blisko mnie. - Opadam plecami na materac i zamykam oczy. - A ona chyba potrzebuje tej przerwy, bo moje jebane problemy ją przytłaczają.
Walczę ze sobą, by do niej nie pobiec. Chciałbym, żeby znów mnie dotknęła, tak jak to zrobiła wczoraj, gdy zastała mnie zalanego na fotelu w biurze. Z trudem powstrzymałem się przed wyznaniem jej powodu mojego załamania. Ale w ostatniej chwili stwierdziłem, że lepiej będzie, jeśli Ali nie dowie się o żałobie. Wystarczająco dużo przeze mnie cierpi.
- To bez sensu, stary - komentuje Matt.
- Wolę, żeby twoja siostra skupiła się na sobie niż na przeżywaniu ze mną żałoby - cedzę przez zęby. Podnoszę się nieznacznie i spoglądam na przyjaciela. - Chciałeś, żebym dał jej spokój, więc daję.
- Nie słuchaj go - wtrąca nagle Amber. - Jeśli potrzebujesz, żeby Ali cię...
- Nie. Nie potrzebuję jej smutku.
Ogarnę się. Dzień, może dwa i to minie. W końcu się podniosę i przestanę myśleć o dziadku. Będę musiał, bo wkrótce mam stanąć przed ołtarzem.
W pokoju zapada niezręczna cisza, którą decyduję się przerwać, żeby nie słuchać niewygodnych pytań.
- Nie mówcie jej. - Patrzę poważnie na Matta. - I byłbym wdzięczny, gdybym mógł się przespać, bo aktualnie czuję, że jestem rozjebany.
- Jasne. - Amber podnosi się gwałtownie z łóżka i staje przede mną. - Tutaj masz wodę i śniadanie, przyniosę ci też jakieś proszki przeciwbólowe. Wołaj, jak coś.
Mimo tego, jak kiepskim jestem przyjacielem i jak arogancko się zachowuję, ona zawsze robi wszystko, bym poczuł się dobrze. Stara się, angażuje, po prostu jest.
Muszę wreszcie wynagrodzić jej ostatnie miesiące.
- Dziękuję, Amber - odzywam się nieco zachrypniętym głosem.
- Nie masz za co - odpowiada ze smutnym uśmiechem na ustach.
Zdaję sobie sprawę, że chciałaby porozmawiać, wywlec moje problemy i wałkować ten jeden trudny temat, jakim jest moje życie. Znam ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że rola psychologa to jej marzenie.
Ale ja się nie nadaję do rozmów. Powiedziałem wszystko, co chciałem, i wystarczy. Nie będę spał, ale zamierzam w spokoju i ciszy poleżeć, bo przede mną niezwykle ciężki tydzień. Posyłam ostatni krzywy uśmiech w stronę Matta i Amber, po czym kładę się na środku materaca. Obserwuję biały sufit, jakbym szukał na nim odpowiedzi na swoje pytania.
Czy mogę sam zorganizować pogrzeb? Do tej pory nie zadzwonił do mnie ojciec. Dlaczego? Ten chuj coś kombinuje, skoro nie raczył mnie poinformować o śmierci dziadka. A nie poinformował, bo jeśli jego ojca nie ma już na świecie...
Szantaż traci sens. Ślub z Caroline traci sens.
Tak, z pewnością mogę się spodziewać czegoś nowego, bo przecież ojciec nie odpuści. Nie będzie mi współczuł z powodu żałoby, bo dla niego to tylko komplikacje. Mogę się założyć, że nawet nie wpadł na pomysł, by pożegnać się z własnym ojcem.
- Leki przeciwbólowe - informuje cicho Amber, stając w progu pokoju, przez co powoli na nią zerkam. Zbliża się do łóżka i zostawia opakowanie tabletek na szafce. - Nie chcę cię oceniać...
- Więc nie rób tego.
Wzdycha głośno, po czym siada obok mnie.
- Naprawdę wolisz wkurzyć Ali kłamstwem, zamiast zwyczajnie się przyznać, że jej teraz potrzebujesz? Powiedziałeś Mattowi, że ją kochasz - ścisza głos i odwraca ode mnie wzrok.
Wiedziałem, że jeśli rozmawiam z kumplem, to tak, jakbym rozmawiał z nim i z jego narzeczoną.
- Ona sama stwierdziła, że chce odpocząć.
- Ale nie w takiej sytuacji - szepcze smutno, a gdy na mnie spogląda, jej oczy zachodzą łzami. - Dominic, dobrze wiemy, że dziadek był dla ciebie wszystkim i jego straty nie da się...
- Amber - przerywam jej chłodno, co od razu wywołuje zmieszanie na jej twarzy. - Jeżeli kogoś kochasz, to nie chcesz, żeby ta osoba cierpiała. - Przełykam nerwowo ślinę. - A Ali cierpiałaby razem ze mną. Nie chcę, żeby leżała obok mnie i płakała. Nie chcę, żeby wybierała ze mną urnę i zastanawiała się nad tym, jak bardzo mnie boli ta sytuacja, bo przecież jestem w jebanej żałobie. Nie chcę, żeby starała się mnie pocieszać. Naprawdę, kurwa, nie chcę, by stała przy mnie na pogrzebie i ściskała moją dłoń ze współczuciem. - Zasłaniam twarz dłońmi i próbuję uspokoić oddech, który nagle przyspieszył na samą myśl, że przeze mnie Alison znów może poczuć się źle. - Chcę jej tego wszystkiego oszczędzić.
Nie marzę o niczym, kurwa, innym, jak o jej obecności, ale wiem, że to mogłoby ją złamać. Wrócę, gdy posprzątam bałagan, w którym żyłem od miesięcy.
Pogrzeb, ojciec, Caroline, firma, Edynburg.
Wszystko po kolei.
Na końcu padnę do stóp Alison, by nadal chciała być moja.